Czarna Róża - Emilia Kowalska

Kup ebooka

34.33 zł
28.49 zł (29,18 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 3

Rafał Zelt, znany wszystkim jako Spike siedział przy stoliku z dwoma kolegami prawie tak samo pijanymi jak reszta gości w klubie. Rezygnacja na jego twarzy dodawała mu lat, a był przecież wciąż młodym zaledwie 32 letnim facetem.

Trzy dziewczyny gięły się wdzięcznie na niewielkiej scenie odziane w mikroskopijne fragmenty odzieży wzbudzając coraz mniej wybredne komentarze panów siedzących najbliżej. Spike nie reagował, tylko czujne się temu przyglądał. Dwóch jego ludzi powoli przysunęło się w stronę sceny. Oni też byli czujni i gotowi, by wyprowadzić natrętów. Spike nie słuchał bełkotania swoich kolegów, dziś wyjątkowo nie miał nastroju na świńskie żarciki. Myślał o tym, co będzie za godzinę. Czy zostanie tylko bez pracy, czy też... Ale skąd wziąć w ciągu kilku dni osiemdziesiąt tysięcy? - zastanawiał się ponuro.

Od ponad dziesięciu lat żył gdzieś obok normalnego świata. Po skończeniu liceum poszedł do wojska zamiast na studia. Niezwykła inteligencja pozwoliłaby zrobić mu szybką karierę, lecz niepokorny, zbuntowany charakter zaprowadził go prosto w światek trójmiejskich gangów, ciemnych interesów, lawirowania. Pracował długie lata dla Leszka Żagielskiego, kradł samochody, zajmował się różnymi drobnymi przekrętami. Był ceniony i szanowany. Silny, dobrze wytrenowany facet wzbudzał poważanie. Czasem był podejrzany, czasem przesłuchiwany jako świadek. Lojalny, bystry i inteligentny nigdy nie dał się jednak złapać glinom.

Trzy miesiące temu uwolnił się wreszcie od Leszka Żagielskiego. Po wydarzeniach, które głęboko wryły się w jego pamięć i położyły się cieniem na zdrowym rozsądku, po uratowaniu Lilianny Wasiłko doszedł do wniosku, że ma dość tego bagna. Jeszcze dwa lata temu, za pieniądze pożyczone od Leszka kupił niewielki klub, o szumnej nazwie "Pałacyk". Klub prosperował średnio, ponieważ Spike nie miał do tej pory tak naprawdę czasu się nim porządnie zająć. Leszek wciąż i wciąż potrzebował czegoś od niego i jego ludzi.

Kiedy zawiadamiał szefa o odejściu Leszek o dziwo nie protestował. Wzruszył ramionami i wygłosił mowę o lojalności i o tym, że każdy kiedyś musi pójść własną drogą. Był trochę nieswój, ale bez problemów pozwolił na oderwanie grupy Spika od siebie.

Do zeszłego tygodnia. W klubie zjawił się któregoś wieczoru z Tadeuszem, swoim synem i przypomniał Spikowi, że przecież jest jeszcze dług. Chciał, żeby Spike spłacił ten dług wykańczając pewien gang w Gdyni. Spike nie wyraził zgody, w związku z czym poirytowany Leszek zażądał zwrotu pieniędzy. Dziś mijał termin. A wiadomo było jak skończy się ten wieczór dla Spika.

Drzwi otworzyły się i do knajpy weszła kobieta. Kiedy spojrzał na nią serce w nim zamarło. Powoli przemykała się w stronę jego stolika. W głowie miał pustkę, mógł tylko patrzeć w czarne, piękne, zimne oczy w okolonej długimi czarnymi włosami twarzy o nieco egzotycznych rysach. Czarny golf, długi czarny płaszcz, kozaki i spodnie. Jedynym jasnym elementem w tej czarnej postaci był odcień skóry. Delikatny brąz.

Podeszła do stolika nadal nie odrywając od niego wzroku, jakby nie dostrzegała mężczyzn, którzy bezceremonialnie zaczęli ją zaczepiać.

- Cześć piękna kobieto, chcesz się przysiąść? - wymamrotał jeden

- A może zatańczysz? - bełkotliwie zaskrzypiał drugi i bezceremonialnie wyciągnął rękę w stronę jej pośladków.

Nie powinien był tego robić. Spojrzała na niego i wbiła cienki sztylet w jego dłoń przyszpilając ją do ławy. Wrzask rozniósł się po sali. Kobieta gwałtownie wyciągnęła nóż i schowała z tyłu za paskiem spodni.

Wróciła do kontemplacji Spika. On tym czasem podniósł się, skinął uspokajająco w stronę swoich ludzi wskazując kolegę, którego trzeba było wyprowadzić i opatrzyć.

- Chodź - powiedział do kobiety cicho i skierował się w stronę schodów prowadzących na górę do jego biura.

Poszła za nim spokojnie rozsiewając wokół siebie dziwną atmosferę strachu i niepewności. Nikt nie śmiał jej już zaczepić.

W gustownie urządzonym gabinecie usiadła w fotelu gościnnym i wyciągnęła papierosy. Zapalając rozglądała się ciekawie. Spike przysiadł na biurku. Uśmiechnęła się lekko.

- Nie zarwie się?

Prychnął i przeszedł na drugi fotel.

Patrzyli na siebie z przeciwka, w jej oczach malowało się coś, co wzbudziło w nim wspomnienia nie tak dawne, wspomnienia, które budziły go nocami w postaci koszmarów. Tych samych koszmarów co jej.

- Chcesz mnie zabić? - spytał ze spokojem. Odczuwał jakąś lekkość, wręcz radość, że to ona być może zrobi to co i tak jest nieuniknione.

- Spike, Spike... - pokręciła głową z dezaprobatą. - Przyszłam podziękować... I przeprosić - powiedziała cichym, spokojnym głosem.

Westchnął rozczarowany. Obserwowała go, a w jej oczach pojawił się nikły błysk, zapowiedź uśmiechu. Sięgnęła do wewnętrznej kieszeni płaszcza, wyciągnęła kopertę i położyła przed nim na biurku. Zamrugał oczami. Koperta była pękata.

- Co to? - zapytał dość niemądrze.

- Sprawdź - odpowiedziała gasząc papierosa i podchodząc do dużej szyby, przez którą można było obserwować salę na dole.

- Fajny klub - powiedziała za jego plecami. Spike starał się właśnie odzyskać oddech.

- Nie mogę tego przyjąć - powiedział odwracając się w jej stronę ze skrywaną nadzieją w oczach.

- Szkoda by było, gdybyś go stracił, prawda?

- Dlaczego to robisz? - spytał po chwili milczenia.

- Jesteśmy kwita Spike. Życie za życie... - zobaczył w jej oczach bezdenną rozpacz i zrozumiał, że wcale nie jest mu wdzięczna.

- Powiesz mi prawdę?

Skinęła głową.

- Rybka i Sasza, kto to zrobił? - musiał jej zadać to pytanie, choć dobrze znał odpowiedź.

- Jeszcze trzech, Spike. Jeszcze trzech. Znajdę ich choćby na końcu świata.

Znów odwróciła się w stronę sali.

Wstał powoli i do niej podszedł.

- Masz rację Li. Jesteśmy kwita. Życie za życie. Dziś czekałby mnie las.

Uśmiechnęła się samymi kącikami ust. Skinęła głową i wyszła cicho, zostawiając za sobą przejmującą pustkę.

Rozdział 5

Jedno czego Profesor był pewien, gdy ją zobaczył po raz pierwszy to fakt, że już kiedyś oglądał taką twarz. Napawała lękiem, a ten mały pięćdziesięciosześcioletni facecik z łysą czaszką nie lękał się z byle powodu. Wrażenie, jakby cofnął się o piętnaście lat było niezwykle silne. Otrząsnął się jednak błyskawicznie.

Przekroczyli próg jego sanktuarium. Zajmował parter opuszczonego domu na przedmieściach. Ponad dwieście metrów kwadratowych, sale do ćwiczeń, gabinet, sypialnia jego, sypialnia dla gości. To było jego królestwo.

Przywitał Spika serdecznie, zajrzał mu w oczy, zmuszając prawie dwumetrowego mężczyznę do zgięcia się wpół. Potem skinął głową w stronę Li.

- Więc to ty?

Wzruszyła ramionami. O dziwo, uważne spojrzenie mężczyzny nie denerwowało ją, tylko uspokajało.

- Nie bój się, nie gryzę - powiedział drwiąco widząc spiętą sylwetkę.

Poprowadził ich korytarzem do swojego gabinetu. Mała kozetka, ogromne biurko zawalone papierami, jakimiś przyrządami, jakimiś miksturami i ziołami. Totalny bałagan.

- Jestem człowiekiem o bardzo uporządkowanym wnętrzu. Muszę taki być - powiedział celem wyjaśnienia wskazując biurko. Spike parsknął krótko i usiadł na miękkim wielkim fotelu. Li zajęła drugi nie komentując zdania.

- Ale natury nie da się tak łatwo zmienić - ciągnął dalej kładąc miękką poduchę na podłodze i siadając po turecku. - Więc wstawiłem to ogromne biurko i cały wewnętrzny bałagan przełożyłem tutaj.

Uśmiechnął się rozbrajająco. Nie zareagowała nawet mrugnięciem. Oczy nieruchomo wpatrywały się w Profesora.

- Po co tu przyszłaś? - spytał obcesowo.

- Podobno możesz się przydać.

- Jestem psychiatrą.

Wzruszyła ramionami.

- Nie potrzebuję psychiatry.

- A więc uważasz, że jesteś zdrowa? - padło natychmiastowe pytanie.

Li obdarowała go uśmiechem stawiając mu włoski na karku.

- Tylko chory człowiek uważa, że jest całkowicie zdrowy - powiedziała sentencjonalnie.

Inteligencja, zauważył Profesor. Bystrość i bardzo giętki, chłonny umysł.

- Ile masz lat?

- 29. A ty?

- 56 - odpowiedział szybko.

- Sporo - zauważyła złośliwie.

Wstał ze śmiechem i zaczął grzebać w bałaganie na biurku.

- Rozbierz się.

Szarpnęła się w fotelu gwałtownie i wstała.

- Nic ci do mojego ciała! Psychiatra jest od głowy. Doprawdy nie wiem Spike, po cholerę tu przyszłam - wysyczała do Spika i odwróciła się w stronę drzwi.

- Jestem również lekarzem, znam się na zielarstwie i umiem likwidować blizny - powiedział Profesor nie odrywając się nawet od biurka.

Zatrzymała się w progu, a potem w odwróciła się błyskawicznie.

- Nic ci do moich blizn! Nie potrzebuję leków i tego całego gówna, które mi chcesz zafundować, rozumiesz mały, śmieszny człowieczku?!

Doskoczyła do niego chcąc zetrzeć uśmieszek z jego twarzy. Miała do niego jakieś dwa metry, lecz, gdy pokonała je w ułamku sekundy, jego już tam nie było. Poczuła chłodną stal na gardle i żelazny uścisk na ramieniu. Spojrzała ostrożnie w bok. Uśmieszku nie było. Jego oczy były straszne a emanujący z nich autorytet, siła i bezwzględność obudziły w niej strach. Głęboko wierzyła, że jeden nieostrożny ruch i ją zabije.

Puścił powoli i uwolnił ją od siebie. Patrzyła z niemą fascynacją na małego człowieczka.

Znów wrócił do biurka.

- Jestem profesjonalistą. Tego też mogę cię nauczyć. A teraz się rozbierz.

Spike drgnął, jakby chciał wyjść. Zatrzymało go krótkie "zostań", ze strony Profesora. Postarał się zatem nie patrzeć w jej stronę. Nie było to łatwe. Wysoka, pięknie zbudowana, emanowała kobiecością, wywoływała pragnienie i pożądanie. Do momentu, gdy stanęła naga przed Profesorem. Blizny na plecach i pośladkach przedstawiały straszny widok. Spike zacisnął mocno usta. Pamiętał dokładnie jak próbował leczyć te rany, jak smarował wszystkimi specyfikami Profesora. Jednakże blizny zostały.

Profesor oglądał ją dookoła.

- Młode, jędrne ciało. Dam ci nowe maści, powinny pomóc. Odgarnął włosy z jej karku.

- Operacja plastyczna?

- Zabieg - wyjaśniła.

Tylko twarz poddała kosmetyce. Na resztę ciała sama nie chciała patrzeć nie mówiąc o pokazywaniu komukolwiek.

- Za parę miesięcy nie będzie śladu - powiedział swobodnie zdając sobie sprawę, że poważnie będzie musiał uszczuplić swoja apteczkę.

Uszczypnął ją w pośladek. Podskoczyła i błyskawicznie odwróciła się z wyciągniętą ręką. Uchylił się, chwytając jej dłoń w żelazny uścisk. Refleks błyskawicy, pomyślał z aprobatą.

Coś zwróciło jego uwagę. Prawa ręka uniesiona do góry odsłoniła to, czego do tej chwili nie dostrzegł. Poszarpaną, czerwoną, nadal zaognioną długą bliznę. Zacisnęła oczy i odsunęła się jak zranione zwierzę, nie chcące by ktoś ingerował w jego ranę. Profesor puścił jej rękę.

- Kto to szył?

Nerwowy ruch za jego plecami dał mu odpowiedź.

- Beznadziejny z ciebie krawiec Spike - skomentował i odszedł od niej.

- Ubierz się. Zobaczymy czego nie umiesz - powiedział ironicznie i wyszedł ze swojego gabinetu.

Mała salka wyścielona matami kusiła do rozpoczęcia zmagań fizycznych. Ściany obwieszone były różnymi przyrządami używanymi w walce wręcz. Li uśmiechnęła się leciutko. Teraz wreszcie mogła pokazać temu człowieczkowi do czego jest zdolna.

Spike z rezygnacją poszedł za nimi. Wiedział co nastąpi, sam przez to przeszedł kilka lat temu. Nie chciał patrzeć. Pożegnał się z Profesorem i wyszedł.

Godzinę później obita, z krwawiącym nosem i obrzękniętym uchem siedziała na macie z wściekłością patrząc na małego człowieczka, który nawet się nie spocił i wysłuchując jego ostatnich poleceń.

- Nie dzwoń, nie odbieram telefonów, nie próbuj mnie stąd wyciągać, nigdy nie opuszczam tego miejsca, nie myśl sobie, że w razie zagrożenia jestem po twojej stronie. To czego cię nauczę, to co ci pokażę nie świadczy bynajmniej, że jestem twoim sojusznikiem. Ale też nie traktuj mnie jak wroga. Gdy będziesz potrzebować leków albo chociażby ostrego treningu przyjdź. Jestem neutralny, pamiętaj, że możesz kiedyś spotkać tu kogoś, kogo nie lubisz, ale nie masz prawa tu interweniować. Dla ciebie mój dom to świątynia, pamiętaj.

Zaopatrzona we wskazówki, maści i leki powlokła się obolała do samochodu. Spike wyrzucił niedopałek przez okno i ruszył starając się na nią nie patrzeć.

Zatrzymał się przed czarną mazdą zaparkowaną niedaleko.

- Z naszej umowy nici Li, ale od Profesora dostaniesz więcej niż ode mnie kiedykolwiek. On ci pomoże.

Patrzyła na niego migdałowymi oczami, czarnymi, niezgłębionymi, bez cienia ciepłych uczuć i powiedziała:

- Jeszcze się zobaczymy Spike.

Bardzo poważnie zaprzeczył lekkim ruchem głowy.

- Nie, Li. Trzymaj się ode mnie z daleka. Dla swojego i mojego dobra.

Wysiadła szybko, jakby nie chcąc dać mu szansy, by odwołał te słowa. Wiedziała, że i tak będzie mu potrzebna.

Rozdział 6

Uczyła się słuchając uważnie tego, co Profesor do niej mówił, czując po każdym treningu coraz mniejszy ból mięśni, coraz większy zapas energii. Zmusił ją do opowiedzenia, co się stało kilka miesięcy temu. Opowiedziała, przedstawiła suche fakty wypranym z wszelkich emocji głosem. Nie skomentował. Uczył ją,

- Pierwszy etap masz już za sobą - powiedział któregoś ranka. Właśnie obserwował jak sięgnęła pewnym ruchem po maleńką tubeczkę na górnej półce.

- Bo umiem zlikwidować sobie siniaka, którego mi nabiłeś wczoraj?

Zaśmiał się, by za chwilę powiedzieć poważnie:

- Człowiek to takie zwierzę, które zatraciło swój instynkt samozachowawczy. Żaden gatunek żywego organizmu nie jest tak podatny na samodestrukcję jak człowiek. Jeśli jednak nauczysz się rozróżniać co ci dolega, czego się naprawdę boisz, co ci naprawdę zagraża, odzyskasz pierwotny instynkt. Wtedy trudno będzie cię dopaść. To prosta prawda, o której wiedzą wszystkie sarenki w lesie.

- I wilki... - dodała zamyślona.

Cięgi na macie przerodziły się wkrótce w niewielkie pojedynki zakończone nadal jej porażkami, postępy jednak były bardzo widoczne. W zaledwie kilka tygodni przygotował ją do obrony siebie i otoczenia, które miała chronić. Bez zaskoczenia zauważył, że jest szybsza, zwinniejsza i bardziej bezwzględna niż jej poprzednicy. Może z wyjątkiem jednego...

To miało swoje wytłumaczenie, jak jej klarował.

- Jesteś kobietą. Kobieta to istota, która tylko udaje słabą. Tak naprawdę jesteście bardziej okrutne niż mężczyźni, bardziej wredne i stanowczo mniej szlachetne.

Te drobne złośliwości denerwowały ją, ale również dopingowały. Coraz szybciej reagowała, coraz mniej popełniała błędów, sama czuła, że cel, który sobie ustanowiła, osiągnie. Nabierała do tego absolutnej pewności.

W sali strzelniczej o wygłuszonych ścianach atakowała ruchome postaci. Manekiny kobiet, mężczyzn, w marnym oświetleniu, poruszały się jak żywe. O ile do mężczyzn strzelała pewnie bez mrugnięcia okiem, o tyle z kobietami miała poważny problem.

- Nie tylko faceci będą twoimi wrogami - upominał Profesor stojąc i bacznie obserwując jej spóźnioną reakcję, gdy kolejny manekin - kobieta z dzieckiem - wyciągnął dłoń ze spluwą. Li strzeliła i chybiła. Manekin nie chybił.

Krwistoczerwona farba rozlała się na piersi Li.

- Cholera - mruknęła i pociągnęła ponownie za spust. Ciało kobiety-manekina przewróciło się

- Za późno. Nie żyjesz Czarna Różo - powiedział Profesor i wyszedł z sali, a Li powlokła się za nim.

Jadąc do siebie zastanawiała się często kim on jest. Próbowała zasięgnąć informacji, ale nic nie wskórała. Zamknięte usta, nawet "Grupa Wsparcia" z sieci nic nie mówiła. A to dawało tylko jedno wyjaśnienie: kimkolwiek był, bali się go wszyscy. Wiedziała, że kiedyś być może opowie jej o sobie i zdawała sobie sprawę z tego, że ona sama też kiedyś będzie milczała, jeśli ktokolwiek o niego zapyta.

Zawsze dbaj o ludzi, tak jak chcesz, by oni dbali o ciebie. Zawsze wymagaj tego, co sama potrafisz z siebie dać. Nie umiesz kochać, nie wymagaj od innych, by cię kochali. Nie szanujesz nikogo, nikt nie będzie cię szanował.

Proste prawdy, zdania, jakie każdy człowiek słyszy na co dzień przez całe życie, tu tworzyły inny wymiar. Były przykazaniami, których należało przestrzegać, mantrą, którą należało powtarzać przed snem i podczas posiłków.

- Przeszłaś kolejny etap - powiedział wmasowując w jej plecy swój nowy specyfik. Po pięciu tygodniach blizny na plecach coraz bardziej bledły. Nie dotykał rany z boku. Na jej prośbę. Nie musiał pytać czemu tego nie chce. To miało być memento, coś co miało przypominać, boleć, przerażać. I doprowadzić do celu.

- Jaki? - spytała leniwie.

- Obrona.

- Co teraz? Magiczne sztuczki? - spytała cicho z niejasnym podnieceniem.

Profesor odszedł od niej. Po raz pierwszy w życiu widziała cień niepewności.

- Jesteś teraz na równi ze Spikiem. On też przeszedł tę fazę.

Milczała. Do tej pory zdążyła sobie zdać sprawę, jak doświadczonym i wyćwiczonym wojownikiem jest Spike. Spokój jaki sobą prezentował, emanująca siła. Znać było ślady nauk Profesora. Li wiedziała jednak, że Spike nie posiada tego co ona. Wiedziała, że nie ma takiego celu i tej nienawiści w sercu.

- On potrafi się obronić, potrafi zadawać ciosy, ale nie jest z twojego świata Li. Nie jest mordercą.

Odwrócił się do niej i zapatrzył w płonące czarne oczy.

- Chcesz go mieć przy sobie, prawda?

- Tak.

- Dlaczego?

- Miał zakończyć moje życie. Teraz nie dam się tak łatwo złapać. Ale jeśli tak się stanie... Spike musi dokończyć dzieła.

Kolejnego etapu Spike nie przeszedł. Profesor nie powiedział czemu, ale Li domyśliła się tego bardzo szybko. Nie wahała się, nie myślała, jedynie czuła. Zabijała, a to dawało ukojenie. Atakowała, urządzała zasadzki, wypruwała wnętrzności w ciemnościach sali z manekinami i odkrywała krok za krokiem mroczne zakamarki swojej duszy, swojego okrucieństwa i zwierzęcego instynktu przetrwania.

Spike nie byłby do tego zdolny, tyle rozumiała. Nie miał swojego celu, jak ona ani nie był sadystycznym draniem, jak...

Wyszła z sali zakrwawiona, oblepiona dziwną lepką mazią.

- To był mózg czy kasza manna - spytała z lekkim uśmieszkiem.

Profesor ostatnią godzinę spędził przed lustrem weneckim oddzielającym normalny świat od sali. Odwrócił się do niej i zmarszczył brwi.

- Przeżyłaś - stwierdził krótko.

- Owszem - powiedziała. Zapach krwi i wnętrzności nie był wyimaginowany. Manekiny zawierały syntetycznie spreparowane identyczne z naturalnymi substancje ludzkie. Nie czuła jednak odrazy zbierając z twarzy resztki jakiegoś mózgu.

Mogli ją zabić, tam na tej sali, mieli prawdziwe noże, prawdziwe naboje w spluwach. Cała sala to był jeden wielki czujnik ruchu. Ale się nie dała. Stała teraz przed Profesorem i odczuwała ogromną satysfakcję.

- Co teraz czujesz? - spytał uważnie wsłuchując się w rytm jej oddechu, w dźwięk głosu.

Odpowiedziała z tym swoim upiornym uśmiechem.

- Zawód, że to koniec.

Milczał przez moment.

- A ja radość. - powiedział powoli. - Że więcej cię nie zobaczę

Zawrzała gniewem, ale uniósł dłoń i nie pozwolił jej mówić.

- Zabiłaś trzy kobiety i dwunastoletniego chłopca i nie zawahałaś się. A to świadczy o jednym. Koniec nauki. Więcej nie mogę ci dać. Być może dałem ci zbyt wiele.

Kiwnęła głową i poszła się przebrać.

- Boże, mój Boże! - szeptał do siebie Profesor. - On był dokładnie taki sam.

Podobieństwo i usposobienie też było takie samo. A to przerażało biednego małego człowieka.

Zdał sobie naraz sprawę z pewnej różnicy i w tym tkwiła nadzieja, że ona będzie inna. Zależało jej na Spiku. Sama nie przyznawała się do tego, ale Spike był łącznikiem jej ze światem. Z normalnym życiem.

Rozdział 9

Borys Michałkow siedział sobie spokojnie na Ukrainie. Od lat intensywnie poszukiwał nowych rynków zbytu na broń, narkotyki i inne dziedziny swojej branży. Szukał też interesów legalnych i normalnych w kraju, który darzył dziwnym sentymentem od bardzo dawna.

Od czasu do czasu pożyczał pieniądze, potem uganiał się za dłużnikami, odzyskiwał kasę i znów zaszywał się pod Kijowem. To było jak sport. Bardzo lubił przekupywać i szantażować, ale tak naprawdę z dawnej pracy zawodowego najemnika została mu pasja do podchodów i ganiania ludzi.

Teraz jednak miał ciężki orzech do zgryzienia. Pewien drobny szantażysta posiadał informacje, które zamierzał przekazać niewłaściwym ludziom. W zamian za milczenie poprosił o pożyczkę. Borysowi zaświeciły się oczy. Pożyczka, to było to. Oczywiście, nie ma sprawy, ile chcesz, biedny robaku.

A potem Ryszard Krzemiński zrobił coś, czego chyba nikt, a już najmniej Borys się spodziewał. Po prostu znikł. Michałkow szukał go już sześć miesięcy, nie wiedząc właściwie nic więcej ponad to, że skurwysyn ukrywa się bardzo dokładnie.

Jego zaufany człowiek Petrus lub jak świat normalny się do niego zwracał mecenas Maciej Kłosiński skontaktował się z Lilianną Wasiłko. Znali się oczywiście, Maciek czasem odwiedzał swojego nauczyciela Kazia Szulca i ściśle współdziałał w próbach wyrównania terenu przed powrotem Jarka Leszczyńskiego. To między innymi dzięki Maćkowi Michałkow nie ścigał Liliany jak to obiecał onegdaj Żagielskiemu.

Maciej powiedział, by nawet nie próbowała dostać się do Michałkowa. Była dla Rosjanina nic nieznaczącym małym punkcikiem. Ziarnkiem piasku pod jego stopą. Wzruszyła ramionami. Wysłuchała Petrusa, spytała czy znaleźli Ryszarda Krzemińskiego. Okazało się, że nie.

Poruszyła całą "Grupę Wsparcia" i osiągnęła sukces. Namierzyła niejakiego Bogusława Drewnowskiego. Pasował.

Miesiąc po nocnej rozmowie ze Spikiem wszystko było dopięte na ostatni guzik. Petrus zorganizował spotkanie. Sam ciekaw był, co ta kobieta ma na myśli mówiąc o niespodziance dla jego szefa.

***

Ryszard Krzemiński alias Bogusław Drewnowski bardzo uważnie rozglądał się po twarzach ludzi zgromadzonych w teatrze. Musiał tu dziś być, interesy tego wymagały, ale wcale mu się to nie podobało. Wiedział jednak, że jeśli dziś uda mu się załatwić to, czego potrzebował, jutro już nikt go nie znajdzie. Premiera nowej sztuki i bankiet po przedstawieniu zebrały sporo notabli dzisiejszego wieczoru. Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie pełen był ważnych ludzi, miejscowych polityków, biznesmenów.

Krzemiński czuł się tu jak ryba w wodzie. Był od niedawna w mieście i jeszcze nie wzbudził niczyjej ciekawości. Skontaktował się z kim trzeba, teraz miał odebrać wiadomość, że jutro może zniknąć ze wszystkich natrętnych oczu.

Od dłuższej chwili nie spuszczał wzroku z dziewczyny otoczonej wianuszkiem towarzystwa. Drobna, bardzo młodziutka szatynka uwodziła każdego, nawet emerytowanego pułkownika, który podkręcając staromodnie wąsa pławił się w zachwytach nad jej urodą. Ryszard patrzył na to pobłażliwie. Joasia była jego. Od kilku dni się spotykali. Upojne noce spędzali razem, dnie osobno, obojętnie się do siebie odnosząc, gdy widywali się przypadkiem na spotkaniach służbowych z jej firmą.

- Piękna dziewczyna - zauważył ktoś obok.

Spojrzał w bok z miłym uśmieszkiem. Głos był damski, a Ryszard był zawodowym kobieciarzem.

Jednakże uśmieszek zaraz znikł.

Była od niego o pół głowy wyższa. Szczupła, giętka sylwetka, długie palce ściskające kieliszek z winem. Czarne włosy i oczy. Biała długa suknia z czarnymi lamówkami. Niezwykła, piękna, wyjątkowa. Niebezpieczna.

Zadrżał mimowolnie. Uśmiechnęła się do niego swoim upiornym uśmiechem.

- Będę czekała w hollu - powiedziała i zniknęła. Wydawało się, że nikt oprócz niego jej nie zauważył.

Oddychał głęboko. To właśnie był kontakt, na który czekał.

Ciemne schody, lufa pistoletu przystawiona do pleców i oddech kroczącego za nim olbrzyma to było wszystko co zapamiętał po wyjściu z przyjęcia. Kobieta znikła, gdy tylko wyprowadziła go z budynku.

Mężczyzna wrzucił go do jakiejś piwnicy, gdzie już czekał inny facet. Wielki piec ciepłowniczy przykuwał uwagę, tak jak stół i dwa krzesła, całkiem tu nie na miejscu.

Po chwili do środka weszła kobieta. Miała nadal białą, atłasową suknię. W dłoni jednak zamiast spodziewanych dokumentów trzymała pistolet.

Krzemiński oddychał spazmatycznie.

- Kim jesteś? - wyjąkał wreszcie.

Znów się uśmiechnęła.

- Jestem Czarna Róża. Tyle ci powinno wystarczyć

Zaprosiła go gestem do zajęcia miejsca. Opadł ciężko na krzesło, a ona usiadła na brzegu stolika i odłożyła pistolet na blat.

- Gdzie są pieniądze? - spytała spokojnie.

- Jjja mam pppieniądze, oooczywiście - znów się jąkał, czego nie robił od podstawówki.

- Gdzie?

- Schowane. Ale oczywiście mogę je wybrać...

Pokręciła głowa z dezaprobatą.

- Pożyczyłeś pieniądze Grześkowi Żagielskiemu, a nie sądzę, żeby Grześ szybko był w stanie je oddać.

- Ttto nie tttak! - prawie krzyknął.

- A jak? Nie pożyczyłeś młodszemu Żagielskiemu?

- Pożyczyłem! Nie zdążył jeszcze oddać. Puść mnie, to cię zaprowadzę tam gdzie są.

Patrzyła z mieszaniną rozbawienia i odrazy.

- Wystarczy, że mi to wyćwierkasz.

- Nic ci nie powiem! - wrzasnął z dziwną odwagą.

Już nie odpowiedziała. Odwróciła się do Spika i skinęła głową. Olbrzym przy drzwiach zbliżył się do niego. Mężczyzna stojący za nim również.

Parę minut później powiedział wszystko, co chciała wiedzieć. Odwagi już w nim nie było, siedział na krześle i chwiał się jakby miał za moment spaść. Z nosa i ust ciekła krew. Oczy zaczynały puchnąć. Zobaczył przez mgłę, jak kobieta zakłada coś na dłoń. Naraz poczuł przeszywający ból i usłyszał chrzęst pękniętej kości policzkowej. Uderzyła mocno fachowo. Nie zawahała się nawet na moment. Spike i Żuk ujrzeli na jej ustach uśmiech. Delikatny, zaledwie cień. Poczuli się bardzo nieswojo.

Wyciągnęła pistolet i przyłożyła Krzemińskiemu do głowy.

- Długi trzeba spłacać, mój drogi...

Strzeliła. Ciało bezładnie osunęło się na ziemię.

Spike zgodnie z poleceniem pstryknął zdjęcie. Li wyszła, a mężczyźni nie wymieniając komentarzy zrobili resztę. Buchnął ogień w wielkim piecu. Po Ryszardzie Krzemińskim, dłużniku, wichrzycielu i wrednym szantażyście nie został ślad.

Rozdział 11

Łysy trzymając swoją ulubioną czapeczkę z daszkiem wszedł do biura klubu. Lilianna właśnie kończyła rozmowę telefoniczną. Spojrzała na niego i wskazała krzesło. Odłożyła słuchawkę i z ciekawością zaczęła mu się przyglądać.

- Zawsze widziałam tylko zarys twojej łysej czaszki. To miłe, że mogę cię wreszcie normalnie oglądać.

Uśmiechnął się nieco zażenowany. Pościgi jak w filmie, samochody jak marzenia, tamten czas był bardzo odległy. Milczał przez moment.

- Mam idiotyczny problem - powiedział wreszcie.

Oparła się wygodnie o krzesło i zaczęła uważnie słuchać.

Żona Łysego Jolka pracowała tu w klubie jako nieoceniona kucharka. Rok temu została wyrzucona z jakiejś podrzędnej speluny. Okazało się, że ma problemy z Urzędem Skarbowym, bo były szef nie dość, że nie płacił pensji, to jeszcze strasznie mącąc fatalnie rozliczył jej zeznanie podatkowe.

- Żaden problem. Zaraz zadzwonię do mojej dawnej znajomej w Urzędzie Skarbowym. Myślę, że da się to jakoś poodkręcać - powiedziała Li uspokajającym tonem.

Sięgnęła znów po telefon. Po kilku minutach uśmiechnęła się do Łysego, starając się nie nadawać temu wyrazowi twarzy takiej upiorności. Powoli zaczynało się to udawać. Jej ludzie nie truchleli już na widok uśmiechu.

- W porządku. Zostaw te dokumenty i idź do swoich zajęć. Przejadę się do miasta.

- A jak tam Koleś? - spytała, gdy Łysy był już przy drzwiach.

Energicznie pokiwał głową, a uśmiech na jego twarzy powiedział jej wszystko.

Podjechała pod gmach urzędu i wysiadła z auta. Zauważyła ponuro, że musi zmienić płaszcz na coś grubszego. Październik był zimy i mokry. Naraz wzdrygnęła się mimowolnie.

- Mogę pani umyć samochód? - spytał cienki głosik.

Spojrzała w dół.

Osiem, góra dziewięć lat, mały siny od zimna chłopiec stał przed nią z okropnie brudną szmatą. Jakby wbrew sobie powoli kucnęła. Wiatróweczka, której nie założyłaby dziecku nawet latem w chłodny dzień i cienka bluzeczka pod spodem sprawiały, że chłopiec trząsł się cały.

- Ile masz lat? - spytała.

Patrzył wylęknionym, głodnym wzrokiem.

- Dziewięć, prawie dziesięć - odpowiedziało dziecko.

- Co ty tu u licha robisz?! - syknęła z wściekłością.

- Pracuję - odpowiedział cichutko teraz trzęsąc się ze strachu nie z zimna na widok wyrazu twarzy tej pięknej pani.

- Co?! A szkoła?

- Jutro pójdę, bo mama jutro dostanie zasiłek, to nie będę musiał tu być.

Li nie wiedziała co powiedzieć. Oczywiście zdawała sobie sprawę z tego, że świat pełen jest biednych, głodnych, zziębniętych dzieci, ale szczerze mówiąc zajęta swoimi problemami nigdy specjalnie się tym nie interesowała. Miał piwne oczy, nieufne, ale pełne życia, dziecięcej energii.

- Jezu! - wyszeptała oniemiała.

Po sekundzie stała już wyprostowana patrząc dziwnie w dół na małą główkę.

- Wsiadaj do samochodu - zakomenderowała nagle.

Pochylił głowę i nie ruszył się z miejsca. Znów przykucnęła.