Czarna Kompania (Tom 5). Port Cieni - Glen Cook

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (27,45 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Pew­nego razu, w Zmierz­chu

Ciszę nocy prze­ry­wał jedy­nie stu­kot kopyt na mokrym bruku. Skra­wek księ­życa prze­świ­ty­wał na świat zza snu­ją­cych się z wolna kłę­bów chmur, roz­świe­tla­jąc strze­li­ste wieże Gren­dir­ftu. W for­tecy nie jaśniało żadne świa­tło.

Powie­trze było nie­ru­chome, nie­mal zimne po minio­nym desz­czu. Atmos­ferę impe­rial­nego Zmierz­chu mąciła deli­katna woń gni­ją­cego mięsa.

O tej porze roku dla wielu owa­dów nie było jesz­cze zbyt późno.

Czarny powóz przy­sta­nął pra­wymi kołami metr od nie­strze­żo­nego zsypu do kanału imi­tu­ją­cego fosę. Ist­niał bar­dziej dla upłyn­nia­nia nie­czy­sto­ści, niż by sta­no­wić barierę obronną. Rynna na odpady się­gała kanału led­wie kilka metrów w górę od sto­ją­cego pojazdu.

Stan­gret ścią­gnął lejce i zszedł z kozła. Sta­nął sztywno na skraju kanału w posta­wie "spo­cznij", ale po krót­kim ocze­ki­wa­niu obró­cił się, otwo­rzył drzwi powozu i wydo­był zeń bosak. Trzy­mał go teraz niczym kopię.

Zwłoki wpa­dły do wody z cichym plu­skiem. Wypły­nęły na powierzch­nię w miej­scu, gdzie cze­kał woź­nica. Nie musiał korzy­stać z bosaka.

Ostroż­nie wycią­gnął dziew­czynę z wody. Była śli­ska. Deszcz mącił powierzch­nię kanału, więc po krót­kim zanu­rze­niu nie nabrała zapa­chu ścieku, któ­rym mogłaby prze­siąk­nąć jakiejś innej nocy. Nie miała na sobie nic. Krzywdy, jakich zaznała, nie pozo­sta­wiły śladu. Miała naj­wy­żej pięt­na­ście lat. Nie ważyła dużo. Woź­nica nie miał kło­potu z prze­nie­sie­niem jej do pojazdu. Zawi­nął ją w pledy i wci­snął w kąt. Gdy skoń­czył, wyglą­dała na chorą albo pijaną bądź śpiącą.

- Ty, tam, na dole! Co robisz?

Pyta­nie dobie­gło z odle­gło­ści dwu­dzie­stu pię­ciu metrów powy­żej.

Serce woź­nicy, już roz­ko­ła­tane, zało­mo­tało teraz gwał­tow­nie, choć wie­dział, że nikt nie byłby w sta­nie dostać się na dół dość szybko, aby go roz­po­znać lub zatrzy­mać. Prze­ćwi­czył to na sucho dobrych parę razy. Po raz pierw­szy został zauwa­żony.

Ruszył z wolna, opusz­cza­jąc nabrzeże. Nie­po­dobna, żeby kto­kol­wiek spraw­dzał, po co jakiś powóz staje przy kanale ście­ko­wym. Nawet mimo tego, że była to pora, w któ­rej przy­du­pasy Domi­na­tora pozby­wały się wyko­rzy­sta­nej tej nocy dzie­wicy.

Bram Zmierz­chu ni­gdy nie zamy­kano. Jakiż głu­piec napadłby na sto­licę Domi­na­cji, zwłasz­cza wtedy, gdy strasz­liwy władca impe­rium prze­by­wał na miej­scu? Żaden czło­wiek nie miał aż tyle tupetu.

Śmia­łość, jaką oka­zy­wał stan­gret, była czymś nie­zwy­kłym.

Straż­nicy przy Bra­mie Nefry­to­wej nie mieli powodu, by powstrzy­my­wać jego odjazd. Nie­wielka dona­cja prze­szła wszak z rąk do rąk. Taki był zwy­czaj. W zamian żoł­nie­rze sta­wali się nadzwy­czaj pobieżni pod­czas kon­troli.

- To moja córka - wyja­śnił woź­nica. - Czter­na­ście lat i pijana w sztok, mnie na wstyd. Ale nie spo­sób nie kochać dzieci, cokol­wiek nabroją.

Młod­szy z żoł­nie­rzy zachi­cho­tał.

- Widzisz, co cię czeka, Kiwka? - zwró­cił się do swego towa­rzy­sza. - Kiwka ma trzy dora­sta­jące córki.

- Będą mieć po jede­na­ście lat, to pójdą do klatki aż do ślubu - oznaj­mił Kiwka. - Ty chyba powi­nie­neś trzy­mać swoją na łań­cu­chu - dora­dził stan­gre­towi. - Jedź już.

Ten wspiął się z powro­tem na kozła, trza­snął batem i z wes­tchnie­niem ulgi wpra­wił swój zaprzęg w ruch.

Ści­gał się z cza­sem.

Dziew­czyna długo nie pocią­gnie.

2

Dawno temu, daleko stąd: Nie­gdyś zwana Bath­dek

Nerwo­wość w Gren­dirf­cie poczęła nara­stać, gdy Lord Szam­be­lan odkrył, że wie­czorny gość Domi­na­tora potrak­to­wany został, jakby była to zwy­czajna, zużyta zabawka, a nie jedna z Sen­ja­ków. Ludzie odpo­wie­dzialni za to byli nowi. Nie zostali prze­szko­leni, zanim wdro­żono ich do pracy w zastęp­stwie poprzed­ni­ków, któ­rzy sami zje­chali rynną do kanału za sprawą swo­ich głu­pich poczy­nań.

Lord Szam­be­lan wal­czył z prze­ra­że­niem, które dopro­wa­dziło go pra­wie do wyrzu­ce­nia z trzewi wszyst­kiego, co zjadł przez cały tydzień. Zacho­wał dość kon­troli, aku­rat by donieść o całej kata­stro­fie następ­nej ze star­szych sióstr tam­tej dziew­czyny, Bath­dek.

- Może zacho­wał się tro­chę nie­wła­ści­wie. Miał pewne trud­no­ści z trzy­ma­niem rąk z dala...

Odsu­wać odpo­wie­dzial­ność, na ile się da. W prze­ciw­nym razie mogło nie zostać mu już wiele życia, a śmierć, którą praw­do­po­dob­nie umrze, nie będzie ani łagodna, ani szybka.

- Rozu­miem. - Głos Bath­dek był zimny. - Byłam pewna, że przy­da­rzy się to jed­nej z nas.

Sama prze­żyła odwie­dziny u Domi­na­tora. Ten sza­le­niec był wobec niej i jej pozo­sta­łych sióstr mniej agre­sywny, gdyż nie paso­wały do jego upodo­bań tak jak Dorota.

- Zabił ją? - To mogło kosz­to­wać sza­lo­nego impe­ra­tora wszystko. - I pozbył się jej, jakby była jedną z jego bez­i­mien­nych noc­nych zaba­wek? - Była nie­mal zbyt obu­rzona, żeby się naprawdę roz­sier­dzić. - To zdaje się do niego nie­po­dobne nawet wów­czas, kiedy upija się mle­kiem mako­wym.

- Odzy­skam jej ciało - obie­cał Lord Szam­be­lan.

- Uczy­nisz to z pew­no­ścią. Będziemy potrze­bo­wać jakie­goś ciała następ­nym razem, gdy zażąda jej towa­rzy­stwa. Ina­czej wszy­scy możemy stać się ofia­rami.

Wszystko opie­rało się na zało­że­niu, że zabrnął tak daleko, iż nie przy­po­mni sobie zabój­stwa.

Jej strach nie przy­po­mi­nał niczego, czego zaznała wcze­śniej. Gdyby sza­lony impe­ra­tor porzu­cił swoje przy­mie­rze z Sen­ja­kami, rodzina mogłaby nie prze­trwać. A w następ­stwie on rów­nież nie. Mógł być potwo­rem, czar­no­księż­ni­kiem wszech cza­sów, ale nie zdoła prze­ciw­sta­wić się wro­go­ści całego świata bez wspar­cia ludzi, któ­rzy wynie­śli go do bez­względ­nego i cał­ko­wi­tego pano­wa­nia.

- Znajdę ją. Spro­wa­dzę z powro­tem - obie­cał ponow­nie Lord Szam­be­lan. - To nie powinno być trudne. Ciało pew­nie jest w kanale ście­ko­wym.

Jed­nak ciała dziew­czyny w kanale nie było.

Zna­la­zło się tam kilka tru­pów, ludz­kich i innych, pły­wa­ją­cych bądź nie, ale żaden nie był naj­młod­szą sio­strą Sen­jak.

Panika Lorda Szam­be­lana osią­gnęła roz­miary epic­kie. I stała się zaraź­liwa.

3

W cza­sach nowo­żyt­nych: Tides Elba

Grali­śmy w tonka. Jed­no­oki był w pod­łym nastroju, bo prze­gry­wał. Znowu. Wszystko jak zwy­kle, poza tym, że nikt nie pró­bo­wał nas zabić.

Elmo roz­da­wał. Jed­no­oki pisnął. Zer­k­ną­łem na swoje karty.

- Znowu dosta­łem taki syf, że nie spo­sób nazwać tego roz­da­niem - stwier­dzi­łem.

- Nie pieprz, Kono­wał - powie­dział Otto. - Wygra­łeś sześć z ostat­nich dzie­się­ciu par­tii.

- I za każ­dym razem wkur­wiał się na cho­lerne roz­da­nie - dorzu­cił Elmo.

- Bo kiedy ja roz­daję, wszystko gra. - Znów mia­łem powód do narze­kań. Nie mia­łem pary. Dosta­łem tylko jedną figurę i żad­nych niskich blo­tek, a w jed­nym kolo­rze tylko sió­demkę i waleta karo. Życia by nie star­czyło, żeby dobrać do strita. Tak czy owak Jed­no­okiemu tra­fiły się mocne karty, a to zda­rzało się nie­czę­sto.

- Zatem powin­ni­śmy zro­bić cię eta­to­wym roz­da­ją­cym.

Wsze­dłem. Dobra­łem, odło­ży­łem, a kiedy przy­szła moja kolej, rzu­ci­łem karty na stół.

Jed­no­oki zszedł z dzie­siątki. Naj­wyż­szą kartą, jaką miał w ręce, była trójka.

Jego pomarsz­czona, skó­rza­sta, czarna twarz wykrzy­wiła się w bez­zęb­nym uśmie­chu, kiedy zgar­niał pulę.

- Czy tak wolno? - Elmo rzu­cił pyta­nie w powie­trze.

Mie­li­śmy z pół tuzina kibi­ców i całego Mrocz­nego Konia tylko dla sie­bie. To miej­sce stało się knajpą Kom­pa­nii w Alo­esie. Jej wła­ści­ciel, Mar­keg Zho­rab, nie mógł się zde­cy­do­wać, czy się cie­szyć, czy mar­twić. Wolałby innych gości, ale wła­śnie tacy jak my zapew­niali mu naj­lep­szy zaro­bek.

Nikt nie oskar­żał Jed­no­okiego. Goblin, usa­do­wiony na stole obok, przy­po­mniał Elmowi:

- Sam roz­da­wa­łeś.

- Otóż to.

Jed­no­oki był znany z oszu­ki­wa­nia. W tak pro­stej grze jak tonk nie jest to łatwe, ale jemu się uda­wało. Ot, cały Jed­no­oki.

- Szczę­ście w kar­tach, nie­szczę­ście w miło­ści - rzu­cił Jed­no­oki, co, zwa­żyw­szy na kon­tekst, zabrzmiało bez sensu.

- Wynaj­mij sobie ochro­nia­rzy - zgrzyt­nął Goblin. - Kobiety wyważą drzwi, pcha­jąc się do cie­bie.

Zło­śliwe przy­tyki zazwy­czaj wku­rzały Jed­no­okiego. Draż­liwy był. Cze­ka­li­śmy na to, ale on tylko się uśmiech­nął.

- Roz­da­waj, nie­udacz­niku - rzekł do Ottona. - I daj mi takie karty, jak przed chwilą Elmo.

Goblin dodał coś o panience Rączce, jedy­nej szczę­śli­wej damie w życiu Jed­no­okiego, ale ten dalej igno­ro­wał zaczepki.

Zaczą­łem się mar­twić.

Roz­da­nie Ottona wcale nie było lep­sze.

- Już wie­cie, jak tra­fiamy na dzi­waczne zwy­czaje wszę­dzie, gdzie­kol­wiek dotrzemy? - zapy­tał Jed­no­oki.

Elmo prze­wier­cał wzro­kiem swoje pięć kart. Coś mruk­nął. Otto wciąż na nowo ukła­dał wła­sną piątkę, co zna­czyło, że są tak słabe, iż nie wie, jak ma grać. Jed­no­oki tym razem nie pisnął, ale wciąż się uśmie­chał. Sta­nę­li­śmy u progu nowej epoki, w któ­rej ten czarny dia­beł może wygrać dwa razy z rzędu.

Wszy­scy spoj­rzeli badaw­czo na Goblina, który zauwa­żył:

- Otto roz­da­wał.

- Może zacza­ro­wał karty - zasu­ge­ro­wał któ­ryś z kibi­ców.

Po Jed­no­okim to spły­nęło.

- Tutaj naj­dziw­niej­szym zwy­cza­jem jest to, że dziew­czyna, tra­cąc wisienkę, musi sobie golić włosy na całym ciele - stwier­dził.

- Więk­szej bzdury w życiu nie sły­sza­łem - zahu­czał Otto. - Jeste­śmy tu od trzech mie­sięcy i ani razu nie widzia­łem łysej kobiety.

Wszy­scy zasty­gli, łącz­nie z Jed­no­okim, który ukła­dał sto­sik ze swo­jej wygra­nej.

- Co jest? - zapy­tał Otto.

Wciąż nas intry­go­wał.

Każdy z nas od czasu do czasu inwe­sto­wał tro­chę gro­sza w fikołki z zawo­do­wymi panien­kami. Choć sprawa ta ni­gdy wcze­śniej nie wypły­nęła, musia­łem przy­znać, że dotąd nie widzia­łem u żad­nej ani jed­nego wło­ska pod dekol­tem.

- Gadasz! - zdzi­wił się Elmo. - A ja myśla­łem, że tak mi się aku­rat tra­fia, że nie widuję tego, co powinny mieć.

- Pew­nie dla­tego nie zła­pa­łem wszy - wtrą­ci­łem.

- Nie. To wynika z tej ich dzi­wacz­nej reli­gii.

- Oksy­mo­ron - mruk­nął Goblin.

Jed­no­oki spo­chmur­niał.

Żabią twarz Goblina natych­miast roz­ja­śnił sze­roki uśmiech.

- Nie mówi­łem o tobie, kur­du­plu - powie­dział. - Z cie­bie żaden ostry, tylko zwy­kły tępak. Mówi­łem o zlepku słów: "dzi­waczna" i "reli­gia".

- Chce­cie odcza­ro­wać moją dobrą passę, co, chło­paki?

- Cho­lerna racja - potwier­dził Elmo. - Gada­nie o cip­kach zawsze działa. Powiedz mi coś o tych wygo­lo­nych szpar­kach.

Jed­no­oki prze­kła­dał swoją wygraną. Mimo powo­dze­nia zaczął tra­cić humor. Pod­rzu­cił świetny temat, na który chło­paki powinni roz­pra­wiać tygo­dniami, a zda­wało się to nikogo nie obcho­dzić.

Pota­so­wa­łem, prze­ło­ży­łem i roz­da­łem. Kiedy Jed­no­oki pod­niósł karty, zro­bił się jesz­cze bar­dziej ponury.

Ostat­nia spra­wiła, że wybuch­nął:

- Niech cię dia­bli, Kono­wał! Ty dupku! Sukin­synu!

Elmo i Otto zacho­wali powagę, bo nie wie­dzieli, co się dzieje. Goblin zaćwier­kał jak napa­lona sikorka.

Jed­no­oki wyło­żył swoje karty. Miał trójkę trefl, szóstkę karo, dzie­wiątkę kier i asa pik. Tą ostat­nią kartą był walet mie­czy.

- Ile to razy narze­ka­łeś, że nie masz dwóch kart tego samego koloru? - zapy­ta­łem. - Tym razem byś nie skła­mał.

Teraz Elmo i Otto skap­nęli się, o co cho­dzi. Roze­śmiali się gło­śniej niż ja i Goblin. Kibice też zatrzę­śli się ze śmie­chu.

W drzwiach wej­ścio­wych uka­zała się głowa Porucz­nika.

- Widział ktoś Waż­niaka? - Porucz­nik nie spra­wiał wra­że­nia uszczę­śli­wio­nego. Wyglą­dał jak zastępca dowódcy, który musiał prze­pra­co­wać swój dzień wolny.

- Znowu gdzieś go wcięło? - zapy­tał Elmo.

- Miał się zająć pomy­jami, ale się nie poja­wił. Kucha­rze chcą go posie­kać i wrzu­cić do zupy.

- Poroz­ma­wiam z nim, Porucz­niku - obie­cał Elmo, choć Waż­niak nie był jego pod­wład­nym. Nale­żał do plu­tonu Śli­zga­cza.

- Dzię­kuję, Sier­żan­cie. - Elmo potra­fił się doga­dy­wać z błęd­nymi ryce­rzami oddziału. - Ludzie, dla­czego sie­dzi­cie w tej ciem­nej i śmier­dzą­cej norze, zamiast na zewnątrz zaczerp­nąć tro­chę świe­żego powie­trza i pobyć na słońcu?

- To nasze natu­ralne śro­do­wi­sko, Porucz­niku - ode­zwa­łem się.

Tak naprawdę jed­nak to nikomu z nas nie przy­szło do głowy, żeby zagrać na dwo­rze.

Zabra­li­śmy karty i piwo i wywle­kli­śmy się na zewnątrz, by usiąść przy sto­li­kach roz­sta­wio­nych przy ulicy. Jed­no­oki roz­da­wał. Roz­mowa dalej toczyła się wokół fry­zur, wło­sów lub ich braku, pre­fe­ro­wa­nych przez damy w Alo­esie.

Był wspa­niały dzień: bez­chmurny, chłodny, a rześki, lekki wia­te­rek nie psuł gry. Kibice też się roz­sie­dli. Nie­któ­rzy chcieli tylko popa­trzeć, inni mieli nadzieję, że zwolni się miej­sce przy kar­cia­nym stole. Przy­łą­czyli się do rzu­ca­nia coraz ostrzej­szych komen­ta­rzy, które zaczęły prze­ra­dzać się w prze­chwałki.

Posta­no­wi­łem się wtrą­cić.

- Jak długo już gramy tymi kar­tami? - Nie­które były tak zszar­gane, że nie trzeba było w nie zaglą­dać, żeby wie­dzieć, co to za karta, ale pamięć potra­fiła mnie zwieść.

Wszy­scy spoj­rzeli na mnie z roz­ba­wie­niem.

- Zaraz usły­szymy jakiś non­sens - prze­po­wie­dział Jed­no­oki. - Wykrztuś to, Kono­wał, żeby­śmy mogli powró­cić do spraw waż­nych.

- Zasta­na­wiam się, czy ta talia nie jest z nami wystar­cza­jąco długo, żeby zacząć żyć wła­snym życiem.

Jed­no­oki już otwo­rzył usta, żeby się ze mnie pona­bi­jać, ale oczy mu się zaszkliły. Dotarło do niego, co powie­dzia­łem. Podob­nie zare­ago­wał Goblin.

- Ja pier­dolę, Kono­wał! - wykrzyk­nął ten blady, brzydki czło­wie­czek. - Nie jesteś nawet w poło­wie tak głupi, na jakiego wyglą­dasz! Karty obda­rzone wła­snym rozu­mem? To by wiele wyja­śniało.

Wszy­scy spoj­rze­li­śmy na Jed­no­okiego i jak na komendę ski­nę­li­śmy głową. Jed­no­oki od nie­pa­mięt­nych cza­sów twier­dził, że karty go nie­na­wi­dzą.

A znowu wygrał.

Trzy zwy­cię­stwa przy jed­nym posie­dze­niu powinny były dać mi do myśle­nia. Dzia­łały tu siły nie­czy­ste. Moje usta podej­mo­wały już jed­nak inny temat:

- Wie­cie co? Minęło już osiem­dzie­siąt sie­dem dni, odkąd ostatni raz ktoś pró­bo­wał mnie zabić.

- Nie trać nadziei - pocie­szył mnie Elmo.

- Naprawdę. Pomy­śl­cie: sie­dzimy tu sobie na zewnątrz, na ulicy, wysta­wieni jak kaczki, ale nikt ku nam nawet nie spoj­rzy. I żaden z nas nie ogląda się za sie­bie, i nie narzeka na wrzody żołądka.

Gra zamarła. Sie­dem­na­ścioro oczu wbiło we mnie spoj­rze­nie.

- Kono­wał, nie zape­szaj - wark­nął Otto. - Sam cię przy­trzy­mam, gdy ktoś będzie ci obci­nał ulu­bioną zaba­weczkę.

- Prawdę gada - wtrą­cił Goblin. - Jeste­śmy tu od trzech mie­sięcy, a jedyne kło­poty, jakie mie­wamy, to chla­nie i napa­rzanki.

Wśród sze­ściu­set czter­dzie­stu ludzi Kom­pa­nii zawsze znaj­dzie się kilku popa­prań­ców, któ­rych pomysł na spę­dza­nie wol­nego czasu ogra­ni­cza się do picia na umór i mor­do­bi­cia.

- Cho­dzi o to - wygło­sił swoją opi­nię Jed­no­oki - że Pani wciąż czuje miętę do Kono­wała, więc posta­no­wiła ukryć go gdzieś w bez­piecz­nym miej­scu. A my po pro­stu żyjemy w jego cie­niu. Obser­wuj niebo. Któ­rejś nocy pojawi się dywan i Jej Wyso­kość we wła­snej oso­bie przy­bę­dzie na małe dymanko ze swoim wyjąt­ko­wym chłop­ta­siem.

- A jak tam jej fry­zura, Kono­wał?

Spe­cjalne trak­to­wa­nie? Dobre sobie. Przez rok uga­nia­li­śmy się za Szept od jed­nego punktu zapal­nego do dru­giego, wal­cząc pra­wie codzien­nie.

Spe­cjalne trak­to­wa­nie? Taa... Chyba że takie, jakie otrzy­muje się za kom­pe­ten­cję. W czym­kol­wiek dzia­łasz, jeśli robisz swoje dobrze, szef dorzuca ci jesz­cze wię­cej pracy.

- Ty, Otto, dowiesz się pierw­szy, jeśli będę miał oka­zję się przyj­rzeć. - Nie wdaję się w wul­garne gadki, które innych bawią. Wzięli moje mil­cze­nie za potwier­dze­nie, że wciąż czuję nie­słab­nące zain­te­re­so­wa­nie tą naj­po­dlej­szą kobietą na świe­cie. Prawda jest taka, że boję się, iż ona mogłaby słu­chać.

- Jeśli mowa o fry­zu­rach, to tę chęt­nie bym spraw­dził - ode­zwał się dzie­ciak zwany Jur­nym.

Wszy­scy spoj­rze­li­śmy z podzi­wem na młodą kobietę po dru­giej stro­nie ulicy. Zdzierca pogra­tu­lo­wał Jur­nemu dosko­na­łego gustu.

Zbli­żała się do dwu­dziestki. Jasno­rude włosy przy­cięła kró­cej niż więk­szość kobiet, które widzia­łem w Alo­esie. Z tyłu led­wie zacho­dziły na koł­nie­rzyk, a po bokach zacze­sane były jesz­cze kró­cej. Nosiła grzywkę. Nie zwró­ci­łem uwagi na jej strój. Nic nie­zwy­kłego. Pro­mie­niała tak zaska­ku­jąco inten­sywną zmy­sło­wo­ścią, że nic innego się nie liczyło.

Nasze nagłe zain­te­re­so­wa­nie, głowy obra­ca­jące się jak na komendę w jej stronę, tro­chę ją prze­stra­szyły. Przez chwilę hardo odwza­jem­niała nasze spoj­rze­nia, ale nie dała rady. Ode­szła spiesz­nym kro­kiem.

- Ta mała jest bez­włosa we wszyst­kich stra­te­gicz­nych miej­scach - orzekł Jed­no­oki, pod­no­sząc karty.

- Znasz ją? - zapy­tał Jurny. Jakby zyskał nowy sens życia. Nadzieję, misję do wypeł­nie­nia.

- Nie­spe­cjal­nie. To kapłanka.

Wyznaw­czy­nie kultu Occu­poi trak­tują pro­sty­tu­cję jak święty obo­wią­zek. Sły­sza­łem, że Occu­poa ma tro­chę uta­len­to­wa­nych i odda­nych córek.

Goblin chciał wie­dzieć, skąd Jed­no­oki to wie.

- To ich ofi­cjalna fry­zura, kur­du­plu - powie­dział ktoś jesz­cze niż­szy od Goblina.

- A ty skąd to wiesz?

- A stąd, że przez te parę ostat­nich mie­sięcy życia posta­no­wi­łem fun­do­wać sobie to, co naj­lep­sze.

Wszy­scy spoj­rze­li­śmy na niego ze zdu­mie­niem. Jed­no­oki był osła­wio­nym kutwą. Poza tym ni­gdy nie miał pie­nię­dzy, bo był bez­na­dziej­nym gra­czem. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że uwa­ża­li­śmy go za pra­wie nie­śmier­tel­nego, jako że był z Kom­pa­nią od ponad stu lat.

- Czego? - wark­nął. - Może narze­kam czę­ściej, niżby to uza­sad­niała sytu­acja, ale czy to zbrod­nia?

Nie. Wszy­scy tak robi­li­śmy. To pre­wen­cja wobec wszyst­kich tych dobrych kum­pli, któ­rzy nie­do­pici, wolą poże­brać u cie­bie, niż pójść do lom­bardu.

- Sporo gości było przy for­sie, gdy tu dotar­li­śmy - ode­zwał się ktoś. - Wcze­śniej nie mie­li­śmy oka­zji wydać zaro­bio­nego gro­sza.

Tak. Czarna Kom­pa­nia dobrze robiła gospo­darce Alo­esu. Może nikt nie pró­bo­wał nas zabić dla­tego, że nie dali­śmy się jesz­cze doszczęt­nie osku­bać.

- Lepiej pójdę poszu­kać Waż­niaka, zanim Porucz­nik i mnie wcią­gnie na swoją czarną listę. Mil­czek? Chcesz moje miej­sce? Cho­lera! Gdzie ten znowu polazł?

Też nie zauwa­ży­łem, kiedy nasz trzeci mały magik wyszedł. Ostat­nimi czasy Mil­czek staje się coraz bar­dziej demo­niczny. Jest prak­tycz­nie niczym duch.

Kiedy słu­żysz w Kom­pa­nii dłu­gie lata, roz­wi­jasz dodat­kowe zmy­sły. Nie­świa­do­mie odczy­tu­jesz sygnały i nagle sta­jesz się czujny i w pełni gotowy. Mówimy, że zwę­szy­li­śmy nie­bez­pie­czeń­stwo. Do tego docho­dzi zdol­ność prze­wi­dy­wa­nia humo­rów dowódz­twa. Ten zmysł ostrzega cię, że ktoś ma zamiar wpa­ko­wać ci dupę w gówno.

Zdaje się, że czter­na­ście draż­nią­cych nerwy sekund star­czyło, aby z górą sze­ściu­set chłopa pojęło, że na coś się zanosi, że życie zaraz się zmieni. Że nie da rady, nie minie już sto dni, aż ktoś spró­buje mnie zabić.

Karty od pew­nego czasu trwały w bez­ru­chu, gdy od obozu nad­biegł Wypie­racz.

- Elmo, Kono­wał, Goblin, Jed­no­oki! Stary chce was widzieć.

- Goblin, nie mogłeś trzy­mać swo­jej wiel­kiej gęby na kłódkę? - burk­nął Jed­no­oki.

Dwie minuty wcze­śniej Goblin mruk­nął:

- Coś się wyda­rzy. Coś wisi w powie­trzu.

Posta­no­wi­łem się wtrą­cić.

- Taa... To wszystko jego wina. Nakopmy mu do dupy, jeśli się okaże, że znów musimy wyku­rzać skądś jakichś bun­tow­ni­ków.

- Wylu­zuj, Kono­wał. - Elmo odsu­nął się od stołu. - Popie­ram jed­nak takie posu­nię­cie. Pra­wie zapo­mnia­łem, jakie fajne jest życie w gar­ni­zo­nie. - Zaczął mówić o czy­stym ubra­niu, piwie do oporu, regu­lar­nych posił­kach i pra­wie nie­ogra­ni­czo­nym dostę­pie do ulu­bio­nego przez żoł­nie­rzy spo­sobu trwo­nie­nia czasu i pie­nię­dzy.

Ruszy­li­śmy ulicą, zosta­wiw­szy karty innym, któ­rzy już zaczęli snuć swoje domy­sły.

- Służba gar­ni­zo­nowa ma w sobie to wszystko - stwier­dzi­łem. - Naj­cięż­szą robotą jest wkrę­ce­nie Jed­no­okiego, żeby zaapli­ko­wał swoje medy­ka­menty gościom przy­cho­dzą­cym z try­prem.

- Ja lubię życie w gar­ni­zo­nie, bo daje moż­li­wo­ści finan­sowe - ode­zwał się Jed­no­oki.

Fakt. Wrzu­cić go gdzie­kol­wiek i dać tydzień, a już się wkręci w jakieś czar­no­ryn­kowe machlojki.

Wypie­racz przy­su­nął się ukrad­kiem.

- Muszę poroz­ma­wiać z tobą na osob­no­ści - szep­nął. Wsu­nął mi w dłoń zło­żony, mie­rzący nie­całe dzie­sięć cen­ty­me­trów kawa­łek per­ga­minu. Był brudny i śmier­dział okrop­nie. Po jed­nej stro­nie miał nie­wiel­kie trój­kątne roz­dar­cie, co ozna­czało, że wcze­śniej na czymś wisiał. Kiedy go roz­wi­ja­łem, Wypie­racz wyglą­dał, jakby miał wpaść w panikę.

Zatrzy­ma­łem się. Inni zro­bili to samo, zasta­na­wia­jąc się, co się dzieje.

- Skąd to masz? - wyszep­ta­łem.

Obóz, w któ­rym kwa­te­ro­wała Kom­pa­nia, znaj­do­wał się za mia­stem na jało­wych wrzo­so­wi­skach. Wznie­siono go, kiedy Szept przy­była nego­cjo­wać układ usta­la­jący korzy­ści, jakie Aloes osią­gnie z przy­stą­pie­nia do impe­rium Pani, spo­śród któ­rych główną było dal­sze ist­nie­nie. Obóz nie miał w sobie nic nad­zwy­czaj­nego. Ota­czał go mur obronny zbu­do­wany z cegieł z suszo­nej gliny. Wewnątrz też wszystko było z gliny suszo­nej na słońcu, z lekka otyn­ko­wa­nej, by oparła się desz­czom.

W obo­zie domi­no­wał kolor bru­natny. Osoba o bystrym oku potra­fi­łaby roz­róż­nić odcie­nie brązu, ale my, bar­ba­rzyńcy, widzie­li­śmy wszystko jako bru­natne. Mimo to mój wzrok był dość bystry, by dostrzec nową bru­natną plamę, zanim wska­zał mi ją Wypie­racz.

Po wschod­niej stro­nie kwa­tery głów­nej leżał scho­wany w cie­niu lata­jący dywan. Moi towa­rzy­sze mieli rów­nie bystry wzrok jak ja, ale serca mniej stra­pione.

Sta­li­śmy się czę­ścią ludz­kiego potoku. Wezwano wszyst­kich ofi­ce­rów i podofi­ce­rów. Cza­sami Kapi­ta­nowi jeżył się włos na tyłku i ścią­gał wszyst­kich na impro­wi­zo­waną mowę moty­wa­cyjną. Jed­nak tym razem zaist­niała pewna zasad­ni­cza róż­nica.

W cie­niu obok kwa­tery głów­nej leżał lata­jący dywan.

Zostało ich co naj­wy­żej sześć i tylko sześć istot umiało z nich korzy­stać.

Spo­tkał nas zaszczyt odwie­dzin jed­nego ze Schwy­ta­nych.

Szczę­śliwe dni się skoń­czyły. Pie­kło ucięło sobie drzemkę, ale teraz się zbu­dziło i paliło do czynu.

Nikt nie prze­oczył dywanu. Nie było ramion, któ­rych ten widok by nie przy­gar­bił.

- Idź­cie przo­dem, chło­paki - powie­dzia­łem. - Dogo­nię was. Wypie­racz, pokaż.

Ten skie­ro­wał się w stronę cie­nia. Ku dywa­nowi.

- Tu go zoba­czy­łem - ode­zwał się. - Ni­gdy wcze­śniej nie oglą­da­łem dywanu z tak bli­ska, więc posta­no­wi­łem się mu przyj­rzeć. - Opo­wie­dział mi wszystko. Jeden rzut oka potwier­dził to, czego się oba­wia­łem. Zanie­dbany, sfa­ty­go­wany dywan nale­żał do Kulawca. - Tutaj to zna­la­złem.

"Tutaj" wska­zy­wało miej­sce, gdzie Schwy­tany sie­dział pod­czas lotu. W tym miej­scu dywan był szcze­gól­nie wystrzę­piony, roz­cią­gnięty i prze­tarty.

Wypie­racz wska­zał pal­cem kawa­łek tka­niny ode­rwa­nej od spodu drew­nia­nej ramy.

- Pra­wie się scho­wał. Wisiał na tym haczyku.

Mały gwoź­dzik oblu­zo­wał się na pół cen­ty­me­tra. Tkwiło na nim pasemko per­ga­minu. Wydłu­ba­łem je nożem, ostroż­nie, aby go nie dotknąć.

- Wyją­łem go. Ale zanim choćby spoj­rza­łem, nad­szedł Kapi­tan i kazał mi was spro­wa­dzić.

- W porządku. Trzy­maj się na ubo­czu. Poroz­ma­wiamy póź­niej. - Jeśli się nie pospie­szę, dotrę jako ostatni.

- Nie­do­brze, prawda?

- Być może. Leć do mia­sta. Nikomu o tym nie mów.

Pomiesz­cze­nie kan­tyny naj­le­piej nada­wało się na salę zebrań. Kucha­rze się zmyli, a wnę­trze spo­wi­jała smętna atmos­fera. Połowa ludzi, w tym ja, miesz­kała w mie­ście. Nie­któ­rzy mieli kobiety. Kilku wedle prawa zwy­cza­jo­wego miało pasier­bów, choć nie zamie­rzali na nich łożyć.

Ci pew­nie wzno­sili modły, aby dywan ozna­czał, że Pani przy­słała kogoś z wypłatą. Tylko że w Alo­esie nasze płace pocho­dziły z nie­wy­so­kich podat­ków od miesz­kań­ców, któ­rych chro­ni­li­śmy. Nie trzeba było z nimi latać.

Kapi­tan wkro­czył na koślawo zbitą scenę swoim wystu­dio­wa­nym powłó­czy­stym kro­kiem. Za nim pełzł odra­ża­jący kłąb brą­zo­wych łach­ma­nów. Cią­gnął za sobą bez­władną nogę. W sali pano­wało głu­che mil­cze­nie.

Kula­wiec. Gro­te­skowo naj­bar­dziej odra­ża­jący ze Schwy­ta­nych. Zapie­kły wróg Czar­nej Kom­pa­nii. Wydy­ma­li­śmy go na cacy, kiedy pró­bo­wał wystą­pić prze­ciw Pani.

Teraz wró­cił do łask. Ale my także. Nie mógł się zemścić na nas aku­rat teraz. Był jed­nak cier­pliwy.

- Nuda dobiega końca, pano­wie - huk­nął Kapi­tan. - Wiemy już, dla­czego Pani umie­ściła nas tutaj. Mamy poj­mać dowódcę bun­tow­ni­ków o imie­niu Tides Elba.

Póź­niej spraw­dzi­łem pisow­nię. Nie było to imię znane nam wcze­śniej. Kapi­tan wymó­wił je jako "Tii­dejs Elba".

Oznaj­mił, że Tides Elba odnio­sła kilka suk­ce­sów na zachód od nas, ale żadne z jej zwy­cięstw nie było dość istotne, aby przy­cią­gnąć naszą uwagę.

Cie­kawa linia wygła­sza­nia pier­dół, z któ­rych część mogła być prawdą.

Kula­wiec wdra­pał się na scenę razem z Kapi­ta­nem. Musiał to być wysi­łek. Miał nie­sprawną lewą nogę i z postury był kur­du­plem. W nik­czem­no­ści i talen­cie do cza­rów był jed­nak naj­gor­szym ze złych. Ota­czał go odór stra­chu. Podob­nie jak i sam odór. W swych naj­lep­szych dniach śmier­dział, jakby bar­dzo długo zale­gał w gro­bie. Mie­rzył nas wzro­kiem zza skó­rza­nej brą­zo­wej maski.

Faceci o słab­szych żołąd­kach zaczęli prze­ci­skać się do tyłu.

Kula­wiec nic nie mówił. Chciał tylko, żeby­śmy wie­dzieli, że jest w pobliżu. Rzecz godna pamięci. I coś, co zapo­wiada cie­kawe czasy.

Kapi­tan naka­zał dowód­com kom­pa­nii i plu­to­nów oznaj­mić swoim ludziom, że wkrótce może nastą­pić wymarsz. W ocze­ki­wa­niu na robotę docho­dze­niową tutaj, w Alo­esie, winni popła­cić długi i poza­ła­twiać sprawy oso­bi­ste. Naj­le­piej, gdyby zosta­wili za sobą dotych­cza­sowe życie w mie­ście i wró­cili do obozu.

Może być tro­chę dezer­cji.

Elmo dźgnął mnie pod żebro.

- Uwa­żaj - syk­nął.

Stary odpra­wił wszyst­kich oprócz mnie i magów.

- Kono­wał, zostań ze mną - zwró­cił się do mnie bez­po­śred­nio.

Cza­row­nicy mieli się trzy­mać Kulawca.

Kapi­tan zagnał mnie do budynku admi­ni­stra­cji. W teo­rii mia­łem tam swój kącik, gdzie mia­łem pra­co­wać nad tymi Kro­ni­kami, ale nie­czę­sto z niego korzy­sta­łem.

- Sia­daj. - To był roz­kaz, nie zapro­sze­nie. Usia­dłem na jed­nym z dwóch topor­nych krze­seł sto­ją­cych przy nie­rów­nym stole, który słu­żył mu za osłonę przed świa­tem. - Jest tu Kula­wiec. - Nie wyja­śnił tego, ale wia­domo, że to zna­czy, iż paku­jemy się w gówno. Po praw­dzie nie gada wiele, a to może zna­czyć, że sam jesz­cze nic nie wie. On też wyko­nuje roz­kazy.

Ski­ną­łem głową.

- Nie­do­brze, Kono­wał. To Kula­wiec. Będzie się działo wię­cej niż to, co widzimy.

No, będzie. Sta­ra­łem się wyglą­dać jak bystry dzie­ciak ocze­ku­jący mądro­ści spły­wa­ją­cej nie­uchron­nie od sza­no­wa­nego star­szego.

- Powie­dział­bym, gdy­byś był dup­kiem, ale ty nie potrze­bu­jesz notatki służ­bo­wej. Sam już wiesz, czym to pach­nie.

Czyżby chciał mi za coś dowa­lić?

- Zgry­wasz się na rów­nie bez­u­ży­tecz­nego jak reszta tych kuta­sów. Jed­nak kiedy ponoć wycho­dzisz na kurwy albo się poopie­przać, zazwy­czaj tak naprawdę grze­biesz w miej­sco­wej histo­rii.

- Czło­wie­kowi trzeba wię­cej niż jed­nego hobby.

- To nie hobby, jeśli nie potra­fisz odpu­ścić.

- Jestem złym czło­wie­kiem. Muszę rozu­mieć prze­szłość. Roz­ja­śnia teraź­niej­szość.

Kapi­tan przy­tak­nął. Smu­kłe palce wsparł na kwa­dra­to­wej szczęce z doł­kiem.

- Mam dla cie­bie pewną roz­ja­śnia­jącą robotę.

Wie­dział coś o tym, co się kroi.

- Może będziesz w sta­nie coś zro­bić, żeby Kom­pa­nia nie musiała tra­dy­cyj­nie nurzać się w szam­bie.

- Zło­to­usty...

- Zamknij się, kurwa. Pani chce dopaść Tides Elbę, zanim się sta­nie wschod­nią Białą Różą. A może ona jest tą Różą. Nie wiem. Kula­wiec da z sie­bie wszystko, żeby zapunk­to­wać u Pani, mając nadzieję, że przy oka­zji zała­twi nas.

- Gubię wątek, sze­fie.

- Nie sądzę. Pamię­taj, Kula­wiec jest szcze­gól­nie cięty na cie­bie.

Fakt.

- Dobra. I co?

- On uważa roz­pie­prze­nie cze­goś za zabawne. A ja nie chcę zostać zapa­mię­tany jako ktoś, kto zbu­rzył Aloes.

- Potrze­buję jakiejś wska­zówki, Kapi­ta­nie. Czego ode mnie chcesz? Nie jestem tak mądry, jak myślisz.

- Ja też nie.

Wysu­nął się zza stołu i zaczął czła­pać po pomiesz­cze­niu.

- Pani uważa, że Tides Elba uro­dziła się tutaj, ma tu rodzinę i czę­sto ją odwie­dza. Nie przy­szła na świat jako Tides Elba. Rodzina praw­do­po­dob­nie nawet nie wie, kim ona jest.

Jasne, że ta bun­tow­niczka nie uro­dziła się jako Tides Elba. Gdyby Pani poznała jej praw­dziwe imię, Tides Elba byłaby grzanką jesz­cze przed zmierz­chem.

- Węszy­łeś. Wiesz, gdzie zaj­rzeć. Pomóż nam ją dopaść, zanim Kula­wiec nas przy­gwoź­dzi.

- Mogę poko­pać, ale uprze­dzam, że znajdę same luki.

- Luki też mają swoją opo­wieść.

Fakt.

- Zamiast mar­twić się tą kobietą, może byśmy tak wymy­ślili jakieś stałe...

Uciął mój wywód mach­nię­ciem ręki. Musia­łem się zamknąć.

- Spójrz na sie­bie - powie­dział. - Jesteś dość roz­gar­nięty, żeby­śmy dali ci dowódz­two nad całą kam­pa­nią wschod­nią. Idź. Zrób, co należy. I trzy­maj się z dala od tych kre­tyń­skich kart.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki