Czarna pieśń - Anthony Ryan

-
Proszę czekać

Relacja Obvara

Rela­cja Obvara

Lura­lyn kie­dyś mnie zapy­tała:

-?Jak to jest umie­rać?

Wyczu­łem pra­gnie­nie pocie­chy kry­jące się za tym pyta­niem, więc odpo­wie­dzia­łem:

-?To jest jak spa­da­nie. Świat kur­czy się do jed­nego punk­cika świa­tła daleko w górze, a ty scho­dzisz w wieczną otchłań. Potem on też znika i nie ma już nic.

Muszę jed­nak wyznać, że ta dość poetycka odpo­wiedź była kłam­stwem. Oczy­wi­ście mogę mówić tylko za sie­bie, bo inni może odbie­rali śmierć jako coś nie­wiele gor­szego od łagod­nego zapa­da­nia w wieczny sen. Moja śmierć tak nie wyglą­dała.

Wie­dzia­łem, że rana jest śmier­telna, gdy tylko poczu­łem, że ostrze Al Sorny prze­bija mój krę­go­słup i wycho­dzi ple­cami. Ból był taki, jak można sobie wyobra­zić. Ale ja zna­łem ból. Byłem bowiem Obva­rem Nage­ri­kiem, namasz­czo­nym czem­pio­nem samego Ostrza Ciem­no­ści i w Stahl­ha­ście tylko jemu ustę­po­wa­łem sławą. Sto­czy­łem wiele bitew i nie będzie prze­chwałką, kiedy powiem, że nie potra­fi­łem i na­dal nie potra­fię zli­czyć, ilu ludziom ode­bra­łem życie. Odnie­sione przeze mnie rany rów­nież są nie do poli­cze­nia, choć nie­które prze­trwały w pamięci dłu­żej niż inne. Strzała w Bitwie Trzech Rzek, która prze­szyła moje ramię aż do kości. Miecz, który roz­orał mój oboj­czyk w dniu, kiedy wyrżnę­li­śmy pierw­szą armię, wysłaną prze­ciwko nam przez kupiec­kiego króla. Ale żadna z nich nie bolała tak mocno jak ta ani nie zadała rów­nie potęż­nego ciosu mojej dumie. Przez wszyst­kie póź­niej­sze lata nie byłem pewien, co zabo­lało bar­dziej: prze­bi­cie ostrzem mojej piersi aż do ple­ców czy świa­do­mość, że zaraz umrę z ręki prze­klę­tego uzur­pa­tora, Zło­dzieja Imion. Bowiem jego słowa mnie roz­gnie­wały, a w tam­tych cza­sach prze­ży­wało nie­wielu z tych, któ­rzy wzbu­dzili mój gniew.

"On nie jest bogiem. Ty nie jesteś czę­ścią boskiej misji. Wszyst­kie mordy, któ­rych doko­na­łeś, są bez­war­to­ściowe. Jesteś zabójcą w służ­bie kłamcy...". Jego słowa. Budzące wście­kłość, nie­na­wistne słowa. Tym gor­sze, że zawie­rały prawdę, prawdę ujaw­nioną w pie­śni Jade­ito­wej Księż­niczki, choć w głębi serca zna­łem ją już wcze­śniej.

Wie­rzę, że to gniew utrzy­mał mnie wtedy przy życiu, kiedy krew zbie­rała się w moim gar­dle, a płu­com bra­ko­wało powie­trza. Kiedy ból roz­ry­wał mnie od stóp do głów, a moje trze­wia się roz­luź­niły, nie mia­łem złu­dzeń i wie­dzia­łem, że nie­gdyś potężny Obvar wkrótce będzie kolej­nym tru­pem wala­ją­cym się po obo­jęt­nym Żela­znym Ste­pie. Jed­nakże nawet wtedy uchwyt mojej dłoni na ręko­je­ści sza­bli nie osłabł, a ramiona zacho­wały dość siły, by wycią­gnąć ostrze z ciała wroga. Al Sorna stał pro­sto, kiedy ja zro­bi­łem chwiejny krok do tyłu, coś do niego beł­ko­cząc. Wście­kłość i ból spra­wiły, że to, co wtedy mówi­łem, nie prze­trwało w mojej pamięci, ale wolę myśleć, że było to coś sto­sow­nie wyzy­wa­ją­cego, może nawet szla­chet­nego. Po coraz więk­szej bla­do­ści skóry widzia­łem, że Al Sorna umiera, kiedy na mnie patrzył z twa­rzą zasty­głą w wyra­zie nie­ulę­kłego ocze­ki­wa­nia.

Żad­nego stra­chu, pomy­śla­łem, kiedy unio­słem sza­blę, żeby go dobić. Przy­naj­mniej mia­łem jakąś satys­fak­cję. Mimo zasłu­żo­nej repu­ta­cji okrut­nego tak naprawdę ni­gdy nie lubi­łem zabi­jać ludzi, któ­rzy bła­gali o litość.

Pod­kute żela­zem kopyto tra­fiło mnie naj­pierw w udo, łamiąc je rów­nie łatwo jak suchą gałąź. Runą­łem na zie­mię. Nawet gdy­bym miał na to siłę, nie zdą­żył­bym się odto­czyć, bo kop­niaki spa­dały na mnie jak żela­zny deszcz, miaż­dżąc kości i roz­ry­wa­jąc ciało. Wcze­śniej wyobra­ża­łem sobie, że ból dobi­ja­ją­cego ciosu Al Sorny będzie naj­gor­szym, co mnie spo­tka. Myli­łem się. Nie było spa­da­nia w bło­go­sła­wioną nicość, żad­nego male­ją­cego punk­cika świa­tła, a jedy­nie prze­ra­że­nie i ago­nia czło­wieka zadep­ty­wa­nego na śmierć przez roz­ju­szo­nego konia, na koniec zaś uczu­cie szar­pa­nia. Przy­nio­sło ono nowy rodzaj cier­pie­nia, głęb­szego i bar­dziej fun­da­men­tal­nego, które prze­szyło samo moje jeste­stwo, nie tylko ciało. Zro­zu­mia­łem, że dusza została ze mnie wyszarp­nięta jak mięso z trupa.

Wkrótce to dozna­nie ustą­piło miej­sca mdlą­cej dez­orien­ta­cji. Wbrew kłam­stwu, któ­rym pocie­szy­łem Lura­lyn, nie upa­dłem, umie­ra­jąc, tylko poto­czy­łem się bez­ład­nie. Obrazy i emo­cje zaata­ko­wały mnie chmarą, nie pozo­sta­wia­jąc miej­sca na żadną logiczną myśl. Choć fizyczna ago­nia się skoń­czyła, ta część pod wie­loma wzglę­dami była gor­sza, bo wydo­była naj­gor­sze stra­chy, paniczną, roz­pacz­liwą świa­do­mość, że to, co znaj­duje się poza życiem, jest niczym wię­cej jak wiecz­nym cha­osem. Mimo to panika sła­bła, w miarę jak natłok obra­zów stop­niowo zle­wał się w wyraźne wspo­mnie­nie. Oto patrzy­łem oczami dziecka na zimną gniewną twarz matki.

"Jesz wię­cej niż prze­klęte konie", wybur­czała, odpę­dza­jąc mnie, kiedy się­gną­łem po upie­czone przez nią ciastka owsiane. "Inne łona są bło­go­sła­wione przez Boską Krew, a ja dostaję cho­dzący żołą­dek". Rzu­ciła we mnie patel­nią, wyga­nia­jąc z namiotu. "Idź zabierz jedze­nie innym bacho­rom, jeśli jesteś taki głodny! I nie wra­caj przed nocą".

Wspo­mnie­nie roz­pa­dło się i zama­zało, a po chwili ponow­nie ufor­mo­wało w coś zna­jo­mego. W twarz Lura­lyn tam­tego dnia, kiedy wal­czy­łem z Kehl­bran­dem. Zna­łem je dobrze, bo czę­sto mnie nawie­dzało, a przy­naj­mniej sądzi­łem, że je znam. W mojej pamięci zawsze domi­no­wała walka, silne ciosy pię­ści, żela­zny posmak wła­snej krwi, kiedy Kehl­brand spu­ścił mi naj­so­lid­niej­sze lanie, jakie w życiu dosta­łem. Ale tym razem było ina­czej, bo widzia­łem obli­cze Lura­lyn ścią­gnięte w bez­sil­nej wście­kło­ści i łzy pły­nące z jej oczu -?widzia­łem, a ude­rze­nia Kehl­branda sta­no­wiły jedy­nie zakłó­ce­nie. Potem jej twarz się zmie­niła, nabrała kobie­cej peł­no­ści, budząc we mnie pełną roz­go­ry­cze­nia, ale upo­rczywą mie­sza­ninę pożą­da­nia i tęsk­noty.

Ależ z cie­bie obrzy­dliwe zwie­rzę, Obva­rze.

Teraz wyraz jej twa­rzy, oświe­tlo­nej przez zacho­dzące słońce i przy­ćmiony blask tysięcy obo­zo­wych ognisk ota­cza­ją­cych Wielki Tor, był pogar­dliwy. Pomy­śla­łem wtedy, jak przy­jem­nie na jej gład­kim licu wyglą­dają zmie­nia­jące się kolory. Na języku czu­łem smak wina, cum­bra­el­skiego wina, choć w tam­tych cza­sach nie mia­łem poję­cia o jego pocho­dze­niu ani mnie ono nie obcho­dziło. Za Lura­lyn widzia­łem wysoką postać jej brata, który stał nad tru­pem leżą­cym na ołta­rzu. Dłu­gie, musku­larne, obna­żone ciało Teh­lvara było blade, bez­władne, popla­mione zaschniętą krwią, która wycie­kła z rany od noża na jego piersi.

To dzień, kiedy Wielki Kapłan zadał Teh­lva­rowi dru­gie pyta­nie, uświa­do­mi­łem sobie, patrząc, jak Lura­lyn nie­chęt­nie pociąga łyk z bukłaka, który podało jej moje młod­sze ja. Kiedy wszystko się zaczęło.

Poczu­łem to wszystko znowu, w miarę jak wspo­mnie­nie się roz­wi­jało. Kolejny przy­pływ żądzy i gniewu z powodu -?teraz już zwy­cza­jo­wej - odmowy Lura­lyn, jesz­cze sil­niej­szy, gdy Kehl­brand wezwał ją do sie­bie, a mnie odpra­wił. To, co zamie­rzał powie­dzieć, nie było prze­zna­czone dla moich uszu. I dla­czego mia­łoby być? Jakiej mądrej rady mógł­bym udzie­lić? Mia­łem zostać czem­pio­nem Ostrza Ciem­no­ści, ale nie jego doradcą. Upływ lat pozwo­lił wyraź­niej dostrzec ścieżkę pro­wa­dzącą do tego punktu histo­rii, w któ­rym imię Kehl­branda Rey­erika prze­nosi się do kró­le­stwa mrocz­nej legendy. Sądzi­łem, że zaczęło się to w chwili mojej śmierci, ale teraz wiem, że począt­kiem była chwila, kiedy wielka bestia ruszyła cięż­kim kro­kiem do ciem­nie­ją­cego obozu, żeby wyła­do­wać swoje fru­stra­cje we wszel­kiego rodzaju paskud­nych uczyn­kach. W głębi serca bestia wie­działa, że jest jedy­nie cenio­nym psem, ow­szem, sil­nym i bru­tal­nym, ale mimo wszystko psem.

Czy tym jest śmierć? -?zasta­na­wia­łem się, kiedy wspo­mnie­nie znowu się zmie­niło. Wielki Tor i obóz znik­nęły w wiru­ją­cej mgle. Odtwa­rza­niem wciąż na nowo, bez końca, krzywd zazna­nych w życiu. Jeśli tak, to czy mogę zgod­nie z prawdą twier­dzić, że nie zasłu­ży­łem na taki los?

Kiedy obraz znowu się wyostrzył, zda­wało się, że i tym razem potwier­dza on moje podej­rze­nia, gdyż była to następna chwila, którą wolał­bym zapo­mnieć. Sta­łem z Kehl­bran­dem w komo­rze pod Gro­bow­cem Nie­wi­dzial­nych. Trupy kapła­nów, któ­rych zabi­li­śmy, do tej pory się roz­ło­żyły, wysu­szone ciało odpa­dło od kości w tej suchej, pra­sta­rej jaskini. Mimo to zapach śmierci na­dal uno­sił się w powie­trzu.

Przy­po­mnia­łem sobie teraz, że Kehl­brand zasko­czył mnie nale­ga­niem na powrót do Wiel­kiego Toru po upadku Leshun-Kho. Tak wiel­kie zwy­cię­stwo powinno zakoń­czyć się cało­nocną zabawą wraz ze wszyst­kimi jej atrak­cjami. Głód, za który kar­ciła mnie matka, nie osłabł w miarę dora­sta­nia, a wraz z nadej­ściem doro­sło­ści dołą­czyły do niego inne ape­tyty. Jed­nakże Ostrze Ciem­no­ści nie pozwo­lił na żadne świę­to­wa­nie. Kiedy rzeź się doko­nała, a Lura­lyn wybrała sobie jeń­ców, Kehl­brand prze­ka­zał mia­sto w ręce zaufa­nego skel­tira z dzie­się­cioma tysią­cami wojow­ni­ków, żeby go strze­gli przed kontr­ude­rze­niem z połu­dnia.

-?Zamie­rzasz ruszyć na Keshin-Kho? -?spy­ta­łem. W mojej piersi nie­cier­pliwe wycze­ki­wa­nie mie­szało się z lękiem. Choć zawsze pali­łem się do walki, wielka for­teca była celem budzą­cym grozę, nawet dla naszych wciąż powięk­sza­ją­cych się sił.

-?Nie, przy­ja­cielu -?odpo­wie­dział Kehl­brand. -?Jedziemy do domu. Czas się przy­go­to­wać.

-?Na co?

Zmru­żył oczy, patrząc na swoją sio­strę. Od upadku mia­sta obli­cze Lura­lyn było posępne, przy­pusz­cza­łem, że z powodu jej zbyt­niej wraż­li­wo­ści, która zawsze wyda­wała mi się dziw­nie nie­ty­powa jak na hordę. Jed­nakże Kehl­brand nie­zmien­nie oka­zy­wał zaufa­nie, jakim obda­rzał sio­strę, przy­naj­mniej do tej pory.

-?Jesz­cze nie jestem pewien... -?rzekł, wsia­da­jąc na konia. -?Ale będę cze­goś od cie­bie potrze­bo­wał, przy­sługi, o którą nie­chęt­nie pro­szę.

-?Jesteś mestra-skel­ti­rem -?przy­po­mnia­łem mu. Nawet wtedy wzdra­ga­łem się przed uży­wa­niem jego boskiego miana, a on uznał za sto­sowne tego nie dostrze­gać. -?Proś o wszystko, a ja to zro­bię.

Wbił we mnie nie­ru­chome, ale pozba­wione wyrazu spoj­rze­nie. Kiedy prze­mó­wił, w jego gło­sie pobrzmie­wała nuta żalu, który rzadko u niego sły­sza­łem.

-?Przy­po­mnę ci o tej obiet­nicy, bra­cie.

Poje­cha­li­śmy zatem do domu z woj­skiem za ple­cami. Thula zostali wysłani na wschód i na zachód, żeby nękać nad­gra­niczne gar­ni­zony, ale Stahl­hast ruszył na pół­noc, z powro­tem do Wiel­kiego Toru, a tam Kehl­brand kazał mu podą­żyć za nim do Gro­bowca i tego, co się pod nim kryło.

-?Dotknij go.

Kamienna powierzch­nia była gładka i czarna, nie licząc zło­tych żył, które ją prze­ci­nały i które w bla­sku pochodni wyglą­dały, jakby pul­so­wały wła­snym świa­tłem. Przy­po­mnia­łem sobie prze­ra­że­nie Lura­lyn tam­tej nocy, kiedy zabi­li­śmy kapła­nów, i stwier­dzi­łem, że wcale się jej nie dzi­wię.

-?Ktoś nad­cho­dzi -?powie­dział Kehl­brand. -?Wróg, któ­rego nie możesz poko­nać.

Ode­rwa­łem wzrok od kamie­nia i przy­wo­ła­łem na usta sze­roki uśmiech, żeby ukryć nie­pew­ność, którą budziła we mnie bli­skość naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cego przed­miotu w dzie­jach Stahl­ha­stu, obiektu tak świę­tego, że Wieczne Prawa naka­zy­wały kara­nie śmier­cią każ­dego, kto na niego spoj­rzał, a nie został wybrany przez kapła­nów. Tyle że oni teraz nie żyli, a Wieczne Prawa były rzadko przy­wo­ły­waną pozo­sta­ło­ścią po cza­sach przed wynie­sie­niem Kehl­branda. Po co Stahl­ha­stowi Hor­dzie były jakieś prawa, skoro mie­li­śmy słowo Ostrza Ciem­no­ści, słowo boga?

-?Nie ma takiego czło­wieka, któ­rego nie potra­fię poko­nać - powie­dzia­łem.

-?Ależ jest, możesz być pewien. Ukradł moje imię i wkrótce przy­bę­dzie, żeby ukraść wszystko, co zbu­do­wa­li­śmy. -?Kehl­brand się­gnął ponad kamie­niem i chwy­cił moje przed­ra­mię. -?Dotknij go. -?Jego wzrok był ostry, nie­ustę­pliwy, roz­ka­zu­jący. To była twarz, którą przy­brał, kiedy został kimś wię­cej niż mestra-skel­ti­rem, twarz Ostrza Ciem­no­ści. - Dotknij go, a potężny Obvar sta­nie się jesz­cze potęż­niej­szy.

Nawet mimo słabo tłu­mio­nego powąt­pie­wa­nia w boskość boga trudno jest odmó­wić jego roz­ka­zowi. Wcze­śniej czę­sto roz­wa­ża­łem myśl, że powłoka Ostrza Ciem­no­ści to tylko kolejny for­tel, spo­sób na prze­cią­ga­nie na swoją stronę tych, któ­rych kie­dyś znie­wo­li­li­śmy, i tych, któ­rych wkrótce mie­li­śmy pod­bić. Jeśli tak, z pew­no­ścią sztuczka oka­zała się sku­teczna. Ale patrząc teraz w jego oczy, zro­zu­mia­łem po raz pierw­szy, że Kehl­brand Rey­erik nie odgry­wał roli boga. Przy­naj­mniej w swoim mnie­ma­niu był Ostrzem Ciem­no­ści i w tam­tej chwili ja też w to wie­rzy­łem. Wiele lat póź­niej zro­zu­mia­łem, że wła­śnie takie chwile sła­bo­ści ska­zują na zagładę, mgnie­nia, w któ­rych rozum i wąt­pli­wo­ści są przy­ćmie­wane przez ślepą wiarę i miłość.

Roz­po­star­łem palce, kiedy Kehl­brand posłał mi ponury uśmiech satys­fak­cji i przy­ci­snął moją dłoń do powierzchni kamie­nia.

To było jak dotknię­cie pło­mie­nia, ale poczu­łem ból dużo gor­szy niż przy zwy­kłym opa­rze­niu. Prze­szył moją dłoń, ramię, całe ciało. Biały ogień eks­plo­do­wał w moich oczach i towa­rzy­szył mu ryk, który zagłu­szył mój wła­sny wrzask. Ogień zgasł rów­nie szybko, jak się poja­wił, a ja przez krótką sekundę widzia­łem przed sobą parę oczu. Czarne źre­nice osa­dzone w żół­tych gał­kach nakra­pia­nych zie­le­nią i oto­czo­nych przez prę­go­wane futro o wzo­rze rów­nie zło­żo­nym jak syme­trycz­nym. Tygrys, uświa­do­mił sobie mój obo­lały umysł, kiedy śle­pia zaj­rzały w moją duszę. Nie usły­sza­łem żad­nych słów, nie zoba­czy­łem niczego oprócz tych oczu, ale poczu­łem moc ich wła­ści­ciela wyraź­niej niż wszel­kie rany, które odnio­słem wcze­śniej i póź­niej.

Głód. Głę­boki, żar­łoczny, nie­na­sy­cony głód.

Oczy zamru­gały i znik­nęły, zosta­wia­jąc po sobie szarą mgłę i nagły brak wszel­kich doznań. Kiedy mgła się roz­wiała, stwier­dzi­łem, że leżę na ple­cach i patrzę na zatro­skaną twarz Rey­erika.

-?Było ina­czej -?stwier­dził Kehl­brand gło­sem cichym i zamy­ślo­nym, jakby mówił bar­dziej do sie­bie niż do mnie. -?Dla­czego było ina­czej?

-?Ina­czej? -?Jęk­ną­łem i ują­łem jego dłoń, a on pomógł mi wstać.

-?Obda­rzy­łem darami wielu przed tobą, bra­cie. Był u nich zamęt w gło­wie, ale żad­nego bólu. -?Przyj­rzał mi się z uwagą, z czo­łem zmarsz­czo­nym w nie­zwy­kłej dla niego kon­cen­tra­cji. -?Czu­jesz to? Wiesz, co to jest?

-?Czuję?

Kelh­brand wes­tchnął z iry­ta­cją, widząc moją dez­orien­ta­cję, a ja doda­łem:

-?Bolało.

-?I nic wię­cej? Nie czu­jesz niczego wię­cej?

Cof­ną­łem się i nie dba­jąc o ska­żone powie­trze tego miej­sca, wzią­łem ury­wany oddech. Prawdę mówiąc, czu­łem jedy­nie lek­kie mro­wie­nie po doświad­czo­nym bólu. Ręce mia­łem silne jak zawsze, ale nie sil­niej­sze. Podob­nie wzrok, teraz oczysz­czony z sza­rej mgły, był ostry, ale oprócz solid­no­ści tej jaskini nie dostrze­ga­łem niczego nie­zwy­kłego.

-?Ja jestem... sobą, bra­cie.

-?Nie. -?Kelh­brand pokrę­cił głową. Czoło na­dal miał zmarsz­czone, głos zabar­wiony słabą nutą gniewu. -?Twoja melo­dia jest inna. -?Prze­krzy­wił głowę i ści­szył głos do szeptu. -?Nie jestem pewien, czy mi się podoba.

Zamru­gał, a ja nie zdo­ła­łem poha­mo­wać drże­nia, bo w tym momen­cie jego oczy tak bar­dzo przy­po­mi­nały tygry­sie, że poczu­łem spazm nie­daw­nego bólu. Kiedy Kehl­brand znowu się ode­zwał, jego czoło się wygła­dziło, a ton był nie­dbały.

-?No, dobrze, na pewno wkrótce to da o sobie znać.

-?Lura­lyn mogłaby wie­dzieć ... -?zaczą­łem, ale szybko zosta­łem uci­szony.

-?Nie. -?Ton jego głosu był roz­ka­zu­jący. -?Prawdę mówiąc, Obva­rze, wolał­bym, żebyś od tej pory cał­ko­wi­cie uni­kał towa­rzy­stwa mojej sio­stry. Ona uważa cię w naj­lep­szym razie za męczą­cego i, szcze­rze mówiąc, twoje sta­ra­nia zawsze były nie­po­trzebne, nawet nie­sto­sowne. Osta­tecz­nie ona jest naj­bliż­szą i naj­bar­dziej uko­chaną krewną Ostrza Ciem­no­ści. Lura­lyn nie jest dla cie­bie.

I wtedy to poczu­łem, oprócz urazy wywo­ła­nej jego sło­wami, że jestem nie­godny serca jego sio­stry, oprócz gniewu spo­wo­do­wa­nego przez jego non­sza­lancki ton, ton pana wobec nie­wol­nika. Pośród tego wszyst­kiego poczu­łem i usły­sza­łem coś wię­cej. Coś jakby słowa wypo­wie­dziane przez dwoje ust jed­no­cze­śnie, jedne z bez­tro­sko obraź­liwą nutą Kehl­branda, dru­gie brzmiące bar­dziej jak syk pod­łego, zdra­dli­wego nik­czem­nika. Słowa były iden­tyczne, ale ton nie pozo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści, że wszystko jest kłam­stwem. Każda sylaba ocie­kała fał­szem. Usły­sza­łem, że istot­nie Lura­lyn zawsze lubiła odrzu­cać moje awanse, ale to nie dla­tego Kehlbn­rand chciał, żebym jej uni­kał.

On się boi tego, co ona mi powie, albo co ja mogę jej powie­dzieć.

Wró­ci­łem spoj­rze­niem do kamie­nia, niczym nie­wy­róż­nia­ją­cego się czar­nego cokołu ze zło­tymi żyłami, jesz­cze wyraź­niej pul­su­ją­cego teraz życiem. To jego dar, zro­zu­mia­łem. Kłam­stwa.

-?Och, nie bądź zły -?powie­dział Kehl­brand, uśmie­cha­jąc się i kła­dąc dłoń na moim ramie­niu w geście współ­czu­cia i otu­chy. -?W głębi serca wie­dzia­łeś, że zawsze tak będzie. Kiedy ruszymy na połu­dnie, nie zabrak­nie ci żon. Sły­sza­łem, że król Lian Sha ma całe skrzy­dło pałacu zamiesz­kane przez bar­dzo uro­dziwe kon­ku­biny.

"To tylko pies", poin­for­mo­wał mnie drwiący głos. "Któ­remu rzuca się ochłapy ze stołu Ostrza Ciem­no­ści".

Instynkt wojow­nika to cenna rzecz, podobna pod wie­loma wzglę­dami do instynktu tchó­rza, bo docho­dzi do głosu w chwi­lach naj­więk­szego zagro­że­nia. Kiedy Kehl­brand zaśmiał się i uści­snął moje ramię z bra­ter­skim uczu­ciem, wie­dzia­łem, że zabiłby mnie bez waha­nia, gdyby moje następne słowa były inne od tych, któ­rych ocze­kuje się od naj­wier­niej­szego psa.

-?Jak Ostrze Ciem­no­ści roz­każe -?powie­dzia­łem, skła­nia­jąc głowę.

Zaraz potem zalały mnie wspo­mnie­nia niczym poszar­pane kur­tyny desz­czu nie­sione przez wiatr. Wiel­kie zwy­cię­stwo nad armią kupiec­kich kró­lów, sze­regi zała­mu­jące się pod napo­rem Uwol­nio­nych Lura­lyn, eks­taza rzezi, jaka potem nastą­piła. Powrót do Wiel­kiego Toru i przy­by­cie Jade­ito­wej Księż­niczki w towa­rzy­stwie uzdro­wi­cielki i Zło­dzieja Imion, któ­rego Kelhl­brand spo­dzie­wał się od dawna. Choć byłem przy­zwy­cza­jony do wyczu­wa­nia zagro­żeń ze strony poten­cjal­nych wro­gów, to stwier­dzi­łem, że ten jest dziw­nie zagad­kowy. Wysoki i silny, to pewne, ale nie tak jak ja. Miał bystry umysł i sły­nął z prze­bie­gło­ści, ale, prawdę mówiąc, nie poczu­łem przy nim ani onie­śmie­le­nia ani stra­chu. Może wła­śnie to prze­są­dziło o moim losie, bo gdy­bym się bał, mógł­bym go poko­nać.

Potem roz­brzmiała pieśń Jade­ito­wej Księż­niczki, a przed jej prawdą nie dało się uciec. Dar kamie­nia obda­rzył mnie zdol­no­ścią sły­sze­nia kłamstw, tak że sta­wa­łem się bogaty w świe­ci­dełka, uży­wa­jąc go w namio­cie hazardu, ale nie ujaw­nił mi, do jakiego stop­nia sam sie­bie oszu­ki­wa­łem. Koiłem swoją dumę, zra­nioną przez lek­ce­wa­że­nie Kelhl­branda, przy­kła­da­jąc zbyt dużą wagę do sza­cunku, jaki oka­zy­wał mi od tam­tej pory. Stahl­hast nie postrzega bogac­twa tak samo jak połu­dniowcy. Choć cenimy złoto i roz­ma­ite skarby, praw­dziwe bogac­two kryje się w sła­wie, a teraz moją legendę przy­ćmie­wała tylko legenda Ostrza Ciem­no­ści i jego obda­rzo­nej sio­stry. Stała się ona tar­czą prze­ciwko moim wąt­pli­wo­ściom, wygod­nym futrem otu­la­ją­cym mnie, kiedy szy­der­czy głos wra­cał, żeby mnie drę­czyć. Ale nie ist­niała żadna tar­cza chro­niąca przed pie­śnią Jade­ito­wej Księż­niczki.

To wszystko kłam­stwo.

Zro­zu­mia­łem to, kiedy jej pieśń bez wysiłku for­so­wała moją obronę, ata­ko­wała moją duszę, jed­no­cze­śnie piękna i straszna. Wszyst­kie jego pochwały, wszyst­kie dary, uda­wa­nie bra­ter­stwa od lat chło­pię­cych. Kłam­stwa. Pieśń zmu­siła mnie do spoj­rze­nia na niego nowymi oczami, do zoba­cze­nia sztucz­no­ści w każ­dym wyra­zie twa­rzy, kal­ku­la­cji kry­ją­cej się za każ­dym sło­wem. Pośród tego wszyst­kiego dostrze­głem tylko dwie prawdy: jego miłość do Lura­lyn i wiarę we wła­sną boskość. Kłam­liwy bóg, ale żywy w jego wła­snych oczach.

Wspo­mnie­nia nagle się zatrzy­mały w chwili, kiedy Kehl­brand ude­rzył Jade­itową Księż­niczkę, co oszczę­dziło mi widoku mojego poje­dynku z Al Sorną. Poczu­łem się unie­ru­cho­miony, spę­tany. Chyba przez cały wiek nic nie widzia­łem, nic nie sły­sza­łem i nic nie czu­łem, oprócz wra­że­nia, że jestem uwię­ziony. Wyda­wało mi się, że sły­szę wście­kłe dud­nie­nie wła­snego serca, ale wkrótce zro­zu­mia­łem, że to tylko wspo­mnie­nie pulsu, bo już nie mia­łem serca ani ciała. Pomimo mojej repu­ta­cji strach nie był nie­obecny w moim życiu, podob­nie jak w życiu każ­dego innego czło­wieka sto­ją­cego w obli­czu śmierci. Zawsze jed­nak potra­fi­łem nad nim zapa­no­wać, kon­tro­lo­wać go, prze­kuć we wście­kłość, która roz­kwi­tała w cza­sie bitwy. Ale tutaj nie było żad­nej bitwy, tylko schwy­ta­nie w pułapkę, jak w przy­padku muchy ska­za­nej na mio­ta­nie się w paję­czej sieci. Strach szybko zmie­nił się w prze­ra­że­nie, w rodzaj prze­ra­że­nia, które ogar­nia czło­wieka i zmu­sza go do krzyku, ale ja nie mia­łem ust, żeby krzy­czeć.

Wtedy roz­legł się ryk, krótki, ale gniewny, pełen nie­cier­pli­wo­ści. Nie roz­róż­ni­łem w nim żad­nych słów, ale w jakiś spo­sób od razu poją­łem roz­kaz: "Cisza!".

Odzy­ska­łem wzrok i poczu­łem się zaplą­tany w sieć, a gdzieś w głębi mnie nara­stał słaby pomruk cie­ka­wo­ści. W mroku uka­zało się dwoje zmru­żo­nych badaw­czo oczu, które już wcze­śniej widzia­łem.

To mnie zje! Ta myśl wypły­nęła na powierzch­nię umy­słu z sza­le­ją­cego potoku stra­chu. Czu­łem jego głód, rów­nie nie­na­sy­cony jak wcze­śniej. Tygrys naj­wy­raź­niej nie dostrzegł w mojej duszy solid­nego pokarmu, bo jego szczęki pozo­stały zamknięte. Poczu­łem ulgę, która szybko zga­sła, gdy śle­pia się zbli­żyły, zimne i nie­mru­ga­jące. Bestia zary­czała, tym razem gło­śniej i dłu­żej. I znowu roz­kaz był jasny: "Zwrócę cię! A ty mnie nakar­misz!".

Jego wola oto­czyła mnie niczym gigan­tyczna pięść ści­ska­jąca komara. Potem poja­wiło się uczu­cie wyry­wa­nia, uwal­nia­nia z sieci i odrzu­ca­nia. Pyłek kurzu ciśnięty przez bez­kształtną pustkę, spa­da­jący i spa­da­jący, do czasu, aż coś go schwy­tało, kolejna sieć, ale tym razem ufor­mo­wana z bólu. Ten ból mnie zalał, połą­czył się w ogni­ste kule, a te wydłu­żyły się i roz­cią­gnęły, aż stały się koń­czy­nami. Szybko nastą­piło wię­cej cier­pie­nia i powstało serce, które zaczęło pra­co­wać, kiedy zamknęły się wokół niego świeżo wykute żebra. Macki ago­nii stały się żyłami, kur­tyna ognia spa­dła na nagie mię­śnie nowego ciała, innego ciała, zmie­niła się w skórę. Ból osłabł, kiedy ciało okrze­pło wokół mojej duszy, ale nie ustą­pił cał­kiem, tylko czaił się we wnętrz­no­ściach jak gorący, gniewny pło­mień.

Krzyk­ną­łem ura­do­wany, że mam głos i mogę krzy­czeć. Mia­łem rów­nież skórę i czu­łem pod sobą twardy kamień i piesz­czotę chłod­nego powie­trza. Jed­nakże wszelka radość wypa­ro­wała, gdy sobie uświa­do­mi­łem, że w moim brzu­chu nara­sta ból i roz­prze­strze­nia się z gwał­tow­no­ścią, która - wie­dzia­łem to -?wkrótce mnie zabije.

-?Anti­do­tum! -?pole­cił ktoś. -?Szybko!

Ukłu­cie cze­goś draż­nią­cego na języku, spa­zma­tyczne dła­wie­nie się, kiedy płyn spły­wał mi do gar­dła. Kolejny krótki wybuch ago­nii we wnętrz­no­ściach, a potem wszystko znik­nęło, uga­szone przez paskudz­two, które połkną­łem.

-?Otwórz oczy -?pole­ciła ta sama osoba i poczu­łem na szczęce silne palce.

Na widok ostrego świa­tła pło­ną­cej pochodni przy­su­nię­tej do twa­rzy zamru­ga­łem i gwał­tow­nie wcią­gną­łem powie­trze, a z oczu stru­mie­niem pocie­kły mi łzy. On maja­czył nade mną, wpa­try­wał się we mnie twar­dym, badaw­czym, pyta­ją­cym spoj­rze­niem.

-?Masz dla mnie wia­do­mość? -?spy­tał w języku połu­dniow­ców.

Drgnął zdzi­wiony, kiedy odpo­wie­dzia­łem w języku Stahl­ha­stu, choć wyda­wało się, że te gło­ski źle pasują do ust, które je for­mo­wały.

-?Kehl­brand... -?wychry­pia­łem. -?Bra­cie?

Wypro­sto­wał się i jego ręka zsu­nęła się z mojej twa­rzy, a badaw­czy wyraz twa­rzy zmie­nił się w powi­talny uśmiech. Jaka­kol­wiek była natura moich ostat­nich podróży, dar kamie­nia w jakiś spo­sób zdo­łał prze­trwać w mojej duszy, bo usły­sza­łem kłam­stwo rów­nie wyraź­nie jak dźwięk biją­cego dzwonu.

-?Witaj z powro­tem, Obva­rze.

"To zwró­ciło mi psa", prze­tłu­ma­czył szy­derca. "Może w końcu okaże się uży­teczny".

* * *

Wielka for­teca Keshin-Kho leżała pod sza­rymi opa­rami, które wyda­wały się odporne na silny pół­nocny wiatr, który pędził od strony Żela­znego Stepu. Na uli­cach nie było żad­nych miesz­kań­ców, tylko wędru­jące bandy Stahl­ha­stu, Thuli i Uwol­nio­nych zajęte poszu­ki­wa­niem łupów. Tu i ówdzie leżały trupy, ale więk­szość została usu­nięta w ciągu dwóch dni po upadku mia­sta. Potra­fi­łem jed­nak oce­nić zażar­tość bitwy po poczer­nia­łych ruinach, które na­dal posy­łały dym w całun zale­ga­jący nad mia­stem.

-?Trzy­dzie­ści tysięcy albo wię­cej -?powie­dział Kehl­brand, z typową dla sie­bie łatwo­ścią śle­dząc bieg moich myśli. -?Tyle mnie kosz­to­wało jego zaję­cie, Obva­rze. To było wido­wi­sko, muszę przy­znać. Już kaza­łem kilku uczo­nym pra­co­wać nad rela­cją. Kolejny roz­dział do eposu o Ostrzu Ciem­no­ści, oczy­wi­ście, gdy zosta­nie sto­sow­nie zre­da­go­wany.

Poło­żył dłoń na moich ple­cach i ruszył wzdłuż blan­ków. Przy­pro­wa­dził mnie do wewnętrz­nego i naj­wyż­szego muru mia­sta, przez cały czas opo­wia­da­jąc o swo­ich osią­gnię­ciach od czasu mojej śmierci, pod­czas gdy mój na­dal zamro­czony umysł sta­rał się przy­swoić istotne szcze­góły. Dużo mnie omi­nęło, a zwłasz­cza zaję­cie Keshin-Kho, co od poko­leń było ambi­cją Stahl­ha­stu. Mimo całego oszo­ło­mie­nia wstyd, że nie bra­łem udziału w zdo­by­ciu twier­dzy, bolał mnie bar­dziej, niż­bym chciał.

-?Nie oba­wiaj się, przy­ja­cielu -?powie­dział Kehl­brand. -?Będzie sława do zdo­by­cia, kiedy ruszymy na połu­dnie. Choć nie­stety uzna­nie przy­pad­nie w udziale two­jemu nowemu ja.

Spoj­rza­łem na niego, gdy nagle poją­łem, jak oso­bli­wie zabrzmiały te słowa.

Rey­erik był wyso­kim czło­wie­kiem, lecz ja zawsze prze­wyż­sza­łem go wzro­stem, a teraz stwier­dzi­łem, że nie podoba mi się ta nowa dys­pro­por­cja.

-?Nie przej­muj się tym zbyt­nio -?uspo­koił mnie Kehl­brand z uśmie­chem, w któ­rym było iry­tu­jąco dużo roz­ba­wie­nia. -?Z tego, co rozu­miem, to pierw­sza z two­ich powłok. Może następna bar­dziej ci się spodoba.

-?Gdzie...? -?Urwa­łem, kiedy ogar­nęła mnie następna fala dez­orien­ta­cji.

Obrazy, któ­rych ni­gdy nie widzia­łem, prze­mknęły przez moją głowę wraz z emo­cjami, któ­rych ni­gdy nie czu­łem. Sko­rupa, przy­po­mnia­łem sobie. To tylko sko­rupa ukra­dziona czło­wie­kowi nie­mal zabi­temu przez tru­ci­znę.

-?Musia­łem go zmu­sić, żeby dotknął kamie­nia -?wyja­śnił Kehl­brand w tam­tych pierw­szych chwi­lach po moim prze­bu­dze­niu, kiedy zata­cza­łem się po kom­na­cie cał­kiem zdez­o­rien­to­wany. -?Ina­czej nie mógł­byś zawład­nąć tym cia­łem. Zdaje się, że ten czło­wiek miał nie­sa­mo­witą zdol­ność licze­nia. Wpraw­dzie to mało zna­czący dar, ale na pewno znaj­dziemy dla niego zasto­so­wa­nie.

Zaci­sną­łem zęby, odpę­dza­jąc obce wspo­mnie­nia, żeby sku­pić się na swoim pyta­niu:

-?Gdzie jest Lura­lyn?

Kehl­brand zatrzy­mał się rap­tow­nie, a z jego twa­rzy znik­nął dobry humor. Dłoń spo­czy­wa­jącą na moim ramie­niu nagle zwi­nął w pięść i zabrał ją z cichym wes­tchnie­niem.

-?Odje­chała, przy­ja­cielu, Wybrała ścieżkę zdrady.

-?Lura­lyn cię zdra­dziła?

W jego gło­sie wyczu­łem brak kłam­stwa i smu­tek. Znowu się zachwia­łem i może bym upadł, gdyby on mnie nie przy­trzy­mał.

-?Wszystko się wyja­śni, ale teraz... -?Kehl­brand wska­zał głową w stronę ulic mia­sta -?...chcę, żebym ode­grał rolę, o któ­rej mówi­li­śmy.

Zatrzy­ma­li­śmy się na skraju blan­ków i spoj­rze­li­śmy w dół na roz­le­gły teren koszar, świą­tyni i dzie­dzińca. Na środku dzie­dzińca duża grupa ludzi sie­działa z pochy­lo­nymi gło­wami pod czuj­nym wzro­kiem oddziału wojow­ni­ków Stahl­ha­stu z wycią­gnię­tymi sza­blami. Mur patro­lo­wało stu albo wię­cej łucz­ni­ków, goto­wych w razie koniecz­no­ści wypu­ścić grad strzał. W mojej oce­nie jeń­ców było może sześć tysięcy, wszystko, co zostało z gar­ni­zonu liczą­cego dzie­siątki tysięcy żoł­nie­rzy.

-?Zanim zdo­ła­li­śmy oto­czyć mia­sto, gene­rał ewa­ku­ował wszyst­kich oprócz żoł­nie­rzy -?powie­dział Kehl­brand z nutą nie­chęt­nego sza­cunku w gło­sie. - Sprytny drań. Pew­nie uznał, że lepiej oszczę­dzić miesz­kań­com naszej bar­ba­rzyń­skiej uwagi. Zamiast tego pozba­wił ich miło­ści Ostrza Ciem­no­ści i zosta­wił mi tylko tę bandę. -?Wska­zał na jeń­ców. -?Tchó­rzy zbyt stra­chli­wych na to, by zgi­nąć w walce. Mia­łem nadzieję na wię­cej, ale to dopiero począ­tek. -?Ruszył w stronę scho­dów. -?Chodź, gene­rale, czas poznać swoją armię.

Wśród jeń­ców zapa­no­wało poru­sze­nie, kiedy szli­śmy przez dzie­dzi­niec. Posępny lęk poko­na­nych spo­dzie­wa­ją­cych się śmierci ustę­po­wał miej­sca prze­ra­że­niu na widok Ostrza Ciem­no­ści. Przez bez­ładne sze­regi prze­biegł nie­spo­kojny szmer, ale ze stra­chu przed Stahl­ha­stem nikt nie wstał. Jed­nakże nie­po­kój prze­ro­dził się w otwarte zdu­mie­nie, gdy jeńcy zoba­czyli moją twarz. Nie­któ­rzy krzyk­nęli, inni, zapewne wete­rani, zerwali się i sta­nęli na bacz­ność.

-?Opu­ścić broń! -?zawo­łał Kehl­brand do wojow­ni­ków Stahl­ha­stu, goto­wych ściąć tych, któ­rzy wstali. -?Dobrzy żoł­nie­rze oka­zują sto­sowny sza­cu­nek swo­jemu gene­ra­łowi.

Naj­wy­raź­niej wziąw­szy te słowa za coś w rodzaju znaku, wszy­scy jeńcy pod­nie­śli się z ziemi, a sier­żanci i kaprale zaczęli cicho wyda­wać roz­kazy, żeby zapro­wa­dzić jaki taki porzą­dek w sze­re­gach. Choć poko­nani sta­nęli na bacz­ność, wpa­try­wali się we mnie uważ­nie. Nie­któ­rzy nie byli we sta­nie ukryć podejrz­li­wo­ści, inni patrzyli z despe­racką nadzieją, że moja obec­ność może ozna­czać uwol­nie­nie. Przy­glą­da­jąc się ich twa­rzom, odnio­słem dziwne wra­że­nie, że nie­któ­rych roz­po­znaję i bez trudu przy­po­mi­nam sobie ich imiona.

Znam tych ludzi. Zamkną­łem oczy i oszo­ło­miony potrzą­sną­łem głową. Nie. To on znał tych ludzi.

-?Nie masz żad­nych słów dla swo­ich żoł­nie­rzy? -?zapy­tał Kehl­brand cicho, ale z naci­skiem.

Wypro­sto­wa­łem się i odchrząk­ną­łem. Zna­łem jedy­nie pod­stawy chu-shin i spo­dzie­wa­łem się, że dźwięki pły­nące z moich ust będą nie­pewne, nazna­czone mięk­kim akcen­tem Ste­pów. Mimo to słowa popły­nęły swo­bod­nie i z bie­gło­ścią, tak że nikt ze słu­cha­ją­cych nie oka­zał naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że zwraca się do nich czło­wiek, któ­rego twarz nosi­łem.

-?Zna­cie mnie -?zaczą­łem. -?Wy i ja wal­czy­li­śmy lojal­nie ramię w ramię. Słu­ży­li­ście pod moim sztan­da­rem z odwagą i męstwem w naj­trud­niej­szych cza­sach, a wasza służba przy­nosi mi zaszczyt. Dzi­siaj znowu pro­szę was o zaufa­nie. Czas, byście poznali prawdę, wsty­dliwe fakty o naszej zdra­dzie. Przez wiele dni wal­czy­li­śmy, żeby ura­to­wać to mia­sto, prze­le­wa­li­śmy krew, patrzy­li­śmy, jak umie­rają nasi bra­cia, a wszystko to robi­li­śmy z nadzieją, że zosta­nie dotrzy­mana obiet­nica ratunku. Nie­stety nie nad­szedł żaden ratu­nek. Kupiecki król nie przy­słał posił­ków. Opusz­czono nas, żeby­śmy tu zgi­nęli, a on mógł sie­dzieć w swoim pałacu i cie­szyć się bogac­twami. Zawsze tak było; bogac­two kupiec­kich kró­lestw zostało oku­pione krwią ich żoł­nie­rzy.

Więk­szość jeń­ców na­dal patrzyła na mnie zdez­o­rien­to­wana i zafa­scy­no­wana, ale ja zoba­czy­łem, że kilku marsz­czy brwi z gniewu albo pogardy. Czy ich dowódca został zdrajcą?

-?Wiedz­cie, że moje słowa są prawdą, bo Ostrze Ciem­no­ści mówi tylko prawdę. -?Wycią­gną­łem sztywne ramię w stronę Kehl­branda, który teraz miał na twa­rzy dosko­nale opa­no­wany wyraz żalu, jak czło­wiek bole­jący nad cier­pie­niem przy­ja­ciela. -?On do mnie prze­mó­wił, a ja usły­sza­łem w jego sło­wach prawdę i bez­miar lito­ści. On ofe­ruje nam życie, wol­ność od kaj­dan kupiec­kiego króla. Już nie będzie­cie dłu­żej nie­wol­ni­kami chci­wego starca, wasze żony i dzieci nie będą znały tylko pod­dań­stwa. Czci­godne Kró­le­stwo jest jedy­nie mar­twym potwo­rem żąd­nym zabi­ja­nia. Ja, Sho Tsai, nie­gdyś wasz gene­rał, nie­gdyś głu­piec, który spę­dzał dni na kła­nia­niu się przed nie­za­słu­gu­ją­cym na to skąp­cem, oddaję swój miecz na służbę Ostrza Ciem­no­ści. -?Wycią­gną­łem rękę z pal­cami roz­po­star­tymi w geście zapro­sze­nia. -?Przy­łącz­cie się do mnie. Razem zmie­ciemy zepsu­tych kupiec­kich kró­lów. Dołącz­cie do mnie!

Przez sze­regi prze­biegł gniewny pomruk, żoł­nie­rze wymie­niali spoj­rze­nia pełne roz­pa­czy i oszo­ło­mie­nia. Sho Tsai, dowódca Czer­wo­nych Zwia­dow­ców i obrońca Keshin-Kho, naj­wier­niej­szy sługa kupiec­kiego króla Lian Sha, teraz nawo­ły­wał do zdrady. Szem­ra­nie przy­brało na sile, roz­brzmiały okrzyki: "sza­le­niec" i "zdrada". Upo­rząd­ko­wane sze­regi zała­mały się, wielu jeń­ców, nie zwa­ża­jąc na nie­bez­pie­czeń­stwo, sta­nęło w posta­wie goto­wo­ści do walki. Było dla mnie jasne, że ci ludzie zaraz zginą pod gra­dem strzał i pod cio­sami sta­lo­wych ostrzy, że wszystko, co usły­szeli od swo­jego gene­rała, to kłam­stwa zdrajcy.

Kehl­brand wystą­pił do przodu.

Kiedy sze­roko roz­ło­żył ramiona, jeńcy natych­miast uci­chli, gniewne twa­rze zmie­niły się w puste maski ocza­ro­wa­nej widowni. Ja coś poczu­łem. Gdy wkro­czył w ich sze­regi, a oni roz­stą­pili się przed nim, tylko ja jedyny pośród tych ludzi wyczu­łem puls mocy. Od dawna wie­dzia­łem, że Kehl­brand otrzy­mał potężny dar po dotknię­ciu kamie­nia, ale teraz zro­zu­mia­łem, że dostał wię­cej niż jeden. Idąc mię­dzy jeń­cami, prze­mó­wił, a jego twarz i głos wyra­żały łagodną, ale wład­czą szcze­rość.

-?Posłu­chaj­cie słów swo­jego gene­rała -?rzekł, ści­ska­jąc po dro­dze ręce poko­na­nych żoł­nie­rzy. -?Posłu­chaj­cie prawdy.

Ale ja widzia­łem, że to nie jego słowa ich ocza­ro­wują, tylko on sam. Jego obec­ność spra­wiała, że twar­dzi wete­rani i nie­opie­rzeni mło­dzieńcy padali na kolana z oczami wil­got­nymi od uwiel­bie­nia. Lecz nie wszy­scy. Nie­któ­rzy nie uklę­kli, kil­ku­dzie­się­ciu jeń­ców cofało się przed nim z wyraźną odrazą. Po wyprak­ty­ko­wa­nej szyb­ko­ści, z jaką straż­nicy Stahl­ha­stu wkro­czyli, żeby odcią­gnąć te nie­uwie­dzione dusze przy cał­ko­wi­tej obo­jęt­no­ści ich klę­czą­cych towa­rzy­szy, pozna­łem, że takie sceny roz­gry­wały się już wcze­śniej. Wła­śnie w ten spo­sób Kehl­brand zwer­bo­wał swoją armię Uwol­nio­nych. Wła­śnie w ten spo­sób Ostrze Ciem­no­ści zapew­nił sobie prze­wagę nad wszyst­kimi innymi bogami.

-?Będzie­cie zaczy­nem nowej armii -?powie­dział do swo­ich nowych wyznaw­ców, któ­rzy z pochy­lo­nymi gło­wami skła­dali mu hołd albo wycią­gali do niego drżące ręce. -?Pod przy­wódz­twem boha­tera Sho Tsaia oswo­bo­dzi­cie naj­pierw Czci­godne Kró­le­stwo, a potem cały świat, żeby wszy­scy mogli poznać miłość Ostrza Ciem­no­ści.

* * *

W świą­tyni zoba­czy­łem ponad dwa tuziny nie­dawno zabi­tych jeń­ców, obok licz­nych tru­pów ludzi, któ­rzy naj­wy­raź­niej zgi­nęli w noc upadku mia­sta. Pamięć gene­rała, na­dal głów­nie bez­ładny natłok doznań i obra­zów, zawie­rała nie­ja­sne wspo­mnie­nie, że w cza­sie oblę­że­nia ta budowla została oddana ran­nym. Ostrze Ciem­no­ści naj­wi­docz­niej nie potrze­bo­wał nie cał­kiem zdro­wych na ciele. Scena przy­wo­łała nowy obraz, jaśniej­szy i wyraź­niej­szy niż inne. Kobiety, ciem­no­wło­sej i bla­dej, przy­po­mi­na­ją­cej wiele innych ze Stahl­ha­stu, o twa­rzy zna­nej rów­nież mojemu daw­nemu ja.

Uzdro­wi­cielka. Ta, którą połu­dniowcy nazy­wali Bło­go­sła­wień­stwem Nie­bios. Podró­żo­wała ze Zło­dzie­jem Imion. She­rin, miała na imię She­rin.

Przy­po­mnia­łem sobie, jak opa­try­wała rany na moich ple­cach, kiedy Kehl­brand zabrał Al Sornę do Gro­bowca. Tam­tej nocy entu­zja­stycz­nie odda­wa­łem się zaba­wie, dla­tego szu­ka­łem tych, któ­rzy podob­nie sobie fol­go­wali. Cie­le­sne popędy zawio­dły mnie do dwóch sióstr ze skeldu Woh­ten, czer­pią­cych taką samą przy­jem­ność z zada­wa­nia bólu jak z przyj­mo­wa­nia roz­ko­szy. Mimo bło­giego wytchnie­nia, które mi zapew­niały, mój nastrój pozo­sta­wał posępny. Przy­by­cie Zło­dzieja Imion po tylu mie­sią­cach cze­ka­nia skło­niło mnie do roz­my­ślań o kłam­stwach Kehl­branda, a to z kolei przy­po­mniało mi jego słowa, wypo­wie­dziane, zanim otrzy­ma­łem swój dar. "Ktoś nad­cho­dzi... Wróg, któ­rego nie możesz poko­nać".

Kolejne kłam­stwo, pocie­szy­łem się. Zwy­kła drwina, żeby ura­zić moją dumę.

-?Uhh! -?syk­ną­łem, kiedy rany na ple­cach zapie­kły od maści nakła­da­nej przez uzdro­wi­cielkę. -?Uwa­żaj, ty cudzo­ziem­ska dziwko! -?Zer­k­nąw­szy na nią przez ramię, ujrza­łem jedy­nie znu­żoną pobłaż­li­wość kogoś, kto bez wąt­pie­nia sły­szał wiele takich prze­kleństw. Łama­nym chu-shin zapo­wie­dzia­łem groź­nie: -?Jutro zabiję two­jego męż­czy­znę, wiesz?

Jej spoj­rze­nie bez cie­nia lęku było dener­wu­jące.

-?On nie jest moim męż­czy­zną -?powie­działa, a ja nie usły­sza­łem kłam­stwa w jej sło­wach. -?Ale, przez wzgląd na cie­bie, bła­gam, żebyś z nim nie wal­czył. On cię zabije.

Ostry krzyk prze­pło­szył wspo­mnie­nie i spro­wa­dził mnie z powro­tem do świą­tyni. Kobiecy krzyk.

-?Zna­la­złem ją w piw­nicy pod sto­sem węgla -?powie­dział wojow­nik Stahl­ha­stu. Ści­skał w gar­ści włosy swej zdo­by­czy i wlekł ją po posadzce świą­tyni.

Kobieta była wysoka, nie­mal w tym samym wieku co sko­rupa gene­rała i nawet pod war­stwą pyłu węglo­wego dostrze­głem pewien powab w jej rysach. Pół tuzina innych wojow­ni­ków zbli­żyło się, kiedy ich towa­rzysz puścił kobietę, tak że teraz leżała na pod­ło­dze i ciężko oddy­chała.

-?Służka Nie­bios -?rzu­ciła jedna z wojow­ni­czek Stahl­ha­stu o ostrej, pokry­tej bli­znami twa­rzy wete­rana i trą­ciła czub­kiem sza­bli pobru­dzoną suk­nię mniszki. -?Ostrze Ciem­no­ści będzie chciał, żeby odpo­wie­działa na jego pyta­nie.

-?Po co? -?ode­zwał się ktoś inny znu­żo­nym tonem. -?Oni ni­gdy nie odpo­wia­dają. -?Ukuc­nął, żeby zetrzeć pył z twa­rzy kobiety. -?Nie­zbyt brzydka jak na połu­dniowca. Mogli­by­śmy sprze­dać ją Tuh­lom. Oni lubią nie­zep­sute mięso.

Byłem pod wra­że­niem, ujrzaw­szy, jak rysy kobiety tward­nieją w bun­tow­ni­czym wyra­zie, a ona sama zaczyna odma­wiać z zaci­śnię­tymi zębami lita­nię. Widzia­łem to wcze­śniej w Leshun-Kho, kiedy zabi­ja­li­śmy mni­chów. Od wszyst­kich zażą­dano wyrze­cze­nia się wiary w Nie­biosa i pod­po­rząd­ko­wa­nia Ostrzu Ciem­no­ści, a ich jedyną reak­cją były modły. Słowa zostały wypo­wie­dziane w archa­icz­nej odmia­nie chu-shin, nie­zro­zu­mia­łej dla jej drę­czy­cieli, ale sko­rupa, w któ­rej tkwi­łem, nie miała trud­no­ści z roz­po­zna­niem ich zna­cze­nia.

-?Łaska Nie­bios jest wieczna. Sąd Nie­bios jest wieczny...

-?Kolejna ple­ciuga. -?Wete­ranka wes­tchnęła, prze­wra­ca­jąc oczami. - Dla­czego oni zawsze beł­ko­czą? -?Odwró­ciła głowę w stronę kuca­ją­cego towa­rzy­sza. -?Pode­rżnij jej gar­dło i oszczędź moje uszy.

Wojow­nik wycią­gnął szty­let zza pasa, lecz lita­nia nie uci­chła, a mniszka wbiła weń wście­kłe spoj­rze­nie. Nie odwró­ciła wzroku, kiedy chwy­cił w garść jej włosy i szarp­nął głowę do tyłu, żeby wysta­wić gar­dło na zabój­czy cios.

W tym momen­cie wzrok kobiety padł na mnie i jej oczy roz­sze­rzyły się ze zdu­mie­nia.

-?Sługa Świą­tyni! -?wykrztu­siła, co spo­wo­do­wało u mnie przy­pływ wspo­mnień.

Wysoka Świą­ty­nia... Świą­ty­nia Włóczni... Było tego za wiele, żeby od razu wszystko pojąć, nagro­ma­dze­nie prze­żyć sprzed dekady. Żyla­sty męż­czy­zna z dłu­gimi ciem­nymi wło­sami i suro­wym obli­czem udzie­la­jący lek­cji, słowa zbyt znie­kształ­cone, bym mógł je zro­zu­mieć. Zoba­czy­łem jed­nak, że ten czło­wiek trzyma w ręce pro­stą drew­nianą laskę popla­mioną krwią. Żela­zi­sty posmak na języku powie­dział mi, że to była krew tej sko­rupy. "W spo­koj­nych chwi­lach myśli mogą pły­nąć jak łagodny stru­mień przez zie­lone pola", rzekł nauczy­ciel. "Ale w cza­sie bitwy...". Laska zawi­ro­wała w jego rękach, a w moich wnętrz­no­ściach eks­plo­do­wał ostry ból. "Myśl to luk­sus, dzia­ła­niem musi kie­ro­wać dobrze wykształ­cony odruch. Żeby było oczy­wi­ste". Kolejny cios laską po gole­niach. "Prze­stań sobie pozwa­lać na to cho­lerne roz­pro­sze­nie uwagi...".

Potem natłok scen ze służby woj­sko­wej i bitew, poprze­dzie­la­nych krót­kimi epi­zo­dami z codzien­nego życia. Poczu­łem, że w Sho Tsaiu roz­kwita uczu­cie do kobiety o ostrej twa­rzy i ostrym języku, z powodu któ­rego on kochał ją jesz­cze bar­dziej. Dwójka kłó­cą­cych się dzieci w skrom­nym, ale dobrze urzą­dzo­nym ogro­dzie. Ten obraz pociem­niał nie­mal natych­miast i zmie­nił się w chaos: ogród zaro­śnięty chwa­stami, dom nie­oświe­tlony i pusty, nie licząc trzech ciał. Ofiar jed­nej z zaraz, które od czasu do czasu prze­ta­czały się przez Kupiec­kie Kró­le­stwa. Potem jesz­cze wię­cej bitew, ban­dyci i roz­ma­ite szu­mo­winy zabite jego ostrzem, kiedy pro­wa­dził oddział żoł­nie­rzy w czer­wo­nych mun­du­rach z jed­nego krańca Czci­god­nego Kró­le­stwa w inny. Tumult się uspo­koił, a pamięć znowu przy­wo­łała suro­wego nauczy­ciela sto­ją­cego obok innej postaci, która roz­ma­zy­wała się, gdy pró­bo­wa­łem sku­pić wzrok. Wyczu­łem w niej jakiś blask, zamknięty klej­not wie­dzy o wiel­kim zna­cze­niu. Gdy po niego się­gną­łem, on się cof­nął i pociem­niał. A przez sko­rupę prze­biegł zimny, nie­przy­jemny dreszcz. Przez krótką chwilę wie­dzia­łem, że patrzę na świat dwiema parami oczu, że dzielę umysł z drugą świa­do­mo­ścią, że coś mną potrząsa jak wię­zień kra­tami swo­jej celi.

Na­dal tu jesteś, uświa­do­mi­łem sobie, kiedy ten drugi ktoś wyco­fał się w zaka­marki pamięci, zabie­ra­jąc ze sobą klej­not wie­dzy. Co przede mną ukry­wasz?

Zamru­ga­łem i zoba­czy­łem jasne, bła­ga­jące oczy kobiety. Na­dal się we mnie wpa­try­wała, pod­czas gdy wojow­nik przy­ci­skał szty­let do jej szyi.

-?Prze­stań! -?wark­ną­łem, powstrzy­mu­jąc oprawcę. Wszy­scy na mnie spoj­rzeli, kiedy się zbli­ży­łem i mach­ną­łem na nich ręką. -?Odejdź­cie. Mam do niej sprawę.

Kuca­jący wojow­nik wark­nął cicho, ale wstał ze ścią­gniętą twa­rzą i pochmur­nym czo­łem zabójcy, któ­remu zabrano ofiarę.

-?Nie jesteś moim dowódcą, wypierdku z połu­dnia! -?rzu­cił, prze­su­wa­jąc pal­cami po ręko­je­ści szty­letu.

-?Byłeś przy Trzech Rze­kach -?odpar­łem, kiwa­jąc głową. Zoba­czy­łem, że jego furia lekko słab­nie na dźwięk mojej płyn­nej wymowy, która powinna być poza zasię­giem połu­dniowca. Wście­kłość jed­nak wró­ciła z całą siłą, kiedy uśmiech­ną­łem się i doda­łem: -?Ucie­kłeś przed ostrzem Obvara, a on poczuł gówno wycie­ka­jące z two­jego tchórz­li­wego tyłka.

Wete­ranka wycią­gnęła rękę ostrze­gaw­czym gestem, ale za późno. Atak był odru­chowy i prze­pro­wa­dzony z impo­nu­jącą szyb­ko­ścią. Szty­let wyglą­dał jak zama­zana plama, kiedy wojow­nik pró­bo­wał wbić go w moją pierś nie­chro­nioną przez zbroję. Zamie­rza­łem odpa­ro­wać pchnię­cie i stłuc prze­ciw­nika do nie­przy­tom­no­ści, ale moja sko­rupa miała inny pomysł. Poru­sza­jąc się jakby z wła­snej woli, moje ręce chwy­ciły nad­gar­stek awan­tur­nika, wykrę­ciły go i zła­mały jak gałązkę, a następ­nie usta­wiły szty­let pio­nowo i wypro­wa­dziły cios w górę. Szty­let wbił się w pod­bró­dek wojow­nika, dłu­gie, trój­kątne ostrze dotarło aż do mózgu.

W walce należy się kie­ro­wać dobrze wykształ­co­nym odru­chem, pomy­śla­łem z satys­fak­cją. Ta sko­rupa może nie była impo­nu­jąca, ale zde­cy­do­wa­nie miała swoje zalety.

Wyszarp­ną­łem szty­let i pozwo­li­łem ciału upaść na posadzkę. Odwró­ci­łem się do pozo­sta­łych wojow­ni­ków Stahl­ha­stu, a oni cof­nęli się o krok i przy­cza­ili z na wpół wycią­gnię­tymi sza­blami.

-?Walcz ze mną, a będziesz wal­czyć z Ostrzem Ciem­no­ści -?powie­dzia­łem, celu­jąc zakrwa­wio­nym szty­le­tem w twarz kobiety z bli­znami. -?Tego chcesz?

Zaci­snęła zęby i popa­trzyła na ostrze, ale gdy wkrótce roz­są­dek wziął górę nad wście­kło­ścią, odwró­ciła wzrok.

-?A jed­nak ona musi umrzeć -?wymam­ro­tała, gestem dając znak innym, żeby zabrali ciało swo­jego nie­mą­drego towa­rzy­sza. -?On tak zarzą­dził.

Odcze­ka­łem, aż ich kroki ucichną, po czym ukuc­ną­łem przy wyso­kiej kobie­cie. Odsu­nęła się ode mnie, a jej bła­galne spoj­rze­nie pociem­niało i stało się podejrz­liwe.

-?Bra­cie? -?Ścią­gnęła pokryte pyłem brwi, przy­glą­da­jąc się mojej twa­rzy.

I wtedy jej imię wysko­czyło z bała­ganu wspo­mnień. Poczu­łem słaby dreszcz gniewu, głę­boko w zaka­marku umy­słu, gdzie na­dal kryła się dusza ukra­dzio­nej powłoki.

-?Matka Wehn. -?Wycią­gną­łem rękę. -?Pozwól, że pomogę.

Jej spoj­rze­nie pomknęło do mojej dłoni i zaraz wró­ciło do twa­rzy, podejrz­li­wość zmie­niła się w pew­ność.

-?Zna­łam Sho Tsaia przez dwie dekady -?powie­działa mniszka cichym, gniew­nym gło­sem. -?Nosisz jego twarz, masz jego głos, ale nie jego duszę. Znam mojego brata.

Smutny uśmiech prze­mknął po moich war­gach, kiedy opu­ści­łem rękę.

-?Nie, nie mam jego duszy. Ale mam jego wspo­mnie­nia. -?Matka Wehn cof­nęła się, kiedy się zbli­ży­łem. Zaim­po­no­wała mi swoim opo­rem mimo stra­chu, który wpra­wiał ją w drże­nie. -?Świą­ty­nia Włóczni. Mój stary nauczy­ciel. Kie­dyś coś mi dał. Co to było?

Mniszka wzięła głę­boki wdech i zamknęła oczy. Jej wargi się poru­szyły, kiedy znowu zaczęła szep­tać swoją lita­nię. Słowa były teraz inne, ale wyma­wiane z jesz­cze więk­szym prze­ko­na­niem.

-?Praw­dziwy Sługa Nie­bios nie zna stra­chu. Praw­dziwy Sługa Nie­bios nie zna bólu...

Cię­cie w pode­szwy stóp, pomy­śla­łem, chwy­ta­jąc ją za kostkę. To jest zawsze dobre miej­sce, żeby zacząć.

Modli­twa nie umil­kła, kiedy przy­ci­sną­łem brzeg ostrza do stopy kobiety, słowa na­dal pły­nęły z jej ust, wolne od płacz­li­wej nuty. Przy­ła­pa­łem się na tym, że od jakie­goś czasu trzy­mam szty­let nie­ru­chomo. Stro­piony fak­tem, że moje ręce odmó­wiły posłu­szeń­stwa, zapy­ta­łem: "Czy to ty?". Zasta­na­wia­łem się, czy Sho Tsai w jakiś spo­sób zain­fe­ko­wał mnie swo­imi skru­pu­łami połu­dniowca. "Litość to sła­bość", upo­mnia­łem samego sie­bie. "Współ­czu­cie to tchó­rzo­stwo. Mądrość to fałsz". Nauki kapła­nów zawsze były prawdą dla serca wojow­nika Stahl­ha­stu mimo napo­mnień Ostrza Ciem­no­ści, by nie wypo­wia­dać ich na głos. Teraz jed­nak uzna­łem, że są puste, nie­zdolne do wpra­wie­nia moich dłoni w ruch. Po pro­stu nie mia­łem ochoty spra­wiać tej kobie­cie bólu. Śmierć powo­duje zmiany, nawet w potęż­nym Obva­rze.

-?Po pro­stu mi powiedz. -?Puści­łem jej stopę. -?Pro­szę.

Lita­nia uci­chła, mniszka otwo­rzyła oczy. Teraz zawład­nął nią strach, łzy zosta­wiały smugi na brud­nych policz­kach, ciało drżało z prze­ra­że­nia, ale ona na­dal krę­ciła głową. Może to łzy przy­wo­łały obraz tej kobiety w umy­śle Sho Tsaia i wzbu­dziły dość emo­cji, żeby dopro­wa­dzić mnie do tego wspo­mnie­nia.

-?Byłaś tam -?uświa­do­mi­łem sobie, kiedy obraz się wyostrzył.

Matka Wehn stała z sze­ro­kim uśmie­chem na młod­szej twa­rzy i patrzyła na mło­dzika sto­ją­cego u boku nauczy­ciela, mło­dzika, któ­rego ta powłoka znała i kochała przez wszyst­kie następne lata.

"Pro­wadź go i ucz", rzekł nauczy­ciel. "A przede wszyst­kim chroń".

* * *

-?Żad­nego śladu?

Mała strużka potu spły­nęła po szyi Uwol­nio­nego, kiedy pokrę­cił głową w odpo­wie­dzi na pyta­nie Kehl­branda.

-?Żad­nego, odkąd zna­leź­li­śmy zawa­lony tunel, Ostrze Ciem­no­ści.

-?A kanał?

-?Tylko ciała, Ostrze Ciem­no­ści.

Kehl­brand odwró­cił twarz bez wyrazu z powro­tem do cylin­drycz­nego wyna­lazku osa­dzo­nego na trój­nogu i przy­ci­snął oko do jego wąskiego końca.

-?Ciała -?powtó­rzył cicho. -?Ale nie konia.

Prze­su­wał urzą­dze­niem tam i z powro­tem, obser­wu­jąc oko­licę w dole. Wspią­łem się po wielu stop­niach na szczyt tej wieży i zna­la­złem go w trak­cie narady ze spo­co­nym męż­czy­zną, miesz­kań­cem pogra­ni­cza, sądząc po ubio­rze, solid­nym, ale bez żad­nego woj­sko­wego wypo­sa­że­nia. Uwol­niony był ode mnie kilka lat młod­szy, albo raczej młod­szy od Sho Tsaia, i miał szczu­płą, ale mocną budowę czło­wieka spę­dza­ją­cego czas w dzi­czy.

-?Ja... -?zaczął zdła­wio­nym gło­sem i prze­łkną ślinę -?...odga­dłem, że cudzo­ziemcy się roz­dzie­lili, Ostrze Ciem­no­ści. Tych tro­pi­łem do Drogi Gro­bów. Inni na­dal są na kanale.

