Prolog, czyli Roman Jajko strzela, Pan Bóg... śrut nosi
"Strzelby z jednym kalibrem miało wiele osób.Kto zabił niedźwiedzicę? dojdźże! jaki sposób?".(A. Mickiewicz, Pan Tadeusz.Księga IV: Dyplomatyka i łowy,wersy: 888-889,wyd. Ossolineum, Wrocław 1968, s. 252)
Wielki zegar stojący w rogu pokoju powoli, rzec by można: majestatycznie wybijał godzinę dwudziestą. Cztery oczy, jak zahipnotyzowane, wpatrywały się w duży cyferblat. Z ust księdza kanonika Kazimierza Dutkiewicza wyrwało się westchnienie niepokoju:
- Już dwudziesta, a ich ani widu, ani słychu. Jak pan sądzi, panie Leonie, co się mogło stać?
Zapytany, postawny, wysoki mężczyzna ze staromodnym cwikerem na nosie, niezbyt grzecznie wzruszył ramionami:
- A cóż się mogło stać, drogi księże dobrodzieju. Nasi chłopi są gościnni, więc pewnie po wiecach chcieli ugościć pana posła i sekretarzy. Ot, i cała tajemnica spóźnienia, księże Kazimierzu.
To wytłumaczenie chyba niezbyt trafiło do przekonania księdzu Dutkiewiczowi. W milczeniu pokręcił głową, a potem palcami lewej ręki począł wystukiwać na stole jakieś skomplikowane arpeggio. Kiedy rejent Leon Gwóźdź ostrzegawczo chrząknął, duchowny wymruczał: "przepraszam" i wyłuskał z eleganckiego pudełka papierosa. Zamiast jednak zapalić, począł bawić się papierosem tak długo, aż wykruszył cały tytoń z bibułki na obrus.
- A niech to wszyscy diabli! - tu w porę zreflektował się. - Przepraszam, panie Leonie, ale przez tę sanację i święty by nie wytrzymał. Włóczą się ci strzelcy od rana po całym mieście. Butni... z karabinami... Tylko patrzą komu by przyłożyć kolbą. A może w tej chwili biją pana posła i naszych sekretarzy?!
- Niech się ksiądz nie zamartwia - rejent uspokajał kanonika. - No przecież dziś mieliśmy w naszym Brzozowie wiec posłów Bezpartyjnego Bloku, tego całego generała Galicy i posła Matusza, no to sanacja zrobiła tę pokazówkę ze strzelcami. A naszym nic się nie stanie. Wysłałem trzy godziny temu pod budynek "Sokoła" dwóch krzepkich akademików. Jak nasi przyjadą, to studenci odeskortują posła Rymara i dwóch sekretarzy pod same drzwi mieszkania księdza. O, a słowo stało się ciałem! Słyszy ksiądz? Już są!
Faktycznie, rejent Gwóźdź miał rację. Nie minęła nawet minuta, a do jadalni weszły cztery osoby. Na przedzie kroczył poseł Stronnictwa Narodowego, Stanisław Rymar, brodaty mężczyzna, lat około pięćdziesięciu, podobnie jak rejent Gwóźdź z cwikerem na nosie. Kolejni goście to lokalni działacze ruchu narodowego. Pierwszym z nich, o jowialnym, uśmiechniętym obliczu, mniej więcej w wieku Rymara, był emerytowany major Władysław Owoc. Drugim zaś - wysoki, przystojny brunet z angielskim wąsem, dobiegający trzydziestki Jan Chudzik. Pochód zamykała drobna kobieta o siwiejących włosach, kuzynka księdza Dutkiewicza, pani Helena.
Ksiądz kanonik szeroko rozłożył ramiona:
- Aaa! Oto i są nasze zguby. Proszę panowie, siadajcie, siadajcie. Pewnie jesteście zmęczeni i zdrożeni. Zaraz na stół wjedzie smaczna kolacyjka.
Pani Helena dostrzegłszy na obrusie rozsypany tytoń, zrobiła wielkie oczy.
- No wiesz, Kaziu, dokazujesz jak dziecko.
Goście wybuchnęli śmiechem.
- Teraz już wiadomo, kto dzierży rząd dusz w tym domu - spuentował całą sytuację Rymar, a policzki księdza pokryły się rumieńcami.
Gospodarz i goście zasiedli do stołu. Wartką dyskusję piątki mężczyzn od czasu do czasu zakłócały tylko: szczęk sztućców, brzęk talerzy i dwukrotnie zegar wybijający pełne godziny. Mówiono głównie o sprawach politycznych. Poseł Rymar przyznał, że był zaskoczony wysoką frekwencją na wiecach w Dydni i Grabownicy.
- Mam z dzisiejszego dzionka podwójną satysfakcję - przyznał. - Po pierwsze dlatego, że odwiedziłem moje rodzinne strony, wszak pochodzę z podbrzozowskiego Haczowa. A po drugie dlatego - przełknął kęs szynki - że chłopi tak masowo garną się do sprawy narodowej.
- O, to zasługa naszych nieocenionych działaczy, pana majora i pana Jana. Dwoją się i troją, jeżdżą w teren, agitują, zakładają koła naszego stronnictwa, prowadzą tutaj, w Brzozowie, dla chłopów biuro porad prawnych i udzielają ich za darmo...
- Starostę Nazimka - rejent Gwóźdź przerwał księdzu - i komisarza Drewińskiego mało szlag jasny nie trafi!
Uwagę rejenta skwitowano gromkim śmiechem.
- Nie przeczę - stwierdził Owoc - efekty są wspaniałe. No ale sukces, ma też swoją cenę. Nie to, żebyśmy się skarżyli z panem Jankiem, ale cośmy doznali przykrości od naszych lokalnych sanacyjnych władz, tego by na skórze wołowej nie spisał.
- Tak jest w całym kraju, panie Władysławie - powiedział Rymar. - Czy to Kraków, czy Lwów, Warszawa, Poznań, Brzozów czy Wadowice, represje idą pełną parą. Nie ma dnia bez aresztowań, bez rewizji i pobić przez strzelców. Nie ma dnia bez rewizji w naszych lokalach partyjnych i mieszkaniach działaczy. Ostatnio wzięli się za wlepianie grzywien za noszenie mieczyka Chrobrego. I na każdym kroku inwigilacja. Weźmy dzisiejsze wiece. I w Dydni, i Grabownicy kręcił się jakiś tajniak, ciągle coś notował. Panie Janku, kto to był, pan go chyba zna, prawda?
- A kto go tutaj nie zna - odparł Chudzik. - To tutejszy, brzozowski tajniak z posterunku, Stefan Stankiewicz.
- Wyjątkowo obrzydliwa kreatura - spochmurniał ksiądz Dutkiewicz. - W tym roku już go żeśmy z Heleną ze dwa czy trzy razy przyłapali pod oknami naszego domu.
- To samo i u mnie - dodał major Owoc. - Też przyłapaliśmy go na szpiclowaniu.
- Taaak - westchnął ksiądz - taki już jego fach, szpiegować patriotów. Ale co tam, furda Stankiewicz. Grunt, to robić swoje... Taaak... Panie Stanisławie - zwrócił się do posła Rymara - a gdzież to pan będzie nocował?
- Zwykle jak przyjeżdżam do Brzozowa i w okolice miasta, nocują u zacnych państwa Gwoździów. No ale od wczoraj goszczą u siebie krewnych z Wielkopolski i palca by tam chyba już nie wetknął. Muszę więc uśmiechnąć się do zacnego księdza Kazimierza.
- A, naturalnie, naturalnie! Zapraszam najserdeczniej. Będzie to wielki zaszczyt dla mnie gościć w moich skromnych progach dumę i chlubę Klubu Narodowego.
Widząc zmęczenie na obliczu Rymara, Owoc porozumiał się wzrokiem z rejentem i Chudzikiem.
- Dwadzieścia po dziesiątej. Na nas już pora. Pan Leon jutro o ósmej otwiera kancelarię, a my z panem Janem musimy być w naszym biurze porad prawnych. A pan poseł musi odpocząć.
- Co prawda, to prawda - przytaknął ksiądz. - Chętnie by się jeszcze pogwarzyło, ale rozumiem, obowiązki... Panie Stanisławie, odprowadzimy zacnych gości na ganek.
Na ganku ksiądz i poseł pożegnali się serdecznie z gośćmi. Ksiądz Dutkiewicz powiedział: "Chyba niedługo lunie deszcz, spieszcie się panowie. Z Panem Bogiem!", po czym wszedł do domu. Rymar pozostał jeszcze na zewnątrz, odprowadzając wzrokiem trójkę mężczyzn zmierzających do furtki. Pierwszy, sadząc długie kroki, szedł rejent Gwóźdź. Za nim, z rękami w kieszeniach marynarki, kroczył Chudzik, a na końcu major Owoc.
Mężczyźni może zdołali przejść kilkanaście metrów, gdy nagle... Huk! Błysk! Stojący na ganku Rymar aż przykucnął. W pierwszej chwili pomyślał, że to eksplodowała wielka żarówka w lampie ulicznej, lecz w chwilę potem, gdy usłyszał rozpaczliwy krzyk Owoca: "Ratunku! Księdza! Ratunku!", nie miał już żadnych wątpliwości - ktoś strzelił do idących; strzelił zapewne zza płotu, zza drzew.
Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie. Rymar rzucił się w kierunku furtki. Gwóźdź zawrócił. Z domu wybiegł ksiądz Dutkiewicz i jego kuzynka Helena. Po kilku sekundach Rymar był już przy Chudziku, który runął na ziemię bez jęku czy krzyku. Leżał na wznak, bez ruchu, z rękami w kieszeniach. W tym momencie Owoc przestał przeraźliwie jęczeć; stracił przytomność i upadł twarzą do ziemi. Przerażony Rymar zaczął krzyczeć: "Na pomoc! Ratunku!". W cichej, ciasnej uliczce nie pojawił się nikt...
Największą przytomnością umysłu wykazał się ksiądz Dutkiewicz:
- Panie Leonie, niech pan biegnie po doktora Pilszaka, a ja pójdę po doktora Barcikowskiego. Szybko!
Kiedy ksiądz i rejent pobiegli po lekarzy, Rymar i pani Helena z wielki trudem zdołali przenieść nieprzytomnego Owoca do mieszkania. Ostrożnie zdjęli z rannego marynarkę, koszulę i zaczęli go cucić. Zimna woda zrobiła swoje. Major odzyskał przytomność. Miał całe plecy i ramiona pokrwawione. Nie od kuli, ale od śrutu. Po kilku minutach przybyli lekarze, i to aż trzech: Stanisław Pilszak, Barcikowski oraz Stanisław Lusthaus.
Lekarze stwierdzili zgon Chudzika, ugodzonego dwoma śrutami. Jeden z nich utkwił w móżdżku i spowodował natychmiastową śmierć. U Owoca stwierdzono liczne rany (w sumie aż dwadzieścia dwie) płuc, opłucnej, nerek. Jego stan uznano za ciężki. Nałożono opatrunki i bandaże. Zdecydowano przewieźć majora taksówką do szpitala w Sanoku.
Późną nocą Rymar i doktor Barcikowski, wraz z rannym ułożonym na poduszkach, wyjechali taksówką. W szpitalu, po zastrzykach kamfory i morfiny, chory się nieco uspokoił. Dyrektor szpitala, dr Domański, po zbadaniu Owoca uznał jego stan za ciężki, ale za rokujący wyzdrowienie, pod warunkiem braku komplikacji (np. zapalenie płuc czy zakażenie). Przy Owocu czuwali dr Domański, dr Niedzielski i żona majora.
Grób i nagrobek śp. Jana Chudzika, zamordowanego w Brzozowie 14 maja 1933 roku. Cmentarz Komunalny w Brzozowie.