Hetty Szelma Grimké
Był czas, kiedy ludzie w Afryce potrafili latać. Tak pewnej nocy powiedziała mi mauma. Miałam wtedy dziesięć lat.
- Twoja baba-mauma, Szelmo, widziała to na własne oczy. Mówiła, że wznosili się aż nad drzewa i chmury. Mówiła, że latali jak kosy. Ale kiedy tutaj przypłynęliśmy, utraciliśmy tę magię na zawsze.
Moja mauma była bystra. Nie umiała czytać ani pisać tak jak ja. Całą swoją wiedzę czerpała z życia, a nie zaznała w nim wiele szczęścia. Spojrzała na moją twarz, na której malowały się smutek i zwątpienie.
- Nie wierzysz mi? A jak myślisz, dziecko, skąd się wzięły twoje łopatki?
Chude kości sterczały z moich pleców jak dwa gruzełki. Mauma poklepała mnie po nich i dodała:
- Tylko tyle zostało z twoich skrzydeł. Teraz to zwykłe, płaskie kości, ale pewnego dnia je odzyskasz.
Byłam bystra jak mauma. Chociaż miałam dopiero dziesięć lat, wiedziałam już, że te historie o latających ludziach to zwykła bujda. Wcale nie byliśmy magicznymi ludźmi, którzy utracili swoją moc, tylko zwykłymi niewolnikami. I nigdzie się nie wybieraliśmy. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, co mauma chciała przez to powiedzieć. Naprawdę umieliśmy latać, tyle że magia nie miała z tym nic wspólnego.
Tamtego dnia, kiedy wypadki przybrały nieodwracalny obrót, a moje życie zmieniło się na zawsze, dokładałam drewna pod kocioł na podwórzu, wygotowując pościel dla niewolników. Oczy paliły mnie od drobinek ługu, które porywał wiatr. Poranek był chłodny - słońce przypominało biały guziczek przyszyty mocno do nieboskłonu. Latem nosiłyśmy sukienki z samodziału i majtki z długimi nogawkami, lecz wraz z nastaniem charlestońskiej zimy, która przychodziła jak leniwa dziewucha dopiero w listopadzie albo styczniu, zakładałyśmy bezkształtne palta z grubej przędzy - zwykłe stare worki, tylko z rękawami. Mój był używany i sięgał mi aż do kostek. Nie wiedziałam, ile brudnych, niemytych ciał nosiło go przede mną, ale każde z nich zostawiło po sobie ślad - specyficzną woń.
Tego ranka nasza pani wygrzmociła mi grzbiet, bo zasnęłam w trakcie modlitwy. Codziennie wszyscy niewolnicy z wyjątkiem Rosetty, która była stara i obłąkana, zbierali się przed śniadaniem w jadalni. Walczyliśmy z sennością, podczas gdy pani czytała nam biblijne wersety o tym, że "Jezus gorzko zapłakał", i modliła się, aby Bóg obdarzył nas najmilszą Mu cechą, czyli p o s ł u s z e ń s t w e m. A jeśli komuś zdarzyło się przysnąć, wówczas pani, między "i rzekł Bóg to" a "i rzekł Bóg tamto", z całych sił okładała go laską.
Poskarżyłam się Cioteczce na swoje nieszczęście.
- Oddal ode mnie ten kielich! - powiedziałam, posługując się jednym z wersetów pani. - Jezus gorzko zapłakał, bo znalazł się w potrzasku razem z naszą panią, tak samo jak my.
Cioteczka, kucharka, służyła naszej pani, odkąd ta była małą dziewczynką, i razem z kamerdynerem Tomfrym zarządzała całym domem. Tylko ona mówiła pani, co ma robić, i nie obrywała za to laską. Mauma zawsze powtarzała, żebym liczyła się ze słowami, ale nigdy nie słuchałam. Cioteczka trzy razy dziennie wybałuszała na mnie oczy.
Byłam szelmą. Ale to nie stąd wzięło się moje imię. Pan i pani nazywali każdego jak należy, mauma spoglądała jednak na swoje maleństwo leżące w koszyku i wtedy do głowy przychodziło jej inne imię, związane z wyglądem dziecka, z dniem tygodnia, pogodą albo tym, jaki tamtego dnia wydawał się świat. Koszykowe imię mojej maumy brzmiało Lato, a to właściwe Charlotte. Miała brata nazwanego Ciężkiczas. Ludzie sądzą, że ja ciągle coś zmyślam, ale to akurat najprawdziwsza prawda.
Ten, kto nosił koszykowe imię, przynajmniej dostał coś od swojej maumy. Kiedy przyszłam przedwcześnie na świat, pan Grimké ochrzcił mnie Hetty, lecz mauma popatrzyła na mnie i nazwała Szelmą.
Tamtego dnia pomagałam Cioteczce na podwórzu, a mauma szyła dla pani suknię ze złotej satyny, taką z turniurą. Mówiło się, że jest w stylu francuskim. Mauma była najlepszą szwaczką w całym Charlestonie, na dodatek bardzo pracowitą. Nikt tak jak ona nie umiał wyczarować równie pięknego stroju, chociaż nie korzystała z żadnych wykrojów. Nie cierpiała ich. Sama wybierała jedwabie i aksamity na targowisku, po czym szyła z nich wszystko, czego zażyczyli sobie państwo Grimké - zasłony, pikowane spódnice, turniury, spodnie z koźlej skóry i szykowne stroje jeździeckie na tydzień wyścigów.
Jedno wam mogę powiedzieć - biali ludzie ciągle myśleli o tygodniu wyścigów konnych. Chodzili wtedy na pikniki, przechadzki i brali udział w innych eleganckich wydarzeniach. Przyjęcie u pani King zawsze odbywało się we wtorek. Kolacja w klubie jeździeckim w środę. Największe zamieszanie było w sobotę, kiedy paradowali w swoich najlepszych strojach na Balu Świętej Cecylii. Cioteczka zawsze mawiała, że Charleston cierpi na wystawność. Mniej więcej do ósmego roku życia sądziłam, że wystawność to rodzaj biegunki.
Nasza pani była niską kobietą o szerokiej talii, a pod oczami miała coś, co wyglądało jak wałeczki ciasta. Odmawiała wypożyczania maumy innym paniom. Błagały ją o to, mauma także błagała, bo część wynagrodzenia mogłaby zatrzymać dla siebie - ale nasza pani mówiła, że nie pozwoli, aby inne panie miały lepszą garderobę niż ona. Wieczorami mauma darła pasy materiału, z których potem szyła kapy, a ja w jednej ręce trzymałam łojową świecę, drugą zaś układałam te pasy kolorami, porządnie i schludnie. Mauma lubiła jaskrawe barwy. Tworzyła z nich połączenia, które nikomu innemu nie przyszłyby do głowy - fioletowy z pomarańczowym, różowy z czerwonym. Jej ulubionym kształtem był trójkąt. Zawsze czarny. Na każdej kapie, jaką uszyła, umieszczała czarny trójkąt.
Miałyśmy drewnianą skrzynkę, w której trzymałyśmy pasy materiału, sakiewkę na igły i prawdziwy mosiężny naparstek. Mauma mówiła, że ten naparstek pewnego dnia będzie mój. Kiedy z niego nie korzystała, nosiłam go na palcu niczym najprawdziwszy klejnot. Nasze kapy wypychałyśmy surową bawełną i strzępami wełny. Najlepszym wypełnieniem było wówczas pierze, podobnie jak teraz. Mauma i ja podnosiłyśmy z ziemi każde piórko, na które się natknęłyśmy. Czasami mauma przychodziła z kieszeniami pełnymi gęsich piór, które powyciągała z dziur w domowych materacach. Kiedy nie miałyśmy czym wypełnić kapy, zrywałyśmy długi mech z dębu rosnącego na podwórzu i wszywałyśmy go między podszewkę a wierzch kapy, razem z larwami i całą resztą.
To było to, co mauma i ja kochałyśmy. Nasz wspólnie spędzony czas przy kapach.
Niezależnie od tego, jaką pracę przydzieliła mi Cioteczka na podwórzu, zawsze obserwowałam okno na piętrze, gdzie siedziała mauma i szyła. Miałyśmy umówiony sygnał. Jeśli przy kuchni na podwórzu odwróciłam wiadro do góry dnem, znaczyło to, że droga wolna. Mauma otwierała wtedy okno i rzucała mi ciągutki, które wykradła z pokoju naszej pani. Czasami tą samą drogą wędrował tobołek ze skrawkami różnych tkanin - przepięknego perkalu, kraciastej bawełny, muślinu, lnianego płótna z importu. A raz naparstek z prawdziwego mosiądzu. Mauma najbardziej lubiła podbierać szkarłatną nić. Zwijała ją, chowała do kieszeni i jak gdyby nigdy nic wychodziła z nią z domu.
Tamtego dnia na podwórzu panowało nadzwyczajne poruszenie, dlatego nie miałam co liczyć, że ciągutka spadnie mi z nieba. Mariah, nasza praczka, oparzyła sobie dłoń węglami z żelazka, przez co Cioteczka rwała włosy z głowy nad zalegającym praniem. Tomfry kazał ludziom przygotować się do zarżnięcia świni, która biegała jak oszalała i kwiczała na całe gardło. Na podwórzu zebrali się wszyscy, od starego Snowa, naszego woźnicy, po stajennego Prince'a. Tomfry chciał uwinąć się raz-dwa, bo nasza pani nie cierpiała hałasu na podwórzu.
Hałas znajdował się na jej liście niewolniczych grzechów, którą znaliśmy na pamięć. Numer jeden: kradzież. Numer dwa: nieposłuszeństwo. Numer trzy: lenistwo. Numer cztery: hałas. Niewolnik miał być jak Duch Święty - nikt go nie widział, nikt go nie słyszał, ale zawsze krążył w pobliżu, gotowy do wykonania polecenia.
Pani zawołała do Tomfry'ego, żeby uciszył tę świnię. Dama nie powinna wiedzieć, skąd pochodzi jej bekon. Słysząc to, rzuciłam do Cioteczki, że pani nawet nie wie, którą stroną bekon wchodzi, a którą wychodzi. Cioteczka trzepnęła mnie w kark.
Wzięłam długi kij, nazywany przez nas kijanką, wyłowiłam pościel z kotła i rozwiesiłam na żerdzi, na której Cioteczka suszyła zioła. Nie wolno było prać w stajni, bo konie były zbyt cenne, żeby narażać ich oczy na działanie ługu. Co innego niewolnicy. Centymetr po centymetrze trzepałam prześcieradła i koce kijanką. Mówiliśmy na to "młócenie brudu".
Kiedy uporałam się z praniem, zostałam bez zajęcia i mogłam nacieszyć się grzechem numer trzy. Poszłam ścieżką, którą wydeptałam w ziemi, krążąc nią po dziesięć, dwanaście razy dziennie. Zaczynała się na tyłach głównego budynku, wiodła przez podwórko, obok kuchni i pralni, a kończyła się przy rozłożystym drzewie. Niektóre jego gałęzie były szersze ode mnie i każda z nich wiła się jak wstążki w pudełku. Złe duchy przemieszczają się po liniach prostych, a na naszym drzewie ze świecą szukać miejsca, które nie byłoby wykrzywione. My, niewolnicy, zbieraliśmy się w jego cieniu, kiedy upał bardzo dokuczał. Mauma zawsze mi powtarzała, żebym nie zrywała z niego oplątwy, bo to ona zatrzymuje słońce i niepożądane spojrzenia.
Minęłam stajnię i powozownię. Ścieżka prowadziła przez cały znany mi świat. Wtedy jeszcze nie widziałam stojącego w domu wirującego globusa... Szłam dalej, marząc o tym, żeby ten dzień wreszcie dobiegł końca, abyśmy mogły razem z maumą pójść do naszego pokoju. Znajdował się nad powozownią i nie miał okna, a zalatujący ze stajni i obory smród czasami był tak silny, jakby nasze sienniki były wypchane obornikiem zamiast słomą. Pozostali niewolnicy spali w pokojach blisko kuchni na podwórzu.
Wiatr się wzmógł. Nasłuchiwałam trzepotu żagli w zatoce po drugiej stronie drogi. Znałam to miejsce z zapachu niesionego przez bryzę, ale nigdy go nie widziałam. Żagle wydawały dźwięk podobny do trzaskającego bata. Słysząc go, zawsze nadstawialiśmy uszu, żeby sprawdzić, czy to jakiemuś niewolnikowi wymierzano chłostę na podwórku sąsiada, czy też statki szykują się do wyjścia w morze. Wszystko się wreszcie wyjaśniało, gdy do pierwszego odgłosu po chwili dołączały krzyki.
Słońce zniknęło, zostawiając zmarszczkę pośród chmur, jak na tkaninie, z której odpadł guzik. Zabrałam ze sobą kijankę i teraz bez żadnego powodu dźgnęłam nią rosnący w warzywniku kabaczek. A potem cisnęłam nim o mur, aż pękł z głośnym trzaskiem.
Wtedy zapadła głucha cisza. Od strony tylnych drzwi dobiegł głos naszej pani:
- Cioteczko, w tej chwili przyprowadź do mnie Hetty.
Święcie przekonana, że pani rozzłościła się z powodu kabaczka, poszłam do domu, w myślach dodając sobie otuchy.