Czarna magia - Mia Ahl

Kup ebooka

29.90 zł
22.43 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Lato 2011

Roz­dział pierw­szy

Było so­bot­nie po­po­łu­dnie i przez świeżo umyte okna wpa­dało mocne słońce. An­ne­lie sie­działa na swo­jej no­wej so­fie z Ikei, oglą­da­jąc te­le­wi­zję i je­dząc lody Rocky Road pro­sto z pu­dełka. By­łoby to cał­kiem przy­jemne za­ję­cie, gdyby tylko nie czuła się tak okrop­nie nie­szczę­śliwa.

W te­le­wi­zji le­ciał film ak­cji o ame­ry­kań­skim po­li­cjan­cie ści­ga­ją­cym ka­ra­ib­skich han­dla­rzy nar­ko­ty­kami. An­ne­lie wo­lała ko­me­die ro­man­tyczne. Naj­bar­dziej lu­biła Not­ting Hill, ale cóż, jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Gdy wró­ciła do domu po krót­kim spa­ce­rze, na­tych­miast pa­dła na ka­napę, wy­ce­lo­wała pi­lo­tem w od­bior­nik i za­częła ska­kać po ka­na­łach. Za­trzy­mała się na ta­kim, gdzie nie było sły­chać śmie­chu z puszki. Pod­czas pierw­szej prze­rwy na re­klamy pod­nio­sła się z sofy i prze­brała się z ład­nego sza­rego gar­ni­turu w leg­ginsy i T-shirt. Do na­stęp­nej prze­rwy zgłod­niała, więc po­szła po pu­dełko z lo­dami.

Te­raz oglą­dała, jak jedna z dru­go­pla­no­wych po­staci, młoda i piękna cza­row­nica, przy­go­to­wuje ry­tuał vo­odoo. Za­częła od ką­pieli. Ład­nie to wy­glą­dało. An­ne­lie po­żuła przez chwilę twardą piankę mar­sh­mal­low, a po­tem ją po­łknęła. Lody sma­ko­wały le­piej, zwłasz­cza gdy nie były już słone od jej łez, ale wciąż czuła gorzki po­smak po­rażki i roz­pa­czy.

Ko­bieta z filmu ubrała się na biało, po czym po­sta­wiła na oł­ta­rzu ko­szyk z przy­bo­rami i zdję­cia. Do tej pory An­ne­lie my­ślała, że vo­odoo po­lega na ro­bie­niu wo­sko­wych la­lek, a na­stęp­nie na wbi­ja­niu w nie igieł lub ich pa­le­niu. Cza­row­nica tym­cza­sem przy­nio­sła ko­guta. Trzy­mała go głową do dołu, a on szar­pał się roz­pacz­li­wie, zer­ka­jąc na nóż, który le­żał obok bu­telki z al­ko­ho­lem. Być może prze­czu­wał, jaką funk­cję bę­dzie peł­nił w tym ob­rządku. Na­gle ko­bieta ob­lała go pły­nem, zło­wrogo wy­re­cy­to­wała coś po hisz­pań­sku, po czym chwy­ciła nóż. Ko­gut ucichł, gdy uświa­do­mił so­bie, jak to się skoń­czy. Ko­bieta przy­gry­zła wargę i szybko mach­nęła ręką, a na ko­szy­czek i fo­to­gra­fię bry­znęła krew. An­ne­lie po­chy­liła się i wbiła wzrok w pu­dełko lo­dów. Miała za słabe nerwy na ta­kie sceny.

Uświa­do­miła so­bie, że do­tarła do dna opa­ko­wa­nia. Lekko zde­gu­sto­wana wpa­try­wała się w wy­ko­pany ły­żeczką lo­dowy dół. Kilka pia­nek mar­sh­mal­low przy­lgnęło do jego bo­ków.

Ja­dła za dużo śmie­cio­wego żar­cia. I do tego za­czy­nała tyć. To ta­kie nie­spra­wie­dliwe. Bo­ha­terki fil­mów i ksią­żek chu­dły, gdy miały doła. A ona ja­dła i tylko ro­biła się co­raz pulch­niej­sza. Nikt jej nie obej­mie i nie po­wie: "Ależ ty schu­dłaś, An­ne­lie. Czy na pewno do­brze się od­ży­wiasz?".

Zde­cy­do­wa­nym ru­chem przy­kryła pu­dełko z lo­dami, wy­łą­czyła te­le­wi­zor i po­szła do kuchni. Z po­czątku chciała wy­rzu­cić lody do ko­sza, ale po chwili uspo­ko­iła się i otwo­rzyła za­mra­żarkę. Znaj­do­wała się tam paczka wa­rzyw na pa­tel­nię oraz fi­let z kur­czaka, z któ­rych za­mie­rzała przy­go­to­wać so­bie die­te­tyczny obiad na nie­dzielę. Wy­cią­gnęła je i wrzu­ciła do zlewu. Zje je dzi­siaj wie­czo­rem na ko­la­cję. Koło ósmej, gdy zgłod­nieje. W za­mra­żarce le­żała też bu­telka ja­maj­skiego rumu, scho­wana za pacz­kami lo­dów i ham­bur­ge­rami. Ku­piła go pod wpły­wem emo­cji przed ob­cho­dami nocy Wal­purgi, ale po­tem z ja­kie­goś po­wodu o tym za­po­mniała.

Nie po­winno się pić na smutno. Bu­telka le­żała w za­mra­żarce, ob­lo­dzona, biała i nie­otwarta. Jako że An­ne­lie była ko­bietą i umiała ro­bić dwie rze­czy na­raz, wy­jęła bu­telkę i umie­ściła ją w zle­wie obok fi­letu z kur­czaka, otwie­ra­jąc lo­dówkę. Nie pusz­cza­jąc klamki, wy­pa­try­wała coli i cy­tryny, a drugą ręką szu­kała na bla­cie ma­łego no­żyka do wa­rzyw.

Zna­la­zła roz­mię­kłą cy­trynę i pra­wie pu­stą, nieco za­tę­chłą bu­telkę coca-coli. Cóż, mu­siało jej to wy­star­czyć.

Była młodą sa­motną ko­bietą i miała przed sobą jesz­cze pół week­endu. Mo­głaby w tym cza­sie zro­bić tak wiele rze­czy. Pójść na długi spa­cer, spo­tkać się z przy­ja­ciółmi, po­znać ko­chanka, zna­leźć so­bie nowe hobby. Ale nie zro­biła nic. Nie była w sta­nie. Od pra­wie dwóch mie­sięcy co drugi week­end spę­dzała, le­żąc na ka­na­pie przed te­le­wi­zo­rem ze sło­dy­czami lub lo­dami pod ręką. Mu­siała wziąć się w garść, jed­nak dzi­siaj zdała so­bie sprawę, że nie ma na to siły. Na­wet odro­biny.

Ze­msta. Do tej pory nie po­tra­fiła o niej my­śleć. Uża­lała się nad sobą sta­now­czo za długo, ale ni­gdy nie wpa­dła na to, żeby od­pła­cić się pięk­nym za na­dobne. Wie­działa, że jest bez­silna.

Nie da się nic zro­bić oso­bie, która ma po swo­jej stro­nie prawo. Ale mu­siał ist­nieć ja­kiś inny spo­sób. Coś, co po­mo­głoby jej po­ko­nać te mroczne siły, które wcią­gały ją w ot­chłań roz­pa­czy. Chwy­ciła nóż i prze­su­nęła ostrą kra­wę­dzią po po­wierzchni kciuka. Odło­żyła go z po­wro­tem na stół i zde­cy­do­wa­nym kro­kiem po­szła do gar­de­roby.

Jej miesz­ka­nie skła­dało się z czte­rech po­koi. Zo­stało prze­ro­bione z biura na po­wierzch­nię miesz­kalną. Przed­po­kój był tak mały, że gdy za­kła­dało się płaszcz, ude­rzało się ręką o rów­no­le­głą ścianę. Po le­wej stro­nie znaj­do­wały się dwie sy­pial­nie, a na­prze­ciw drzwi wej­ścio­wych funk­cjo­nalna ła­zienka. Od pra­wej od­cho­dził nie­wielki ko­ry­tarz pro­wa­dzący do sa­lonu po­łą­czo­nego z anek­sem ku­chen­nym. Agent nie­ru­cho­mo­ści na­zy­wał to "otwar­tym pla­nem" i z en­tu­zja­zmem opo­wia­dał, jak wspa­niale jest przy­go­to­wy­wać po­siłki, pod­czas gdy go­ście sie­dzą tuż obok na ka­na­pie i po­pi­jają drinki.

Wtedy An­ne­lie zdała so­bie sprawę, że ten fa­cet jest bez­dzietny. Nikt, kto ma dzieci w domu, nie wpu­ści go­ści do kuchni dzie­sięć mi­nut przed po­da­niem po­siłku. Wszę­dzie wa­lają się wów­czas garnki, pa­tel­nie i na­czy­nia.

Da­lej w głębi miesz­ka­nia znaj­do­wało się małe biuro z od­dzielną to­a­letą i dużą, ognio­od­porną szafą gar­de­ro­bianą. An­ne­lie sy­piała w tym biu­rze. To­a­leta była cia­sna i nie miała okna. W sza­fie trzy­mała swoje ubra­nia, ozdoby świą­teczne i inne rze­czy, na które ni­g­dzie in­dziej nie było miej­sca.

W pu­dełku z rze­czami na święta zna­la­zła trzy grube cy­nowe świece, z któ­rych tylko jedną kie­dyś już za­pa­liła. W szu­fla­dach le­żały ste­ary­nowe świece w róż­nych roz­mia­rach. Na sa­mym dole szafy zaś trzy tubki far­bek i wy­strzę­piony pę­dzel.

Za­nio­sła to wszystko do kuchni.

Miesz­ka­nie wciąż pach­niało no­wo­ścią i czy­sto­ścią. Było ci­che i nie­ru­chome ni­czym dziecko wy­stro­jone w wyj­ściowe ubra­nia. Słaby za­pach zie­lo­nego my­dła uno­sił się nad pod­łogą z czer­wo­nych pły­tek ni­czym życz­liwa myśl. Na ku­chen­nym stole le­żał kra­cia­sty ob­rus, a na środku stał bu­kiet astrów ku­piony na sto­isku w hali tar­go­wej. An­ne­lie prze­su­nęła go na bok i wzięła się do ro­boty.

Naj­pierw wy­piła spory łyk rumu pro­sto z bu­telki. Po­tem chwy­ciła pierw­szą świecę.

Szkoda, że żadne to­wa­rzy­stwo na­ukowe nie pro­wa­dziło kur­sów vo­odoo. Pew­nie byłby na to nie­zły po­pyt: "Wpro­wa­dze­nie do vo­odoo: jak ro­bić lalki i od­czy­ty­wać pro­ste za­klę­cia". Rzecz ja­sna ucze­nie tego, jak za­bi­jać in­nych lu­dzi, by­łoby za­ka­zane, ale można by się do­wie­dzieć, jak wy­wo­łać mi­grenę u są­siada, który kosi trawę w nie­dzielę rano.

Cho­dziła już na wiele kur­sów, uczyła się wło­skiego, ma­lo­wa­nia por­ce­lany i fi­lo­zo­fii, ale ni­gdy nie sko­rzy­stała z tych umie­jęt­no­ści. Ni­gdy nie była we Wło­szech. Po­ma­lo­wała pół tu­zina fi­li­ża­nek, które na­stęp­nie prze­le­żały w kre­den­sie całe lata, za­nim w końcu od­dała je do sklepu z uży­wa­nymi rze­czami przy ko­ściele zie­lo­no­świąt­kow­ców. Nikt nie słu­chał jej prze­my­śleń na te­mat Pla­tona. Zdała so­bie sprawę, że na­wet na kur­sie ni­kogo to nie ob­cho­dziło. Jej grupa skła­dała się z ośmiu ko­biet szu­ka­ją­cych sensu ży­cia oraz pro­wa­dzą­cego w ty­pie Ro­bin Ho­oda (za­bierz bo­ga­tym, od­daj bied­nym). Mó­wił w spe­cy­ficzny spo­sób, jakby przed wy­po­wie­dze­niem cze­go­kol­wiek wa­żył na ję­zyku każde słowo. A jed­no­cze­śnie to, co mó­wił, nie było szcze­gól­nie od­kryw­cze czy zna­czące. Inne kur­santki je­dy­nie słu­chały, tylko An­ne­lie pró­bo­wała od czasu do czasu coś wtrą­cić.

Ni­gdy jed­nak nie na­tknęła się na kurs vo­odoo. Mu­siała po­le­gać na tym, co zo­ba­czyła w fil­mie, i na zdo­by­tych wcze­śniej szcząt­kach wie­dzy. Je­śli cho­dzi o resztę, po­zo­stało jej się zdać na in­tu­icję.

Może jej się uda, bo ni­gdy wcze­śniej tego nie ro­biła. Fart no­wi­cju­sza. Cza­row­nica w fil­mie miała zdję­cia, ale An­ne­lie po­sta­no­wiła użyć la­lek. Nie wie­rzyła, że to w ogóle coś da, pró­bo­wała tylko po to, by po­czuć, że w ogóle jak­kol­wiek działa.

Pierw­sza lalka mu­siała re­pre­zen­to­wać męż­czy­znę. Tego, któ­rego naj­bar­dziej nie­na­wi­dziła. Za­częła skro­bać w ste­ary­nie. Nóż miała ostry, ale i tak nie było to ła­twe. W końcu jed­nak udało jej się stwo­rzyć małą fi­gurkę. Dało się roz­po­znać, że to nieco pulchny męż­czy­zna. Z jego głowy wy­sta­wał knot świecy, co spra­wiało, że przy­po­mi­nał nieco Tin­tina. Gdyby Tin­tin był nagi i nie miał oczu. Ich brak spra­wiał, że fi­gurka zda­wała się nieco bez­oso­bowa. An­ne­lie po­my­ślała o pięk­nych brą­zo­wych oczach, które błysz­czały fi­glar­nie, gdy ich wła­ści­ciel do­sta­wał to, czego chciał. W pu­dełku na bi­żu­te­rię miała parę kol­czy­ków wkrę­tek z ty­gry­sim okiem. Do­stała je od niego krótko po tym, jak się w so­bie za­ko­chali. Będą ide­alne.

Przy­nio­sła je, ogrzała srebrne igiełki w pło­mie­niu świecy i wci­snęła je w fi­gurkę. Udało się.

Pro­szę bar­dzo. Zro­bione. An­ne­lie upiła łyk rumu i uśmiech­nęła się, kła­dąc fi­gurkę na ta­le­rzu.

Z na­stępną lalką po­szło jej le­piej, a trze­cia w ogóle wy­szła jej bar­dzo ład­nie. Każda z nich otrzy­mała ja­kąś cha­rak­te­ry­styczną ce­chę. An­ne­lie wpa­try­wała się w nie cał­kiem za­do­wo­lona ze swo­jego rzeź­biar­skiego de­biutu. Może po­winna się za­pi­sać na za­ję­cia z ce­ra­miki. Cho­ciaż na nich trzeba było wy­ta­czać garnki, a to­cze­nie wy­da­wało się trudne. No i garnki szybko się roz­pa­dały. Tak jak ży­cie. My­ślisz so­bie, że oto trzy­masz w ręku przy­szły przed­miot co­dzien­nego użytku, a w na­stęp­nej chwili mo­kra bryła gliny wy­śli­zguje się z krę­cą­cego się koła.

An­ne­lie sprząt­nęła ze stołu ste­ary­nowe wiórki i roz­po­częła na­stępny etap ry­tu­ału. Mu­siała wziąć oczysz­cza­jącą ką­piel.

Sta­nęła przed lu­strem w ła­zience i za­częła się so­bie przy­glą­dać. Z ta­fli pa­trzyła na nią ko­bieta po czter­dzie­stce. Ciemne włosy miała ład­nie ob­cięte, choć nieco za dłu­gie. Po­winna pójść do fry­zjera. A może le­piej za­osz­czę­dzić, za­pu­ścić włosy i za­cząć no­sić te modne nie­chlujne koczki? Prze­far­bo­wać się na czer­wono? Ogo­lić głowę na łyso? An­ne­lie po­chy­liła się lekko do przodu i przyj­rzała się swo­jej twa­rzy. Miała nie­wiele zmarsz­czek. Do tego przy­czy­niły się do­bre geny i ży­cie wolne od pa­pie­ro­sów. Kilka ku­rzych ła­pek ota­czało jej duże, in­ten­syw­nie nie­bie­skie oczy. To była jej naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­styczna ce­cha. Bar­dzo nie­bie­skie oczy. Mru­gnęła do sie­bie le­wym okiem, po­woli, tak jak to so­bie wy­ćwi­czyła, kiedy była na­sto­latką.

Po­tem od­gar­nęła ręką włosy z czoła i przyj­rzała się ciem­nym wy­raź­nie za­ry­so­wa­nym brwiom. Uśmiech­nęła się i ob­na­żyła równe zęby. Od­krę­ciła wodę w wan­nie, wy­da­jąc z sie­bie te­atralne wes­tchnie­nie, zdjęła ubra­nia i wrzu­ciła je do ko­sza na pra­nie.

W szafce go­spo­dar­czej scho­wała bu­telkę z olej­kiem do ką­pieli. Była to do­bra kry­jówka, po­nie­waż Alva, jej córka, ni­gdy tam nie za­glą­dała. A miała w zwy­czaju trak­to­wać wszyst­kie ko­sme­tyki znaj­du­jące się w domu jako wła­sność wspólną. An­ne­lie wlała sporą ilość olejku do wanny i za­pach bia­łego ja­śminu wy­peł­nił po­miesz­cze­nie, a na lu­strze osia­dła pach­nąca para.

Wzięła ko­lejny łyk rumu, po czym po­woli za­nu­rzyła się w go­rą­cej wo­dzie. Oparła się rę­kami o wannę, od­chy­liła się do tyłu i za­mknęła oczy. Po­zwo­liła, by ką­piel ją od­prę­żyła, choć z po­czątku jej umysł nieco się temu opie­rał. Tak nie mo­gło być. Za­mie­rzała prze­cież na­wią­zać kon­takt z ciemną stroną swo­jej na­tury. Wy­piła jesz­cze kilka ły­ków al­ko­holu i za­częła się za­sta­na­wiać, co wła­ści­wie chce zro­bić. Pra­wie na­tych­miast na jej ustach za­go­ścił zło­śliwy uśmiech. Się­gnęła po małą okrą­głą mi­seczkę, na­brała go­rą­cej wody i wy­lała ją so­bie na głowę, aż mo­kre włosy przy­kle­iły się jej do szyi. Tak zro­biła ko­bieta z filmu. Po­tem sie­działa w wan­nie tak długo, że woda pra­wie cał­ko­wi­cie wy­sty­gła, a opuszki pal­ców się zmarsz­czyły. Po­ziom rumu w bu­telce znacz­nie zma­lał.

Ostroż­nie, bo­jąc się tego, że do­pad­nie ją karma i prze­kleń­stwo sprawi, że po­śli­zgnie się na mo­krej po­sadzce, wy­szła z wanny i wy­tarła się świe­żym bia­łym ręcz­ni­kiem. Zmie­niła stary zie­lony dy­wa­nik ła­zien­kowy na nowy biały i sta­nęła na nim ostroż­nie, a na­stęp­nie za­ło­żyła czy­ste białe majtki i biały sta­nik. Stopy wsu­nęła w krót­kie skar­petki w tym sa­mym ko­lo­rze, nie chcąc, by zmar­zły jej palce. Na­stęp­nie wzięła swoją starą białą szatę z po­chodu świę­tej Łu­cji, którą wcze­śniej po­wie­siła na wie­szaku na drzwiach do ła­zienki.

Za­rzu­ciła szatę na czy­stą bie­li­znę. Zno­szona ba­wełna była chłodna i przy­jemna w kon­tak­cie z jej za­ognioną, za­czer­wie­nioną skórą. Za­nim An­ne­lie wy­szła z po­wro­tem do kuchni, by kon­ty­nu­ować ry­tuał, prze­płu­kała wannę, jak to miała w zwy­czaju. Nu­cąc we­soło, roz­ło­żyła na ku­chen­nym stole biały ko­ron­kowy ob­rus. Jej bab­cia zro­biła go na szy­dełku. An­ne­lie miała na­dzieję, że życz­liwy duch babci nie prze­szko­dzi jej w tym nik­czem­nym ob­rzę­dzie. Wzdłuż brze­gów stołu po­sta­wiła dwa­na­ście świec w ma­łych świecz­ni­kach i spodkach. Chwilę to trwało. Za­pa­liła je i wy­piła ko­lejny łyk rumu. Przez chwilę po­my­ślała o ko­gu­cie. Ale nie po­trze­bo­wała go. Miała co prawda ce­ra­miczną fi­gurkę ko­guta w pu­dełku z wiel­ka­noc­nymi ozdo­bami, ale na­wet uda­wane po­de­rżnię­cie mu gar­dła nie wy­da­wało się do­brym po­my­słem. Mu­siała za­do­wo­lić się lal­kami.

Bez wa­ha­nia się­gnęła po pierw­szą z nich, na­peł­niła so­bie usta ru­mem i opluła fi­gurkę, pry­ska­jąc pły­nem z ust. Przez chwilę za­sta­na­wiała się, czy za­pa­lone świece i opary al­ko­holu nie spo­wo­dują po­żaru. Ta myśl jej się nie po­do­bała. Kuch­nia nie była przy­sto­so­wana do po­pi­sów w stylu po­ły­ka­czy ognia.

- Twoje imię - po­wie­działa dra­ma­tycz­nie - to Ber­til.

Lalka wbi­jała w nią oczka zro­bione z brą­zo­wych kol­czy­ków.

- Je­steś złym, sa­mo­lub­nym czło­wie­kiem. Je­steś pod­stępny, skąpy i zrzę­dliwy - skan­do­wała An­ne­lie. - Za­słu­gu­jesz na karę.

Wzięła szpilkę i wło­żyła ją w naj­bliż­szy pło­mień. Ostrze szybko się za­czer­wie­niło i szpilka za­częła jej pa­rzyć palce. An­ne­lie się uśmiech­nęła, po czym mó­wiła da­lej, ży­cząc mu cze­goś, czego wie­działa, że nie­na­wi­dzi.

- A twoją karą bę­dzie grypa żo­łąd­kowa.

Wy­jęła igłę z pło­mie­nia i wbiła ją w brzuch lalki. Nie po­szło to tak szybko, jak my­ślała. Do­ci­snęła igłę kciu­kiem, aż za­piekł ją opu­szek. Igła wbiła się w wosk nieco głę­biej. Po­tem po­ssała tro­chę bo­lący kciuk, przy­glą­da­jąc się swo­jej pracy z za­do­wo­le­niem.

Göte­borg, wio­sna 1991

Roz­dział drugi

An­ne­lie po­znała Ber­tila tuż przed swo­imi dwu­dzie­stymi uro­dzi­nami. Było to w marcu 1991 roku. Miesz­kała wów­czas z Vanją i De­nise w pod­na­ję­tym ob­skur­nym trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu w Ha­dze1. Prysz­nic znaj­do­wał się w piw­nicy, a ga­zowy pie­cyk wy­da­wał z sie­bie trza­ska­jące dźwięki przy włą­cza­niu. Z po­czątku An­ne­lie za­pa­lała go za­pałką, trzy­ma­jąc ją jak naj­da­lej od sie­bie. Vanja po­kła­dała się ze śmie­chu na ten wi­dok, więc po ty­go­dniu An­ne­lie ku­piła ga­zową za­pal­niczkę i na tym się skoń­czyło.

Znały się od przed­szkola i An­ne­lie za­wsze tro­chę po­dzi­wiała Vanję, która była star­sza (o trzy mie­siące), wyż­sza (o sie­dem cen­ty­me­trów) i przede wszyst­kim doj­rzal­sza. To ona dała An­ne­lie jej pierw­szego w ży­ciu pa­pie­rosa i uprzej­mie kle­pała ją po ple­cach, gdy ta kasz­lała od dymu. Po­czę­sto­wała ją też whi­sky i od­tąd świet­nie się ra­zem ba­wiły, choć Vanja mo­gła prze­cież cie­szyć się używ­kami w spo­koju i sa­mot­no­ści.

De­nise była ku­zynką Vanji. Jej matka, ko­bieta nie­zwy­kle żądna przy­gód, wy­je­chała pew­nego lata na wa­ka­cje za gra­nicę i wró­ciła do domu z brzu­chem. Ale to nie wszystko. Kiedy De­nise po­ja­wiła się na świe­cie, stało się ja­sne, że jej oj­ciec miał czarną skórę. Matce An­ne­lie drżała dolna warga, gdy opo­wia­dała tę sza­loną hi­sto­rię. Gdyby De­nise nie była ku­zynką Vanji, An­ne­lie pew­nie nie mia­łaby oka­zji zo­stać jej współ­lo­ka­torką. Miesz­ka­nie za­ła­twił im oj­ciec Vanji, który za­sia­dał w ra­dzie gminy mia­sta Bo­r?s, więc nikt, łącz­nie z jej uprze­dzoną matką, nie pro­te­sto­wał.

Vanja stu­dio­wała eko­no­mię, bo jej oj­ciec mó­wił, że to ma przy­szłość. An­ne­lie po­szła na ten sam kie­ru­nek, cho­ciaż nie bez oporu. Tak na­prawdę chciała pra­co­wać w re­kla­mie, być sce­no­grafką w te­atrze albo może pro­jek­tantką wnętrz. Nie to, że miała ja­kie­kol­wiek po­ję­cie o tym, jak wy­gląda taka praca, po pro­stu de­ko­ro­wa­nie wnętrz wy­da­wało jej się fajne. Nie­za­leż­nie od tego, czy była to scena czy wnę­trze miesz­ka­nia. Po­do­bał jej się sam po­mysł urzą­dza­nia prze­strzeni.

Jej ro­dzice sta­rali się my­śleć bar­dziej prak­tycz­nie. "Zdo­bądź wy­kształ­ce­nie, które da ci stałą pracę, naj­le­piej w urzę­dzie - mó­wili. - Bę­dziesz mo­gła się sama utrzy­my­wać. Przyda ci się to, gdy już wyj­dziesz za mąż i bę­dziesz mieć dzieci. Za­wsze mo­żesz pra­co­wać na pół etatu. Żeby mieć czas na zaj­mo­wa­nie się do­mem. To bez­pieczna opcja. A to całe de­ko­ro­wa­nie wnętrz mo­żesz so­bie ro­bić u sie­bie w wol­nym cza­sie. To znacz­nie przy­jem­niej­sze".

Pod­czas pierw­szego roku stu­diów An­ne­lie spę­dziła wiele czasu, urzą­dza­jąc ich małe miesz­kanko w Ha­dze. Prze­ma­lo­wała ściany we wszyst­kich po­ko­jach, wspo­ma­gana z en­tu­zja­zmem przez De­nise i bier­nie ob­ser­wo­wana przez Vanję. Na­stęp­nie uszyła za­słony i zmie­niła obi­cie na ich sta­rych, za­ku­pio­nych na pchlim targu me­blach. W końcu uznała, że miesz­ka­nie jest ładne i że stało się tak za jej sprawą.

Miesz­kały tam już po­nad trzy se­me­stry, kiedy Ber­til za­pu­kał do ich drzwi w pe­wien mar­cowy czwar­tek. Kiedy otwie­rała mu drzwi, An­ne­lie nie wie­działa oczy­wi­ście jesz­cze, kim on w ogóle jest ani że sta­nie się męż­czy­zną jej ży­cia.

Tego wie­czoru sie­działa w domu i za­ku­wała, więc miała na so­bie bar­dzo nie­for­malny strój: zno­szone dżinsy, za duży swe­ter i skar­pety zro­bione na dru­tach. Włosy za­plo­tła w war­kocz i była nie­uma­lo­wana, choć za­zwy­czaj na­wet nie przy­szłoby jej do głowy, żeby po­ka­zać się ja­kie­mu­kol­wiek atrak­cyj­nemu męż­czyź­nie bez peł­nego ma­ki­jażu, fry­zury i wy­so­kich ob­ca­sów.

- Hej - po­wie­dział Ber­til.

- Hej - od­po­wie­działa. Na chwilę za­marła, po czym wy­pa­liła: - My­śla­łam, że to De­nise.

- Ach. No, ale to ja - po­wie­dział Ber­til.

An­ne­lie uznała to za nie­zwy­kle dow­cipny ko­men­tarz i uśmiech­nęła się słodko, lu­stru­jąc go wzro­kiem.

Miał na so­bie ob­ci­słe nie­bie­skie dżinsy, mod­nie wy­bla­kłe w od­po­wied­nich miej­scach, czarną ma­ry­narkę, oraz, o lo­sie, czarne kow­boj­skie buty na ob­ca­sie i w sre­brzy­sty wzo­rek. Uśmiech­nął się, a jego brą­zowe oczy roz­bły­sły, gdy za­uwa­żył, że mu się przy­gląda.

- Kim jest De­nise? - za­py­tał.

- Moją ko­le­żanką - od­po­wie­działa An­ne­lie i się za­ru­mie­niła. - Mieszka tu­taj.

Nie była to pora na do­głębne wy­ja­śnia­nie, że De­nise stu­dio­wała na Uni­wer­sy­te­cie Tech­nicz­nym Chal­mersa i że choć po­tra­fiła w mig roz­gryźć ma­te­ma­tyczne wzory, to w spra­wach ży­cio­wych była okrop­nie nie­zor­ga­ni­zo­wana. Klu­cze gu­biła przy­naj­mniej raz w ty­go­dniu. Jej roz­pacz­liwe wo­ła­nie "Moje klu­cze! Nie ma ich!" stało się sy­gna­łem do ry­tu­ału roz­po­czę­cia go­rącz­ko­wych po­szu­ki­wań. An­ne­lie i Vanja ru­szały na ra­tu­nek, pod­czas gdy De­nise stała i za­wo­dziła ni­czym po­stać z grec­kiej tra­ge­dii. Klu­cze znaj­do­wały się zwy­kle w ster­cie ubrań lub ksią­żek, ale cza­sami od­kry­cie ich wy­ma­gało więk­szego wy­siłku. An­ne­lie od­na­la­zła je kie­dyś w lo­dówce.

- Na­zy­wam się Ber­til - po­wie­dział. - Ber­til Lund. Będę od­na­wiał ten bu­dy­nek i przy­sze­dłem po­in­for­mo­wać, że wszy­scy lo­ka­to­rzy mu­szą się wy­pro­wa­dzić do końca czerwca.

- Aha - od­po­wie­działa An­ne­lie.

Za­częła się za­sta­na­wiać, czy nie po­wi­nien przed­sta­wić ja­kiejś pi­sem­nej in­for­ma­cji w tej spra­wie jako do­wodu. Chyba nie może tak po pro­stu przyjść i po­wie­dzieć, że mają się wy­pro­wa­dzić? Po­tem po­my­ślała, że prze­cież to nie ma zna­cze­nia, bo na­wet nie dys­po­nują żadną umową najmu. Miesz­ka­nie za­ła­twił im prze­cież po zna­jo­mo­ści ko­lega ojca Vanji z Bo­r?s. Na­stęp­nie stwier­dziła, że do wy­pro­wadzki jesz­cze sporo czasu. Z pew­no­ścią nie będą mu­siały się wy­nieść przed na­dej­ściem je­sieni, bo w końcu wszy­scy wie­dzą, że ro­bot­nicy ni­gdy nie za­czy­nają pracy w umó­wio­nym ter­mi­nie. Osta­tecz­nie jed­nak po­zwo­liła so­bie przy­znać, że Ber­til Lund jest naj­przy­stoj­niej­szym chło­pa­kiem, ja­kiego kie­dy­kol­wiek wi­działa. Wła­ści­wie to męż­czy­zną, nie chło­pa­kiem. Z brą­zo­wymi oczami.

- Ale gdzie w ta­kim ra­zie mamy miesz­kać? - za­py­tała, prze­chy­la­jąc głowę. Wła­śnie wtedy zdała so­bie sprawę, że włosy ma nie­chluj­nie za­ple­cione w war­kocz i jest ubrana w stary wy­cią­gnięty swe­ter z logo uni­wer­sy­tetu. Swe­ter na­le­żał do Vanji, a wła­ści­wie do jej star­szego brata.

An­ne­lie na­tych­miast opu­ściła wzrok za­kło­po­tana i za­częła wpa­try­wać się w swoje stopy, odziane w zro­bione na dru­tach stare skar­pety.

- Ty i De­nise? - za­py­tał Ber­til.

- Nie. Tak, De­nise, ja i Vanja - od­po­wie­działa An­ne­lie. - Vanja też tu mieszka. To jej oj­ciec...

Tu­taj umil­kła, bo nie miała pew­no­ści, czy oj­ciec Vanji, który był wła­ści­cie­lem du­żej firmy sprze­da­ją­cej farby, chciałby, by mó­wiła o tym otwar­cie. W końcu był człon­kiem Ko­mi­sji Pla­no­wa­nia Prze­strzen­nego oraz rad­nym. Co prawda z ra­mie­nia mało wpły­wo­wej Umiar­ko­wa­nej Par­tii Ko­ali­cyj­nej, ale i tak. A Bo­r?s to małe mia­steczko. Po­my­ślała też, że je­żeli Ber­til jest tym, za kogo się po­daje, to z pew­no­ścią roz­po­znałby to na­zwi­sko.

- Ach, tak - od­po­wie­dział Ber­til, po­now­nie się uśmie­cha­jąc.

W tym mo­men­cie po scho­dach we­szła za­dy­szana De­nise.

- Cześć - przy­wi­tała się, ob­rzu­ca­jąc Ber­tila spoj­rze­niem peł­nym apro­baty. Po­tem zwró­ciła wzrok na An­ne­lie, która nie mo­gła się zde­cy­do­wać, czy cie­szy się z jej na­dej­ścia.

- To jest De­nise - przed­sta­wiła ją. - A to jest Ber­til, bę­dzie od­na­wiał bu­dy­nek.

Na chwilę za­pa­dła nie­spo­kojna ci­sza. De­nise przy­glą­dała się przez mo­ment Ber­ti­lowi. Ewi­dent­nie nie wy­warł na niej aż tak wiel­kiego wra­że­nia jak na An­ne­lie. Za­py­tała zna­cząco:

- Czy Vanja też jest w domu?

- Nie, po­je­chała ku­pić swe­ter - od­po­wie­działa gładko An­ne­lie.

To było nie­spra­wie­dliwe, że Vanja mo­gła spę­dzać tyle czasu na mie­ście i da­lej mieć lep­sze oceny na każ­dym eg­za­mi­nie, cho­ciaż to An­ne­lie ro­biła do­kład­niej­sze no­tatki i wię­cej się uczyła. Czę­sto my­ślała o tym, że chcia­łaby, żeby wszystko przy­cho­dziło jej tak ła­two jak Vanji.

Ber­til stał na klatce scho­do­wej i prze­stę­po­wał z nogi na nogę, De­nise opie­rała się o otwarte drzwi, a An­ne­lie nie­pew­nie trzy­mała się klamki. Męż­czy­zna po­pa­trzył na obie dziew­czyny, pra­gnąc roz­luź­nić na­pię­cie, jak przy­stało na ko­goś do­brze wy­cho­wa­nego.

- Do­bra - po­wie­dział. - To je­ste­śmy w kon­tak­cie.

An­ne­lie ski­nęła głową i się po­że­gnali.

Być może po­my­ślała so­bie, że Ber­til ode­zwie się z wia­do­mo­ścią, że zna­lazł dla nich miesz­ka­nie. W każ­dym ra­zie nie spo­dzie­wała się, że za­prosi ją na randkę. Może miała cień na­dziei, ale na to nie li­czyła. Jed­nak ja­kieś dwa ty­go­dnie póź­niej, gdy za­li­czyła już je­den z eg­za­mi­nów i za­mie­rzała się uczyć do na­stęp­nego, Ber­til znowu sta­nął w ich drzwiach.

Tym ra­zem An­ne­lie wy­glą­dała znacz­nie le­piej, choć nie­ko­niecz­nie była go­towa na to spo­tka­nie. Wy­bie­rała się z Vanją do kina i wła­śnie na­kła­dała szminkę, kiedy za­dzwo­nił do drzwi.

- Cześć - po­wie­działa Vanja, która otwo­rzyła mu drzwi, bo stała bli­żej.

- Cześć - po­wie­dział Ber­til. - Jest An­ne­lie?

An­ne­lie sta­nęła za Vanją, po czym spoj­rzeli so­bie w oczy z Ber­ti­lem.

Póź­niej chciała wie­rzyć, że w tym mo­men­cie roz­le­gła się ro­man­tyczna mu­zyka, a po­kój za­wi­ro­wał tak jak w ko­me­diach ro­man­tycz­nych, tak się jed­nak nie stało. Pa­trzyli na sie­bie, Ber­til znów miał na so­bie dżinsy i kow­boj­skie buty, An­ne­lie na­to­miast była tym ra­zem ubrana w ele­ganc­kie spodnie i ma­ry­narkę, a włosy sta­ran­nie uło­żyła.

- Czy chcia­ła­byś pójść ze mną na spa­cer? - za­py­tał Ber­til, a to, że zro­bił to na żywo, nie było wcale dziwne, bo prze­cież nie znał jej nu­meru te­le­fonu, więc nie mógł wcze­śniej za­dzwo­nić.

Za­kło­po­tana An­ne­lie rzu­ciła Vanji py­ta­jące spoj­rze­nie. Bar­dzo chciała pójść z Ber­ti­lem na spa­cer, ale wie­działa, że Vanja się ze­zło­ści. Sama ni­gdy by się tak nie za­cho­wała wo­bec An­ne­lie. Jej związki trwały za­zwy­czaj bar­dzo krótko. Ni­gdy nie była na­prawdę za­uro­czona ja­kim­kol­wiek fa­ce­tem i ni­gdy nie zmie­ni­łaby pla­nów z ta­kiego po­wodu. An­ne­lie czuła, że ko­le­żanka nie jest za­do­wo­lona z ob­rotu sprawy, ale ona sama nie po­tra­fiła się oprzeć tej iskrze w oczach Ber­tila. Taka szansa mo­gła się już ni­gdy nie po­wtó­rzyć. Vanja sta­no­wiła stały punkt w jej ży­ciu jako stara, nie­za­wodna przy­ja­ciółka, Ber­til zaś był przy­godą.

- Mo­żemy iść do kina in­nym ra­zem? - zwró­ciła się do niej bła­gal­nym to­nem.

Vanja spoj­rzała na nią i wzru­szyła ra­mio­nami, po czym odło­żyła to­rebkę na półkę w ko­ry­ta­rzu.

- Okej - od­po­wie­działa.

Tego wie­czoru Ber­til i An­ne­lie spa­ce­ro­wali pod ra­mię uli­cami Göte­borga. Pa­no­wał wio­senny chłód, ale gdy Ber­til ją po­ca­ło­wał, An­ne­lie po­czuła wszech­ogar­nia­jący żar. To mu­siała być mi­łość.

Tym ra­zem po­pro­sił ją o nu­mer. Na­stęp­nego dnia sie­działa przy­kle­jona do te­le­fonu i nie chciała na­wet zejść na dół do ła­zienki w oba­wie, że za­dzwoni, gdy tam bę­dzie, i zre­zy­gnuje, je­śli An­ne­lie nie od­bie­rze. To było, za­nim na­stał czas te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych. Je­dyny te­le­fon w miesz­ka­niu stał w po­koju Vanji. Wszyst­kie trzy lo­ka­torki miały do niego do­stęp i wszyst­kie trzy za­wsze znały treść każ­dej roz­mowy.

Ber­til ode­zwał się po trzech dniach i do­brze, że tak zro­bił, bo to utwier­dziło An­ne­lie w prze­ko­na­niu, że my­śli o niej po­waż­nie. Po­szli ra­zem do kina na ja­kiś film ak­cji, a ona za­my­kała oczy pod­czas naj­bar­dziej krwa­wych scen. Wo­lała ko­me­die ro­man­tyczne, ale nie chciała o tym z nim roz­ma­wiać. Na filmy, które lu­biła naj­bar­dziej, mo­gła cho­dzić z Vanją. Z Ber­ti­lem ro­biła rze­czy, które lu­bił on.

Nad­szedł ostatni dzień kwiet­nia, noc Wal­purgi i fe­sti­wal Cor­t?gen2. De­nise była do­piero na dru­gim roku Chal­mersa, ale miała przy­ja­ciół, któ­rzy zbu­do­wali tra­dy­cyjny fe­sti­wa­lowy po­wóz. Za­ło­żyła ka­pe­lusz z frędz­lami i za­brała Vanję i An­ne­lie na pa­radę. Ta noc była wy­jąt­kowo cie­pła i piękna.

Bul­war Ave­nyn wy­da­wał się ład­niej­szy niż zwy­kle, a żarty brzmiały za­baw­niej. Ber­til i An­ne­lie obej­mo­wali się i ca­ło­wali po­mię­dzy wy­bu­chami śmie­chu, tak żeby każdy mógł do­strzec, że na­leżą do sie­bie. W pew­nym mo­men­cie od­da­lili się od reszty im­pre­zo­wi­czów, nie miało to jed­nak zna­cze­nia. Vanja spo­ty­kała się z no­wym chło­pa­kiem, który chciał ją póź­niej za­brać do ele­ganc­kiej re­stau­ra­cji, a De­nise pla­no­wała się ba­wić ze zna­jo­mymi z Chal­mersa. An­ne­lie i Ber­til szli po­woli za resztą grupy w stronę dworca. Tam wy­pili na roz­grza­nie kawę po ir­landzku i roz­ma­wiali o wszyst­kim.

Póź­nym wie­czo­rem znowu wy­szli na bul­war. Po­wie­trze wy­peł­niał słodki za­pach nie­do­po­wie­dzia­nej obiet­nicy. An­ne­lie po­tknęła się w bu­tach na wy­so­kich ob­ca­sach i Ber­til zła­pał ją mocno w pa­sie.

Za­chi­cho­tała, a on po­chy­lił się w jej stronę. Ca­ło­wali się długo i na­mięt­nie.

- Chodźmy do mnie - wy­szep­tał jej do ucha.

An­ne­lie zgo­dziła się i wtedy po raz pierw­szy była z męż­czy­zną w taki spo­sób. Do tej pory za­cho­wy­wała się jak grzeczna dziew­czynka, któ­rej za­wsze ktoś pil­no­wał. Kilka razy praw­do­po­dob­nie nada­rzy­łaby się ku temu oka­zja, ale ni­gdy z niej nie sko­rzy­stała. Za­cho­wy­wała się ostroż­nie i nikt jej wy­star­cza­jąco nie sku­sił. Te­raz tego pra­gnęła i czuła się od­ważna.

Nie po­szło tak do­brze, jak tego ocze­ki­wała. Spo­dzie­wała się nie­biań­skich roz­ko­szy, tym­cza­sem wszystko wy­da­wało jej się po pro­stu obce i nie­wy­godne. O tak wiele przy­ziem­nych rze­czy trzeba było za­dbać - o ubra­nia, o to, co zro­bić z koń­czy­nami, o an­ty­kon­cep­cję. Czuła się nie­śmiała i nie­zdarna, nie bar­dzo wie­działa, co ma ro­bić. W pew­nym mo­men­cie po­my­ślała, że Ber­til wy­gląda tro­chę głu­pio. Za­uwa­żyła, że bar­dzo się prze­jął tym, że był to jego pierw­szy raz. Tym, że jej też, nie wy­da­wał się przej­mo­wać. Szep­tał jej do ucha miłe słowa i za­pew­niał, że na­stęp­nym ra­zem bę­dzie le­piej. Na­uczy się jej ciała. Wzniosą się na wy­żyny eks­tazy. An­ne­lie mu uwie­rzyła. Czuła się bar­dzo szczę­śliwa.

Po tym zda­rze­niu trzy­dzie­sty kwiet­nia za­pi­sał się w jej pa­mięci jako szcze­gólna data. Wtedy wszystko się za­częło. Po­czą­tek no­wej ery.

To dziwne, my­ślała cza­sem, jak w fer­wo­rze mi­ło­ści i zgiełku tę­sk­nimy za ci­szą, spo­ko­jem i po­rząd­kiem. A gdy do­pada nas co­dzien­ność, z no­stal­gią wspo­mi­namy burz­liwe emo­cje z po­cząt­ków związku i chcemy znów je po­czuć. Po cu­dow­nym le­cie peł­nym na­mięt­no­ści przy­cho­dzą je­sień i co­dzienna ru­tyna.

Do tego czasu Ber­til nie zdo­łał zna­leźć dziew­czy­nom no­wego miesz­ka­nia. Za­pro­po­no­wał, żeby An­ne­lie za­miesz­kała z nim w jego nowo wy­re­mon­to­wa­nym miesz­ka­niu w tej sa­mej czę­ści mia­sta. Zgo­dziła się z ra­do­ścią. Zna­jomy ojca Vanji za­ła­twił jej przy­ja­ciółce nowe lo­kum, stu­dio, na które w końcu miała le­galną umowę najmu. De­nise wpro­wa­dziła się do in­nej ko­le­żanki.

W ten spo­sób ich drogi się ro­ze­szły. An­ne­lie nie ża­ło­wała pod­ję­tej de­cy­zji. Zmie­niła swoje ży­cie. Z mło­dej sin­gielki stała się po­łówką du­etu, Ber­tila i An­ne­lie. Uwa­żała to za spo­łeczny awans.

Uwiel­biała miesz­kać z Ber­ti­lem. Każ­dego dnia po za­koń­cze­niu wy­kła­dów bie­gła z po­wro­tem do ich miesz­ka­nia, żeby sprzą­tać, go­to­wać i prać. To było pra­wie jak dzie­cięca za­bawa w ro­dzinę, ale le­piej, bo bez wrzesz­czą­cych dzieci, za to z mnó­stwem seksu. Tego ele­mentu bra­ko­wało, gdy w mło­do­ści ba­wiła się w dom z Vanją i ich są­sia­dem Hu­go­nem w Bo­r?s. Ber­til miał ra­cję. Ich mi­ło­sne ży­cie się po­lep­szyło i choć An­ne­lie ni­gdy nie po­czuła, że osiąga wy­żyny eks­tazy, to była za­do­wo­lona.

Ber­til za­ło­żył wła­sną firmę bu­dow­laną. Ry­nek nie­ru­cho­mo­ści dy­na­micz­nie się roz­wi­jał, mo­ment na roz­po­czę­cie dzia­łal­no­ści był więc do­sko­nały.

Po­ży­czał pie­nią­dze, żeby ku­pić dom, re­mon­to­wał go, sprze­da­wał i brał kre­dyt na na­stępny. Wszystko to w za­wrot­nym tem­pie. An­ne­lie, która pro­wa­dziła mu księgi, co­raz bar­dziej to nie­po­ko­iło.

- Czy zda­jesz so­bie sprawę z tego, ja­kie masz długi? - za­py­tała pew­nego razu.

- A czy wiesz, ile warte są moje domy?! - od­po­wie­dział.

- Tak - od­rze­kła.

Chciała do­dać coś wię­cej, ale Ber­til ścią­gnął ją z ka­napy i za­czął ca­ło­wać.

- Je­steś taka mą­dra - po­wie­dział. - My­ślę, że po­win­ni­śmy się po­brać.

I tak też się stało.

Ślub wzięli w jej ro­dzin­nym Bo­r?s. Udzie­lił go im ten sam ksiądz, który dał An­ne­lie chrzest i bierz­mo­wa­nie, jej matka po­pła­kała tro­chę w ko­ron­kową chu­s­teczkę, a jej bra­ta­nice były dru­hen­kami. Wszystko spra­wiało tak uro­cze wra­że­nie, jak tylko mo­gło, kiedy się brało ślub w czerwcu.

Gdy przy­szedł rok 1994, prze­pro­wa­dzili się już do Ud­de­valli, firma Ber­tila roz­wi­jała się i było co­raz wię­cej pracy.

An­ne­lie też się roz­wi­jała i miała mnó­stwo za­jęć.

Alva uro­dziła się w 1996 roku, An­ton trzy lata póź­niej. An­ne­lie da­lej od­po­wia­dała za księ­go­wość Ber­tila i po­ma­gała w kon­tak­tach z klien­tami. Do­sta­wała za to pen­sję. Ro­biła też pra­nie, sprzą­tała i opie­ko­wała się dziećmi. Za tę pracę nie do­sta­wała wy­na­gro­dze­nia. Prze­pro­wa­dzali się dwu­krot­nie: z wy­re­mon­to­wa­nego miesz­ka­nia do ka­mie­nicy i z ka­mie­nicy do du­żej nowo wy­bu­do­wa­nej willi.

Cza­sami An­ne­lie sia­dała na twar­dej kra­wę­dzi pia­skow­nicy, kar­miła Alvę ciast­kami i wspo­mi­nała, jak do­brze ba­wiła się w Göte­borgu z Vanją i De­nise. Wspo­mi­nała wspólną na­ukę przy go­rą­cej cze­ko­la­dzie z bitą śmie­taną lub bu­telce czer­wo­nego wina, wspólne przy­mie­rza­nie ubrań czy ten je­den wie­czór, kiedy spa­liły za­ła­twio­nego przez De­nise jo­inta. Zda­rzyło im się to tylko raz, bo An­ne­lie bała się to zro­bić po­now­nie, a Vanja wła­śnie za­częła uma­wiać się z po­li­cjan­tem. Wspo­mi­nała ich roz­mowy. Tę­sk­niła za kimś, z kim mo­głaby po­roz­ma­wiać na po­waż­nie. Ber­til opo­wia­dał o swo­ich do­mach lub o tym, co so­bie ku­pią, gdy bę­dzie miał wię­cej pie­nię­dzy. A ich są­sie­dzi mó­wili tylko o dzie­ciach lub pod­wyż­kach cen.

To nie tak, że w ogóle nie miała przy­ja­ciół. Miała cał­kiem spore grono zna­jo­mych, do któ­rego na­le­żały inne matki z przed­szkola Alvy i są­siadki z oko­licy. Jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką była Ma­rita, któ­rej mąż Göran był wła­ści­cie­lem jed­nego z ho­teli w mie­ście. Miesz­kali w domu po dru­giej stro­nie ulicy i mieli córkę o imie­niu Ma­de­le­ine, która była w tym sa­mym wieku co Alva. Z wy­glądu Ma­rita nieco przy­po­mi­nała Vanję. Miała tak samo smu­kłe ciało i dłu­gie blond włosy, choć jej rysy nie były aż tak kan­cia­ste. Wkrótce ona i An­ne­lie wie­działy o so­bie wszystko, spę­dziły bo­wiem na roz­mo­wach dłu­gie go­dziny, pod­czas któ­rych ich có­reczki ba­wiły się ra­zem.

Cza­sem, gdy tak sie­działy i ga­dały, An­ne­lie czuła się pu­sta i prze­zro­czy­sta, jak gdyby wszystko w niej było płyt­kie i pro­ste do od­czy­ta­nia. Po­tem tę­sk­niła za cza­sem spę­dzo­nym w Ha­dze. Wspo­mi­nała chłodną iro­nię Vanji i to, jak De­nise na­bi­jała się ze swo­ich na­uczy­cieli i ko­le­gów z roku. Nie żeby te roz­mowy były szcze­gól­nie in­te­li­gentne czy na po­zio­mie, ale jej współ­lo­ka­torki przy­naj­mniej od czasu do czasu pod­no­siły wzrok znad ziemi i in­te­re­so­wały się in­nymi ludźmi.

Pew­nego dnia, kiedy za­wio­zła Alvę do przed­szkola, a An­ton sie­dział i grzecz­nie ba­wił się sa­mo­cho­dzi­kami w sa­lo­nie, za­dzwo­niła do Vanji, która była te­raz dy­plo­mo­waną bie­głą re­wi­dentką i pra­co­wała w Ernst & Young.

- Hej, to ja, An­ne­lie - po­wie­działa nie­śmiało i za­częła się po­cić na samą myśl, że prze­szko­dziła Vanji w pracy.

- An­ne­lie. Skar­bie. Jak się masz? - Ra­dość w gło­sie Vanji spły­nęła przez ucho An­ne­lie ni­czym cie­pły stru­mień w dół jej brzu­cha. Tam stała się zło­ci­stą kulką szczę­ścia, która roz­świe­tliła jej cały dzień.

Vanja opo­wia­dała o swoim sze­fie i zwa­rio­wa­nych klien­tach. An­ne­lie mó­wiła o dzie­ciach, a po­tem nie miała już o czym, więc Vanja zre­la­cjo­no­wała jej, co sły­chać u De­nise. Roz­ma­wiały tak długo, że An­ton za­czął ję­czeć, więc An­ne­lie prze­ku­piła go her­bat­ni­kami i da­lej słu­chała przy­ja­ciółki.

W końcu Vanja rze­kła:

- Słu­chaj, mam za­raz spo­tka­nie. Mu­szę już iść. Ale może zo­ba­czymy się ja­koś nie­długo?

Za­miast się po­że­gnać i odło­żyć słu­chawkę, An­ne­lie za­py­tała:

- Może usta­limy datę?

A Vanja za­miast po­wie­dzieć, że jest za­jęta i nie­długo się ode­zwie, od­po­wie­działa:

- Ja­sne. Co po­wiesz na wto­rek za ty­dzień? Lunch o pierw­szej?

A więc były umó­wione.

Ber­til nie był za­do­wo­lony, gdy usły­szał, że An­ne­lie po­je­dzie au­to­bu­sem do Göte­borga, żeby zjeść lunch z Vanją. Nie mógł wziąć wol­nego w pracy. Czemu go naj­pierw nie za­py­tała? I w ogóle po co je­chać na lunch do mia­sta, skoro można go zjeść u sie­bie.

An­ne­lie się uparła. Póź­niej była tym nieco za­sko­czona, ale i za­do­wo­lona ze swo­jej nie­ustę­pli­wo­ści.

Po­pro­siła Ma­ritę, żeby ta za­jęła się An­to­nem i ode­brała Alvę z przed­szkola. Nie było w tym nic dziw­nego, od czasu do czasu opie­ko­wały się na­wza­jem swo­imi dziećmi. W prze­ciw­nym ra­zie żadna nie mia­łaby czasu, żeby pójść do den­ty­sty czy do fry­zjera.

Lunch z Vanją co ja­kiś czas stał się dla An­ne­lie spo­so­bem na ode­tchnię­cie od ży­cia. Kiedy czuła się uwię­ziona, dzwo­niła do przy­ja­ciółki i uma­wiały się na spo­tka­nie. Cza­sem szły do kina, lecz przez więk­szość czasu po pro­stu sie­działy i roz­ma­wiały nad sty­gną­cym je­dze­niem. Cza­sem piły wino do obiadu i An­ne­lie czuła się wtedy ni­czym dama z wiel­kiego mia­sta.

Rzecz ja­sna, to nie tak, że była nie­za­do­wo­lona ze swo­jego ży­cia. Prze­ciw­nie. Miała co ro­bić z księ­go­wo­ścią Ber­tila, dziećmi i do­mem, i ogro­dem. Ale cza­sami czuła się nie­wi­dzialna. Jakby pracę, którą co­dzien­nie wy­ko­ny­wała, kom­plet­nie po­mi­jano, a to wszystko, czego nie ro­biła, de­ner­wo­wało dwa razy bar­dziej niż w rze­czy­wi­sto­ści. I ni­gdy się nie koń­czyło. Gdy jed­nego dnia opróż­niła kosz na pra­nie, to już na­stęp­nego le­żały w nim dżinsy i ręcz­niki ką­pie­lowe. Gdy tylko po­od­ku­rzała i umyła pod­łogę w kuchni, ktoś roz­le­wał na nią sok. Co mie­siąc trzeba było roz­li­czyć po­datki i wy­pła­cić pen­sję trzem pra­cow­ni­kom Ber­tila. A jak tylko spła­ciła fak­tury ze sklepu Ta­pe­thal­len, Ber­til za­ma­wiał u nich nowe farby.

Pra­co­wała i pra­co­wała, nie do­sta­jąc w za­mian nic. Nie pa­mię­tała, kiedy ostatni raz zo­stała do­ce­niona, czy to w pracy, czy to przez ro­dzinę, wy­cho­dziło zresztą na to samo.

W nie­które dni, wsta­jąc z łóżka, ży­czyła so­bie, żeby coś się wy­da­rzyło. Co­kol­wiek, by­leby coś się zmie­niło.

Ale gdy zmiana w końcu na­de­szła, nie była na nią przy­go­to­wana. I gorzko ża­ło­wała, że w ogóle so­bie jej za­ży­czyła.

________________

1 Dziel­nica Göte­borga, znana z drew­nia­nej ar­chi­tek­tury.

2 Fe­sti­wal or­ga­ni­zo­wany przez stu­den­tów Uni­wer­sy­tetu Chal­mersa w Göte­borgu. Główną atrak­cją jest pa­rada po­wo­zów, któ­rych de­ko­ra­cje na­wią­zują do wy­da­rzeń mi­nio­nego roku. Za­zwy­czaj od­bywa się w ten sam dzień co noc Wal­purgi, czyli 30 kwiet­nia.

Ud­de­valla, wio­sna 2011

Roz­dział trzeci

An­ne­lie od za­wsze wie­rzyła, że noc Wal­purgi to szcze­gólne święto dla niej i dla Ber­tila.

A w 2011 roku było jesz­cze bar­dziej wy­jąt­kowe, bo świę­to­wali dwu­dzie­stą rocz­nicę swo­jego związku.

Ku­piła po­lę­dwicę wo­łową na ko­la­cję, dwa­dzie­ścia czer­wo­nych róż i bu­telkę wina. Wtedy Ber­til za­dzwo­nił i po­wie­dział, że musi zo­stać w pracy do późna.

- Czyli nie zdą­żymy po­je­chać do Ljung­skile? - za­py­tała An­ne­lie.

- Ljung­skile? - od­po­wie­dział Ber­til.

- Tak, po­słu­chać chóru i po­oglą­dać ogni­ska.

An­ne­lie była zdu­miona. Od­kąd ku­pili dom, co roku spę­dzali noc Wal­purgi w Ljung­skile. Jeź­dzili tam z Ma­ritą i jej mę­żem Göra­nem. Męż­czyźni pro­wa­dzili na zmianę, bo je­den mu­siał po­zo­stać trzeźwy. Gdy wra­cali, pili grzane wino lub kawę po ir­landzku w domu Ma­rity i Görana. Ro­bili tak każ­dego roku.

Czyżby Ber­til tego nie pa­mię­tał? A może za­po­mniał, jaki dzi­siaj dzień? Czy za­czął tra­cić pa­mięć na sta­rość? A może żar­to­wał? Za­chi­cho­tała i po­wie­działa:

- No wiesz, dzi­siaj jest noc Wal­purgi.

Wtedy Ber­til wes­tchnął do słu­chawki.

Przy­je­chał do domu wcze­śniej, niż się go spo­dzie­wała. Usły­szała, jak żwir na pod­jeź­dzie trzesz­czy pod cię­ża­rem sa­mo­chodu. Był to zna­jomy dźwięk, ucie­szyła się, gdy ją do­biegł. Spoj­rzała na ze­gar ze zdzi­wie­niem. Było bar­dzo wcze­śnie. Więc może jed­nak nie za­po­mniał. Może przy­wiózł jej kwiaty lub pre­zent. Może na­wet chciał ją za­brać na ko­la­cję do re­stau­ra­cji. Cho­ciaż szkoda by było, żeby po­lę­dwica się zmar­no­wała.

Usły­szała, jak drzwi wej­ściowe otwie­rają się i za­my­kają i jak ple­cak z do­ku­men­tami i pu­deł­kiem na dru­gie śnia­da­nie lą­duje na pod­ło­dze koło wej­ścia do biura. Po­tem grze­chot wie­sza­ków, kiedy Ber­til wie­szał kurtkę. Zdjął buty i zaj­rzał do biura przej­rzeć pocztę. Każdy z tych dźwię­ków był jej zna­jomy i po­tra­fiła z nich od­czy­tać, jak mi­nął mu dzień. Brzdęk wie­szaka spa­da­ją­cego na pod­łogę i już wie­działa, że klient spra­wiał kło­poty. Ci­che mam­ro­ta­nie znad li­stu i zda­wała so­bie sprawę, że ktoś spóź­nia się z za­płatą. Cze­kała na niego w ci­szy przy piecu, chcąc usły­szeć jak naj­wię­cej, by do­wie­dzieć się, jak go przy­wi­tać w domu.

Dzi­siaj jego kroki były cięż­kie, a ru­chy po­wolne, jak gdyby był bar­dzo zmę­czony.

- Cześć - za­wo­łała do niego po­god­nie. - Je­stem w kuchni.

Zwi­nęła klop­siki, żeby móc je usma­żyć i za­mro­zić na za­pas. Ber­til przy­szedł z ko­ry­ta­rza, usiadł ciężko przy ku­chen­nym stole i przy­glą­dał się jej przez chwilę. Po­tem wes­tchnął.

- Wspa­niale, że udało ci się wró­cić wcze­śniej - za­szcze­bio­tała An­ne­lie.

- Co? - za­py­tał.

- Za­dzwo­ni­łeś i po­wie­dzia­łeś, że się spóź­nisz - wy­ja­śniła.

Po­now­nie wes­tchnął, tym ra­zem tak ciężko, że za­częła mu się przy­glą­dać.

- Co się stało? - za­py­tała.

Ber­til spoj­rzał na swoje na­zna­czone pracą dło­nie. Nie miał ob­rączki.

- Po­zna­łem ko­goś - po­wie­dział z wy­sił­kiem.

- Kogo? - An­ne­lie była skon­ster­no­wana.

Po­woli i z po­mocą wielu słów Ber­til wy­ja­śnił, że po­znał mi­łość swo­jego ży­cia i z tego po­wodu chciałby się roz­wieść. Z po­czątku An­ne­lie nie po­tra­fiła zro­zu­mieć, o co mu cho­dzi. Jakby wszystko, co do niej mó­wił, było ja­koś fil­tro­wane przez siatkę ochronną. Jed­nak to, co zdo­łało do niej do­trzeć, wy­star­czyło, by za­częła so­bie uzmy­sła­wiać, co kryło się za jego dziw­nym za­cho­wa­niem. Stała z rę­kami nad de­ską do kro­je­nia, gdzie rów­niut­kie klop­siki le­żały w rządku, cze­ka­jąc na pa­tel­nię.

- Inną ko­bietę? - To było wszystko, co zdo­łała z sie­bie wy­du­sić.

Ber­til znów za­czął wy­ja­śniać.

Spo­tkał swoją brat­nią du­szę. Ko­bietę, która na­prawdę go ro­zu­miała.

- Mogę z nią po­roz­ma­wiać o wszyst­kim - po­wie­dział z ta­kim szczę­ściem w gło­sie, że An­ne­lie na­tych­miast znie­na­wi­dziła ko­bietę, która spra­wiała, że tak się czuł.

- Jest taka doj­rzała. I tyle wi­działa, tyle już prze­żyła... Spójrz tylko na sie­bie! - wy­krzyk­nął ze zło­ścią. - Sto­isz tu­taj i sma­żysz klop­siki, za­miast czy­tać książki lub roz­my­ślać o ży­ciu.

- Kim ona jest? - za­py­tała An­ne­lie. - Ktoś, kogo znam?

W my­ślach za­częła szu­kać wśród swo­ich przy­ja­ció­łek ko­goś, kto pa­so­wał do opisu Ber­tila. Doj­rzała, do­świad­czona ko­bieta, którą znał i z którą mógł po­roz­ma­wiać. Kto mógł dać mu to, czego ona nie mo­gła?

Ber­til mil­czał.

- Kim ona jest? - za­py­tała po­now­nie An­ne­lie, tym ra­zem ostrzej. - Czy to ktoś, kogo znam?

Za­częła zmy­wać, tylko po to, żeby za­jąć czymś ręce. Klop­siki po­szły w od­stawkę. Może uda jej się po­now­nie za­mro­zić mie­lone.

- To Linda Her­man­son z Urzędu Gminy - po­wie­dział w końcu Ber­til.

- Czy ona cza­sem nie jest bar­dzo młoda?

- Ma dwa­dzie­ścia trzy lata. I tu nie cho­dzi o jej wiek, tylko o...

W tym mo­men­cie w drzwiach sta­nęła Alva, trzy­ma­jąc w dłoni słu­chawkę prze­no­śnego te­le­fonu.

- Hej - po­wie­działa. - Nie sły­sze­li­ście? Krzy­cza­łam do was wła­śnie. Dzwoni Ma­rita i pyta, o któ­rej je­dziemy do Ljung­skile.

Göte­borg, lato 2011

Roz­dział czwarty

Gdy nad­szedł nie­dzielny po­ra­nek, An­ne­lie głę­boko spała, a kiedy się w końcu obu­dziła, zdała so­bie sprawę, że we śnie od­wie­dził ją Die­sel­man­nen, bo­ha­ter pio­senki Mor­risa. Za­kradł się do miesz­ka­nia, kiedy spała, ude­rzył ją w głowę i wlał jej do ust olej na­pę­dowy.

An­ne­lie wy­to­czyła się z łóżka w stronę ła­zienki, uni­ka­jąc po dro­dze pa­trze­nia w lu­stro. Umyła zęby i po­szła do sa­lonu. Na sto­liku ka­wo­wym stała pu­sta szklanka, poza tym w po­koju pa­no­wał po­rzą­dek.

Czu­jąc się, jakby lu­na­ty­ko­wała, na­sta­wiła kawę i na­lała so­bie szklankę soku. Jej wzrok padł na wciąż le­żące w zle­wie wa­rzywa na pa­tel­nię i fi­let z kur­czaka. Na ten wi­dok jej żo­łą­dek się zbun­to­wał. Po­chy­liła się nad zle­wem z za­mknię­tymi oczami i stała tak, do­póki mdło­ści nie ustały. Na­stęp­nie wy­rzu­ciła je­dze­nie do ko­sza, pil­nu­jąc się, by na nie spoj­rzeć, i po­szła wziąć prysz­nic.

Stała w ka­bi­nie przez długi czas, po­zwa­la­jąc, by cie­pła woda spły­wała po jej ciele. Jej śnia­da­nie skła­dało się z kawy, soku i dwóch ibu­pro­fe­nów.

Po­ście­liła łóżko, po czym za­ło­żyła czy­ste dżinsy, wy­godne buty i kurtkę, a po­tem wy­szła na spa­cer.

An­ne­lie miesz­kała w gór­nej czę­ści ulicy Norra Li­den. Z dru­giej strony par­kingu cią­gnęły się schody pro­wa­dzące w dół do Kungs­ga­tan. Stam­tąd było już tylko pięć mi­nut pie­chotą do Ave­nyn. Szła szyb­kim kro­kiem, jakby do­kądś zmie­rzała, nie chcąc, by ktoś za­uwa­żył, że w rze­czy­wi­sto­ści idzie przed sie­bie bez celu.

La­tem w Göte­borgu było cu­dow­nie cie­pło. Lu­dzie sie­dzieli w ka­wiar­niach lub prze­cha­dzali się dep­ta­kiem, jakby nie mieli w ży­ciu żad­nych zmar­twień.

Wi­tryny wy­peł­niały ele­ganc­kie ubra­nia i An­ne­lie zde­cy­do­wała się zaj­rzeć do bu­tiku. Je­żeli bę­dzie ku­po­wać tylko oczami, to może so­bie po­zwo­lić na małe sza­leń­stwo.

W NK De­sign ofe­ro­wano mnó­stwo ubrań, któ­rych nie chcia­łaby mieć, na­wet gdyby do­stała je za darmo. Z kry­tyczną miną prze­glą­dała odzież i zba­dała pal­cami su­kie­neczkę za dwa­na­ście ty­sięcy ko­ron. Dwa­na­ście pa­ty­ków!

Odło­żyła ją i sta­rała się wy­glą­dać, jakby uznała, że su­kienka jest dla niej zbyt pro­sta w kroju. Nie­mniej chciała spró­bo­wać cze­goś no­wego. W jej pracy ko­biety co chwila miały nowe buty lub ubra­nia. W każ­dym ra­zie tak się wy­da­wało An­ne­lie, która pra­co­wała tam do­piero kilka ty­go­dni.

W bu­tiku Tommy'ego Hil­fi­gera wy­brała gra­na­towy dam­ski gar­ni­tur i po­szła do przy­mie­rzalni. Z ję­kiem wcią­gnęła brzuch, aby za­piąć gu­zik przy pa­sie, a na­stęp­nie upo­rać się z su­wa­kiem. Nie dało się. Nie było szans. Nie da­łaby rady za­piąć tych spodni, na­wet gdyby po­ło­żyła się na pod­ło­dze. Po­czuła się, jakby do­stała cios w szczękę. Była gruba. O wiele za gruba.

Kilka mie­sięcy in­ten­syw­nego sie­dze­nia na so­fie z pi­lo­tem do te­le­wi­zora w jed­nej ręce oraz tor­bami sło­dy­czy w dru­giej spra­wiło, że przy­brała na wa­dze. Lu­stro w przy­mie­rzalni po­ka­zało nie­od­krytą przez nią wcze­śniej fałdkę ró­żo­wej skóry z czer­wo­nymi pa­skami, wy­sta­jącą znad ta­lii dżin­sów. Wszyst­kie jej ubra­nia były znacz­nie za cia­sne. Po pro­stu wcze­śniej nie zda­wała so­bie z tego sprawy. Ale te­raz w tej ka­bi­nie do­tarła do niej prawda.

Gruba, stara i nudna. Tylko jej oczy wciąż wy­glą­dały, jakby miała dwa­dzie­ścia lat. Na­dal były bar­dzo nie­bie­skie, z czy­stymi biał­kami. Zła na sie­bie od­wie­siła spodnie na wie­szak i wy­szła z przy­mie­rzalni. Ża­ło­wała, że ka­bina nie ma drzwi, któ­rymi mo­głaby trza­snąć. Wa­ha­dłowe drzwiczki nie da­wały tak efek­tow­nego dźwięku jak zwy­kłe, jed­no­skrzy­dłowe.

- Nie pa­so­wało? - za­py­tała eks­pe­dientka, a An­ne­lie po­wstrzy­mała się od ko­men­ta­rza i tylko po­krę­ciła głową z prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem. W końcu to nie jej wina, że roz­miar czter­dzie­ści pa­suje te­raz tylko na wy­chu­dzone ma­ne­kiny.

Na po­cie­sze­nie po­szła do ka­wiarni. Wzięła dużą latte i ba­beczkę cze­ko­la­dową. Usia­dła przy sto­liku i pa­trzyła na ro­dziny wjeż­dża­jące po scho­dach ru­cho­mych z wy­pcha­nymi tor­bami w rę­kach. Na­gle spo­strze­gła, jak ja­kiś męż­czy­zna po­chyla się i ca­łuje żonę w szyję. An­ne­lie od­wró­ciła wzrok. Na­wet tłu­sta sło­dycz cze­ko­lady nie mo­gła stłu­mić gorz­kiego smaku za­zdro­ści. Zo­sta­wiła fi­li­żankę i okruszki ba­beczki na stole i znów wy­szła na słońce.

Ja­kimś cu­dem upły­nęło już pół dnia. W domu cze­kał na nią stos ubrań do wy­pra­so­wa­nia. Wkrótce wrócą też dzieci. Na­gle za­trzy­mała się na środku Ave­nyn. Czy po­sprzą­tała wszystko po wczo­raj­szym wie­czo­rze? Się­gnęła pa­mię­cią wstecz aż do mo­mentu, gdy igła wbiła się w świecę. Tak. Ukryła wszyst­kie ślady vo­odoo. Po­tem pa­dła na sofę z ostat­nią szklanką rumu oraz pi­lo­tem w ręku. W środku nocy ja­koś prze­nio­sła się na łóżko.

W końcu jej pu­sty żo­łą­dek dał o so­bie znać i uświa­do­miła so­bie, że musi ku­pić je­dze­nie. Praw­dziwe je­dze­nie w roz­sąd­nej ilo­ści. Sklep spo­żyw­czy znaj­do­wał się nie­da­leko domu, na prze­cznicy pro­wa­dzą­cej do Kungs­ga­tan. Za­częła tam iść, sta­wia­jąc szyb­kie, zde­cy­do­wane kroki. Uliczka wy­dała jej się nie­zwy­kle stroma. Wi­niła za to kaca. Ona, która zjeź­dziła ro­we­rem Ud­de­vallę wzdłuż i wszerz bez śladu za­dyszki, po­winna bez pro­blemu po­ra­dzić so­bie z wej­ściem na pie­chotę na tak małe wzgó­rze. Pod­czas walki z górką pró­bo­wała so­bie przy­po­mnieć, co z do­mo­wej spi­żarni zo­stało zje­dzone w ciągu ostat­niego ty­go­dnia, a co jesz­cze jest. Były to głów­nie go­towe pół­pro­dukty. Stra­ciła ape­tyt na wszystko, nie umiała na­wet za­pla­no­wać po­rząd­nych za­ku­pów. Gdy do­tarła już do sklepu, na­szła ją pewna myśl. Gdyby tak jak w prze­szło­ści ro­biła za­kupy na cały ty­dzień z wy­prze­dze­niem, stać by ją było na tak­sówkę do domu.

Nieco po­nad go­dzinę póź­niej za­dy­szana sta­nęła na ostat­nim pię­trze swo­jego bu­dynku. Gdy tak­sówka za­trzy­mała się na ulicy, An­ne­lie naj­pierw prze­nio­sła osiem to­reb przez bramę, a na­stęp­nie przez cięż­kie drzwi. Gdy za­kupy były już na ko­ry­ta­rzu, wsa­dziła je do windy i wci­snęła przy­cisk jazdy w górę, a sama wbie­gła po scho­dach. Za­częła wkła­dać klucz do zamka, gdy usły­szała, że winda po­woli nad­jeż­dża. Z ulgą we­szła do miesz­ka­nia. Ze zdu­mie­niem od­kryła, że dzieci już tam są. Usły­szała dźwięki do­cho­dzące z te­le­wi­zora i po­tknęła się o dwie torby spor­towe, które ktoś po­ło­żył na wy­cie­raczce.

- Hej, hej! Mama wró­ciła! - za­wo­łała.

Nikt nie przy­szedł, a te­le­wi­zor da­lej grał. Winda wje­chała na pię­tro i An­ne­lie rzu­ciła się na klatkę scho­dową, by otwo­rzyć drzwi, a na­stęp­nie wtar­gać torby z za­ku­pami do miesz­ka­nia.

- Halo! Czy ktoś może przyjść i mi po­móc?!

Żad­nego ru­chu, cho­ciaż z ko­ry­ta­rza An­ne­lie wi­działa stopy swo­jej córki oparte o pod­ło­kiet­nik sofy. Sofa była ja­sna i za­zwy­czaj obo­wią­zy­wał za­kaz kła­dze­nia na niej stóp. Nie żeby Alva się tym przej­mo­wała. Miała inne pro­blemy, na przy­kład wcho­dze­nie w okres doj­rze­wa­nia.

An­ne­lie za­trza­snęła drzwi do miesz­ka­nia i skie­ro­wała się do sa­lonu. Alva le­żała na so­fie i pa­trzyła roz­anie­lo­nym, na­sto­let­nim wzro­kiem na trzech do­brze ubra­nych ame­ry­kań­skich ak­to­rów uda­ją­cych czter­na­sto­lat­ków. An­ne­lie chwy­ciła le­żą­cego na sto­liku ka­wo­wym pi­lota i wy­łą­czyła te­le­wi­zor.

- Mamo!

- Cześć. Wró­ci­łam. Chodź, po­móż mi roz­pa­ko­wać je­dze­nie.

- Ale mamo, to na­prawdę fa­scy­nu­jące.

- To bez­na­dziejna opera my­dlana, która nie ma nic wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią.

An­ne­lie wy­szła na ko­ry­tarz. Cie­szyła się, że córka nie wie, że ogląda w ta­jem­nicy Seks w wiel­kim mie­ście i Pretty Wo­man, które ra­czej nie są przy­kła­dami am­bit­nych pro­duk­cji, i nie za­pro­te­sto­wała. Za­miast tego wstała nie­chęt­nie. Po­dob­nie jak jej oj­ciec miała dłu­gie nogi i ciemne oczy. Lśniące włosy opa­dały jej na plecy.

- Od­daj mi pi­lota - jęk­nęła.

- Nie.

- Mama! - An­ton wy­szedł ze swo­jego po­koju.

An­ne­lie przy­tu­liła go, na­dal ści­ska­jąc pi­lota w pra­wej dłoni.

- Zro­bi­łam za­kupy na cały ty­dzień - oznaj­miła z dumą. - A te­raz po­mo­że­cie mi je po­wkła­dać do lo­dówki.

Alva zdo­łała zła­pać pi­lota i osu­nęła się z po­wro­tem na sofę.

- Alva! Przyjdź i mi po­móż. Ty prze­cież też jesz.

- Ale nie tyle, ile An­ton. To pro­siak. Cały czas coś je. Zjada na­wet resztki pizzy po Lin­dzie, i to ra­zem ze spa­lo­nymi brze­gami.

- Chodź tu i mi po­móż. - An­ne­lie pró­bo­wała pod­nieść głos, ale zo­stała za­głu­szona przez ry­czącą re­klamę. Z wes­tchnie­niem wnio­sła torby do kuchni i za­częła upy­chać je­dze­nie do lo­dówki, za­mra­żarki i spi­żarni.

An­ton jej po­mógł, cho­ciaż nie wy­glą­dał na za­chwy­co­nego. An­ne­lie spoj­rzała na jego szczu­płe ciało i za­sta­na­wiała się, gdzie się po­dziewa to całe je­dze­nie, które syn po­chła­nia. Wkrótce bę­dzie tak wy­soki jak ona, tyle że wa­żył dwa­dzie­ścia kilo mniej. Jak zwy­kle jego ko­szulka była po­pla­miona, a brą­zowe oczy pa­trzyły na matkę po­sęp­nie.

- Jak było u taty? - za­py­tała, usi­łu­jąc za­cząć roz­mowę.

- Do­brze - od­po­wie­dział wy­mi­ja­jąco chło­pak.

- Tata się roz­cho­ro­wał! - krzyk­nęła z sofy Alva. Zdu­mie­wa­jące, jak wspa­niały miała słuch, o ile wła­śnie ktoś jej o coś nie pro­sił.

- Roz­cho­ro­wał? - An­ne­lie się za­my­śliła. "Ale to chyba nie przez..."

- Tak! - od­po­wie­działa Alva.

- Grypa żo­łąd­kowa - do­dał An­ton.

- Grypa żo­łąd­kowa? - An­ne­lie z tru­dem ła­pała od­dech.

- Tak, mamo-pa­pugo. Wczo­raj po ko­la­cji. Rzy­gał tak, że sły­chać go było w ca­łym domu. - Alva wło­żyła dwa palce do ust i za­de­mon­stro­wała, wy­da­jąc z sie­bie dźwięki wy­mio­tów.

An­ton za­chi­cho­tał i zro­bił to samo.

- Sie­dział na to­a­le­cie, a na ko­la­nach mu­siał mieć wia­dro. Linda po­wie­działa, że to se­rio obrzy­dliwe - wy­ja­śniła Alva.

- Po­tem po­ło­żył się do łóżka i do rana nie miał siły się ru­szyć - do­dał An­ton.

- Biedny tata - po­wie­działa słabo An­ne­lie. Spoj­rzała uważ­nie na dzieci. - A jak wy się czu­je­cie? Coś wam do­lega? A Lin­dzie coś było, ona za­wsze wszystko ła­pie? Też za­cho­ro­wała?

- Nie, tylko tata. - Alva uśmiech­nęła się z za­do­wo­le­niem.

- Ach, tak. - An­ne­lie przez chwilę przy­glą­dała się córce z za­sta­no­wie­niem. A po­tem uśmiech­nęła się w my­ślach.

Wie­czo­rem, przed po­ło­że­niem się do łóżka, za­kra­dła się do szafy i wy­cią­gnęła pu­dełko z rze­czami do vo­odoo. Ostroż­nie unio­sła po­krywkę i wy­jęła lalkę Ber­tila.

Roz­ło­żyła ręcz­nik i spoj­rzała na wo­skową fi­gurkę. Lalka pa­trzyła na nią okrą­głymi oczami. Igła wciąż w niej tkwiła i nie da­wała się wy­cią­gnąć.

Ud­de­valla, wio­sna oraz lato 2011

Roz­dział piąty

An­ne­lie nie­wiele pa­mię­tała z tego, co się działo przez pierw­sze dni maja. Był długi week­end i Ber­til roz­sąd­nie po­sta­no­wił trzy­mać się z da­leka. Dzieci cho­dziły po domu na pal­cach, do­sko­nale wie­dząc, co zro­bił i po­wie­dział ich oj­ciec, ale nie­pewne tego, co bę­dzie da­lej.

An­ne­lie też tego nie wie­działa.

Kiedy Ber­til wró­cił do domu, zro­zu­miała, że pla­no­wał to już od ja­kie­goś czasu. Jego dzia­ła­nia były do­brze zor­ga­ni­zo­wane, a stra­te­gia prze­my­ślana. An­ne­lie zdała so­bie sprawę, że pro­wa­dzi wojnę z wro­giem, który ma ogromną prze­wagę. Nie była go­towa na par­ty­zantkę. Nie miała kon­taktu z żad­nym re­be­lian­tem, który mógłby jej po­móc.

Po­sta­no­wiła jak naj­szyb­ciej do­pro­wa­dzić do za­wie­sze­nia broni.

Je­dyną rze­czą, na któ­rej mo­gła się sku­pić, było dą­że­nie, żeby pod­czas tej walki dzieci ucier­piały jak naj­mniej.

Uprzej­mie zgo­dziła się na wy­pro­wadzkę do miesz­ka­nia. Z po­czątku chciała, żeby dzieci za­miesz­kały tam ra­zem z nią, ale Alva sta­now­czo od­mó­wiła, więc po raz pierw­szy w ży­ciu za­miesz­kała sama. Było to dwu­po­ko­jowe lo­kum, które Ber­til re­mon­to­wał dla gminy. Mo­gła tam miesz­kać, do­póki ro­bot­nicy nie do­trą do jej pię­tra.

Wzięła ze sobą me­ble z po­koju go­ścin­nego i kom­pu­ter, bo wraz z upły­wem maja trzeba było zło­żyć spra­woz­da­nia po­dat­kowe i de­kla­ra­cję. Ber­til stwier­dził, że bę­dzie mo­gła tam zo­stać do końca wrze­śnia.

- Po­tem mu­sisz so­bie zna­leźć coś in­nego - po­wie­dział jej chłodno, za­ci­ska­jąc zęby.

An­ne­lie za­częła się za­sta­na­wiać, czy wła­śnie tak za­cho­wuje się na spo­tka­niach biz­ne­so­wych. Co­dzien­nie rano o siód­mej bu­dził ją war­kot windy i stu­kot bu­tów na sta­lo­wych scho­dach. Ro­bot­nicy koń­czyli o czwar­tej i do­piero wtedy wy­cho­dziła z miesz­ka­nia. Nie chciała, żeby kto­kol­wiek wie­dział, że tam mieszka.

Czuła się głów­nie zdez­o­rien­to­wana. To tak, jakby jej dom na­wie­dziło trzę­sie­nie ziemi, a ona za­brała rze­czy i wy­bie­gła na ulicę, tylko po to, żeby od­kryć, że wszy­scy inni w spo­koju oglą­dają te­le­wi­zję.

Udała się do Urzędu Pracy w Ud­de­valli, żeby za­re­je­stro­wać się jako osoba po­szu­ku­jąca za­trud­nie­nia. Był piękny letni dzień, tuż po świę­cie Mid­som­mar3. W mie­ście ro­iło się od tu­ry­stów, a otwarte sklepy za­pra­szały do środka. Cała Szwe­cja miała tego dnia wolne. To nie był do­bry dzień na szu­ka­nie pracy.

W urzę­dzie przy­jęła ją ko­bieta o kę­dzie­rza­wych wło­sach i z nie­bie­skim cie­niem na po­wie­kach. Miała ra­do­sny głos i mó­wiła bar­dzo szybko, wpi­su­jąc dane An­ne­lie na swoim kom­pu­te­rze. Świeżo po­ma­lo­wane pa­znok­cie bły­ska­wicz­nie po­ru­szały się po kla­wi­szach, wy­da­jąc miękki, de­li­katny dźwięk. Kom­pu­ter An­ne­lie, któ­rego uży­wała w pracy dla Ber­tila, był znacz­nie star­szy, kla­wia­tura trza­skała gło­śno pod­czas wpro­wa­dza­nia ob­li­czeń ni­czym wrzesz­czący biu­ro­krata, pod­czas gdy ta tu­taj szep­tała ni­czym tak­towny me­na­dżer.

- Świa­dec­two? - za­py­tała urzęd­niczka.

- Świa­dec­two? - po­wtó­rzyła An­ne­lie.

- Tak, świa­dec­two pracy albo za­świad­cze­nie od pra­co­dawcy.

An­ne­lie przez chwilę roz­wa­żała po­pro­sze­nie Ber­tila o wy­sta­wie­nie jej świa­dec­twa pracy. Od­rzu­ciła jed­nak ten po­mysł. Nie znio­słaby pro­sze­nia go o co­kol­wiek, le­dwo mo­gła z nim po­roz­ma­wiać. Czuła się, jakby skła­dała się wy­łącz­nie z wiel­kiej, otwar­tej rany.

Urzęd­niczka nie była głu­pia. Po­pa­trzyła przez chwilę na An­ne­lie i po­wie­działa:

- Mu­sisz mieć ja­kiś do­ku­ment od pra­co­dawcy. Po­wie­dzia­łaś, że już pra­co­wa­łaś. Nie by­łaś za­pi­sana do związku? Albo kasy ubez­pie­czeń spo­łecz­nych? Może po­win­naś pójść na kurs? - Prze­chy­liła głowę na bok jak pa­pużka, a gdy An­ne­lie nie od­po­wie­działa, do­dała: - A może na staż?

- A za­płacą mi za to? - za­py­tała An­ne­lie, bo za­czy­nało jej bra­ko­wać pie­nię­dzy.

- Ta­aak - od­po­wie­działa ko­bieta. - Rzecz ja­sna otrzy­masz do­ta­cję oraz do­da­tek do czyn­szu i za­si­łek na utrzy­ma­nie, ale ja się tym nie zaj­muję. - Z jej wy­razu twa­rzy wy­ni­kało, że An­ne­lie ma przed sobą ciężki okres.

An­ne­lie wstała i wy­szła. Po­tem po­my­ślała, że może źle się za­cho­wała, ale nie zdo­ła­łaby dłu­żej tego znieść. Po­trze­bo­wała po­cie­sze­nia i za­chęty, a nie twar­dych fak­tów i trud­no­ści. Chyba wy­mam­ro­tała coś o po­wro­cie, za­nim opu­ściła urząd, bo w kie­szeni zna­la­zła wi­zy­tówkę. Ale bez żad­nych obiet­nic, bo skie­ro­wała kroki od razu pro­sto na słońce. Na­stęp­nie mi­nęła stary ko­ściół pro­te­stancki i skrę­ciła w stronę placu przed ga­le­rią Gal­lion, ma­łym cen­trum han­dlo­wym w Ud­de­valli.

Szła bar­dzo po­woli. Nie śpie­szyło jej się do domu. Zresztą dom był tylko re­mon­to­wa­nym bu­dyn­kiem, który wkrótce bę­dzie mu­siała opu­ścić. I do­kąd pój­dzie? Bez pracy nie do­sta­nie po­życzki ani nie pod­pi­sze umowy o wy­na­jem.

Ber­til obie­cał po­móc jej zna­leźć ja­kieś małe miesz­ka­nie. Na­prawdę nie miał za­miaru wy­rzu­cać jej na ulicę. Po­wie­dział, że jesz­cze za­nim roz­pocz­nie się rok szkolny, ona i dzieci będą miały gdzie miesz­kać. Z dru­giej strony dom był na jego na­zwi­sko i to on przez te wszyst­kie lata pra­co­wał i za­ra­biał pie­nią­dze, prawda? To spra­wie­dliwe, że to on w nim zo­sta­nie. Oczy­wi­ście bę­dzie pła­cił ali­menty, ale o pie­nią­dzach po­ga­dają, kiedy An­ne­lie tro­chę się uspo­koi. Te­raz była tak zde­ner­wo­wana, że nie dało się z nią nor­mal­nie po­roz­ma­wiać, stwier­dził.

An­ne­lie sta­nęła przed ga­le­rią. W oknach wi­siały duże szyldy z na­pi­sem WY­PRZE­DAŻ. Może wej­dzie do środka i zo­ba­czy, co mają. Może znaj­dzie dla dzieci coś prze­ce­nio­nego. An­ton nie­ustan­nie po­trze­bo­wał no­wych ubrań. Ob­ro­towe drzwi otwo­rzyły się przed nią z ję­kli­wym dźwię­kiem i An­ne­lie zdała so­bie sprawę, że le­dwo może się ru­szyć.

- An­ne­lie! Cześć. Dawno się nie wi­dzia­ły­śmy.

- Ma­rita. - An­ne­lie się ucie­szyła.

Nie miały czasu po­ga­dać, od­kąd w kwiet­niu mu­siała od­wo­łać wy­cieczkę do Ljung­skile. Te­raz bę­dzie się mo­gła wy­ga­dać i ktoś jej wy­słu­cha. To bę­dzie tak cu­dow­nie oczysz­cza­jące do­zna­nie: po­ża­lić się na zdradę Ber­tila i zło­śli­wie ob­ga­dać Lindę, tak jak ni­gdy nie zro­bi­łaby tego przy dzie­ciach. Może Ma­rita zdoła za­ła­twić jej pracę w ho­telu. Jako sprzą­taczka albo ja­kąś inną. An­ne­lie umiała sprzą­tać.

Ma­rita trzy­mała w ręku wielką torbę z logo Fla­sha. Zo­ba­czyła spoj­rze­nie An­ne­lie i się ro­ze­śmiała.

- Zna­la­złam do­brą oka­zję, uwierz mi. - Ma­rita znaj­do­wała do­bre oka­zje. Była do­bra w wielu rze­czach, jak sama zresztą twier­dziła, i trudno było się z tym nie zgo­dzić. W nie­które week­endy pra­co­wała jako re­cep­cjo­nistka w ho­telu, ale poza tym miała dużo wol­nego czasu.

- Mo­żemy na­pić się kawy i po­ga­dać? - za­py­tała An­ne­lie.

Ma­rita za­wa­hała się naj­pierw, ale po­tem ski­nęła głową.

- Ja­sne.

We­szły do ka­wiarni w ga­le­rii i Ma­rita skie­ro­wała się w stronę naj­dal­szego kąta, roz­glą­da­jąc się ostroż­nie po wnę­trzu.

- Co byś chciała? Ja sta­wiam - po­wie­działa to­nem, jakby skła­dała ko­muś bar­dzo do­brą ofertę.

- Białą kawę. Dzięki. - An­ne­lie miała ochotę coś zjeść, ale po­sta­no­wiła tego nie ro­bić. Na ze­wnątrz sprze­da­wali tru­skawki i je­śli coś zo­sta­nie, gdy będą wy­cho­dzić, weź­mie ki­lo­gram, a może na­wet spró­buje się tar­go­wać, cho­ciaż tego nie­na­wi­dziła.

Spu­ściła wzrok i za­częła wo­dzić pal­cem po kra­cia­stym wzorku na ob­ru­sie, pod­czas gdy Ma­rita po­szła po kawę. Kiedy wró­ciła, usta­wiła krze­sło i tacę tak, że sie­działa ple­cami do drzwi. Jakby nie chciała, żeby ktoś z ze­wnątrz ją tu zo­ba­czył.

- Twoja kawa.

- Dzięki - po­wie­działa z uśmie­chem An­ne­lie.

- Czyż po­goda nie jest wspa­niała? - Ma­rita za­częła mó­wić szybko i pi­skli­wie. - Cho­ciaż w ogro­dzie pełno szkod­ni­ków. Wszę­dzie śli­maki. Ale Göran ku­pił gdzieś tro­chę tru­ci­zny, którą wszę­dzie roz­ło­ży­li­śmy, to tro­chę po­pra­wiło sy­tu­ację.

An­ne­lie ski­nęła głową. Mor­der­cze śli­maki i spo­soby na ich wy­tę­pie­nie to za­wsze do­bry te­mat do roz­mowy. Można je uto­pić w ką­pieli piw­nej albo zbie­rać po jed­nym i wkła­dać do beczki ze słoną wodą. Tak czy ina­czej, walka była za­wsze bez­na­dziejna, a jej re­zul­taty obrzy­dliwe. Mniej wię­cej tak jak jej wojna prze­ciwko Ber­ti­lowi i Lin­dzie.

Otwo­rzyła usta, żeby zmie­nić te­mat z ogrodu na Lindę, ale Ma­rita po­now­nie ją ubie­gła.

- W tym roku znowu je­dziemy z Göra­nem na wa­ka­cje do Nie­miec. Wła­ści­wie po­winno się tam je­chać we wrze­śniu albo w po­rze wi­no­bra­nia, ale tym ra­zem chcemy zdą­żyć, za­nim za­czną się wszyst­kie święta w Niem­czech. Bę­dzie su­per. Dla­tego ku­pi­łam tro­chę no­wych ubrań. I dla­tego, że...

Urwała na­gle i An­ne­lie zro­zu­miała, że Ma­rita pra­wie się wy­ga­dała.

- Dla­tego że co? - za­py­tała.

- Nic. - Ma­rita po­pa­trzyła w swoją kawę i upiła kilka ły­ków.

An­ne­lie po­chy­liła się do przodu.

- Jak się masz? - za­py­tała. - Czy wi­dzia­łaś kie­dyś może...

Ale stra­ciła od­wagę. Po­czuła, że je­śli Ma­rita nie da jej ja­kie­goś znaku, że może po­ga­dać na te­mat Lindy oraz wła­snej bez­na­dziej­nej sy­tu­acji, to nie zdoła sama roz­po­cząć tego te­matu.

- Wiesz, wła­ści­wie to tro­chę się spie­szę - po­wie­działa Ma­rita. Zer­k­nęła szybko przez lewe ra­mię, a na­stęp­nie wstała i za­częła zbie­rać swoje torby.

An­ne­lie spoj­rzała na jej do po­łowy pełną fi­li­żankę z kawą i po­czuła się nie­sa­mo­wi­cie olana.

- Hej, Ma­rita - po­wie­działa de­spe­racko. - Może wyj­dziemy gdzieś wie­czo­rem? No wiesz, tak jak daw­niej. Do kina albo na drinka do Harry's?

- Wiesz co... - Przy­ja­ciółka prze­cią­gała słowa, uni­ka­jąc pa­trze­nia An­ne­lie pro­sto w oczy. - Mam mnó­stwo rze­czy do zro­bie­nia. Nie dam rady. W przy­szłym ty­go­dniu je­dziemy do Nie­miec.

- A co ro­bisz wie­czo­rem? - za­py­tała sta­now­czo An­ne­lie, cho­ciaż nie było jej stać ani na kino, ani na kie­li­szek wina w ba­rze.

- Mamy go­ści. Są­sia­dów - od­po­wie­działa rów­nie sta­now­czo Ma­rita. - Po­gril­lu­jemy tro­chę. Każdy przy­go­to­wuje ja­kie­goś drinka.

An­ne­lie przy­po­mniała so­bie cie­płe let­nie wie­czory spę­dzane na ta­ra­sie u Ma­rity, sie­dze­nie przy stole peł­nym sa­ła­tek, chleba i bu­te­lek al­ko­holu. Mięso na­wet nie zna­la­zło się w po­bliżu grilla, do­póki męż­czyźni nie wy­pili kilku piw, a ona i reszta dziew­czyn nie skoń­czyły przy­naj­mniej jed­nej bu­telki wina. Do tego czasu głodne dzie­ciaki zwy­kle zdą­żyły zjeść kilka kieł­ba­sek od­grze­wa­nych przez Ma­ritę na ku­chence.

Uśmiech­nęła się przez za­ci­śnięte zęby.

- Ja­sne - po­wie­działa gorzko. - Są­sie­dzi.

- Tak. Stor­mo­wie i Görans­so­no­wie oraz Ber­til-i-Linda. - Wy­mó­wiła te imiona ni­czym jedno słowo. Ber­til-i-Linda. Nowa jed­nostka.

Więc te­raz to Ber­til-i-Linda byli ich przy­ja­ciółmi. Wcze­śniej byli nimi Ber­til-i-An­ne­lie. Sta­no­wiła część wy­mienną. Jako ko­bieta ist­niała je­dy­nie jako do­da­tek do męż­czy­zny. Ber­til wy­mie­nił ją na lep­szy mo­del, a Ma­rita po pro­stu to za­ak­cep­to­wała.

An­ne­lie nie mo­gła się ru­szyć. Sie­działa w miej­scu, sta­ra­jąc się nie pła­kać. Na­wet nie za­dała so­bie trudu, żeby od­po­wie­dzieć, gdy Ma­rita od­wró­ciła się do niej, szep­cząc:

- Hej, do usły­sze­nia.

Po pro­stu sie­działa tam, otę­piała, do­póki kel­nerka wy­cie­ra­jąca sto­liki nie mi­nęła jej trzy razy. Po­tem spoj­rzała na swoją w po­ło­wie pu­stą fi­li­żankę z kawą. Drogo ją to wy­szło. Stra­ciła wiele na­dziei i dumy.

Z tru­dem wstała i wy­szła z ka­wiarni.

Droga do domu zda­wała się nie mieć końca, choć An­ne­lie szła tak szybko, jak tylko się dało, nie bie­gnąc, i pa­trzyła pro­sto przed sie­bie, nie chcąc na­po­tkać czy­je­goś wzroku. Nie mo­gła do­pu­ścić, by kto­kol­wiek za­uwa­żył, jak bar­dzo czuje się po­ko­nana.

- Gdy czło­wiek traci wszystko, wciąż po­zo­staje mu duma - mruk­nęła do sie­bie, zda­jąc so­bie sprawę, że to kłam­stwo.

Nie zo­stała jej na­wet odro­bina dumy. Gdyby Ber­til kiw­nął ma­łym pal­cem, czoł­ga­łaby się przed nim, byle tylko przy­jął ją z po­wro­tem. Nie po­tra­fiła się bez niego obejść. Bez niego nie miała nic. Była ni­czym.

Ze szlo­chem opa­dła na łóżko i pła­kała ca­łymi go­dzi­nami, wy­jąc i ję­cząc ni­czym za­wo­dowa płaczka.

________________

3 Szwedz­kie ob­chody nocy świę­to­jań­skiej.