Rozdział pierwszy
Nowe miasta
17 czerwca 2024 roku, poniedziałek, Głogów
Rita Lewandowska pomyślała z goryczą, że miło to już było, zaraz po tym, jak sekretarka komendanta się rozłączyła. Tak dawno temu, że zdążyła zapomnieć, jak wygląda życie bez trosk i piętrzących się problemów. Właściwie relatywnie dawno, bo przecież śledztwo w sprawie Roksany Zawiały zaczęło się ledwie kilka tygodni wcześniej. A z nim kłopoty Rity, które po części ściągnęła na siebie na własne życzenie. Inaczej postąpić nie mogła, była tego pewna. Od tego dochodzenia czas i wydarzenia zaczęły pędzić niczym bolid formuły pierwszej. Na razie nie chciała na ten temat myśleć. "Jedna sprawa, jeden problem do rozwiązania w jednym momencie. Nie więcej" - ktoś jej sprzedał kiedyś tę mądrość. Nie pamiętała, kto taki, ale coś w tej maksymie było na rzeczy. Teraz miała, razem z partnerem policyjnym, Jackiem Parzyszkiem, stawić się na dywaniku u nadkomisarza Joachima Smolorza. Wprawdzie w ostatnich dniach nie przeskrobała niczego, a przynajmniej, jak jej się wydawało, nic z tego, co robiła, niekoniecznie zgodnie z regulaminem, nie powinno dotrzeć do komendanta, ale rozmowy z Klątwą, jak go nazywali, nigdy nie należały do spokojnych ani tym bardziej miłych. Do tego nie miała pojęcia, czego może od niej czy Lewego chcieć. A to jedynie wzmagało niepokój.
Zapukała do drzwi gabinetu szefa. Kiedy tylko weszła do środka po jakże zachęcającym "wlazła!", jej niepokój wystrzelił w górę niczym wskaźniki inflacji w zeszłym roku. Smolorz siedział za biurkiem jak zwykle z nieodgadnioną miną. Przed nim na krzesełkach tkwili Lewy, czego się spodziewała, i nadkomisarz Sylwester Bondaruk z komendy wojewódzkiej, co było dla niej niezwykle nieprzyjemną niespodzianką. Obecność wewnętrznego na spotkaniu nie zapowiadała niczego dobrego. Dla wszystkich pozostałych, lecz dla niej w szczególności, skoro Bondaruk ewidentnie miał ją na celowniku.
- Pani aspirant, kurwa mać, jak zwykle z tych, co się śpieszą powoli - Smolorz skomentował jej pojawienie się nawet bez zbytniej złości.
Darowała sobie tłumaczenia, bo miała świadomość, że komendant i tak puści je mimo uszu.
- Dobrze, do rzeczy, bo trzeba wreszcie ugasić ten jebucki pożar - rzucił Klątwa, ledwie dostawiła sobie krzesło z boku jego biurka. - Na początku dobre wieści. Łapiduchy połatały pana starszego aspiranta Romaniuka. Stan stabilny, więc żyć będzie.
- I świetnie - Lewy wyrwał się z komentarzem.
- Nie ma się tak za bardzo z czego cieszyć, bo, przypomnę, jeden nasz kolega funkcjonariusz nie żyje.
Parzyszek tylko spuścił wzrok.
- Ale życie toczy się dalej, a bieżące dochodzenia nie mogą tkwić w zawieszeniu. Przejmujecie od pana Romaniuka dochodzenie w sprawie zamachu na życie biznesmena z Ruszowic, Cezarego Ławniczaka. Co nie powinno...
Bondaruk chrząknął i wbił się komendantowi w zdanie:
- Biznesmena, który wcześniej, z tego co wiem, zgromadził niemałą fortunę niekoniecznie w legalny sposób.
Smolorz na moment skupił na wewnętrznym wzrok, w którym tańczyły ogniki narastającej złości.
- Natomiast z tego, co wiem ja, pan Ławniczak nie jest obecnie o nic oskarżony, nie toczy się żadne śledztwo, w którym miałby status podejrzanego, więc na dzisiaj jest dla mnie wyłącznie biznesmenem z Ruszowic. Kropka, koniec tematu.
Bondaruk tylko lekko się uśmiechnął i skinął głową.
- Wracając do tematu, mamy pod kluczem podejrzanego o ten zamach. - Smolorz przerwał i sięgnął po leżące na biurku kartki. - Jarosława Dziubę. Pociśnijcie go jeszcze.
Lewy spojrzał na Ritę. Ledwie zauważalnie pokręciła głową, chcąc mu dać znać, żeby trzymał język za zębami. Jej partner jednak nie zdzierżył:
- Z tego, co wiem o sprawie, Dziuba nie przyznaje się do winy i ma alibi.
- Pierdolę alibi, które daje mu jego dziunia. Pewnie się umówili i pachnie mi to zmową. Z mataczeniem na dokładkę. Tak więc niech pan podkomisarz z łaski swojej nie szuka dziury w całym, tylko zabiera się do roboty. Im szybciej zamkniemy tę sprawę, tym lepiej. Czy to jasne?
Rita pomyślała z rozbawieniem, że komendant powinien sobie wymalować na ścianie hasło motywacyjne, które by brzmiało: "Im szybciej, tym lepiej".
- Tak jest! - tym razem Parzyszek odpowiedział tak, jak komendant lubił najbardziej, i podniósł się z krzesełka.
- Czy było mówione "rozejść się?" - Smolorz zadał pytanie retoryczne.
Lewy ciężko opadł na siedzisko.
- Pan nadkomisarz Bondaruk ma z państwem do pogadania - zapowiedział Smolorz.
Wewnętrzny nagle wstał i stanął przy oknie. Rita zdążyła już poznać nietypowe zachowania i zagrywki nadkomisarza, więc się nie zdziwiła. W odróżnieniu od Lewego, który szeroko otworzył oczy i gapił się na Bondaruka tak, jakby widział go po raz pierwszy.
- Zgodnie z moją wiedzą - zaczął wewnętrzny - to pani aspirant z panem podkomisarzem dokonali zatrzymania Zimniaka Huberta, który jest podejrzany o pobicie ze skutkiem śmiertelnym - zajrzał do trzymanego w dłoni sporego notesu w okładkach ze sztucznej skóry - Oczkowskiego Damiana. Jak wpadliście państwo na jego trop?
Parzyszek skrzyżował ramiona na piersi. Dla Rity był to aż nazbyt czytelny sygnał - ty tę aferę rozkręciłaś, więc radź sobie sama.
- Dostałam cynk od mojego informatora, który okazał się jak najbardziej użyteczny - wyjaśniła.
- Poproszę nazwisko tego informatora.
Westchnęła ciężko i powiedziała najspokojniej, jak tylko mogła:
- Pan nadkomisarz chyba pamięta, jakie są reguły pracy z informatorami. Nie ujawnię swojego źródła. Gdyby przypadkiem wypłynęło, że sprzedaję personalia ucholi na prawo i lewo, nigdy bym już w tym mieście nie zwerbowała informatora.
Niespodziewanie dostała wsparcie od komendanta, który rzucił ostrym tonem:
- To jest wiedza operacyjna, która moim zdaniem nie jest niezbędna panu nadkomisarzowi w dochodzeniu prowadzonym przez pana w mojej - ostatnie słowo zaakcentował - jednostce. Czegokolwiek ono dotyczy, bo z tego co pamiętam, nie raczył pan nadkomisarz wyjaśnić, czego właściwie szuka w Głogowie.
Bondaruk z trzaskiem zamknął notes, jednak nie dał wytrącić się z równowagi. Zapowiedział tylko:
- Skonsultuję tę kwestię z moimi przełożonymi.
- Ależ, proszę, kurwa, bardzo - łaskawie zgodził się Klątwa.
- Jeszcze jedna sprawa. - Okazało się, że to nie koniec rozpytania wewnętrznego. - Przetransportowaliście państwo - zwrócił się do Rity i Lewego - Zimniaka do Głogowa i umieściliście w areszcie. Może po drodze zatrzymany powiedział cokolwiek, co mogło sugerować, że jego życie jest zagrożone?
- W ogóle nie chciał współpracować - odpowiedziała od razu. - A na przesłuchaniu adwokat Zimniaka od razu oznajmił, że jego klient odmawia składania wyjaśnień.
- I tyle się dowiedzieliśmy - dorzucił Parzyszek.
- I nie macie państwo pojęcia, kto chciał Zimniaka odbić czy właściwie, jak się okazało, dobić?
- Absolutnie nie - odezwała się Rita.
- Mam jednak, panie komendancie, pewne wątpliwości. - Wewnętrzny odwrócił się w stronę Smolorza. - Dlaczego zatrzymany tak szybko miał zostać przetransportowany do Zielonej Góry?
Klątwa nerwowym ruchem poprawił okulary w złotych oprawkach i zaczął wyjaśniać:
- Nie za bardzo rozumiem, o co właściwie pan nadkomisarz pyta, ale powiem, jak było. Nie mam nic do ukrycia. Pewnie pan nadkomisarz wie, że wojewódzka z Zielonej już wcześniej wystawiła list gończy za Zimniakiem Hubertem, więc tak jakby mieli pierwszeństwo. Poza tym to przecież wojewódzka, a my jesteśmy tylko jednostką powiatową. Nadąża pan nadkomisarz? - zapytał z przekąsem.
- Daję radę - Bondaruk odpowiedział z kamienną twarzą. - Proszę kontynuować.
- Do tego po tym jak Zimniak odmówił składania wyjaśnień, na dobrą sprawę zakończyliśmy z nim czynności. Oczywiście, pozostały jeszcze do domknięcia sprawy techników. Między innymi badamy obecność śladów genetycznych Zimniaka na ciele Oczkowskiego. Takie tam. Do tych czynności zatrzymany nie był już nam potrzebny.
- Jasne. Kto wiedział o konwoju do Zielonej Góry? - dopytał Bondaruk.
- Ja pierdolę, coś pan nadkomisarz sugeruje? Że niby mam u siebie przeciek? - Komendant z miejsca się zapienił.
- Niczego nie sugeruję. Jedynie staram się zrozumieć, właściwie co i dlaczego się stało?
Smolorz pobębnił palcami o stół i chyba jako tako się opanował.
- Wiedziało o konwoju wielu moich funkcjonariuszy, ale też tych z Zielonej. Może to sobie pan nadkomisarz sprawdzić.
- Nie omieszkam.
Nagle Ricie wpadła do głowy myśl. Postanowiła rzucić komendantowi koło ratunkowe z nadzieją, że a nuż odrobi u niego trochę punktów.
- Mogło być też i tak, że ktoś zauważył, jak zawijaliśmy Zimniaka w Rawiczu. Zatrzymania dokonaliśmy w centrum miasta. Wprawdzie był środek nocy i praktycznie puste ulice, ale nie wykluczam, że ktoś widział naszą akcję. Albo któryś z jego kumpli się o niej dowiedział. A później mógł obserwować naszą komendę, więc w sumie nie musi w tym przypadku chodzić o przeciek od nas albo z innej jednostki.
Bondaruk bez słowa pokiwał głową, co mogło znaczyć cokolwiek.
- Coś jeszcze? - komendant zwrócił się do wewnętrznego. - Bo jeśli nie, to chcielibyśmy wrócić do prawdziwej policyjnej roboty. - Nie omieszkał wbić szpilki nadkomisarzowi z wojewódzkiej. - A mamy co robić.
Wewnętrzny nie skomentował tego, co powiedział komendant. Skinął wszystkim głową i wyszedł.
- Oby, kurwa mać, nie do widzenia się - rzucił Smolorz, kiedy za Bondarukiem zamknęły się drzwi. Zmarszczył brwi i powiódł groźnym wzrokiem po podwładnych. - Dobrze, a teraz, jak już jesteśmy w rodzinnym gronie, mówcie bez pierdolenia, kto wam nadał tego całego Zimniaka.
Lewy jedynie zacisnął usta. Rita wiedziała, że będzie musiała się wytłumaczyć. Błyskawicznie kalkulowała, ile może sprzedać szefowi, żeby nie wyprowadzić go z równowagi. I nie wysypać się w sprawie swojego prywatnego dochodzenia.
- Tylko jeszcze przez chwilę czekam cierpliwie - zapowiedział komendant. - Zaraz potem rozpęta się piekło, które was pochłonie. I raz na zawsze skończy się wasze rumakowanie w policji, bo wystawię wam takie kwity na pożegnanie, że...
Wzięła głęboki oddech i wyrzuciła z siebie jedno słowo:
- Boruta.
- Że co Boruta? - Smolorz był zdezorientowany. - No przecież mówiłem, że macie się zająć sprawą zamachu na niego. Nie o tym jednak teraz mowa.
- Boruta mi powiedział, co zrobił Zimniak i gdzie go szukać.
Nadkomisarzowi o mało nie opadła szczęka.
- Jest grubiej, niż myślałem - komendant mruknął pod nosem. - A w czasie naszej ostatniej rozmowy pani aspirant mówiła, że nie zna żadnych gangusów z mojego miasta.
Zaklęła w myślach wymyślnie i szpetnie. Miała nadzieję, że komendant akurat tego nie zapamiętał.
- No, ale Boruta teraz nie ma nic wspólnego z gangsterką, to i o nim nie wspomniałam.
- Grabi sobie pani aspirant coraz bardziej. - Smolorz spojrzał na nią srogo. - Wrócę do tego, jak ogarniemy pilniejsze tematy. Teraz interesuje mnie, skąd niby pani aspirant tak się zaprzyjaźniła z Borutą, skoro jest pani tu ledwie rok, a on jest, z tego co i ja wiem, mocno nieczynnym gangusem?
Uznała, że jeśli jej nieformalna umowa z Lewym o wzajemnym wspieraniu się przestała obowiązywać i działają teraz wedle zasady "ratuj się kto może", nie będzie się czaić. Spojrzała wymownie na partnera. Udał, że na nią nie patrzy, więc pokazała ręką w jego kierunku.
- Pan podkomisarz ma coś do powiedzenia w tym temacie? - Klątwa zaraz popędził go pytaniem.
- To ja poznałem aspirant Lewandowską z Ławniczakiem. Nie jest moim informatorem, ale kiedy wypłynęły wątki narkotykowe w sprawach Oczkowskiego i Opary, postanowiłem się z Borutą skonsultować. Nie było raczej szans, żebym wycisnął cokolwiek z Mąki czy jego ludzi, więc uderzyłem do Ławniczaka.
- I dowiedział się pan aspirant czegoś konkretnego?
- Nie za bardzo. Boruta jedynie potwierdził to, co sami ustaliliśmy, że obaj ocierali się o światek Mąki.
- A co on taki nagle chętny do współpracy? - zdziwił się Smolorz.
- Chyba przeszedł na jasną stronę mocy i prawa. Chce uchodzić za wzorowego obywatela.
- Pierdolenie kotka za pomocą młotka - komendant podsumował w swoim stylu. - Zastanawia mnie w takim razie, dlaczego gangus sprzedał Zimniaka pani aspirant, a nie panu. - Pokazał palcem wskazującym na Parzyszka.
- Mówił, że woli rozmawiać z kobietą - wyjaśniła.
- On jest taki bardziej dziwny ostatnio - dorzucił Lewy.
- Ekscentryczny.
Smolorz sapnął. Zerwał się z fotela i podszedł do nich blisko, lekko się nachylił i cedził słowa:
- Do jasnego chuja, dowiaduję się, że o niektórych sprawach, które dzieją się w moim mieście, nie mam pojęcia. A to mi się bardzo nie podoba. Teraz jasno, prosto i szczerze jak na spowiedzi u biskupa czy tam innego papieża... Któreś z państwa widziało Borutę po zamachu na niego?
- Nie - Rita gładko skłamała.
Lewy tylko pokręcił głową.
- Macie mi go jak najszybciej znaleźć i przytargać na komendę. Sam sobie z nim pogadam.
- Tak jest! - tym razem potwierdziła Lewandowska.
- Jest jeszcze jeden temat, taki bardziej nieoficjalny - komendant zaczął enigmatycznie.
Rita od razu się spięła. Co jeszcze zwali jej się na głowę?
- Wprawdzie jest to mniej więcej uzgodnione, ale musicie działać ostrożnie. Otóż zrobicie tak...
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