Wróg u granic!
"Usłyszeli daleki szum, jakby łoskot, jakby turkot - niski, nieustanny
dźwięk. Głuchy i daleki, ale jakby ziemia podrygiwała. Jak pociąg, ale
dziwnie: i daleki, bo bez stukotu kół, bez sapania lokomotywy, i bliski,
bo tak potężny. Jakby pociąg, ale ogromny, jakby koła dziesięciometrowej
wysokości, jakby wagony jak trzypiętrowe domy, jakby było ich
kilkadziesiąt.
Huk trwał, narastał wolno, niepostrzeżenie, nieodparcie. Dudniło coraz
potężniej. Taka była słyszalność tej nocy, że gdyby ktoś próbował
ustalić, jak szeroki wycinek horyzontu objęty jest tym tętnieniem, nie
potrafiłby nawet w przybliżeniu powiedzieć: środkowa ćwiartka, lewa czy
prawa? Wszystko, zdawało się, wszystko, co było przed nimi, obejmował
ten dygot i rumor.
Coś piekielnego szykowało się w lesie..."
Oto literacka wizja pamiętnej nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939
roku. Tak opisał ją Jerzy Putrament. Podobnie, jak można przypuszczać,
przeżywać musieli ją ułani z wysuniętych placówek Wołyńskiej Brygady
Kawalerii, na którą w pierwszych godzinach agresji wyszło uderzenie
niemieckiej 4 Dywizji Pancernej. Jakże nierówny bój miał się rozegrać w lasach na północny zachód od Częstochowy! Polska brygada miała stawić
czoło jednemu z najsilniejszych i najlepiej zorganizowanych związków
taktycznych owych czasów.
Dywizję pancerną Wehrmachtu cechowały właściwe proporcje i odpowiednie
zestawienie elementów składowych, nadające jej znaczną ruchliwość i ogromną siłę przebojową. Stąd też wynikały zasady użycia: zdecydowane
natarcie, przełamanie frontu przeciwnika, a następnie wykorzystanie
powodzenia i pościg.
Najważniejszym związkiem była tu dwupułkowa brygada pancerna licząca
ponad trzysta czołgów, której zadanie polegać miało na zniszczeniu
środków obrony przeciwpancernej, stanowisk broni maszynowej i artylerii,
a następnie sparaliżowaniu pracy dowództw i łączności oraz zaopatrzenia.
Ponad trzydzieści samochodów pancernych wchodziło w skład dywizjonu
rozpoznawczego. Brygada strzelców składała się z batalionu motocyklistów
i zmotoryzowanego pułku piechoty. Wraz z pułkiem artylerii, dywizjonem
przeciwpancernym, batalionami saperów i łączności oraz służbami dywizja
ta liczyła prawie 12 tysięcy ludzi.
W skład Wołyńskiej Brygady Kawalerii wchodziły 4 pułki ułanów i strzelców konnych, pieszy batalion strzelców, dywizjon artylerii i mniejsze pododdziały, razem około 7 tysięcy żołnierzy. Trzeba tu jednak
pamiętać, że w ugrupowaniu do walki pieszej odpadała z każdego pułku
jedna trzecia walczących, pełniąc wówczas rolę koniowodów.
Częścią składową brygady był także 21 dywizjon pancerny. Jego główną
"siłę przebojową" stanowił szwadron złożony z 13 czołgów rozpoznawczych
zwanych tankietkami. Oparte na angielskim pierwowzorze modele TK-3, a następnie TKS wprowadzono na uzbrojenie z początkiem lat trzydziestych,
widząc w nich stosunkowo tani i dostosowany do możliwości wytwórczych
sposób wyposażenia i w broń pancerną.
Uzbrojono je w jeden tylko karabin maszynowy, umieszczony w czołowej
ścianie pancerza, miał on więc ograniczone pole ostrzału. Opancerzenie
chroniło tylko od pocisków karabinowych i odłamków. Wyjątkowo niska
sylwetka, ich wysokość była niemal taka sama jak "maluchów" - Fiatów
126p, to ich główna zaleta.
Prędkość tych wozów na szosie dochodziła do 40 km/godz., ale spadała o przeszło połowę w terenie. Duże wahania krótkiego kadłuba uniemożliwiały
również strzelanie w ruchu, a dłuższa jazda bardzo wyczerpywała załogi.
Zespołami tankietek trudno było przy tym dowodzić na polu walki. W ciasnym wnętrzu brakowało po prostu miejsca na zamontowanie radiostacji.
Jako główny środek łączności stosowano chorągiewki sygnałowe.
Przed wojną przystąpiono do uzbrajania niektórych w najcięższe karabiny
maszynowe kalibru 20 mm, przeznaczone do zwalczania pojazdów pancernych.
Ponieważ przezbrojenie pociągało za sobą przeróbkę przedniej płyty
pancernej oraz zamontowanie nowych podstaw broni, do 1 września
wypuszczono tylko pierwszą partię - 20 tankietek. Stanowiły one
skuteczną broń w walce z lekkimi typami niemieckich czołgów i samochodów
pancernych. 21 dywizjon takich wozów nie posiadał.
Drugi jego szwadron wyposażony był w 7 samochodów pancernych, a jednym
takim wozem dysponował dodatkowo dowódca dywizjonu. Samochody te były
uproszczoną, kołową odmianą zakupionych jeszcze w latach dwudziestych
półgąsienicowych pojazdów Citroen. Miały jednak szereg wad: słabe
silniki, wysoką sylwetkę, niedostateczne opancerzenie. Mogły się
poruszać tylko po drogach i twardym równym terenie.
Uzbrojone były w karabin maszynowy zamocowany w obrotowej wieżyczce,
wozy zaś dowódcy szwadronu i plutonów, posiadały działka kalibru 37 mm o niewielkiej prędkości początkowej pocisku, a więc ograniczonej zdolności
przebijania. Ze względu na brak w nich radiostacji wyniki rozpoznania
musiano przekazywać przez gońców. Wozy wzór 34 stanowiły wyposażenie
prawie wszystkich ówczesnych brygad kawalerii.
Wołyńska Brygada Kawalerii obsadzała kompleks lasów ciągnący się od
Kłobucka do rzeki Liswarta. Pośrodku, na rozległej polanie, rozciągały
się zabudowania, sady i pola wsi Mokra. Wzdłuż całego odcinka przebiegał
tor śląsko-gdyńskiej magistrali węglowej stanowiący oparcie dla drugiej
linii obrony.
W całodziennym, zwycięskim boju brygady broń pancerna odegrać miała
znaczną, w niektórych momentach nawet decydującą, rolę. 21 dywizjon
zatrzymano początkowo w odwodzie brygady. Tylko 1 pluton czołgów tworzył
wraz ze szwadronem kolarzy wysunięty na przedpole oddział wydzielony
"Danków", mający stanowić coś w rodzaju dzwonka alarmowego. Już wcześnie
rano został on zaatakowany przez czołgi i motocyklistów, pod ich
naciskiem wycofał się przed południem wzdłuż północnego brzegu Liswarty.
Drugi pluton otrzymał w tym czasie rozkaz uderzenia na czołgi, które
wdarły się do części wsi Mokra. Mimo iż polskie wozy nie miały amunicji
przeciwpancernej, dowódca plutonu sierżant podchorąży Julian Zaturski
bez wahania skierował swe tankietki do ataku. Za ich pomocą wyparto
Niemców spośród zabudowań, tracąc jeden czołg. Jego dowódca, plutonowy
Ignacy Wieliczko był pierwszym poległym dywizjonu.
Jeszcze skuteczniej działał przydzielony do Wołyńskiej Brygady Kawalerii
53 pociąg pancerny "Śmiały". Pociągi pancerne to specyficzny rodzaj
sprzętu bojowego. Uzbrojone w 4 działa i kilkanaście karabinów
maszynowych rozporządzały dużą siłą ognia, były niewrażliwe na ostrzał i mogły rozwinąć stosunkowo znaczą prędkość. Miały one jednak braki:
uzależnienie od szlaków kolejowych, od systematycznego zaopatrzenia w węgiel i wodę oraz duże rozmiary, a co za tym idzie, łatwo je było
wykryć i unieruchomić, zwłaszcza przez lotnictwo.
Pięćdziesiąty trzeci pociąg otrzymał od dowódcy Wołyńskiej BK,
pułkownika dyplomowanego Juliana Filipowicza, rozkaz patrolowania między
Kłobuckiem a stacją Miedzno. Wszedł do akcji, gdy przed południem
czołgom 4 Dywizji Pancernej udało się wedrzeć na polanę.
Obsługa stumilimetrowej haubicy z 2 plutonu ogniowego pociągu uchodziła,
i to zarówno wśród kolegów, jak i przełożonych, za wyjątkowo zgraną.
Mieli najlepsze wyniki w działoczynach, trzymali się razem nawet poza
służbą.
Celowniczy, starszy bombardier Stach Kamiński, poprawiał się teraz
nerwowo na siodełku, uważnie obserwując teren na prawo od toru, gdzie
poza rzędami zagród rysowała się ciemna ściana lasu przecięta szeroką
przerwą. Poranne mgły rozwiały się już wprawdzie, ale w powietrzu snuły
się dymy od pocisków niemieckiej artylerii i widoczność była nie
najlepsza.
Na tablicy sygnalizacyjnej wagonu zapaliło się światełko. Dowódca
plutonu porucznik Stanisław Dawidowski podniósł słuchawkę, po czym
wspiął się do wieżyczki przeciwlotniczego karabinu maszynowego na dachu
wagonu. Za chwilę padły jego komendy.
- Działo numer jeden, granat wzór dziewięćdziesiąt dziewięć. Działo
numer dwa, granat wzór dwadzieścia osiem. Po cztery!
Wręczyciel Sierioża Romaniuk wyjął ze skrzyni amunicyjnej pierwsze
pociski.
- Zapalnik natychmiastowy. Ładunek cztery!
Amunicyjny Mietek Piskorz wkręcił do pierwszego pocisku zapasik RYG,
ujął z łuski odpowiednią liczbę woreczków z prochem i przekazał wszystko
ładowniczemu, Witkowi Skołubie, kiedy padła komenda:
- Celownik dwa pięćset, kierunek...
- Gotowe! - krzyknął Kamiński.
- Pal! - zabrzmiała komenda działonowego, plutonowego Gerarda
Wierońskiego. Zamkowy, Janek Musioł, silnie szarpnął gałkę. Szczęk, huk
i wstrząs, a za chwilę to samo od strony działa numer jeden
siedemdziesięciopięciomilimetrowej armaty.
Gdy reszta działonu sprawnie powtarzała wszystkie, tylekroć przećwiczone
czynności i przygotowywała haubicę do następnego strzału, Kamiński w napięciu wpatrywał się w sylwetki czołgów. Po kilku sekundach wykwitły
tam dwa wybuchy, dość daleko przed jadącymi wozami bojowymi. Ostrożni są
- pomyślał i zmniejszył wyprzedzenie, skracając jednocześnie celownik.
- Gotowe! - zawołał znowu. Tym razem Musioł odpalił już bez rozkazu.
Teraz chyba będzie lepiej. Tak, wybuchy były wśród najbliższej grupy
czołgów. Artylerzyści pracowali teraz jak w transie. Wieżę, a potem całe
mroczne wnętrze wagonu, wypełniać zaczął gryzący zapach kordytu,
potęgując się za każdym strzałem.
Strzelali rytmicznie, jak na ćwiczeniach. Co dziesięć sekund opuszczał
lufę nowy pocisk, rozrywając się wśród coraz bardziej nerwowo
manewrujących czołgów, ich natarcie wyraźnie traciło rozmach. Kamiński
błyskawicznie obliczał poprawki, biorąc na cel największe skupiska,
pojazdów. W pewnej chwili krzyknął:
- Dostał, dostał!
Istotnie, jeden czołg, poderwany eksplozją wybuchającego tuż przed nim
pocisku, aż uniósł się w powietrze, by po chwili bezwładnie zwalić się
na bok. Wieczorem tego dnia, gdy spokojnie wymieniali już wrażenia z boju, porucznik Dawidowski wyjaśnił, że haubice, mimo mniejszej
prędkości początkowej, miały większe szanse trafienia. Odległość między
pociągiem a Niemcami nie była duża, strzelano więc pod znacznym kątem i odrzut haubic powodował mniejsze przechyły wagonu niż strzelających
niemal poziomo armat. Niejeden jeszcze raz Kamiński miał satysfakcję
oglądać nieruchomiejące raptownie niemieckie czołgi. Niektóre kopciły,
zasnuwając powietrze gęstymi smugami dymu. Coraz więcej zaczynało
manewrować do tyłu, znikając z pola widzenia.
Ich atak odparto w samą porę, bo już w kwadrans później na stanowisku
dowodzenia zabrzęczał sygnał radiostacji: sztab brygady żądał
natychmiastowej osłony północnego skrzydła, ponieważ na północnym brzegu
Liswarty zauważono pojazdy pancerne.
Sapiąc i dudniąc pociąg wrócił w kierunku stacji Miedzno, następnie
przejechał most i zatrzymał się. Kilka lornetek skierowało się na
odkrytą przestrzeń.
- Wydaje mi się, że widzę jadących rowerzystów - powiedział po chwili
dowódca plutonu łączności, podporucznik rezerwy Marian Patyna.
- To chyba nie Niemcy - oświadczył dowódca "Śmiałego", kapitan
Mieczysław Malinowski - przed nami jest dywizja pancerna, a oni mają
zwiad na motocyklach.
- Są i wozy pancerne, ale to nasze "teki" - odezwał się znowu Patyna.
Byli to rzeczywiście kolarze i czołgi rozpoznawcze wycofujące się z Dankowa.
- A więc po strachu - uśmiechnął się Malinowski i polecił nadać
odpowiedni meldunek do dowództwa brygady.
Sytuacja na środkowym odcinku obrony zaostrzyła się tymczasem ponownie.
Po południu cały niemiecki pułk czołgów wdarł się na polanę. Dowódca
broniącego pierwszej linii 21 Pułku Ułanów, podpułkownik dyplomowany
Kazimierz de Rostwo-Suski, musiał opuścić swój punkt obserwacyjny na
wieży triangulacyjnej. Leśniczówka, będąca miejscem postoju jego sztabu,
została podpalona przez czołgi. Do zaimprowizowanego punktu dowodzenia
pod wiaduktem kolejowym przyjechał wówczas dowódca 21 dywizjonu major
Stanisław Gliński. Podpułkownik Suski przeszedł z nim kilkadziesiąt
metrów na skraj lasu, pokazał buszujące wokół czołgi z czarnymi krzyżami
i spytał:
- Ma pan w walce z nimi szanse powodzenia?
- Nie, nie mam - przyznał szczerze major. - Ale jeśli pan pułkownik
rozkaże, dywizjon wykona przeciwuderzenie!
Podpułkownik Suski takiego rozkazu nie wydał. Wobec dużej dysproporcji
pod względem liczby i uzbrojenia wozów bojowych obydwu stron atak
polskiego dywizjonu musiałby doprowadzić do ciężkich strat.
Około godziny piętnastej na pozycji głównej sytuacja była znowu trudna.
Niemieckie PzKpfw II przełamały pierwszą linię obrony i zaatakowały
pozycje 2 dywizjonu artylerii konnej. W tej krytycznej chwili pułkownik
Filipowicz rzucił do przeciwuderzenia 2 Pułk Strzelców Konnych, do
którego dołączono samochody pancerne 21 dywizjonu; uderzyły one na
skrzydło nacierającego przeciwnika.
Ich atak przyniósł niewielkie konkretne efekty, ale spowodował
zamieszanie wśród Niemców. W pokrytym terenie, wśród dymu z płonących
zagród, tracili oni orientację i reagowali nerwowo. Nie mogąc
niejednokrotnie rozróżnić własnych wozów od polskich, wiele czołgów
ostrzelało się wzajemnie. Na falach radiowych krzyżowały się sprzeczne
meldunki i rozkazy. Ułatwiło to działania strzelcom konnym. Wroga
odparto, polana i wieś Mokra do końca dnia pozostały w polskich rękach.
Szwadron okupił to stratą 3 zniszczonych samochodów pancernych, jeden
został uszkodzony, później udało się go wyholować.
Mniej więcej w tym samym czasie żołnierze pancerni raz jeszcze
skutecznie interweniowali na polu walki, zażegnując poważne
niebezpieczeństwo. Gdy Niemcy dotarli do stanowisk polskiej artylerii,
dowództwo brygady wezwało przez radio 53 pociąg pancerny, by osłonił
swym ogniem ewentualne wycofywanie się dział.
Pociąg zdążył ujechać parę kilometrów, gdy za zakrętem toru oczom jego
załogi ukazał się niespodziewany widok. Leśnym duktem wyprowadzającym na
tyły brygady przekraczała linię kolejową kolumna niemieckich czołgów i samochodów z piechotą. Wiele pojazdów musiało już być daleko w przedzie,
coraz to nowe przewalały się przez nasyp.
Tym razem ciężar walki wziął na siebie 1 pluton ogniowy. Jego dowódca,
porucznik Karol Kulas, ujrzawszy wroga, telefonicznie przekazał
kapitanowi Malinowskiemu krótki meldunek, po czym nie czekając na
rozkazy otworzył natychmiast ogień z czołowej armaty.
Wystrzeliwane z odległości kilkuset metrów pociski dawały niszczycielski
skutek. Jeden, a zaraz potem i drugi czołg rozerwane zostały dosłownie
na części, ich wieżyczki odrzuciło na kilkanaście metrów. W płomieniach
stanęła ciężarówka, blokując i dymem zasnuwając przejazd.
Wśród Niemców zapanowało zamieszanie. Gdy jedne pojazdy próbowały cofnąć
się, inne parły nadal do przodu. Paru co śmielszych dowódców czołgów
wjechało na tory, ale pojazdy ich zostały zniszczone celnymi pociskami,
zanim w ogóle zdążyły się wstrzelać. Z samochodów wyładowała się
piechota, próbując zbliżyć się do pociągu, ale do ziemi przydusiły ją
serie z karabinów maszynowych.
Pluton porucznika Dawidowskiego otrzymał rozkazy dopiero po paru
minutach. Artylerzyści położyli ogień zaporowy w miejscu, gdzie czoło
nieprzyjacielskiej kolumny zbliżać się już musiało do wyjścia z lasu.
Wybuchy pocisków zwaliły tam wiele drzew, które zatarasowały drogę,
tworząc coraz trudniejszą do przebycia barykadę. Przez nią niemieckie
wozy nie zdołały już wydostać się na otwartą przestrzeń.
Wiele trudu i wysiłku wkładały również i obsługi broni maszynowej,
prowadząc ogień do skradającego się wroga. Ponieważ w gęsto podszytym
lesie był on niezbyt skuteczny, kapitan Malinowski rzucił do akcji swój
pluton wypadowy. Jego żołnierze uderzyli na niespodziewających się
natarcia pieszego Niemców i gnali ich przed sobą w stronę przejazdu.
Ruszył w tym kierunku i 53 pociąg, ale wkrótce musiał się zatrzymać,
gdyż niemieccy saperzy zerwali przed nim szyny.
Masakra na przejeździe tak zdemoralizowała nieprzyjaciela, że zaniechał
próby przedarcia się na tyły Wołyńskiej Brygady Kawalerii i zaczął cię
wycofywać. 2 pluton, strzelając według mapy, przeniósł wówczas ogień
dział na wąską drogę, jedyny szlak odwrotu Niemców, zadając im znowu
poważne straty.
W tej ostatniej fazie walki wziął także udział 52 pociąg pancerny.
Przydzielony do sąsiedniej 30 DP został rano zaatakowany przez eskadrę
bombowców nurkujących. Ponieważ ogień dwóch przeciwlotniczych karabinów
maszynowych pociągu okazał się zupełnie bezskuteczny, jego dowódca,
kapitan Mikołaj Gonczar wydał rozkaz strzelania do samolotów szrapnelami
z haubic, na najwyższych kątach podniesienia, co okazało się skuteczne.
Pojawiające się niespodziewanie wybuchy pocisków ostudziły zapał
niemieckich lotników, którzy pospiesznie pozbywali się swych bomb;
pociąg nie odniósł większych uszkodzeń.
Po południu dowódca 30 DP, generał brygady Leopold Cehak, wyjechał na
przedpole, by osobiście przekonać się o rozwoju sytuacji na sąsiednim
odcinku. Z rejonu stacji Miedzno artyleria pociągu wzięła pod ostrzał
wycofujących się Niemców, co przyczyniło się do ich odparcia.
Napastnik poniósł porażkę. W całodziennym, ciężkim boju niemiecka 4
Dywizja Pancerna, uderzając w wąskim pasie, nie zdołała złamać oporu
polskiej brygady i pozostawiła na polu walki około stu rozbitych
pojazdów, w tym wiele czołgów. Wołyńska BK odeszła na drugą pozycję
opóźniania dopiero po otrzymaniu meldunku o zajęciu przez Niemców
Kłobucka i pojawieniu się ich patroli na wschód od tego miasta, co
zagrażało tyłom brygady.
Drugiego września oddziały Wołyńskiej BK zajęły stanowiska kilka
kilometrów dalej na wschód, na wzgórzach kompleksu nadleśnictwa Łobodno.
21 dywizjon pancerny pozostał znowu w odwodzie brygady, zaatakowanej od
zachodu przez piechurów z 19 DP, gdy od południowego zachodu uderzyła
ponownie niemiecka 4 Dywizja Pancerna. Po południu odcięty został przez
nią od głównych sił brygady zajmujący wysuniętą pozycję 2 pułk strzelców
konnych. Pułkownik Filipowicz rzucił wówczas do kontrataku 12 pułk
ułanów, wzmocniony wszystkimi sprawnymi wozami bojowymi 21 dywizjonu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki