1
W owym czasie Czarna Kompania nie istniała. Tak przynajmniej należało
wnosić z treści publikowanych praw i dekretów. Ja jednak nie mogłam się
z tym pogodzić.
Sztandar Kompanii, jej Kapitan i Porucznik, jej chorąży oraz wszyscy
żołnierze, którzy uczynili ją tak straszną w oczach wrogów, odeszli, aby
spocząć pogrzebani żywcem w sercu rozległej kamiennej pustyni.
"Lśniący kamień" - szeptano na ulicach i w zaułkach Taglios. Natomiast
komunikaty najwyższych władz głosiły: "Odeszli do Khatovaru". Poważne
przedstawienie, które postanowiono ciągnąć tak długo, aż przerodzi się w wielkie zwycięstwo. Kiedy Radisza albo Protektorka, albo ktokolwiek inny
stwierdzi, że ludzie powinni uwierzyć w końcu, iż Kompania wypełniła swe
przeznaczenie.
Jednak wszyscy na tyle starzy, aby pamiętać Kompanię, wiedzieli lepiej.
Tylko pięćdziesięciu ludzi udało się na równinę lśniącego kamienia.
Połowa z nich nie należała do Kompanii. Jedynie dwoje z tych
pięćdziesięciu powróciło, aby szerzyć kłamstwa o tym, co się stało. A trzeci, który mógł zaświadczyć o prawdzie, został zabity w wojnach
kiauluńskich, daleko od stolicy. Jednak kłamstwa Duszołap i Wierzby
Łabędzia nie zdołały zwieść nikogo. Ludzie zwyczajnie udają, że w nie
wierzą, ponieważ tak jest bezpieczniej.
A mogliby przecież zapytać, dlaczego Mogaba potrzebował aż pięciu lat na
pokonanie nieistniejącego wroga i czemu musiano zapłacić tysiącami
młodych żywotów za podporządkowanie terytoriów Kiaulune rządom Radiszy w królestwie pokrętnych prawd Protektorki. Mogliby wspomnieć, że ludzie
mieniący się żołnierzami Czarnej Kompanii przez całe lata bronili się
potem jeszcze w fortecy Przeoczenie, póki wreszcie Protektorki Duszołap
ich nieprzejednanie nie rozdrażniło do tego stopnia, że zaangażowała swe
najlepsze czary w trwającą dwa lata operację, po której z potężnej
warowni został tylko biały pył, biały gruz i stosy białych kości. Każdy
mógłby zadać te pytania. Zamiast tego jednak ludzie woleli milczeć. Bali
się. Nie bez powodu.
Imperium tagliańskie pod władzą Protektoratu jest państwem strachu.
W trakcie tych lat niewzruszonego oporu pewien bezimienny bohater
zasłużył sobie na wieczystą nienawiść Duszołap, dokonując sabotażu Bramy
Cienia, jedynej drogi wiodącej na lśniącą równinę. Duszołap była
najpotężniejszą z żyjących magów. Mogła stać się Władczynią Cienia,
której potęga przyćmi monstra pokonane przez Kompanię podczas pierwszych
wojen w służbie Taglios. Skoro jednak Brama Cienia została
zapieczętowana, nie była w stanie wezwać zabójczych cieni,
potężniejszych od tych kilku, jakie podporządkowała sobie jeszcze
wówczas, gdy samotnie knuła zagładę Kompanii.
Och, Duszołap umiałaby otworzyć Bramę Cienia. Jeden raz. Jakkolwiek nie
miała pojęcia, jak zamknąć ją na powrót. A to dowodziłoby, że wszystkie
żyjące za nią istoty wyrwałyby się na zewnątrz i zaczęły rozszarpywać
świat.
Dla Duszołap, nieznającej wielu tajemnic, równało się to z wyborem:
wszystko albo bardzo niewiele. Koniec świata albo poprzestanie na tym,
co ma.
Jak dotąd poprzestaje na tym, co ma. Lecz nie ustaje w badaniach i poszukiwaniach. Jest Protektorką. Imperium trzęsie się ze strachu przed
nią. Nikt nie waży się zaprotestować przeciwko terrorowi, jaki
zaprowadziła. Wszelako nawet ona wie, że ta era mrocznej jedności nie
może trwać wiecznie.
Woda śpi1.
W swoich domach, w cienistych uliczkach, w dziesiątkach tysięcy świątyń
miasta nawet na chwilę nie zamierają nerwowe szepty: Rok Czaszek. Rok
Czaszek. To czasy, kiedy żadni bogowie nie umierają, a ci, którzy śpią,
poruszają się niespokojnie w swych snach.
W domach, w ciemnych zaułkach, na uprawnych polach i ryżowych poletkach,
na pastwiskach, w lasach i wasalnych miastach, kiedy tylko kometa
rozbłyśnie na niebie albo niezwykła o tej porze roku burza zniszczy
zasiewy, w szczególności zaś gdy ziemia się zatrzęsie, ludzie szepczą:
- Woda śpi.
I przepełnia ich lęk.
Tytuł, a jednocześnie zawołanie Czarnej Kompanii: "Woda śpi" jest
częścią idiomatycznego sformułowania w j. angielskim: "Water sleeps, and
the enemy is sleepless". Nawiązuje ono do właściwości wody jako
nieokiełznanego żywiołu, który nawet pozornie uśpiony, spokojny, nie
pozwala wrogom na chwilę wytchnienia, nigdy bowiem nie wiadomo, kiedy
przyjdzie zmierzyć się z jego siłą. W języku polskim najbliższym
kontekstowo tłumaczeniem byłoby: "Nie śpij, wróg czuwa!", ale "Woda śpi"
znacznie lepiej wpisuje się w poetykę języka Czarnej Kompanii (przyp.
red.). [wróć]
2
Mówią na mnie Ospała. Jako dziecko odsuwałam się od świata, uciekając
przed przerażającą rzeczywistością mego dzieciństwa w wygodę i spokój
marzeń snutych za dnia i podczas sennych koszmarów. Kiedy tylko nie
zmuszano mnie do pracy, tam właśnie się skrywałam. Tam nie mogło
dosięgnąć mnie żadne zło. Nie znałam bezpieczniejszego miejsca, póki do
Dżajkuru nie przybyła Czarna Kompania.
Moi bracia zarzucali mi, że cały czas śpię. W istocie zazdrościli mi
umiejętności izolacji. Nic nie rozumieli. Umarli, nie zrozumiawszy. Ja
przespałam wszystko. Nie obudziłam się w pełni, póki nie minęło kilka
lat spędzonych w Kompanii.
Teraz ja prowadzę te Kroniki. Ktoś musi to robić, choć nigdy oficjalnie
nie przekazano mi obowiązków kronikarza. Oprócz mnie nikt tego nie
potrafi.
Jest to precedens.
Kroniki należy kontynuować za wszelką cenę. Prawda musi zostać
utrwalona, nawet jeśli los postanowi, że żaden człowiek nigdy nie
przeczyta słowa z tego, co napiszę. Te księgi stanowią duszę Czarnej
Kompanii. Z nich można dowiedzieć się, kim jesteśmy. To znaczy kim
byliśmy. I że wytrwamy, żadna bowiem z wszelkich zdrad, jakie nam
zadano, nie dała rady dobyć z nas ostatniej krwi.
Nie ma nas już. Tak nam mówi Protektorka. Radisza przysięga, że to
prawda. Mogaba, wielki generał o tysiącu mrocznych zasług, krzywi się na
samą myśl o nas i plugawi naszą pamięć. W oczach ludzi na ulicach
jesteśmy jedynie męczącym koszmarem przeszłości. Jednak tylko Duszołap
nie ogląda się wciąż przez ramię, aby zobaczyć, czy przypadkiem któregoś
z nas nie ma za plecami.
Jesteśmy upartymi duchami. Nie spoczniemy. Nie przestaniemy ich
nawiedzać. Od dawna już nie przedsięwzięliśmy żadnych działań, oni
jednak wciąż nie przestają się bać. Poczucie winy każe im wciąż nas
wspominać.
Zaiste, powinni się bać.
Każdego dnia na jakimś murze w Taglios pojawia się wiadomość, wypisana
kredą, farbą albo nawet i zwierzęcą krwią. Nic więcej, tylko delikatne
napomnienie: Woda śpi.
Każde z nich wie, co to oznacza. Powtarzają sobie szeptem przesłanie,
świadomi, że gdzieś tam jest wróg bardziej niespokojny niźli rwący
strumień. Wróg, który pewnego dnia wynurzy się z otchłani swego grobu i przyjdzie po tych, co przyłożyli rękę do zdrady. Nie ma żadnej mocy,
która mogłaby ich przed tym uchronić. Ostrzegano ich tysiące razy, a jednak w końcu ulegli pokusie. Teraz już żaden diabeł ich nie ocali.
Mogaba się boi.
Radisza się boi.
Wierzba Łabędź boi się tak bardzo, że ledwie potrafi normalnie
funkcjonować, podobnie jak wcześniej czarodziej Kopeć, którego zresztą
sam wciąż oskarżał o tchórzostwo i z którego się wyśmiewał. Łabędź zna
Kompanię jeszcze z dawnych czasów, z Północy, zanim dla kogokolwiek
tutaj stała się czymś więcej niż tylko odległym wspomnieniem dawnej
trwogi. Lata, które upłynęły, nijak nie pomogły mu oswoić się ze swym
strachem.
Pjurojita Drupada się boi.
Generalny Inspektor Gokhale się boi.
Tylko Protektorka się nie boi. Duszołap nie lęka się niczego. Duszołap
nic to nie obchodzi. Szydzi i drwi z demona. Ona jest kompletnie
szalona. Będzie śmiać się jeszcze i tańczyć, nawet gdy jej ciało zaczną
już trawić płomienie.
Ten brak strachu wywołuje jeszcze większy niepokój u jej pomocników.
Dobrze wiedzą, że ich pierwszych pogna w miażdżące szczęki losu.
Od czasu do czasu na murach pojawia się inna, bardziej osobista
informacja: Wszystkie ich dni są policzone.
Bywam na ulicy codziennie, idę do pracy, udaję się na przeszpiegi,
słucham, podchwytuję plotki i rozpuszczam nowe, korzystając z anonimowości, jaką zapewnia mi Czor Bejgen, Ogród Złodziei, którego
nawet Szarzy nie zdołali jeszcze spacyfikować. Niegdyś przebierałam się
za prostytutkę, ale w końcu okazało się to zbyt niebezpieczne. W mieście
żyją ludzie, przy których Protektorka mogłaby się zdawać uosobieniem
normalności. Zaiste, świat może mówić o szczęściu, że los poskąpił im
władzy, pozwalającej w pełni wypróbować głębię i rozmach swego
szaleństwa.
Zazwyczaj jednak wcielam się w postać młodzieńca, jak robiłam to już
dawniej. Od zakończenia wojny pełno jest wokół młodych mężczyzn
pozbawionych rodzin, obowiązków i pracy.
Im bardziej dziwaczna okazuje się kolejna plotka, tym szybciej opuszcza
granice Czor Bejgen i dotkliwiej niszczy spokój sumienia naszych wrogów.
Zawsze to samo Taglios - gotowe nurzać się w rozkoszach ponurych
przepowiedni. A my musimy dostarczyć mu odpowiednią porcję znaków, wróżb
i omenów.
Protektorka ściga nas, kiedy przyjdzie jej to do głowy, jednak
zainteresowania nigdy nie starcza jej na dłużej. W ogóle na niczym nie
potrafi koncentrować się przez dłuższy czas. Zresztą dlaczego miałaby
się nami przejmować? Jesteśmy martwi. Nas już nie ma. Sama ogłosiła, że
tak się stało. A jako Protektorka jest przecież najwyższym sędzią dla
całego imperium tagliańskiego.
A jednak: Woda śpi.
3
W owym czasie fundamentem, na którym wspierała się cała Kompania, była
kobieta, która nawet nigdy oficjalnie się do niej nie zaciągnęła,
czarownica Ki Sahra, żona chorążego Czarnej Kompanii i mojego
poprzednika na stanowisku kronikarza, Murgena. Kobieta bystra, o niezłomnej woli. Nawet Goblin i Jednooki schodzili jej z drogi. Nikt nie
mógł jej nic powiedzieć, nawet paskudny stary Wujek Dodż. Protektorki,
Radiszy i Szarych bała się tyle, co zwykłych śmieci. Nikczemne zakusy
zła tak wielkiego jak niosący śmierć kult Oszustów, ich mesjasz, Córka
Nocy oraz bogini Kina bynajmniej nie odbierały jej ducha. Spoglądała w samo jądro ciemności, której sekrety nie wzbudzały w niej śladu trwogi.
Tylko jedna rzecz przenikała ją dreszczem.
Jej matka, Ki Gota, stanowiła uosobienie niezadowolenia i swarliwości.
Jej zrzędzenie i połajania miały tak zdumiewającą siłę, że ona sama
musiała być najpewniej wcieleniem jakiegoś kapryśnego, zbzikowanego
bóstwa, nieznanego dotąd człowiekowi.
Ki Goty nie lubił nikt prócz Jednookiego. A nawet on za plecami nazywał
ją Trollicą.
Sahra zadrżała na widok matki kuśtykającej powoli przez pomieszczenie
zdjęte nagłą ciszą. Dzisiaj byliśmy nikim, nie dysponowaliśmy właściwie
żadnymi dobrami. Musieliśmy obyć się tymi kilkoma pokojami. Parę chwil
temu tłoczyli się tutaj rozmaici wałkonie, paru z Kompanii, w większości
jednak pracownicy Ban Do Tranga. Teraz wszyscy patrzyliśmy na starą,
pragnąc, by wyszła jak najszybciej. Żeby nie przyszło jej do głowy
poprzebywać w naszym towarzystwie.
Do Trang, którego starcza słabość przykuła do wózka, podjechał do Ki
Goty. Miał najwyraźniej nadzieję, że okazując jej zainteresowanie,
skłoni ją do odejścia.
Wszyscy zawsze chcieli pozbyć się jej jak najszybciej.
Tym razem jego poświęcenie okazało się skuteczne. Ki Gota musiała z pewnością czuć się nie najlepiej, skoro nie poświęciła ani chwili na
obsztorcowanie wszystkich młodszych od siebie.
Cisza przeciągała się, aż stary kupiec powrócił. Był właścicielem tego
miejsca i pozwalał nam korzystać z niego jako kwatery głównej. Niczego
nam nie zawdzięczał, mimo to, z czystej miłości do Sahry, dzielił z nami
niebezpieczeństwa. We wszystkich omawianych kwestiach musieliśmy
wysłuchiwać jego opinii i honorować jego życzenia.
Do Trang wrócił po krótkiej chwili, tocząc ciężko swój wózek.
Przypominał szkielet obciągnięty skórą poznaczoną plamami wątrobowymi.
Był tak kruchy, że zdawało się, iż tylko cudem potrafi poruszyć swój
pojazd o własnych siłach.
Stary był zaiste, jednak w jego oczach igrały niedające się przegnać
wesołe iskierki. Skinął głową. Rzadko miał wiele do powiedzenia, chyba
że komuś zdarzyło się palnąć nieprawdopodobne głupstwo. Był dobrym
człowiekiem.
Sahra zabrała głos jako pierwsza:
- Wszystko gotowe. Każda faza i każda ewentualność zostały po dwakroć
sprawdzone. Goblin i Jednooki trzeźwi. Czas, by Kompania dała znać o swym istnieniu. - Rozejrzała się dookoła, czekając na nasze komentarze.
Nie wydawało mi się, aby rzeczywiście nadszedł już czas. Jednak
wyraziłam swoją opinię wcześniej, kiedy zajmowałam się planowaniem
operacji. I zostałem przegłosowana. Teraz ograniczyłam się więc do
rozpaczliwego wzruszenia ramionami.
Pozostali nie mieli żadnych zastrzeżeń. Sahra powiedziała:
- Rozpoczynamy fazę pierwszą. - Skinęła na swego syna.
Tobo kiwnął głową i wymknął się z pokoju.
Przyczajony młodzieniec chudy, obdarty i brudny. Był Niueng Bao, co
oznaczało, że po prostu musiał być przygarbionym brudasem i złodziejem.
Należało mieć się przed nim na baczności. Nikogo właściwie nie
interesowało, co dokładnie robi, póki jego ręce nie skradały się w kierunku kołyszącej się u pasa sakiewki lub jakiegoś towaru na straganie
sprzedawcy. Jak zwykle ludzie nie widzieli tego, czego zobaczyć się nie
spodziewali.
Póki chłopak trzymał dłonie schowane za plecami, nikt nie widział w nim
zagrożenia. Tak nie sposób czegokolwiek ukraść. Nikt jednak nie zauważył
małych, bezbarwnych pęcherzy na ścianie, o którą się opierał.
Dzieci Gunni patrzyły. Młodzik wyglądał tak dziwnie w czarnym kimonie.
Gunni są ludem nastawionym pokojowo i wychowują swe dzieci w grzeczności. Jednak dzieci Szadar ulepione są z dużo twardszej gliny. Są
znacznie śmielsze. Korzenie ich religii wyrastają przecież ze
światopoglądu wojowników. Kilku młodych Szadar postanowiło dać nauczkę
złodziejowi.
Oczywiście, że był złodziejem! Przecież to Niueng Bao. Wszyscy
wiedzieli, że każdy Niueng Bao to złodziej.
Starszy Szadar odpędził młodzieńców. Złodziejem winni zająć się ci, do
których obowiązków to należy.
W religii Szadar kryła się również odrobina biurokratycznej
praworządności.
Nawet tak drobne zamieszanie przyciągnęło uwagę władz. Trzech wysokich,
brodatych stróżów porządku Szadar w szarych ubraniach i białych
turbanach przepychało się przez ciżbę. Bezustannie podejrzliwie oglądali
się wokół, jakby nieświadomi, że cały czas otacza ich krąg pustej
przestrzeni. Na ulicach Taglios zawsze panuje tłok, czy to dzień, czy
noc, a jednak ludzie zawsze znajdą sposób, by usunąć się Szarym z drogi.
Wszyscy Szarzy mają twarde spojrzenia, a podstawowe kryterium doboru do
służby stanowi najwyraźniej brak cierpliwości i współczucia.
Tymczasem Tobo zdążył już oddalić się z miejsca zamieszania,
prześlizgując się zręcznie przez tłum niczym czarny wąż wśród bagiennych
traw. Kiedy Szarzy przesłuchiwali zgromadzonych, dociekając przyczyn
zamieszania, nikt już nie potrafił opisać go dokładnie, a wszyscy
podawali rysopis zgodny z żywionymi przesądami. Złodziej Niueng Bao. A ci stanowili w Taglios prawdziwą plagę. W owych czasach stolica mogła
się poszczycić mnóstwem najrozmaitszych cudzoziemców. Jak imperium
długie i szerokie, do miasta przybywał każdy próżniak, głupek i rozrabiaka. W ciągu jednego pokolenia populacja się potroiła. Gdyby nie
okrutna skuteczność Szarych, Taglios zamieniłoby się w chaotyczny,
morderczy rynsztok, piekielną otchłań pełną nędzy i rozpaczy.
Pałac nie pozwalał jednak, by nieład zapuścił w nim korzenie. Znakomicie
dawał sobie radę z wykrywaniem wszelkich możliwych tajemnic. Kariery
kryminalistów zazwyczaj nie trwały długo. Podobnie jak żywoty tych
wszystkich, którym zachciewało się spiskować przeciwko Radiszy lub
Protektorce. Zwłaszcza przeciwko tej ostatniej, która pojęcie
nietykalności cielesnej miała za nic.
W minionych czasach intrygi i spiski stanowiły lokalną zarazę,
dotykającą żywota każdego Taglianina. Teraz się to skończyło.
Protektorce się to nie podobało. Większość tubylców chciwie zaś łaknęła
jej aprobaty. I nawet kapłani woleli unikać niebezpiecznego spojrzenia
Duszołap.
W pewnym momencie czarne ubranie chłopca gdzieś zniknęło, a jego miejsce
zajęła biodrowa przepaska na modłę Gunni, którą nosił pod spodem.
Obecnie nie różnił się już niczym od pozostałych dzieci, wyjąwszy lekko
żółtawy odcień skóry. Był bezpieczny. Dorastał w Taglios. Mówił bez
obcego akcentu, który mógłby go zdradzić.
4
Teraz należało czekać, przyczaić się w bezruchu, w bezczynności
poprzedzającej zawsze każdą poważniejszą akcję. Wyszłam już z wprawy.
Nie potrafiłam po prostu rozsiąść się wygodnie i albo sama zagrać w tonka, albo zwyczajnie patrzeć, jak Jednooki i Goblin próbują się
nawzajem oszukiwać. Od ciągłego pisania miałam skurcze palców, tak że
nie mogłam dalej pracować nad Kronikami.
- Tobo! - zawołałam. - Chcesz iść zobaczyć, co się dzieje?
Tobo miał czternaście lat. Był najmłodszy z nas. Dorastał w Czarnej
Kompanii. Natura nie poskąpiła mu młodzieńczego entuzjazmu,
niecierpliwości i wiary we własną nieśmiertelność oraz boską dyspensę od
kary ostatecznej. Bawiły go zadania, które wykonywał dla Kompanii. Nie
do końca chyba wierzył w istnienie swego ojca. Nigdy nie miał okazji go
poznać. My z kolei próbowaliśmy nie dopuścić, by ktoś szczególnie go
rozpieszczał. Tylko Goblin upierał się, by traktować go jak ukochanego
syna. Próbował nawet uczyć chłopaka.
Pisany język tagliański Goblin opanował znacznie gorzej, niźli gotów
byłby przyznać. Alfabet na co dzień używanego potocznego liczył sto
liter, następnych czterdzieści zarezerwowane było dla kapłanów,
piszących rozwiniętym, stanowiącym niemal drugi, niezatwierdzony
oficjalnie język formalny. Dla potrzeb tych Kronik posługuję się
mieszaniną obu stylów.
Kiedy tylko Tobo nauczył się czytać, "wujek" Goblin kazał mu czytać
sobie na głos.
- Mogę wziąć jeszcze kilka pączków, Ospała? Mama mówi, że im więcej ich
będzie, tym skuteczniej zwrócą uwagę w pałacu.
Byłam zaskoczona, że rozmawiał z nią dość długo, by tyle choć usłyszeć.
Chłopcy w jego wieku potrafią bywać co najmniej niemili. On przez cały
czas był jawnie niegrzeczny wobec matki. A byłoby jeszcze gorzej, gdyby
nie jego "wujkowie", którzy nie tolerowali takiego zachowania.
Naturalnie, w oczach Tobo był to po prostu kolejny przykład spisku
dorosłych. Tak przynajmniej twierdził oficjalnie. Prywatnie można było
go przekonać, by posłuchał głosu rozsądku. Przynajmniej od czasu do
czasu. I oczywiście, kiedy zwracał się do niego ktoś, kto nie był jego
matką.
- Może kilka. Ale wkrótce zrobi się ciemno. A potem zacznie
przedstawienie.
- Pójdziemy tam jako kto? Nie lubię, kiedy stajesz się kurwą.
- Będziemy bezdomnymi sierotami. - Chociaż to przebranie również
pociągało za sobą ryzyko. Mogliśmy wpaść w ręce werbowników, którzy
wcielą nas do armii Mogaby. W tych czasach jego żołnierze nie są niczym
więcej jak niewolnikami, poddanymi okrutnej dyscyplinie. Wielu to drobni
kryminaliści, którym zaproponowano wybór między surową karą a służbą.
Pozostali to dzieci nędzy, niemające dokąd pójść. Co zresztą stanowiło
normę powszechnie obowiązującą w armiach zawodowych, które Murgen i jego
dawni towarzysze widzieli na dalekiej Północy, na długo przedtem, zanim
przystałam do Kompanii.
- Dlaczego tak się martwisz przebraniami?
- Jeśli nigdy powtórnie nie ukażemy tej samej twarzy, nasi wrogowie nie
będą mieli pojęcia, kogo właściwie szukają. Nigdy ich nie nie doceniaj.
Zwłaszcza Protektorki. Już nie raz udało jej się przechytrzyć samą
śmierć.
Tobo nie był skłonny uwierzyć ani w to, ani w niewiele więcej z naszej
niezwykłej historii. Chociaż po stokroć lżej niż większość ludzi
przechodził właśnie okres, w którym wiedział wszystko, co wiedzieć
warto. Nic zaś, co powiedzieli starsi - zwłaszcza jeśli zawierało choćby
najbledszy ślad morału - nie było warte słuchania. Nic na to nie mógł
poradzić. Musiał po prostu z tego wyrosnąć.
Ja zaś miałam tyle lat, ile miałam, i nic nie mogłam poradzić na to, że
mówiłam rzeczy, o których wiedziałam, iż na nic się nie przydadzą.
- Wszystko jest w Kronikach. Twój ojciec i Kapitan nie wymyślali
bajeczek.
W to również nie chciał wierzyć. Nie upierałam się. Każdy z nas na
własny sposób, we własnym czasie musi nauczyć się szacunku dla Kronik.
Marny los, jaki przypadł teraz w udziale Kompanii, uniemożliwiał pełne
uczestnictwo w tradycji. Tylko dwaj towarzysze ze Starej Gwardii wyszli
cało z pułapki zastawionej przez Duszołap na kamiennej równinie i późniejszych wojen kiauluńskich - Goblin i Jednooki. Obaj są całkowicie
niezdolni do przekazania mistyki Kompanii. Jednooki jest zbyt leniwy,
natomiast Goblin ma zbyt duże trudności z wysławianiem się. Ja natomiast
byłam właściwie dopiero uczennicą, kiedy Stara Gwardia weszła na równinę
w ślad za Kapitanem ścigającym ideę Khatovaru, którego zresztą nie
odnalazł. A przynajmniej nie takiego, jakiego szukał.
To zadziwiające. Niedługo będę weteranem z dwudziestoletnią służbą.
Miałam ledwie czternaście lat, gdy Ceber wziął mnie pod swoje skrzydła...
Nigdy jednak nie byłam podobna do Tobo. W wieku czternastu lat od dawien
dawna wiedziałam już, co to ból. W ciągu tych lat, które minęły od
czasu, kiedy Ceber mnie uratował, stawałam się w istocie coraz młodsza...
- Co?
- Pytałem, dlaczego nagle zrobiłaś się taka wściekła?
- Przypominałam sobie, jak to było, kiedy miałam czternaście lat.
- Dziewczynom jest tak łatwo... - Ugryzł się w język. Twarz mu pobladła.
Wyraźnie rzucało się w oczy jego północne pochodzenie. Był aroganckim i zepsutym małym gnojkiem, ale miał dość rozumu, by zdawać sobie sprawę,
kiedy wkracza prosto w gniazdo jadowitych węży.
Powiedziałam mu o tym, co wiedział, przemilczałem zaś to, o czym nie
miał pojęcia.
- Kiedy miałam czternaście lat, Kompania i Niueng Bao zostali zamknięci
w pułapce Dżajkuri. Dedżagore, jak je tutaj nazywają. - Reszta nie miała
już żadnego znaczenia. Reszta spoczywała bezpiecznie pogrzebana w przeszłości. - Teraz już prawie nie mam koszmarów.
Tobo nasłuchał się o Dżajkurze do znudzenia już wcześniej. Jego matka,
babka i Wujek Dodż też tam byli.
- Goblin twierdzi, że te pączki zrobią na nas wrażenie - wyszeptał Tobo.
- I nie chodzi tylko o wielki błysk, a o to, że przemówią do sumienia.
- To doprawdy niezwykłe. - Sumienie było towarem rzadkim po obu stronach
barykady.
- Naprawdę znałaś mojego ojca? - Tobo słyszał przez całe życie rozmaite
opowieści, ostatnio jednak najwyraźniej nabrał ochoty, by dowiedzieć się
czegoś ponadto. Imię Murgena zaczęło dla niego znaczyć coś więcej niźli
tylko pusty dźwięk.
Powiedziałam to, co mówiłam już wcześniej.
- Był moim szefem. Nauczył mnie czytać i pisać. Był dobrym człowiekiem.
- Roześmiałam się słabo. - Na tyle dobrym, na ile można takim być,
służąc w Czarnej Kompanii.
Tobo aż przystanął. Wciągnął głęboko powietrze. Zbłądził spojrzeniem
gdzieś w mrok ponad moim lewym ramieniem.
- Byliście kochankami?
- Nie, Tobo. Nie. Przyjaciółmi. Prawie. Jednak zdecydowanie nie tamto.
Nie miał pojęcia, że jestem kobietą, aż do chwili poprzedzającej wymarsz
na lśniącą równinę. A ja nie wiedziałam, że on wie, póki nie
przeczytałam jego Kronik. Nikt nie wiedział. Myśleli, że jestem ładnym
karzełkiem, który nigdy nie urośnie. Pozwoliłam im tak myśleć. Czułam
się bezpieczniej, gdy uważali mnie za jednego z chłopaków.
- Aha.
Ton jego głosu był tak pozbawiony wyrazu, że nie mogłam nie zacząć się
zastanawiać, o co mu właściwie chodzi.
- Dlaczego w ogóle pytasz? - Z pewnością nie miał żadnych powodów, by
podejrzewać, że zanim się spotkaliśmy, zachowywałam się inaczej niż
teraz.
Wzruszył ramionami.
- Tak tylko.
Coś musiało go sprowokować. Zapewne jakieś: Ciekawe czy..., które padło
przypadkowo z ust Goblina lub Jednookiego podczas degustacji jednej z ich trucizn na słonie własnej roboty.
- Umieściłeś pączki za teatrzykiem cieni?
- Tak mi kazano.
W teatrze cieni wykorzystuje się sylwetki kukiełek osadzone na patykach.
Niektóre mają ruchome kończyny. Świeca ustawiona w tle za kukiełkami
rzuca ich cienie na ekran z białego płótna. Operujący kukiełkami
opowiada różnymi głosami historię. Jeśli okaże się dostatecznie zabawny,
publiczność może rzucić kilka monet.
Ten lalkarz występował na tym samym miejscu już od ponad pokolenia. Spał
za kulisami swej rozkładanej sceny. Dzięki temu żył znacznie lepiej
niźli większość ludzkiej tłuszczy zalewającej Taglios.
Ale był donosicielem. I nie lubiliśmy go w Czarnej Kompanii.
Opowiadaną historię, jak to zazwyczaj bywa, wziął z mitologii. A konkretnie z cyklu Khadi. Występowała tam bogini o zbyt wielu ramionach,
która wciąż pożerała demony.
Oczywiście cały czas chodziło o tę samą kukiełkę demona. Trochę jak w prawdziwym życiu, gdzie ten sam demon zawsze niezmordowanie powraca.
Ponad dachami od zachodu majaczył jeszcze ślad koloru.
Nagle rozległ się rozdzierający skowyt. Ludzie przystanęli i zapatrzyli
się na jaskrawopomarańczowe światło. Jaśniejący dym chwiejnie wypełzł
spoza stanowiska kukiełkarza. Jego pasma splatały się w dobrze znany
symbol Czarnej Kompanii, zębatą czaszkę pozbawioną dolnej szczęki,
ziejącą płomieniami. Szkarłatny płomień błyszczący w jej lewym oku
zdawał się źrenicą, która przeszywa na wylot, poszukując tego, czego
obawiasz się najbardziej.
Symbol z dymu istniał tylko przez kilka sekund. Uniósł się nie więcej
niż trzy metry w górę, po czym rozwiał bez śladu. Pozostała po nim pełna
lęku cisza. Powietrze zdawało się szeptać:
- Woda śpi.
Zawodzenie i rozbłysk. W powietrze uniosła się druga czaszka, tym razem
srebrna z lekką nutą błękitu. Wytrzymała dłużej i uniosła się kilka
metrów wyżej niż poprzednia, zanim wreszcie zniknęła. Szeptała:
- Mój brat nieodkupiony.
- Idą Szarzy! - wykrzyknął ktoś na tyle wysoki, by patrzeć ponad
ludzkimi głowami. Dzięki temu, że jestem niska, łatwiej mi schować się w tłumie, równocześnie jednak zdecydowanie trudniej zorientować się, co
dzieje się poza nim.
Szarzy zawsze są gdzieś blisko. Jednak wobec tego typu zajść pozostają
bezradni. Takie zjawiska mogą zdarzyć się wszędzie, w każdej właściwie
chwili i zazwyczaj trwają one zbyt krótko, by byli w stanie zareagować.
Przyjęliśmy żelazną zasadę, w myśl której, gdy przemawiają pączki,
sprawców nigdy nie powinno być w pobliżu. Szarzy doskonale zdają sobie z tego sprawę. Stąd też po prostu przespacerują się przez tłum.
Protektorkę należy zadowolić. Małych Szadar trzeba nakarmić.
- Teraz! - mruknął Tobo, gdy przybyli czterej Szarzy. Kukiełkarz z wrzaskiem wybiegł zza sceny, zakręcił się jak fryga, spojrzał w kierunku
swego teatrzyku i zamarł z szeroko otwartymi ustami. Tym razem rozbłysk
nie był tak jaskrawy, ale trwał dłużej niż poprzednie. W ślad za nim dym
zwinął swe sploty w bardziej skomplikowany wizerunek. Pojawił się
potwór, który popatrzył na Szadar. Jeden z Szarych bezdźwięcznie
wypowiedział imię: Najassi.
Najassi był jednym z ważniejszych demonów z mitologii Szadar. Podobny,
pod inną nazwą, istniał też w wierzeniach Gunni.
Najassi był wodzem wewnętrznego kręgu najpotężniejszych demonów. W religii Szadar, która stanowi herezję Vedna, jest miejsce na piekło, w którym po śmierci odbywa się kary za grzechy, jednakże opuszcza ona
również istnienie piekła na ziemi w stylu Gunni, zarządzanego przez
demony działające z ramienia Najassi i nasyłane na szczególnych łotrów.
Mimo iż doskonale zdawali sobie sprawę, że ktoś z nich sobie szydzi,
Szarzy stali niczym wrośnięci w ziemię. To było coś nowego, szczególnie
dotkliwy atak z zupełnie niespodziewanej strony. A nastąpił w chwili,
gdy jeszcze bardziej zjadliwe plotki kojarzyły Szarych z ohydnymi
rytuałami odprawianymi rzekomo przez Protektorkę.
Dzieci znikają. Rozum podpowiada, że w mieście tak rozległym i zatłoczonym jest to rzeczą nieuchronną, nawet jeśli nie przyłoży do tego
ręki żaden zły człowiek. Dzieci znikają w ten sposób, że po prostu
odchodzą gdzieś i się gubią. A potworne rzeczy mogą zdarzać się nawet
najlepszemu człowiekowi. Chytre, obrzydliwe plotki potrafią zmienić
ślepe zło przypadku w dokonane z premedytacją zbrodnie ludzi, którym i tak nikt przecież nie ufał.
Pamięć potrafi być wybiórcza.
Cóż złego w tym, że kłamiemy trochę na temat naszych wrogów.
Tobo wykrzyknął coś obraźliwego. Zaczęłam go więc odciągać, wlokąc w stronę naszej siedziby. Pozostali przyłączyli się do niego i wkrótce już
pod adresem Szarych posypały się przekleństwa i szyderstwa. Tobo zdążył
jeszcze rzucić kamień, który trafił w turban jednego z Szarych.
Było zbyt ciemno, aby mogli dostrzec nasze twarze. Zaczęli sięgać po
bambusowe pałki. Nastrój w tłumie powoli robił się naprawdę
nieprzyjemny. Trudno było nie pomyśleć, że może naprawdę w naszym
diabelskim pokazie kryło się znacznie więcej, niż można dostrzec gołym
okiem. Znałam naszych oswojonych czarodziei. I wiedziałam, że Taglianie
nie tracą łatwo panowania nad sobą. Potrzeba przecież mnóstwa
cierpliwości i samokontroli, aby tak wielu ludzi mogło żyć razem tak
nienaturalnie blisko siebie.
Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu kruków, przemykających po niebie
nietoperzy, czy jakichkolwiek innych stworzeń, jakie można by uznać za
szpiegów Protektorki. Po zapadnięciu zmroku ryzyko staje się jeszcze
większe. Nie jesteśmy w stanie dostrzec tego, co może nas obserwować.
Wzięłam Tobo pod ramię.
- Nie powinieneś tego robić. Jest już wystarczająco ciemno, aby cienie
wyszły na łów.
Nie wywarło to na nim żadnego wrażenia.
- Goblin będzie zadowolony. Przesiedział nad tym dużo czasu. I wszystko
tak świetnie się udało.
Szarzy dmuchnęli w gwizdki, wzywając posiłki.
Czwarty pączek oddał dymnego ducha. Ale nas już to przedstawienie
ominęło. Pociągnęłam Tobo poprzez pułapki na cienie rozmieszczone
pomiędzy miejscem akcji a naszą kwaterą główną. Już wkrótce będzie
musiał zdrowo się tłumaczyć przed kilkoma wujkami. Tylko ci, dla których
paranoja stanowi sposób na życie, dotrwają, aby zakosztować słodkiego
smaku zemsty Kompanii. Tobo naprawdę potrzebował nauczki. Bystrzejszy
wróg mógłby wykorzystać jego zachowanie z łatwością.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki