Prolog
Było tu zimno, mokro i jakoś tak trupio. Gęste krzaki, mokre po
całonocnych opadach wyciągały do nich nasączone wodą ramiona i próbowały
wyssać choć gram ciepła, bo ileż można tak marznąć w deszczu? Buty
ślizgały się na rozmokłej ścieżce, woda kapała z drzew i wpadała im za
kołnierze. Słychać było jedynie plaskanie podeszew o maziste błoto,
uderzenia mokrych gałęzi o ubrania, posapywania zmęczonych ludzi, co
jakiś czas krótkie, acz soczyste przekleństwo. Kiedy kopuła zarośli na
chwilę odsłaniała niebo, ukazywała wiszące nisko chmury, paskudnie
ołowiane, i było wręcz pewne, że za chwilę znowu lunie jak z cebra i całe przedsięwzięcie trafi szlag.
-?Mówiłem, żeby odwołać to gówno -?warknął gościu z kamerą, jakiś
świeżak.
Komisarz Paweł Hardy w ogóle go nie kojarzył. Szczyl miał na sobie
pachnącą nowością kurtkę i takie same buty, na które pewnie wydał
więcej, niż policjant zarabia w miesiąc. W niczym mu to nie pomagało,
ślizgał się po nierównej ścieżce jak pozostali.
-?Zamknij się -?rzucił krótko ktoś z tyłu.
-?Daleko jeszcze? -?zapytał Paweł i szarpnął za kajdanki, którymi był
spięty z oskarżonym.
Ten zatrzymał się i spojrzał komisarzowi prosto w oczy. Razem z nimi
stanęła cała kolumna, którą prowadził jakiś policjant w mundurze, a zamykało kilku innych funkcjonariuszy, pani prokurator i ten pieprzony
kamerzysta.
Mężczyzna złączony łańcuchem z komisarzem Hardym nie odzywał się, taki
miał zwyczaj: najpierw patrzył rozmówcy w oczy, jakby chciał wszystko
przekazać siłą umysłu, a dopiero potem mówił. Paweł, podczas jednego z przesłuchań, wpatrując się w niego przez weneckie lustro, zmierzył czas
tych nieznośnych pauz i wyszła mu minuta na każdą. Zupełnie jakby facet
miał w głowie stoper i dopiero po sześćdziesięciu sekundach odmierzonych
gdzieś za tymi wodnistymi oczami mógł coś powiedzieć. Teraz także
nieznośnie mijała minuta wymuszonej ciszy z sapiącymi mężczyznami i wodą
kapiącą z liści w tle.
-?Prawie jesteśmy -?powiedział w końcu, nie kryjąc satysfakcji z tego,
że urządził im spacer, którego długo nie zapomną.
-?Nie dziwne, że nikt nie znalazł tych ofiar -?skomentował gościu z kamerą. Widocznie był strasznym gadułą i Hardy już go nie lubił.
Najwięcej gadają ci, co mają najmniej do powiedzenia, taką wyznawał
zasadę. Ruszył dalej w drogę, szarpnąwszy za kajdanki, co uruchomiło
pozostałe plaśnięcia, szurania i głośne sapnięcia. Mokre gałęzie
uderzały w nich, jakby poklepywały ich po plecach dla zapewnienia, że
dobra robota, że już niedaleko, dadzą radę.
Wyszli w końcu na polanę wielkości dwóch boisk do siatkówki, ściśle
otoczoną zieloną ścianą mokrych zarośli wysokich na trzy, a może i cztery metry. Na jej środku leżała sterta starych desek i kawałków
drewna sięgająca dorosłemu człowiekowi do piersi. Jednocześnie pasowała
do tego miejsca i nie pasowała. Z jednej strony zdawała się być na
miejscu, bo i sama polana jawiła się jako zakątek, który powstał tylko
po to, aby nikt nie musiał tu nigdy zaglądać. Z drugiej -?kto i po jaką
cholerę gromadził tutaj stare deski? Może chciał coś zbudować?
-?To tutaj? -?zapytał kamerzysta.
Hardy szarpnął za łańcuch kajdanek, spięty z nim mężczyzna najpierw
spojrzał na niego w ten swój denerwujący sposób, a potem na pytającego,
przez co przykuł go wzrokiem na swoje niezmienne sześćdziesiąt sekund.
Zdawało się, że gówniarz wytrzyma, ale nie, w oczach mężczyzny było coś
takiego, czego zwyczajny człowiek nie mógł zdzierżyć, pojedynek był z góry skazany na przegraną. Hardy kiedyś zdefiniował to jako uczucie
podobne do tego występującego podczas oglądania horroru, gdy ofiara
wspina się po tonących w mroku schodach na piętro, doskonale zdając
sobie sprawę z faktu, że tam czeka morderca i że nie dożyje finału tego
filmu. Mimo to się wspina. A widz napełnia się właśnie takimi emocjami,
napięcie tuż przed nagłą zmianą akcji staje się tak nieznośne, że
oglądający zamyka oczy albo odwraca głowę, czasem chowa ją pod koc,
bywa, że zatrzymuje film. Tak, wpatrywanie się w oczy tego człowieka
było jak oglądanie brutalnego i nieznośnie brudnego filmu grozy.
-?Tak, to tutaj -?odpowiedział po minucie skuty z nim mężczyzna.
-?Gdzie? -?zapytał Hardy.
-?Pod deskami. Tam jest dziura w ziemi. Sztolnia. Głęboka.
-?I niby za każdym razem odwalałeś te dechy, żeby wrzucić do środka
ciało? -?nie dowierzał policjant.
-?Dekoracja -?wyjaśnił mężczyzna.
-?Co?
-?To tylko dekoracja, jak sklepowa wystawa, która zachęca lub zniechęca.
Ta miała zniechęcić.
-?Do czego?
-?Do grzebania.
-?W tej stercie?
Mężczyzna tylko rozłożył ręce, jakby chciał powiedzieć: "Czego tu nie
rozumieć? Przecież wszystko jest jasne".
-?Zaczynamy? -?zapytał natarczywie znudzonym głosem kamerzysta, niczym
dziecko mające dość podróży po pięciu minutach od wyruszenia w drogę.
Hardy westchnął. Mógł sobie odpuścić tę setkę wódki po śniadaniu, ale
czuł się tak źle, że nie potrafił utrzymać kubka z kawą. Tłumaczył
sobie, że już po wszystkim, dorwał Jana Kańczugę, przez media nazwanego
Bestią z Zagłębia, wsadził go za kratki, wziął udział w setkach godzin
przesłuchań, gromadzeniu materiału dowodowego, analizie jego morderstw.
Pozostało tylko przeżyć wizję lokalną i po sprawie, będzie mógł wziąć
się za siebie, przestanie chlać, poprosi o przeniesienie za biurko,
zacznie biegać, pójdzie na siłownię. Za dużo przez te dwa lata przeżył,
zbyt mocno wszedł w skórę tego maniaka, co przypłacił alkoholizmem.
Szybkim, gwałtownym niczym burza. Jednego dnia wódki odmawiał,
nienawidził jej smaku, drugiego już go do niej ciągnęło. Zdawał sobie z tego sprawę i chciał wyjść z alkoholowego marazmu. Tylko jeszcze ta
ostatnia wizja lokalna.
-?Komisarzu? -?Kamerzysta spojrzał w jego stronę.
-?Pani prokurator? -?Hardy przekazał pytanie do Justyny Potomnej.
Nie lubił jej, podobnie jak wszyscy policjanci. Zasadnicza, trzymała się
kodeksów bez cienia zrozumienia dla ludzi, którzy musieli dbać o ich
przestrzeganie. Zastanowił się, czy był na świecie ktokolwiek, kto ją
darzył sympatią. Te zacięte i wąskie usta, wiecznie zmrużone, rozbiegane
oczy, jakby szukała nieosłoniętego miejsca na twoim ciele, w które może
wbić szpilę. Była piękną kobietą i to zmyliło zarówno wielu oskarżonych,
jak i policjantów. Blondynka, mająca wszystko na miejscu, jak mawiali
chłopaki na komendzie, oczywiście oprócz choć odrobiny dobra, ciepła czy
zrozumienia, które chyba ktoś odebrał jej zaraz po narodzinach. Może
wisiało na jakiejś osobnej pępowinie i lekarz, nie wiedząc, z czym ma do
czynienia, postanowił to po prostu odciąć. Takim człowiekiem się nie
zostaje, takim trzeba się urodzić.
-?Jedziemy z tym -?odparła ze skrzywioną miną, wkładając rurkę parasola
między policzek a ramię, po czym wyjęła z torebki cienkiego papierosa. -
Proszę zaczynać.
Rozstawili się na polanie bez słów. To była już trzecia wizja lokalna z Janem Kańczugą i kolejne miejsce, w którym ukrywał zwłoki. Do tej pory
wskazał im, skąd porywał dziewczyny, potem polanę, na której je
zakopywał. Znaleźli dokładnie trzynaście ciał. Same młode kobiety,
wszystkie bez wyjątku piękne przed śmiercią, bestialsko okaleczone tuż
po niej.
Zdziwiło ich, kiedy po zakończeniu ostatniej zaplanowanej wizji
oznajmił, że to nie koniec, że jeszcze coś dla nich ma. Było więcej niż
trzynaście ofiar? Bali się, że taka informacja po wypłynięciu do mediów
może zachwiać kilkoma stołkami w policji.
-?Kręcimy? -?zapytał gówniarz z kamerą tonem, który zadziałał na Hardego
niczym mimowolny skurcz mięśnia zaciskający dłoń w pięść.
Kamerzysta był z nimi pierwszy raz, a Hardego nie interesowało, co się
stało z poprzednim. Liczyło się tylko to, co im teraz pokaże Kańczuga, a potem setka wódki miętowej czekająca w samochodzie. Chwilę później
koniec sprawy i ze dwa tygodnie urlopu. Nigdy więcej alkoholu i Potomnej. Podobno miała awansować na jakiś ministerialny stołek. I bardzo, kurwa, dobrze.
Sześciu mundurowych rozstawiło się wokół polany, co zarówno utworzyło
bufor ochronny przed jakimkolwiek zagrożeniem z zewnątrz, jak i uniemożliwiło ucieczkę aresztowanemu. Na czas nagrywania odpinano mu
kajdanki, żeby dokładnie zilustrował, co robił z ciałami, jak je chował,
po to, aby potwierdzić zeznania i wykluczyć wszelkie wątpliwości. On zaś
chętnie opowiadał, wszystko pokazywał, co najmocniej radowało panią
prokurator, która nie będzie musiała się specjalnie przemęczać w sądzie.
Komisarz stał najbliżej Kańczugi, inny funkcjonariusz podawał manekina,
na którym oskarżony prezentował swoje działania. Byli jeszcze
kamerzysta, fotograf, prokuratorka oraz dwóch kolegów z wydziału
kryminalnego, którzy wspomagali akcję. Do tego kilku mundurowych z prewencji. Wielu ojców jego ofiar chciało wymierzyć sprawiedliwość
własnoręcznie, obstawa była konieczna, chociaż dziś najwyraźniej
zbyteczna. Kto by się tutaj zapuszczał i po jaką cholerę?
Hardy zdjął kajdanki z nadgarstka Kańczugi i odszedł kilka kroków, aby
nie stać w kadrze. Pani prokurator beznamiętnym głosem wyrecytowała
formułkę dotyczącą miejsca, oskarżonego oraz celu wizji lokalnej,
chowając zapalonego papierosa za plecami.
Morderca delikatnie rozmasował nadgarstek, po czym zadarł głowę i spojrzał w niebo, jakby przeczuwał, że zaraz spadnie deszcz. Szczupły
facet koło pięćdziesiątki z twarzą wymęczonego robotnika budowlanego,
niechlujnie ogoloną, ogorzałą od słońca. Wyglądał dużo starzej, przez co
zdawał się całkowicie niegroźny. Jego postura myliła, bo pozornie chudy
miał silne ręce i twarde mięśnie nabyte przez lata pracy fizycznej. A może regularnie ćwiczył? Tego nikt nie wiedział, bo on sam był całkowitą
zagadką. Nie udało się ustalić ani jego prawdziwej tożsamości, ani daty
urodzenia. Cudowna sprawa dla mediów. On po prostu przedstawił się im na
pierwszym przesłuchaniu jako Jan Kańczuga. Jego twarz także była
pułapką, mogła ilustrować strajkującego rolnika, górnika tuż po
szychcie, człowieka ludu, przez co idealnie maskowała ponadprzeciętną
inteligencję.
-?Dajesz, Janek -?zachęcił mordercę do działania podkomisarz Edward
Kostecki. -?Bo nam z zimna dupy odpadną.
Był to fachowiec z długim stażem w sosnowieckim wydziale kryminalnym.
Wiedział, że mówienie do mordercy po imieniu strasznie go denerwuje, a on lubił grać mu na nerwach.
Kańczuga postał chwilę bez ruchu, jakby chłodne powietrze go zamroziło,
przeniósł wzrok na Kosteckiego, po czym ponownie podniósł głowę i spojrzał w zasnute ołowianymi chmurami niebo. Zdawał sobie pewnie
sprawę, że to jego ostatnie chwile poza murami więzienia.
Wodniste oczy. O tak, jego wyłupiaste ślepia wyglądały, jakby cały czas
padał na nie deszcz, a one wiecznie go pragnęły. Miało się wrażenie, że
potrafi tymi ślepiami patrzeć także na boki.
Zaczął mówić.
-?To dekoracja -?powiedział. -?Tak, aby przygodni spacerowicze czy też
dzieciaki nie zainteresowały się tym miejscem.
-?Zwłoki są pod deskami? -?upewnił się Hardy.
-?Tak -?odpowiedział Kańczuga, patrząc wprost na komisarza. Unikał
spoglądania w obiektyw kamery niczym zawodowy aktor.
-?Niech oskarżony pokaże, co robił z ciałami -?zażądała prokurator.
-?Przyciągałem je tutaj na takim wózku wojskowym do transportu rannych
na noszach. Kupiłem z demobilu na targu. Bardzo wygodny sprzęt, nawet po
błocie przejedzie z trupem, ma duże szprychowe koła. Zapewnia komfortową
pracę na każdym polu walki, tak twierdzi producent. Wózek jest schowany
w tej stercie. -?Wskazał na piętrzące się graty.
Paweł zaklął w myślach. Co za nadęty pajac. To był pierwszy seryjny
morderca, z którym miał do czynienia, i żywił szczerą nadzieję, że
ostatni.
-?Oskarżony przywoził ciała po tej ścieżce? -?dopytywała Potomna.
-?Tak, dokładnie. Jest idealny do wąskich miejsc. Dziewczyny były
martwe, to się nie rzucały na wózku.
-?Co dalej? -?ponagliła prokurator.
-?Mogę podejść? -?zapytał, wskazując palcem na stertę.
-?Tak. -?Potomna skinęła głową.
Kańczuga zbliżył się do kupy desek i kawałów drewna, przyglądał się jej
przez chwilę, jakby liczył zardzewiałe gwoździe wystające tu i ówdzie.
Przesunął się dwa kroki w prawo. Hardy wiedział, że rozkoszuje się tą
całą sytuacją, najpewniej przypominają mu się te wspaniałe chwile tuż po
morderstwie, gdy osiągał najwyższy stan spełnienia, satysfakcję
absolutną, jak sam to określił w zeznaniach.
-?Zwiozłem te deski sam i je zmontowałem właśnie w taką stertę -
oznajmił. -?Ona się rozkłada. Trzeba łapać za żółte.
Schylił się, po czym chwycił schowany na dole kawał deski pomalowany na
żółto. Pociągnął go i jedna trzecia bezładnego składu rupieci gładko
odsunęła się na bok. Dopiero teraz było widać, że wszystko jest ułożone
na palecie z doczepionymi kółkami.
-?Ożeż ty -?odezwał się Kostecki. -?Niezły z ciebie Bob Budowniczy.
-?Proszę nie komentować -?skarciła go prokurator.
Tymczasem Kańczuga podszedł znowu do sterty, złapał kolejny żółty
kawałek i odsunął najpierw deski znajdujące się po lewej, potem po
prawej stronie. Dokładnie pośrodku niedawnego składu rupieci ziała
czarna dziura otoczona przez trzy sterty drewna osadzone na ruchomych
paletach, które przesuwały się po terenie na małych gumowych kółkach.
-?Spryciarz -?skomentował cicho Kostecki.
-?Tu jest wózek. -?Kańczuga wskazał palcem na jedną z ruchomych stert
drewna. -?Mogę go wyciągnąć?
Prokurator kiwnęła głową. Mężczyzna powoli podszedł do wózka, złapał za
rączkę i podciągnął kilka metrów bliżej policjantów i kamerzysty.
Uklęknął na jedno kolano i zaczął prezentację.
-?Tak się rozkłada -?powiedział, pokazując, jak przygotować sprzęt do
transportu.
Po kilku wprawnych pociągnięciach i kliknięciach zapadek stały przed
nimi brezentowe nosze z dwoma rowerowymi kółkami po bokach,
przypominające nieco ręczną rikszę.
-?Zabezpieczyć. -?Hardy wydał polecenie, które natychmiast wykonał jeden
z mundurowych.
-?Wchodziłem na polanę, aby sprawdzić, czy nikogo nie ma -?mówił dalej
morderca. -?Jeśli było czysto, to wyjmowałem wózek i wracałem do
samochodu, pakowałem dziewczynę na nosze, przypinałem pasami,
przykrywałem brezentem i przyjeżdżałem z powrotem. Zrzucałem zezwłok do
dziury, składałem wózek, układałem z powrotem moją dekorację i wracałem
do samochodu. Szybko, sprawnie, godzinka roboty z przerwą na jedzenie.
Hardy się wzdrygnął. Zezwłok? Kto, do cholery, używał w ogóle takiego
określenia? I przerwy na jedzenie, niemal zgodnie z kodeksem pracy. Nie
powinni nazywać go Bestią z Zagłębia, lecz Bydlakiem.
-?Co to za dziura? -?zapytała prokuratorka. -?Skąd oskarżony o niej
wiedział?
-?To stara sztolnia -?powiedział Kańczuga. -?Biedaszyb, przed wojną
wydobywano stąd na dziko węgiel. Po wojnie zresztą też. Zaraz po wejściu
ruskich rozstrzeliwano tu ludzi nieprzychylnych władzy ludowej.
Wystarczy wrzucić zezwłok do środka i po problemie. Mam kolegę w kopalni, pracuje przy zabezpieczaniu dzikich wyrobisk i szkód
górniczych, kiedyś wskazał mi kilkanaście takich miejsc w okolicy. Wie
pani, tę dzielnicę Sosnowca nazwano Czarnym Morzem, od bagnisk i torfowisk, ale też od węgla. Tu było mnóstwo biedaszybów. Wszystkie są
obecnie zabezpieczone, oprócz tego jednego. Miejsce wydawało mi się
idealne: cicho, spokojnie, uroczo, na odludziu. Jak świeci słońce, to
jest tu naprawdę bardzo ładnie.
Kostecki podszedł do dziury, zaświecił do środka latarką, ale światło
ugrzęzło w smolistej czerni. Rozejrzał się, złapał za stary gwóźdź
wiszący przy jednej z desek tworzących przygotowaną przez Kańczugę
stertę, wyciągnął go, po czym rzucił do dziury i nadstawił ucha.
-?Głęboko -?stwierdził po chwili.
-?Bardzo -?zgodził się Kańczuga.
-?Nic nie słychać -?dodał policjant.
-?Może spadło na miękkie, kto wie -?powiedział morderca, wzruszając
ramionami i uśmiechając się ironicznie.
Hardemu coś nie pasowało. Nic mu się nie wyświetliło, nie zobaczył w głowie scenki, jak Kańczuga przywozi te dziewczyny i wrzuca je do
środka, a potem siada na jednej z desek, odpakowuje kanapkę i zjada ją,
popijając herbatą z termosu. To był zły znak, bo zawsze wizualizował
takie rzeczy. Miał bardzo bujną wyobraźnię, w szkole śmiali się, że
zostanie pisarzem kryminałów, bo nieustannie opowiadał kolegom
niestworzone historie, a każdą z nich odtwarzał w głowie niczym na
kinowym ekranie. W Parku Kuronia widział mordercę polującego na ofiary,
przemierzającego czerń nocy, wciągającego ofiary do bagażnika. Na łące
słyszał trzask łopaty wbijanej w zieloną trawę, sapanie zmęczonego
Kańczugi, dźwięk upadających zwłok spuszczanych do głębokiego rowu. A tutaj nic. Czarny ekran.
-?Kańczuga, a mnie się wydaje, że ty coś w chuja walisz -?rzucił po
chwili namysłu.
-?Komisarzu, nagrywamy to -?upomniała go prokurator.
Morderca patrzył na policjanta tym swoim mokrym wzrokiem, który kojarzył
się Pawłowi z żarówkami świecącymi ostatkiem sił, jakby za jego
źrenicami tliła się już tylko resztka życia. Jak wyglądały te oczy, gdy
wynajdywał kolejną ofiarę? Czy jego źrenice rozszerzały się, gdy ją
dusił? Światło za nimi wzmacniało się, życie kumulowało się za
przekrwionymi białkami, gwałcenie kobiet i ich mordowanie dodawało mu
siły, wysysał z nich witalność?
-?Mówię prawdę -?wycedził Kańczuga, ale komisarzowi zdawało się, że
gdzieś w kącikach ust błąka się cień uśmiechu.
-?Pierdolisz -?odparł krótko Paweł.
-?Komisarzu! -?Tym razem Potomna krzyknęła, ale policjant nie zwracał na
to uwagi.
-?Janek -?mówił dalej Hardy. -?Przecież ty lubiłeś patrzeć na ciała.
Przyjeżdżałeś w te miejsca, oglądałeś groby swoich dziewczyn, trzepałeś
nad nimi konia. Dlaczego akurat tutaj wrzucałeś ofiary, skoro resztę
grzecznie i równo zakopywałeś na łąkach pod lasem?
Kańczuga spojrzał na Potomną, a potem przeniósł wzrok ponownie na
komisarza i patrzył spokojnie, cierpliwie, lekko mrużąc oczy. Cisza
trwała równą minutę, ale nikt go nie poganiał, przyzwyczaili się do jego
stylu wypowiedzi. W końcu uśmiechnął się i powiedział niemal radosnym
głosem:
-?Tu odsyłałem te dziewczyny, które jednak mi się nie spodobały.
-?Ile ich było?
-?Połowa. Jestem wybredny.
-?Połowa z ilu? -?zapytała prokurator Potomna.
-?No ze wszystkich.
-?Kańczuga, grzeczniej, bo pani prokurator wycofa się z układu i tyle
zwojujesz -?ostrzegł go Kostecki.
Morderca nie odwracał wzroku od Hardego, patrzył na niego z tym
uśmiechem, za który komisarz miał chęć po prostu skuć mu ryj, skatować
tego dupka do nieprzytomności, może nawet na śmierć.
-?Czyli kolejne osiem ofiar? -?zapytała Potomna.
-?Trzynaście -?poprawił ją Kańczuga. -?Połowa ze wszystkich.
-?Co ci się w nich nie podobało? -?odezwał się Hardy, biorąc butelkę
wody od stojącego najbliżej policjanta.
Musiał się czegoś napić, może jak zamknie na chwilę oczy, to
zwizualizuje sobie, że to coś z procentami.
-?Chodzi o uczucia -?westchnął Kańczuga.
-?Janek. -?Kostecki pogroził mu palcem. -?Ty sobie nie igraj.
-?To jak z pierwszą randką, taką w ciemno. Spotykamy piękną dziewczynę,
mamy co do niej plany, ale podczas kolacji zauważamy, że nie mamy
wspólnych tematów, ona za głośno się śmieje, mlaszcze przy jedzeniu,
dłubie w nosie, śmiesznie kicha, może ma jakiś tik, opowiada dyrdymały,
taka trochę głupiutka. Różnie bywa. Rozstajemy się, nasze pierwsze
spotkanie okazuje się zarazem tym ostatnim. Zdarza się, komisarzu.
-?Ty nie jesteś randkowicz, tylko morderca -?upomniał go Hardy.
-?Moja namiętność szła może i o krok za daleko, ale była szczera. Wiem,
że dla społeczeństwa jestem zwyrodnialcem, mordercą, zbokiem, różnie
pewnie o mnie mówią. Ale sam dla siebie jestem normalnym człowiekiem,
który po prostu dał się porwać namiętności.
-?No dobrze, o tych rzeczach to sobie porozmawiasz z doktorkami od
świrów -?stwierdził komisarz. -?Wracajmy do tematu. Czyli wrzucałeś tu
ciała dziewczyn, które zamordowałeś, ale z jakichś powodów nie zyskały
twojego uznania, tak?
-?Zgadza się -?odparł Kańczuga.
-?Pokaż -?zażądał Paweł, kiwając głową na policjanta trzymającego
manekina.
-?O tak.
Kańczuga wypowiedział te słowa, po czym po prostu dał krok w bok i wskoczył do czarnego szybu.
Zniknął.
Hardy nie wierzył własnym oczom, to nie mogło się zdarzyć. Nie powinno.
Nie miało prawa.
Tymczasem właśnie się wydarzyło.
Komisarz doskoczył do szybu, padł na kolana i nasłuchiwał. Po chwili
usłyszał łomot, ale niezwykle odległy, jakby ciało doleciało niemal do
samego środka ziemi. Jak głęboko mogło tu być?
-?Latarka! -?krzyknął w stronę reszty uczestników.
Kilka sekund później zobaczył dwa snopy światła wdzierające się w ziejącą czernią dziurę. Niewiele to jednak dało.
-?To nie zadziała -?usłyszał nad uchem kamerzystę. -?Do studni patrzy
się przez odbite światło słoneczne, na przykład od lusterka.
Hardy w pierwszym odruchu chciał wrzucić gówniarza do środka, żeby
sprawdził, czy coś tam jest, ale się powstrzymał. Drugim pomysłem,
równie bezsensownym, było strzelenie w czerń z pistoletu. Przecież skoro
Kańczuga tam skoczył, to najpewniej roztrzaskał się o dno, może spadł na
stertę trupów swoich ofiar albo topił się właśnie w brudnej wodzie,
która uzbierała się tutaj przez lata.
-?Musimy tam zejść -?powiedział, wstając.
Napotkał spojrzenia policjantów i pani prokurator, żadne nie było miłe;
patrzyli na niego z wyrzutem, a kamerzysta spoglądał na wiszące przy
jego nadgarstku kajdanki. To on był odpowiedzialny za wizję lokalną,
pilnował Kańczugi, on osobiście.
-?Dzwonię po strażaków -?zarządził Kostecki. -?Mają pewnie sprzęt do
takich akcji.
-?Niech szybko tu przyjadą -?powiedziała prokurator Potomna. -?Wezwijcie
też karetkę, może on wciąż żyje.
-?Jasne -?zgodził się Kostecki i odszedł na kilka metrów z komórką w dłoni.
-?Ty. -?Potomna wskazała na jednego z mundurowych. -?Idź do samochodu.
-?Po co? -?zdziwił się policjant.
Prokuratorka wzięła go pod łokieć i odeszła na kilka kroków.
Funkcjonariusz wysłuchał tego, co miała mu do powiedzenia, skinął głową
i wspólnie ze swoim kolegą z patrolu ruszyli w stronę ścieżki.
Hardy patrzył cały czas w ciemny otwór sztolni i próbował uspokoić
myśli. Na pewno pomogłaby mu mała buteleczka z zawartością o mocy
czterdziestu procent, najlepiej o klasycznym smaku, gorzkim, cierpkim i orzeźwiającym. O, jakże by mu pomogła.
To, co zrobił Kańczuga, wydawało się całkowicie bez sensu. Samobójstwo
nie było w jego stylu, nie miał tego w planach, Hardy o tym doskonale
wiedział. Przypomniał sobie jedno z długich przesłuchań, które męczyły
jego i kolegów, ale nigdy tego zwyrodnialca. Uwielbiał opowiadać o swoich dokonaniach, z uśmiechem opisywał najdrobniejsze szczegóły
zbrodni, nie oszczędzał im niczego. Psychiatrzy i psychologowie
powiedzieli, że to normalne, on na powrót przeżywa gwałty i morderstwa,
wzbudza emocje, które towarzyszyły mu w tamtej chwili, to klasyczne
zachowanie, dlatego też mordercy wracają na miejsce przestępstwa, aby
dostać choć namiastkę tego, co czuli w momencie wyrządzania krzywdy
bliźniemu. Paweł pamiętał, jak już pod koniec dnia Kańczuga spojrzał mu
w oczy i po zwyczajowych sześćdziesięciu sekundach odezwał się z tym
swoim cynicznym uśmiechem:
-?Ucieknę wam.
-?Wątpię, Janek, wątpię -?odpowiedział mu komisarz.
-?Wymiar sprawiedliwości nie jest na mnie gotowy -?mówił dalej Kańczuga.
-?Zniesiono karę śmierci, a tylko taka mi się należy. Społeczeństwo
niepotrafiące eliminować zagrożeń wyginie, nie ma innej możliwości, a ja
jestem kolosalnym zagrożeniem, panie komisarzu. Olbrzymim. Powinno się
mnie rozgnieść jak karalucha ciężkim buciorem ozdobionym paragrafami, a nie niańczyć do końca życia w więzieniu.
-?Zatem jesteś karaluchem?
-?A czy to coś złego? Postrzegamy je jako stworzenia paskudne, a jak one
widzą nas? W swoich oczach są pewnie stworzeniami bożymi, a my
potworami.
-?Dobra, nie będę wchodził w filozoficzne dysputy, za głupi jestem na to
-?odpowiedział Hardy. -?Nie uciekniesz, zaręczam ci.
-?Ucieknę, bo mój pobyt tutaj nie ma sensu -?tłumaczył mu Kańczuga. -
Ale wrócę, pierwszego dnia po tym, gdy zostanie przywrócona kara
śmierci. Obiecuję.
-?Nikt nie przywróci kary śmierci wyłącznie dla ciebie, bądź poważny.
Niby taki filozof, a gadasz jak potłuczony.
-?Przywrócą, komisarzu, proszę to już zostawić mnie. Ucieknę, a potem
zacznę pracować na to, aby sprawiedliwości stało się zadość.
Z zamyślenia i mielenia w głowie scen z przeszłości wyrwał go warkot
silnika, jeszcze stłumiony przez krzaki, ale oznajmiający, że zbliża się
pomoc. Rzucił okiem na zegarek, minęło jakieś dwadzieścia minut.
Prokurator wykonywała jeden telefon za drugim, stojąc daleko od feralnej
sztolni, reszta funkcjonariuszy paliła papierosy albo patrzyła w smartfony, kamerzysta i fotograf dyskutowali o czymś zawzięcie, co jakiś
czas cicho się śmiejąc.
Warkot silnika wzmógł się i po chwili w akompaniamencie trzasków
łamanych gałęzi na polanę wjechał quad straży pożarnej z dwoma
strażakami i przyczepą. Jeden z nich zeskoczył i zaczął zdejmować z przyczepki sprzęt, mundurowi policjanci rzucili mu się na pomoc. I już
po chwili pusty pojazd mógł ruszyć w drogę powrotną.
Paweł rozpoznał strażaka dowodzącego akcją, to był Michał Szklarski, z którym już kilkanaście razy spotkał się na różnych akcjach.
-?Co my tu mamy? -?zapytał strażak, podając mu rękę na powitanie.
-?Taka sytuacja. -?Komisarz wskazał czarną dziurę. -?Klient nam się
zawinął do dziury i nie mamy jak sprawdzić, co się z nim stało.
-?No, Edek już streścił przez telefon. Czekaj, muszę powiedzieć
chłopakom, co zabrać.
Wyjął z kieszeni radio i wydał krótkie polecenia, wymieniając sprzęt,
jaki będzie im potrzebny. Trwało to kilkadziesiąt sekund, a gdy uzyskał
potwierdzenie, schował krótkofalówkę i stanął nad dziurą.
-?Na wszelki wypadek wezwiemy nurków -?oznajmił. -?Cholera wie, co tam
jest.
-?Mam złe przeczucia -?powiedział Hardy.
-?Gość strzelił samobója? -?zapytał strażak.
-?Na stówę -?wtrącił się kamerzysta.
-?Nie -?odparł stanowczo komisarz, po czym odwrócił się w stronę
chłopaka z kamerą. -?A ty jak właściwie masz na imię?
-?Patryk.
-?Spierdalaj, Patryk.
Kamerzysta zrobił duże oczy, odwrócił się i rzucił coś pod nosem, co
ewidentnie Pawłowi zabrzmiało jak "debil". Ruszył w jego stronę, ale
strażak złapał go za ramię i powstrzymał, po czym pokręcił głową.
-?Nie warto -?powiedział. -?Olej gnoja. Co z tym zbirem?
-?To nie ten typ -?stwierdził Hardy z westchnieniem. -?On by nigdy nie
popełnił samobójstwa. Nie ma szans.
Na polanę wjechał ponownie quad załadowany sprzętem, a zaraz za nim
wkroczyło czterech kolejnych strażaków. Pojawili się też dwaj mundurowi
policjanci odesłani wcześniej przez Potomną.
-?Komisarzu? -?Prokurator podeszła do Hardego. -?Mogę na chwilę?
-?Pani prokurator, mamy chyba ważniejsze sprawy niż... -?zaczął Paweł, ale
Potomna po prostu się odwróciła i odeszła kilka metrów na bok. Ruszył za
nią.
-?O co chodzi? -?zapytał, gdy już się zatrzymała.
-?Czy pan spożywał dzisiejszego dnia alkohol? -?odpowiedziała pytaniem.
Milczał. Jej wzrok był świdrujący, usta zacięte, lewą dłoń miała
zaciśniętą w pięść, prawą na telefonie.
-?Pani prokurator -?zaczął spokojnie. -?Wiem, że doszło tutaj...
-?Cisza -?rzuciła przez zaciśnięte zęby, nie dając mu dokończyć.
Podszedł do nich jeden z policjantów, złamana belka na pagonie
informowała, że ma stopień sierżanta, czyli potocznie sierściucha. W ręku trzymał żółty alkomat, minę miał nietęgą, adekwatną do wyznaczonego
mu zadania.
-?Proszę dmuchnąć -?poleciła Potomna.
-?Pani prokurator, to nie czas i miejsce na takie rzeczy -?zaoponował
Hardy.
-?Komisarzu, jeśli pan nie dmuchnie, to może natychmiast żegnać się z pracą. Gwarantuję.
-?Ale...
-?Dmuchaj, kurwa! -?warknęła.
-?Spierdalaj! -?odparł i ruszył w stronę sztolni i strażaków
przygotowujących sprzęt.
Nie odwracał się, nie interesowało go, co zrobi ani jak zareaguje.
Przyglądał się strażakom rozkładającym stelaż z bloczkiem, przez który
przełożyli linę, potem jeden z nich dopiął nieduży uchwyt z zamontowaną
kamerą i zaczęto całość spuszczać w czarną paszczę sztolni. Lina
rozwijała się z cichutkim szumem, a jeden ze strażaków wpatrywał się w monitor przekazujący obraz z kamery, jednocześnie kciukami opartymi o joysticki kontrolował zachowanie sprzętu.
-?Stop -?oznajmił i kiwnął głową w stronę kapitana Szklarskiego, a ten
natychmiast podszedł i spojrzał na ekran.
-?Pięć metrów niżej jest rozpięta siatka alpinistyczna -?powiedział
strażak kontrolujący sprzęt. -?Czarna, matowa, nie widać jej w świetle
latarki. Świeża robota, bo na hakach nie ma żadnych nacieków ani
korozji.
-?Co takiego? -?zapytał Hardy.
-?Siatka, taka, jaką czasem rozpina się w jaskiniach, żeby zabezpieczyć
się przed ewentualnym upadkiem, albo żeby sprzęt nie poleciał na dół.
No, taka jakby pajęczyna. Wasz gość wskoczył i miękko na niej wylądował.
Pan sam zobaczy, komisarzu.
Hardy natychmiast podszedł do strażaków i spojrzał na monitor.
Faktycznie, obraz pokazywał siatkę rozpiętą w dziurze w taki sposób, że
osoba wpadająca musiała się na niej zatrzymać.
-?O, tędy spierdolił -?oznajmił strażak, po czym ruszył joystickiem i na
ekranie pojawił się otwór wykuty w bocznej ścianie sztolni.
-?Trzeba wejść w tę dziurę. Natychmiast -?zarządził komisarz.
-?To nie my -?odpowiedział koordynujący akcję Szklarski. -?Do tego
potrzebna jest ekipa ze sprzętem, zabezpieczenie. Ratownicy z Bytomia
muszą przyjechać, z ratownictwa górniczego, a nie my, to nie nasza
działka.
-?Facet wskoczył tam tak, jak stał, i wlazł w tę dziurę, a wy
potrzebujecie sprzętu? -?Hardy podniósł głos.
-?Nie wiemy, co tam jest -?odparł kapitan. -?Może gość siedzi w tym
chodniku i czeka? Skoro przygotował sobie taką ucieczkę, może tam mieć
broń. To jest morderca, Paweł. Widzisz, wszystko przygotował, pewnie
także miał plan na wypadek tego, że ktoś za nim pójdzie. Nie mogę
ryzykować. My jesteśmy od ratowania życia, a nie ścigania przestępców. A po drugie, to jest jakaś stara kopalnia i to po prostu nie nasz zakres
obowiązków. Na akcje w kopalniach wzywa się górników.
-?Mnie tam spuśćcie -?powiedział komisarz.
-?Nie -?usłyszeli z tyłu kobiecy głos. -?Komisarz został właśnie
zawieszony w czynnościach służbowych. Jest tutaj bezprawnie i nie może
brać udziału w akcji.
-?Paweł, daj spokój -?odezwał się do niego Kostecki.
-?Edek, musimy za nim pójść.
-?Nie ty, dobra? -?Kolega podszedł do niego. -?Nie nakręcaj się, idź
grzecznie z chłopakami, zwiozą cię na badanie. Wiesz, że jak będziesz
się stawiał, to niczego nie zmieni, będzie tylko gorzej.
Wiedział to. Zamknął oczy, uspokajał oddech. Cisza, która zapanowała na
polanie, była ciężka i przytłaczająca. Może i dobrze, że wódka wietrzała
z jego umysłu, mógł spokojnie zastanowić się nad dalszym działaniem, nie
ulegać pijackim emocjom.
-?Chcesz go jeszcze kiedyś złapać? -?zapytał Edek.
Hardy zrozumiał, co chciał mu przekazać kolega z wydziału. Potomna była
uważana za karierowiczkę i straszną kosę, z chęcią dorzuci kamyczek do
swojego poletka, wykrywając pijanego policjanta na służbie, i to jeszcze
takiego, któremu uciekł oskarżony. Jeśli będzie się teraz stawiał, to
przekreśli wszelkie szanse na zamiecenie sprawy pod dywan. Miał sporo
znajomości i przysług do wykorzystania, ale są granice, zza których
wrócić się nie da.
-?Chcę.
-?Wezwiemy jednostkę specjalną, mają tam fachowców od takiego łażenia po
dziurach.
-?Złapcie go -?rzucił Hardy i ruszył w stronę ścieżki.
Zaczęło padać.
Rozdział 1
1
Rok później
Mężczyzna mocno zapukał w drzwi, aż echo poniosło się po klatce
schodowej czteropiętrowego bloku na sosnowieckim Kazimierzu przy ulicy
Wagowej. Na parterze budynku mieściła się mała cukiernia bezczelnie
wypełniająca powietrze aromatem świeżych pączków, co tylko dodatkowo go
irytowało. Był na diecie, rzucił palenie, a teraz jeszcze ta wizyta.
Zapukał ponownie, tym razem głośniej. Drzwi się otworzyły, ale nie te,
do których uporczywie się dobijał. Jakiś młodziak z ledwo sypniętym
wąsem spojrzał na niego podejrzliwie z progu mieszkania naprzeciwko.
-?Nie otworzy -?powiedział chłopak.
-?Nie ma go?
-?Niedysponowany.
Mężczyzna, który nazywał się Marcin Drewniak i służył w śląskiej policji
w wydziale dochodzeniowo-śledczym w stopniu nadkomisarza, uderzył kantem
dłoni w szyję i pytająco kiwnął głową.
-?Ta -?odpowiedział chłopak. -?O tej porze najebany. Zresztą jak o każdej.
-?Dużo chleje?
-?Codziennie pod korek. Czasem szcza na klatce albo tu zasypia.
Samozwańczy patrol sąsiedzki wzywał psiarnię, ale on z firmy, to nie
chcą nic robić, tylko go wnoszą i jadą z powrotem.
Mężczyzna westchnął. Zaburczało mu w brzuchu, zjadłby świeżego pączka,
albo nawet dwa. Szarpnął nerwowo za klamkę, ale było zamknięte.
-?Kurwa -?rzucił bez emocji.
-?Pan kto? Komornik? -?zapytał chłopak.
-?Brat.
-?Ta, jasne -?skwitował z krzywym uśmieszkiem młodzik.
Mężczyzna sięgnął po odznakę i podstawił młodemu pod nos. Ten zmrużył
oczy i pokiwał głową.
-?Wystarczy? -?zapytał policjant.
-?Pan też z firmy, co?
-?Przypadek.
-?No to chwila. -?Chłopak cofnął się do mieszkania i wyszedł z kluczem w dłoni. -?Dorobiłem, jak zgubił swój na klatce. Czasem go wnoszę, raz
spalił garnek, to gasiłem, potem zalał sąsiadkę. Takie tam.
-?Tak za frajer pomagasz?
-?Przyjmijmy, że dobry chłopak ze mnie.
Policjant nie skomentował. Wziął klucz i otworzył drzwi do mieszkania.
Zapach cukierni natychmiast uleciał, w nozdrza uderzył go smród brudnego
człowieka, odór znany każdemu funkcjonariuszowi i wypełniający większość
dni na ulicy. Zamknął za sobą drzwi, nie patrząc na chłopaka, po czym
ruszył do środka.
Nie można było powiedzieć, żeby lokum przypominało melinę, wnętrze było
po prostu puste i zaniedbane. W korytarzu leżała rzucona na podłogę
kurtka i zniszczone buty, a na płytkach w kuchni zastygła spora plama.
Policjant otworzył kuchenne okno na całą szerokość, żeby trochę
przewietrzyć. Pod ścianą stało kilka butelek po wódce, część
stłuczonych, wszystkie puste. W zlewie piętrzyła się sterta plastikowych
jednorazówek. Zajrzał do lodówki. Spleśniały biały ser, zasuszona
kaszanka i gotowe kanapki zawinięte w folię. Wiedział, że chłopaki z jego komendy dbali o kolegę i przysyłali czasem kogoś do uzupełnienia
zapasów i sprawdzenia, czy komisarz Paweł Hardy nadal żyje.
On sam nie mógł tu przyjeżdżać, Potomna wiedziała, że się przyjaźnią, i pilnowali go. Dziwna to była kobieta, strasznie mściwa. Nie zdziwiłby
się, gdyby przychodziła czasem do tego mieszkania tylko po to, aby
napawać się upodleniem człowieka, który tak jej podpadł.
Przeszedł do salonu tego uroczego mieszkanka, spodziewając się zastać
Hardego nieprzytomnego na łóżku, ale ze zdziwieniem zobaczył, że ten
siedzi na krześle i patrzy wprost na drzwi od pokoju. Przetłuszczone i dawno nieprzycinane czarne włosy żyły chyba własnym życiem, zarost na
brodzie też sterczał na wszystkie strony jak zużyta szczotka do kibla.
Czarny podkoszulek uwalany był czymś białym wokół szyi, a resztę ubioru
stanowiły jedynie bokserki i jedna skarpetka. Smętny widok. Postura mu
pozostała, choć ramiona opadły, przystojna twarz z proporcjonalnymi
rysami nieco zwiotczała, a ślady urody, która zmiękczała serca wielu
koleżanek w pracy, ginęły w niechlujnym zaroście.
-?Cześć -?powitał go Marcin i podszedł do okna, po czym otworzył je
szeroko.
Lekki przeciąg powinien wyciągnąć smród z mieszkania chociaż na tyle,
aby dało się tu swobodnie oddychać.
Wziął mały taboret i usiadł na wprost gospodarza. Przyjaźnili się od
początku służby, mimo iż na początku pracowali w różnych wydziałach.
Często jadali wspólnie obiady, nawet chodzili na podwójne randki.
Oczywiście było to w czasach, gdy alkohol był tylko problemem, a nie
całym życiem Hardego.
-?Paweł, jest kontakt? -?zapytał.
Przyjaciel spojrzał na niego i pokiwał głową.
-?Ta -?odparł po chwili zachrypłym głosem. -?Czasem mnie puści ten cug i przez dzień czy dwa mam nadzieję... Posprzątam, ogolę się i coś zjem. -
Złapał się za twarz i jakby z zaskoczeniem odkrył, że na drodze do
gładkiej skóry stoi czarna, skołtuniona broda.
-?I to ta chwila?
-?Ta -?odparł Hardy. -?Chyba tak.
-?Ale trafiłem, jak szóstkę w totka -?ucieszył się Marcin. -?No to
dawaj, walniemy toaletę i w drogę.
-?Ale potem mi się przypomina, wiesz, że ten dupek tak mnie podszedł i ta suka z prokuratury, i to wszystko...
-?Dobra, fajnie, ale nie przyszedłem tu słuchać gorzkich żali. Jest
decyzja.
-?Co?
-?Decyzja. Chcą cię odwiesić. Minął rok, Potomna awansowała do
generalnej, można było zacząć działać.
-?Złapali go?
-?Kańczugę?
-?No.
-?Nie.
-?I nie złapią.
-?Złapią czy nie złapią, to ma drugorzędne znaczenie -?powiedział
Marcin, podchodząc do szafy, żeby poszukać czystych ubrań. -?Jebać to.
Najważniejsze, że koniec tego... -?Zatoczył ręką po pokoju.
-?Gówna -?dokończył za niego Paweł.
-?No właśnie. Wracasz, tylko musisz się ogarnąć. Co prawda nie od razu
do firmy, ale powolutku do cycusia, metoda małych kroczków.
-?Co? -?Wzrok przyjaciela był zamglony.
-?Wracasz! -?Kolega podniósł głos. -?Zaraz skoczę i kupię ci jakiś
ciuch, bo tutaj wszystko pożałowania godne.
-?Nie wiem, czy... No wiesz, to...
Paweł spojrzał na niego, oczy mu się rozszerzyły i Marcin już wiedział,
co za chwilę nastąpi. W porę się odsunął, aby uniknąć strumienia
wymiocin. Jego przyjaciel z bulgotem wyrzucał kwasy żołądkowe, po czym
padł na parkiet w kałuży rzygowin.
Kolega złapał go za nogę i przeciągnął po śliskim parkiecie w stronę
drzwi, aby ten nie leżał w tej cuchnącej kałuży. Ułożył go w pozycji
bocznej, poszedł do kuchni, wziął brudną ścierkę, którą następnie wytarł
twarz przyjacielowi. Wszedł do łazienki, umył ręce, po czym wyjął
telefon z kieszeni i wybrał numer.
-?Plan B -?powiedział. -?Karetka plus jeden silny chłopak, żeby mi
pomógł z noszami, tu nie ma windy. Zapytaj naszej sprzątaczki, czy nie
chce sobie dorobić, trzeba by tu ogarnąć przestrzeń.
Schował telefon do kieszeni i westchnął głęboko, spoglądając na
przyjaciela. No tak, zanim dojedzie karetka, zdąży zjeść jeszcze pączka.
Albo dwa. Zasłużył.
2
Marcin patrzył na siedzącego w ogrodzie Pawła. Dziś był trzeci dzień
pobytu Hardego w ośrodku leczenia uzależnień i według informacji
lekarza, który tutaj wcisnął jego przyjaciela, można było się jakoś
porozumieć. Jak u każdego alkoholika najtrudniejsze były pierwsze dni
odtruwania, gdy organizm za cholerę nie chciał wrócić na tory zdrowszego
życia i przyjąć do wiadomości, że więcej procentów nie będzie.
-?Lepiej? -?zapytał i usiadł na ławce obok kolegi.
Hardy wzruszył ramionami. Nadal miał przekrwione oczy i popękane
naczynka na twarzy, ale zaczynał już zdrowiej wyglądać. Ktoś zajął się
jego fryzurą i to całkiem udanie, bo modnie wygolono mu włosy po bokach,
zostawiając trochę na górze, przystrzyżono brodę.
-?Dłuży się.
-?Jeszcze ze dwa, może trzy tygodnie, wytrzymaj, co?
-?Kańczuga... -?zaczął Hardy. -?Jest jakiś ślad?
-?Skup się na sobie, na to przyjdzie czas.
-?Jest?
-?Kamień w wodę -?odpowiedział z westchnieniem Marcin. -?Spierdolił tymi
podziemnymi tunelami jak pieprzony szczur. Mało tego, miał tam
przygotowany ładunek wybuchowy i zawalił chodnik. Zaprzęgliśmy do roboty
górników, ale dokąd prowadziła ta sztolnia, to nikt nie wie.
-?Chujowo.
-?No, zdecydowanie. Ale pod siatką na dole nie było żadnych ofiar.
Nikogo tam nie wrzucał. To było przygotowane jako jego plan awaryjny.
Wszystko sobie pięknie zaplanował: wizje lokalne, udawanie grzecznego i ucieczkę. Sztolnia jest cholernie głęboka, na dnie znaleziono tylko
pęknięty worek po śmieciach. Według techników, gdy spadł na siatkę, to
go odciął, żebyśmy usłyszeli odgłos spadającego ciała.
-?Był rozkuty, mogłem go nie puszczać.
-?Hardy, to nie twoja wina. Dał sędzia zgodę na wizję lokalną i rozkucie
aresztowanego? Dał. Nie upilnowaliście, i już, na chuj drążyć.
-?My? -?prychnął Hardy. -?Nie było cię tam.
-?Wszyscy siedzimy w tym gównie razem, sam dobrze wiesz. Musimy się
wspomagać, szczególnie teraz.
-?Było postępowanie?
Marcin spojrzał na przyjaciela. Rok picia na umór zaczął jeszcze tego
samego dnia, gdy Kańczuga im uciekł. Wszyscy funkcjonariusze z wydziału
kryminalnego i dochodzeniówki mieli surowy zakaz odwiedzania komisarza,
ale uruchomili znajomości i co kilka dni pojawiał się ktoś z prewencji
albo straż miejska, żeby dopilnować ich kolegi. Zostawiali suchy
prowiant, raportowali, że czasem Paweł miał spokojniejsze dni i jadł coś
w osiedlowym barze albo hot dogi w Żabce. Żył. A oni czekali, aż Justyna
Potomna zniknie z ich pola widzenia, aby móc go przywrócić do
prawdziwego świata żywych. Kostecki cierpiał szczególnie, bo przyjaźnił
się z Hardym, ale dla jego dobra musiał na jakiś czas o nim zapomnieć.
Drewniak miał cynk, że ludzie z wewnętrznego obserwują mieszkanie,
ponieważ podejrzewali, że skompromitowany policjant mógł współpracować z Kańczugą, co było oczywiście bzdurą. Potomna nie odpuszczała. Dlaczego
tak go nienawidziła?
-?Było postępowanie -?odparł Marcin. -?Ale mój szwagier załatwił
zwolnienia lekarskie, coś tam nakłamali, i tyle. Zdegradowali cię do
podkomisarza, zawiesili. Zresztą nie ciebie jednego, bo ja też dostałem
po pagonach.
-?Źle.
-?Ja wiem, że ty się obwiniasz, i w sumie masz rację. Nie chodzi o ucieczkę, ale o wódę.
-?Powinni byli mnie wyjebać.
-?I wyjebali.
-?Co?
-?Nie możesz wrócić do firmy.
Hardy wyprostował się na krześle, a na jego przekrwionej twarzy
wymalował się wyraz autentycznego zdziwienia.
-?To dlaczego tu jesteś? Po co to leczenie?
-?Dla zdrowia.
-?Po co?
-?Na Kańczudze świat się nie kończy. Musisz zebrać się do kupy, Paweł.
Życie czeka.
-?Po co?
-?Dostaniesz przeniesienie.
-?Co? Jak? Gdzie? Do straży miejskiej?
-?Nie no, nie będzie aż tak źle.
-?To dokąd?
-?Do Skarbonek.
-?Do czego?
-?Izba Celno-Skarbowa.
-?Przecież to urzędnicy.
-?Zrobili im zbrojne ramię, przenoszą tam policjantów.
-?Przecież to urzędnicy.
-?A policjant to kim, kurwa, jest? -?Jego przyjaciel podniósł głos. -
Urzędnikiem! Tyle że w mundurze, ale powinności ma te same. Skarbówka
teraz się panoszy, bo muszą uszczelniać budżet, żeby pieniążki na
osiemset plus były. Mają swoich kominiarzy, szukają doświadczonych
policjantów, żeby bezpiecznie mogli latać z bronią i nie odstrzelili w nerwach łba komuś, kto zjebał roczny PIT.
-?To ja już wolę picie.
-?Hardy, ja obiecałem chłopakom, że dowiozę cię do kliniki -?powiedział
spokojnie Drewniak. -?Wszyscy patrzyliśmy przez palce na to, że chlejesz
w robocie. Nam też się zdarzało, nikt nie jest święty. To, że
spierdoliłeś z Kańczugą, to też trochę nasza wina, więc ogarnęliśmy ci
szansę na powrót do normalnego życia. Popracujesz trochę w Skarbonkach,
złapiesz jakiegoś gościa, co kręci na Vacie, kolejnego handlującego
lewym paliwem, i już. Po roku, może dwóch transfer z powrotem do nas.
Zleci.
-?Czy ty siebie słyszysz?
-?Do Skarbonek odsyłają przodujących urzędników i policjantów na
cenzurowanym. Taki wydział niechcianych. Pewnie spotkasz kilku
znajomków, nic się nie martw. Jest obiecane, że po roku już będzie
szansa wrócić. Potomna ma podobno przeskoczyć tak wysoko, że już nie da
rady cię dostrzec.
-?Kurwa.
-?Otóż to. Odcierpisz swoje, a potem znowu popracujemy razem.
-?Ale Kańczuga...
-?A co do Kańczugi -?przerwał mu zdecydowanym głosem Marcin. -?Gość
wypłynie, bądź spokojny. Zacznie zabijać, o ile jeszcze nie zaczął.
Wiesz, że tacy nie przestają, to silniejsze od nich, równie ważne jak
jedzenie. Akurat odpoczniesz, nabierzesz sił i będziesz gotów znów na
niego zapolować. Kańczuga się przyczaił, może połamał nogi w tej
jaskini, a może i w niej zdechł. Kto wie, może spierdolił za granicę i tam sobie hasa.
-?Niemożliwe. Przeżył, czuję to. Działał na Zagłębiu, na swoim terenie.
Tam wróci, zobaczysz. Oni nie lubią obcych terenów, są jak tygrysy, mają
ograniczone terytorium łowieckie. Znowu morduje dziewczyny i gdzieś
ukrywa zwłoki.
-?Nie ma żadnych zaginięć ponad normę. Monitorujemy to i uwierz mi,
robimy to wręcz z chorobliwą gorliwością.
-?On już działa i jest sprytniejszy, nauczył się na błędach -?powiedział
mocnym głosem Hardy. -?Morduje.
-?Paweł, nie myśl o tym na razie. Skup się na sobie i pamiętaj, że jeśli
chcesz go złapać, musisz wrócić do formy. Zachlany do niczego się nie
przydasz. Będziemy cię stale informować, jeśli coś się wydarzy. Masz mój
numer telefonu, dzwoń o każdej porze dnia i nocy. Jakby pojawiło się coś
z Kańczugą, dostaniesz info jako pierwszy, nawet wpuścimy cię na miejsce
zbrodni, zorganizujemy to, ale twoje zadanie na dziś to wydobrzeć.
Priorytet.
-?Zrobię, co w mojej mocy.
-?Stać cię na to, naprawdę. Przyjadę za dwa tygodnie i chcę cię zobaczyć
w olimpijskiej formie. Zostawiam ci ordynację podatkową i ustawę o VAT
wraz z komentarzami, dokształć się.
Drewniak wstał, poklepał przyjaciela po ramieniu i ruszył w stronę
wyjścia. Znowu nabrał ochoty na pączka.
3
Dwa tygodnie później nadkomisarz Marcin Drewniak pogodził się już z faktem, że tego lata raczej nie schudnie. Na szczęście nie wrócił do
palenia, odstawił też na dobre alkohol, no ale słodkie wchodziło mu tak
dobrze, że działo się to jakby poza jego świadomością. Raz znalazł
wieczorem paragon w kieszeni na dwa pączki i napoleonkę, a nawet nie
pamiętał, że je jadł.
-?Zawieziesz mnie do domu? -?zapytał Paweł i oparł się o dach samochodu.
-?Nie, przyjechałem tu pokręcić z tobą bączki po osiedlu.
Komisarz Hardy, a właściwie podkomisarz, wsiadł z ciężkim westchnieniem
do samochodu. Zajął miejsce i spojrzał z nostalgią na bielony mur
szpitala, w którym dochodził do siebie, było mu tam w sumie dobrze.
-?Mam jeszcze dom? -?Spojrzał na przyjaciela.
-?Jasne. Wysprzątaliśmy, lodówka pełna. Będziesz grzeczny?
-?Nie wiem.
-?Co? Aż tak źle było?
-?Leczenie fajne, sanatorium niemal. Najgorszy był psycholog i jego
pogadanki o alkoholizmie. Już po kwadransie jego pierdolenia marzyłem
tylko o tym, żeby się napić.
-?Nie spierdol tego, okej?
-?Zakazano mi obiecywać -?odparł Paweł z uśmiechem. -?Ale mam głębokie
przekonanie, że dam radę.
-?Jak znowu będziesz chlał, a Kańczuga wróci, to sumienie cię zabije.
-?Wiem.
-?A jak tam ustawa o VAT i regulaminy Służby Celno-Skarbowej?
-?To nie firma. Zwykły urząd. Mają założony gorszy kaganiec niż policja.
-?Rok, Hardy, może krócej, Potomna ostatnio odebrała jakiś order od
ministra sprawiedliwości, mocno idzie do góry.
-?Nie wiem, czy nie lepiej byłoby jednak pić.
-?Mordo! -?Drewniak podniósł głos. -?Przywołuję cię do porządku. Zrób to
dla mnie, metoda małych kroków, co? Na początek popracuj przez miesiąc.
Ludzie sporo poświęcili, żebyś wyszedł z tego bagna, pokaż im, że
chociaż spróbowałeś, dobra? Rok cię niańczyli, pilnowali, karmili. Daj
im chociaż tyle. Może akurat ci się spodoba.
-?Postaram się.
-?Wytrzymaj chociaż do końca wakacji. Potem pogadamy, powiesz mi, co i jak, jeśli będzie kibel, to załatwimy może inne przeniesienie.
-?Miesiąc? -?zapytał Hardy.
-?Dokładnie.
-?Zgoda.
Uścisnęli sobie dłonie.
Rozdział 2
1
Śmierć śmierdzi. Wie to każdy policjant, szczególnie ten z kryminalnej.
Nie ma znaczenia, czy trup leżał godzinę, czy też tydzień, ma swoją woń,
niemożliwą do pomylenia z żadną inną. Podobno zapach ściętej trawy to
jej alarm, sygnał ostrzegawczy dla całej trawy świata, że właśnie
umiera, i Paweł był pewien, że człowiek ma podobnie -?wydziela swoisty
smród ostrzegający współplemieńców przed śmiertelnym zagrożeniem. Gdy
życie ucieka, przebierając nogami, by jak najszybciej opuścić ciało
swojego nosiciela, to zostawia za sobą swąd palonej gumy jako
ostrzeżenie dla innych ludzi. Tutaj grasuje śmierć. Strzeż się.
No i tego najbardziej mu brakowało w nowej pracy, zdał sobie z tego
sprawę po dwudziestu dziewięciu dniach w Służbie Celno-Skarbowej. Nie
było trupów, smrodu melin, odoru bezdomnych, metalicznej woni krwi,
brzęczących much na ciałach. Nie było zamieszania na miejscu zbrodni,
techników, błyskających fleszy aparatów, niewyspanych kolegów,
irytujących świadków, podejrzanych kłamiących jak z nut. Cała powyższa
lista może dla zwyczajnego śmiertelnika nie prezentowała się zbyt
atrakcyjnie, jednak dla niego to była codzienność, stanowiła jego
naturalne środowisko, z którym potrafił sobie doskonale radzić. Co
dostał w zamian?
Czystość i sterylność. Żadnych melin, dworców, najciemniejszych ulic w najpodlejszych dzielnicach. Tak naprawdę smród tych miejsc jest szyldem
tego, co może się w nich wydarzyć, nos od razu wyłapuje fetor zwłok,
smród niemytych ciał, odór gotowanego przez ćpunów kompotu, który
wstrzyknięty do zgrubiałych żył napędza ich do działania mającego na
celu zorganizowanie kolejnej działki.
A tutaj? Gabinety lekarzy niewystawiających paragonów za wizyty, knajpy
oszukujące na sprzedaży alkoholu bez akcyzy, hurtownie wpuszczające do
obrotu szmuglowane papierosy, firmy transportowe jeżdżące na oleju
opałowym. Wszędzie biura, ekspresy do kawy, jasne światło ledowych
żarówek, szum drukarek, miłe panie, które o niczym nie wiedzą. Wszędzie
czysto, pachnąco, żadnego ostrzeżenia, bo i przed czym. Jego zadaniem
było przeprowadzanie nudnych prowokacji albo realizacja, którą tu
nazywano "windykacją", taki żart wewnętrzny, he, he, he, boki zrywać.
Nadrzędny cel: nie pozwolić na zniszczenie dowodów, które znajdowały się
albo w komputerach, albo w segregatorach równo ułożonych na półkach.
Wytrzyma tu rok? Chociażby dzień dłużej niż ten miesiąc obiecany
Drewniakowi? Nie wytrzyma. Dziś był ostatni dzień próby obiecanej
koledze, będzie mógł w końcu swobodnie się najebać. Nie zamierza zostać
w Skarbonkach, został stworzony do psiarni, a nie jakiegoś ganiania za
księgowymi i fakturami. Wolał się nawalić, miał już kupioną na tę
okoliczność flaszkę -?stała dumnie na stole w salonie, ozdobiona
czerwoną kokardką, i czekała na koniec trzydziestego dnia pracy, gdy
zerwie wszystkie ozdoby, pozbędzie się zakrętki i golnie sobie od serca.
Czy miał z tyłu głowy kwestię Kańczugi? Oczywiście, jednak przez ten
miesiąc przesłuchał dziesiątki podcastów i reportaży poświęconych
Kańczudze, przeczytał wszystkie artykuły, a nawet książkę o tej sprawie
i doszedł do wniosku, że ten zwyrodnialec faktycznie zniknął, najpewniej
zdechł w kopalni, którą przygotował sobie jako drogę ucieczki. Skoro
tak, to Hardy nie miał już nic więcej do roboty.
-?Komisarzu? -?Glińska, koleżanka z patrolu zwróciła się do niego z manierą w głosie, która doprowadzała go do szału.
Niespełniona urzędniczka skarbówki, której ta posada trafiła się jak
ślepej kurze ziarno. Została od razu aspirantem, chociaż zwyczajny
policjant musiał wyszlifować tysiąc krawężników, by dostać taki awans.
Jemu natomiast przywrócono stopień zabrany po zawieszeniu, co tylko
świadczyło o tym, jak bardzo niepoważnie była traktowana tu drabinka
służbowa.
-?Tak? -?zapytał z rezygnacją. Żałował, że wyrwała go z zamyślenia.
-?Wchodzimy?
-?Ta, wbijaj. -?Skinął głową w stronę szklanych drzwi kliniki
ginekologicznej.
Glińska szarpnęła za klamkę, szklana tafla mlecznego szkła otworzyła się
z cichym sykiem i funkcjonariusze weszli do recepcji. Pierwsze pacjentki
dopiero miały się zjawić, ale lekarz przyjechał wcześniej, czekali na
niego i gdy tylko jego nowy Mercedes zaparkował z tyłu budynku, ruszyli
do akcji.
To była spokojna windykacja, za którą nie musiał się wstydzić. Inaczej
niż drugiego dnia pracy, kiedy wstrzymali parę nowożeńców zmierzającą do
sali weselnej. Otrzymali informację, że na przyjęciu będzie alkohol bez
akcyzy. No i był, bo ojciec panny młodej zorganizował bimber z Podlasia,
kilka smaków i wariantów. Para młoda stała wraz z gośćmi godzinę w wejściu, podczas gdy oni protokołowali znaleziony alkohol i wypisywali
stosowne kwity.
Minęli pustą ladę recepcji i weszli bez pukania do gabinetu. Ginekolog
spojrzał na nich nieco zdumiony, a gdy Glińska pokazała mu swoją
legitymację i blachę, na której dumnie prezentowały się dwa skrzyżowane
klucze, lekko zbladł.
-?Pan Hieronim Wolak? -?zapytała.
-?Tak -?odpowiedział spokojnym, miękkim i niskim głosem.
-?Panie Wolak, jest pan podejrzany o łamanie zapisów ustawy o skarbie
państwa, niewystawianiu paragonów oraz nielegalne wprowadzanie do obrotu
środków medycznych zagrażających życiu pacjenta.
Niewiarygodne, ale wyrecytowała to na jednym wydechu. I to zwracanie się
do lekarza na pan, tak mocno bez szacunku, przypominało mu czasy PRL-u,
gdy każdy był "obywatelem" bez względu na zajmowane stanowisko.
-?Proszę, niech państwo usiądą. -?Lekarz wskazał im dwa wygodne skórzane
fotele ustawione pod zieloną ścianą. -?Poczęstowałbym kawą, ale
Malwinka, moja recepcjonistka, przychodzi dopiero za pół godziny, a ja,
wstyd przyznać, nie potrafię obsługiwać ekspresu.
-?Ja bym się napił -?wtrącił Paweł.
-?Potrafi pan sobie poradzić z ekspresem? -?zapytał lekarz.
-?Może się uda.
-?Chyba nie zdaje sobie pan sprawy z przedstawionych zarzutów?! -
Glińska podniosła głos.
-?Póki co żadnych mi pani nie przedstawiła. Jeśli zamierza pani to
uczynić, to chyba wypicie filiżanki mocnej kawy ich nie obali, czyż nie?
Nie zamierzam także państwa otruć, zapewniam.
Ginekolog podszedł do zdobnej szafy z litego drewna, otworzył drzwi i wskazał lśniący ekspres. Urządzenie wyglądało na drogie i było
stylizowane na zabytkowe.
-?Podczas ostatniej burzy zalało nam pokój socjalny i musieliśmy go
gdzieś przenieść -?poinformował Wolak z lekkim zakłopotaniem.
-?Piękna maszyna -?pochwalił komisarz i zaczął uruchamiać ekspres.
Glińska podeszła w stronę lekarza, fuknęła gniewnie i poczerwieniała na
twarzy.
-?Panie Wolak, jest pan oskarżony...
-?Proszę pani -?przerwał jej ginekolog. -?Oskarżenie wymaga
postanowienia o przedstawieniu zarzutów, ogłoszenia ich podejrzanemu i ich wymienienia. Rozumiem, że wydano postanowienie o przedstawieniu mi
zarzutów, bo jeśli nie, to najpewniej jesteście tutaj państwo w ramach
raczej rozpytania.
-?Dokładnie -?potwierdził Hardy, podstawiając kubek pod dyszę ekspresu.
-?Espresso, panie doktorze?
-?Doppio -?odpowiedział z uśmiechem Wolak. -?Zatem pytajcie -?zwrócił
się do Glińskiej.
-?Czy to prawda, że wydawał pan obywatelom Rzeczpospolitej Polskiej
recepty na środki wczesnoporonne?
-?Nie.
-?Jak to: nie? -?zdziwiła się urzędniczka.
-?Nie wydałem ani jednej recepty obywatelowi Rzeczpospolitej. -?Medyk
schylił się i wyciągnął paczkę ciastek z szafki nad podłogą.
-?Panie Wolak! -?Glińska podniosła głos.
-?To robusta? -?zapytał Hardy, przykładając nos do ziaren kawy.
-?Arabica -?odparł lekarz. -?Mieszanka wprost z Brazylii.
-?Ulala. -?Komisarz pokiwał głową. -?A ty, Glińska, byłaś kiedyś u ginekologa? -?Skierował głowę w jej stronę.
-?Ale co to ma do rzeczy?
-?Byłaś?
-?Oczywiście.
-?I powiedz mi, czy ty widziałaś kiedyś, aby twój lekarz przyjmował
jakiegoś mężczyznę i wystawiał mu receptę? Szczególnie na środki
wczesnoporonne?
Glińska zacisnęła usta, przez co wyglądały jak kreska naszkicowana
kiepskim ołówkiem. To przez te usta właśnie jej nie lubił, takie same
jak u Potomnej. Tamta chociaż czasem nałożyła na nie szminkę, a jego
partnerka uznawała kosmetyki za dzieło szatana, zresztą jak niemal
wszystko na tym świecie. Nie, jednak nie chodziło tylko o usta, ale też
o to podążanie jedynie jasno wytyczonymi przez kodeksy i regulaminy
szlakami. Tak, to głównie przez to.
-?Pani... -?Wolak spojrzał pytająco na kobietę, a ta natychmiast odparła.
-?Aspirant.
-?Pani aspirant, jak słusznie zauważył pan komisarz, wystawiam recepty
jedynie obywatelkom Rzeczpospolitej Polskiej.
-?Zatem potwierdza pan, że dopuścił się czynu prawnie zabronionego?
-?Nie.
-?Przed chwilą pan powiedział, że to robił.
-?Nie.
-?Zatem wystawiał pan czy nie?
-?Wystawiałem. -?Lekarz najwyraźniej dobrze się bawił, grając z urzędniczką w kotka i myszkę.
-?Proszę. -?Paweł wręczył Wolakowi filiżankę, po czym postawił pod dyszę
drugą i uruchomił proces przygotowania americano.
Widział, jak bardzo irytuje tym zachowaniem swoją koleżankę, co
pobudzało go chyba mocniej niż kawa. Akurat otwierała usta, aby coś
powiedzieć, gdy ekspres dał znać cichym pikaniem, że czegoś mu brakuje.
-?Trzeba dolać wody -?poinformował Hardy.
Lekarz podał mu z uśmiechem butelkę mineralnej. Glińska aż zazgrzytała
zębami. Paweł pomyślał, że mógłby popracować tutaj dłużej, dla samej
satysfakcji zatruwania życia wrednej urzędniczce.
-?Wystawiał je pan niezgodnie z prawem -?oznajmiła w końcu suchym głosem
Glińska, jakby odczytywała niemal wyrok śmierci.
-?Ależ nic z tych rzeczy -?odpowiedział ginekolog. -?Zapis ustawy jasno
wskazuje, że jeśli występuje zagrożenie życia kobiety będącej w ciąży,
lekarz, na jej wyraźne życzenie i po pisemnym potwierdzeniu pacjentki
oraz przynajmniej jednego świadka, może dokonać czynności medycznych
mających na celu ratowanie jej życia. Mówi o tym dokładnie artykuł
szesnasty, paragraf dwunasty, podpunkt A ustawy, na którą się pani
powołuje. Tak było w każdym przypadku.
-?Mamy podejrzenia, że nie do końca -?powiedziała z triumfalnym
uśmiechem.
-?Glińska, a ty co pijesz? -?wpadł jej w słowo komisarz.
-?Nic nie chcę -?odpowiedziała szybko.
-?Twoja strata, wyborna kawa -?westchnął Hardy i usiadł w skórzanym
fotelu, a Wolak usadowił się w drugim.
Glińska stała teraz przed nimi niczym petentka w gabinecie prezesa. Nie
chciała kawy, nigdy nie przyjmowała poczęstunku od ludzi, których
odwiedzali. Twierdziła, że to podchodzi pod przyjmowanie korzyści
majątkowych i jest niczym więcej jak tylko łapówką.
-?Szanowna pani, każda ciąża stanowi w pewnym sensie zagrożenie życia
dla kobiety, ale z chęcią poddam się stosownej weryfikacji.
-?Sprawdzimy -?rzuciła cierpko. -?Skuć go? -?Wskazała pytająco na
lekarza unoszącego filiżankę do ust.
-?Wcześniej pobij -?rzucił krótko Paweł, upijając łyk kawy, która
smakowała wręcz nieziemsko.
-?Za co?
-?Glińska, po prostu spisz jego wyjaśnienia, poucz i spadamy. A najlepiej wypisz mandat.
-?Ale przecież on... wydawał środki wczesnoporonne kobietom z pełną
premedytacją, bo wiedział, że nie może tego robić. Brał za to pieniądze,
ale nie wystawiał żadnych rachunków. Może stracić prawo wykonywania
zawodu.
-?Panie doktorze -?przerwał jej Hardy, zwracając się do lekarza. -?Ile
porodów pan do tej pory odebrał?
-?No w tym roku powinno stuknąć pięć tysięcy -?powiedział z dumą lekarz.
-?Pacjentki bardzo pana chwalą. Czytałem opinie w internecie.
-?Każda jest dla mnie małym centrum wszechświata i tak je traktuję. Już
nawet odbierałem porody od kobiet, które lata temu jako pierwszy witałem
na tym świecie.
-?Panie doktorze, proszę obiecać, że dołoży pan szczególnych starań, by
wykluczyć sytuacje, kiedy przepisze pan środek wczesnoporonny, gdy życie
kobiety nie będzie zagrożone.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki