Rozdział 1
"Co on w niej widzi?" - rozmyślała Karioka każdego dnia. Bryśka, szara
mysz, dziwadło klasowe. Nawet mając kasę, wolała kupować ciuchy w second-handach. Alienowała się od reszty. Nie pasowała do nich. Nawet
się nie malowała. Często padała ofiarą docinków, śmiano się z niej.
Karioka chciała odbić Gabi chłopaka. No i co z tego? Bryśka nie
zasługiwała na kogoś takiego jak Maurycy. Podrzuciła jej więc do plecaka
nieprzyzwoicie drogiego, sprowadzonego ze Stanów iPhone'a Marcina, by
padło na nią podejrzenie o kradzież. Mogła tyle z Marcinem nie gadać,
nie zwierzać mu się ze wszystkiego. Marcin należał do niej - do Karioki.
Bryśka powinna wiedzieć, że należy trzymać się od jej chłopaka z daleka!
Karioka uknuła więc misterny plan wpakowania Gabrieli w poważne kłopoty.
A potem kolejne, gdy dowiedziała się o jej związku z Maurycym.
Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Plan udałby się znakomicie,
gdyby nie ta wielka miłość Maurycego do Bryśki. Postanowił zdemaskować
Kariokę. Tego mu nigdy w życiu nie zapomni. Gabryśce zresztą też, ani
Marcinowi. Jako jej chłopak nie miał prawa występować przeciwko niej. Co
z tego, że chciała go zostawić? Nie mógł o tym wtedy wiedzieć.
Karioka nawet na chwilę nie zapomniała o upokorzeniu, jakie spotkało ją
ze strony Maurycego i Bryśki. To przez Maurycego stanęła przed sądem
rodzinnym oskarżona o... demoralizację. Tak, o demoralizację, a nie o kradzież. Zresztą ona tego iPhone'a nie ukradła. Wzięła go z kieszeni
dżinsów swojego chłopaka, gdy poszedł z kolegami na lekcję wuefu, i włożyła do plecaka Bryśki, dorzucając kilka gadżetów. Później nakłamała
Gabrieli, że matka szuka jej pod szkołą, żeby nie miała na ten czas
alibi, by dziewczyny z klasy zeznały, że odłączyła się od grupy. Plan
idealny! No i co, że Baton, nauczyciel, wezwał policję? Tak miało być.
Gabi miała mieć problemy. Z Karioką się nie zadziera. Oni zadarli:
Bryśka, Maurycy i Marcin. Nie zostawi tak tego. Zawsze dostawała to, co
chciała. Teraz jednak musiała być ostrożna. Nie dość, że miała na głowie
kuratora, to jeszcze prace społeczne zasądzone wyrokiem sądu. Wszyscy
mówili, że w zasadzie powinna się cieszyć, że tylko tak to się
skończyło. Mogło być znacznie gorzej.
- Miałaś świetnego adwokata - paplała Ruda, która trzymała z Karioką. -
Udowodnił przed sądem, że postąpiłaś tak z zazdrości o przyjaźń twojego
chłopaka z Bryśką. I że nie miałaś pojęcia o chorobie matki Gabi i o komplikacjach z wyjazdem do Stanów.
- Specjalnie się ten adwokat wysilać nie musiał - burknęła Karioka. -
Serio, tego akurat nie wiedziałam, ale mam to gdzieś. Może lepiej, żeby
poleciała. Ogarniasz, laska? - zwróciła się do Rudej. - Bryśka sobie
żyje na tym całym ranczu jak pączek w maśle. I kwitnie! Maurycy się nią
opiekuje i podobno zakochany, że świata poza tą idiotką nie widzi.
Bryśka prowadzi jakby nigdy nic bloga, ma niezły fejm, mnóstwo odsłon i lajków. I wszyscy się jarają tym jej blogiem! A matka zostawiła jej
podobno całkiem spory spadek i pół domu we Wrocławiu.
- Wiem, słyszałam co nieco - potwierdziła Ruda. - Zostawiła jej kasę i pół chaty. To znaczy chyba mniej, ale Piotr zrzekł się swojej części na
rzecz Gabi, tak żeby wszystko podzielić na pół. Moi starzy mówili, że
Piotr się spoko zachował. Nawet Gabi chyba ma teraz udziały w wydawnictwie.
- A ja? Kuratora na karku i jakieś pieprzone prace społeczne w podstawówce!
- Właśnie, co tam robisz?
- Nie wkurzaj mnie i nawet nie pytaj! To jakaś masakra. Dłonie mam całe
zniszczone, choć używam grubych rękawiczek - wysyczała.
- Spoko! Wyluzuj, Karioka. Odpracujesz te godziny i tyle. Z tego, co
mówiłaś, dużo już ci ich do odrobienia nie zostało - pocieszała Ruda. -
Zapomnisz o tym szybko.
"Nigdy nie zapomnę o takim upokorzeniu. Nie ja!" - pomyślała Karioka.
Prace społeczne na rzecz środowiska lokalnego, jak to pięknie orzekł
sąd. Gdyby chociaż miała jakieś kwiaty pielęgnować w parku albo coś, ale
nie! Przydzielili ją do podstawówki i musi robić, co jej każą. Ona,
Karioka! Ma słuchać innych! Niedoczekanie! Kazali jej umyć mopem
korytarze szkolne. Nakłamała, że ma egzemę, że nawet w rękawiczkach nie
może tego robić, bo wystarczy, że dotknie potem twarzy albo szyi, i dostanie wszędzie wysypki. Powiedziała woźnym, że bardzo się wstydzi
swojej choroby, dlatego ją ukrywa, a tutaj w pracy wyznała im prawdę po
to, by ich nie zarazić. Uwierzyły! Ciemnogród. Egzemą nie można się
przecież zarazić. Miała satysfakcję, że wyprowadziła je w pole. Ona i sprzątanie! Z mopem w szkole! W życiu! Była jednak na tyle przebiegła,
że nie pyskowała ani się nie stawiała, żeby woźne nie doniosły
kuratorowi. Grała więc miłą dziewczynę z egzemą. Dla niej najważniejszy
był podpis babki odpowiedzialnej za przydzielenie jej obowiązków w szkole, bo z tych przepracowanych godzin musiała się później rozliczyć
przed kuratorem. Ona przydzielała obowiązki i rozliczała z wykonania,
ale czy to Karioka umyła korytarz, czy ktoś za nią, już nie sprawdzała.
Liczył się efekt, a panie sprzątające kryły dziewczynę, bo potrafiła
nimi manipulować. Bujała się więc trochę w tej podstawówce, a to
pomagając w bibliotece, a to na świetlicy. Ważne, że podpisów za
"przepracowane" godziny przybywało. Babkom od sprzątania od czasu do
czasu coś przyniosła: a to dobrą kawę, a to ciasta pieczone przez matkę.
Każdemu odpowiadał taki układ, bo sprzątaczki wcale nie chciały, by im
się ktoś plątał pod nogami. A gdy kazali jej poprzenosić krzesła z piwnicy na strych, to pan Kazio się ulitował i przeniósł za nią.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? - spytała Ruda. - Gadam i gadam, ale jak
do ściany. Może Bryśka nie wróci do Wrocka? Może już nigdy się nie
spotkacie i nie będziesz jej musiała oglądać? Wrocław to nie wieś ani
małe miasteczko, gdzie wszyscy się znają. Na Maurycego może już też
nigdy nie wpadniesz - ciągnęła dalej. - Odpracujesz te godziny,
zapomnisz o nich i o wszystkim. A później poukładasz sobie życie, laska,
jak tylko sobie wymarzysz.
"Nigdy nie zapomnę o takim upokorzeniu" - powtórzyła w myślach Karioka.
Ona nigdy nie przegrywa. Maurycy i Bryśka wygrali jedynie walkę, ale
wojna trwa. I ona zamierzała tę wojnę wygrać.
- Za to Marcina muszę oglądać codziennie - jęknęła niezadowolona. -
Ruda, to jest zdrada, rozumiesz?! Zdrada! A ja zdrady nie wybaczam! On
był moim chłopakiem.
- Fakt - przyznała dziewczyna. - Jak on się w ogóle z tego tłumaczył?
- Tego dnia, kiedy Maurycy nagrał na dyktafon naszą rozmowę w Vinyl
Cafe, w czasie której powiedziałam, że to ja podrzuciłam Bryśce tego
iPhone'a, Marcin wydzwaniał do mnie. Nie odebrałam. Zaczął przesyłać
SMS-y, że musimy pogadać osobiście, że to nie jest rozmowa na telefon.
- Ale co? Maurycy go wsypał? - dopytywała Ruda.
- Sam wszystko wyśpiewał. Dowiedział się, że Maurycy nagrał naszą
rozmowę i zamierza nagranie dostarczyć na policję. I że wciągnęłam
Malwinę w cały ten spisek...
- Ale skąd to wiedział? - przerwała Ruda.
- Nie mam pojęcia. Ale też od niego wyszła informacja, że mój ojciec
często ma kursy do Poznania i że to on mógł wrzucić do skrzynki ten list
z fotami z ustawki. Pieprzony konfident! - zezłościła się. - Działał
przeciwko mnie, będąc moim chłopakiem. Pomógł im! Takich rzeczy się nie
wybacza, Ruda!
- Ale dlaczego im pomógł? Tłumaczył się jakoś?
- Tak, twierdził, że bardzo mnie kocha i nie mógł dłużej patrzeć, jak
wyrządzam tyle zła innym. Podobno bał się, że zapędzę się jeszcze dalej
i poniosę dużo większe konsekwencje niż te, które jego zdaniem mnie
czekały. - Roześmiała się ironicznie. - Ogarniasz to, Ruda? Gadał, że to
dla mojego dobra. No, chrzanił jak moja matka! Elaborat mi wygłosił.
Pieprzony konfident! - powtórzyła. - On zawsze był zbyt miły dla Bryśki.
Co ona takiego ma, czego ja nie mam? - spytała i zaraz sama sobie
odpowiedziała: - Niczego nie ma! Do pięt mi nie dorasta! Szara mysz,
potworne dziwadło, zwykła sucz!
- Może właśnie to przyciąga do niej chłopaków? - zastanawiała się Ruda.
- No, rozkmiń to, Karioka. Niepozorna, nieporadna, a oni w typie macho i chcą się nią zaopiekować, że niby bez nich to zginie.
- Daj spokój, Ruda! - Karioka machnęła z dezaprobatą ręką. - W dwudziestym pierwszym wieku? Pewnie, zaopiekować to się może chcą, ale
megalaską. Kto by się chciał gdziekolwiek z taką Bryśką pokazać? Chyba
że dla beki.
- No, Maurycy się z nią pokazuje... - wtrąciła Ruda i natychmiast
pożałowała swoich słów, bo gdyby wzrok mógł zabijać, leżałaby już
trupem. - Stwierdziłam jedynie fakt - dodała pospiesznie.
- Pokazuje?! Niby gdzie?! - Karioka aż zagotowała się ze złości. - Niby
gdzie? Na zapchlonym ranczu? W stajni? Czy w lesie? Tam, gdzie nie ma
ludzi, to się jej nie musi wstydzić. Koniom to na pewno się pokazuje w towarzystwie Bryśki. - Roześmiała się złośliwie. - Przecież sama wiesz,
jak Bryśka wygląda!
- No, fakt - przyznała Ruda, po czym nie wypowiadając swoich spostrzeżeń
na głos, pomyślała, że Gabi wygląda zupełnie normalnie. Nie była
brzydka, choć daleko jej było do urody Karioki. Zwyczajna dziewczyna,
całe życie zatopiona w książkach. Tak ją oceniała. Wyalienowana, ale
jakby na własne życzenie. Inna sprawa, że otoczenie też jej nie
akceptowało. Nie należała do tej megaekipy. A gdy już szła gdzieś z nimi, to miało się wrażenie, że robiła to na siłę. No, ale z wyglądu
szara mysz. W tym Karioka miała rację. Średniego wzrostu, chuda jak
patyk, o jakimś dziwnym orzechowym kolorze oczu. Karioka była jej
przeciwieństwem: czarne, modnie przycięte włosy sięgające za ramiona,
urzekająco niebieskie oczy i krągłe, kobiece kształty. Przyciągała
powszechną uwagę i nie mogła się opędzić od chłopaków. Nie miała
kompleksów dotyczących swej wagi, zawsze powtarzała, że prawdziwa
kobieta musi mieć co nieco więcej tu i tu, wskazując na biust, który
dumnie wypinała, i na pupę. A jednak Maurycy wybrał Gabi. Dla Rudej
także to było dziwne, bo jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, Gabrysia nie
miała z Karioką żadnych szans.
- Nie ogarniam, dlaczego Marcin był konfidentem, ale on cię naprawdę
kochał - dodała po dłuższej chwili namysłu. - To było widać, Karioka, w każdym jego spojrzeniu, w każdym geście, słowie...
- Wiem. Też jestem tego pewna - zgodziła się Karioka. - Kochał, ale
zdradził. Nigdy mu tego nie wybaczę! I na pewno tak tego nie zostawię.
- Nie możesz teraz zrobić nic głupiego - zauważyła Ruda. - Masz kuratora
na karku. Lepiej uważaj. Po prostu musisz odczekać.
Karioka się roześmiała.
- Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną. Ale najwyraźniej nie
doceniasz mojej inteligencji - odparła z zarozumiałą miną. - Wymyślę to
tak, żeby w ogóle nie brać w tym udziału.
- Może ja ci pomogę? - spytała Ruda. Tak naprawdę nie chciała się w to
angażować, ale wiedziała, że lepiej być po stronie Karioki niż przeciwko
niej.
- Wykluczone - zaprotestowała stanowczo Karioka. - Każdy wie, że
trzymasz ze mną. To nie jest dobry pomysł. Wtedy wplątałam we wszystko
Malwinę, przyjaciółkę Gabi. A i tak się sypnęło. Głównie przez Marcina!
- Znów zagotowało się w niej ze złości. - Coś wymyślę.
- Bądź ostrożna.
- Zamierzam być bardziej ostrożna, niż byłam kiedykolwiek -
zapowiedziała.
I zamierzała dotrzymać słowa. Nie zdradziła ani słowem, że jej odwet
będzie dotyczyć nie tylko Marcina. Ważniejsza dla niej była zemsta na
Bryśce bądź Maurycym. Wystarczyło uderzyć w jedno z nich, bo raniąc
którekolwiek, sprawi, że cierpieć będą oboje. Cholerne zakochane w sobie
dwa gołąbeczki.
- Ale z Gabi i Maurycym daj sobie spokój. Ich nie będziesz musiała
oglądać. - Ruda powiedziała to całkiem szczerze, biorąc pod uwagę, że
Maurycy okazał się już bardzo poważnym przeciwnikiem, który wygrał z Karioką.
- Niech mi się nigdy w życiu na oczy nie pokazują - wycedziła przez
zaciśnięte zęby Karioka. - Niech się zestarzeją na tym przeklętym
ranczu. Nie zamierzam sobie w ogóle nimi głowy zawracać. Nie są warci
mojego zachodu.
- To rozumiem. Też tak uważam.
Ruda się uśmiechnęła. Przez myśl jej nie przeszło, że Karioka kłamała.
Kłamała jak z nut.
Rozdział 2
Gabi wracała do domu pociągiem i czuła się teraz inaczej, niż gdy
jechała tutaj po raz pierwszy. Wtedy to była droga w nieznane, dziś - w dobrze jej znane miejsce. Obecnie miała dwa domy: jeden we Wrocławiu,
drugi na ranczu, oddzielone od siebie o jakieś trzy godziny drogi.
Maurycy upierał się, że zawiezie ją do Dusznik-Zdroju, ale wiedziała, że
miał własne sprawy do załatwienia. Poza tym już wkrótce miał do niej
dojechać.
- Pozałatwiaj wszystko i przyjedź. Inaczej wciąż będziesz wracał do
Wrocławia, bo się okaże, że to nieogarnięte albo tamto - tłumaczyła. -
Jeśli wyjadę tym pociągiem o szóstej osiemnaście, to podróż potrwa tylko
dwie godziny i trzynaście minut. Na dworzec podrzuci mnie Piotr, a w Dusznikach odbierze tato.
- Ale po co chcesz tak wcześnie jechać? - dopytywał. - To bez sensu.
- Właśnie dlatego, że ten pociąg szybko jedzie. O wpół do dziewiątej
będę w Dusznikach. Pomogę Michałowi. Wiesz przecież, że mamy letnie
ferie w siodle. Będzie wymiana turnusów. Chciałabym ulżyć Celinie w sprzątaniu. Są też letnicy. Ma przyjechać dziewczyna, która cudem wyszła
z anoreksji. Krysia i Regina będą musiały dla niej przygotować specjalne
potrawy według wskazówek dietetyka.
- Mają pomoc w kuchni - zauważył.
- Wiem, ja im w kuchni nie pomogę. - Roześmiała się. - Mam dwie lewe
ręce do gotowania, ale chcę pomóc w innych sprawach po tym, co Michał
dla mnie zrobił.
- Masz na myśli szkolenie Luckiego do hipoterapii? I zatrudnienie tej
babki od hipoterapii? - spytał. - Sorki, to były pytania retoryczne.
- Przede wszystkim mam na myśli samo założenie Akademii Jeździeckiej.
Tato dobrze wykombinował, że w skład akademii wejdzie i hipoterapia, i jazda w stylu western. Ja myślałam wyłącznie o hipoterapii, a Michał
postanowił te dwie rzeczy połączyć - wyjaśniała podekscytowana. -
Połączyć moje marzenie z jego wieloletnią pracą i pasją. Długo
rozmawialiśmy po tym, jak powiedziałam, że może w przyszłości pójdę na
zootechnikę albo wręcz poszukam kierunku związanego nie tylko z hodowlą
koni, ale właśnie z hipoterapią. Wiem, że takie kierunki są na turystyce
i rekreacji w niektórych uczelniach. Przy czym tata zaznaczył, żebym nie
czuła się do niczego zmuszana, że jeśli zmienię plany, to dla niego
będzie to po prostu nowe wyzwanie, a ja najwyżej od czasu do czasu mu
pomogę, jeśli będę chciała. Że to tak, jakbym podsunęła mu pomysł, jak
się można rozwijać i ile dobrego zrobić.
- Ale jeśli się jednak zdecydujesz, to zaraz po studiach będziesz miała
miejsce pracy. - Maurycy uśmiechnął się i pocałował ją czule.
- Tak, i to jest niesamowite. - Pokręciła głową z niedowierzaniem. -
Wówczas możemy oboje z tatą poprowadzić akademię. Podzielimy się
obowiązkami. Ja zajmę się właśnie hipoterapią, a Michał będzie robił to,
co do tej pory: szkolił konie, szkolił ludzi, wyjeżdżał z nimi w teren.
On to kocha! - dodała, wpatrując się w Maurycego rozmarzonym wzrokiem. -
Razem z Michałem będziemy też ratować konie. Te chore i przeznaczone na
rzeź. Dzięki Akademii Jeździeckiej możemy zdobyć na to więcej funduszy.
- Zdrowe konie zapracują na chore i stare - wtrącił Maurycy. - To ma
sens.
- Piotr też zachował się wspaniale. Kupił dwa koniki polskie, także do
celów hipoterapii. I one, i Lucky mają zdaniem Poli - nowej instruktorki
- prawidłowy ruch i dobrze współpracują. Są cierpliwe i spokojne, w dobrej kondycji psychicznej i fizycznej. Przed zakupem Piotr długo
naradzał się z Polą. Nie miałeś jeszcze okazji jej poznać. Jest podobno
całkiem spoko. Szkoda, że nie jest starsza, bo może mój tato w końcu
znalazłby kogoś do pary. - Gabi uśmiechnęła się pod nosem.
- Słyszałem, że Michał nie chciał kasy na koniki polskie od Piotra.
- Nie chciał i dlatego Piotr je kupił z własnej inicjatywy. Potem
powiedział Michałowi, że jeśli nie weźmie koni, to on na ranczo więcej
nie przyjedzie, bo zawsze kiedy przyjeżdża, wszystko ma w gratisie -
opowiadała Gabi. - Tato tłumaczył, że Piotr jest rodziną, a Piotr, że
skoro jest rodziną, to rodzinie się nie odmawia. - Zaśmiała się. - No,
takie ich przepychanki słowne. Przy okazji Michał wspomniał, że robisz
dla rancza zupełnie nową stronę internetową właśnie pod nazwą Akademia
Jeździecka, że są przewidziane zakładki: i do jazdy w stylu western, i do hipoterapii - mówiła, patrząc na niego z podziwem. - Wszystko prosto
wyjaśnione. Do tego galeria zdjęć wnętrza rancza oraz jego bajecznego
otoczenia, a także fotki z zajęć i z życia letników. Jestem pewna, że to
będzie fantastyczna strona! Powinieneś studiować informatykę, a nie
weterynarię.
- Weterynaria bardziej mnie kręci, bo jeśli ty będziesz pracowała na
ranczu, to nie pozostanie mi nic innego, jak wybudować dom na wsi. -
Uśmiechnął się szelmowsko. - No i po weterynarii może znajdę
zatrudnienie w Akademii Jeździeckiej? - spytał zadziornie. - Oświadczam
ci się każdego dnia, więc w końcu zostaniesz moją żoną.
Parsknęła śmiechem.
- Wariat! - zawołała. - A Duszniki nie są żadną wioską.
- Duszniki może nie, ale ranczo leży już poza Dusznikami. Dookoła
wielkie nic, gdzie nie spojrzeć, tam łąki, pola, pastwiska i konie. No i jeden mieszczuch pośród nich - droczył się z nią.
- Ja tam teraz mieszkam! - zawołała. - Nie zauważyłeś?
- Zauważyłem pierwszego dnia, gdy cię na tym ranczu zobaczyłem - szepnął
czule.
Poczuła na swojej szyi dotyk jego miękkich warg. Wędrowały coraz wyżej,
zbliżając się do jej ust. Objął je delikatnie swoimi. Świat zawirował. Z trudem złapała oddech.
- Uparta jesteś. Naprawdę nie poczekasz, żebym cię podrzucił na ranczo?
- Patrzył jej błagalnie w oczy.
- Maurycy, nie mam pięciu lat - odparła. - Z przyjemnością pojadę
pociągiem.
Nie chciała mu o wszystkim mówić, żeby się o nią nie martwił. Kochała
swój dom i pokój we Wrocławiu. Wiedziała, że Piotr cieszył się z jej
obecności, ale wszystko przypominało jej tam matkę. Z każdym kolejnym
przyjazdem było lepiej, ale wciąż nieswojo. Z jednej strony cieszyła
się, że Piotr niczego w domu nie zmieniał, z drugiej nieobecność matki
momentami bywała nie do zniesienia. Na ranczu było łatwiej, więcej się
działo. A teraz jeszcze konie, już po ukończeniu szkolenia, gotowe do
hipoterapii. I zupełnie nowy projekt taty - Akademia Jeździecka. Pękała
z dumy, zwłaszcza że w pewnym sensie powstała dzięki niej, dzięki jej
pomysłowi, dzięki jej odległym jeszcze planom i marzeniom.
Spojrzała przez okno. Pociąg dojeżdżał do stacji. Widok był dokładnie
taki sam jak w dniu, gdy przyjechała tutaj po raz pierwszy. Budynek
dworca pochodził z drugiej połowy XIX wieku. Ulokowany był na podciętym
zboczu góry ponad doliną Bystrzycy. Architekturą nawiązywał do stylu
secesyjnego.
Michał już czekał.
- Jak dobrze, że jesteś. - Przytulił ją mocno.
- Aż tyle pracy przed wymianą turnusów? - Zaśmiała się.
- To też, ale tęsknię, gdy cię tu nie ma - powiedział. - Wiem, wiem,
dzieci wyfruwają z gniazda i trzeba się z tym pogodzić, ale... - przerwał
zakłopotany. - Zmęczona jesteś? - próbował zmienić temat.
- Czym? - spytała z lekkim uśmiechem. - Dwugodzinną jazdą? Nie bardzo.
Tato, przecież wiem, że chciałeś powiedzieć, że całe lata mnie w tym
gnieździe nie miałeś. Tak było. Mama zrobiła błąd, ale to już
przeszłość. Nie naprawimy przeszłości, ale możemy całkiem nieźle
urządzić teraźniejszość - mówiła teraz poważnie. - Nie musisz urywać w pół zdania, żeby nie zrobić mi przykrości. Ludzie popełniają błędy. Mama
skrzywdziła też ciebie, ale przecież jej wszystko wybaczyłeś. I rozumiem
to, że wolałbyś poznać mnie w innych okolicznościach. Ja ciebie też, ale
w niczym oboje nie zawiniliśmy.
- To prawda, przeszłości nie zmienimy - westchnął. - Nie ma co gdybać,
bo ani to nic nie da, ani niczego nie zmieni.
- To żyjmy tu i teraz, tato. - Cień wesołości przemknął po jej twarzy. -
Duża grupa młodzieży przyjechała na wakacje w siodle?
- Całkiem spora, ale damy sobie radę.
- Doświadczeni czy nie?
- Nie - odparł - ale tacy właśnie cieszą się najbardziej, gdy po raz
pierwszy ruszamy z nimi w teren.
- Ja bardzo się bałam, ale później, dosiadając konia, poczułam, jakbym
dosiadała chmur. Mogłam płynąć powoli albo szybko jak na chmurach
pędzonych przez wiatr przed burzą.
Roześmiał się.
- Trochę czasu musiało upłynąć, zanim zaufałaś Neronowi.
- Dlaczego dałeś mi akurat Nerona? Prawie nikt na nim nie jeździ.
- Bo jest uparty, ma charakterek, choć z pozoru wygląda niewinnie. Jest
inny niż większość naszych koni na ranczu. I gdy po raz pierwszy cię
zobaczyłem, pomyślałem, że też jesteś inna niż większość nastolatek, ale
także, że w tej niewinnej dziewczęcej postaci kryje się trudny
charakter. Jak u Nerona - wyjaśnił. - Przypuszczałem, że gdy się lepiej
poznacie i w końcu sobie zaufacie, to możecie stworzyć niezwykle
zharmonizowaną parę. A o to przecież chodzi w jeździe konnej.
- Miałeś rację, tato - przyznała. - Jeszcze na długo przed przyjazdem
tutaj czułam, że jestem inna. I że nie pasuję do całej reszty, ale to
nie znaczy, że zawsze czułam się gorsza. Chyba tylko wśród rówieśników,
bo wydawało mi się, że tak mnie postrzegają.
- Patrzyłaś na siebie ich oczami - rzekł. - Największy błąd, jaki
popełniają młode dziewczyny.
- Tak, patrzyłam na siebie ich oczami i nie rozumiałam, dlaczego mi
dokuczają, bo przecież jest teraz na topie indywidualność - przerwała i zamyśliła się na dłuższą chwilę. - Tylko paradoksalnie polega to na
naśladowaniu kogoś, kto nam imponuje, czyli totalny brak indywidualizmu.
Rozumiesz, o czym mówię?
- Tak. Naśladując czyjś styl bycia czy ubioru, przestajemy być sobą.
- Ja właśnie byłam po prostu sobą, ale im się to nie podobało. Gdy
siedziałam w swoim pokoju, słuchałam muzyki, którą ja lubiłam, a nie
tej, która była na topie, czytałam książki, które ja chciałam czytać i które mi się podobały, czułam się dobrze i ze swoją innością, i z samotnością. Lubiłam to.
- A jak się teraz czujesz? - spytał, parkując przed Jaworową Chatą.
- Czuję się sobą i w końcu zaakceptowałam, że tak ma być.
- Lubisz sama siebie?
- Ogólnie chyba tak - odpowiedziała. - No, ale wiesz, mam chwile, że się
wściekam na siebie, że uważam się wręcz za idiotkę, jak wtedy, gdy
uwierzyłam w te foty. Przecież Maurycy ostrzegał mnie, że Karioka nie
powiedziała jeszcze ostatniego słowa, że to cisza przed burzą i jak
uderzy, to ze zdwojoną mocą. I tak się stało. Dałam się podejść jak
dziecko. Uwierzyłam zdjęciom zamiast Maurycemu. Nawet nie chcę myśleć,
co on wtedy czuł.
- Nie do końca tak było - zaoponował Michał. - Najpierw faktycznie
emocje wzięły górę, ale poszłaś w końcu do Maurycego i wysłuchałaś na
spokojnie tego, co miał ci do powiedzenia i jaki ma plan.
- Tak, ale nawet po tej rozmowie miałam mnóstwo wątpliwości, a nie
powinnam ich mieć. - Nabrała głęboko powietrza i wypuściła powoli. -
Kocham go, powinnam mu ufać, a ja przez cały ten czas, gdy on realizował
swój plan zdemaskowania Karioki, miałam obawy, czy faktycznie nic go z nią nie łączy. I czy to wszystko nie jest skierowane przeciwko mnie.
- A Neronowi od razu zaufałaś? - spytał.
- Żartujesz? - Wybuchnęła śmiechem. - Przecież dobrze wiesz, że Neron
robił, co chciał. W ogóle mnie nie słuchał. Ciągle chodził z pyskiem
przy ziemi, a Maurycy powtarzał, że mam mu na to nie pozwalać, i straszył mnie, że jak tak będzie chodził, to się położy w końcu na boku.
A że waży jakieś dziewięćset kilo, nie wyjdę z tego żywa. Trochę trwało,
żebym zaufała Neronowi - dodała. - No i on mnie.
- Tak, to musi działać w dwie strony. Neron początkowo wyczuwał twoją
nieufność, strach, wszystkie twoje emocje - tłumaczył Michał. - A przyjechałaś na ranczo z bagażem tych negatywnych i trudnych emocji.
Nadszedł jednak moment, że oboje sobie zaufaliście. I stanowicie
fantastyczną parę. Z Maurycym też potrzebowałaś czasu, Gabrysiu.
- Owszem - przyznała. - Z Maurycym chyba też potrzebowałam czasu. A z Neronem czuję tę harmonię, wręcz jedność, o której mówiłeś. A jak tam
Pola i nasze konie do hipoterapii?
- Świetnie. Róża, siostra Malwiny, pokochała konika polskiego.
Dostaliśmy wskazówki od jej lekarza prowadzącego i jest już po kilku
sesjach. Akademia Jeździecka oficjalnie rozpoczęła swoją działalność. -
Mężczyzna wypiął dumnie pierś. - Zmieniamy też szyld nad wjazdem na
ranczo. Będzie miał taką nazwę jak strona, którą przygotowuje Maurycy:
"Akademia Jeździecka na ranczu".
- Super! A na którym koniku polskim jeździ Róża?
- Na Alwarze. Na pierwszych zajęciach było karmienie Alwara i przytulanie się do niego. Pola stwierdziła, że mała nie boi się koni, a to bardzo dobry znak - opowiadał. - Zajęcia są krótkie, niecałe
trzydzieści minut. Pola pokazała Róży, jak należy się położyć na
Alwarze. Pomagamy jej, bo przy porażeniu mózgowym, na które choruje, ma
spore problemy w poruszaniu się. Ostatnio Alwaro był w ruchu przez cały
kwadrans. Róża się uśmiechała.
- Fantastycznie! - ucieszyła się Gabrysia.
- Nie masz żalu, że zaproponowałem Malwinie, by jej siostra skorzystała
z hipoterapii? - spytał niepewnie.
- Zwariowałeś? Jak w ogóle mogłeś tak pomyśleć? To dziecko nie jest
niczemu winne, a jeśli Alwaro ma jej dać choć trochę radości w życiu, to
jest to coś warte. Masz wielkie serce, szacun. Akademia Jeździecka ma
być miejscem otwartym i przyjaznym dla każdego, tato.
- Malwina cię skrzywdziła...
- Malwina, a nie Róża - zaznaczyła. - Malwinę nawet trochę jestem w stanie zrozumieć. Karioka potrafi wszystkich zmanipulować, a jak już
znajdzie na ciebie haka, to nie odpuści. Szantażowała ją i tyle. Obie
siedziały w tym spisku po uszy. Nie zamierzam przyjaźnić się z Malwiną -
dodała stanowczo. - Nie musiała w to wchodzić. Nie zaufam jej po raz
drugi. Ale Róża - to zupełnie inna historia.
- Wiem - westchnął. - Jest zupełnie nieświadoma tego wszystkiego. Pola
twierdzi, że hipoterapia usprawni ją ruchowo, ale dopiero po jakimś
czasie. Zazwyczaj trzeba bardzo długo czekać na jakikolwiek efekt i cieszyć się każdym małym sukcesem, jak choćby tym, że leżąc na Alwarze,
Róża się uśmiecha.
- A ta dziewczyna, która cudem wyszła z anoreksji, na którym koniu
będzie jeździć?
- Sama zdecyduje. Ona może spokojnie jeździć westernowo, ale gdyby były
wskazania do hipoterapii, to Pola zadecydowała, że najlepszy będzie
Lucky. Dziewczyna jest wysoka.
- Wie, jak wyglądają typowe zajęcia hipoterapii?
- Jej rodzice wiedzą. Lekarz psychiatra zalecał konie, ale dzwoniłem do
nich z informacją, że mamy też konie do hipoterapii, a nie tylko do
jazdy w stylu western, że rozpoczęła u nas działalność Akademia
Jeździecka i obie opcje są dostępne. Powiedzieli, że będą się
konsultować z psychiatrą - zdawał relację Michał. - Na pewno polecał jej
wakacje w siodle, lecz nie jazdę klasyczną. Zbyt długo musiałaby się
uczyć, a nie jest w dobrej kondycji ani fizycznej, ani psychicznej.
- Rozumiem. Kiedy ona przyjeżdża?
- Niedługo. Musiałbym zajrzeć do kalendarza. No, wyskakuj z samochodu,
bo od piętnastu minut tak siedzimy. Zmykaj do Jaworowej Chaty -
zarządził z uśmiechem.
Otworzyła drzwi samochodu. Jaworowa Chata, jakże inna od nowoczesnej i przestronnej willi we Wrocławiu, gdzie każdy szczegół wewnątrz
podporządkowany był zasadom feng shui. Jednopiętrowy, długi budynek ze
spadzistym czerwonym dachem. Do połowy murowany. Drewniana góra zawsze
przykuwała wzrok. Gdy tu przyjechała po raz pierwszy, Michał wyjaśnił
jej, że góra także jest murowana, lecz pokryta drewnem, by zachować
klimat oryginału - niegdyś cała Jaworowa Chata była drewniana. Góry od
strony polskiej porastały w większości świerki, ale lasy jaworowe i mieszane też tu można było znaleźć.
Dwa różne domy i dwóch mężczyzn, którzy ją kochali: Michał, ojciec
biologiczny, i Piotr, jej ojczym. Obaj wysportowani, ale poza tym
diametralnie różni. Pierwszy, pałaszujący swojskie potrawy
przygotowywane każdego dnia przez panią Reginę i Krysię. Chodzący w dżinsach i T-shirtach bądź koszulach w kratę, często wkładający
kowbojski kapelusz na głowę, zwłaszcza podczas szkoleń i jazdy, ratujący
chore konie bądź te skazane na rzeź. Drugi - wegetarianin, chodzący na
basen prawie każdego ranka, a później biznesmen, wskakujący w garnitur,
zakładający krawat i nienagannie wyczyszczone, błyszczące buty.
Dwóch mężczyzn i dwa domy, ale w każdym z nich miała swoje własne
miejsce. Był też trzeci mężczyzna, młody, zdolny i nieziemsko przystojny
- Maurycy. I był jej. Pierwsza, największa i spełniona jak dotąd miłość
Gabi. Do pełni szczęścia brakowało jej tylko matki, ale miała ją we
wspomnieniach, w myślach, w sercu i w pamięci. Tam Anna żyła. I to się
nigdy nie zmieni. Tego Gabi była absolutnie pewna.
Rozdział 3
Po całym dniu pracy, zmianie pościeli w pokojach letników oraz
wieloosobowych pokojach dla kolejnego turnusu wakacji w siodle dla
młodzieży, sprzątaniu łazienek, myciu podłóg i wyrzuceniu śmieci, Gabi
usiadła przy wielkim drewnianym stole przed Jaworową Chatą. Po chwili
dołączyli do niej Justyna z Tomaszem - zatrudnieni na stałe, Rozalia z Mironem, którzy byli tu przez całe wakacje i mieli zostać jeszcze we
wrześniu, no i Malwina.
- Padam na twarz! - zawołała Malwa. - Dawno takiej harówy nie było.
- Była przy wcześniejszej wymianie turnusu, tylko ciebie nie było. -
Justyna się roześmiała. - Balowałaś nad ciepłym morzem? - zaciekawiła
się.
- Chciałabym, ale mama się rozchorowała. Musiałam zająć się Różą -
odparła.
- Róża świetnie sobie radzi na Alwarze - wtrącił Tomasz. - Ta nowa
instruktorka, Pola, jest świetna. Michał chce jeszcze kogoś zatrudnić.
Szkolenie koni dobiegło końca. Słyszałem, jak rozmawiał z Polą i pytał,
czy nie zna dobrego instruktora. Myślę, że wolałby mieć kogoś z polecenia.
- Jest sens przyjmować teraz kogoś nowego? - zastanawiał się Miron. -
Lada moment rozpocznie się rok szkolny, letników będzie mniej, a zielone
szkoły i zimowe ferie w siodle to głównie przejażdżki terenowe.
Wcześniej ujeżdżalnia, ale od tego są Michał, Tomasz i Justyna. Dajecie
radę. Chyba lepiej zatrudnić kogoś od wiosny.
- No ale ludzie dzwonią i pytają o hipoterapię, dopytują też ogólnie o ofertę Akademii Jeździeckiej, a jak Maurycy skończy tę nową stronę
internetową, to telefonów może być zdecydowanie więcej - zauważył
Tomasz. - Na starej stronie mamy tylko wzmiankę...
- Przyjechali! - przerwała mu Rozalia. - Niezła grupka małolatów.
- To ósme klasy i licealiści z jakiejś grupy ekologicznej - powiedział
Miron. - Z jednego miasta.
- Brzmi ciekawie - odezwała się Justyna. - Może chociaż będą segregować
śmieci. Ci, którzy wczoraj wyjechali, zostawili śmietnik. Dla nich
wszystko to odpady zmieszane. Ekoanalfabeci. Mają przecież opisane
kontenery: szkło, plastik, papier, zmieszane, BIO, ale posegregować nie
umieją.
- Niektórzy umieją - sprostowała Gabrysia. - Pod kontenerem ze szkłem
było mnóstwo butelek. Wszystko wrzuciłam do środka.
- Ooo, a sami nie potrafili? - spytała poirytowana Justyna. - Chyba
dziurę widzą?
- Stawiali pod kontenerem, bo był przepełniony - wyjaśniła Rozalia. -
Dziś z samego rana go opróżnili.
- A, no tak - przypomniała sobie Justyna. - Dziś piątek. W piątki
przyjeżdżają po śmieci. Już nawet nie chcę myśleć, co to było za szkło.
- Roześmiała się.
- Nie doceniasz małolatów. Nie są tacy głupi, żeby coś ukradkiem pić, a potem butelki stawiać przed kontenerem, niemal na widoku - odparł Miron.
- Prędzej kupiliby puszki, zgnietli i upchnęli w kontenerze z plastikiem.
- Też był przepełniony. - Justyna wzruszyła ramionami.
- Wiecie, skąd do nas przyjechali ci młodzi ekolodzy? - spytała Malwina.
- Niedaleko od nas. Z województwa dolnośląskiego - odpowiedział Miron. -
Chyba z Oleśnicy. Opiekunka tej grupy mówiła, że mają w swoim powiecie
nawet radiowozy ekologiczne - toyoty corolle z napędem hybrydowym.
- O matko! - szepnęła nagle przerażona Malwina, odwracając gwałtownie
wzrok i wpatrując się w blat drewnianego stołu. - Nigdy w życiu czegoś
podobnego nie widziałam.
Wszyscy podążyli wzrokiem za czymś bądź kimś, kto wywołał taką reakcję.
- O, cholera! - zaklęła cicho Justyna. - To ta dziewczyna z anoreksją.
Nie gapcie się na nią - poleciła szybko. - Ona się musi u nas dobrze
czuć. Inaczej Michał nam tego nigdy nie wybaczy.
- Łatwo powiedzieć - odparła Malwina. - Sama zareagowałaś tak, a nie
inaczej. Jakbyś ducha zobaczyła.
- No, fakt - przyznała. - Ale musimy wziąć się w garść. Musimy ją
traktować jak każdego innego letnika.
- No, musimy, tyle że to nie takie łatwe - paplała Malwina. - Widziałam
wiele bardzo chudych dziewczyn, ale kogoś takiego jak ona nigdy w życiu
nie spotkałam, chyba tylko w necie foty widziałam. Ale słuchajcie.
Michał mówił, że ona wyszła z anoreksji, a jej wygląd świadczy zupełnie
o czymś innym.
- Anorektyczką jest się do końca życia - wtrąciła Rozalia. - To tak jak
z alkoholizmem: można być pijącym alkoholikiem albo niepijącym
alkoholikiem. Chorobę masz w głowie. Ona pewnie wraca do zdrowia, pewnie
już je posiłki, bo inaczej by jej tutaj nie było, ale nie odzyska wagi
ot tak, na życzenie. To proces i nic nie stanie się z dnia na dzień -
tłumaczyła. - Widzicie, jak ona jest ubrana?
- No, właśnie widzę. Ona lustra nie ma w domu? Krótka bluzka, brzuch na
wierzchu, wszystkie żebra jej można policzyć - paplała Malwina. -
Masakra! Ja na jej miejscu to bym w długą kurtkę puchową wskoczyła i się
z nią nie rozstawała.
- Pod koniec lata? - spytał ironicznie Miron.
- To w cudzysłowie - burknęła. - Gdybym wyglądała jak ta dziewczyna,
nigdy w życiu nie pokazałabym światu choćby kawałka swojego ciała.
Gabrysia pomyślała, że Malwina jest bardzo obcesowa, jak zawsze. Była
pewna, że jutro pół Dusznik będzie o tej dziewczynie wiedziało, ale ze
wstydem musiała przyznać sama przed sobą, że również doznała szoku. Co
innego oglądać zdjęcia w necie, nawet w telewizji bądź jakiejś kolorowej
gazecie, a co innego zobaczyć kogoś takiego w realu. Tu Malwina miała
rację.
- Ona ma zaburzony obraz postrzegania samej siebie - odezwała się
ponownie Rozalia. - Gdy była w progresie choroby, gdy nic nie jadła,
patrzyła w lustro i widziała tam grubasa. Być może teraz także nie
potrafi urealnić obrazu własnego ciała. Tylko niech ci nie przyjdzie do
głowy oświecanie jej w tym temacie. - Spojrzała groźnie na Malwinę.
- Gdyby nie to, że studiujesz tę swoją pedagogikę, pomyślałabym, że
gadasz bzdury - wzruszyła ramionami Malwina.
- Interesuję się różnymi typami zaburzeń okresu dojrzewania -
powiedziała. - To bardzo poważne problemy, ale rozumiem, że ty
interesujesz się wyłącznie tym, jak wyrwać kolesia na chawirę - dogryzła
jej.
Malwina poczerwieniała ze złości.
- Teraz to już przegięłaś na maksa.
- Sorki, ale coś ci próbuję wytłumaczyć, a ty wszystko podważasz.
- Powiedziałam, że ci wierzę - wysyczała przez zęby Malwa. - Czemu się
do mnie przypieprzyłaś?!
- Dziecko jesteś i tyle - odpowiedziała Rozalia. - Jarasz się każdą
sensacją i roznosisz ploty.
- Wal się! - krzyknęła Malwina, wstała z drewnianej ławy i ruszyła przed
siebie. - Sucz! - dodała jeszcze.
Gabrysia odczytała to z ruchu jej ust, ale na szczęście Rozalia tego nie
słyszała. Nie było tajemnicą, że nie lubiła Malwiny za zbyt długi język.
No i wiedziała o całym spisku Malwiny z Karioką przeciwko Gabi. Od
tamtej pory rzadko bywała miła dla Malwiny. Gabriela w całej tej
sytuacji czuła się niezręcznie. Atmosfera zrobiła się gęsta.
- Pracujemy razem - odezwał się Tomasz. - Nie powinnaś po niej tak
jeździć. Z tym kolesiem i chawirą przesadziłaś. Przecież wiesz, że
Malwina łatwo nie ma. Niedługo szkoła, w domu chora siostra i matka,
która musiała zrezygnować z pracy, by się nią zająć. Są tylko we trzy w Dusznikach. Rodzeństwo dawno opuściło dom, mają swoje rodziny...
- Tomek, możesz się zamknąć?! - Rozalia poczerwieniała na twarzy. - Czy
ja od dzisiaj tu pracuję, że nie wiem, jaką Malwa ma sytuację? Nic nie
mam do jej matki, Różę uwielbiam, to wspaniała dziewczyna, ale ta
gówniara mnie wkurza i nic na to nie poradzę. Ogarniasz to? Tak
zwyczajnie, po ludzku? - spytała.
- Ogarniam - odparł. - Nic mi do waszych prywatnych ansów, ale my
wszyscy też tutaj pracujemy. Jeśli więc chodzi o pracę, mogłabyś wykazać
się profesjonalizmem - dodał stanowczo.
Rozalia odrzuciła do tyłu burzę swoich kręconych, rudych włosów.
Próbowała zachować spokój, ale widać było, że słowa Tomka bardzo ją
dotknęły.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki