Pomywaczka, którą spotkało szczęście
I tak oto znalazłyśmy się razem z moją rodzicielką w gąszczu słodko-gorzkich uczuć, w który mogą się zaplątać jedynie matki i córki. Jednak moje serce wypełniała wdzięczność za to, w jaki sposób mama zareagowała na niespodziewane wieści. Podziękowałam jej za wsparcie.
- To nie ma nic wspólnego ze wsparciem, skarbie. Po prostu jestem jak pomywaczka, która przez przypadek znalazła na chodniku wygrany los na loterii.
Chociaż przywykłam do jej kodów i szyfrów, nie od razu pojęłam, do czego zmierza.
- Obawiam się, że nie rozumiem.
- Ależ to oczywiste, kochanie. Bałaś się, że będę zła, gdy usłyszę, że w tajemnicy wyszłaś za mąż w innym kraju. A gdy przekonałaś się, że się nie gniewam, poczułaś wdzięczność. Mam rację?
Skinęłam głową.
- Tak.
- Zrozum, tylko matka, która wie, że jej córka pewnego dnia wyjdzie za mąż, może przeżyć rozczarowanie na wieść o jej potajemnym ślubie. Szczerze mówiąc, nigdy się tego po tobie nie spodziewałam. Sprawiałaś wrażenie osoby, która da się usidlić jako ostatnia na świecie. Dlatego nie kupowałam co tydzień losu na loterię i nie liczyłam na wygraną. Czy to jest dla ciebie jasne?
Zaczął do mnie docierać sens jej słów.
Tymczasem moja mama, zadowolona, że koncentruję na niej całą uwagę, kontynuowała z entuzjazmem:
- Dlatego zaakceptowałam taki stan rzeczy i przeszłam nad nim do porządku dziennego. A potem pewne go dnia, ni z tego, ni z owego, znalazłam los na chodniku i dowiedziałam się, że wygrałam na loterii. Tak właśnie się czułam, gdy powiedziałaś mi o zaślubinach. Byłam równie oszołomiona jak pomywaczka, do której uśmiechnęło się szczęście!
Niedawno wyszłam za mąż w Berlinie. Nie przez przypadek wybraliśmy to miasto na zawarcie związku małżeńskiego; nasz ślub wydawał się nam nie mniej zaskakujący niż nagłe zjednoczenie Niemiec. Niczym Berlin Wschodni i Berlin Zachodni, najpierw byliśmy razem, potem się rozstaliśmy, a na koniec do siebie wróciliśmy. Mój mąż i ja mamy charaktery tak różne jak kapitalizm i komunizm. Eyup to łagodna i szlachetna dusza, zawsze kieruje się rozsądkiem, a przy tym jest obdarzony zdumiewającą wewnętrzną równowagą oraz cierpliwością godną proroka Hioba, któremu zawdzięcza imię. Ja z kolei musiałabym odhaczyć na liście praktycznie wszystkie przeciwieństwa jego cech, zaczynając od "niecierpliwa", "impulsywna", "irracjonalna", "emocjonalna" i "chodzący chaos".
Zwlekaliśmy z zalegalizowaniem naszego związku, gdyż oboje nie przepadamy za takimi ceremoniami. Dlatego też, gdy już zdecydowaliśmy się na ślub, po prostu weszliśmy do tureckiej ambasady na ulicy Kbaum i oświadczyliśmy, że zamierzamy się pobrać. Na ławce przy wejściu siedział bezdomny z głową pełną wszy i myśli. Wygrzewał się na słońcu, z twarzą zwróconą ku niebu. Doskonale pasował do mojej wizji świadka, ale gdy spróbowałam zaprosić go do środka, okazało się, że nie mówi po angielsku. Ja z kolei nie znałam niemieckiego, a język migowy, który stworzyliśmy na potrzebę chwili, nie wystarczył, by omówić tak niezwykłą sprawę. Podarowaliśmy więc bezdomnemu paczkę marlboro light, a on w zamian pobłogosławił nas bezzębnym uśmiechem. Wręczył nam również lśniące złotko po czekoladce, które starannie wygładził. Przyjęłam prezent z zachwytem. Wzięłam go za dobry omen.
Nie włożyłam sukni ślubnej, nie tylko dlatego, że podobne rytuały budzą we mnie niesmak, ale także dlatego, że nigdy nie ubieram się na biało i nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy to robią. Przez lata nie byłam nawet w stanie usiąść na zbyt jasnej kanapie, jednak w końcu zwalczyłam to uprzedzenie. Moi przyjaciele mają kilka teorii na temat mojej niechęci do tego koloru. Sądzą, że w dzieciństwie wpadłam do kociołka z puddingiem ryżowym (w przeciwieństwie do Obeliksa, który skąpał się w magicznym napoju, nie zdobyłam nadprzyrodzonych mocy) i odtąd nienawidzę bieli, chociaż sama potrawa nie wzbudza we mnie negatywnych emocji. Ale ja nie przypominam sobie podobnego zdarzenia. Równie nieprawdziwa jest ich druga teoria, zgodnie z którą wyrażam w ten sposób niechęć do lekarzy, dentystów albo techników laboratoryjnych - ludzi, którzy ubierają się na biało.
Tak czy inaczej tamtego majowego dnia przywdziałam swoją ulubioną czerń. Z kolei Eyup włożył ciemne spodnie i białą koszulę, żeby choć w pewnym stopniu uszanować tradycję. Powiedzieliśmy sobie tak. Bez zamieszania, pod wpływem kaprysu. Rodzice Eyupa i jego pięć sióstr, podobnie jak moja mama i babcia, byliby co prawda zachwyceni, gdybyśmy wyprawili tradycyjne tureckie wesele z jedzeniem, tańcem i muzyką, ale uprzejmie uszanowali nasz wybór, gdy dowiedzieli się o zaślubinach.
-
Pomijając kwestię szczęśliwej pomywaczki, moja mama nie była jedyną osobą, która sądziła, że nie wyjdę za mąż. Najwyraźniej jej zdanie podzielali także moi czytelnicy. Zaznajomieni z powieściami i esejami, które napisałam, to zawsze oni najlepiej rozumieli moje uczucia. Jednak tym razem byli bardziej wstrząśnięci niż wyrozumiali. W listach, e-mailach i na kartkach pocztowych wyrażali zaskoczenie. Niektórzy przysyłali mi nawet wycinki z fragmentami wywiadów, w których twierdziłam: "Drobnomieszczańskie ży cie rodzinne? Nie ma mowy! To do mnie nie pasuje" albo: "Chyba nie jestem stworzona do wychowywania dzieci, ale sądzę, że pewnego dnia mogłabym sprawdzić się w roli macochy. No wiesz, kogoś takiego, kogo bez trudu można zabrać na mecz piłki nożnej albo na próbę generalną balu maturalnego". A teraz ci spryciarze, którzy przyłapali mnie na gorącym uczynku, z cierpkim uśmieszkiem dopytywali się, co uległo zmianie.
Mogłam im dać tylko jedną odpowiedź: to miłość.
Kocham mojego męża i zawsze w jego obecności czuję, jak zalewa mnie dziwna fala wyciszenia i szczęścia. A mimo to jakaś część mnie nie potrafiła poradzić sobie z takim spokojem i nie zamierzała albo nie mogła odnaleźć się w szczęściu małżeńskim. Być może działo się tak, ponieważ nigdzie nie potrafiłam zbyt długo zagrzać miejsca. Urodziłam się w Strasburgu, dorastałam w Madrycie, a pomieszkiwałam w Ankarze, Stambule, Ammanie, Kolonii, Bostonie, Michigan i Arizonie. Zawsze żyłam na walizkach - przekonana, że mogę zostać w każdym miejscu tak długo, jak długo nie będę musiała zapuścić korzeni. Jako jedyne dziecko samotnej matki dość wcześnie pogodziłam się z prawdą o ludzkiej naturze, którą inni daremnie próbowali ignorować: człowiek jest skazany na samotność.
Ja ją lubiłam i ceniłam. Znałam ludzi, którzy dostaliby szału po zbyt wielu godzinach spędzonych bez towarzystwa. Ze mną było inaczej. Zwariowałabym, gdybym przez cały czas musiała znosić obecność innych. Brakowałoby mi prywatności.
Jako pisarka rozkwitam dzięki samotności. W niemal wszystkich dziedzinach sztuki proces twórczy wymaga udziału osób trzecich. Nawet największy egoista spośród reżyserów musi umiejętnie dopasować swoją energię do innych i nauczyć się pracy w zespole. Podobnie wygląda sytuacja projektantów mody, aktorów, tancerzy, dramaturgów, piosenkarzy i muzyków.
Wyjątek stanowią pisarze. Na długie tygodnie, miesiące, a czasem nawet lata wycofujemy się do świata powieści, nad którymi pracujemy, tkwimy w kokonie wyobraźni, otoczeni wymyślonymi postaciami i decydujemy o ich losach niczym Bóg, za którego się uważamy. Gdy rozwijamy fabułę, dodajemy nagłe zwroty akcji, tworzymy i niszczymy bohaterów, bez trudu możemy dojść do wniosku, że jesteśmy najważniejsi na świecie. Egocentryzm i rozdęte ego to dwa najbardziej szkodliwe efekty uboczne naszego zawodu. Dlatego jesteśmy kiepskimi kochankami i jeszcze gorszymi małżonkami. Pisarze to przede wszystkim istoty aspołeczne - chociaż potrafimy o tym zapomnieć przy odrobinie sławy i sukcesu. "Powieść to najbardziej osamotniona forma wyrazu artystycznego", jak rzekł kiedyś Walter Benjamin.
Już jako mężatka uczyłam w Arizonie, więc co kilka tygodni wskakiwałam do samolotu, by odbyć dwudziestosześciogodzinny lot (z przesiadkami) i w szalonej, chaotycznej, barwnej atmosferze Stambułu spotkać się z moim mężem oraz przyjaciółmi, po czym wracałam do Arizony i mojej pustyni samotności.
Gdy opuszczasz budynek lotniska w Tucson, uderza cię fala gorąca, która wynurza się z otchłani ziemi i liże twoją twarz niewidzialnymi jęzorami ognia. A gdy z kolei opuszczasz budynek lotniska w Stambule, uderza cię fala dźwięków: głośne trąbienie klaksonów, warkot motorów, dudnienie młotów pneumatycznych i rozmowy, wrzaski oraz gwizdy ludzi, wszystko naraz.
Fala gorąca, fala dźwięków. Tam i z powrotem. I tak przez prawie dwa lata. Aż pewnego dnia dowiedziałam się, że jestem w ciąży.
-
Nie wiedziałam, czy chcę zostać matką. Ciąża mnie zaskoczyła. Ale pragnęłam urodzić to dziecko. Czułam się tak, jakby moja druga natura - lubiąca domowe zacisze, troskliwa, pełna uczuć macierzyńskich - buntowała się przeciwko tej, która dominowała przez wiele lat. Rebelianckie siły macierzyństwa przenikały do maleńkich wiosek na południu mojej osobowości z zaskakującą szybkością i zwinnością, lecz panująca w stolicy władza absolutna nadal utrzymywała silną pozycję.
Mimo to nie chciałam zrezygnować z tułaczego, niezależnego, beztroskiego życia, które wiodłam. W mojej głowie jednocześnie rozlegało się sześć głosów. Dlatego przyjęłam ciążę z mieszanymi uczuciami, jakby jakiś ukryty nurt, silniejszy od mojego serca, ciągnął mnie w nieznane. Nie pomogło mi to, że mniej więcej w tym samym czasie zostałam oskarżona z powodu wypowiedzi kilku ormiańskich bohaterów mojej powieści Bękart ze Stambułu. Przypadkowo data procesu została wyznaczona na jeden dzień po terminie porodu. Chociaż usłyszałam wyrok uniewinniający już podczas pierwszej rozprawy, a wszystko to nie miało żadnego związku z późniejszą depresją, te pełne napięcia dni były jednym z wyzwań tamtych dwunastu miesięcy.
Urodziłam w 2006 roku, we wrześniu, który jest najpiękniejszym miesiącem w Stambule. Czułam się nie tylko szczęśliwa i pobłogosławiona przez los, ale także zdumiona i nieprzygotowana. Wynajęliśmy uroczy, cichy dom na wyspach, gdzie mogłam zajmować się dzieckiem i pisaniem. Taki miałam plan. Jednak okazało się, że nie potrafię go zrealizować. Nie miałam wystarczającej ilości pokarmu, a za każdym razem, gdy próbowałam wrócić do świata fikcji i zacząć nową powieść, kończyłam na wpatrywaniu się w białą kartkę z narastającym niepokojem. Coś takiego nie spotkało mnie do tej pory. Nigdy nie kończyły mi się pomysły. Nigdy nie ogarniała mnie niemoc twórcza ani nic, co mogłoby ją przypominać. Pierwszy raz w moim dorosłym życiu zabrakło mi słów, chociaż bardzo próbowałam to zmienić.
Nagle przestraszyłam się, że coś zmieniło się we mnie nieodwracalnie i już nigdy nie będę taka sama. Wezbrała we mnie fala paniki. Pomyślałam, że skoro zostałam matką i gospodynią domową, już nigdy więcej nie zdołam niczego napisać. Czułam się, jakby wyszarpnięto mi spod stóp moje dawne Ja, niczym stary zakurzony dywan.
Książki były moimi najlepszymi przyjaciółkami od dnia, w którym nauczyłam się czytać i pisać. One mnie ocaliły. Byłam tak introwertycznym dzieckiem, że rozmawiałam z kredkami i przepraszałam przedmioty, które potrącałam. Opowiadania dały mi poczucie ciągłości, centralizacji i całości - tych trzech C, których brak dokuczliwie odczuwałam. Oddychałam literami, spijałam słowa i żyłam historiami, przekonana, że potrafię kręcić i obracać językiem w płomiennym tangu.
Przez cały ten czas moja literatura wypełniała walizkę, którą zabierałam w każdą podróż. Trzymała mnie w całości niczym niewidzialny klej, a gdy jej zabrakło, rozsypałam się na kawałki. Bez niej świat przypominał melancholijne miejsce, nieskończenie smutne. Kolory, które dawniej wydawały się żywe i pogodne, zbladły. Wszystkiego mi brakowało. Wszystko wydawało się obce. Ja, która przemierzałam całe kontynenty i zadomawiałam się w tak wielu miejscach, nie mogłam znaleźć siły ani chęci, by wyjść na ulicę. Moja skóra stała się tak cienka, że wszystko sprawiało mi ból. Słońce grzało zbyt mocno, wiatr smagał zbyt ostro, a noc była zbyt ciemna. Przepełniały mnie niepokój i lęk. Nim się zorientowałam, pogrążyłam się w ciężkiej depresji poporodowej.
Moja babcia ze strony mamy - łagodna, lecz silna kobieta, a przy tym niezwykle przesądna - przez wiele tygodni przyglądała się, jak płaczę, aż pewnego dnia wzięła mnie za rękę i wyszeptała głosem delikatnym jak aksamit: "Moje drogie dziecko, musisz wziąć się w garść. Nie wiesz, że z każdą matczyną łzą mleko coraz bardziej kwaśnieje?".
Nie wiedziałam.
Zaczęłam o tym rozmyślać. Co by się stało, gdyby mój pokarm się zepsuł? Czy ściemniałby, zgęstniał i zmętniał? Ta myśl nie tylko mnie zaniepokoiła, ale także wpędziła w poczucie winy. Im bardziej powstrzymywałam łzy, z tym większą siłą cisnęły mi się do oczu. Jak to możliwe, że wszystkie moje znajome z taką łatwością wchodziły w rolę matki, a ja nie mogłam? Chciałam karmić piersią moje dziecko, dopóki to będzie możliwe. Wizja zepsutego mleka prześladowała mnie w ciągu dnia i atakowała w snach.
Pewnego dnia, po miesiącach depresji, odosobnienia i nieskutecznej terapii, obudziłam się z przemożną chęcią, by znów coś napisać. Usiadłam więc przy biurku. Było cicho, jeśli nie liczyć dobiegających z oddali odgłosów kilku kutrów rybackich. Dziecko spało w kołysce. Powietrze przesycał zapach jaśminu, a niebo nad Bosforem było bardzo jasne, niemal bezbarwne. Nagle ogarnął mnie spokój, uświadomiłam sobie, że wszystko jest i zawsze było w porządku. Jak powiedział Rumi, noc zawiera dzień. Możemy zacząć życie od nowa w każdej chwili i w każdym miejscu.
Miałam prawo do paniki i łez. Miałam prawo do strachu, że nie pogodzę pisania z macierzyństwem. A moje mleko nie musiało być białe jak śnieg. Gdybym zaczęła pisać o tym, co przeżyłam, mogłabym zamienić poczerniałe mleko w atrament, a skoro pisanie zawsze w magiczny sposób koiło moją duszę, być może zdołałabym małymi kroczkami wyjść z depresji.
-
Tamtego dnia włożyłam dziecko do wózka i zabrałam je na spacer po tętniącej życiem ulicy. Na początku powściągliwie, później już śmielej, zaczęłam rozmawiać z innymi kobietami o ich doświadczeniach poporodowych. Z zaskoczeniem odkryłam, jak wiele z nich zmagało się z podobnymi zaburzeniami emocjonalnymi. Dlaczego nie wiedziałyśmy więcej na ten temat? Zawsze utwierdzano mnie w przekonaniu, że wszystkie kobiety skaczą z radości od chwili, gdy wezmą w ramiona swoje dziecko. Nikt mnie nie uprzedził, że przy podskokach niektóre z nas uderzają głową w sufit, przez co przez pewien czas czują się oszołomione.
Gdy pisałam Czarne mleko, odbyłam niezliczone rozmowy z kobietami z różnych grup wiekowych i zawodowych. Powoli i stopniowo docierało do mnie, że nie jestem sama. To mi bardzo pomogło. Jak na ironię ja, która zawsze szczyciłam się samodzielnością, szukałam pocieszenia w liczbach, czym jednak nie zamierzam się przejmować. Po prostu depresja poporodowa pojawia się znacznie częściej, niż nasze społeczeństwo chciałoby przyznać.
Co ciekawe, w dawnych czasach kobiety o tym wiedziały. Nasze praprababki zdawały sobie sprawę z istnienia wszelkich odmian niestabilności poporodowej i dzięki temu były lepiej przygotowane. Przekazywały tę wiedzę swoim córkom i wnuczkom. Jednak dzisiaj jesteśmy oderwane od przeszłości, nie mamy do niej swobodnego dostępu. Kobiety nowoczesne. Gdy czujemy się znużone i wewnętrznie pokiereszowane, ukrywamy oznaki słabości dzięki najnowszym technikom makijażu. Wydaje nam się, że jednego dnia możemy urodzić, a kolejnego wrócić do dawnego życia. Oczywiście, niektóre z nas tak robią. Problem polega na tym, że inne nie potrafią.
Turczynki ze starszego pokolenia wierzą, że najbliżsi nie powinni odstępować kobiety przez czterdzieści dni od porodu. Jeśli zostawią ją samą choćby na chwilę, mogą narazić młodą matkę na ataki dżina, pogrążającego ofiarę w zalewie zmartwień, trosk i obaw. Dlatego rodziny hołdujące tradycjom nadal ozdabiają szkarłatnymi wstążkami łóżko kobiety, która właśnie urodziła, i rozrzucają po jej pokoju poświęcone nasiona maku, żeby odpędzić nadprzyrodzone moce unoszące się w powietrzu.
Nie próbuję nikogo przekonać, że należy kierować się całym mnóstwem przesądów, ani nie spodziewam się, że personel medyczny ozdobi oddział położniczy wiankami czosnku i amuletami nazar, chroniącymi przed złym okiem. Twierdzę tylko, że kobiety z czasów przednowoczesnych - dzięki swoim zabobonom, tradycjom i przekonaniom - zdawały sobie sprawę z istotnej rzeczy, że z trudem godzimy się z rzeczywistością. A przecież każda z nas pokonuje kilka głównych etapów życia. Co więcej, przejście między nimi może nastręczać trudności. Dlatego możemy potrzebować pomocy, wsparcia i porady, zanim na nowo odnajdziemy się w teraźniejszości. Gdy kobieta - albo mężczyzna - przeżywa kolejny dzień pełen szamotaniny, rozwiązywania problemów, organizowania i kontrolowania, zdarzają się takie chwile, gdy organizm zawodzi. To prosta i stara mądrość, o której zapomnieliśmy w upartym dążeniu do bycia ludźmi sukcesu, zawsze silnymi i doskonałymi.
Pani Słabość nie cieszy się popularnością w naszym pokoleniu. Nikt nie wie, gdzie się obecnie znajduje, ale podobno została zesłana na wyspę na Pacyfiku albo do wioski u podnóża Himalajów. Wszyscy o niej słyszeliśmy, ale panuje zakaz wymawiania na głos jej imienia. W szkole, w pracy czy w domu ilekroć ktoś o niej wspomni, wzdrygamy się w obawie przed konsekwencjami. Chociaż nie znajduje się na liście Interpolu ani nie jest poszukiwana listem gończym, nikt nie chce być z nią kojarzony.
Oczywiście, to wcale nie znaczy, że macierzyństwo nie jest jednym z najcenniejszych skarbów na tym świecie. W istocie formuje serce niczym glinę, by zestroić je z rytmem wszechświata. I to z tego powodu wiele kobiet twierdzi, że nigdy nie spotkało ich nic lepszego od macierzyństwa. Zgadzam się z nimi całkowicie.
Kobieta nie staje się jednak matką tuż po porodzie. To proces oparty na nauce, który u jednych trwa dłużej niż u innych. Istnieją takie kobiety jak ja, do żywego poruszone tym, czego doświadczają. Nie twierdzę, że droga wiodąca ku macierzyństwu jest trudniejsza dla osób twórczych. Widziałam, jak przedstawicielki wszystkich środowisk zmagały się z podobnymi problemami, te jednak dotykały ich w różnym stopniu. Żadna kobieta nie jest w pełni odporna na depresję poporodową. Być może te najsilniejsze i najbardziej pewne siebie spośród nas są istotnie najbardziej na nią narażone. Co ciekawe, to rozchwianie umysłowe może pojawić się równie dobrze przy pierwszej, jak i przy drugiej, trzeciej czy nawet szóstej ciąży.
W końcu ciąże są jak płatki śniegu. Nie ma dwóch identycznych.