dr Aleksander A. Gideon
Wydział Nauk Politycznych
Uniwersytet Midwest
Chicago, Illinois, USA
Jerozolima, 5.02.76
Drogi Alku!
Jeśli nie zniszczysz tego listu, kiedy tylko rozpoznasz moje pismo na
kopercie, to będzie znaczyło, że ciekawość jest silniejsza od
nienawiści. Albo że twoja nienawiść potrzebuje świeżego paliwa.
Teraz bledniesz, zaciskasz wilcze szczęki z całej siły, zagryzasz wargi
i przerzucasz kartki listu, żeby się dowiedzieć, czego chcę od ciebie,
czego ośmielam się żądać po siedmiu latach całkowitego milczenia.
Chcę, żebyś wiedział, że Boaz zszedł na złą drogę. I że pilnie
potrzebuje twojej pomocy. Mój mąż i ja nie możemy nic zrobić, ponieważ
Boaz zerwał z nami kontakt. Podobnie jak ty.
Teraz możesz przerwać czytanie i wrzucić ten list do ognia. (Nie wiem
dlaczego, ale zawsze wyobrażam sobie ciebie w długim, pełnym książek
pokoju, siedzącego samotnie przy czarnym biurku, a za oknem naprzeciwko
rozciąga się biała, pokryta śniegiem równina. Równina bez jednego
drzewka czy krzaczka, oślepiający surowy śnieg. Ogień płonie na kominku
po lewej, a przed tobą na pustym biurku stoją pusta szklanka i pusta
butelka. Cały obraz jest czarno-biały. Ty również: ascetyczny, mnisi,
wyniosły i czarno-biały).
Teraz zgniatasz list, burcząc pod nosem jak Anglik, i ciskasz go prosto
w ogień: co cię obchodzi Boaz? Poza tym nie wierzysz w ani jedno moje
słowo. Wbijasz spojrzenie szarych oczu w migoczące płomyki i mówisz do
siebie: ona znowu próbuje mnie naciągnąć. Ta kobieta nigdy nie ustąpi,
nigdy nie da za wygraną.
Dlaczego więc piszę do ciebie?
Z rozpaczy, Alku. Oczywiście w kwestii rozpaczy ty jesteś światowym
autorytetem. (Tak, naturalnie czytałam - jak wszyscy - twoją książkę:
Rozpacz i przemoc: studium porównawcze fanatyzmu). Ale teraz mówię nie
o twojej książce, tylko o substancji, z której wymodelowana jest twoja
dusza: zamrożona rozpacz. Arktyczna rozpacz.
Ciągle jeszcze czytasz? Podsycasz swoją nienawiść do nas? Smakujesz
Schadenfreude niczym kosztowną whisky, małymi łykami? Jeśli tak,
lepiej przestanę ci dokuczać i skoncentruję się na Boazie.
Rzecz w tym, że po prostu nie mam pojęcia, ile ty wiesz. Wcale bym się
nie zdziwiła, gdyby się okazało, że znasz wszystkie szczegóły, że
kazałeś swojemu prawnikowi Zakheimowi przysyłać miesięczne raporty o naszym życiu; że przez te wszystkie lata obserwujesz nas na ekranie
swojego radaru. Z drugiej strony nie byłabym zaskoczona, gdybyś nie
wiedział nic: ani że wyszłam za mąż za Michela-Henriego Sommo, ani że
mam córkę, ani co się stało z Boazem. To całkiem w twoim stylu, żeby
odwrócić się do nas plecami i na zawsze wykreślić nas z nowego życia
jednym brutalnym gestem.
Kiedy nas wyrzuciłeś, zabrałam Boaza i pojechaliśmy do mojej siostry i jej męża, do ich kibucu. (Nie mieliśmy dokąd pójść i nie mieliśmy
pieniędzy). Mieszkaliśmy tam przez sześć miesięcy. Potem wróciłam do
Jerozolimy i zaczęłam pracować w księgarni. Boaz został w kibucu przez
następne pięć lat, do czasu, gdy skończył trzynaście lat. Odwiedzałam go
co trzy tygodnie. Tak było, dopóki nie wyszłam za Michela, a od tego
czasu mój syn nazywa mnie dziwką. Całkiem jak ty. Ani razu nie odwiedził
nas w Jerozolimie. Kiedy go zawiadomiliśmy, że urodziła nam się córka
(Madeleine Jifat), trzasnął słuchawką telefonu.
Potem nagle, dwa lata temu, zjawił się pewnej zimowej nocy o pierwszej.
Poinformował mnie, że skończył z kibucem i że albo wyślę go do średniej
szkoły rolniczej, albo pójdzie "na ulicę" i więcej go nie zobaczę.
Mój mąż się obudził, kazał mu zdjąć mokre ubranie, zjeść coś, wykąpać
się i iść do łóżka. Porozmawiamy rano, powiedział. A ten chłopiec (już
wtedy, trzynastoipółletni, dużo wyższy i masywniejszy od Michela) odparł
takim tonem, jakby miażdżył butem robaka: "A kto ty jesteś? Kto cię pyta
o zdanie?". Michel zachichotał i powiedział: "Proponuję, kolego, żebyś
wyszedł na dwór, ochłonął, zmienił płytę, zapukał do drzwi i zaczął od
początku, ale tym razem spróbuj się zachować jak istota ludzka, nie jak
goryl".
Boaz odwrócił się do drzwi, ale ja zastąpiłam mu drogę. Wiedziałam, że
mnie nie tknie. Mała się obudziła i zaczęła płakać, więc Michel poszedł
ją przewinąć i zagrzać dla niej mleko w kuchni. Powiedziałam: "Dobrze,
Boaz. Możesz iść do szkoły rolniczej, jeśli naprawdę tego chcesz".
Michel, stojąc obok nas w bieliźnie i trzymając dziecko, które już nie
płakało, dodał: "Ale pod warunkiem że przeprosisz matkę, powiesz
"proszę" i "dziękuję". Jesteś człowiekiem czy koniem?". A Boaz, z twarzą
wykrzywioną tym rozpaczliwym wstrętem i pogardą, które odziedziczył po
tobie, szepnął do mnie: "I ty dajesz mu się pierdolić?". A potem
wyciągnął rękę, dotknął moich włosów i powiedział zmienionym tonem, na
którego wspomnienie serce mi się kraje: "Ale twoje dziecko jest naprawdę
ładne".
Dzięki wpływom brata Michela umieściliśmy Boaza w Średniej Szkole
Rolniczej Telamin. To było dwa lata temu, na początku 1974 roku,
niedługo po wojnie, na którą - jak mi mówiono - wróciłeś z Ameryki, żeby
dowodzić batalionem czołgów na Synaju, zanim znowu zniknąłeś.
Spełniliśmy nawet jego żądanie, żeby go nie odwiedzać. Siedzieliśmy
cicho i płaciliśmy czesne. To znaczy Michel płacił. No, nie całkiem
Michel.
Przez te dwa lata nie dostaliśmy od Boaza nawet pocztówki. Tylko
alarmujące uwagi od dyrektorki. Chłopiec jest gwałtowny. Chłopiec wdał
się w bójkę i rozbił głowę nocnemu stróżowi. Chłopiec znika w nocy.
Chłopiec jest notowany na policji. Chłopiec dostał wyrok w zawieszeniu.
Chłopiec będzie musiał opuścić szkołę. Ten chłopiec to potwór.
A co ty pamiętasz, Alku? Ostatnio widziałeś ośmioletniego chłopaczka o rudawych włosach, długiego i chudego jak łodyga kukurydzy, który
godzinami stał bez słowa na taborecie i pochylając się w skupieniu nad
twoim biurkiem, robił dla ciebie modele samolotów z drzewa balsy według
instrukcji z książeczek dla majsterkowiczów, które mu kupiłeś -
porządne, zdyscyplinowane, niemal zbyt ostrożne dziecko, chociaż już
wtedy, w wieku ośmiu lat, potrafił znosić upokorzenia z jakąś milczącą,
kontrolowaną determinacją. A tymczasem, niczym genetyczna bomba
zegarowa, Boaz skończył szesnaście lat, ma prawie metr dziewięćdziesiąt
wzrostu i dalej rośnie - rozgoryczony dzikus, którego nienawiść i samotność obdarzyły zdumiewającą siłą fizyczną. A dziś rano stało się
wreszcie to, na co od dawna czekałam: pilny telefon ze szkoły.
Postanowili usunąć go z internatu, ponieważ napastował nauczycielkę.
Odmówili podania szczegółów.
Pojechałam tam natychmiast, ale Boaz nie chciał mnie widzieć. Przekazał
tylko wiadomość, że "nie chce mieć nic wspólnego z tą kurwą". Chodziło
mu o nauczycielkę czy o mnie? Nie wiem. Okazało się, że właściwie jej
nie "napastował": rzucił jakiś obrzydliwy dowcip, ona uderzyła go w twarz, a on natychmiast oddał jej dwa razy. Ubłagałam ich, żeby
wstrzymali się z wydaleniem Boaza, dopóki nie znajdę czegoś innego.
Zlitowali się nade mną i dali mi dwa tygodnie.
Michel mówi, że jeśli chcę, Boaz może zamieszkać z nami (chociaż razem z dzieckiem zajmujemy półtora pokoju, za które wciąż jeszcze spłacamy
hipotekę). Ale wiesz równie dobrze jak ja, że Boaz się nie zgodzi. Ten
chłopiec czuje do mnie wstręt. I do ciebie. Więc jednak mamy ze sobą coś
wspólnego, ty i ja. Przepraszam.
Nie ma szans, żeby przyjęli go do innej szkoły zawodowej, skoro jest
notowany i ma wyrok w zawieszeniu. Piszę do ciebie, bo nie wiem, co
robić. Piszę do ciebie, chociaż tego nie przeczytasz, a nawet jeśli
przeczytasz, to nie odpiszesz. Najwyżej polecisz swojemu adwokatowi
Zakheimowi, żeby wysłał mi urzędowy list z przypomnieniem, że jego
klient odmówił uznania ojcostwa, że test na grupę krwi nie dał
jednoznacznego wyniku i że to ja sama uparcie odmawiałam przeprowadzenia
testu tkankowego. Szach i mat.
Tak, rozwód uwolnił cię od wszelkiej odpowiedzialności za Boaza i wszelkich zobowiązań wobec mnie. Znam to na pamięć, Alku. Nie mam żadnej
nadziei. Piszę do ciebie, jakbym stała w oknie i rzucała słowa na wiatr.
Albo w ciemność pomiędzy gwiazdami. Rozpacz to twoja domena. Jeśli
chcesz, możesz mnie traktować jak egzemplarz okazowy.
Czy wciąż pragniesz zemsty? Jeśli tak, oto nadstawiam drugi policzek.
Mój i Boaza. No dalej, uderz tak mocno, jak potrafisz.
Tak, jednak wyślę ten list, chociaż jeszcze przed chwilą odłożyłam pióro
i postanowiłam zrezygnować; w końcu nie mam nic do stracenia. Żadnego
wyjścia. Musisz to zrozumieć: nawet jeśli kurator albo pracownik opieki
społecznej namówi Boaza na jakąś terapię, socjalizację czy załatwi
przeniesienie do innej szkoły (chociaż nie wierzę, że komuś się to uda),
nie mam pieniędzy, żeby za to zapłacić.
Podczas gdy ty masz mnóstwo, Alku.
I nie mam żadnych znajomości, podczas gdy ty potrafisz wszystko załatwić
za pomocą kilku telefonów. Jesteś silny i mądry. Przynajmniej byłeś taki
siedem lat temu. (Słyszałam, że miałeś dwie operacje. Nie powiedzieli
mi, jakiego rodzaju). Mam nadzieję, że już jesteś zdrowy. Nic więcej nie
powiem, żebyś nie oskarżył mnie o hipokryzję. Podlizywanie się.
Płaszczenie. Nie zaprzeczę, Alku: wciąż gotowa jestem podlizywać ci się
z całych sił. Zrobię wszystko, co zechcesz. Naprawdę wszystko. Jeśli
uratujesz naszego syna.
Gdybym miała więcej rozumu, przekreśliłabym "naszego syna" i napisała
"Boaza", żeby cię nie rozzłościć. Ale jak można przekreślić prawdę?
Jesteś jego ojcem. A co do mojego rozumu, już dawno ustaliłeś, że jestem
kompletną kretynką.
Składam ci propozycję. Gotowa jestem przyznać na piśmie, w obecności
notariusza, jeśli sobie życzysz, że Boaz jest synem kogoś innego.
Szacunek dla siebie odebrano mi już dawno temu. Podpiszę każdy papierek,
który podsunie mi twój adwokat, jeśli ty w zamian udzielisz Boazowi
pierwszej pomocy. Nazwijmy to humanitarnym postępkiem. Nazwijmy to aktem
miłosierdzia wobec zupełnie obcego dziecka.
To prawda, kiedy przestaję pisać i przywołuję go przed oczy, nasuwają mi
się te słowa: Boaz jest obcym dzieckiem. Nie, nie dzieckiem. Obcym
mężczyzną. Nazywa mnie kurwą. Ciebie nazywa psem. Michel to dla niego
"mały alfonsik". Używa mojego panieńskiego nazwiska (nawet w urzędowych
dokumentach). Boaz Brandstetter. A szkołę, w której umieściliśmy go
dzięki znajomościom, na jego własne żądanie, nazywa Diabelską Wyspą.
Teraz wyznam ci coś, czego możesz użyć przeciwko mnie. Rodzice mojego
męża, którzy mieszkają w Paryżu, przysyłają nam co miesiąc parę groszy
na opłacenie pobytu Boaza w internacie, chociaż nigdy nie widzieli go na
oczy, a on chyba nawet o nich nie słyszał. Wcale im się nie przelewa (to
imigranci z Algierii), a oprócz Michela mają jeszcze pięcioro dzieci i ośmioro wnuków, we Francji i w Izraelu.
Słuchaj, Alku: nie napiszę ani słowa o przeszłości. Z wyjątkiem jednej
sprawy, o której nigdy nie zapomnę, chociaż ty pewnie nie rozumiesz,
skąd o tym wiem. Dwa miesiące przed naszym rozwodem Boaza z infekcją
nerki zabrano do szpitala Sza'arej Cedek. Wystąpiły komplikacje. Bez
mojej wiedzy poszedłeś do doktora Blumenthala, żeby go zapytać, czy w razie potrzeby dorosły może oddać nerkę ośmioletniemu dziecku.
Zamierzałeś oddać mu własną nerkę. Ostrzegłeś lekarza, że stawiasz tylko
jeden warunek: że ja i dziecko nigdy się nie dowiemy. I nie wiedziałam,
dopóki nie zaprzyjaźniłam się z doktorem Adornem, asystentem
Blumenthala, młodym lekarzem, którego chciałeś podać do sądu za
zbrodnicze zaniedbanie w opiece nad Boazem.
Jeśli wciąż czytasz, pewnie teraz bledniesz jeszcze bardziej, chwytasz
zapalniczkę gwałtownym gestem i przysuwasz płomyk do ust, z których
wyjąłeś fajkę, i powtarzasz bez końca: Oczywiście. Doktor Adorno. Któż
inny? I jeśli do tej pory nie zniszczyłeś listu, teraz go zniszczysz. A także mnie i Boaza.
Boaz wyzdrowiał, a wtedy wyrzuciłeś nas z twojego domu i z życia. Nigdy
nie oddałeś mu nerki. Wierzę jednak, że myślałeś o tym zupełnie
poważnie. Ponieważ zawsze jesteś poważny. Tyle ci muszę przyznać: jesteś
poważnym człowiekiem.
Znowu ci się podlizuję? Jeśli sobie życzysz, przyznam się do winy.
Kadzenie. Pochlebstwo. Padnę przed tobą na kolana i uderzę czołem w podłogę. Jak za dawnych dobrych czasów.
Ponieważ nie mam nic do stracenia i gotowa jestem żebrać. Zrobię, czego
zażądasz. Tylko nie zwlekaj, bo za dwa tygodnie wyrzucą go na ulicę. A ulica już na niego czeka.
W końcu masz ogromne możliwości. Spuść ze smyczy tego potwora, twojego
adwokata. Spróbuj pociągnąć za sznurki, żeby przyjęli Boaza do szkoły
morskiej. (Boaz już od dzieciństwa przejawia dziwny pociąg do morza.
Pamiętasz, Alku, w Aszkelonie, to lato wojny sześciodniowej? Te wiry
wodne? Tratwę? Rybaków?)
I jeszcze jedno, zanim zakleję kopertę: nawet się z tobą prześpię, jeśli
zechcesz. Kiedy zechcesz. Jak zechcesz. (Mój mąż wie o tym liście i zgodził się, żebym go napisała - z wyjątkiem ostatniego zdania. Więc
jeśli masz ochotę zniszczyć mi życie, po prostu zrób kserokopię tego
listu, podkreśl czerwonym ołówkiem ostatnie zdanie i wyślij do mojego
męża. Podziała jak zaklęcie. Przyznaję: kłamałam, kiedy napisałam
wcześniej, że nie mam nic do stracenia).
Więc teraz, Alku, jesteśmy zdani na twoją łaskę. Nawet moja mała
córeczka. Możesz z nami postąpić, jak ci się podoba.
Ilana (Sommo)
* * *
Pani Halina Brandstetter-Sommo
ul. Tarnaz nr 7
Jerozolima, Izrael
Londyn, 18.02.76
EKSPRES
Szanowna Pani!
List pani z piątego bm. przesłano mi dopiero wczoraj ze Stanów
Zjednoczonych. Omówię tylko część spraw, które zechciała pani poruszyć.
Dzisiaj rano rozmawiałem przez telefon ze znajomym w Izraelu. Po tej
rozmowie dyrektorka szkoły pani syna zatelefonowała do mnie z własnej
inicjatywy. Wspólnie uzgodniliśmy, że syn nie zostanie wydalony, jedynie
do jego akt będzie wpisana nagana. Jeśli mimo to syn pani wolałby - jak
pani wspomniała w liście - przenieść się do szkoły kadetów,
przypuszczam, że można to załatwić (za pośrednictwem mojego adwokata,
pana Zakheima). Pan Zakheim doręczy również pani czek na sumę dwóch
tysięcy dolarów (w funtach izraelskich i na nazwisko pani męża). Mąż
pani powinien potwierdzić na piśmie otrzymanie tej sumy, którą należy
traktować jako jednorazową zapomogę, a w żadnym wypadku jako precedens
czy wyraz jakichś zobowiązań z naszej strony. Wymagamy również od męża
pani gwarancji, że powstrzyma się pani od podobnych próśb na przyszłość
(mam nadzieję, że jego uboga i bardzo liczna rodzina w Paryżu nie
zamierza pójść za pani przykładem i żądać ode mnie pieniężnego
wsparcia). Resztę pani listu, zawierającą ordynarne kłamstwa, ordynarne
wykręty oraz zwykłe ordynarne brednie, pominę milczeniem.
[Podpisano] A.A. Gideon
PS Zatrzymuję pani list.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki