Czarna krew - Krzysztof Bochus

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (26,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Re­dak­cja Ka­ro­li­na Ma­cios
Ko­rek­ta Bo­że­na Si­gi­smund
Skład i ła­ma­nie Agniesz­ka Kie­lak
Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki Anna Slo­torsz
Zdjęcia wy­ko­rzy­sta­ne na okład­ce ?Mi­khay­lo­vskiy/Ado­be­Stock, Kon­dor/Ado­be­Stock, Ku­ra­py/Ado­be­Stock
? Co­py­ri­ght by Skar­pa War­szaw­ska, War­sza­wa 2022 ? Co­py­ri­ght by Krzysz­tof Bo­chus, War­sza­wa 2022
Ze­zwa­la­my na udo­stęp­nia­nie okład­ki ksi­ążki w in­ter­ne­cie
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67343-77-0
Wy­daw­ca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mo­wa Skar­pa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. Bo­row­skie­go 2 lok. 24 03-475 War­sza­wa tel. 22 416 15 81 re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.pl www.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.
.

Ta ksi­ążka to fik­cja li­te­rac­ka i wy­twór wy­obra­źni au­to­ra. Wszel­kie po­do­bie­ństwo do re­al­nych osób oraz zda­rzeń jest nie­za­mie­rzo­ne i ca­łko­wi­cie przy­pad­ko­we. Au­tor, ko­rzy­sta­jąc ze swo­jej li­cen­tia po­eti­ca, sta­rał się od­dać re­alia opi­sy­wa­nych miejsc, ale tyl­ko w ta­kim za­kre­sie, na jaki po­zwa­la­ła fa­bu­ła po­wie­ści.

1

Mi­ędzy­le­sie, pa­ździer­nik 1944

Byli le­d­wo wi­docz­ni na tle opusz­czo­nej fa­bry­ki. Dwa ludz­kie cie­nie w dłu­gich ka­po­tach roz­gląda­jące się po ru­mo­wi­sku za czy­mś god­nym uwa­gi. Na do­brą spra­wę mo­żna by ich wzi­ąć za Ży­dów w cha­sydz­kich cha­ła­tach, choć ta myśl by­ła­by rów­nie ab­sur­dal­na, jak stwier­dze­nie, że Niem­cy wy­gra­li woj­nę. Izra­eli­ci już daw­no po­szli do gazu, po­zo­sta­ła je­dy­nie zie­mia ni­czy­ja: spa­lo­na, pu­sta i od­py­cha­jąca w swej brzy­do­cie.

Czar­ny za­trzy­mał się na chwi­lę i ro­zej­rzał bacz­nie do­oko­ła. Uli­ca była pu­sta. Po­dmuch wia­tru wzbił w po­wie­trze sta­rą ga­ze­tę, któ­ra, roz­po­star­ta sze­ro­ko, uno­si­ła się nad ko­ci­mi łba­mi. Pa­no­wa­ła cmen­tar­na ci­sza. Do­pie­ro po czuj­nej lu­stra­cji te­re­nu dał znak to­wa­rzy­szo­wi i obaj znik­nęli w wy­rwie muru. Fa­bry­ka Szpo­ta­ńskie­go[I] prze­trwa­ła woj­nę w nie naj­lep­szym sta­nie, za­cho­wa­ły się jed­nak dach i ścia­ny. Na­dal sta­no­wi­ły so­lid­ną ochro­nę przed desz­czem i spoj­rze­nia­mi cie­kaw­skich. To wła­śnie dla­te­go zwró­ci­li na nią uwa­gę.

Ru­scy wkro­czy­li do Mi­ędzy­le­sia mie­si­ąc wcze­śniej, we wrze­śniu 1944, i tyle ich tu wi­dzia­no. Ulo­ko­wa­li się dwie sta­cje da­lej w kie­run­ku War­sza­wy. Mi­ędzy­le­sie było tyl­ko śmier­dzącym daw­nym Ka­czym Do­łem[1], a Anin ofe­ro­wał miesz­cza­ńskie wil­le z we­ran­da­mi i sady pe­łne słod­kich gru­szek, ja­błek oraz cze­re­śni. Może przy­po­mi­na­ły im ogro­dy Sym­fe­ro­po­la czy Ro­sto­wa? Na fa­bry­kę nie zwró­ci­li szcze­gól­nej uwa­gi. Już dużo wcze­śniej wy­pa­tro­szo­no ją ze wszyst­kie­go, co przed­sta­wia­ło ja­kąkol­wiek war­to­ść: mie­dzia­nych prze­wo­dów, sta­lo­wych rur, okien i de­sek. Z ro­bot­ni­czych to­a­let wy­rwa­no na­wet ki­ble.

Mężczy­źni we­szli do hali głów­nej. Była zde­wa­sto­wa­na. Wy­pe­łnia­ła ją masa rów­no­mier­nie roz­sy­pa­ne­go gru­zu i po­ła­ma­nych przed­mio­tów, z któ­rych pro­duk­cji sły­nęła kie­dyś fa­bry­ka. Mia­żdży­li bu­cio­ra­mi szcząt­ki ce­ra­micz­nych izo­la­to­rów, prze­kład­ni­ków i czar­nych wy­łącz­ni­ków. Omi­ja­li góry gru­zu wiel­ko­ści czło­wie­ka i kłęby po­rdze­wia­łe­go dru­tu, zo­sta­wia­jące­go na pal­cach nie­zmy­wal­ne śla­dy. Mur we­wnętrz­ny, od­dzie­la­jący halę od po­miesz­czeń biu­ro­wych, le­d­wie się trzy­mał, stra­sząc oczo­do­ła­mi wy­rwa­nych okien.

Ten ob­raz nędzy i znisz­cze­nia sta­no­wił ich szan­sę. W Mi­ędzy­le­siu tej je­sie­ni zo­sta­ło nie­wie­lu miesz­ka­ńców. Mało komu przy­szło­by do gło­wy za­pusz­czać się wie­czo­rem na te­ren zruj­no­wa­nej i opusz­czo­nej fa­bry­ki. Cza­sy były nie­pew­ne. Ru­scy strze­la­li do wszyst­kie­go, co się ru­sza - osta­tecz­nie znaj­do­wa­li się ci­ągle w stre­fie przy­fron­to­wej. Nie bra­ko­wa­ło ta­kże lum­pów i zło­dziei, któ­rzy kro­czy­li za wy­zwo­li­cie­la­mi ni­czym brud­na fala, za­le­wa­jąca ka­żdą, na­wet naj­mniej­szą dziu­rę.

Mężczy­źni przez chwi­lę szli ce­gla­nym la­bi­ryn­tem. Kie­dy do­tar­li do za­chod­niej ścia­ny, od stro­ny to­rów, Czar­ny po­chy­lił się i oczy­ścił z gru­zów ka­wa­łek podło­gi. Od­sło­ni­ła się kla­pa z me­ta­lo­wym uchwy­tem.

- Pie­rzyn­ka, właź - za­ko­men­de­ro­wał.

Ze­szli po że­liw­nych schod­kach i za­su­nęli za sobą kla­pę. To była ich baza na Mi­ędzy­le­sie, Anin i Mie­dze­szyn, czar­na dziu­ra, w któ­rej sta­wa­li się nie­wi­dzial­ni. Nie po­trze­bo­wa­li czap­ki nie­wid­ki, aby znik­nąć z oczu woj­sko­wym pa­tro­lom czy NKWD. Nie­gdyś mu­siał się tu mie­ścić ma­ga­zyn ebo­ni­to­wych izo­la­to­rów. Kil­ka z nich prze­trwa­ło woj­nę w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Cza­sa­mi bra­li je do ręki, ob­ra­ca­jąc w pal­cach ni­czym że­to­ny w ka­sy­nie. Były jak nie­mi świad­ko­wie epo­ki, barw­ne­go świa­ta, któ­ry już daw­no od­sze­dł w prze­szło­ść. Mie­li tu stół, ławę do sie­dze­nia, a na­wet po­rząd­ną lam­pę naf­to­wą z nie­wie­le im mó­wi­ącą przed­wo­jen­ną na­zwą na pod­sta­wie "Ra­fi­ne­ria Ja­sło".

Dwie ko­lej­ne dziu­ple mie­ści­ły się w Otwoc­ku oraz Fa­le­ni­cy. Ko­rzy­sta­li z nich w ra­zie po­trze­by. Strze­żo­ne­go Pan Bóg strze­że.

Czar­ny za­pa­lił lam­pę i spoj­rzał na ze­ga­rek.

- Po­cze­ka­my jesz­cze go­dzi­nę - po­wie­dział. - Niech się ściem­ni.

Był wy­so­kim mężczy­zną o prze­ni­kli­wych oczach. W tych oczach było coś nie­po­ko­jące­go, coś, co spra­wia­ło, że Pie­rzyn­ka nie lu­bił w nie pa­trzeć.

- My­śli szef, że dzi­siaj przyj­dą? - za­py­tał.

- Tak sądzę. Są nie­cier­pli­wi.

- Wczo­raj ich nie było.

- Może coś im wy­pa­dło.

- Może... - Pie­rzyn­ka wy­jął skręta z kie­sze­ni. Po­często­wał Czar­ne­go, ale ten od­mó­wił ru­chem ręki. - Ale ja bym temu gra­na­to­we­mu nie ufał. Pies to pies. Sprze­da­łby dwa razy tę samą in­for­ma­cję?

- Po­dob­no ten po­li­caj nie jest głu­pi. Taki wiej­ski roz­tro­pek jak ty, Pie­rzyn­ka.

Ten za­ci­ągnął się dy­mem i zmarsz­czył czo­ło. Nie lu­bił swo­je­go prze­zwi­ska. Cze­go to lu­dzi­ska nie wy­my­ślą? Kie­dyś zro­bił włam do miesz­ka­nia pew­ne­go ad­wo­ka­ta w Ży­rar­do­wie, któ­ry aku­rat ba­wił w Za­ko­pa­nem. Ob­ro­bił cha­łu­pę na czy­sto: tu­zin sre­ber, tro­chę go­tów­ki, ze­ga­rek, kil­ka nie­złych gar­ni­tu­rów. No, opła­ci­ło się. Był już u sie­bie w domu, gdy so­bie przy­po­mniał, że sta­ra za­wsze mu su­szy­ła gło­wę o pie­rzy­nę. Pie­rzy­na to, pie­rzy­na tam­to. Weź i zor­ga­ni­zuj. Ła­two, kur­wa, po­wie­dzieć, zor­ga­ni­zuj. A co to on, Świ­ęty Mi­ko­łaj jest? Z far­ma­zo­na miał wy­trze­pać? Ale wte­dy, po­nie­wcza­sie, przy­po­mniał so­bie, że w sy­pial­ni me­ce­na­sa wi­dział taką fest po­du­chę: bia­łą, dużą, na­bi­tą pew­nie gęsim pie­rzem, ze sztyw­ny­mi ro­ga­mi. W sam raz dla sta­rej, żeby jej gębę za­pchać. No to wzi­ął so­bie na am­bit i po­ma­sze­ro­wał z po­wro­tem. Wra­cał już z fan­tem, gdy traf chciał, że po­du­cha od tego ści­ska­nia ja­koś się roz­dup­czy­ła i pu­ści­ła po szwach. Do tego za­czął pa­dać deszcz. Kie­dy po­li­cja go na­kry­ła, cały był ob­le­pio­ny bia­łym pie­rzem. No i okrzyk­nęli go Pie­rzyn­ką. Lu­dzie to zło­śli­wi są.

Drążył te­mat dzi­siej­szej ak­cji, ale tak na­praw­dę miał za­ufa­nie do Czar­ne­go. Od kie­dy przy­stał do jego ban­dy, wszyst­ko się zmie­ni­ło. Stać go było na kie­łba­sę i ma­chor­kę, a na­wet mógł coś odło­żyć na gor­sze cza­sy. In­nym prze­szka­dza­ło, że Czar­ne­go spo­wi­ja ja­kaś mgła ta­jem­ni­cy. Nikt nie wie­dział, skąd się na­gle po­ja­wił na pra­wym brze­gu ani kim był - czło­wie­kiem z lasu czy może wręcz prze­ciw­nie, ubec­kim kon­fi­den­tem i wty­ką? Ra­bo­wał dla sie­bie czy dla swych wpły­wo­wych mo­co­daw­ców, po­zo­sta­jących w cie­niu? Kto wie? No ale po co to komu wie­dzieć? Od ta­kie­go my­śle­nia może roz­bo­leć gło­wa. Nie mó­wi­ąc już o tym, że cie­ka­wo­ść mo­gła oka­zać się nie­bez­piecz­na. Ku­rew­sko nie­bez­piecz­na.

Mie­si­ąc wcze­śniej tego te­ma­tu ucze­pił się nie­ja­ki Sa­chej­ko, do­li­niarz ze spa­lo­nej Woli, ru­dzie­lec o wy­łu­pia­stych, bez­czel­nych oczach. Tra­fił do nich z obo­zu w Prusz­ko­wie, sam się pro­sił o przy­jęcie do ban­dy - Pie­rzyn­ka sły­szał to na wła­sne uszy. A po­tem po­ka­zał gość rogi. Od po­cząt­ku miał coś do Czar­ne­go. Niby wy­ko­ny­wał roz­ka­zy, ale nie­ustan­nie mru­czał pod no­sem z nie­za­do­wo­le­niem, słu­chał, a jak­by nie sły­szał. Pie­rzyn­ka wie­dział, że to nie po­trwa dłu­go. Znał Czar­ne­go. No i wy­kra­kał.

Wró­ci­li po ak­cji do dziu­pli w Otwoc­ku. Pa­li­li ogni­sko w ogro­dzie i smo­li­li ma­chor­kę. Mie­li już moc­no w czu­bie. Pili bim­ber, ob­ser­wu­jąc spod oka, jak Czar­ny dzie­li łupy. Tyl­ko on o tym de­cy­do­wał, ale za­sa­dy były sta­łe: do­sta­wa­li z re­gu­ły za­pła­tę w zra­bo­wa­nej go­rza­le, żyw­no­ści, odzie­ży i bu­tach, a for­sa i an­ty­ki, zwłasz­cza dzie­ła sztu­ki, przy­pa­da­ły Czar­ne­mu. Taki mus.

No i wte­dy się za­częło. Po­szło o ofi­cer­ską sza­blę. Ład­na sztu­ka, uła­ńska. Mia­ła ja­kiś gra­we­ru­nek na ostrzu. Wi­dzie­li, że Czar­ne­go bar­dzo on za­in­te­re­so­wał. Aż po­czer­wie­niał na twa­rzy i Pie­rzyn­ce prze­mknęła myśl, że może oni do tego domu przy­szli tyl­ko po sza­blę, bo po praw­dzie poza kil­ko­ma dro­bia­zga­mi gów­no tam było do po­dzia­łu.

- Ład­na ta sza­bel­ka - ode­zwał się nie­spo­dzie­wa­nie Sa­chej­ko i już wte­dy Pie­rzyn­ka zwie­trzył, że będą z tej gad­ki kło­po­ty.

Czar­ny nie od­po­wie­dział. Ba­we­łnia­ną szmat­ką uwa­żnie prze­cie­rał klin­gę. Wi­dzie­li, jak stal błysz­czy w świe­tle ogni­ska.

- Po spra­wie­dli­wo­ści my­ślę, że mnie się na­le­ży. Sza­bel­ka, zna­czy się. To ja ją zna­la­złem w sy­pial­ni tego sta­re­go capa.

- To ja tu rządzę i dzie­lę - po­wie­dział krót­ko Czar­ny, na­wet nie pod­no­sząc gło­wy.

- Tak było, ale być nie musi - od­pa­rł Sa­chej­ko i po­ci­ągnął po­rząd­ny łyk go­rza­ły. Na ko­la­nach trzy­mał ob­rzy­na.

- Po­wie­dzia­łem. Ko­niec te­ma­tu.

- Nie, kur­wa, nie ko­niec. - Sa­chej­ko po­ło­żył pra­wą dłoń na ob­rzy­nie. - Nie może być tak, że wszy­scy ry­zy­ku­je­my gło­wą, a po­tem do­sta­je­my tyl­ko okru­chy z pa­ńskie­go sto­łu. I je­den wiel­ki wódz za­gar­nia, nie wie­dzieć cze­mu, wszyst­ko. Sa­na­cja się sko­ńczy­ła. Te­raz mamy rów­no­ść, rządy ro­bot­ni­czo-chłop­skie.

Za­pa­no­wa­ła ci­sza. Pie­rzyn­ka sły­szał wła­sny od­dech.

- Rów­no­ść, po­wia­dasz... - Czar­ny pod­nió­sł klin­gę, jak­by spraw­dza­jąc, czy jest już ide­al­nie oczysz­czo­na.

- Ano. Zna­laz­ca fan­tu ma do nie­go pierw­sze­ństwo. Ta sza­bla to tyl­ko bu­rżuj­ski prze­ży­tek jest. Ale o za­sa­dę się roz­cho­dzi. Taka de­mo­kra­cja u nas za­pa­nu­je...

Czar­ny mil­czał przez chwi­lę, jak­by po­trze­bo­wał cza­su, aby prze­tra­wić te sło­wa.

- Nie ma się o co pie­klić, Sa­chej­ko - po­wie­dział wresz­cie. - Nie wie­dzia­łem, że tak ci za­le­ży na tej sza­bel­ce.

- Na­praw­dę? - Sa­chej­ko spoj­rzał nie­uf­nie spode łba.

- Ja­sne. Mó­wisz, co my­ślisz. Ta­kie two­je pra­wo. A do­bry z cie­bie zło­dziej, nie chcia­łbym ta­kie­go stra­cić. Chcesz, to weź... - Wy­ci­ągnął sza­blę w jego kie­run­ku.

Pa­trzy­li na tę sce­nę onie­mia­łym wzro­kiem. Ktoś wes­tchnął z ulgą.

Sa­chej­ko pod­nió­sł się z ta­bo­re­tu. Lek­ko za­chwiał się na no­gach. Opusz­czo­ny ob­rzyn na­dal tkwił w jego pra­wej ręce. Wi­dzie­li błysk trium­fu w za­mglo­nych al­ko­ho­lem oczach.

Wszyst­ko ro­ze­gra­ło się w ułam­ku se­kun­dy. Usły­sze­li tyl­ko świst po­wie­trza. Sa­chej­ko padł na­gle na ko­la­na z ci­chym jękiem. Miał nie­na­tu­ral­nie skrzy­wio­ną gło­wę. Po­trze­bo­wa­li chwi­li, aby do­strzec ciem­ną rysę na jego gar­dle. Po chwi­li buch­nęła z niej krew. Ob­fi­cie, jak gdy­by tyl­ko cze­ka­ła na ten mo­ment, aby wy­do­stać się na ze­wnątrz. Cia­ło zwa­li­ło się na zie­mię. Wi­dzie­li, jak kon­wul­syj­nie drga­ją sto­py w za­bło­co­nych ka­lo­szach. Po kil­ku­na­stu se­kun­dach wszyst­ko usta­ło. Krew szyb­ko wsi­ąka­ła w pia­sek.

- Ktoś jesz­cze chce wpro­wa­dzać tu nowe po­rząd­ki? - Czar­ny po­wió­dł po nich wzro­kiem i wy­ta­rł za­krwa­wio­ną klin­gę szma­tą. - Py­tam, bo u mnie nie ma de­mo­kra­cji. I ni­g­dy nie będzie. Czy to ja­sne?

No pew­nie, że ja­sne. To dla­te­go on, Pie­rzyn­ka, nie za­da­wał zbęd­nych py­tań. Po­zo­sta­li też nie. To był ich świat, wła­śnie tak urządzo­ny. Wy­bór był pro­sty: mo­gli być tyl­ko z Czar­nym albo gry­źć zie­mię w ano­ni­mo­wym dole, być może bez wła­snej ma­ków­ki. Jak ten fra­jer Sa­chej­ko, co się z dyk­ta­tu­rą pro­le­ta­ria­tu wy­rwał. No to o czym było tu my­śleć?

- Za pięć mi­nut idzie­my. - Wy­rwał go z roz­my­ślań głos Czar­ne­go.

Wy­szli po schod­kach na górę i spoj­rze­li przez szpa­rę w mu­rze. Ro­bi­ło się już sza­ro. Na nie­bie wi­sia­ły brud­ne, na­brzmia­łe chmu­ry. Wi­dzie­li tyl­ko tory ko­le­jo­we i ni­ski na­syp po dru­giej stro­nie. Ni­g­dzie żad­nych pa­tro­li ani prze­chod­niów.

Ide­al­na pora, żeby coś ukra­ść.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki