Anna. Maj 2003
- Dzięki Bogu w tym bloku jest winda - powiedziała Anna, przekraczając próg mieszkania na czwartym piętrze. Wniosła ostatni - jak jej się zdawało - karton z drobiazgami, które udało się jeszcze znaleźć w rodzinnym domu.
- No, dzięki Bogu - powtórzył syn, idąc tuż za matką z dwiema siatkami zakupów. - Nie ma to jak na starość przeprowadzić się z domu do bloku.
- Już to przerabialiśmy, Piotrek. - Ania westchnęła, bo dobrze znała stanowisko syna w tej kwestii.
Zatrzymała się w korytarzu, spojrzała na niego, jak wchodził do kuchni, i uśmiechnęła się do siebie. Miał dopiero osiemnaście lat, ale jego dojrzałe rysy mogły sugerować, że jest starszy. Był wysoki i szczupły, z wyraźnie zarysowanymi mięśniami. Miał pewność siebie charakterystyczną dla młodych ludzi, którzy dopiero co wkraczali w dorosłość.
- I co z tego? - Piotr odwrócił się do matki. - Skoro do was to i tak nie dociera.
Najwyraźniej nie rozumiał, jak kobieta w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat, tuż przed emeryturą, zamiast rozkoszować się sielskim życiem na wsi, może chcieć się przenieść do skwarnego miasta, na dodatek do bloku, mieszkania wprawdzie nowego, ale o ileż mniejszego i bez duszy. Nie to, co ich dotychczasowy wielopokoleniowy dom.
- Synek, widziałeś chyba nie dalej jak dziś, w jakim stanie zostawiamy dom w Miłym Mieście.
- Stan budynku określiłbym najwyżej jako do remontu.
- Nie, do remontu to napisaliśmy w ogłoszeniu. Rzeczywisty stan to do całkowitej rozbiórki.
- Od razu do rozbiórki, nie przesadzasz trochę? - Piotr postawił zakupy na nowym błyszczącym granitowym blacie kuchennym, który jego zdaniem zdecydowanie nie pasował do tego miejsca. Zresztą mało co uważał za odpowiednie do mieszkania, które jeszcze miesiąc temu widzieli w stanie deweloperskim. - To, że piec kaflowy jest stary i do wymiany, podłoga ma wszystkie odcienie brązu, strop się sypie, grzejnik żeliwny działa tylko w jednym pokoju, a budynek jest nieocieplony, to naprawdę jeszcze nie powód, by się stamtąd wyprowadzać.
Ania odstawiła karton na stolik kawowy w salonie i spojrzała na Piotrka z niedowierzaniem.
- Synek... Ty chyba sam nie wierzysz w to, co mówisz.
- Proszę cię, nie wmawiaj mi tylko, że to miejsce naprawdę bardziej ci odpowiada - mruknął z wyczuwalną ironią. Rozłożył ręce, pokazując w ten sposób, że więcej nie trzeba już chyba dodawać. - Spójrz chociażby na ten stolik.
- Ten piękny dębowy stolik pokryty lakierem na wysoki połysk i żywicą epoksydową? - upewniła się Ania.
- No właśnie. Nawet nie wiesz, co to jest żywica epoksydowa.
- Może i nie wiem - przyznała - ale stolarz zapewniał, że gwarantuje wręcz wieczną trwałość.
- Tak, tak... - Piotr machnął tylko ręką i z niechęcią usiadł na nowoczesnej sofie z szenilową tkaniną obiciową, o której nikt z nich wcześniej nawet nie słyszał. - I będzie on, cytuję, "idealnym dodatkiem do zaplanowanej przez ciebie nowoczesnej aranżacji mieszkania".
- Skąd wiesz?
- Trąbisz o tym każdemu, kto chociażby udaje, że interesuje go nasza przeprowadzka.
- Nie przesadzasz trochę?
Piotr nie zdążył zareagować, bo ktoś zadzwonił domofonem.
- No i proszę - powiedziała Ania, unosząc palec wskazujący do góry. - Oto i pierwszy gość.
Nacisnęła przycisk i otworzyła drzwi przybyszowi.
- Zdążyłaś już kogoś zaprosić? - Zdziwił się, marszcząc czoło.
- I to nie byle kogo.
- Proszę, nie mów tylko, że ta gaduła Znachorska od ciebie z pracy przyszła.
- A co masz do Znachorskiej? - Ania złapała się pod boki, jakby chciała wyrazić swoją dezaprobatę, ale nie potrafiła ukryć śmiechu.
- Oprócz tego, że nadaje tyle, że zęby jej się pocą, to wygląda jak przez okno w tej swojej fioletowej płukance z lat osiemdziesiątych.
- Synek... - Ania chciała zabrzmieć poważnie, ale jej to nie wychodziło. - Może i masz odrobinę racji, ale szacunek choćby ze względu na wiek jej się należy. I idź lepiej otwórz, bo gość wiecznie tam stać nie będzie.
Piotr podniósł się niechętnie i poszedł do drzwi.
- Dzień dobry, zamawiał pan pizzę?
- Mamo, serio? - Ania usłyszała pytanie aż w salonie.
- Zapłać, synek. Hawajska bez ananasa.
- To co to za hawajska?
- Druga połowa dla ciebie.
- Z czym?
- Amerykańska, zamiast oliwek ananas.
- To żeś wymyśliła - skwitował, po czym wrócił z zamówieniem do pokoju.
- Aha, jutro będę w domu dopiero po dziewiętnastej. Ale nadal trzymam cię za słowo, że w końcu przyprowadzisz długo zapowiadanego gościa specjalnego. - Rzuciła synowi ukradkowe spojrzenie, przeglądając dalej szpargały.
- Dobrze już, dobrze. - Pokiwał głową z dezaprobatą. - Jutro ją poznasz, tak jak powiedziałem.
Ania tylko uniosła nieznacznie kąciki ust, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo się cieszy na pierwsze spotkanie z jego dziewczyną.
- Że też chce ci się przeglądać te starocie. - Zmienił temat, wskazując ruchem głowy na karton. - Myślałem, że z ojcem zabraliście i przejrzeliście już wszystko, co najważniejsze.
- Najważniejsze tak. Tutaj tylko jakaś papierologia została i... - wyciągnęła z kartonu jedną kopertę, którą jednak pospiesznie schowała głęboko pod pozostałe dokumenty - parę zdjęć dziadka z czasów, jak po wojnie na Śląsk do pracy jeździł - skłamała.
Odłożyła karton i dokładnie go zamknęła. Poczęstowała się pizzą. Usiadła obok syna na kanapie i wyprostowała nogi.
- Długo dziadek tam jeździł? Myślałem, że był tylko raz czy dwa.
- Bywał tam częściej. Zawsze ze swoim przyjacielem Waldkiem, pamiętasz go?
Piotr tylko kiwnął głową.
- Dziadek to był naprawdę wyjątkowy gość. Będzie mi go brakować.
- Tak, wiem, synku - powiedziała, chociaż nie czuła żadnego smutku, żalu ani tym bardziej tęsknoty za swoim ojcem. Od jego śmierci minęło zaledwie kilka tygodni, ale dla niej to, czy był, czy go nie było, nie stanowiło żadnej różnicy.
- Nauczył mnie wszystkiego. Jazdy na rowerze, łowienia ryb, jazdy na traktorze, wędzenia mięsa.
- Zamiłowanie do samochodów też chyba ci zaszczepił.
- Fakt. Pierwsze sprzęty w domu naprawiałem z nim. - Sięgnął po kolejny kawałek pizzy. - Pamiętasz tę starą lodówkę, co tak głośno chodziła, że za dzieciaka bałem się, że w nocy mnie zaatakuje?
Oboje uśmiechnęli się na to wspomnienie.
- Wiesz, że ta lodówka przed wojną kosztowała tyle, co nowe auto? Mój dziadek ją z Gdańska przywiózł i to była sensacja w wiosce.
- Uszykowałem z nim też maszynę do szycia babci. Dziadek zawsze mówił: Idziemy coś uszykować.
- To była maszyna do szycia prababci.
- Poważnie? Myślałem, że babcia Marysia też szyła.
- Bo to prawda, ale ona tego wręcz nienawidziła. Była szwaczką, bo musiała jakoś na życie zarabiać w powojennej Polsce, ale tak naprawdę interesowała się ziołolecznictwem.
- Tak, coś o tym słyszałem. Myślałem jednak, że to było tylko chwilowe zainteresowanie, tak dziadek mi opowiadał.
- Wiesz, wojna nauczyła ludzi polegać głównie na sobie. O lekarza było trudno, o leki jeszcze trudniej, a natura dawała wszystko, czego tak naprawdę potrzebowali. To też musiał ci dziadek mówić, sam nie miał łatwo.
- Że nie miał łatwo, to akurat wiem. - Ściągnął brwi i spojrzał gdzieś daleko przed siebie, jakby widział przez ścianę, która dopiero co została pomalowana na brzoskwiniowy kolor.
- Piotrek? - zapytała po chwili, gdy zauważyła, że syn jest jakby nieobecny. - Wszystko w porządku? Posmutniałeś.
- Mamo. Obiecaj, że nie sprzedacie tego domu.
- Domu w Miłym Mieście?
- Tak. Obiecaj.
- Ale nie mogę, dziecko. - Była trochę zaskoczona jego prośbą. - Musimy, nie stać nas na utrzymanie dwóch, przecież wiesz.
- Proszę cię... Porozmawiaj z ojcem.
- No nie wiem... To raczej już przesądzone.
Piotr wpatrywał się w matkę przez dłuższą chwilę smutnym i jednocześnie pełnym nadziei spojrzeniem.
- Zobaczę, co da się zrobić. - Poddała się w końcu. - Ale niczego nie gwarantuję.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki