OD AUTORA
Nie ukrywam: pisałem tę książkę z pełną świadomością, że niektóre postacie, miejsca i sytuacje mogą wydać się znajome. Jeśli w pamięci czytelnika pojawi się błysk rozpoznania - nie musi to być przypadek. Czasem rzeczywistość zostawia ślady tak wyraźne, że literatura nie ma prawa udawać, iż ich nie dostrzega. Właśnie dlatego podobieństwa, które mogą się nasuwać, bywają w tej opowieści zamierzone: wynikają z mojego wyboru i z potrzeby ujęcia prawdy w formę, która potrafi ją udźwignąć.
Fundamentem tych opowieści są fakty: autentyczne ludzkie losy oraz konkretne punkty na mapie, które stały się zaczynem literackiej kreacji. Fabuła, oniryzm i nadbudowa wyobraźni pełnią tu rolę narzędzi - mają nadać prawdzie należytą jaskrawość, wyostrzyć jej kontury i przeniknąć do tych pokładów wrażliwości, gdzie rzeczywistość, pozbawiona ochronnego filtra literatury, okazuje się zbyt dotkliwa, by mierzyć się z nią bez mrugnięcia okiem.
Cienie postaci i miejsca, które mogą wydać się znajome, nie służą demaskacji, lecz są próbą ukazania uniwersalnych mechanizmów: napięć, krzywd i pęknięć - a przede wszystkim tego, co w nas ocalało i pozostaje niezniszczalne. Niech wybrzmi to z całą mocą: te opowieści nie są wymierzone w żadnego człowieka i nie powstały, by budzić nienawiść.
Moim zamiarem nie było naruszanie sacrum czyichkolwiek uczuć religijnych ani stygmatyzowanie jakiejkolwiek rasy, narodu czy kręgu kulturowego. Szacunek dla drugiego człowieka - w całym bogactwie jego tożsamości, w tym osób tworzących społeczność LGBT+ - pozostaje dla mnie wartością nienaruszalną i najwyższą.
To literatura, która prowokuje do refleksji i może budzić silne emocje, ale nigdy nie służy wykluczeniu. Jeśli w tej narracji pojawia się ostrość, wypływa ona wyłącznie z natury tematu i z prawdy, która domaga się pełnego światła, bez taryfy ulgowej - nie zaś z intencji uderzenia w kogokolwiek.
Wszystko, co tu przeczytacie, jest moim świadomym głosem o świecie, który nas otacza - w całym jego skomplikowaniu, pięknie i bezwzględności. A jeśli ta książka ma po sobie coś zostawić, niech będzie to ślad myśli, nie piętno.
Arkadiusz Baranowicz
Ruda Śląska, marzec 2026 r.
PROLOG
Istnieje w sercu tej ziemi, tu, gdzie Śląsk poci się rdzą i węglowym pyłem, taka godzina, której nie znajdziecie na żadnym zegarze. To czas bezkrólewia, martwe pole między trzecim a czwartym uderzeniem nocy. Wtedy Ruda Śląska, Katowice i Bytom zastygają w sennym paraliżu, a dym z kominów nie jest już trucizną, lecz gęstym, siwym oddechem samej ziemi, która przez chwilę próbuje wyznać niebu swoje winy. To w tym mroku, gdy latarnie zmieniają mokry asfalt w rzeki płynnej rtęci, rzeczywistość traci swoją ciągłość. Pęka.
Przez całe lata uczyłem się w te pęknięcia wkładać palce. Nie jestem pisarzem, który karmi się iluzją liter. Jestem archeologiem chwil ostatecznych. Siedzę przy oknie, czując na karku lodowaty chłód bijący od szyby, i słucham głosów, których inni boją się usłyszeć nawet w najgłębszym pijackim zwidzie. Ludzie modlą się o święty spokój, ale spokój to tylko inna nazwa dla cmentarnej ciszy. Prawdziwe życie pulsuje w niepokoju. W tym nagłym, zwierzęcym drżeniu rąk, gdy dotykasz prawdy, która parzy duszę do samej kości.
Pojąłem to dopiero teraz - w wieku, w którym mężczyzna przestaje skrupulatnie liczyć lata, a zaczyna z narastającą trwogą inwentaryzować straty.
Powszechnie zwykło się mawiać, że życie jest długie. To wierutne kłamstwo. W rzeczywistości jest ono boleśnie, nieskończenie krótkie, choć utkane z miliardów drobin, które przesypują się nam przez palce niczym ostry, brudny piasek. Jednak w tej szarej masie zdarzają się świetliste okruchy. Chwile graniczne. Punkty, w których czas nagle zagina swoją trajektorię.
Prawdziwa egzystencja pulsuje wyłącznie tam, gdzie dochodzi do gwałtownych, rwanych wyładowań na styku duszy i materii. Wszystko, co w nas fundamentalne - obłędna namiętność, mordercza nienawiść, nagłe olśnienie łaską czy gęsty mrok ostatecznego upadku - kondensuje się w przestrzeni jednego, zachłannego oddechu. To w tych kilkunastu sekundach krystalizuje się nasza struktura: to wtedy rozstrzyga się, czy pod wpływem niewyobrażalnego ciśnienia losu wyjdziemy z nich jako diament, czy rozsypiemy się w garść bezużytecznego popiołu.
Wartości ludzkiego trwania nie odmierza się kartkami kalendarza, siwizną na skroniach, cyframi na koncie ani długością dróg, które zdążyliśmy przetrzeć. Życie mierzy się pęknięciami. Prawdziwie istniejemy tylko w tych mikroskopijnych szczelinach bytu, w rwanych ułamkach chwil, kiedy w monotonną codzienność wdziera się nagle oślepiający blask albo absolutna, lepka ciemność.
Właśnie te fragmenty, te krótkie rozbłyski świadomości na granicy bytu i nicości, zebrałem w jedno. Nie spisałem ich jednak na papierze. Papier jest zbyt nietrwały, zbyt podatny na kłamstwa atramentu.
Przede mną, na starym dębowym stole, spoczywają czarne papirusy.
Trzydzieści płatów sprasowanej nocy, niczym materie wypreparowane z samego jądra węgla - minerału, który miliony lat temu chłonął światło słońca, by potem zastygnąć w mroku i cierpieniu ziemi.
W dotyku przypominają skórę kogoś, kto ocalał z pożaru: są suche, szorstkie, a jednak emanują niepokojącym, wewnętrznym ciepłem. Noszą w sobie podskórną pamięć ognia.
Nie szukajcie na nich śladu atramentu ani rylca. Te zwoje reagują wyłącznie na blask. Aby wydrzeć im tajemnicę, trzeba poddać je kilku chwilom oślepiającej jasności waszego skupienia - uwagi tak gęstej i bezkompromisowej, że każde wasze najskrytsze pragnienie czy nienazwana jeszcze tęsknota zamienia się w rozżarzony do białości snop światła.
Dopiero wtedy czerń skapituluje, oddając ukryty w niej powidok ludzkiego losu, by po ułamku chwili znów zapaść się w absolutne, węglowe milczenie.
To moja własna Ewangelia. Nie spisana przez świętych, ale wydrapana światłem wyborów w trzewiach ludzkiego istnienia. Każdy z tych trzydziestu zwojów to horyzont zdarzeń, poza którym nie ma już powrotu do tego, kim byliśmy wcześniej.
Otwierasz Czytelniku tę książkę, myśląc, że przeczytasz o obcych ludziach.
Mylisz się.
Te historie są o Tobie. O Twoim głodzie i wewnętrznym strachu. W niej nie ma zbędnych słów. Są tylko te momenty rozciągnięte, rozebrane na czynniki pierwsze, prześwietlone rentgenem mojej wyobraźni.
Nie myśl, że czytasz o obcych ludziach. Bohaterowie, których tu spotkasz, są różni. Dzielą ich epoki, status, a nawet prawa fizyki. Zobaczysz ich takimi, jakimi są w punkcie krytycznym: pięknych w swym zepsuciu, mądrych w swoim obłędzie, zmysłowych w chwili ostatecznego pożegnania.
Papirusy są lustrami ustawionymi pod odpowiednimi kątami, w których widać każdą bliznę i każde ukryte pragnienie. Przejrzyj się w nich. Nie odwracaj wzroku. Zobacz swoje lęki, swoje żądze, swoją zdolność do wielkości i do sromotnego upadku. Zobacz, jak niewiele trzeba, by zmienić orbitę istnienia człowieczeństwa. Wystarczy mgnienie. Wystarczy jeden, rozedrgany do naga oddech. Wystarczy decyzja podjęta w ciszy, gdy nikt nie patrzy, a demony i anioły wstrzymują oddech.
Nazywam się Arkadiusz Baranowicz. Jestem jedynie powiernikiem tych czarnych zwojów - świadkiem chwil, w których czas przestaje odmierzać sekundy, a zaczyna płonąć.
A teraz, drogi Czytelniku, zaczerpnij powietrza. Niech ten wdech będzie długi, bolesny, bezlitośnie szczery. Nie szukaj klucza do tych treści - prawda nie uznaje zamków. Wystarczy spojrzenie. To twoja uwaga będzie krzesiwem; to ona sprawi, że martwy węgiel znów zacznie tętnić życiem tych, którzy odważyli się czuć zbyt mocno.
Masz tylko krótką chwilę, by zdecydować, czy rzucisz snop światła w tę otchłań, zanim węglowa czerń ponownie upomni się o to, co z takim trudem ocaliłem od zapomnienia.
Otwórz oczy.
Papirusy już lśnią wewnętrznym blaskiem.
Zapraszają cię do środka.
PAPIRUS 10MĄDROŚCI Z BAGIEN
"Noc nie opowiada bajek; ona jedynie wyciąga z cienia te skrawki naszej duszy, które słońce uznało za zbyt niesmaczne, by pozwolić im istnieć na jawie..."
1
Jezioro nie miało nazwy, bo kartografowie bali się tu zaglądać, a miejscowi bali się je nazywać. Było czarnym, oleistym okiem ziemi, wpatrzonym w niebo z niemym wyrzutem. Woda miała konsystencję rzadkiego kisielu; pachniała mułem, rozkładem i czymś słodkawym - zapachem topielców, których jezioro już dawno przerobiło na ciszę.
Na samym środku tej martwej tafli, niczym wrzód na dupie krajobrazu, unosiła się chata. Nie stała na palach - ona lewitowała na kożuchu z mchu, przegniłych bali i ludzkich grzechów. Deski były czarne, omszałe, nasiąknięte wilgocią tak bardzo, że gdyby je ścisnąć, wypłynęłaby z nich esencja smutku.
W środku mieszkała Helena. Lokalna legenda. "Kurwa z Bagien". "Stara Rura Wodna". Kobieta, która miała siedemdziesiąt lat, twarz jak przeorane pole i cycki, które widziały więcej męskich łez niż konfesjonał w Licheniu.
Był wilgotny, listopadowy wieczór. Mgła gęsta i lepka osiadała na skórze jak zimny pot. Kobieta siedziała na progu, trzymając w kościstej dłoni peta bez filtra. Dym mieszał się z oparami bagna.
- Jebana wilgoć - warknęła, spluwając gęstą flegmą prosto do wody. - Włazi w gnaty jak komornik na kwadrat.
Obok niej siedział lis. Nie był to zwykły lis. Był to degenerat gatunku Vulpes vulpes[1]. Miał wyliniały ogon, jedno ucho naderwane w walce o padlinę i oczy, w których tliła się chora, wręcz ludzka ciekawość.
Lis był zboczeńcem. Nie polował - on obserwował. Podniecał go zapach ludzkiej nędzy. Teraz ocierał się o żylastą łydkę Heleny, mrucząc sprośnie.
- Czego chcesz, rudy chuju? - zapytała czule, drapiąc go za uchem. - Patrzeć chcesz? No to patrz. Zaraz przypłynie klient. Czuję go. Pachnie drogą wodą kolońską i strachem przed własnym fiutem.
2
Łódka uderzyła o pomost z głuchym stęknięciem. Wysiadł z niej Jerzy. Jerzy był myśliwym, bo tak kazał ojciec, dziadek i pradziadek - tradycja ciężka jak ołów, noszona na karku od pokoleń. Tyle że Jerzy nie potrafiłby zabić komara, nie przepraszając go wcześniej za naruszenie przestrzeni osobistej.
Był piękny. Miał rzęsy jak firanki i dłonie pianisty, które teraz kurczowo ściskały sztucer z grawerunkiem, jakby broń mogła mu dodać twardości, której nigdy w sobie nie znalazł. Na sobie miał strój myśliwski wart tyle, co ta chałupa, ale pachniał wodą kolońską Diora, a nie lasem. "Pedałek" - tak wołali za nim we wsi, pod sklepem. "Ciepły Jurek". Słowa rzucane z uśmiechem, który zawsze miał w sobie coś z kamienia.
Wszedł do chaty. Podłoga jęknęła pod jego krokiem, jakby rozpoznała w nim kogoś, kto przynosi ze sobą kłopot.
- Przyszedłeś postrzelać czy ruchać? - zapytała, nie wstając z wyra, które zajmowało połowę izby.
Pościel była szara, wilgotna, pamiętająca tysiąc ciał. Helena leżała w niej jak w gnieździe z brudu i wspomnień. Jerzy stał przy drzwiach i dygotał - nie z zimna, raczej z tego, co miał w środku.
- Przyszedłem... przyszedłem odpocząć - szepnął.
- Odpoczywa się w trumnie, synku. Tu się pracuje. Zdejmuj gacie.
Jerzy zaczął się rozbierać. Robił to z takim wstydem, jakby obdzierał się ze skóry, warstwa po warstwie, aż do samej prawdy. Kiedy został w samej bieliźnie - jedwabnej, delikatnej - starucha zobaczyła jego ciało. Chude. Blade. Poznaczone bliznami. Nie od walki. Od nienawiści do samego siebie.
Lis wskoczył na parapet. Przykleił nos do szyby. Jego ślepia błyszczały. Czekał na spektakl. Czekał na ten moment, kiedy człowiek pęka - i wylewa się z niego gnojówka prawdy.
3
Drzwi otwarły się z hukiem. Do środka wpadła Terenia. Była starą grzybiarką, która znała las lepiej niż leśniczy - bo leśniczy patrzył na drzewa jak na deski, a ona patrzyła na nie jak na braci. Dziś miała odlot. Zjadła o dwie łysiczki za dużo. Jej oczy zrobiły się czarne i wielkie jak studnie, a ślina ciekła z kącika ust, jakby ciało nie nadążało za tym, co działo się w głowie.
- Widziałam! - wrzasnęła, potykając się o sztucer Jerzego. - Widziałam Strażnika Bagien! Miał ryj jak dzik, i klatę z mchu!
Upadła na podłogę, tuż obok łóżka, jak worek z mokrą ziemią.
- Cicho bądź, wariatko - mruknęła Helena, ale bez złości. Podała jej kubek z wodą.
Terenia jednak już była gdzie indziej. W jej głowie świeciły inne światła, huczały inne lasy. Złapała Jerzego za rękę i ścisnęła ją z siłą, której nie powinno być w tak starych palcach - jakby chciała go przytrzymać w tym świecie, zanim się rozsypie.
- Ooo... - jęknęła, patrząc na niego rozszerzonymi źrenicami. - Ty nie jesteś myśliwym. Ty jesteś jeleniem. Masz dziurę w sercu, chłopczyku. Wielką, czerwoną dziurę... Kto cię tak postrzelił? Tatuś?
Mężczyzna osunął się na kolana. Trafiła. Ta naćpana starucha trafiła prosto w środek tarczy, w miejsce, którego nie dało się zasłonić ani sztucerem, ani markową wodą kolońską, ani udawaniem twardziela. Zaczął płakać - cicho, bezgłośnie. Łzy kapały na brudną podłogę, wsiąkały w deski jak w gąbkę.
- Chciałem być taki jak oni... - wyszeptał. - Kupiłem broń. Chodziłem na te polowania. Śmiałem się w tych samych momentach co oni, udawałem, że mi to obojętne. Ale jak widzę sarnę, to chcę ją przytulić, a nie zabić. Nienawidzę krwi. Nienawidzę siebie. Jestem błędem poczęcia.
Lis na oknie oblizał się powoli. Smak ludzkiej rozpaczy był dla niego słodszy niż krew kury.
4
Helena wstała. Jej stawy strzeliły jak kapiszony na odpuście. Podeszła do mężczyzny. Była naga, zwiotczała, stara - a jednak w tej chwili wyglądała jak kapłanka zapomnianego kultu.