3
Wigilia
Jak zwykle się spóźnili. O ile spóźniać się do starych znajomych to nie tragedia, to przyjście ostatnim tam, gdzie nikogo się nie zna, jest mało komfortowym doświadczeniem. Roman zdawał się tym zupełnie nie przejmować, a Gośka starała się ukryć zdenerwowanie. Drzwi otworzyła niewysoka blondynka z rozwichrzoną czupryną i szerokim uśmiechem. Z podobieństwa nosów Gośka szybko zrozumiała, że ma przed sobą Zochę.
- No nareszcie! - wykrzyknęła gospodyni, rzucając się bratu na szyję. - Matka się rozkręca, ratuj! - wyszeptała mu do ucha.
- Czy wy zawsze musicie sobie skakać do oczu? Nawet w taki dzień? - Roman westchnął, wieszając płaszcze.
- Widocznie musimy, skoro skaczemy - zaśmiała się. - A to musi być... yyy, twoja... - Zośka najwyraźniej zapomniała imienia. Albo nigdy go nie słyszała.
- Gośka - przedstawiła się Gocha.
- No przecież! Roman tyle o tobie mówił.
- No już, już, daj nam się przywitać z resztą - powiedział Roman do siostry, delikatnie wypychając Gośkę z korytarza.
Oczy wszystkich zwróciły się w ich kierunku. Gośka do niedawna marzyła o świętach w dużym gronie, a jednak ludzie, których widziała po raz pierwszy w życiu, onieśmielali ją. Miała wrażenie, że wszyscy uśmiechają się sztucznie, a ona najbardziej, aż zaczynała boleć ją szczęka.
Zośka rozpoczęła prezentację.
- To jest moja mama, a to moja...
- Olga - weszła jej w słowo Olga, wyciągając rękę.
- Bardzo mi miło. - Gocha uścisnęła jej dłoń patrząc głęboko w oczy.
Olga też była blondynką, ale farbowaną. Uśmiechała się jeszcze sztuczniej niż pozostali i jakoś tak... sadystycznie. Jej oczy pozostały zimne jak lód. Tak jak do Zośki Gocha zapałała ostrożną sympatią, tak do Olgi od razu poczuła głęboką niechęć. Musiała się bardzo starać, żeby się nie wzdrygnąć. Było coś fałszywego w tej kobiecie.
- A to siostra Olgi, Sandra, szwagier Wiesław...
- Dla kumpli Wiechu - zarechotał gość z rzadkim wąsem i w za ciasnym T-shircie.
Gośka pomachała do niego, susząc zęby w sztucznym uśmiechu.
- To dzieciaki, przepraszam, młodzież... Ewa...
- Elwirka - poprawił Zośkę Wiesiu i wyręczył w przedstawianiu młodzieży. - Szymon i Maksiu. Najstarsza, Marlenka, została z dziadkami, pomaga babci przy świętach. To oczko w głowie dziadka Stefana, co nie, Sandruś?
- Tak, ojciec ma do niej słabość.
Tym razem Gośka nie opanowała wzdrygnięcia. Bardzo źle jej się skojarzyło. Jej myśli wynikały z paskudnych doświadczeń i miała tylko nadzieję, że nikt tego nie zauważył, bo wyszłoby wyjątkowo niezręcznie. Beształa się w myślach, bo co ci poczciwi ludzie byli winni, że zwykłe sformułowanie kojarzyło jej się tak dwuznacznie. Zerknęła na nich ukradkiem. Wiesiek to był zwykły przaśny i nieszkodliwy facet, typ "polskiego szwagra", którego rolą jest namawianie innych do picia. I tu się nie pomyliła.
Gdy tylko przebrnęli przez barszcz (na szczęście dla niej nikomu nie przyszło do głowy, żeby się łamać opłatkiem, co z obcymi ludźmi byłoby krępujące), Wiesiu zagadnął gospodynię:
- A co my tak będziemy o suchym pysku siedzieć?
- Wiesiek... - syknęła Sandra.
- Co Wiesiek, co Wiesiek? Taka okazja, trzeba to oblać.
- No tak, w Polsce każda okazja jest dobra do wypicia - stwierdziła z przekąsem Tekla, matka Zośki i Romana. - Urodziny, imieniny, ślub, pogrzeb... a propos, jak interesy, Romanie? - zwróciła się do syna.
- Doskonale, ludzie umierają, jest popyt.
- Roman! - zaśmiała się Zocha. - Wiesz, jak lubię twoje czarne poczucie humoru, a jednak nie każdemu musi przypaść do gustu. Zwłaszcza podczas wigilii. Bóg się rodzi i takie tam.
- Ale to żaden czarny humor, to życie.
- Wiadomo, ale czy my musimy poruszać dziś takie smutne tematy? - włączyła się Olga.
- A co jest smutnego w śmierci? To część życia, pewien etap. Tylko pamiętając o tym, że jesteśmy śmiertelni, możemy delektować się każdą chwilą - stwierdziła Tekla.
- Oj mamo... - westchnęła Zocha.
- Ja tam nie lubię myśleć o śmierci. Po co się dręczyć? Dobrze jest, jak jest. Najeść się, napić, z żonką sobie poużywać - zarechotał Wiesiu.
Gośka spojrzała na Sandrę ciekawa jej reakcji. Kobieta uśmiechała się z wdzięcznością. Najwidoczniej jej to pasowało. Być może, nie wiedzieć czemu, podobał jej się własny mąż. To w sumie dobrze, ale... cóż, o gustach się nie dyskutuje.
Roman też nie musiał wszystkim się podobać z jego nienachalnym typem urody i specyficznym poczuciem humoru, a Gośka go uwielbiała. Wkładała dużo energii, żeby tego nie dostrzegł i kontynuowała grę w "lekko obojętną". Z jednej strony lubiła stan zakochania, był tak cudnie euforyczny, dodawał energii i nakręcał ją do działania. Z drugiej strony za wszelką cenę chciała uniknąć bólu, który sprawiłoby jej rozstanie.
- Niedobra ta zupa. - Elwirka grzebała łyżką w zupie.
- Nie wydziwiaj - syknęła Sandra.
- Dziecko mówi prawdę - odezwał się Wiesiu - jałowy ten barszcz, mało tłusty. Najlepszy moja Sandrunia robi, na podgardlu. Byś, Olga, poprosiła, to by ugotowała. Lepiej nie brać się za to, na czym się nie znasz.
- Gdybyś trzymał się tej zasady, to nic byś nie mógł robić, Wiechu - odgryzła się Olga. - Odpuść sobie komentarze. Nie smakuje ci, to nie jedz.
- No ale czy nie mam racji? Chociaż podajcie pieprz i maggi, to sobie trochę doprawię.
- Zaraz przyniosę pieprz, maggi nie mam. - Zocha wstała od stołu i poszła do kuchni.
- Zośka gotowała barszcz - syknęła Olga do Wiesia. - Mógłbyś czasem się zastanowić, zanim coś palniesz.
- Kiepska z niej gospodyni. - Wzruszył ramionami.
- Moja córka gotuje wyśmienicie. - Tekla się uniosła. - Ten barszcz jest wyborny, delikatny, ale najwidoczniej nie na każde podniebienie. Zosia nie stosuje żadnych ulepszaczy, od lat nie je mięsa. Pan jest przyzwyczajony do świńskiego tłuszczu, więc zapewne trudno panu docenić kunszt tej zupy.
Gośka też nie potrafiła docenić kunsztu barszczu Zosi, a przecież kilka lat przepracowała w Indoorze, knajpie wegetariańskiej. I wcale nie chodziło o tłuszcz czy jego brak, tylko o zakwas, było go zdecydowanie za mało albo był kiepski. Swoje kulinarne przemyślenia zostawiła dla siebie, podzieli się nimi później z Romanem. A może lepiej nie.
- Tłuszczyk musi być. Obiad bez mięsa, to nie obiad. Te miejskie wydziwy! A poza tym, teraz w całą Wigilię już nie ma postu. - Wiesiu brnął dalej. - Ty, Olga, do niedawna byłaś normalna, ale nagle poznałaś tę tu i wszystko wywróciłaś do góry nogami...
Zośka akurat wróciła z młynkiem do pieprzu i usłyszała końcówkę wypowiedzi, którą zinterpretowała opacznie. Zagotowało się w niej.
- Byłabym wdzięczna, gdybyś powstrzymał się z głoszeniem swoich pisowskich poglądów w moim mieszkaniu! - powiedziała.
- A co ci PIS przeszkadza, co? W końcu u władzy są ci, którzy myślą o ludziach. A co ci dali tamci, no? No powiedz, co ci dał Tusk? No?!
- Hmm, w twoim mieszkaniu... dobrze wiedzieć - wtrąciła kwaśno Olga.
- Ja pierdolę! - Zośka się uniosła.
- Rodzinna wigilia. - Roman uśmiechnął się do Gochy. - Jeszcze barszczyku?
- Nie, dziękuję, zostawię sobie miejsce na inne pyszności. - Jakoś z tego wybrnęła.
Inne pyszności to były makiełki, gotowane ziemniaki, kapusta z grzybami i "ryba" z selera.
- A gdzie smażony karpik? - domagał się Wiesiek.
- Nie jadam ryb - odpowiedziała Zośka. - Ale są kupne śledzie w oleju.
- Nie tłumacz mu się, Wiesiek, jesteś tu gościem czy szefem kuchni? - wysyczała Olga z zaciętym wyrazem twarzy.
- To już nie można nic powiedzieć? Pewnie, spróbuję tego całego selera, ale co to za Wigilia bez karpia? U mnie zawsze był, od dzieciaka, wiecie, człowiek się przyzwyczaił.
Przez chwilę jedli w milczeniu.
- Niedobra ta kapusta - stwierdziła Elwirka.
Gośka popatrzyła na nią z uznaniem. Odważne dziecko i ma wyczucie smaku. Kapuście wyraźnie brakowało masła i pieprzu. I grzybów też było jak kot napłakał. Oj, u Moniki nie popracowałaby Zośka za długo.
- Elwirka! - syknęła Sandra. - Nie można tak mówić, bo cioci będzie przykro.
O matko! Co za szantaż emocjonalny! I tak zabija się w dzieciach to, co najpiękniejsze: szczerość i naturalność - pomyślała Gośka z żalem, przypominając sobie, jak ją strofowano w dzieciństwie.
- A wiecie, co jest sekretem dobrej kapusty? - rzucił Wiesiek w eter. Nikt nie miał ochoty mu odpowiadać, więc odpowiedział sobie sam. - Tłuszczyk. Mamusia zawsze dawała łyżkę smalcu i to dopiero była kapusta! - Oblizał się.
- Jakoś nie jestem zaskoczona - stwierdziła Tekla z niesmakiem.
- No nie Wiesiek, w Wigilię nie. Na pewno nie, przecież twoja mama jest bardzo pobożna, w Wigilię u niej zawsze wszystko postne - wtrąciła się Sandra. - Nawet do dziś, chociaż nie trzeba.
- No przecież wiem, co mówię! Nie dużo, tak dla smaczku. I wszyscy wpierdalali, aż im się uszy trzęsły.
Znów zapadła cisza. Goście jedli w milczeniu, chyba bardziej dla zabicia czasu i niezręczności sytuacji, starając się przebrnąć przez raczej mdłe potrawy. I raczej nikomu się uszy nie trzęsły. Gośka się zastanawiała, jak to możliwe, żeby ktoś z zacięciem kulinarnym gotował tak bez wyrazu? Może wynikało to z chęci dogodzenia wszystkim albo Zośka nie była w najlepszym nastroju. Bo przecież nastrój kucharki poznasz po smaku jej potraw.
- To co z tą wódeczką? - Wiesiek nie odpuszczał.
- A pan przypadkiem nie prowadzi? - zapytała zniecierpliwiona Tekla, nie kryjąc swojej niechęci do niego.
- Nie, żonka prowadzi. Trzeba umieć się ustawić - zarechotał.
- Jezu, Zocha, mamy coś? Bo ten nie przestanie wiercić dziury w brzuchu. - Olga zaczęła tracić cierpliwość.
- Nie mam wódki, przecież wiesz, że nie piję wódki. - Zośka wyraźnie była podminowana. - Jest tylko wino.
- A mogę otworzyć, czy to twoje wino? W twoim mieszkaniu?
- Rób, co chcesz - mruknęła Zocha i wyszła do kuchni.
Gośka zastanawiała się, co tu jest grane. Coś ewidentnie wisiało w powietrzu, jakiś kwas, jakaś kłótnia... A może to zwykła sprzeczka dziewczyn? Przecież widziała je po raz pierwszy, nie miała porównania, czy tak jest zawsze, czy dziś jest wyjątkowo wybuchowo?
- Wino... no trudno. Później napiję się z teściem. Bo my dzisiaj jedziemy na jeszcze jedną wigilię. Oni tam poczekają na nas, teściówka teraz się pewnie uwija przy garach, żeby ukochanemu zięciowi dogodzić. - Wiechu zacierał ręce, odpowiadając na pytanie, którego nikt nie zadał.
- A rodzice nie chcieli przyjechać tu, do córki? - Tekla udała troskę.
- Oni nigdy nie ruszają się ze swojego grajdołka - prychnęła z pogardą Olga.
- No co ty mówisz? - Sandra odezwała się po raz pierwszy. - Przecież oni mają zwierzęta, gospodarkę, nie mogą wszystkiego zostawić, przecież pamiętasz, jak się żyje na wsi...
- Na szczęście dawno zapomniałam. - powiedziała Olga, otwierając butelkę. - Komu winka?