2
Kiedy Bridget Mordaunt zsunęła się z siodła przed rampą załadunkową, Mike McGregor, jeden z dwóch woźniców, czym prędzej podbiegł do niej. - Dzień dobry, panienko, dzień dobry. Piękny dzionek jak na przejażdżkę. - Podnosząc głos zawołał przez ramię: - Jesteś tam, Larry? Chodź, zajmij się koniem panienki. I napój go, jest cały spocony, biedak.
McGregor miał siwe włosy, nosił grube moleskinowe spodnie i brązową skórzaną kamizelkę narzuconą na niebieską koszulę. Bridget przeniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się szeroko. - Mój Hamlet jest jak jego imiennik, ma taką samą przygnębioną minę.
Mężczyzna kiwnął głową, jakby zrozumiał, co miała na myśli, i ruszył u jej boku przez dziedziniec. Dwukrotnie przystanął, aby pokazać jej jakieś drobne innowacje, które już znała, ona zaś śmiała się w duchu z jego taktyki zyskiwania na czasie, wiedziała bowiem doskonale, że Danny Green został już wysłany do fabryki, aby uprzedzić starego George'a, że przyszła panna Bridget. Wiedziała też, że chociaż robotnicy zwracają się do niej "panno Mordaunt", to poza plecami mówią po prostu "panna Bridget", tak jak dawniej, gdy przychodziła tu z ojcem. Ponieważ dochodziła już piąta po południu, można było przypuszczać, że stary George siedzi teraz w swoim kantorku, racząc się zimnym piwem, po które posłał przedtem któregoś z chłopców. Ale mimo tej słabostki potrafił dopilnować, aby praca w fabryce szła jak należy. Potrafił zadbać o porządek.
Przed drzwiami powitał ją Joe. - Dzień dobry, panno Mordaunt. Cieszę się, że panią widzę. Wspaniała pogoda, nieprawdaż?
- W samej rzeczy, Joe. Myślałam nawet, że będzie ci tu w środku za ciepło.
Nie czekając na odpowiedź, zwróciła się do Mike'a McGregora, który właśnie dotknął palcem czapki i zamierzał wrócić do siebie: - Och, Mike, przy okazji: jak się ma córka?
Twarz mężczyzny pojaśniała natychmiast. - Coraz lepiej, panienko, coraz lepiej - odparł. - Ta pogoda to dla niej zbawienie. Najgorzej, jak jest wilgoć i ziąb. Wtedy rzuca się jej na piersi. Ale od kilku tygodni córka czuje się wspaniale. Daj Boże, aby taka pogoda potrwała jak najdłużej.
- Racja, Mike. Też mam taką nadzieję. Proszę pozdrowić ją ode mnie.
- Z całą pewnością, panienko. Powtórzę jej to na pewno. I bardzo dziękuję.
Weszli na wąski korytarz wiodący do fabryki, a Joe, korzystając z nieobecności Mike'a, nachylił się do ucha Bridget. - Wątpię, aby jego córka kłopotała się jeszcze długo o to, czy jest wilgotne powietrze albo zima.
- Tak z nią źle, Joe?
- Owszem, panno Mordaunt, bardzo źle. Ma teraz dwadzieścia siedem lat, a na suchoty umierają przeważnie w tym właśnie wieku.
Zamiast odpowiedzieć, pokiwała lekko głową. Po chwili znaleźli się w hali fabrycznej i - jak zwykle - Bridget uświadomiła sobie, że nie rozumie, jak ludzie mogą wytrzymać to wszystko: odór, kurz i czerń, wokół nic tylko czerń i zawsze tylko czerń, dzień w dzień przez całe życie, od dzieciństwa aż do starości.
Przechadzała się po hali, pomiędzy stołami, przy których pracowały głównie kobiety, napełniając pojemniki pastą - nie tylko zwykłym czernidłem, ale również pastą nadającą połysk, przeznaczoną dla butów z nie garbowanej skóry.
Ta część fabryki była jeszcze względnie czysta; jako mała dziewczynka Bridget dziwiła się raczej kobietom i mężczyznom pracującym w dziale, gdzie mieszano i gotowano rozmaite składniki. Dziwiła się ludziom, którzy godzą się pracować w takich warunkach aż do śmierci; tylko nielicznym udawało się tak jak George'owi dożyć emerytury.
Bardzo wcześnie nauczyła się, jakie trzeba wymieszać składniki, aby otrzymać żądaną pastę, poznała rozmaite nazwy, które ją zafascynowały, a ona z kolei zafascynowała ojca, recytując je wszystkie jak z nut: mydło marsylskie, węglan potasu, wosk i woda. Wszystko to należało wymieszać na jednolitą masę, a potem dodawać stopniowo trochę sproszkowanego kandyzu, sproszkowanej gumy arabskiej i czerni kostnej, nieustannie mieszając, a potem, jeszcze gorące, rozlać do pojemników. Dopiero gdy Bridget przejęła interes po śmierci ojca, zrozumiała, ile znoju robotników wymaga produkcja w fabryce. I ile oznacza to brudu - wtedy, gdy oprócz innych składników używa się jeszcze sadzy.
George Fields, który szedł już w jej stronę, przystanął na moment obok młodej dziewczyny pracującej przy końcu stołu. Również to było demonstracją: chciał pokazać, że pilnuje interesu i zawsze jest gotów udzielić innym rad. A przecież ta dziewczyna wiedziała już zapewne wszystko o produkcji pasty, tak jak i on.
- Dzień dobry, panno Mordaunt. Jakże mi miło, że panią widzę! Jakże mi miło! Czy Joe zatroszczył się o panią należycie? Przyszła pani rzucić tu okiem? Wszystko jest w jak najlepszym porządku, zapewniam panią. Ile to już minęło czasu od pani ostatniej wizyty?
- Och, czy ja wiem... - Przechyliła głowę na bok. - Miesiąc, może trochę więcej. Co do fabryki, to wcale nie wątpię, że tu wszystko w porządku, ale wracałam właśnie z Halden Street, więc pomyślałam sobie, że wpadnę, aby się przywitać.
- Ach tak... - George wydął wargi i pokiwał głową - Halden Street - powtórzył. - Tam, gdzie świece. Tak, tak, musi pani zaglądać tam czasem, nie wątpię w to. Czy coś idzie tam nie tak, jak powinno?
W ostatnich słowach zabrzmiała wyraźnie nuta nadziei. Bridget potrząsnęła głową. - Ależ skąd, wszystko w porządku. Po prostu szykuje się rozbudowa i odbyliśmy małą naradę... - Urwała. Nie mogła się zdobyć na to, aby poinformować go, jak wspaniale rozwija się produkcja świec pod kierownictwem Betrama Kinga, który stanowił jaskrawe przeciwieństwo starego George'a. King był przykładem nowego typu zarządcy - takiego, który przeprowadza swą wolę i zawsze osiąga cel, nie jest jednak zbytnio lubiany. I chociaż w ciągu ostatnich dwóch lat fabryka świec zdołała zwiększyć swój zysk o trzydzieści procent, Bridget wiedziała doskonale, którą z tych dwóch fabryk woli. A raczej: z którymi ludźmi woli mieć do czynienia. To tu, nie tam, słyszała radosne śmiechy i dowcipkowanie każdorazowo, gdy przychodziła z wizytą. To tu, nie tam, ludzie mimo ciężkiej pracy wykazywali radość życia.
Tutaj też był Joe.
- Może chciałaby pani wejść na moment do mojego biura, przejrzeć księgi? W zeszłym tygodniu nadeszły dwa nowe zamówienia. Ta pasta w płynie rozchodzi się bardzo dobrze. A puszki, które zamówiłem, nadeszły o czasie... To dobra firma.
- Doskonale. A do biura zajrzę bardzo chętnie, ale niekoniecznie po to, aby przejrzeć księgi.
Przechodząc przez halę, przystawała tu i ówdzie, mówiąc: - Witaj, Hettie! - albo - Jak się miewasz, Tom? Co nowego w domu? - a potem znowu: - Harry, chyba wyrosłeś, odkąd widziałam cię ostatnim razem! Ile masz lat? Piętnaście? Tak też myślałam, że pracujesz tu już dłużej niż rok. Naprawdę urosłeś.
I tak, gawędząc tu i tam, doszła wraz z George'em do jego kantoru, niewielkiego pomieszczenia z małym okienkiem, w którym połowa szyby była z matowego szkła. George zaprowadził ją na krzesło za długim stołem, zastawionym w części blaszanymi puszkami, w części drewnianymi podstawkami z wetkniętymi w nie szpikulcami. Jeśli potrzebny był jakiś wykaz, wystarczyło nadziać go na jeden ze szpikulców. Ta metoda okazała się już nieraz bardzo praktyczna. Na stole leżały dwie grube księgi oprawione w czerwoną skórę.
- Proszę usiąść, George. - Bridget wskazała na drugie krzesło, ale on potrząsnął energicznie głową. - O nie, panienko, nie, postoję sobie. Niech się pani nie przejmuje moimi nogami, nie jestem przyzwyczajony do siedzenia.
- Wiem o tym, ale powinien pan bardziej dbać o siebie. W zeszłym roku, kiedy pana żona zachorowała, myślał pan o przerwaniu pracy. A jednak pan tego nie zrobił.
- To prawda. Ale żona poczuła się lepiej, o wiele lepiej.
Bridget nachyliła się do przodu, wsparła łokciami o obie księgi i spojrzała mu prosto w oczy. - George, trzeba to w końcu powiedzieć: nadszedł czas, aby pójść na emeryturę. Powinien pan to uczynić... no, jakieś pięć lat temu. Ale był pan tak cennym pracownikiem, że nie wywierałam nacisku. Teraz jednak muszę postawić sprawę ostrzej. Ale bez obawy. - Podniosła palec, aby zaakcentować wagę słów. - Dopilnuję, aby pana byt został zabezpieczony, czyba pan w to nie wątpi. Tak jak obiecałam, może pan tu zostać, albo też przeprowadzić się, jeśli wola. Do wyboru byłby dom w Birtley, przy Chester-le-Street albo też w Gateshead.
- Och, jest pani dla mnie tak łaskawa! Dokładnie taka, jaki był jej ojciec. Nigdy nie pracowałem dla nikogo lepszego niż on. Kiedy go zabrakło, pomyślałem sobie, że skończyły się dobre czasy, ale pani okazała się nie gorsza. Pan Mordaunt nie powstydziłby się nawet, gdyby pani była jego synem, nie córką. I niech pani nie myśli, że tylko prawię piękne słówka. Z całym szacunkiem muszę stwierdzić, że żadna inna kobieta nie prezentuje się na koniu tak wspaniale jak pani. Wszystkim to powtarzam, naprawdę.
Uśmiechnęła się i pomyślała: Owszem, powtarzasz to tu i tam, wiem o tym, wiem też jednak, że ty pierwszy omal nie padłeś zaszokowany na ziemię, kiedy dosiadłam konia w bryczesach... Ale teraz muszę załatwić sprawę bardzo dyplomatycznie.
- Wiem dobrze - zaczęła - że nie znajdziemy nikogo, kto pokierowałby fabryką tak wspaniale jak pan, George. Jestem tego świadoma. Dlatego chciałabym poprosić o radę. Jak pan wie, pojawia się teraz wszędzie nowy typ zarządcy. Nie wszystkie poglądy tych nowych zarządców przypadają mi do gustu, ale nic na to nie poradzę. Czasy się zmieniają. Wielu z tych ludzi zyskało już opinię przemądrzałych spryciarzy. Pan też użył już tego określenia, a ja przyznałam panu rację. Proszę mi więc teraz doradzić, George, co zrobić, aby znaleźć kogoś, kto byłby w stanie przynajmniej spróbować zastąpić pana godnie. Ale nie widziałabym chętnie na pana miejscu któregoś z tych przemądrzałych spryciarzy. Taki by się tu chyba nie nadawał. Być może poradziłby sobie z finansami, wydawałby też gorliwie polecenia, ale nie chodzi mi tylko o to, chyba pan rozumie, w czym rzecz.
- Tak, tak, oczywiście rozumiem, co pani ma na myśli. - Zamyślony wydął dolną wargę. - A to określenie, przemądrzały spryciarz, pasuje do takich typów jak ulał.
- Co w takim razie zrobimy?
- No cóż, panienko, powiem teraz prosto z mostu, bo taki już jestem: miałbym żal, gdyby zaczęła pani szukać kogoś na moje miejsce gdzieś poza fabryką, gdy tymczasem tutaj, u nas, jest wielu młodych ludzi, którzy od zaraz mogliby przejąć moje obowiązki. Taki na przykład Johny McInnis kieruje magazynem i transportem. Pracuje u nas od dawna, dłużej niż Joe Skinner. I jest od niego starszy. Ale moim zdaniem Joe byłby lepszym zarządcą, no i wiele się uczy, wie pani, wieczorami. Wiem, że jest bardzo młody, ale zajmował się wyrobem czernidła, zanim jeszcze myślano o połysku na butach. Decyzja oczywiście należy do pani, tylko do pani.
Udając zaskoczenie, uniosła brwi. - Joe? On jest istotnie bardzo młody!
- Z całym szacunkiem, panienko: jest młody, ale tylko, jeśli ktoś liczy lata. Liczy ich sobie tylko dwadzieścia trzy, za to głowę nosi nie od parady, a jak pani sama wie, pracę tutaj zna doskonale, od A do Z. Trudno by było o lepszego. Powiem tyle: nie zaznałbym spokoju i wolałbym pracować tu nadal, choćbym miał to przypłacić życiem, gdyby miała pani dać na moje miejsce takiego parweniusza jak tamten King... Z całym szacunkiem, panienko, przepraszam za te słowa, ale... dlaczego, na Boga, zatrudniła pani w tamtej fabryce kogoś takiego? Nigdy tego nie zrozumiem.
- No cóż, George, przykro mi, ale miałam wtedy do wyboru jego albo nikogo. Zgłosiło się wielu chętnych na to stanowisko, nikt jednak nie miał odpowiedniego doświadczenia. On zaś pracował już przedtem...
- Tak, wiem, wiem - przerwał jej znowu George. - Pracował w Hull, u Reckittów. Wiem o tym doskonale, o tym i o jego wielkich pomysłach. Ale moim zdaniem im mniej będziemy o nim mówić, tym lepiej, bo sama myśl o tym typie doprowadza mnie do białej gorączki... To jak, panienko, co pani na to: Johnny czy Joe? Jak juz mówiłem, decyzja należy do pani, ale gdyby pytała pani mnie o zdanie, wybrałbym Joe. Tak bym zrobił.
- No cóż, George, skoro tak pan uważa... Skoro tak pan uważa...
- Tak właśnie uważam, panienko, tak i nie inaczej. Powtarzałem to wiele razy i nie tylko do siebie, ale też do mojej kobiety: tym, kto zajmie kiedyś moje miejsce, powinien być młody Joe. To byłby dla niego olbrzymi skok w górę, bo pracuje tu dopiero od dziewięciu lat.
Tak, wiedziała, że Joe pracuje w fabryce od dziewięciu lat. Doskonale pamiętała jeszcze dzień, kiedy ujrzała go po raz pierwszy. Miała wówczas wakacje i poszła z ojcem na obchód po fabryce. Właśnie wtedy zwróciła uwagę na tego chłopca, który wydał się jej istnym chochlikiem: kręcił się stale to tu, to tam, potem przystanął i uśmiechnął się do niej, ona zaś dojrzała przy okazji, że on ma najpiękniejsze oczy na świecie.
- Czyżby miała pani z Joe jakieś problemy?
Drgnęła lekko, zanim odparła: - Nie, George, skądże znowu. Po prostu pomyślałam nagle o ojcu. Jestem pewna, że podzielałby pana zdanie o Joe.
- Pani ojciec? Nie ma dwóch zdań, że powiedziałby teraz pani to samo, co ja. On potrafił dostrzec, co siedzi w człowieku. Wystarczyło, że spojrzał... i od razu wiedział, czy ma przed sobą dobrego pracownika. - Nachylił się nad głową Bridget. - A może bym go wezwał, panienko, a pani sama przekaże mu tę radosną nowinę?
- Dobrze, George, zrobię to bardzo chętnie. To doskonały pomysł!
Po chwili została sama w małym kantorku. Spojrzała na swoje dłonie, nadal skryte w rękawiczkach do konnej jazdy, i pomyślała: A więc uczynię go teraz zarządcą małej fabryki pasty do butów. Szkoda, że nie stoczni Palmera, albo Redheada lub Armstronga...
Drzwi otworzyły się, a w progu pojawił się Joe i przystanął niezdecydowanie. Podniosła na niego wzrok. - Proszę bardzo, Joe - powiedziała. - Proszę wejść.
- Chciała pani ze mną porozmawiać?
- Tak, Joe, chciałam z tobą porozmawiać. I przejdę od razu do sprawy. Pan Fields przechodzi na od dawna już mu należny wypoczynek. Powinien był to zrobić pięć, może nawet sześć lat temu, ale to dobrze, że do tego nie doszło, gdyż wtedy nie byłeś jeszcze gotów do objęcia tego stanowiska, to znaczy... do objęcia jego stanowiska.
Joe milczał, wpatrywał się tylko w nią całkowicie oszołomiony, dodała więc: - Widzę, że się wahasz. Ale dlaczego? Wiem, że to pociągnie za sobą duże zmiany. Musisz przyuczyć kogoś do swojej dotychczasowej pracy i przenieść się tu, do kantorka. - Położyła dłoń na grubej księdze. - Ale przecież potrafisz czytać i pisać, nieprawdaż?
- O tak, proszę pani, potrafię.
- Tak też myślałam. Czy nadal uczysz się wieczorami?
- Owszem, proszę pani, regularnie dwa razy w tygodniu.
- To dobrze. Doskonale. A więc, jak brzmi twoja odpowiedź?
- Cóż, proszę pani, to spadło na mnie jak z nieba... Prawdę mówiąc, jestem zaskoczony. Pan Fields jest tu od tak dawna... nawet mi się wydawało, że będzie tu pracował jeszcze bardzo długo, dopóki nie umrze przy swoim stole. No i jest jeszcze Johnnie, Johnnie McInnes.
- Och, rozważyłam już to wszystko. - Uśmiechnęła się i dodała: - Pan Fields naprawdę napracował się rzetelnie, jest zmęczony i rozumie to. Właśnie on zaproponował ciebie na swoje miejsce. - Konspiracyjnym tonem zwierzyła się skwapliwie: - Trochę go nakierowałam w tę stronę, pytając, czy widziałby na tym stanowisku kogoś takiego jak King, wiesz, ten z fabryki świec.
- Och! - Joe aż drgnął gwałtownie. - Dotknęła pani jego czułego punktu. Nazwisko King to dla niego tyle, co czerwona płachta dla byka.
- Miałam nadzieję, że tak to właśnie odbierze.
- Z pewnością wolałby już Danny'ego Greena od wózków jako swojego następcę, niż takiego Kinga.
- Też tak myślę. W każdym razie zaproponował ciebie. A nawet, gdyby tego nie uczynił, sama bym pomyślała o tobie.
- Och, bardzo dziękuję, proszę pani, dziękuję. Nie będzie pani tego żałować, gwarantuję. Mam już parę pomysłów. Moglibyśmy produkować jeszcze więcej niż teraz, naprawdę. - Zamachał gwałtownie ręką. - Nie, żebym miał krytykować sposób, w jaki zarządzał pan Fields, co to, to nie. Pan Fields był bardzo dobrym zarządcą. Ale tu i ówdzie można by poczynić drobne zmiany, na przykład, żeby polepszyć zaopatrzenie dla sprzedawców. Moglibyśmy też pomyśleć o reklamie, podobnie jak pani Martha Simms. Chyba pani widziała ten olbrzymi napis na Nun's Lane.
Roześmiał się, a ona zawtórowała mu, po czym odparła: - Tak, widziałam. Zrobili to bardzo ładnie, dużymi literami, może nawet za ładnie jak na jej towar, ale wynika z tego, że to bardzo przedsiębiorcza kobieta. Można by faktycznie pójść w jej ślady i zareklamować naszą czarną pastę do eleganckich butów albo też ten specjalny środek do nadawania butom połysku.
- O tym właśnie myślałem, proszę pani. To byłoby wspaniale. Przydałoby się też zatrudnić kogoś w rodzaju komiwojażera.
- Tak, tak - kiwnęła głową. - Nad tym też warto by się zastanowić. Pomówimy o tym później, Joe.
- Wspaniale, proszę pani. I dziękuję za wszystko, dziękuję z całego serca. A jeszcze... tak się składa, proszę pani, że i ja mam do pani pewną sprawę... to znaczy... chciałbym o coś poprosić. Chodzi... chodzi o dom.
- O dom?
- Ano, o dom, tak jest. Widzi pani, sprawy mają się tak, że zamierzam się wkrótce ożenić.
Bridget poderwała głowę do góry, otworzyła usta. - Ożenić się? - powtórzyła, mając wrażenie, jakby ktoś zadał jej cios w plecy.
- No tak, wiem, że to tak nagle. Sam jestem tym zaskoczony... To... żeby powiedzieć prawdę, proszę pani, i zupełnie szczerze, to jakby wyszło samo z siebie. Zdecydowałem się na to wczoraj. Chodzi o Lily Whitmore.
- Lily? Och, to bardzo ładna dziewczyna, bardzo ładna.
- Rzeczywiście, proszę pani. Ładna i do tego miła, ale... ale... - Opuścił wzrok na stół i kreśląc na nim palcem jakieś figury mówił dalej: - Pani mogę wszystko wyznać, bo przez te wszystkie lata rozmawialiśmy ze sobą niejeden raz, czyż nie? Sprawy mają się tak: wpadła mi w oko, odkąd ukończyła szesnaście lat. Teraz ma osiemnaście. Ale nigdy nie wierzyłem, że mi się powiedzie, bo to ładna dziewczyna, jak sama pani zauważyła, a inni mężczyźni też nie są ślepi. Nie wiedziałem, co robić. Aż tu nagle, to było wczoraj, dowiedziałem się, że Lily jest... w kłopotliwej sytuacji. Wie pani chyba, co mam na myśli? Ona... ona... och! - zakręcił teraz palcem na stole zamaszyste koło, znowu opuścił wzrok. - Ona będzie miała dziecko.
- Och! Och, a więc... Tak mi przykro!
- Ano i mnie też. Ale postanowiłem, że wezmę to na siebie, bo... widzi pani... bardzo mi na niej zależy, a taka okazja może mi się już więcej nie powtórzyć. A jednocześnie bardzo bym pragnął, żeby do tego doszło w inny sposób.
Bridget poprawiła sobie kapelusz, przesuwając go bardziej na tył głowy i wsuwając pod niego niesforny kosmyk włosów, po czym zapytała ostrożnie: - A ojciec? To znaczy... co z ojcem dziecka?
- Tak, wiem, co pani ma na myśli. Ale prawdopodobieństwo, że on by się z nią ożenił, jest takie samo, jak to, że... - Chciał już powiedzieć: "Jak to, że pani mogłaby zostać moją żoną", ale w tej chwili przypomniał sobie pewien wiersz, dokończył więc: - Jak to, że niebo runie nam na głowy. To słowa z wiersza, jaki usłyszałem kiedyś w szkółce niedzielnej.
- A więc wiesz, kto jest ojcem?
- Tak, wiem, proszę pani.
- Czy to ktoś... - Nie mogła powiedzieć: "z wyższych sfer", wyraziła się więc inaczej: - ...to znaczy... czy to ktoś o wysokiej pozycji społecznej?
- Ano, można by to tak nazwać, proszę pani. Chociaż tak naprawdę to nie wiem, z czego się utrzymuje. Nie wydaje mi się, aby z pracy. To nie w stylu takich jak on.
- Rozumiem. No cóż, zapytałabym jeszcze, czy on wie... o jej stanie?
- Z całą pewnością tak. Dał jej nawet pieniądze, aby pozbyć się kłopotu.
- Zamierzasz przedsięwziąć przeciw niemu jakieś kroki?
- Nie, tego bym nie zrobił, proszę pani, bo tym samym przyniósłbym jej jeszcze większy wstyd. Jak już mówiłem, wezmę to wszystko na swoje barki. Niech wszędzie myślą, że dziecko jest moje.
Podniósł rękę ze stołu i potarł sobie podbródek, rozmazując brud na spoconej twarzy.
Ona jednak odniosła przez moment wrażenie, jakby Joe stał przed nią w wytwornym, dobrze skrojonym garniturze z szarym jedwabnym krawatem, w wypolerowanych do połysku butach i w eleganckim cylindrze okrywającym jasne, starannie zaczesane włosy nad czystą, gładko ogoloną twarzą. Mężczyzna jak malowanie... i taki właśnie mógłby być, gdyby... no właśnie, gdyby niebo runęło na głowy. Dziwne, że ten właśnie wiersz zapamiętał ze swojego jednorazowego zapewne pobytu w szkółce niedzielnej. Musiał mieć dobrego nauczyciela, który nie wpychał małym dzieciom do głów suchych informacji o Bogu i Biblii, ale potrafił jakoś zainteresować uczniów...
- I dlatego - usłyszała znowu głos Joe - chciałbym zapytać o jakiś dom. Czy ma pani... to znaczy, czy słyszała pani od swoich ludzi o jakimś domu do wynajęcia? Wszystko jedno gdzie, proszę pani. Nie chciałbym, aby Lily zaczynała nowe życie w tych norach. Przy pani mogę je tak nazwać, bo przecież nie należą do pani. Gdyby tak było, z pewnością wyglądałyby o wiele lepiej.
Wszystko mi jedno, czy byłoby to tutaj, czy po drugiej stronie Gateshead, albo w Low Fell czy w Birtley. Rano jeździ zawsze do fabryki tyle wozów, że na którymś z nich mógłbym dostać się do pracy.
- Och, z pewnością będę mogła ci pomóc, niewątpliwie znajdzie się jakiś wolny dom. Chciałbyś pewnie taki z dwoma pokojami na dole i z dwoma na górze, czyż nie?
- O tak, proszę pani, to byłoby wspaniale!
- W takim razie jeszcze jutro skontaktuję się z moim administratorem i dam ci potem znać.
- Na Boga, jest pani dla mnie bardzo łaskawa, niezmiernie łaskawa. Jestem winien wdzięczność za wszystko, co uczyniła pani dla mnie przez te wszystkie lata. Wiem, że pani była za tym, aby dać mi stanowisko majstra, a teraz czyni mnie pani jeszcze zarządcą. Powiem tylko jedno: nigdy pani tego nie zapomnę. W takiej sytuacji ludzie zazwyczaj dopowiadają coś w rodzaju: "Jeśli będę kiedyś potrzebny, proszę na mnie liczyć". Co do mnie, nie sądzę, aby pani znalazła się kiedykolwiek w potrzebie, a ja mógłbym w czymś pomóc. A jednak to powiem: gdybym mógł kiedyś w czymś... - Urwał i uśmiechnął się. - I tak pani wie, co mam na myśli. W każdym razie nie mówię tego na wiatr. Może pani zawsze na mnie polegać. - Cofnął się o krok, skłonił głęboko, nie gorzej niż uczyniłby to urodzony dżentelmen, po czym odwrócił się i wyszedł z biura.
"Gdybym mógł kiedyś w czymś pomóc"... O tak, mógłby, w innych okolicznościach mógłby zrobić dla niej wiele! Tak, naprawdę wiele... w innych okolicznościach... Bridget westchnęła, wstała i również wyszła z kantorku.
George Fields czekał już na nią na zewnątrz. Od razu zasypał ją słowami: - Joe wyglądał jak dziecko, które dostało na urodziny nową zabawkę, panienko, ale na pewno wie, że to nie zabawa. Nie zawiedzie pani, proszę się tym nie kłopotać. Na pewno pani nie zawiedzie. A ja nauczę go jeszcze tego i owego, zanim odejdę. Tak właśnie zrobię.
Ponownie przeszli przez halę fabryczną. Bridget skłaniała głowę na prawo i lewo, żegnając robotników, a na dziedzińcu, gdzie George kazał przyprowadzić konia, podziękowała jeszcze raz za udzielenie rady w sprawie obsadzenia stanowiska zarządcy. Potem, jak zwykle, bez pomocy dosiadła konia: uczyniła to tak zręcznie "jak mężczyzna" - tak oceniali ją zawsze robotnicy, kiedy nie mogła już ich usłyszeć. Niebawem znalazła się na drodze, minęła Honeybee Place i Ponder's Lane, wyludnione o tej porze dnia, następnie skręciła w lewo i popuściła cugli, pozwalając, aby koń przebył galopem trzy sąsiadujące ze sobą pola. Łagodnym truchtem przejechała przez las i dotarła w pobliże Low Fell i Birtley, po czym znalazła się na długiej ścieżce wiodącej obok ogrodzonych posiadłości Grove House i Filmore. Pół mili dalej koń bez żadnej wskazówki z jej strony skręcił pomiędzy dwie kamienne kolumny podpierające misternie wykonany żelazny łuk bramy z wyrytym napisem: MILTON PLACE.
Alejka prowadząca do domu była stosunkowo krótka i wbrew powszechnie obowiązującej modzie obwiedziona po bokach nie olbrzymimi drzewami, lecz pieczołowicie przyciętym żywopłotem. Na rozległym trawniku przed porośniętym bluszczem domem stały niczym nieruchomi wartownicy dwa olbrzymie srebrne świerki, a szerokie kamienne schodki pomiędzy nimi wychodziły na taras z różanym ogrodem, mieniącym się teraz różnorodnymi barwami.
Bridget zatrzymała się przed stajnią, zanim jednak zdążyła zeskoczyć na ziemię, Danny Croft stał już w pogotowiu. Jedną rękę wyciągnął do niej, drugą zaś pochwycił cugle. - Jest pani cała zgrzana! A i koń cały mokry!
- Rzeczywiście, Danny. Wytrzyj go porządnie do sucha, ale przedtem napój.
- Oczywiście, panienko, zaraz się tym zajmę.
Zamiast się cofnąć i wejść do domu od frontu, skierowała się w stronę drzwi kuchennych i rozpięła żakiet, a w progu ściągnęła z głowy kapelusz i powachlowała się nim dla ochłody.
- Och, Peg! - zawołała, wchodząc do kuchni. - Jak ty wytrzymujesz w tym żarze? Tu się można przecież usmażyć!
- Może i tak, panienko, ale jednak nie mogę wytopić swojego tłuszczu. Niech panienka na mnie popatrzy, może kłamię? - Kucharka roześmiała się i dodała: - Panienka też wygląda nieszczególnie. Może podać herbaty?
- Nie, nie, Peg. Wołałabym coś chłodnego z piwnicy.
- Piwo?
- Tak. O tak, napiłabym się piwa!
Kucharka odwróciła się do stojącej w pobliżu młodej dziewczyny: - Mary, skocz no na dół i przynieś dwie butelki.
- Wypiję je na górze, Peg - oświadczyła Bridget, wychodząc z kuchni. - Muszę się przebrać.
- Dobrze, panienko. Piwo będzie za chwilę.
Bridget przeszła krótkim korytarzem do hallu rozjaśnionego przez słońce, które wpadało przez dwa wysokie okna rozmieszczone po obu stronach ciężkich dębowych drzwi, i chciała już wejść na szerokie kręcone schody, aby udać się na piętro, kiedy z pokoju jadalnego wyszła Jessie Croft.
- Już pani wróciła, panienko? Ależ dziś mamy dzień! Co za upał!
- Rzeczywiście, Jessie, okropny upał. Wysłałam nawet Mary do piwnicy po piwo. - Nie powiedziała, że piwo było pomysłem kucharki i że to ona wysłała Mary.
Jessie traktowała swoją pozycję w tym domu bardzo poważnie; podobnie jak jej mąż, Danny, swoją funkcję w obejściu. Oboje wypełniali przydzielone im obowiązki nadzwyczaj rzetelnie, nie tylko tu, ale również w drugim domu w Shields.
- Czy panna Victoria jest u siebie?
- Tak, panienko, jest w swoim pokoju. - Mimo tuszy nachyliła się zwinnie do ucha Bridget i szepnęła: - Znowu ma gościa.
Bridget odparła jedynie: - Ach - i skinęła głową, po czym wbiegła po schodach na górę. Szerokim korytarzem udała się w stronę swego pokoju i chciała już wejść do środka, kiedy otworzyły się przeciwległe drzwi, a w progu stanęła Victoria Mordaunt. - Widzę, Bridget, że upał dał ci się we znaki. Po co wyjeżdżałaś w tak gorący dzień? Zaczekaj, podam ci coś do picia.
- Nie trzeba, zaraz mi przyniosą. Słyszałam, że miałaś gościa.
Bridget wprowadziła kuzynkę do swego pokoju, a Victoria zauważyła ze śmiechem: - W tym domu wieści rozchodzą się z szybkością błyskawicy!
- Tak, to prawda. Czy muszę długo zgadywać, kto cię odwiedził?
- Nie, kochanie, odgadniesz z pewnością za pierwszym razem... Och! - Victoria opadła całym ciężarem ciała na łóżko Bridget, podciągając szeroką spódnicę i halki niemal do kolan. - Nawet nie wiesz, jaka jestem szczęśliwa! Mogłabym... mogłabym wzbić się wysoko w górę, tak jak ptak... Ach, Bridget, on jest cudowny! I wiesz co? Jesteśmy zaproszone na bal.
- Jaki bal?
- No... bal. W Crove House.
- Możesz iść, ale beze mnie.
- Och, kochanie, proszę, nie marudź. Chcesz, to ściągnę ci buty.
Zeskoczyła z łóżka, podbiegła do krzesła, na którym siedziała Bridget, uklękła przed nią i zaczęła szarpać za wysoki but z cholewą. Bridget parsknęła śmiechem. - Ile razy mam ci powtarzać, że robisz to nie tak, jak należy. Chyba zdejmę je prędzej bez twojej pomocy.
- Proszę bardzo. Nie myśl jednak, że się odwrócę i pozwolę, abyś opierała drugą nogę o mój tyłek!
- Trudno. W takim razie wstań. Ściągnę je sama.
Jednak Victoria nie dała za wygraną i nadal ciągnęła z całych sił za but. Kiedy wreszcie zsunął się z nogi, a ona opadła do tyłu na wznak, obie roześmiały się wesoło.
Niemal jednocześnie rozległo się pukanie do drzwi i w progu stanęła Florrie McClean, pokojówka. Na tacy, którą wniosła, stały dwie butelki piwa ale i dwie wysokie szklanki. - Połóż tacę na stole - zawołała Bridget - i pomóż mi ściągnąć drugi but, zanim panna Victoria oderwie mi nogę!
Kolejna salwa śmiechu nagrodziła starania pokojówki, która sprawnie uwolniła swoją panią od drugiego buta, a Bridget zawołała do kuzynki: - Widziałaś? Tak właśnie to się robi. Przecież ci mówiłam!
- Czy rozlać piwo, panienko?
- Nie, nie, Florrie, dziękuję. Sama się tym zajmę.
Po chwili zostały w pokoju znowu we dwie. Victoria zaczęła nalewać piwo, podczas gdy Bridget zdejmowała z siebie ubranie: bryczesy, jedwabną koszulę i długie pończochy. Stojąc w samym gorsecie, pantalonach i staniku zaczekała na szklankę zimnego piwa, wypiła duszkiem, po czym zamknęła oczy i odetchnęła głęboko z ulgą. - Prawdziwy nektar!
- Gdzie byłaś przez całe popołudnie?
- Przecież wiesz. W fabrykach. Mówiłam ci przedtem, dokąd jadę.
- No tak, ale jeszcze nigdy nie przebywałaś tam tak długo.
- Zatrzymano mnie w fabryce pasty. - Nigdy nie używała nazwy: fabryka czernideł. Nie cierpiała jej.
- Stary George odchodzi, zdecydował się wreszcie, a jego miejsce zajmie Joe... wiesz, Joe Skinner.
- Joe Skinner? Czy on nie jest na to za młody?
- Dlaczego miałby być za młody? Jest w moim wieku, dwadzieścia trzy lata, a ja czuję się już tak stara jak świat.
- I nic dziwnego, kochanie, skoro nie ubierasz się jak należy. Dlaczego kręcisz się stale w tym stroju? Nowa moda jest bardzo twarzowa, wyglądałabyś wspaniale, gdybyś się do niej dostosowała, naprawdę. - Victoria pokiwała energicznie głową, aby podkreślić wagę ostatnich słów.
- Nie wygłupiaj się. I nie zaczynaj wszystkiego od początku.
- Nie przestanę ci tego powtarzać, bo ubierasz się jak strach na wróble. A mogłabyś wyglądać tak ślicznie! Dlaczego nie pozwolisz, abym...
- Posłuchaj - W głosie Bridget zabrzmiało znużenie. - Mam już dość tego tematu, wiesz o tym doskonale. Ile razy mam ci mówić, że nie interesuje mnie moda. Takie sprawy nigdy mnie nie interesowały i nie będą interesować w przyszłości. Może byś była w stanie oddać mi cząstkę swojej urody... biodra lub piersi... może wtedy nabrałabym jakiegoś wyglądu. Ale nic na to nie poradzę. Jestem taka a nie inna. Słyszałam kiedyś, jak nazwała mnie Jessie: płaska deska bez żadnej wypukłości, ani z jednej strony, ani z drugiej.
- Co za bzdury! Chyba sama w to nie wierzysz! Popatrz tylko na Sarę Tweedle. Jest o wiele chudsza od ciebie.
- Ale nie sprawia takiego wrażenia. I obie wiemy dlaczego. Ale ani ty, ani nikt inny nie namówi mnie, abym poszła w jej ślady i zakładała turniurę i sztuczny biust. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby wysunął się spod stanika, a któryś z dżentelmenów musiałby podnosić go z podłogi!
Siedziały teraz obie na brzegu łóżka, zanosząc się od śmiechu na samą myśl o scenie opisanej tak obrazowo. Po chwili Victoria delikatnie musnęła palcami twarz kuzynki i szepnęła: - Mogłabyś naprawdę wywołać furorę, wiesz? Masz takie ładne policzki i śliczne oczy.
- Tak, tak, wiem, moja droga. Mam również usta i włosy jak strąki. Jestem też znana z błyskotliwego sposobu prowadzenia konwersacji, gdy jestem w towarzystwie.
- Och, dajże spokój! - Victoria popchnęła ją na poduszki. - To prawda, w towarzystwie jesteś okropna! Można by pomyśleć, że nigdy jeszcze nie miałaś okazji przebywać na salonach, kiedy się słyszy, co ty wygadujesz, zwłaszcza do mężczyzn... Mężczyźni nie lubią, gdy się im zaprzecza, nie wiedziałaś tego? Zresztą wobec kobiet także nie zachowujesz się jak należy. Pamiętasz Kitty Porter?
- Oczywiście, że pamiętam Kitty Porter.
- No to muszę ci powiedzieć, że potraktowałaś ją bardzo niegrzecznie.
- To nie ja byłam niegrzeczna wobec niej, lecz ona wykazała całkowity brak taktu wobec pani Forrester. Tylko dlatego, że jej pięć córek nadal pozostaje bez mężów! - Zaczęła udanie naśladować panią Porter: - Są już w wieku staropanieńskim, ale za to, moja droga, będzie z nich pani miała wyrękę na starość, czyż nie? - Swoim normalnym głosem Bridget dodała z goryczą w głosie: - Jest typem kobiety, która mogłaby przegryźć ci gardło, uśmiechając się przy tym.
- Powiedziałabym, że tamtego wieczoru dałaś jej niezłą nauczkę i uczyniłaś to ze słodką minką. Myślałam, że zemdleje, kiedy uśmiechnęłaś się do niej i zapytałaś, dlaczego bestiami nazywa się tylko dzikie zwierzęta. - Victoria aż nakryła sobie usta dłonią, po czym zawołała: - Omal nie umarłyśmy obie w tym salonie: ja, bo starałam się stłumić śmiech, a ona, gdyż poczuła się upokorzona. Chyba nigdy ci tego nie wybaczy!
- Też mi zmartwienie! Ale teraz rozumiesz już chyba, dlaczego nie chcę chodzić na bale.
- Nie bądź niemądra.
- A ty przestań mówić: nie bądź niemądra. Niemądre jest takie gadanie!
I znowu wybuchnęły śmiechem, po czym zaczęły się szamotać jak małe dzieci - podobnie jak dawniej, gdy naprawdę były jeszcze dziećmi, jak w owym czasie, gdy Bridget miała dziesięć lat, a na progu stanął pewnego dnia jej wujek Sep, trzymając za rękę śliczną ośmioletnią osieroconą dziewczynkę. Bridget znała ten ból: była jedynaczką, a w wieku zaledwie sześciu lat także straciła matkę. Od tamtego czasu spędzała większość wolnych chwil z ojcem i myślała już, że tak właśnie będzie zawsze. Jednak od dnia, gdy w jej życiu pojawiła się Victoria, obie kuzynki przylgnęły do siebie i pokochały się jak siostry, niemal się nie rozstając.
* * *
Bridget wstała z łóżka, podeszłą do szafy i wyjęła z niej długą białą batystową spódnicę oraz niebieską wzorzystą bluzkę, a z szuflady komody parę białych jedwabnych pończoch. - A teraz poważnie, Victorio - powiedziała ubierając się. - Czy naprawdę go lubisz? To znaczy: czy nie jest to jakieś przelotne zauroczenie? Jest bardzo miłym mężczyzną, przystojnym i interesującym, ale... czym on się właściwie zajmuje? Z tego, co wiem, dużo poluje i strzela, gra w karty i udaje pracowitego farmera, ale to jego gospodarstwo jest tak małe, że poprowadziłoby je bez trudu paru ludzi.
- Ależ, Bridget, on prócz tego wszystkiego pracuje naprawdę. Przecież już ci mówiłam. W jakimś biurze w Newcastle. O ile wiem, jego rodzina miała kiedyś coś wspólnego z żeglugą. Niedawno mówił mi, że ojciec stracił ostatnio kilka statków, między innymi jeden z ładunkiem węgla.
- Aha. - Bridget zapięła podwiązkę nad kolanem i przesunęła ją tak, aby mała jedwabna różyczka znalazła się pośrodku, po czym zapytała: - A gdybyś, na przykład, miała go już nigdy nie ujrzeć, jakbyś się czuła? Gdyby... dajmy na to... powiedział ci, że poślubi inną?
Ponieważ Victoria nie odpowiedziała, odwróciła się do niej; Victoria siedziała na krześle wyściełanym różowym atłasem, miała zamknięte oczy i nisko zwieszoną głowę, tak że podbródkiem dotykała niemal prostokątnego dekoltu sukni. Cichym szeptem wyznała: - Nie myśl, że jestem zbyt egzaltowaną, ale gdyby odwrócił się teraz ode mnie... życie przestałoby mieć dla mnie jakąkolwiek wartość. Wołałabym umrzeć.
- Czy... czułaś już kiedyś tak samo? To znaczy... czy odczuwałaś to tak silnie?
- Nie, nigdy. Kiedyś wydawało mi się, że jestem zakochana. W kapitanie Turnerze. Pamiętasz chyba, jak przychodził odwiedzać wujka Harry'ego? A potem bardzo rozpaczałam, kiedy powiedziano mi, że się utopił.
Tak, pamiętała to wydarzenie. Ona także płakała na wieść o śmierci Turnera. Tylko że on wcale nie przychodził odwiedzać jej ojca. Chciał widywać się z nią. Może zostałaby w końcu jego żoną, gdyby los zrządził inaczej. Tak, wyszłaby za niego za mąż, bo jej ojciec bardzo go lubił. Dwa tygodnie przed swoją śmiercią powiedział jej: "Robert to porządny człowiek. Jest od ciebie dużo starszy, ale gdyby miało mi się przytrafić coś złego, byłbym spokojny oddając cię pod jego opiekę". A potem to się stało. Całkiem nagle. Wyszedł na jakieś spotkanie, po powrocie zjadł kolację i poszedł spać. W nocy usłyszała, jak ją woła, ale zanim zjawił się lekarz, umarł.
Bridget miała wówczas dziewiętnaście lat. Z dnia na dzień stała się bardzo bogatą kobietą: odziedziczyła dwie fabryki, z których każda przynosiła od czterdziestu lat spore zyski. Stała się także właścicielką wielu nieruchomości w okolicznych miejscowościach, a także licznych udziałów w rozmaitych przedsiębiorstwach po obu stronach rzeki. Odziedziczyła istotnie znaczny majątek. Ale podczas gdy wiele kobiet na jej miejscu po okresie żałoby zaczęłoby podróżować w stosownym towarzystwie, a potem rozglądać się za odpowiednim kandydatem na męża, Bridget postąpiła w sposób, który nie zdumiał nikogo ze znających ją ludzi; nie zaskoczyła więc ani Andrew Kempa, doradcy prawnego jej ojca, ani Williama Bennetta, księgowego, ani administratora majątku, Arthura Fathersa, ani nawet pary służących, Danny'ego i Jessie Croftów. Po prostu poszła w ślady ojca, kontynuując dokładnie to, czym on się zajmował. Przebywając zawsze u jego boku, towarzysząc mu podczas wizyt w fabryce lub przesiadując wraz z nim w biurze w Newcastle, zaznajomiła się przecież dokładnie z charakterem jego pracy.
Victoria jeździła z nimi niezmiernie rzadko. Zawsze bała się, że ubrudzi sukienkę, a ojciec skwitował to wypowiedzianą żartobliwym tonem uwagą, że byłoby z nią więcej kłopotu niż korzyści. Nie, Victoria wolała każdorazowo zostać w domu i zajmować się - jak to nazywała - gospodarstwem. Okazało się, że ma dobry smak jeśli chodzi o meble czy dekorację pokojów. Była też niezastąpiona, gdy chodziło o stroje. Kiedy przebierała się wieczorami, ojciec Bridget śmiał się z niej, pokpiwając, że małpuje ludzi z arystokracji.
- To przepiękne miejsce - powiedziała teraz.
- O jakim miejscu mówisz?
- Och, oczywiście, że o Grove House. O domu Lionela.
- Ach, tak. Ale moim zdaniem ten dom aż się prosi o remont. Jest bardzo zaniedbany i odnawianie pochłonie z pewnością fortunę.
- Salon i hall można przekształcić w jedno duże pomieszczenie. Lionel pokazał mi wszystko. Nie uwierzysz, jak wspaniale rozsuwają się drzwiczki działowe, zupełnie jak harmonia.
- Rzeczywiście? Kiedy ci to pokazał?
- Przecież mówiłam ci w zeszłym tygodniu, że mam złożyć mu wizytę. Przyjechał po mnie. A ty, w swoim uporze i ze znanym już wszystkim wdziękiem, oświadczyłaś wtedy, że nie zwykłaś marnować czasu.
- Powiedziałam to tobie, nie jemu.
- Wiem... przecież mu tego nie powtórzyłam! Ale... - Victoria spoważniała - gdybyś była w odpowiednim nastroju, powiedziałabyś to również jemu, czyż nie, kochanie?
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.