-?Jego nie ma na kanale -?stwier­dził Kehl­brand, odwra­ca­jąc się od lunety. -?Stąd nie­obec­ność konia.

Przez kilka ude­rzeń serca patrzył na Uwol­nio­nego, któ­remu zapewne wyda­wało się to wiecz­no­ścią, a następ­nie prze­niósł spoj­rze­nie na mnie.

-?Gene­rale, pro­szę pozdro­wić mistrza Lah Vo, naj­słyn­niej­szego tro­pi­ciela Pół­noc­nej Pre­fek­tury.

Wymie­ni­łem płytki ukłon z Uwol­nio­nym, a on nie wyka­zał chęci spoj­rze­nia mi w oczy, podob­nie jak wcze­śniej Kehl­bran­dowi.

-?Mówi się, że Lah Vo potrafi wyczuć sza­blo­zęb­nego pod wiatr, a jako chło­piec powa­lił niedź­wie­dzia strza­łem z procy -?cią­gnął Kehl­brand. - Mimo to nie wychwy­cił naj­mniej­szego śladu zapa­chu mojej sio­stry ani Zło­dzieja Imion.

-?Mnie wyślij -?powie­dzia­łem. -?Jak wiesz, mam z nim rachunki do wyrów­na­nia.

-?Masz armię do szko­le­nia. -?Kehl­brand zbli­żył się do Lah Vo, budząc w nim mimo­wolny dreszcz, pokle­pał go po ple­cach i skie­ro­wał do scho­dów. - Nie martw się, przy­ja­cielu. Zło­dziej Imion jest prze­bie­gły, podob­nie moja sio­stra. Odpocz­nij i odzy­skaj siły. Wkrótce będę miał dla cie­bie nowe zada­nie.

Gdy kroki tro­pi­ciela prze­brzmiały, Kehl­brand wró­cił do lunety.

-?Ta suka z Ostry miała go wykoń­czyć -?wymam­ro­tał. -?Melo­dia była wyraźna. Teraz nic nie sły­szę.

-?Podej­rze­wam, że wkrótce go zoba­czysz. Al Sorna zro­bił na mnie wra­że­nie czło­wieka, który nie pozwala, by uraza zbyt długo się jątrzyła.

Kehl­brand zaśmiał się cicho.

-?Czy to sza­cu­nek sły­szę w twoim gło­sie, przy­ja­cielu?

-?Czło­wiek powi­nien znać swo­jego wroga.

-?Chętny na drugą próbę? W takim razie żałuję, że cię roz­cza­ruję. Pokuta Babu­kira pra­wie się koń­czy, a ja muszę zna­leźć jakiś spo­sób, żeby go wyko­rzy­stać. -?Odwró­cił się od lunety i utkwił we mnie pyta­jące spoj­rze­nie. -?Wyczu­wam, że masz mi coś do powie­dze­nia. Co to może być?

-?Coś sobie przy­po­mnia­łem, coś, co wie­dział gene­rał. Jakieś ważne imię.

Kehl­brand posłał mi roz­ba­wiony uśmiech i zbli­żył się, pew­nie po to, by znowu spoj­rzeć na mnie z góry.

-?A jakież ono może być?

Na­dal jestem dla niego psem, pomy­śla­łem. Wier­nie przy­no­szą­cym zdo­bycz swo­jemu panu. Ale pies o paskud­nym cha­rak­te­rze potrafi ugryźć nazbyt ufną rękę. Naj­pierw jed­nak musi zdo­być to zaufa­nie.

-?Imię zagi­nio­nego dzie­dzica tronu Szma­rag­do­wego Impe­rium - odpo­wie­dzia­łem.

Rozdział pierwszy

Pijąc, wyczuł, że Ahm Lin umiera. Słaby, pra­wie nie­wy­czu­walny wydech, ostat­nie drże­nie i przy­ja­ciel odszedł.

Vaelin stłu­mił falę roz­pa­czy i wyssał do cna krew, która pły­nęła z rany kamie­nia­rza. Omal się nie zadła­wił, gdy gęsty, meta­liczny płyn wypeł­nił jego usta i utknął mu w gar­dle. Prze­łknął go, nie zwa­ża­jąc na odrazę. Kiedy pierw­sze kro­ple tra­fiły do wnętrz­no­ści, poczuł, że dar w nim roz­kwita i roz­prze­strze­nia się z szyb­ko­ścią bły­ska­wicy, nie­sie pieśń przy­wo­dzącą na myśl krzyk.

Muzyka była bole­śnie ogłu­sza­jąca, wypeł­niła jego umysł kaskadą nakła­da­ją­cych się na sie­bie nut, które mimo brzyd­kiej dys­har­mo­nii two­rzyły rodzaj melo­dii. Melo­dii zawie­ra­ją­cej pew­ność i zna­cze­nie: Śmierć nad­ciąga ze wszyst­kich stron. Nad­cho­dzi teraz!

Vaelin odsko­czył od ciała Ahm Lina i przy­kuc­nął, uchy­la­jąc się przed świsz­czą­cym cię­ciem sza­bli, kiedy potężny wojow­nik Stahl­ha­stu w peł­nej zbroi wysko­czył z wyso­kiej trawy pora­sta­ją­cej brzeg kanału. Prze­ciw­nik zaklął i zaata­ko­wał ponow­nie, trzy­ma­jąc ręko­jeść obu­rącz i celu­jąc w pierś Al Sorny. Pieśń na­dal krzy­czała, a wzrok Vaelina przy­kuły toporne, wykrzy­wione rysy napast­nika. Melo­dia opo­wia­dała o męż­czyź­nie unu­rza­nym we krwi i naj­szczę­śliw­szym w chwi­lach prze­mocy. Męż­czyź­nie, który wal­czył, zabi­jał, gwał­cił i łupił w ciągu całego mar­szu przez Żela­zny Step i pogra­ni­cze. Męż­czyź­nie, który pra­gnął wię­cej, gdy horda wdarła się do serca Czci­god­nego Kró­le­stwa. Męż­czyź­nie, który zanie­dbał napra­wie­nia małej płyt­kiej zbroi, jej czę­ści zasła­nia­ją­cej miej­sce nad lewym bio­drem, odłu­pa­nej w cza­sie ostat­niego ataku na Keshin-Kho. Wszystko to pieśń wykrzy­czała w gło­wie Vaelina w trak­cie jed­nego ude­rze­nia serca.

Gdy wojow­nik zro­bił wypad, Al Sorna okrę­cił się, tak że sza­bla minęła jego pierś o cal, po czym wbił czu­bek mie­cza w otwór w zbroi. Ostrze dotarło głę­boko, prze­cięło żyłę, ścię­gno i chrząstkę, prze­ry­wa­jąc wszyst­kie połą­cze­nia mię­dzy nogą i bio­drem. Zasko­czony i wście­kły krzyk­nął i runął na zie­mię. Łypiąc na Al Sornę, obrzu­cił go ste­kiem wyzwisk. Vaelin wyrwał miecz z rany i zadał cios z góry. Ostat­nie słowa wojow­nika porwał stru­mień krwi, która try­snęła z jego ust.

Krzyk pie­śni skie­ro­wał wzrok Vaelina ku nowemu zagro­że­niu, kolej­nym dwóm wojow­ni­kom Stahl­ha­stu prze­dzie­ra­ją­cym się przez wysoką trawę. Al Sorna ponow­nie ciął szyję umie­ra­ją­cego wojow­nika, a potem chwy­cił za jego hełm i zerwał mu głowę z ramion. Pierw­szy wróg, który wyło­nił się z trawy, dostał głową pro­sto w twarz i zato­czył się do tyłu, oszo­ło­miony i ośle­piony przez fon­tannę krwi. Gdy udało mu się zetrzeć z oczu czer­woną mia­zgę, ostrze mie­cza prze­szyło jego mózg, tak że nie zdą­żył nawet się zorien­to­wać, że umiera.

Al Sorna odkop­nął na bok drga­jące ciało i wyrwał z niego miecz w samą porę, żeby odpa­ro­wać cios dru­giego prze­ciw­nika. Zanim ten zdą­żył się cof­nąć, Vaelin sko­czył i zadał szybki cios głową w jego nie­chro­niony nos, po czym wyrwał szty­let zza pasa nie­szczę­śnika, okrę­cił się i wbił go w nie­osło­nięty zbroją tył jego uda.

Kolejne alar­mu­jące krzyki pie­śni spra­wiły, że Vaelin padł na trawę w chwili, gdy w powie­trzu świ­snęły strzały. W pierś pecho­wego wojow­nika, który, zata­cza­jąc się, pró­bo­wał wyrwać szty­let z nogi, wbiły się trzy poci­ski, naj­wy­raź­niej wypusz­czone z bli­skiej odle­gło­ści, sądząc po tym, z jaką łatwo­ścią sta­lowe groty prze­biły kol­czugę i płytę. Kiedy Vaelin zaczął peł­znąć, szo­ru­jąc brzu­chem po ziemi, usły­szał przed­śmiertne char­cze­nie wroga. Na zasnu­tym mgłą brzegu roz­brzmie­wały pokrzy­ki­wa­nia, prze­ry­wane od czasu do czasu świ­stem strzał, ale żadna nie tra­fiła w cel.

Jest ina­czej, pomy­ślał Vaelin, czoł­ga­jąc się i krzy­wiąc na dźwięk zgrzy­tli­wej melo­dii, która na­dal w nim roz­brzmie­wała. Jej ton wzno­sił się i opa­dał, przy­po­mi­nał syk węża w jed­nej chwili, a w następ­nej skrze­cze­nie zanie­po­ko­jo­nego jastrzę­bia. Przy każ­dej kul­mi­na­cji Vaeli­nowi ciem­niało w oczach, a jego puls przy­śpie­szał, czemu towa­rzy­szył rzadko odczu­wany, ale zna­jomy głód. Pierw­szy raz poczuł go w Lesie Mar­ti­she przed wielu laty, kiedy jego przy­ja­ciel leżał umie­ra­jący, a on popę­dził za łucz­ni­kiem, który go tra­fił. To była żądza krwi, potrzeba zabi­ja­nia zro­dzona przez tę pieśń. Inną pieśń, wie­dział z rosnącą pew­no­ścią. Nie moją. Nie pieśń, która zosta­wił w Zaświa­tach po tym, jak w All­tor wykrwa­wił się nie­mal na śmierć. Nie pieśń, za którą od tam­tej pory tęsk­nił.

Zatrzy­mał się, kiedy melo­dia znowu roz­brzmiała gło­śniej, choć już nie tak nie­har­mo­nijna. Nie budziła głodu, ale była w niej gorzka nuta, nie­chętny powi­talny pomruk.

Koń­skie kopyto stąp­nęło kilka cali od jego głowy, nie­cier­pli­wie. Vaelin uniósł wzrok i skrzy­wił się, kiedy prych­nię­cie Derki owiało gorą­cem jego twarz. Ogier prze­krzy­wił łeb, łyp­nął na niego jed­nym okiem i potrzą­snął głową.

-?Tak -?mruk­nął Vaelin, się­ga­jąc po wodze. -?Cie­bie też dobrze znowu widzieć.

Kiedy wsko­czył na sio­dło, roz­legł się chór okrzy­ków. Za nimi podą­żył kolejny grad poci­sków. Strzały tra­fiły w powie­trze, kiedy nie­po­ga­niany Derka puścił się galo­pem, żeby po chwili znik­nąć we mgle. Pieśń ponow­nie roz­brzmiała w ostrym wrza­sku ostrze­że­nia chwilę przed tym, jak z mgły wypa­dła wysoka ama­zonka, zata­cza­jąc nad głową obu­siecz­nym topo­rem. Vaelin moc­niej chwy­cił wodze, żeby wymi­nąć ją po lewej stro­nie, ale ogier miał wła­sne plany. Siwek zatrzy­mał się gwał­tow­nie i z rże­niem sta­nął dęba przed szar­żu­ją­cym wierz­chow­cem. W powie­trze unio­sły się zie­mia i trawa, po czym roz­legł się gło­śny trzask łama­nej kości, kiedy Derka opu­ścił kopyto na łeb dru­giego rumaka, tak że ten runął bez­wład­nie na zie­mię wraz z jeźdź­cem.

Vaelin już miał spiąć Derkę ostro­gami, ale powstrzy­mał się, bowiem znowu roz­brzmiała pieśń, tym razem nie tak gło­śna, ale jesz­cze bar­dziej bole­sna. Dźwięki były draż­niące i natar­czywe, wwier­cały się w niego głę­boko, wywo­łu­jąc obrazy oblę­że­nia, wszyst­kich żoł­nie­rzy, któ­rymi dowo­dził, teraz giną­cych z rąk hordy Ostrza Ciem­no­ści, a na koniec bla­dej, bła­gal­nej twa­rzy Ahm Lina.

Pro­szę... mój dar dla cie­bie...

Kiedy melo­dia stała się ogłu­sza­jąca, zaćmił mu się wzrok, świat zmie­nił się w czer­wo­no­szarą mgłę. Vaelin czuł wodze w jed­nej dłoni, ręko­jeść mie­cza w dru­giej, i napię­cie mię­śni, ale nie miał nad nimi żad­nej kon­troli. Nie potra­fił stwier­dzić, ile czasu minęło, zanim pieśń uci­chła, a w oczach mu poja­śniało. Może to było kilka sekund, a może godzina, ale kiedy to się stało, zoba­czył wojow­niczkę Stahl­ha­stu opartą bez­wład­nie o bok zabi­tego konia. Jej twarz wyglą­dała tak samo jak Ahm Lina w ostat­nich chwi­lach przed śmier­cią, blada jak płótno. Kobieta spoj­rzała na niego i zamru­gała raz, po czym skie­ro­wała wzrok na stru­mień krwi try­ska­jący z kikuta ucię­tego ramie­nia. Raczej z fascy­na­cją niż z prze­ra­że­niem patrzyła, jak wycieka z niej życie.

Al Sorna odwró­cił głowę, wsu­nął miecz do pochwy na ple­cach i popę­dził Derkę do galopu. Po raz kolejny znik­nął we mgle. Krzyki i świst strzał na­dal za nim roz­brzmie­wały, ale wkrótce uci­chły. Vaelin zwol­nił do stępa i rozej­rzał się w poszu­ki­wa­niu jakie­goś punktu cha­rak­te­ry­stycz­nego, wska­zówki, gdzie może się znaj­do­wać. Teraz już tylko rzadki opar prze­sła­niał słońce, tak że widać było rów­ninę wyso­kich traw cią­gnącą się na połu­dnie ku pofał­do­wa­nym wzgó­rzom. Na pół­nocy wzno­sił się nie­wy­raźny stoż­ko­waty zarys Keshin-Kho, a kil­ka­set kro­ków na zachód bie­gła cał­kiem pro­sta linia kanału. Jedyną jako taką osłonę mógł zapew­nić skra­wek gęstego lasu na wscho­dzie. Vaelin ruszył w jego stronę rów­nym galo­pem, świa­domy, że wkrótce zjawi się pościg.

W cza­sie jazdy powra­cał do niego obraz umie­ra­ją­cej wojow­niczki. Vaelin ode­brał życie wielu ludziom, ale zawsze z koniecz­no­ści, przy­naj­mniej tak wolał myśleć. Ama­zonka stra­ciła konia, więc spo­koj­nie mógł poje­chać dalej. Zabi­ja­nie jej nie było konieczne, a jed­nak to zro­bił. W tonie pie­śni wybrzmiało ostre wark­nię­cie i surowa nagana przy­nio­sła nową myśl: Wróg zasłu­guje tylko na śmierć.

Vaelin ścią­gnął wodze i zatrzy­mał Derkę. Gdy usły­szał słabe, ale nara­sta­jące okrzyki prze­śla­dow­ców, obej­rzał się przez ramię na tra­wia­stą rów­ninę. Zabili Ahm Lina, pomy­ślał, a pieśń stała się bar­dziej melo­dyjna, nie­mal uwo­dzi­ciel­ska w swo­jej obiet­nicy. Zabili Sho Tsaia i wielu innych, wszystko w służ­bie fał­szy­wego boga. A ja znowu mam pieśń krwi. Czy tak trudno byłoby zabić ich wszyst­kich? Czy nie byłoby obrazą dla pamięci Ahm Lina, gdy­bym tego nie zro­bił? Osta­tecz­nie on prze­ka­zał mi swój dar.

Gło­śne, pełne iry­ta­cji rże­nie Derki wdarło się w jego roz­my­śla­nia, pro­wo­ku­jąc kolejne wark­nię­cie pie­śni. Vaelin zaci­snął zęby, skie­ro­wał zde­cy­do­wany wzrok z powro­tem na wschód i popę­dził konia. Nie, posta­no­wił, choć wygłod­niała melo­dia na­dal roz­brzmie­wała natar­czy­wie, powo­du­jąc stały ból w gło­wie, gdy odma­wiał odpo­wie­dzi na jej wezwa­nie. To nie jest pieśń krwi. Krew to sub­stan­cja życia. To jest pieśń śmierci. Czarna pieśń.

* * *

Kiedy dotarli do drzew, pieśń uci­chła do posęp­nego pomruku, a ból głowy prze­szedł w tępe pul­so­wa­nie. Vaelin zatrzy­mał Derkę po kilku jar­dach, zsiadł z niego i przy­kuc­nął z zamknię­tymi oczami, żeby wchło­nąć dźwięki i zapa­chy lasu. Zie­mia jest wil­gotna po ostat­nim desz­czu, stwier­dził, rękami bada­jąc pod­łoże. Śpiewy pta­ków przy­ci­szone... Dym drzewny z połu­dnia. W tej gęstwi­nie byli ludzie.

Gałę­zie wisiały nisko, tak że musiał pro­wa­dzić Derkę mię­dzy drze­wami i utrzy­my­wać kie­ru­nek na wschód, żeby unik­nąć tego, co znaj­do­wało się na połu­dniu. Zamie­rzał dotrzeć do końca pusz­czy, zanim ruszy na poszu­ki­wa­nie kanału, a kiedy go wypa­trzy, podąży wzdłuż niego na połu­dnie, aż trafi na Nor­taha, Ellese i pozo­sta­łych. Liczył na to, że mieli dość roz­sądku, by go nie szu­kać, i pocie­szał się myślą, że Nor­tah pomimo wszyst­kich swo­ich wad nie jest głup­cem i nie da się łatwo zwieść sen­ty­men­tom, zwłasz­cza kiedy będzie trzeźwy. On ich popro­wa­dzi. Ja muszę jedy­nie ich zna­leźć.

Zwol­nił, kiedy czarna pieśń rap­tem znowu roz­brzmiała z całą natar­czy­wo­ścią. Była draż­niąca i zgrzy­tliwa, lecz bra­ko­wało w niej wcze­śniej­szego głodu zemsty. Został zastą­piony nutą łączącą ostrze­że­nie z naka­zem pcha­ją­cym go na połu­dnie w stronę inten­syw­nego zapa­chu dymu drzew­nego. Coś tam jest, pomy­ślał Vaelin i stwier­dził, że melo­dia jest zbyt nie­od­parta, żeby ją zigno­ro­wać. Coś, z czym trzeba się upo­rać.

Popro­wa­dził Derkę przez ćwierć mili gęstego lasu, aż wyśle­dził smużki dymu snu­jące się nad wierz­choł­kami drzew. Przy­naj­mniej trzy ogni­ska, oce­nił. Nagle się skrzy­wił, gdy wśród drzew usły­szał krzyk. Tym razem dźwięk nie pocho­dził z jego wnę­trza, tylko wydo­był się z ludz­kiego gar­dła i był nazna­czony prze­ra­że­niem świad­czą­cym o tor­tu­rach. Trwał przez kilka sekund, a kiedy nagle ucichł, ciszę, która po nim nastą­piła, wypeł­niła salwa śmie­chu. Coś, z czym trzeba się upo­rać, powtó­rzył w myślach Vaelin. Krzyk i śmiech roz­wiały wszel­kie wąt­pli­wo­ści co do zamia­rów pie­śni.

Derka par­sk­nął oskar­ży­ciel­sko i ze zło­ścią potrzą­snął łbem, kiedy Vaelin zaczął przy­wią­zy­wać wodze do zwa­lo­nej gałęzi cisu. "Zaśpie­wa­łam mu", powie­działa Jade­itowa Księż­niczka w cza­sie podróży przez Żela­zny Step. "Krótką melo­dię, żeby zwią­zać was ze sobą".

-?Zacze­kaj tutaj -?szep­nął Vaelin i pogła­skał ogiera po chra­pach, a następ­nie schy­lił się i wśli­znął pod osłonę paproci.

W miarę jak Vaelin się pod­kra­dał, śmiech sta­wał się coraz gło­śniej­szy. Kilka osób roz­ma­wiało w języku, któ­rego nie znał. Gdy się zatrzy­mał, żeby posłu­chać, wychwy­cił podo­bień­stwo do języka Stahl­ha­stu i odmiany chi-shin uży­wa­nej na pogra­ni­czu, ale spo­sób wyra­ża­nia się i akcent spra­wiały, że słowa były nie­zro­zu­miałe. Vaelin przy­padł do ziemi i zaczął się czoł­gać. Poru­szał się w sta­łym, wyprak­ty­ko­wa­nym, powol­nym ryt­mie, odsu­wa­jąc przed sobą gałązki, które mogły zdra­dzić jego obec­ność. Znie­ru­cho­miał, kiedy do jego uszu dotarł zna­jomy dźwięk. Dostrzegł smużkę pary uno­szą­cej się za pniem jesionu. Powoli odpełzł na bok i zoba­czył męż­czy­znę w skó­rza­nej zbroi, który ze znu­dzoną miną sikał na pod­szy­cie.

Tuhla, doszedł do wnio­sku Vaelin, roz­po­zna­jąc strój. Prze­su­nął wzro­kiem w prawo i w lewo, ale nie wypa­trzył nikogo innego. Z oddali na­dal dobie­gały śmiech i roz­mowy. W cza­sie wojny nie jest dobrze sikać samot­nie, pomy­ślał Vaelin. Męż­czy­zna odwró­cił się i zaczął iść, po dro­dze zapi­na­jąc spodnie. Vaelin uniósł się do przy­siadu, a potem wypro­sto­wał się i ruszył za nim. Na odgłos jego kro­ków Tuhla przy­sta­nął i się obej­rzał, ale było za późno, by zdo­łał zare­ago­wać. Vaelin oplótł ramio­nami jego pierś i szyję, pod­ciął mu nogi i szarp­nął jego głowę w dół i na prawo, kiedy razem upa­dali. Satys­fak­cjo­nu­jące podwójne chrup­nię­cie powie­działo mu, że skrę­cił prze­ciw­ni­kowi kark. Zaci­snął dłoń na jego ustach, żeby stłu­mić przed­śmiertne odgłosy, i zatkał mu nos, nie pozwa­la­jąc na ostatni oddech. Trzy­mał go, aż drgawki ustały.

Sto­czył z sie­bie trupa i go prze­szu­kał. Thula nosił przy pasie bułat i butelkę jakie­goś cuch­ną­cego napitku o sil­nej woni alko­holu. W bucie miał nóż myśliw­ski z kościaną ręko­je­ścią. Vaelin zabrał broń i ruszył w powol­nym i rów­nym tem­pie, trzy­ma­jąc się gęstego pod­szy­cia. Po dwu­dzie­stu kro­kach tra­fił na następ­nych dwóch wojow­ni­ków Thula, obu zde­cy­do­wa­nie mniej nie­ostroż­nych niż ich towa­rzysz. Jeden trzy­mał kuszę ze strzałą nasa­dzoną na cię­ciwę, drugi ści­skał w ręce bułat. Obaj prze­szu­ki­wali wzro­kiem gęstwinę drzew z czuj­no­ścią dra­pież­ni­ków zapra­wio­nych w wykry­wa­niu zagro­że­nia.

-?Ulska! -?zawo­łał łucz­nik ści­szo­nym gło­sem, przy­pusz­czal­nie nawo­łu­jąc towa­rzy­sza, który zbyt długo nie wra­cał.

Kiedy wojow­nicy się zbli­żyli, Vaelin roz­płasz­czył się na mięk­kiej ziemi. Był czę­ściowo zasło­nięty przez sze­roki pień sta­rego dębu i bal­da­chim z paproci, ale wkrótce ta osłona mogła się oka­zać nie­do­sta­teczna. Ukrył w dłoni jeden ze swo­ich noży do rzu­ca­nia i popra­wił uchwyt na zdo­bycz­nym, cze­ka­jąc, aż męż­czyźni znajdą się w odle­gło­ści pię­ciu kro­ków od niego.

Wtedy zerwał się z ziemi, odchy­lił ramiona do tyłu i cisnął oboma nożami z pre­cy­zją, którą, jak sądził, utra­cił wraz z mło­do­ścią. Lewy rzut oka­zał się mini­mal­nie mniej celny, sta­lowe ostrze wbiło się w miej­sce mię­dzy szyją a ramie­niem Thuli, ale i tak odna­la­zło ważną żyłę. Wojow­nik padł na zie­mię, z jego ust buch­nął ciemny stru­mień. Łucz­nik utrzy­mał się na nogach, choć nóż z kościaną ręko­je­ścią wbił mu się w gar­dło. Pró­bo­wał nawet wyce­lo­wać z łuku, kiedy Al Sorna zbli­żał się do niego nie­śpiesz­nie, ale broń szybko wypa­dła z jego trzę­są­cych się rąk. Vaelin schy­lił się po łuk, a potem wyszarp­nął nóż z rany i zabrał Thuli koł­czan, gdy ranny w końcu runął na zie­mię i wydał ostat­nie zdu­szone tchnie­nie.

Vaelin nasa­dził strzałę na cię­ciwę i ruszył dalej. Tym­cza­sem czarna pieśń prze­ra­dzała się w brzydki pomruk, zabar­wiony nutą, któ­rej nie sły­szał od wielu lat, szu­mem roz­po­zna­nia ozna­cza­ją­cym tylko jedno: W pobliżu jest inny Obda­rzony. Nowy wybuch śmie­chu dopro­wa­dził go do luź­nego kręgu dwu­na­stu wojow­ni­ków sto­ją­cych wokół małej grupki klę­czą­cych męż­czyzn. Jeńcy mieli obna­żone torsy, ale stos opan­ce­rzo­nych kafta­nów świad­czył, że byli to żoł­nie­rze kupiec­kiego króla. Pod­cho­dząc bli­żej, Vaelin stwier­dził rów­nież, że zna tych ludzi.

Z przodu grupy klę­czał Cho-ka, a po jego bokach leżały ciała dwóch człon­ków Zie­lo­nych Żmij. Jego spo­cona twarz była wykrzy­wiona z nie­na­wi­ści i fru­stra­cji, kiedy z god­nym podziwu wyzwa­niem patrzył na sto­ją­cego nad nim tęgiego męż­czy­znę.

-?Gdzie on jest? -?zapy­tał postawny osob­nik.

W prze­ci­wień­stwie do Thuli był bez zbroi i broni, a na sobie miał strój typowy dla miesz­kań­ców pogra­ni­cza. Gdy prze­krzy­wił głowę i nachy­lił się do Cho-ka, Vaelin poczuł rosnącą moc wraz z prze­bły­skiem roz­po­zna­nia. Namiot Ostrza Ciem­no­ści, przy­po­mniał sobie. Dzień, w któ­rym ten czło­wiek zabił Jade­itową Księż­niczkę. A kiedy Vaelin pró­bo­wał pomścić jej śmierć, to on go unie­ru­cho­mił.

-?Mów. -?Męż­czy­zna prze­su­nął dło­nią przed wście­kłym obli­czem Cho-ka. - Wiemy, że pomo­głeś mu uciec z mia­sta. Więc dla­czego nie ma go teraz z wami? Zabi­łeś go? Okra­dłeś?

Cho-ka nie odpo­wie­dział, tylko pogar­dli­wie skrzy­wił usta, co wywo­łało ciche wes­tchnie­nie u jego drę­czy­ciela.

-?Widzia­łeś, jaką cenę zapła­cili ci, któ­rzy odtrą­cili miłość Ostrza Ciem­no­ści. -?Męż­czy­zna wska­zał na ciała leżące po obu stro­nach prze­myt­nika. Vaelin nie widział, jakie odnie­śli rany, ale zie­mia pod nimi pociem­niała od krwi, a odór był zna­jomy dla tych, któ­rzy kie­dy­kol­wiek byli świad­kami patro­sze­nia. -?Po co nara­żać się na taki los dla cudzo­ziemca? W dodatku nik­czem­nego i zdra­dli­wego. -?Przy­su­nął się bli­żej i ści­szył głos. -?Oszczędź sie­bie i innych. Zre­ha­bi­li­tuj się w oczach jedy­nego praw­dzi­wego żyją­cego boga. Powiedz mi, gdzie jest Zło­dziej Imion?

Cho-ka odpo­wie­dział mu pogar­dliwą miną i wark­nię­ciem przez zaci­śnięte zęby. Vaelin zoba­czył, że jego ręce nie są zwią­zane, ale przy­ci­śnięte do boków.

-?Taka zamknięta dusza. -?Tęgi męż­czy­zna pokrę­cił głową. -?Chyba powi­nie­nem uwol­nić ją z klatki two­jego ciała. -?Prze­su­nął wzrok na nagi tors Cho-ka. Vaelin poczuł kolejny przy­pływ mocy, gdy prze­myt­nik zadrżał, jego ramiona unio­sły się spa­zma­tycz­nie, dło­nie ufor­mo­wały się w drżące szpony. -?Choć duszę kogoś takiego jak ty trudno będzie zna­leźć. Trzeba głę­boko pogrze­bać.

Dło­nie Cho-ka przy­ci­snęły się do jego wła­snego pła­skiego brzu­cha, całe ciało zadrżało w bez­owoc­nym opo­rze, kiedy palce zaczęły orać skórę. Czarna pieśń zmie­niła się w krzyk, gdy na ciele prze­myt­nika uka­zała się pierw­sza strużka krwi. Muzykę prze­peł­niała wszech­ogar­nia­jąca wście­kłość. Jest ich zbyt wielu, zapro­te­sto­wała mała, racjo­nalna część umy­słu, kiedy Vaelin uniósł łuk. Nacią­gnął cię­ciwę, a ta zadra­pała mu poli­czek. Jedyną odpo­wie­dzią pie­śni był cichy, zło­śliwy tryl roz­ba­wie­nia, zanim jego palce wypu­ściły strzałę.

Vaelin zoba­czył, że drzewce prze­szywa pierś tęgiego męż­czy­zny, poczuł, że jego dar słab­nie i umiera. Zanim czer­wo­no­szara mgła znowu prze­sło­niła świat, uświa­do­mił sobie, że odrzuca łuk, dobywa mie­cza i ciska nóż z kościaną ręko­je­ścią, a ten wbija się w zie­mię obok Cho-ka. Wszystko znik­nęło, kiedy pierw­szy Thula uniósł sza­blę, żeby spa­ro­wać jego cios. Ostat­nim wyraź­nym obra­zem była roz­pła­tana twarz tego czło­wieka, prze­cięta od czoła do brody przez srebrne ostrze.

* * *

-?Nie powin­ni­śmy go powstrzy­mać? Już bar­dziej mar­twi być nie mogą.

-?Możesz pró­bo­wać.

Głosy były zale­d­wie nie­wy­raź­nymi szep­tami poza czer­woną mgłą, ale dosta­tecz­nie zro­zu­mia­łymi, żeby dotrzeć do resz­tek roz­sądku nie­za­głu­szo­nych przez jazgot czar­nej pie­śni. Vaelin odzy­skał świa­do­mość, gdy pieśń przy­ci­chła i zmie­niła się w ból głowy, który on zaczy­nał odbie­rać jako stan wytchnie­nia. Cały drżał od nie­daw­nego wysiłku, jego mię­śnie pul­so­wały, pierś falo­wała, pot ście­kał mu po ple­cach. Mimo to nie czuł wyczer­pa­nia, choć ramię go bolało, kiedy opu­ścił miecz i zoba­czył krew pokry­wa­jącą ostrze od czubka do ręko­je­ści. U jego stóp leżał czło­wiek albo raczej to, co z niego zostało. Szczęka zabi­tego była odrą­bana razem z dużą czę­ścią gór­nej wargi, zęby lśniły bielą wśród czer­wo­nej mia­zgi. Prze­su­nąw­szy wzrok, Vaelin zoba­czył kolej­nego trupa leżą­cego twa­rzą w dół kilka kro­ków dalej. Skó­rzana zbroja była roz­cięta na ple­cach, ciało zostało roz­pła­tane aż do krę­go­słupa.

-?Panie?

Vaelin odwró­cił się w stronę głosu, odru­chowo uno­sząc miecz. Cho-ka cof­nął się przed nim, opusz­cza­jąc bułat. Palce wol­nej ręki roz­po­starł w uspo­ka­ja­ją­cym geście.

-?Musimy stąd iść -?powie­dział.

-?My? -?ode­zwał się ktoś inny.

Głos nale­żał do przy­sa­dzi­stego męż­czy­zny, któ­rego Vaelin pamię­tał z sze­re­gów Cza­szek. Ten czło­wiek był dobrym żoł­nie­rzem, nie­za­chwia­nym w obli­czu kolej­nych rzezi Ostrza Ciem­no­ści. Teraz jed­nak mie­rzył swo­jego byłego dowódcę wzro­kiem, w któ­rym podejrz­li­wość mie­szała się z głę­bo­kim lękiem. Inny oca­lały czło­nek Żmij stał za jego ple­cami, a na jego twa­rzy odbi­jały się te same uczu­cia.

-?Zamknij się, Kiyen! -?wark­nął Cho-ka. -?Nie­spła­cony dług jest prze­kleń­stwem. A może nie cenisz swo­jej skóry? -?Słowa miały w sobie wład­czość, jakby prze­myt­nik recy­to­wał uro­czy­stą zasadę, któ­rej nie wolno łamać.

Twarz przy­sa­dzi­stego męż­czy­zny stward­niała po tej naga­nie.

-?Naprawdę chcesz, żeby on z nami podró­żo­wał? -?spy­tał, zata­cza­jąc wokół sie­bie ręką.

Rozej­rzaw­szy się, Vaelin nali­czył jesz­cze sześć ciał, więk­szość podob­nie oka­le­czo­nych jak to leżące u jego stóp.

-?Czy ja...? -?Skrzy­wił się, czu­jąc ostry ból w gło­wie.

-?My zabi­li­śmy dwóch. -?Cho-ka pokle­pał nóż z kościaną ręko­je­ścią zatknięty za pas. -?Reszta ucie­kła, kiedy zoba­czyli... -?Z gry­ma­sem wska­zał głową na trupy. -?To. Nie mogę powie­dzieć, żebym ich winił.

-?Wrócą z więk­szymi siłami -?stwier­dził Vaelin i potrzą­snął głową, żeby pozbyć się resz­tek czer­wo­nej mgły. -?Jeśli wcze­śniej Ostrze Ciem­no­ści nie straci ich za tchó­rzo­stwo.

-?W takim razie to szczę­ście, że nam je zosta­wili. -?Cho-ka ruszył w stronę spę­ta­nych koni. -?Jakie­goś sobie upa­trzy­łeś, panie?

Vaelin usły­szał tętent kopyt i zoba­czył Derkę wybie­ga­ją­cego spo­mię­dzy drzew.

-?Już nie muszę.

-?To nie jest roz­sądne, Cho -?powie­dział Kiyen w chu-shin, kiedy Vaelin wsiadł na konia. Rzu­cił ostrożne spoj­rze­nie w jego stronę, przy­su­nął się do swo­jego towa­rzy­sza i ści­szył głos. -?Nawet gdyby nie był sza­lony jak wygłod­niały sza­blo­zębny, ludzie Ostrza Ciem­no­ści prze­cze­szą każdą piędź tego kraju w poszu­ki­wa­niu go.

-?Dług to dług -?rzekł twardo Cho-ka, wska­zu­jąc głową na stos porzu­co­nych zbroi i broni. -?Zabie­raj ekwi­pu­nek i wsia­daj na konia albo zni­kaj. Ale jeśli to zro­bisz, ni­gdy wię­cej nie będziesz mógł się nazy­wać Zie­loną Żmiją. -?Wbił w Kiy­ena zimny wzrok. -?A znasz zasady doty­czące wyrzut­ków.

Przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna zdu­sił odpo­wiedź i prze­niósł spoj­rze­nie na Al Sornę.

-?Pojadę z tobą, cudzo­ziem­cze, bo on tego chce. Ale żad­nego wię­cej wiel­ko­pań­stwa. Tam ode­bra­łem od cie­bie ostat­nie roz­kazy. -?Wska­zał pal­cem w stronę Keshin-Kho. -?Skoń­czy­łem z wojo­wa­niem dla kupiec­kiego króla, jasne?

Vaelin nie widział sensu w odpo­wia­da­niu, więc odwró­cił się do Cho-ka, ale myślami był już przy swo­ich przy­ja­cio­łach. Wie­dział, że Nor­tah zachowa dość roz­sądku, by spró­bo­wać odwieść innych od poszu­ki­wań, ale miał poważne wąt­pli­wo­ści, czy Ellese będzie skłonna go posłu­chać. We mgle bar­dzo wyraź­nie roz­brzmie­wały jej roz­pacz­liwe woła­nia, kiedy sko­czył do wody.

-?Musimy wró­cić nad kanał -?powie­dział. -?Moi przy­ja­ciele...

-?Żad­nych łodzi przez wiele kilo­me­trów. -?Prze­myt­nik pokrę­cił głową. - Poza tym zbyt łatwo będzie nas zna­leźć. Ruszymy do Daiszhen-Khi. Tam Wielki Pół­nocny Kanał łączy się z innymi. Pew­nie roi się na nim od łodzi pró­bu­ją­cych prze­do­stać się przez śluzy. Tam masz, panie, naj­więk­szą szansę dogo­nić pozo­sta­łych cudzo­ziem­ców.

-?Kiedy opu­ścimy ten las, reszta drogi będzie pro­wa­dzić przez otwarty teren -?rzu­cił Kiyen, wsia­da­jąc z ponurą miną na konia.

Vaelin zoba­czył, że Cho-ka się zawa­hał, a potem rzu­cił z wymu­szoną pew­no­ścią sie­bie:

-?Nie, jeśli poje­dziemy Drogą Gro­bów.

Pozo­stali dwaj człon­ko­wie Zie­lo­nych Żmij wymie­nili spoj­rze­nia.

-?To miej­sce to prze­kleń­stwo więk­sze niż nie­spła­cony dług -?zauwa­żył wyż­szy z nich.

W prze­ci­wień­stwie do Kiy­ena ten nie wbił się Vaeli­nowi w pamięć w cza­sie oblę­że­nia, nie licząc naj­wy­raź­niej wro­dzo­nej nie­zdol­no­ści do współ­dzia­ła­nia.

-?Moje słowo obo­wią­zuje -?oświad­czył Cho-ka, patrząc w oczy wszyst­kim po kolei. -?Jedzie­cie z nami i spła­ca­cie dług albo idzie­cie w swoją stronę, wie­dząc, co to ozna­cza.

Popę­dził konia do rów­nego kłusa. Rusza­jąc za nim, Vaelin sły­szał za sobą przy­tłu­mioną, ale gwał­towną dys­ku­sję Żmij. Doszedł do wnio­sku, że ci dwaj jed­nak posta­no­wili zary­zy­ko­wać gniew swo­jej wspól­noty wyrzut­ków. Potem wychwy­cił odgłosy prze­dzie­ra­nia się nie­wpraw­nych jeźdź­ców przez gęstwinę. Pieśń jed­nak nie zna­la­zła pocie­chy w ich decy­zji, ostrą nutą wyra­ża­jąc nie­har­mo­nijną, ale wyraźną opi­nię.

-?Pla­nują nas zabić -?powie­dział Vaelin do Cho-ka. -?Mnie ze stra­chu, cie­bie z koniecz­no­ści. Gdy znik­niesz, nie będzie nikogo, kto powie­działby Żmi­jom o ich zdra­dzie. -?Zgrzyt­nął zębami, kiedy pieśń stała się jesz­cze gło­śniej­sza, i dodał chra­pli­wym, wygłod­nia­łym gło­sem: -?Powin­ni­śmy ich teraz wykoń­czyć.

-?Znam ich plany, panie. -?Ton Cho-ka wyra­żał raczej roz­tar­gnie­nie niż obawę. Wyrzu­tek jechał z więk­szą wprawą niż jego towa­rzy­sze, swo­bod­nie pro­wa­dząc dłu­go­no­giego ste­po­wego wierz­chowca wokół zwa­lo­nych pni i nie­bez­piecz­nych korzeni drzew. -?Moich braci nie­trudno przej­rzeć.

-?Więc dla­czego nie pozwo­lić im odje­chać?

-?Cztery mie­cze są lep­sze niż dwa, jeśli wpad­niemy w tara­paty. -?Cho-ka prze­je­chał mię­dzy dwoma drze­wami na bar­dziej otwarty teren. Las się prze­rze­dził, tak że Vaelin widział na wscho­dzie pofał­do­wany tra­wia­sty obszar. Głos prze­myt­nika stał się cich­szy, jego ton był pełen posęp­nej deter­mi­na­cji, choć czarna pieśń ode­brała ją jako głę­bo­kie poczu­cie winy. -?A ja już podró­żo­wa­łem Drogą Gro­bów. Nie można prze­mie­rzać jej samot­nie.

Rozdział drugi

Wyje­chaw­szy z lasu, spięli konie do galopu, kie­ru­jąc się na połu­dniowy wschód. Vaelin prze­cze­sał wzro­kiem falu­jące trawy w poszu­ki­wa­niu śla­dów Thuli albo Stahl­ha­stu, choć czarna pieśń przy­ci­chła teraz do zwy­kłego bólu, co ozna­czało, że nie ma żad­nego nie­bez­pie­czeń­stwa. Wciąż zada­wał sobie pyta­nie: dla­czego ona jest inna? Ahm Lin był dobrym czło­wie­kiem. Jak jego pieśń może być taka mroczna?

Poszu­kał w pamięci strzęp­ków wie­dzy o Ciem­no­ści, które zgro­ma­dził przez lata, i stwier­dził, że jest to zaska­ku­jąco bez­u­ży­teczny zle­pek ludo­wych mądro­ści, legend i aneg­dot. Cały czas poświę­cony na ślę­cze­nie nad księ­gami we wciąż powięk­sza­ją­cej się biblio­tece w Pół­noc­nej Wieży wyda­wał się teraz bez­sen­sowny. Siódmy Zakon miał roz­le­głe archi­wum, które z pew­no­ścią dostar­czy­łoby wska­zó­wek co do jego obec­nego stanu, ale od końca wojny wyzwo­leń­czej skru­pu­lat­nie trzy­mał się od niego z daleka. Intrygi i sekrety Zakonu Ciem­no­ści zawsze budziły w nim pogardę, a kłam­stwa Caenisa na­dal odczu­wał jako zdradę, mimo jego śmierci i roli, jaką ode­grał w dopro­wa­dze­niu do upadku Sojusz­nika.

Było wiele rze­czy, któ­rych ni­gdy mu nie powie­dzia­łeś. Kto zdra­dził kogo?

Gdy niebo poczer­wie­niało, Cho-ka zatrzy­mał wierz­chowca. Al Sorna zrów­nał się z nim i zoba­czył, że prze­myt­nik patrzy ze zmarsz­czo­nym czo­łem i oczami peł­nymi nie­skry­wa­nego lęku na ciem­nie­jący hory­zont. O ile Vaelin się nie mylił, nie­prze­rwaną linię prze­ła­my­wało jedy­nie niskie, pła­skie wznie­sie­nie odle­głe o kilka mil. Wziąłby je za wzgó­rze, gdyby nie dziwna regu­lar­ność jego kształtu.

-?Miej­sce po sta­rej for­tecy? -?zapy­tał.

-?Kopiec Cesa­rza, jak wszy­scy go nazy­wają -?odparł wyrzu­tek, spusz­cza­jąc wzrok. Vaelin uznał, że to próba ukry­cia stra­chu. Jeśli tak, drże­nie rąk ści­ska­ją­cych wodze i zbie­lałe kostki rów­nież wiele zdra­dzały. -?Począ­tek Drogi Gro­bów.

-?Jest strze­żony? -?zapy­tał Vaelin.

W odpo­wie­dzi usły­szał ochry­pły, krótki śmiech.

-?Nawet kupieccy kró­lo­wie nie mają dość bogac­twa, żeby zapła­cić komuś za strze­że­nie go. W każ­dym razie tylko sza­leńcy albo despe­raci tutaj przy­jeż­dżają.

Vaelin obej­rzał się na Kiy­ena i dwóch innych człon­ków Żmij, któ­rzy też zatrzy­mali wierz­chowce. Pieśń zamru­czała gło­śniej, kiedy Vaelin spo­strzegł, że tamci uni­kają jego wzroku. Sza­leńcy albo despe­raci, pomy­ślał. W takim razie na szczę­ście jeste­śmy jed­nym i dru­gim.

-?Jakie zagro­że­nie się tutaj kryje? -?spy­tał, odwra­ca­jąc się z powro­tem do Cho-ka.

Wyrzu­tek nie odpo­wie­dział od razu, tylko na­dal patrzył na odle­gły pagó­rek nazbyt błysz­czą­cymi oczami. Dło­nie trzy­mał teraz na łęku sio­dła. Vaelin był przy­zwy­cza­jony do takiego zacho­wa­nia, widział je przed wie­loma bitwami: postawę czło­wieka zbie­ra­ją­cego odwagę.

-?Kie­dyś sły­sza­łem, że twój lud, panie, oddaje cześć zmar­łym -?rzekł w końcu Cho-ka. -?Czy to prawda?

-?Nie­zu­peł­nie. To... skom­pli­ko­wane i trzeba by sporo czasu, żeby to wyja­śnić.

-?Zatem nie poro­zu­mie­wa­cie się z nimi? Oni do was nie prze­ma­wiają?

Roz­ma­wia­łem ze zmar­łymi. Dotarli do mnie z Zaświa­tów i wszyst­kich nas ura­to­wali. Nie powie­dział tego na głos, wie­dząc, że takimi sło­wami nie uspo­ko­iłby prze­myt­nika.

-?Zwy­kłe prze­sądy -?rzu­cił tylko.

Cho-ka znowu się zaśmiał, jesz­cze bar­dziej ochry­ple i kró­cej niż poprzed­nio.

-?To, co czeka nas na Dro­dze Gro­bów, nie jest prze­są­dem. -?Vaelin usły­szał zmianę w jego gło­sie, słowa stały się bar­dziej pre­cy­zyjne, jakby wypo­wia­dała je osoba wykształ­cona, a nawet wyra­fi­no­wana. -?Nie jest to zwy­kłe uro­je­nie stra­chli­wego umy­słu, tylko prawda. To, co się tutaj widzi i sły­szy, jest rów­nie praw­dziwe jak wszystko inne. -?Cho-ka wbił w Vaelina inten­sywne spoj­rze­nie. -?Żeby prze­żyć, trzeba to zaak­cep­to­wać.

-?Cho!

Al Sorna i Cho-ka odwró­cili konie na okrzyk Kiy­ena. Zakła­da­jąc, że dwaj prze­myt­nicy wybrali aku­rat ten moment, żeby spró­bo­wać zdrady, zamiast ryzy­ko­wać spo­tka­nie z tym, co cza­iło się na Dro­dze Gro­bów, Vaelin się­gnął do mie­cza. Jed­nakże wzrok przy­sa­dzi­stego wyrzutka był utkwiony w pół­noc­nym hory­zon­cie. Mimo coraz gęst­szego mroku Vaelin dostrzegł dużą grupę jeźdź­ców i usły­szał tętent dzie­siąt­ków koni w peł­nym galo­pie.

-?Tuhla czy Stahl­hast? -?spy­tał wyż­szy wyrzu­tek, patrząc w dal.

-?A jakie to ma zna­cze­nie? -?rzu­cił Cho-ka, wbi­ja­jąc pięty w boki konia. -?Ruszać!

Dopiero gdy pod­je­chali bli­żej, Vaelin mógł oce­nić impo­nu­jącą skalę Kopca Cesa­rza. Tra­wia­ste zbo­cza wno­siły się na wyso­kość co naj­mniej stu stóp i cią­gnęły na wschód i zachód przez ponad milę. W szybko gęst­nie­ją­cej ciem­no­ści nie widział jed­nak śladu wej­ścia.

-?Tędy! -?zawo­łał Cho-ka.

Vaelin popro­wa­dził Derkę za wyrzut­kiem, który ruszył w stronę wschod­niego stoku. Za zakrę­tem oka­zało się, że pagó­rek jest w rze­czy­wi­sto­ści pira­midą, a gęstość pora­sta­ją­cej ją trawy i nie­re­gu­lar­ność powierzchni świad­czyły, że zbu­do­wano ją przed wie­kami. Cho-ka ścią­gnął wodze u stóp wzgó­rza, zsiadł z konia i klep­nął go po zadzie, popę­dza­jąc do galopu.

-?Konie nie mogą cho­dzić po Dro­dze Gro­bów -?wyja­śnił, rusza­jąc szyb­kim kro­kiem w górę stoku. -?Lepiej puść swo­jego luzem, panie.

Vaelin zdu­sił w sobie nie­chęć i zesko­czył z sio­dła, na co Derka par­sk­nął nie­za­do­wo­lony, naj­wy­raź­niej wyczu­wa­jąc jego zamiar.

-?Znaj­dziesz mnie -?powie­dział Vaelin z wes­tchnie­niem, wyj­mu­jąc wędzi­dło z pyska ogiera. -?Albo ja znajdę cie­bie.

Pogła­skał siwka po szyi, odsu­nął się i spoj­rzał mu w śle­pia. Derka zarżał i pogrze­bał kopy­tem w ziemi, po czym się odwró­cił i poga­lo­po­wał w ciem­ność.

-?Panie! -?zawo­łał Cho-ka z góry, kiedy szybko zbli­ża­jący się tętent kopyt stał się jesz­cze gło­śniej­szy.

Vaelin wbiegł na zbo­cze z dwoma Żmi­jami po bokach. Zna­lazł Cho-ka przed czymś, co wyglą­dało na minia­tu­rową świą­ty­nię. Budowla była czę­ściowo znisz­czona przez żywioły, kolumny pod­trzy­mu­jące jej trój­kątny dach popę­kały i zwie­trzały tak bar­dzo, że inskryp­cje na kamie­niu już dawno stały się nie­czy­telne. Bra­ko­wało drzwi. Vaelin zaj­rzał w ciemny otwór i ogar­nęło go wra­że­nie nie­zmie­rzo­nej głębi. Cho-ka przez chwilę grze­bał w gru­zach u pod­stawy kolumny i chrząk­nął z satys­fak­cją.

-?Na­dal tu jest -?powie­dział, odsu­wa­jąc na bok kamień. Znaj­do­wała się pod nim pochod­nia z żela­znym trzon­kiem. Cho-ka ode­rwał pasy tka­niny od swo­jej koszuli, wci­snął je do kosza żagwi i nasą­czył ole­jem z małej butelki, którą nosił przy pasie. Użył krze­siwa i zbli­żył się do otworu. Blask pło­mie­nia lśnił na jego spo­co­nym czole. -?Patrz na ogień, panie. I lepiej nic nie mówić, jeśli nie trzeba.

Wypro­sto­wał się i wkro­czył w ciem­ność. Vaelin zmie­rzył wzro­kiem Kiy­ena i pozo­sta­łych dwóch wyrzut­ków, a następ­nie poszedł za Cho-ka. Zro­bił kilka kro­ków i zawo­łał do nich, żeby pocze­kali, gdy uświa­do­mił sobie pewien pro­blem.

-?Nie możemy zwle­kać, panie -?pona­glił go Cho-ka.

-?Co ich powstrzy­muje? -?zapy­tał Vaelin, wska­zu­jąc głową na wej­ście.

-?Roz­są­dek -?mruk­nął Kiyen.

-?Tego miej­sca wszy­scy się boją -?wyja­śnił Cho-ka. -?I mają powody.

-?Twój lud się boi -?zauwa­żył Vaelin. -?Thula i Stahl­hast mogą nie podzie­lać tych obaw. A może gniewu Ostrza Ciem­no­ści boją się bar­dziej niż tego, co się tutaj czai.

Odwró­cił się, przy­ci­snął ramię do naj­bliż­szej kolumny i poczuł, że ta ustę­puje lekko pod jego naci­skiem.

-?Pomóż­cie mi.

Cho-ka wymam­ro­tał prze­kleń­stwo i podał łuczywo Kiy­enowi, a sam ruszył, żeby wes­przeć Al Sornę swoją siłą. Kamienne kolumny syp­nęły starą zaprawą i jęk­nęły w pro­te­ście, ale ten dźwięk został zagłu­szony przez krzyki wielu ludzi dobie­ga­jące z zewnątrz.

-?Pośpiesz­cie się! -?stęk­nął Vaelin, pona­wia­jąc wysiłki.

Człon­ko­wie Żmij naparli na filar, tak że wkrótce roz­legł się gło­śny trzask u jego pod­stawy.

-?Do tyłu!

Vaelin pchnął ich do przej­ścia, kiedy kolumna się prze­wró­ciła. Wej­ście zawa­liło się chwilę póź­niej, gęsta chmura pyłu wypeł­niła kory­tarz, wszy­scy zaczęli kasz­leć.

-?Cho­lera! -?wykrzyk­nął Kiyen, kiedy pył zga­sił pło­mień pochodni.

Ciem­ność, która ich oto­czyła, była nie­mal abso­lutna, nie licząc sła­bego bla­sku księ­życa sączą­cego się przez pozo­sta­ło­ści wej­ścia.

-?Daj ją tutaj -?rzu­cił Cho-ka.

Po kilku prze­kleń­stwach roz­legł się dźwięk krze­sa­nia i pochod­nia ożyła. Jej blask oświe­tlił kory­tarz pro­wa­dzący w dół i stop­nie kilka razy szer­sze niż wej­ście. Vaeli­nowi przy­po­mniało to raczej wrota do zamku niż do gro­bowca. Roz­miary scho­dów pozwa­lały na to, żeby zmie­ściło się na nich dwu­dzie­stu ludzi obok sie­bie.

-?Ilu jest tutaj pogrze­ba­nych? -?zapy­tał.

Wyrzu­tek zszedł z pierw­szego stop­nia, wycią­ga­jąc przed sie­bie rękę z pochod­nią. Jego odpo­wiedź długo roz­brzmie­wała echem, choć była cicha.

-?Tylko jeden.

Sły­sząc stłu­miony gwar gło­sów i szu­ra­nie prze­su­wa­nego kamie­nia, Vaelin wró­cił spoj­rze­niem do zasy­pa­nego gru­zem wej­ścia.

-?Stahl­hast -?powie­dział, roz­po­zna­jąc język, ale nie słowa. -?Prze­ko­pują się.

-?Więc nie zwle­kajmy. -?Cho-ka ruszył w dół po scho­dach.

W oce­nie Al Sorny kory­tarz się­gał ponad sto stóp w głąb ziemi. Miej­sce, do któ­rego pro­wa­dził, musiało być naprawdę ogromne, sądząc po tym, jak długo się roz­le­gały echa ich kro­ków, ale pochod­nia Cho-ka oświe­tlała tylko naj­bliż­sze oto­cze­nie, więc Vaelin odno­sił wra­że­nie, że jest zagu­biony w morzu ciem­no­ści. Patrząc w dół, zoba­czył, że pod­łoga jest uło­żona z pła­skich płyt dosko­nale obro­bio­nego gra­nitu, a ich gład­kość i brak pęk­nięć świad­czyły, że do tej pory nie­wiele po nich cho­dzono.

-?Co to jest, na nie­biosa? -?zapy­tał drżą­cym szep­tem naj­wyż­szy wyrzu­tek, kiedy blask pochodni padł na brzeg cze­goś, co znaj­do­wało się kilka jar­dów dalej.

Trudno było tę rzecz roz­po­znać w ską­pym świe­tle, ale Vaelin odniósł wra­że­nie, że to coś w rodzaju kar­ło­wa­tego konia. Głos Cho-ka przy­wo­łał ich do porządku.

-?Oczy na pło­mień! I nie roz­ma­wiać. Nie chce­cie, żeby was usły­szeli.

Vaelin prze­stał zada­wać sobie oczy­wi­ste pyta­nie i podą­żył za Cho-ka, trzy­ma­jąc się z tyłu grupki. Jego nie­uf­ność wobec dwóch Żmij nie osła­bła, dla­tego nie chciał mieć ich za ple­cami. Wyda­wało się jed­nak, że ich zdra­dziec­kie zamiary ustą­piły miej­sca stra­chowi, przy­naj­mniej na razie. W pod­ska­ku­ją­cym świe­tle pochodni widział nie­spo­kojne spoj­rze­nia rzu­cane na boki przez wyrzut­ków. Obaj oddy­chali płytko, Vaelin czuł ich pot. Mimo tych oznak prze­ra­że­nia nie sły­szał ostrze­żeń czar­nej pie­śni. Stały ból w gło­wie tro­chę się zmie­nił, ale nie miał w sobie alar­mu­ją­cej nuty. Było to raczej wra­że­nie roz­po­zna­nia, a nie zagro­że­nia. Ciem­ność roz­po­znaje ciem­ność, pomy­ślał. Wła­śnie ona mieszka w tym miej­scu.

Cho-ka narzu­cił szyb­kie tempo, nie­mal biegł, ich kroki dud­niły w otchłan­nej prze­strzeni. Na skraju pola widze­nia Vaelin dostrze­gał wyso­kie, pro­sto­kątne kolumny i liczne pio­nowe kształty, ale zbyt słabo oświe­tlone, żeby odgad­nąć, co to jest. Impuls, żeby długo i badaw­czo się im przyj­rzeć, był silny, jed­nak on pamię­tał o napo­mnie­niach Cho-ka i tłu­ma­czył sobie, że prze­myt­nik zna to miej­sce, a on nie.

-?Muszę odpo­cząć -?wysa­pał Kiyen po pra­wie godzi­nie biegu. Potknął się i zapewne by upadł, gdyby Vaelin go nie przy­trzy­mał.

-?Tylko parę minut -?powie­dział Cho-ka, zatrzy­mu­jąc się nie­chęt­nie. - Wzrok spusz­czony, języki za zębami.

Usie­dli w kręgu z pochod­nią w środku. Wyrzut­ko­wie drżeli ze zde­ner­wo­wa­nia, pod­czas gdy Vaelin czuł jedy­nie ból pie­śni i umiar­ko­wane zmę­cze­nie. Naj­wyż­szy czło­nek Żmij posłał mu spoj­rze­nie, w któ­rym podejrz­li­wość mie­szała się ze zdzi­wie­niem, i wymam­ro­tał:

-?On ich nie sły­szy.

-?Czego? -?zapy­tał Vaelin.

-?Cisza! -?wark­nął Cho-ka.

-?On nie sły­szy gło­sów -?powtó­rzył wyrzu­tek drżą­cym szep­tem, prze­su­wa­jąc spoj­rze­niem po towa­rzy­szach. -?Dla­czego on ich nie sły­szy?

-?Zamknij się, Joh­kin -?ostrze­gaw­czo wysy­czał Cho-ka.

Vaelin zoba­czył, że jego plecy są przy­gar­bione, i wyczuł, że prze­myt­nik opiera się impul­sowi, żeby odwró­cić wzrok od pło­mie­nia pochodni.

Joh­kin wziął drżący wdech, skrzy­żo­wał ramiona, opu­ścił głowę i zamknął oczy. Vaelin wytę­żył słuch, pró­bu­jąc wychwy­cić jakieś szepty w ciem­no­ści, ale sły­szał tylko chra­pliwe odde­chy prze­ra­żo­nych męż­czyzn. Wtedy pieśń roz­brzmiała nową nutą, ale na­dal nie było w niej ostrze­że­nia, tylko roz­ba­wie­nie i pogarda.

Trzęsą się jak dzieci wystra­szone opo­wie­ściami o duchach, ale tutaj nie ma żad­nego zagro­że­nia. Przy­naj­mniej dla mnie. Prych­nąw­szy z lek­ce­wa­że­niem, Vaelin wstał i obró­cił się, żeby w migo­czą­cym świe­tle zoba­czyć, co się da. Nie zwa­ża­jąc na ostrze­gaw­cze syk­nię­cie Cho-ka, sku­pił wzrok na masyw­nej, kan­cia­stej kolum­nie wyra­sta­ją­cej z posadzki kil­ka­na­ście kro­ków dalej. Pod­szedł do niej i prze­su­nął dło­nią po lite­rach wyry­tych na jej powierzchni. Tro­chę znał pismo Dale­kiego Zachodu, ale tutaj dostrzegł jedy­nie mgli­ste do niego podo­bień­stwo i nie potra­fił go odczy­tać. Kiedy obszedł ostry róg kolumny, z mroku wyło­nił się wojow­nik w zbroi, z obna­żo­nymi zębami i włócz­nią trzy­maną nisko jak do pchnię­cia w brzuch.

Vaelin bły­ska­wicz­nie zro­bił krok w bok, wycią­ga­jąc miecz i przy­ku­ca­jąc w posta­wie goto­wo­ści do kontr­ataku. Wojow­nik nie odwró­cił się do niego, tylko na­dal stał bez ruchu z włócz­nią wymie­rzoną w pustą prze­strzeń przed sobą. Przyj­rzaw­szy się uważ­niej, Vaelin dostrzegł paję­czynę pęk­nięć na jego skó­rze i jej nie­na­tu­ralny połysk w bla­sku pochodni.

Zaśmiaw­szy się ponuro, sta­nął pro­sto, scho­wał miecz i zbli­żył się do posągu. Nie­sa­mo­wite, pomy­ślał, doty­ka­jąc kamien­nego ramie­nia wojow­nika. Pra­wie wolne od kurzu było poma­lo­wane lekko czer­wo­na­wym pig­men­tem, który popę­kał i złusz­czył się pod pal­cami. Vaelin zasta­na­wiał się, czy w jego pie­śni pozo­stał jakiś ślad duszy Ahm Lina, żeby wzbu­dzić w nim podziw. Talent, z jakim wyrzeź­biono posąg, zdu­mie­wał. Wyda­wało się, że włócz­nik zastygł w chwili pchnię­cia, uło­że­nie jego koń­czyn i wyraz twa­rzy ide­al­nie odzwier­cie­dlały postawę wal­czą­cego czło­wieka.

-?Pro­szę, panie! -?Cho-ka stał kilka kro­ków od niego z na­dal spusz­czo­nym wzro­kiem i mówił ze stra­chem i źle ukry­wa­nym gnie­wem: -?Nara­żasz nas wszyst­kich!

Vaelin go zigno­ro­wał i popa­trzył za kamien­nego wojow­nika. W świe­tle pochodni zoba­czył, że są tu rów­nież inne posągi. Dostrzegł ich kil­ka­dzie­siąt, ale jesz­cze wię­cej stało w ciem­nych zaka­mar­kach kom­naty, cała kamienna armia. Wypa­trzył kolej­nych żoł­nie­rzy z włócz­niami, innych z mie­czami, klę­czą­cych łucz­ni­ków. Konie wiel­ko­ści kuców zasty­gły w trak­cie cią­gnię­cia dwu­ko­ło­wych rydwa­nów. Wszyst­kie posta­cie wyrzeź­biono z takim samym nie­zwy­kłym talen­tem. Gdy Vaelin zauwa­żył, że każda rzeźba jest inna, jego podziw jesz­cze wzrósł. Nie powta­rzała się żadna twarz ani poza. Była to armia indy­wi­du­al­no­ści.

-?Kim oni są? -?zapy­tał.

-?Straż­ni­kami Grobu -?odszep­nął Cho-ka. Skrzy­wił się, jakby do jego uszu dotarł jakiś przy­kry dźwięk, ale Vaelin na­dal nic nie sły­szał. -?Nie podoba się im nasza obec­ność.

Vaelin prze­su­nął wzro­kiem po zasty­głej armii i oce­nił jej liczeb­ność na ponad tysiąc ludzi, ale tylko tyle widział.

-?Mówią do was? Co mówią?

-?Lepiej zosta­wić te rze­czy nie­wy­po­wie­dziane. -?Cho-ka znowu się skrzy­wił i przy­gar­bił, jakby kulił się przed cio­sem. Pomknął wzro­kiem ku towa­rzy­szom, a kiedy znowu się ode­zwał, jego głos był sła­bym szep­tem. - Za wtar­gnię­cie zapła­cimy krwią.

-?Pierw­szy cesarz -?powie­dział Vaelin. -?On to zbu­do­wał?

-?Nie mamy czasu, panie. -?Cho-ka wycią­gnął drżącą dłoń. -?Pro­szę.

Pogar­dliwy ton czar­nej pie­śni zmie­nił się i roz­brzmiał brzydką nutą ostrze­że­nia. Tym razem Vaelin coś usły­szał, tupot wielu obu­tych stóp na kamie­niach stał się dono­śniej­szy, a wkrótce dołą­czyły do niego głosy.

-?Chyba się prze­ko­pali -?stwier­dził.

-?Ruszać! -?wark­nął Cho-ka do Kiy­ena i Joh­kina. Obaj zerwali się z twa­rzami bia­łymi ze stra­chu. -?Bie­giem albo zgi­niemy. Wasz wybór. -?I popę­dził przed sie­bie.

Vaelin ruszył za pod­ska­ku­ją­cym łuczy­wem i usły­szał, że po chwili nie­zde­cy­do­wa­nia dwaj prze­myt­nicy ruszają w ślad za nimi. Joh­kin coś mam­ro­tał pod nosem, ale Vaelin nic nie rozu­miał z jego bez­ład­nej papla­niny, którą i tak wkrótce zagłu­szyła kako­fo­nia gło­sów ich prze­śla­dow­ców. Bie­gnąc, zer­kał na prawo i na lewo. Stwier­dził, że teraz łatwiej dostrzec nie­wy­raźne kształty Straż­ni­ków, czę­ściowo oświe­tlo­nych słabą sre­brzy­stą poświatą. Jej źró­dło nie­ba­wem stało się jasne, kiedy wró­cił spoj­rze­niem do pochodni Cho-ka i zoba­czył cienki jak rapier pro­mień księ­życa wpa­da­jący przez skle­pie­nie prze­past­nej kom­naty. Wyda­wało się, że rap­tem urywa się on w powie­trzu trzy­dzie­ści stóp od posadzki, zasło­nięty przez jakąś kan­cia­stą kon­struk­cję. Kiedy się zbli­żyli, Vaelin zoba­czył w bla­sku żagwi schody i zorien­to­wał się, że dotarli do ogrom­nej stoż­ko­wej plat­formy.

Cho-ka bez waha­nia ruszył w górę po stop­niach, a oni podą­żyli za nim. Schody były strome, co zmu­szało ich do wdra­py­wa­nia się na czwo­ra­kach. Po sza­leń­czej wspi­naczce dotarli do sze­ro­kiego, pła­skiego wierz­chołka. Vaelin zatrzy­mał się rap­tow­nie na widok kolej­nego posągu, rów­nie mister­nie wyrzeź­bio­nego jak inne, ale dwa razy od nich więk­szego. Po jego obu stro­nach stali kamienni war­tow­nicy, niżsi, lecz impo­nu­jący posturą. W prze­ci­wień­stwie do żoł­nie­rzy na dole, ci nie mieli zbroi, tylko nagie torsy, a ich dopro­wa­dzone do per­fek­cji mię­śnie napi­nały się w akcie uno­sze­nia broni. Jeden trzy­mał topór, drugi młot, na ich twa­rzach malo­wał się wyraz suro­wej, nie­ustę­pli­wej deter­mi­na­cji.

Jed­nakże to ską­pana w bla­sku księ­życa cen­tralna postać przy­cią­gnęła uwagę Vaelina. Był to czło­wiek posu­nięty w latach, ale o pro­stych ple­cach i sze­ro­kich, sil­nych ramio­nach. Nie­zwy­kle uta­len­to­wany arty­sta, który go wyrzeź­bił, spra­wił, że jego rysy wyra­żały nie­zrów­naną wład­czość i jed­no­cze­śnie wielką mądrość. Męż­czy­zna miał na sobie ozdobną zbroję, bar­dzo podobną do tych, które na­dal nosili żoł­nie­rze z Dale­kiego Zachodu, ale na każ­dej płytce wyryto po jed­nej lite­rze tego samego sta­ro­żyt­nego pisma. W jed­nej ręce posąg trzy­mał miecz, w dru­giej zwój. Umie­jęt­no­ści kamie­nia­rza, który go wycio­sał tak dawno temu, znowu uwi­docz­niły się w spo­so­bie, w jaki roz­po­starty zwój falo­wał na wie­trze.

-?Pierw­szy cesarz, jak przy­pusz­czam? -?powie­dział Vaelin.

-?Mah-Shin, zało­ży­ciel Szma­rag­do­wego Impe­rium -?odparł Cho-ka, nie patrząc na posąg. Ski­nie­niem głowy wska­zał duży okrą­gły motyw wyryty w kamie­niu pod sto­pami pierw­szego cesa­rza. -?Jego kości leżą pod spodem, a jemu nie podoba się nasza wizyta.

Zgiełk okrzy­ków przy­cią­gnął wzrok Vaelina do dzie­siąt­ków pochodni pod­ska­ku­ją­cych w mroku. Wojow­nicy Stahl­ha­stu zbli­żali się do scho­dów.

-?Nie powin­ni­śmy ruszać?

-?Teraz nie ma sensu. -?Cho-ka wziął głę­boki wdech i popa­trzył na twarz Mah-Shina. -?Pierw­szy cesarz wyda wyrok. -?Opadł na kolana i nisko pochy­lił głowę. Syk­nął na pozo­sta­łych, żeby zro­bili to samo.

Nie widząc powodu, żeby nie posłu­chać, Vaelin ukląkł i skło­nił głowę, podob­nie jak Kiyen. Joh­kin na­dal stał. Prze­stał mam­ro­tać i teraz błysz­czą­cymi, nie­mru­ga­ją­cymi oczami patrzył na wład­czą, ale rozumną twarz dawno nie­ży­ją­cego cesa­rza.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki