3
W czasach nowożytnych: Tides Elba
Graliśmy w tonka. Jednooki był w podłym nastroju, bo przegrywał. Znowu.
Wszystko jak zwykle, poza tym, że nikt nie próbował nas zabić.
Elmo rozdawał. Jednooki pisnął. Zerknąłem na swoje karty.
- Znowu dostałem taki syf, że nie sposób nazwać tego rozdaniem -
stwierdziłem.
- Nie pieprz, Konował - powiedział Otto. - Wygrałeś sześć z ostatnich
dziesięciu partii.
- I za każdym razem wkurwiał się na cholerne rozdanie - dorzucił Elmo.
- Bo kiedy ja rozdaję, wszystko gra. - Znów miałem powód do narzekań.
Nie miałem pary. Dostałem tylko jedną figurę i żadnych niskich blotek, a w jednym kolorze tylko siódemkę i waleta karo. Życia by nie starczyło,
żeby dobrać do strita. Tak czy owak Jednookiemu trafiły się mocne karty,
a to zdarzało się nieczęsto.
- Zatem powinniśmy zrobić cię etatowym rozdającym.
Wszedłem. Dobrałem, odłożyłem, a kiedy przyszła moja kolej, rzuciłem
karty na stół.
Jednooki zszedł z dziesiątki. Najwyższą kartą, jaką miał w ręce, była
trójka.
Jego pomarszczona, skórzasta, czarna twarz wykrzywiła się w bezzębnym
uśmiechu, kiedy zgarniał pulę.
- Czy tak wolno? - Elmo rzucił pytanie w powietrze.
Mieliśmy z pół tuzina kibiców i całego Mrocznego Konia tylko dla siebie.
To miejsce stało się knajpą Kompanii w Aloesie. Jej właściciel, Markeg
Zhorab, nie mógł się zdecydować, czy się cieszyć, czy martwić. Wolałby
innych gości, ale właśnie tacy jak my zapewniali mu najlepszy zarobek.
Nikt nie oskarżał Jednookiego. Goblin, usadowiony na stole obok,
przypomniał Elmowi:
- Sam rozdawałeś.
- Otóż to.
Jednooki był znany z oszukiwania. W tak prostej grze jak tonk nie jest
to łatwe, ale jemu się udawało. Ot, cały Jednooki.
- Szczęście w kartach, nieszczęście w miłości - rzucił Jednooki, co,
zważywszy na kontekst, zabrzmiało bez sensu.
- Wynajmij sobie ochroniarzy - zgrzytnął Goblin. - Kobiety wyważą drzwi,
pchając się do ciebie.
Złośliwe przytyki zazwyczaj wkurzały Jednookiego. Drażliwy był.
Czekaliśmy na to, ale on tylko się uśmiechnął.
- Rozdawaj, nieudaczniku - rzekł do Ottona. - I daj mi takie karty, jak
przed chwilą Elmo.
Goblin dodał coś o panience Rączce, jedynej szczęśliwej damie w życiu
Jednookiego, ale ten dalej ignorował zaczepki.
Zacząłem się martwić.
Rozdanie Ottona wcale nie było lepsze.
- Już wiecie, jak trafiamy na dziwaczne zwyczaje wszędzie, gdziekolwiek
dotrzemy? - zapytał Jednooki.
Elmo przewiercał wzrokiem swoje pięć kart. Coś mruknął. Otto wciąż na
nowo układał własną piątkę, co znaczyło, że są tak słabe, iż nie wie,
jak ma grać. Jednooki tym razem nie pisnął, ale wciąż się uśmiechał.
Stanęliśmy u progu nowej epoki, w której ten czarny diabeł może wygrać
dwa razy z rzędu.
Wszyscy spojrzeli badawczo na Goblina, który zauważył:
- Otto rozdawał.
- Może zaczarował karty - zasugerował któryś z kibiców.
Po Jednookim to spłynęło.
- Tutaj najdziwniejszym zwyczajem jest to, że dziewczyna, tracąc
wisienkę, musi sobie golić włosy na całym ciele - stwierdził.
- Większej bzdury w życiu nie słyszałem - zahuczał Otto. - Jesteśmy tu
od trzech miesięcy i ani razu nie widziałem łysej kobiety.
Wszyscy zastygli, łącznie z Jednookim, który układał stosik ze swojej
wygranej.
- Co jest? - zapytał Otto.
Wciąż nas intrygował.
Każdy z nas od czasu do czasu inwestował trochę grosza w fikołki z zawodowymi panienkami. Choć sprawa ta nigdy wcześniej nie wypłynęła,
musiałem przyznać, że dotąd nie widziałem u żadnej ani jednego włoska
pod dekoltem.
- Gadasz! - zdziwił się Elmo. - A ja myślałem, że tak mi się akurat
trafia, że nie widuję tego, co powinny mieć.
- Pewnie dlatego nie złapałem wszy - wtrąciłem.
- Nie. To wynika z tej ich dziwacznej religii.
- Oksymoron - mruknął Goblin.
Jednooki spochmurniał.
Żabią twarz Goblina natychmiast rozjaśnił szeroki uśmiech.
- Nie mówiłem o tobie, kurduplu - powiedział. - Z ciebie żaden ostry,
tylko zwykły tępak. Mówiłem o zlepku słów: "dziwaczna" i "religia".
- Chcecie odczarować moją dobrą passę, co, chłopaki?
- Cholerna racja - potwierdził Elmo. - Gadanie o cipkach zawsze działa.
Powiedz mi coś o tych wygolonych szparkach.
Jednooki przekładał swoją wygraną. Mimo powodzenia zaczął tracić humor.
Podrzucił świetny temat, na który chłopaki powinni rozprawiać
tygodniami, a zdawało się to nikogo nie obchodzić.
Potasowałem, przełożyłem i rozdałem. Kiedy Jednooki podniósł karty,
zrobił się jeszcze bardziej ponury.
Ostatnia sprawiła, że wybuchnął:
- Niech cię diabli, Konował! Ty dupku! Sukinsynu!
Elmo i Otto zachowali powagę, bo nie wiedzieli, co się dzieje. Goblin
zaćwierkał jak napalona sikorka.
Jednooki wyłożył swoje karty. Miał trójkę trefl, szóstkę karo,
dziewiątkę kier i asa pik. Tą ostatnią kartą był walet mieczy.
- Ile to razy narzekałeś, że nie masz dwóch kart tego samego koloru? -
zapytałem. - Tym razem byś nie skłamał.
Teraz Elmo i Otto skapnęli się, o co chodzi. Roześmiali się głośniej niż
ja i Goblin. Kibice też zatrzęśli się ze śmiechu.
W drzwiach wejściowych ukazała się głowa Porucznika.
- Widział ktoś Ważniaka? - Porucznik nie sprawiał wrażenia
uszczęśliwionego. Wyglądał jak zastępca dowódcy, który musiał
przepracować swój dzień wolny.
- Znowu gdzieś go wcięło? - zapytał Elmo.
- Miał się zająć pomyjami, ale się nie pojawił. Kucharze chcą go
posiekać i wrzucić do zupy.
- Porozmawiam z nim, Poruczniku - obiecał Elmo, choć Ważniak nie był
jego podwładnym. Należał do plutonu Ślizgacza.
- Dziękuję, Sierżancie. - Elmo potrafił się dogadywać z błędnymi
rycerzami oddziału. - Ludzie, dlaczego siedzicie w tej ciemnej i śmierdzącej norze, zamiast na zewnątrz zaczerpnąć trochę świeżego
powietrza i pobyć na słońcu?
- To nasze naturalne środowisko, Poruczniku - odezwałem się.
Tak naprawdę jednak to nikomu z nas nie przyszło do głowy, żeby zagrać
na dworze.
Zabraliśmy karty i piwo i wywlekliśmy się na zewnątrz, by usiąść przy
stolikach rozstawionych przy ulicy. Jednooki rozdawał. Rozmowa dalej
toczyła się wokół fryzur, włosów lub ich braku, preferowanych przez damy
w Aloesie.
Był wspaniały dzień: bezchmurny, chłodny, a rześki, lekki wiaterek nie
psuł gry. Kibice też się rozsiedli. Niektórzy chcieli tylko popatrzeć,
inni mieli nadzieję, że zwolni się miejsce przy karcianym stole.
Przyłączyli się do rzucania coraz ostrzejszych komentarzy, które zaczęły
przeradzać się w przechwałki.
Postanowiłem się wtrącić.
- Jak długo już gramy tymi kartami? - Niektóre były tak zszargane, że
nie trzeba było w nie zaglądać, żeby wiedzieć, co to za karta, ale
pamięć potrafiła mnie zwieść.
Wszyscy spojrzeli na mnie z rozbawieniem.
- Zaraz usłyszymy jakiś nonsens - przepowiedział Jednooki. - Wykrztuś
to, Konował, żebyśmy mogli powrócić do spraw ważnych.
- Zastanawiam się, czy ta talia nie jest z nami wystarczająco długo,
żeby zacząć żyć własnym życiem.
Jednooki już otworzył usta, żeby się ze mnie ponabijać, ale oczy mu się
zaszkliły. Dotarło do niego, co powiedziałem. Podobnie zareagował
Goblin.
- Ja pierdolę, Konował! - wykrzyknął ten blady, brzydki człowieczek. -
Nie jesteś nawet w połowie tak głupi, na jakiego wyglądasz! Karty
obdarzone własnym rozumem? To by wiele wyjaśniało.
Wszyscy spojrzeliśmy na Jednookiego i jak na komendę skinęliśmy głową.
Jednooki od niepamiętnych czasów twierdził, że karty go nienawidzą.
A znowu wygrał.
Trzy zwycięstwa przy jednym posiedzeniu powinny były dać mi do myślenia.
Działały tu siły nieczyste. Moje usta podejmowały już jednak inny temat:
- Wiecie co? Minęło już osiemdziesiąt siedem dni, odkąd ostatni raz ktoś
próbował mnie zabić.
- Nie trać nadziei - pocieszył mnie Elmo.
- Naprawdę. Pomyślcie: siedzimy tu sobie na zewnątrz, na ulicy,
wystawieni jak kaczki, ale nikt ku nam nawet nie spojrzy. I żaden z nas
nie ogląda się za siebie, i nie narzeka na wrzody żołądka.
Gra zamarła. Siedemnaścioro oczu wbiło we mnie spojrzenie.
- Konował, nie zapeszaj - warknął Otto. - Sam cię przytrzymam, gdy ktoś
będzie ci obcinał ulubioną zabaweczkę.
- Prawdę gada - wtrącił Goblin. - Jesteśmy tu od trzech miesięcy, a jedyne kłopoty, jakie miewamy, to chlanie i naparzanki.
Wśród sześciuset czterdziestu ludzi Kompanii zawsze znajdzie się kilku
popaprańców, których pomysł na spędzanie wolnego czasu ogranicza się do
picia na umór i mordobicia.
- Chodzi o to - wygłosił swoją opinię Jednooki - że Pani wciąż czuje
miętę do Konowała, więc postanowiła ukryć go gdzieś w bezpiecznym
miejscu. A my po prostu żyjemy w jego cieniu. Obserwuj niebo. Którejś
nocy pojawi się dywan i Jej Wysokość we własnej osobie przybędzie na
małe dymanko ze swoim wyjątkowym chłoptasiem.
- A jak tam jej fryzura, Konował?
Specjalne traktowanie? Dobre sobie. Przez rok uganialiśmy się za Szept
od jednego punktu zapalnego do drugiego, walcząc prawie codziennie.
Specjalne traktowanie? Taa... Chyba że takie, jakie otrzymuje się za
kompetencję. W czymkolwiek działasz, jeśli robisz swoje dobrze, szef
dorzuca ci jeszcze więcej pracy.
- Ty, Otto, dowiesz się pierwszy, jeśli będę miał okazję się przyjrzeć.
- Nie wdaję się w wulgarne gadki, które innych bawią. Wzięli moje
milczenie za potwierdzenie, że wciąż czuję niesłabnące zainteresowanie
tą najpodlejszą kobietą na świecie. Prawda jest taka, że boję się, iż
ona mogłaby słuchać.
- Jeśli mowa o fryzurach, to tę chętnie bym sprawdził - odezwał się
dzieciak zwany Jurnym.
Wszyscy spojrzeliśmy z podziwem na młodą kobietę po drugiej stronie
ulicy. Zdzierca pogratulował Jurnemu doskonałego gustu.
Zbliżała się do dwudziestki. Jasnorude włosy przycięła krócej niż
większość kobiet, które widziałem w Aloesie. Z tyłu ledwie zachodziły na
kołnierzyk, a po bokach zaczesane były jeszcze krócej. Nosiła grzywkę.
Nie zwróciłem uwagi na jej strój. Nic niezwykłego. Promieniała tak
zaskakująco intensywną zmysłowością, że nic innego się nie liczyło.
Nasze nagłe zainteresowanie, głowy obracające się jak na komendę w jej
stronę, trochę ją przestraszyły. Przez chwilę hardo odwzajemniała nasze
spojrzenia, ale nie dała rady. Odeszła spiesznym krokiem.
- Ta mała jest bezwłosa we wszystkich strategicznych miejscach - orzekł
Jednooki, podnosząc karty.
- Znasz ją? - zapytał Jurny. Jakby zyskał nowy sens życia. Nadzieję,
misję do wypełnienia.
- Niespecjalnie. To kapłanka.
Wyznawczynie kultu Occupoi traktują prostytucję jak święty obowiązek.
Słyszałem, że Occupoa ma trochę utalentowanych i oddanych córek.
Goblin chciał wiedzieć, skąd Jednooki to wie.
- To ich oficjalna fryzura, kurduplu - powiedział ktoś jeszcze niższy od
Goblina.
- A ty skąd to wiesz?
- A stąd, że przez te parę ostatnich miesięcy życia postanowiłem
fundować sobie to, co najlepsze.
Wszyscy spojrzeliśmy na niego ze zdumieniem. Jednooki był osławionym
kutwą. Poza tym nigdy nie miał pieniędzy, bo był beznadziejnym graczem.
Nie wspominając o tym, że uważaliśmy go za prawie nieśmiertelnego, jako
że był z Kompanią od ponad stu lat.
- Czego? - warknął. - Może narzekam częściej, niżby to uzasadniała
sytuacja, ale czy to zbrodnia?
Nie. Wszyscy tak robiliśmy. To prewencja wobec wszystkich tych dobrych
kumpli, którzy niedopici, wolą pożebrać u ciebie, niż pójść do lombardu.
- Sporo gości było przy forsie, gdy tu dotarliśmy - odezwał się ktoś. -
Wcześniej nie mieliśmy okazji wydać zarobionego grosza.
Tak. Czarna Kompania dobrze robiła gospodarce Aloesu. Może nikt nie
próbował nas zabić dlatego, że nie daliśmy się jeszcze doszczętnie
oskubać.
- Lepiej pójdę poszukać Ważniaka, zanim Porucznik i mnie wciągnie na
swoją czarną listę. Milczek? Chcesz moje miejsce? Cholera! Gdzie ten
znowu polazł?
Też nie zauważyłem, kiedy nasz trzeci mały magik wyszedł. Ostatnimi
czasy Milczek staje się coraz bardziej demoniczny. Jest praktycznie
niczym duch.
Kiedy służysz w Kompanii długie lata, rozwijasz dodatkowe zmysły.
Nieświadomie odczytujesz sygnały i nagle stajesz się czujny i w pełni
gotowy. Mówimy, że zwęszyliśmy niebezpieczeństwo. Do tego dochodzi
zdolność przewidywania humorów dowództwa. Ten zmysł ostrzega cię, że
ktoś ma zamiar wpakować ci dupę w gówno.
Zdaje się, że czternaście drażniących nerwy sekund starczyło, aby z górą
sześciuset chłopa pojęło, że na coś się zanosi, że życie zaraz się
zmieni. Że nie da rady, nie minie już sto dni, aż ktoś spróbuje mnie
zabić.
Karty od pewnego czasu trwały w bezruchu, gdy od obozu nadbiegł
Wypieracz.
- Elmo, Konował, Goblin, Jednooki! Stary chce was widzieć.
- Goblin, nie mogłeś trzymać swojej wielkiej gęby na kłódkę? - burknął
Jednooki.
Dwie minuty wcześniej Goblin mruknął:
- Coś się wydarzy. Coś wisi w powietrzu.
Postanowiłem się wtrącić.
- Taa... To wszystko jego wina. Nakopmy mu do dupy, jeśli się okaże, że
znów musimy wykurzać skądś jakichś buntowników.
- Wyluzuj, Konował. - Elmo odsunął się od stołu. - Popieram jednak takie
posunięcie. Prawie zapomniałem, jakie fajne jest życie w garnizonie. -
Zaczął mówić o czystym ubraniu, piwie do oporu, regularnych posiłkach i prawie nieograniczonym dostępie do ulubionego przez żołnierzy sposobu
trwonienia czasu i pieniędzy.
Ruszyliśmy ulicą, zostawiwszy karty innym, którzy już zaczęli snuć swoje
domysły.
- Służba garnizonowa ma w sobie to wszystko - stwierdziłem. - Najcięższą
robotą jest wkręcenie Jednookiego, żeby zaaplikował swoje medykamenty
gościom przychodzącym z tryprem.
- Ja lubię życie w garnizonie, bo daje możliwości finansowe - odezwał
się Jednooki.
Fakt. Wrzucić go gdziekolwiek i dać tydzień, a już się wkręci w jakieś
czarnorynkowe machlojki.
Wypieracz przysunął się ukradkiem.
- Muszę porozmawiać z tobą na osobności - szepnął. Wsunął mi w dłoń
złożony, mierzący niecałe dziesięć centymetrów kawałek pergaminu. Był
brudny i śmierdział okropnie. Po jednej stronie miał niewielkie
trójkątne rozdarcie, co oznaczało, że wcześniej na czymś wisiał. Kiedy
go rozwijałem, Wypieracz wyglądał, jakby miał wpaść w panikę.
Zatrzymałem się. Inni zrobili to samo, zastanawiając się, co się dzieje.
- Skąd to masz? - wyszeptałem.
Obóz, w którym kwaterowała Kompania, znajdował się za miastem na
jałowych wrzosowiskach. Wzniesiono go, kiedy Szept przybyła negocjować
układ ustalający korzyści, jakie Aloes osiągnie z przystąpienia do
imperium Pani, spośród których główną było dalsze istnienie. Obóz nie
miał w sobie nic nadzwyczajnego. Otaczał go mur obronny zbudowany z cegieł z suszonej gliny. Wewnątrz też wszystko było z gliny suszonej na
słońcu, z lekka otynkowanej, by oparła się deszczom.
W obozie dominował kolor brunatny. Osoba o bystrym oku potrafiłaby
rozróżnić odcienie brązu, ale my, barbarzyńcy, widzieliśmy wszystko jako
brunatne. Mimo to mój wzrok był dość bystry, by dostrzec nową brunatną
plamę, zanim wskazał mi ją Wypieracz.
Po wschodniej stronie kwatery głównej leżał schowany w cieniu latający
dywan. Moi towarzysze mieli równie bystry wzrok jak ja, ale serca mniej
strapione.
Staliśmy się częścią ludzkiego potoku. Wezwano wszystkich oficerów i podoficerów. Czasami Kapitanowi jeżył się włos na tyłku i ściągał
wszystkich na improwizowaną mowę motywacyjną. Jednak tym razem
zaistniała pewna zasadnicza różnica.
W cieniu obok kwatery głównej leżał latający dywan.
Zostało ich co najwyżej sześć i tylko sześć istot umiało z nich
korzystać.
Spotkał nas zaszczyt odwiedzin jednego ze Schwytanych.
Szczęśliwe dni się skończyły. Piekło ucięło sobie drzemkę, ale teraz się
zbudziło i paliło do czynu.
Nikt nie przeoczył dywanu. Nie było ramion, których ten widok by nie
przygarbił.
- Idźcie przodem, chłopaki - powiedziałem. - Dogonię was. Wypieracz,
pokaż.
Ten skierował się w stronę cienia. Ku dywanowi.
- Tu go zobaczyłem - odezwał się. - Nigdy wcześniej nie oglądałem dywanu
z tak bliska, więc postanowiłem się mu przyjrzeć. - Opowiedział mi
wszystko. Jeden rzut oka potwierdził to, czego się obawiałem.
Zaniedbany, sfatygowany dywan należał do Kulawca. - Tutaj to znalazłem.
"Tutaj" wskazywało miejsce, gdzie Schwytany siedział podczas lotu. W tym
miejscu dywan był szczególnie wystrzępiony, rozciągnięty i przetarty.
Wypieracz wskazał palcem kawałek tkaniny oderwanej od spodu drewnianej
ramy.
- Prawie się schował. Wisiał na tym haczyku.
Mały gwoździk obluzował się na pół centymetra. Tkwiło na nim pasemko
pergaminu. Wydłubałem je nożem, ostrożnie, aby go nie dotknąć.
- Wyjąłem go. Ale zanim choćby spojrzałem, nadszedł Kapitan i kazał mi
was sprowadzić.
- W porządku. Trzymaj się na uboczu. Porozmawiamy później. - Jeśli się
nie pospieszę, dotrę jako ostatni.
- Niedobrze, prawda?
- Być może. Leć do miasta. Nikomu o tym nie mów.
Pomieszczenie kantyny najlepiej nadawało się na salę zebrań. Kucharze
się zmyli, a wnętrze spowijała smętna atmosfera. Połowa ludzi, w tym ja,
mieszkała w mieście. Niektórzy mieli kobiety. Kilku wedle prawa
zwyczajowego miało pasierbów, choć nie zamierzali na nich łożyć.
Ci pewnie wznosili modły, aby dywan oznaczał, że Pani przysłała kogoś z wypłatą. Tylko że w Aloesie nasze płace pochodziły z niewysokich
podatków od mieszkańców, których chroniliśmy. Nie trzeba było z nimi
latać.
Kapitan wkroczył na koślawo zbitą scenę swoim wystudiowanym powłóczystym
krokiem. Za nim pełzł odrażający kłąb brązowych łachmanów. Ciągnął za
sobą bezwładną nogę. W sali panowało głuche milczenie.
Kulawiec. Groteskowo najbardziej odrażający ze Schwytanych. Zapiekły
wróg Czarnej Kompanii. Wydymaliśmy go na cacy, kiedy próbował wystąpić
przeciw Pani.
Teraz wrócił do łask. Ale my także. Nie mógł się zemścić na nas akurat
teraz. Był jednak cierpliwy.
- Nuda dobiega końca, panowie - huknął Kapitan. - Wiemy już, dlaczego
Pani umieściła nas tutaj. Mamy pojmać dowódcę buntowników o imieniu
Tides Elba.
Później sprawdziłem pisownię. Nie było to imię znane nam wcześniej.
Kapitan wymówił je jako "Tiidejs Elba".
Oznajmił, że Tides Elba odniosła kilka sukcesów na zachód od nas, ale
żadne z jej zwycięstw nie było dość istotne, aby przyciągnąć naszą
uwagę.
Ciekawa linia wygłaszania pierdół, z których część mogła być prawdą.
Kulawiec wdrapał się na scenę razem z Kapitanem. Musiał to być wysiłek.
Miał niesprawną lewą nogę i z postury był kurduplem. W nikczemności i talencie do czarów był jednak najgorszym ze złych. Otaczał go odór
strachu. Podobnie jak i sam odór. W swych najlepszych dniach śmierdział,
jakby bardzo długo zalegał w grobie. Mierzył nas wzrokiem zza skórzanej
brązowej maski.
Faceci o słabszych żołądkach zaczęli przeciskać się do tyłu.
Kulawiec nic nie mówił. Chciał tylko, żebyśmy wiedzieli, że jest w pobliżu. Rzecz godna pamięci. I coś, co zapowiada ciekawe czasy.
Kapitan nakazał dowódcom kompanii i plutonów oznajmić swoim ludziom, że
wkrótce może nastąpić wymarsz. W oczekiwaniu na robotę dochodzeniową
tutaj, w Aloesie, winni popłacić długi i pozałatwiać sprawy osobiste.
Najlepiej, gdyby zostawili za sobą dotychczasowe życie w mieście i wrócili do obozu.
Może być trochę dezercji.
Elmo dźgnął mnie pod żebro.
- Uważaj - syknął.
Stary odprawił wszystkich oprócz mnie i magów.
- Konował, zostań ze mną - zwrócił się do mnie bezpośrednio.
Czarownicy mieli się trzymać Kulawca.
Kapitan zagnał mnie do budynku administracji. W teorii miałem tam swój
kącik, gdzie miałem pracować nad tymi Kronikami, ale nieczęsto z niego
korzystałem.
- Siadaj. - To był rozkaz, nie zaproszenie. Usiadłem na jednym z dwóch
topornych krzeseł stojących przy nierównym stole, który służył mu za
osłonę przed światem. - Jest tu Kulawiec. - Nie wyjaśnił tego, ale
wiadomo, że to znaczy, iż pakujemy się w gówno. Po prawdzie nie gada
wiele, a to może znaczyć, że sam jeszcze nic nie wie. On też wykonuje
rozkazy.
Skinąłem głową.
- Niedobrze, Konował. To Kulawiec. Będzie się działo więcej niż to, co
widzimy.
No, będzie. Starałem się wyglądać jak bystry dzieciak oczekujący
mądrości spływającej nieuchronnie od szanowanego starszego.
- Powiedziałbym, gdybyś był dupkiem, ale ty nie potrzebujesz notatki
służbowej. Sam już wiesz, czym to pachnie.
Czyżby chciał mi za coś dowalić?
- Zgrywasz się na równie bezużytecznego jak reszta tych kutasów. Jednak
kiedy ponoć wychodzisz na kurwy albo się poopieprzać, zazwyczaj tak
naprawdę grzebiesz w miejscowej historii.
- Człowiekowi trzeba więcej niż jednego hobby.
- To nie hobby, jeśli nie potrafisz odpuścić.
- Jestem złym człowiekiem. Muszę rozumieć przeszłość. Rozjaśnia
teraźniejszość.
Kapitan przytaknął. Smukłe palce wsparł na kwadratowej szczęce z dołkiem.
- Mam dla ciebie pewną rozjaśniającą robotę.
Wiedział coś o tym, co się kroi.
- Może będziesz w stanie coś zrobić, żeby Kompania nie musiała
tradycyjnie nurzać się w szambie.
- Złotousty...
- Zamknij się, kurwa. Pani chce dopaść Tides Elbę, zanim się stanie
wschodnią Białą Różą. A może ona jest tą Różą. Nie wiem. Kulawiec da z siebie wszystko, żeby zapunktować u Pani, mając nadzieję, że przy okazji
załatwi nas.
- Gubię wątek, szefie.
- Nie sądzę. Pamiętaj, Kulawiec jest szczególnie cięty na ciebie.
Fakt.
- Dobra. I co?
- On uważa rozpieprzenie czegoś za zabawne. A ja nie chcę zostać
zapamiętany jako ktoś, kto zburzył Aloes.
- Potrzebuję jakiejś wskazówki, Kapitanie. Czego ode mnie chcesz? Nie
jestem tak mądry, jak myślisz.
- Ja też nie.
Wysunął się zza stołu i zaczął człapać po pomieszczeniu.
- Pani uważa, że Tides Elba urodziła się tutaj, ma tu rodzinę i często
ją odwiedza. Nie przyszła na świat jako Tides Elba. Rodzina
prawdopodobnie nawet nie wie, kim ona jest.
Jasne, że ta buntowniczka nie urodziła się jako Tides Elba. Gdyby Pani
poznała jej prawdziwe imię, Tides Elba byłaby grzanką jeszcze przed
zmierzchem.
- Węszyłeś. Wiesz, gdzie zajrzeć. Pomóż nam ją dopaść, zanim Kulawiec
nas przygwoździ.
- Mogę pokopać, ale uprzedzam, że znajdę same luki.
- Luki też mają swoją opowieść.
Fakt.
- Zamiast martwić się tą kobietą, może byśmy tak wymyślili jakieś stałe...
Uciął mój wywód machnięciem ręki. Musiałem się zamknąć.
- Spójrz na siebie - powiedział. - Jesteś dość rozgarnięty, żebyśmy dali
ci dowództwo nad całą kampanią wschodnią. Idź. Zrób, co należy. I trzymaj się z dala od tych kretyńskich kart.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki