2
Kazimierz K., ojciec Szymona, mieszkał samotnie w obszernym domu z ciemnoczerwonej, otynkowanej później cegły, wzniesionym kilka lat przed wojną. Miały w nim zamieszkać bogate ciotki Kazimierza K., bezdzietne, jednak porzuciły ten pomysł i przekazały dom swojemu ubogiemu siostrzeńcowi, który właśnie wtedy sprowadził się ze świeżo poślubioną żoną do S., niedużego miasta około stu kilometrów na zachód od Lublina. Budynek, w tamtym czasie imponujący i okazały, choć zbyt drogi w utrzymaniu dla młodego inżyniera zaraz po studiach, stał na odludziu, wciśnięty między pola i sady, od dawna niepielęgnowane. W sadzie zadomowiły się dzikie koty, kuny, bażanty, czasami przemknął ukradkiem lis. Z ulicy widziało się rozłożyste konary starych jabłoni i gigantycznych czereśni, których od lat nikt nie przycinał i które zdawały się stopniowo wchłaniać położony nieopodal dom. W nim właśnie wychowywał się Szymon, tam też wciąż mieszkał, po rozwodzie z żoną, jego stary ojciec. Kazimierz K. nie opuszczał miasta, nie miał znajomych, nie rozmawiał z sąsiadami, córka i wnuk nie przyjeżdżali do niego od dawna, syn zaginął. Zakupy – zawsze skromne, mimo że uchodził za zamożnego – robił w pobliskim sklepie, oddalonym około trzystu metrów od domu. Mówił "dzień dobry", "poproszę", "dziękuję", "do widzenia", po czym wychodził tak cicho, jak wszedł. Pewnego razu wracając ze sklepu, miał wrażenie, że ze skwerku naprzeciwko obserwuje go badawczo nieznajomy mężczyzna. Stał zbyt daleko, by dało się zobaczyć jego twarz. Nosił czarne dżinsy i czerwoną kurtkę. Niedbale opierał się o słup ogłoszeniowy, jedną rękę trzymał w kieszeni, drugą leniwie przeczesywał włosy. Kazimierz K. poczuł się nieswojo, spuścił wzrok i szybko podreptał do domu. Na miejscu sprawdził dokładnie wszystkie okna i zamki w drzwiach. Potem zadzwonił do siostry, Heleny K., jedynej osoby, z którą utrzymywał stały kontakt, i opowiedział jej o nieznajomym mężczyźnie. Siostra jak zwykle cierpliwie go wysłuchała. Później przez co najmniej miesiąc nic więcej się nie wydarzyło. Lecz któregoś dnia – nadszedł już październik – Kazimierz K. znów wybrał się na zakupy i znów, wychodząc ze sklepu, napotkał wzrok mężczyzny w czarnych dżinsach i czerwonej kurtce. Nie było dokładnie widać jego twarzy, mimo to Kazimierz K. wiedział, że to ten sam człowiek, którego tak dobrze zapamiętał ostatnim razem. Jedną rękę trzymał w kieszeni, drugą leniwie przeczesywał włosy. Patrzył. Sytuacja powtórzyła się w najdrobniejszych szczegółach, Kazimierz K. spuścił wzrok, szybko podreptał do domu, sprawdził okna i zamki w drzwiach, po czym zatelefonował do siostry. Ta zaś spokojnie wysłuchała nerwowej relacji brata. Niemal dokładnie w tym samym momencie, gdy oboje odłożyli słuchawki, telefon zadzwonił ponownie. Kazimierz K. sądził, że to siostra o czymś zapomniała, lecz kiedy powiedział "Halo?", po drugiej stronie usłyszał tylko ciszę. "Helena, to ty? To ty, Helena? No nie rób sobie żartów, przecież wiesz, co mnie dzisiaj spotkało!". Odpowiedzią był oddech, miarowy, wyraźny. Po kilkunastu sekundach połączenie zostało przerwane. Odtąd codziennie miała miejsce identyczna sekwencja zdarzeń: zakupy w sklepie, uporczywy wzrok obcego mężczyzny ubranego w czarne dżinsy i czerwoną kurtkę, opartego o słup ogłoszeniowy, jedną rękę trzymającego w kieszeni, podczas gdy druga leniwie przeczesywała włosy. Spuszczony wzrok starego człowieka, pospieszne dreptanie do domu, rozmowa z siostrą, na końcu głuchy telefon. W następnym tygodniu Kazimierz K. zrezygnował z regularnych zakupów i przestał wychodzić z domu. Wtedy telefon zaczął dzwonić częściej, nie tylko za dnia, ale także w nocy. Z reguły Kazimierz K. nie reagował, raz tylko, nie mogąc znieść hałasu, podbiegł do telefonu, chwycił słuchawkę i wrzasnął: "Słuchaj, ty chuju, wiem, że to ty! Przestań mnie dręczyć, rozumiesz, co do ciebie mówię?! Przestań, bo zawiadomię policję, chuju!". Wtedy rzeczywiście wszystko ustało. Kazimierz K. znów zaczął ostrożnie wychodzić z domu, z początku tylko do ogrodu, aż wreszcie któregoś dnia – lodówka była pusta – wybrał się na większe zakupy. Nieznajomy mężczyzna nie pojawił się, Kazimierz K. wpadł w doskonały humor. Wieczorem zamówił sobie, czego nie robił od dawna, ulubioną pizzę z szynką, czterema rodzajami sera i brokułami. Z piwnicy przyniósł starą butelkę czerwonego wina, otworzył ją i czekając na zamówione jedzenie, wypił kilka kieliszków. Przed godziną dwudziestą usłyszał dzwonek do drzwi. Zdziwił się, że właśnie do drzwi, skoro każdy, kto chciał wejść na teren jego posesji, musiał najpierw zaczekać, aż zostanie mu otwarta furtka. Mimo to Kazimierz K., lekko wstawiony i wciąż w znakomitym nastroju, raźno ruszył w kierunku drzwi wejściowych, zamaszyście je otwarł, po czym... ujrzał pustkę. Lampy ogrodowe, reagujące na ruch, były włączone, ktoś musiał tu się kręcić. Ale kto? Nagle Kazimierz K. dostrzegł leżące na progu płaskie pudełko z ciepłą jeszcze pizzą w środku i odchodzącego niespiesznie postawnego mężczyznę w czarnych dżinsach i czerwonej kurtce. Dotarłszy do furtki mężczyzna powoli zamknął ją za sobą, wsiadł do samochodu i odjechał. Z osłupienia wyrwał Kazimierza K. telefon. W słuchawce słychać było tylko oddech, miarowy i wyraźny.
Nazajutrz, po całonocnym czuwaniu, przełamawszy strach, Kazimierz K. wsiadł do samochodu i pojechał na policję złożyć doniesienie. Dyżurny policjant sumiennie zanotował przebieg zdarzeń ("Pizza, mówi pan? A z jakimi dodatkami? Na cieście grubym czy standardowym? A zamawiał pan jakieś napoje? Aha, mówi pan, że pił wcześniej wino, rozumiem..."). Znał dobrze Kazimierza K. i wiedział, czego się po nim spodziewać. Dla świętego spokoju wypełnił odpowiednie formularze i obiecał zająć się sprawą, choć w rzeczywistości nie zamierzał ruszyć palcem. Z chwilą, kiedy Kazimierz K. opuścił komisariat, wszystkie dokumenty powędrowały do kosza, a policjant powrócił do przerwanych rachunków. Znalazłszy się pod domem Kazimierz K. stwierdził, że podczas jego nieobecności ktoś dostał się na podwórze. Na świeżym śniegu widać było ślady stóp, które pojawiały się nagle na środku trawnika, zupełnie znikąd, po czym równie nieoczekiwanie urywały się cztery metry dalej, jak gdyby ten, kto je po sobie zostawił, uniósł się w powietrze i po prostu odleciał. Drzwi od domu były zamknięte, poza śladami butów nic nie wskazywało na obecność intruza. Mimo to Kazimierz K. zabarykadował się od środka, postanawiając przez jakiś czas nie ruszać się z domu i nie reagować na telefon. Ten jednak milczał, zarówno tego dnia, jak i później. Znów zrobiło się spokojnie, aż do pewnej grudniowej nocy, kiedy Kazimierza K. wyrwał ze snu przerażający wrzask. Nie był to wrzask człowieka, lecz zwierzęcia – o ile zwierzę potrafi w ogóle wrzeszczeć. Nagły krzyk bólu, przeciągły skowyt, a potem już tylko ciche skomlenie, które ostatecznie ustało o świcie. Kazimierz K., wyrwany ze snu, szybkim ruchem zakrył się pierzyną po sam czubek głowy, po czym na wiele godzin zastygł w jednej pozycji, nie zmrużywszy oczu. Dopiero około godziny dziesiątej równie zdecydowanym ruchem ręki odrzucił pierzynę, ubrał się, zapominając o majtkach i prawej skarpecie, machinalnie zaparzył sobie herbatę, o której chwilę potem zupełnie zapomniał, zjadł, najwidoczniej nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, dwie stare i całkowicie wysuszone bułki, które poprzedniego dnia zamierzał włożyć do zamrażalnika, jak to miał w zwyczaju robić z pieczywem przeznaczonym na zapas. Z odrętwienia wydobył go warkot przejeżdżającego ulicą ciągnika. Dziesięć minut później, z siekierą w ręku, przeczesywał ostrożnie sad. Nie szukał długo: na gałęzi starej gruszy, nieopodal furtki, wisiał pies sąsiadów, potężny wilczur, który wcześniej ciągłym ujadaniem, zwłaszcza nocą, regularnie doprowadzał Kazimierza K. do wściekłości. Martwe zwierzę bezwładnie kołysało się na wietrze, całkowicie wypatroszone. Śnieg połyskiwał czerwienią zamarzniętej już teraz krwi, a w pobliżu krzaka agrestu Kazimierz K. dostrzegł wycięte z ogromną precyzją i ułożone w równym rządku, jak u rzeźnika, wnętrzności: płuca, wątrobę, jelita, żołądek, serce. Podszedł bliżej, zatykając chusteczką nos i powstrzymując odruch wymiotny. Ujrzawszy dwie gałki oczne umieszczone obok siebie na żołądku, w odległości około centymetra, nieoczekiwanie pomyślał o wisienkach na torcie. Nie zauważył nigdzie śladów ludzkich stóp.
Szymon wykorzystał nieobecność ojca, który jeszcze tego samego dnia pojechał na policję złożyć kolejne doniesienie. Bez trudności otwarł wytrychem drzwi. Cofnął się na podwórko, dokładnie zatarł swoje ślady, po czym wrócił do środka. Tam zdjął buty i włożył je do worka przewieszonego na plecach. Nie był w tym domu od trzydziestu lat, mimo to niewiele się w nim zmieniło. Te same tapety, te same wycieraczki, tak samo zawieszone obrazy i lustra na ścianach, tak samo rozstawione meble, tak samo skrzypiąca podłoga, ten sam zapach. Jego dawny pokój, na poddaszu, wyglądał identycznie jak w dniu, gdy go opuszczał na zawsze. Na półkach zalegały pożółkłe komiksy, Szymon wziął jeden z nich, przekartkował, uśmiechnął się na myśl, że pamięta doskonale każdy rysunek i każdą kwestię wypowiedzianą przez poszczególne postacie. W kącie stał wiklinowy kosz z żołnierzykami, obok, oparta o komodę, góralska ciupaga – prezent od rodziców. Łóżko, biurko, krzesło, szafy na ubrania, teraz puste. Wolnym krokiem przemierzył pozostałe pomieszczenia na górze, wszystko wydzielało gęsty zapach starości. Po kilku chwilach wrócił na dół, sprawdził, czy nie zmienił się dawny rozkład pokoi na parterze, po czym skierował się do piwnicy. Tam, pod stertą na wpół zgniłych kartonów, szmat i desek, zrobił sobie prowizoryczną kryjówkę. Upewnił się, że z zewnątrz pozostanie niewidoczny, następnie zdjął kurtkę, powiesił ją na wieszaku, na którym jego ojciec trzymał ubrania robocze, i wczołgał się do kryjówki. Czekał.
Czterdzieści pięć minut później usłyszał ojca, otwierającego drzwi wejściowe do domu i dokładnie sprawdzającego, czy wszystkie zamki zostały prawidłowo zamknięte od wewnątrz. Po południu Kazimierz K. zapadł w nerwową drzemkę, z której obudził się po zapadnięciu zmroku, oblany zimnym potem. Przyśniły mu się wydłubane nożem gałki oczne, dokładnie dziesięć, grał nimi w bilard. Oszołomiony i przerażony zatelefonował do siostry, jednak rozmowa z nią nie poprawiła mu nastroju. Nie miał ochoty nic jeść, w telewizji oglądał co popadnie. Zrywał się na każdy szelest. Około dwudziestej trzeciej poszedł do łóżka, zastanawiając się przez chwilę, czy nie zostawić zapalonych lamp, lecz stwierdził, że rachunek za prąd będzie zbyt wysoki. Przebrał się w piżamę i wyczerpany strachem szybko zasnął. Szymon odczekał do godziny pierwszej. Potem ostrożnie wyczołgał się z kryjówki, bezszelestnie przemierzył piwnicę i wszedł po schodach na górę. Drzwi ustąpiły lekko. Od sypialni ojca dzielił go korytarz, pokój dzienny i gabinet. Ruszył przed siebie, cicho stąpając po wykładzinie. Było ciemno, mimo to dokładnie pamiętał, jak iść. W przeszłości, gdy jeszcze tu mieszkał, w ten właśnie sposób, po ciemku, niezauważenie przemykał obok pomieszczeń, w których przesiadywał ojciec. Pamiętał, że skrzypiący parkiet zaczyna się za progiem pokoju. Kiedy tam dotarł, zrobił dwa powolne, choć zdecydowane kroki – nocną ciszę przerwały głośne skrzypnięcia. W tej samej chwili ojciec otworzył szeroko oczy i już wiedział: ktoś wszedł do pokoju dziennego, zmierzał w kierunku sypialni. Jednak Szymon bynajmniej się nie spieszył, przeciwnie. Całkowicie znieruchomiał, tłumiąc nawet oddech. Kolejne dwa kroki zrobił dopiero po upływie kwadransa. Wiedział, że ojciec nie śpi, z oddali czuł jego narastający strach. Maksymalnie spowalniał swoje ruchy, a równocześnie starał się, by każde skrzypnięcie było dobrze słychać. Minęła godzina, zanim dotarł do gabinetu, kolejna, gdy wreszcie stanął przed lekko uchylonymi drzwiami sypialni. Popchnął je delikatnie tak, by otworzyły się centymetr szerzej, po czym znów zastygł w bezruchu. Jego ojciec wpatrywał się w ciemność, z przerażenia nie mógł nawet ruszyć ręką. Słyszał i czuł wszystko: najpierw regularne skrzypnięcia, potem subtelne poruszenia powietrza wywoływane przemieszczającym się ciałem, a potem jeszcze powolnym otwieraniem drzwi. Nie włączył lampki nocnej, nie zapytał, kto tam. Tylko oddychał, ciężko i głośno. Szymona rozbawiła nieoczekiwana myśl, że jego ojciec wysysa powietrze z sypialni niczym ogromny odkurzacz i niedługo obaj się uduszą z braku tlenu. O czwartej drzwi były uchylone na szerokość głowy. Szymon poczuł zapach świeżego moczu dochodzący z wnętrza sypialni, zrobiło mu się niedobrze. Równocześnie słyszał coraz szybszy, świszczący oddech ojca, odgłos jego krwi tłoczonej w pośpiechu żyłami; wyczuwał napięcie gałek ocznych zesztywniałych od wpatrywania się w ciemność. Z kieszeni kurtki wyjął niedużą latarkę. Skupił się jeszcze bardziej. Mimo ciemności potrafił dokładnie, co do centymetra, określić miejsce, w którym leżał jego ojciec. Czuł, jak ten dom, który tak dobrze znał, zaczyna ożywać. Ściany falowały, podłoga tańczyła, lampy kołysały się na suficie miarowymi ruchami wahadła. Powracały sceny sprzed lat, cierpliwie przechowywane w nasączonych przeszłością murach. Krzyki rodziców w ciemności, odgłosy szamotaniny na dole, szyba, w którą rzucono kamieniem, płaczący ojciec, nagle taki bezsilny. Omdlenia, niemoc w nogach, nóż schowany pod poduszką, na wszelki wypadek. Świerszcze rzucane pająkom na pożarcie, samotne godziny spędzone na zabawach w sadzie, szczęśliwe. Jacyś goście, dużo prezentów, potem znowu wielka kłótnia i rozstanie, tym razem ostateczne. Szerszenie, które próbował ogłuszać ciosem pięści, z różnym skutkiem. Noce, kiedy ojciec i matka, po kolejnej kłótni, robili w ciszy coś, czego wtedy nie rozumiał.
Chwilę później skupiony snop światła wystrzelił prosto w lewe oko ojca. Szymon usłyszał cichy jęk. Tik tak, tik tak, tik tak, zegar głośno wybijał kolejne sekundy. Powieka ojca ani drgnęła, lecz źrenice skurczyły się, jakby ktoś je mocno ścisnął między palcami. Oddech ustał. Odczekawszy kilka minut, Szymon podszedł do łóżka i sprawdził puls leżącego. Do rana cierpliwie usuwał wszystkie ślady, również z latarki, którą wychodząc, zostawił na krześle obok łóżka. Przed nastaniem świtu opuścił dom, nie zamykając za sobą ani drzwi wejściowych, ani furtki. I właśnie ona, otwarta na oścież, zaciekawiła sąsiada. Odkąd tu mieszkał, nigdy się nie zdarzyło, by Kazimierz K. nie zamknął starannie wszystkiego, co tylko nadawało się do zamknięcia. Nawet koszule dopinał zawsze ciasno pod szyję, na ostatni guzik. Sąsiad odczekał jeden dzień, potem drugi, nie chcąc bez wyraźnego powodu wchodzić na cudzy teren. Z Kazimierzem K. łatwo było, o czym przekonał się wielokrotnie w przeszłości, o zatarg. Dopiero drugiego dnia wieczorem, kiedy nic się nie zmieniło, zdecydował się coś zrobić. Wołając głośno "Panie Kazimierzu!", minął furtkę i znalazł się na podwórzu. "Panie Kazimierzu! Panie Kazimierzu, to ja, sąsiad, Heniu Lewandowski!". Nie mogąc doczekać się odpowiedzi, ale i nie chcąc wchodzić od razu do środka, mimo że ogarniała go coraz większa ciekawość, obszedł dom dookoła, patykiem pukał w szyby, nawoływał. Nikt nie odpowiadał. W końcu, rozejrzawszy się najpierw na boki, jak gdyby popełniał jakieś wykroczenie, wszedł do domu. "Halo! Panie Kazimierzu, to ja, Heniu! Zapomniał pan zamknąć drzwi! Zimno panu naleci do środka, szkoda opału!". W środku panował przenikliwy ziąb, kwiaty w doniczkach powiędły, woda zamarzła. Lada chwila mogły pęknąć rury, temperatura na zewnątrz z dnia na dzień spadała, ze wschodu nadciągał wielki mróz. Sąsiad nie znał rozkładu domu, nigdy wcześniej w nim nie był. Początkowo, kiedy się sprowadził na tę ulicę, chciał się zbliżyć do Kazimierza K., co prawda nie z przyjaźni, lecz ze zwyczajnej ciekawości. Raz nawet zaprosił go do siebie na kawę. Rozmawiało im się miło, lecz sam w rewanżu nie został zaproszony i w końcu dał za wygraną. Myśląc o tym wszystkim, Lewandowski przeszukiwał ostrożnie kolejne pomieszczenia. Dopiero na samym końcu trafił do sypialni. Trup miał otwarte oczy.
Najszybciej przybył dziennikarz lokalnej gazety, który jako pierwszy otrzymał telefon. Lewandowski od dawna marzył, by jego nazwisko i zdjęcie znalazło się w prasie. Barwnie opowiadał o swoich poszukiwaniach, dodając do całej historii szczegóły całkowicie niezgodne, co się później okazało, z prawdą. Twierdził, że w nocy słyszał rozmowy obcych mężczyzn mówiących w nieznanym mu języku, a także odjeżdżające z piskiem opon auto. Lekarze pogotowia, którzy tymczasem zdążyli zabrać się do pracy, stwierdzili atak serca, była to według nich bezpośrednia przyczyna zgonu. Funkcjonariusze z lokalnego posterunku dokonali wstępnych oględzin, nie znaleźli jednak nic niepokojącego. Latarka nie wzbudziła ich podejrzeń, uznali ją za własność zmarłego. Do piwnicy, gdzie bez trudu znaleźliby pozostawioną przez Szymona K. kurtkę, w ogóle nie weszli, informację o otwartej furtce i drzwiach wejściowych zignorowali. Obiecali powiadomić najbliższą rodzinę, po czym odjechali, wymawiając się pilnym wezwaniem do wypadku, najwyraźniej dokądś im się spieszyło. Kiedy kilka tygodni później, w obliczu kolejnych niewyjaśnionych przypadków śmierci w rodzinie Kazimierza K., śledztwo przejęła lubelska policja, utrzymywali, że latarka umknęła ich uwadze, a informacji o otwartej furtce i drzwiach nie otrzymali. Do piwnicy, gdzie podczas następnego przeszukania odkryto podejrzaną kurtkę, nie zajrzeli, ponieważ nie mieli pojęcia, że w tym domu w ogóle jest piwnica. Dopiero gdy udowodniono im nielegalny handel alkoholem, przyznali, że nie interesowali się tą sprawą ani też żadną inną. Wkrótce zostali wydaleni z policji i postawieni w stan oskarżenia.
Ciało Kazimierza K. spoczęło w rodzinnym grobowcu, obok jego matki, ojca, wujów i ciotek. W pogrzebie uczestniczyli siostra i siostrzeniec, poza tym kilka miejscowych staruszek, dla których uroczystości pogrzebowe stanowiły jedyną rozrywkę w ciągu całego tygodnia. Był też jakiś starszy człowiek, trzymający za rękę małego chłopca, być może wnuka. Chłopiec miał nienaturalnie surowy wygląd twarzy, natomiast staruszek ciągle uśmiechał się pod nosem i szurał nogami. Nikt nie zwrócił uwagi na mężczyznę, który w odległości około stu metrów stał oparty o potężną brzozę i niedbale obserwował, co się dzieje. Mimo siarczystego mrozu był bez kurtki. Jedną rękę schował w kieszeni, drugą przeczesywał zmierzwione włosy. Kiedy cmentarz opustoszał, on także się oddalił.
Relacja Katarzyny K.
Na początek coś o mnie? Nazywam się Katarzyna K., urodziłam się w roku 19..., chodziłam do szkoły, tak, podstawowej, w S., wyprowadziłam się potem z domu i dalej to już ja mieszkałam w Lublinie, w internacie, dalsza nauka w liceum, profil mat.-fiz., tak, matematyczno-fizyczny. Zawsze bardzo dobrze się uczyłam, studia też tam, w Lublinie, matematyka, miałam zostać nauczycielką, ale na czwartym roku dostałam stypendium, wyjechałam do Anglii, spodobało się, zostałam, po studiach najpierw praca w sklepie ogrodniczym w Cookham pod Londynem, potem przeniosłam się na północ, do Szkocji, Arbroath, potem jeszcze dużo zmieniałam miejsca pobytu, krótko byłam w Norwegii i Szwecji, zawsze wracałam do Anglii, tam mi się najlepiej podobało. Ale w Szkocji też. Pracowałam u ogrodników, kiedy byłam bardziej na południu, na północy pracowałam w firmach różnych, handlowały nasionami, nawozami sztucznymi, maszynami rolniczymi i innymi, nie mam męża, nie mam dzieci. Dawno w Polsce nie byłam, nie kontaktuję się od dawna. Co mogę powiedzieć o Szymonie? Zanim zniknął, już wtedy rzadko się widywaliśmy. Mieszkałam daleko, nie przyjeżdżałam prawie wogle, nie przyjechałam nawet na ślub Szymona, tylko Szymon czasem wpadał do mnie, sam, później z rodziną, jego zdjęć nie mam, wspomnień z nim trochę tak. Ale dawnych, bardzo, coś jakby to było bynajmniej z innego dimension, wymiaru, dziękuję. Byłam starsza dziewięć lat, cieszyłam się, pamiętam, kiedy się urodził, brałam na ręce, jak ta, niańka, jak lalkę, nocami wył strasznie, chyba go coś bolało, ale nikt nie wiedział co, lekarka mówiła, że kolka i że w końcu przejdzie. Ale trwało to długo, horror, spać nie mogliśmy, ojciec się wściekał i szedł spać do garażu, do auta, a nas z nim zostawiał. Potem faktycznie się uspokoiło, nie było już tak mocno. Pogodne, miłe dziecko, nie pamiętam, żeby potem często chorował, kompletnie. Czasami szedł nam na nerwy, bo bardzo ruchliwy i ciekawski, zawsze trzeba było go trzymać w oku, ale ogólnie okej. Potem już podrósł trochę, nie spędzałam z nim dużo czasu, byłam dużo starsza, więc zabaw razem było mało, kłóciliśmy się, denerwował mnie, był upierdliwy, tak to się chyba mówiło, chciał, żeby się z nim bawić, do tej pory pamiętam to: "Kiedy się ze mną pobawiiiiiiiisz?", z tym takim długim "i", szło mi to na nerwy. Ciągle, ciągle! Był trochę biedny, bardzo sam, od małego, pan był w naszym domu, to pan widział, jak tam jest. Teraz pewnie i tak lepiej, chociaż dawno tam nie byłam i nie zamierzam, ale wtedy tam było dokładnie pusto, dom na boku miasta, otoczony sadami, polami i były one już wtedy... no, sam bush, you know, drzewa wysokie, gęste, szczególnie jabłonie ogromne, nikt tego nie przycinał, pełno wysokich traw, krzewów i pokrzywów, agresty, porzeczki, które trzeba było latem zbierać, ogromne liczby porzeczek, bardzo nudne zbierać porzeczki, szału można dostać, i do tego gorąco, bo trzeba uważać przed pokrzywą i grubo ubierać, Szymon tego nie znosił, a ojciec i matka wszystko kazali zbierać, to wszystko, te wszystkie drzewa rośliny, bardzo zabierało światło naszemu domu, pamiętam półmrok, ciągle półmrok. Wieczny półmrok dosłownie. Ulica też była słabo oświetlona, pan rozumie, jak tam było, a zimą to już kompletnie, jakby ta ciemność człowieka, no nie wiem, wsesała, wsysała, o, dziękuję, tak. Wszędzie cicho, tylko psy gdzieś szczekały daleko, no jak z jakiegoś filmu, jakby ktoś tak specjalnie wszystko zaplanował i ułożył, naprawdę jak z filmu, nie żartuję, nie lubiałam wychodzić z domu po ciemku, a czasami trzeba było, bo zimą, wiadomo, wcześnie ciemno. Zresztą dom też zawsze był taki jakiś... Niby duży, niby raczej dość bogato, bo ojciec potem dobrze zarabiał, na początku nie, ale potem to tak, i miał jakieś pieniądze po rodzinie, ale ciemno i cicho. Grube mury, duża piwnica, duży strych, dzieciak byłam, to się bałam być tam sama, bynajmniej, Szymon też, a zdarzało się nam, kiedy ojciec i matka wychodzili do pracy, a myśmy mieli szkołę na drugą zmianę, kiedyś musiałam przed południem na godzinę zostawić Szymona w domu, chyba po chleb poszłam, miał wtedy może siedem lat, chyba jakoś tak, w każdym bądź razie nie był już taki mały, wracam, a on siedzi na stołku w kuchni, nos do szyby przyłożony, patrzy się w podwórko za oknem, ale w sumie nie wiem, czy coś wogle widzi, he's trembling, he's trembling, nie chce się odwrócić, dopiero jak go przytulałam, przestał, mówił, że bał się spojrzeć do tyłu, bo jakby się spojrzał, to by go coś połknęło. "Ale co?" – pytam. "Coś" – odpowiada. Potem było tak jeszcze parę razy, a potem się wyprowadziłam do internatu i bynajmniej nie wiem, jak długo to jeszcze trwało. Mówiłam, byłam dużo starsza od Szymona, długo mieliśmy lekki kontakt ze sobą, denerwowało mnie, bo uważałam, że Szymon to taki synek mamusi, dziwne, dużo lat później Szymon opowiadał mi, że to on czuł się na uboczu, i że to ja byłam u mamy zawsze na przedzie, potem było między nami lepiej, ale wtedy już mieliśmy lekki kontakt i rzadko, bo on jeszcze mieszkał w S., a ja w Lublinie, później on w Lublinie, ale ja już zamieszkałam w Anglii, i tak, wie pan, lata mijały, rozminęliśmy się gdzieś. Nie mogę powiedzieć, żebyśmy byli sobie bliscy, chyba nie, ale też nie byliśmy obcy, trudno to wyjaśnić, to co nas łączyło, może jednak jakoś się mimo wszystko rozumieliśmy. W sumie nie mogłam na początku narzekać, ojciec był dla mnie dobry, kiedy byłam mała, dużo wiedział, opowiadał, śmieliśmy się dużo, zajmował się mną, mam z nim dużo zdjęć razem, to znaczy miałam w Polsce, nie zabrałam ich ze sobą do Anglii. Basen, jezioro, badminton, wakacje w górach i nad morzem, miło... Szymon miał już gorzej, urodził się, kiedy między ojcem i matką było gorzej, mniej się nim zajmowali, ale raz w roku było inaczej, bo ojciec zabierał Szymona na wakacje w góry, dwa tygodnie tylko we dwóch, zawsze był wtedy inny, nagle naprawdę loving father, tender, you know, czuły, exactly. Szymon zawsze lubiał z nim wyjeżdżać i tak bardzo lubiał góry. A kiedy wracali do domu, wszystko wracało do starego. Nie ten sam ojciec, Szymon nie rozumiał tego, dlaczego ta zmiana, dlaczego ojciec był inny tam i w domu. Lubiał z nim być w górach, kochał to, ale potem, w domu, bał się go i unikał, jak mógł. Chował się, kiedy przyjeżdżał z pracy, nie ruszał się, prawie nie oddychał, żeby tylko ojciec go nie zauważył, a kiedy ojciec czasami wyjeżdżał na delegację, to było wtedy święto, jakby ktoś mu zdjął ogromny ciężar. Jemu, mnie, nam wszystkim. Pamiętam jeden taki weekend, ojciec wyjechał, coś tam budował pod Łodzią, maj, gorąco, ogród kwitnie, gramy w piłkę, na niebie beautiful clouds, naprawdę piękne, takie gęste, jak wełna, białe, trudno mi to opisać, widzi pan, ten mój polski. Ale pamiętam to dobrze. Mam to w głowie. Szymon właściwie najczęściej sam był w domu z kobietą, która im gotowała obiady i trochę sprzątała, była wścibska, ale nią lubiał, bo była z nim, dużo z nim rozmawiała, tłumaczyła co i jak, siedział z nią w kuchni, pytał, słuchał. Raz podsłuchałam, jak pytał, co to kopyta, mały musiał być. Ona mu tłumaczy, tłumaczy, a na końcu on nią pyta: "Czy pani ma kopyta?", bez złośliwości, był mały, a ja wszystko słyszałam i sikałam ze śmiechu obok w pokoju, w sumie to nawet nie było głupie pytanie, bo ona faktycznie miała takie ciężkie, grube nogi, kloce, miała ciągle owinięte jakimiś grubymi bandażami, bolało nią. Była stara, zmarszczki, przygarbiona, nie mówił do niej "Babciu!", ale tak nią kompletnie traktował, ona też go lubiała, chociaż czasem mówiła o nim, że taki – jak to było? – głupiomądry. Głupiomądry, bynajmniej. Zna pan to słowo? Tak? Na wsi czasem też mówili o takich filozof, to pamiętam. Robiła mu małe prezenty. Trudno go było nie lubić, żywe srebro, mówili i zachwycali się, byłam nawet zazdrosna, nawet o to, że to taki ładny chłopiec, delikatna uroda, kręcone blond włosy, które mu potem ściemniały i się wyprostowały, ale ładny był zawsze. Wogle wiele ludzi myślało, że to dziewczynka, pamiętam jedno takie zdjęcie, rozwiewichrzone włosy, jakby go ktoś zatrzymał, kiedy biega, i taka mina – bo ja wiem? Zawadiacka? Tak to się mówi? Dziękuję. "So what?!", tak wyglądał, jakby właśnie dokładnie to mówił. "I co mi zrobicie?", może też. Kompletnie czuły, wrażliwy, tylko że często rzeczywiście taki mały mądralański, może dlatego, że wcześnie nauczył się czytać i dużo czytał, i dużo wiedział na swój wiek, co miał zresztą robić w tym domu sam? Dopiero później polubiał zabawy w sadzie, ale tam też był raczej sam, z tego, co pamiętam, tak. Nie, to musiał mi w zasadzie sam opowiadać, bo ja przecież już wtedy nie mieszkałam w S. Zanim się wyprowadziłam, między matką i ojcem już było źle, coraz mniej znajomych, wyjazdów, wycieczek, zero wakacji razem, jakby wszystko wokół się zamykało, tak to pamiętam, kompletnie, szczelnie zamykało, jakby ojciec i matka chcieli się w tej złości na siebie – nie wiem – ukisić, i nas przy okazji też. Ojciec mówił, że matka go zdradza, i inne jeszcze takie, matka że nie, niby to cofała się, zamykała w sobie, milczała jakoś tak, jak, no nie wiem jak, to jeszcze bardziej denerwowało ojca, wrzeszczał strasznie, potrafił, jak to się mówiło, przepraszam, dosrać człowiekowi. No ale matka w sumie też. Potem doszły inne sprawy, obaj dziwnie reagowali, z niechęcią, kiedy widzieli, że zaczęłam się interesować chłopakami, i faktycznie, szybko przestałam, bo nie chciałam problemów. A przynajmniej udawałam, że przestałam, zaczęłam się ze wszystkiego wycofywać, taka niby grzeczna córeczka, co tylko się uczy. Właściwie to mi zostało niestety do dzisiaj, bynajmniej, to cofanie się, nieważne. Wtedy trudno było mi się z tym pogodzić, dzisiaj powiem tak, że mam poczucie, że matka i ojciec, nie wiem, jak to nazwać – nie lubieli nas? Mnie i Szymona? Na pewno nas kochali i opiekowali się nami, ale żeby lubieć, to chyba nie, normalnie człowiek lubi swoje dzieci i podlewa je jak taką roślinkę, na którą trzeba uważać i kompletnie chroni nią. Żeby rosła. A oni nie uważali nas, jakbyśmy im w czymś zawadzali. Ale w czym? Nie umiem inaczej o tym mówić. Z braku koleżanek i innych zajęć od małego dużo się uczyłam, byłam bardzo dobra, jeździłam na jakieś konkursy, wygrywałam, robiło mi to przyjemność, nie powiem, bez chęci potem wracałam do domu. Ojciec i matka niby chwalili, tylko te pochwały jednak miały coś wymuszonego, jakby się przymuszali, jakby wiedzieli, że powinni pochwalić, bo tak się robi, ale raczej, I don't know, naśladowali chwalenie, tak niektórzy czasami naśladują uczucia, znam takich, którzy nie czują w rzeczywistości. I to było dość sztuczne. Czuło się, że nienaturalne. Szymon obrywał, zwłaszcza od ojca, że głupi, że tuman, że się nie nadaje, że nie umie, a powinien umieć, wszystko źle i nie tak. A Szymon naprawdę się starał i naprawdę był bystrym dzieckiem, tylko że się ojca okropnie bał i z tego zdenerwowania mu nie wychodziło, czasem aż żal było widzieć, matka czasami się za nim wstawała, wstawiała, znaczy się, ale nie za często, bo raczej myślała o tym, jak ojcu sama dosrać – przepraszam, jakoś mi to słowo zostało w głowie, fajne, isn't it? – a nie jak to wszystko zakończyć, żeby ojciec dał Szymonowi spokój, bo on go ciągle wyzywał i inne takie, sama byłam kiedyś świadkiem, jak wróciłam ze szkoły, po południu, bo miałam drugą zmianę, i już słyszę, że ojciec i matka sobie skaczą do oka, a potem, kiedy ojciec na chwilę wyszedł do innego pokoju, żeby coś tam przynieść, co, nie pamiętam, jakiś dowód, jak mówił, tyle pamiętam, bo często mówił o jakiś dowodach, to Szymon – zobaczyłam to na własne oczy, bo w końcu tam weszłam – klęczał przed matką, ręce podniesione do góry, jakby się do niej modlił, i błagał, i płakał: "Mamusiu, daj spokój, mamusiu, daj spokój!". Nieważne, czyja akurat wtedy była wina, czy ojciec to zaczął, czy matka, nie wiem, to nieważne, Szymon po prostu chciał, żeby matka się wycofała, bał się ojca i jej, i żeby już na siebie nie wrzeszczeli, bo okropnie się bał, ich obu się bał, matki i ojca, ale matka nie przestała, poszła na całość, i ojciec też, było wtedy ostro, pamiętam zupełnie. I coraz częściej, tak, to się powtarzało co kilka dni, czasami codziennie, nie będę wchodzić w szczegóły, ale zdarzało się, że po takiej nocce nie szliśmy do szkoły, ja i Szymon, żeby wszystko odespać, bo nie spaliśmy całą noc. Któregoś razu ojciec wrócił pijany i niby się nie awanturował, nawet pamiętam, że miał dobry humor wyjątkowo, ale Szymon i tak się go potwornie bał, bo wogle bał się pijanych ludzi, strasznie się bał, od zawsze, nie wiem, skąd mu się to wzięło i dlaczego, ale bał się, i bał się o siebie i matkę, że ojciec im coś zrobi. Więc prosił, że będzie spał z nimi, wziął ukradkiem z kuchni nóż, zresztą taki tępy, do smarowania masła, położył pod swoją poduszką i tylko matce o tym powiedział, że w razie czego nią obroni, bał się okropnie. W środku nocy czuje, jak ktoś go szarpie za ramię, pali się światło, ojciec trzyma mu nad oczami ten nóż, który znalazł i pyta: "Co to jest?! Co to jest?!" i Szymon w płacz, ojciec go wywalił na górę, rzucił na podłogę jakiegoś większego noża i krzyczy: "Masz, ten lepiej nadaje się do zabicia ojca!". Wszystko słyszałam na górze, taki show ojca, wie pan, teatr. Matka niby próbuje wszystko załagodzić, ale potem okazało się, że to ona powiedziała ojcu o nożu. Czemu? Nie wiem, może myślała, że ojciec przestanie, albo chciała mu pokazać, że syn jest przeciw niemu, nie wiem, takie to były rozgierki między nimi – rozgrywki, tak, przepraszam, albo gierki, dziękuję – widzi pan, między matką a ojcem. Najgorzej było przed komunią Szymona, pamiętam, że ojciec znowu zaczął ciągnąć te swoje historie z kochankami matki, to było śmieszne, bo matka była trudna, ale kto nie jest trudny, i ja sama praktycznie później od niej uciekłam, ale akurat do mężczyzn to chyba właściwie miała całe życie jakieś obrzydzenie nawet, może tylko do ojca nie, na początku. I don't know, nigdy ich do końca nie zrozumiałam, w każdym bądź razie to było jakoś przed komunią Szymona, tak się pożarli, że ojciec wywalił matkę na górę, bynajmniej, tam były jakieś pokoje, jeden Szymona, dostał go po mnie, ja już wtedy byłam w Lublinie. Szymon go nie lubił, bo żeby tam się dostać, musiał przejść ciemny korytarz, który prowadził na strych, a na strychu zawsze były myszy, wielkie czarne pająki, słychać było ptaki na dachu, robiły tymi nóżkami mało przyjemne, szczególnie w nocy, te wszystkie dźwięki, w sumie straszne, a dla dzieciaka to już wogle. Więc Szymon może nawet się cieszył, że matka będzie z nim, bo kochał nią bardzo i czuł się bezpieczniej, kiedy ona była, spał z nią razem chyba do dziesięciu lat w jednym łóżku, albo i dłużej, i wogle oni mieli taki wspólny język i jakieś powiedzonka tylko dla nich, ale to było oczywiście wszystko razem potworne, to, że ojciec wyrzucił z sypialni wszystkie rzeczy matki i kazał niej przenosić na górę, potem powiedział, że te pokoje to dla nich za dużo i jeden pokój zamknął, i kazał matce do siebie mówić "pan", a sam do niej mówił "pani". Uśmiecha się pan? No, tak wogle to było śmieszne, bynajmniej, dwadzieścia, nie, więcej nawet lat małżeństwo, dwóch dzieci i nagle zaczynają mówić "pan", "pani" do siebie, a dzieciak wszystko widzi i słyszy, i nie wie, co się dzieje, dlaczego mama i tata mówią nagle do siebie "pan", "pani". Nawet nie mieli mu robić komunii, tak się pokłócili, był bardzo smutny, bo kiedyś komunia to było coś dla dzieciaków, sam pan pamięta, to przyjęcie, i prezenty, coś najważniejszego w świecie, i teraz miało tego wszystkiego nie być, Szymon był naprawdę smutny, widziałam, kiedy ich odwiedzałam albo kiedy przyjeżdżał z matką do mnie odwiedzić. Ale któregoś dnia ojciec miał jakiś dobry dzień, a może ktoś mu powiedział, że nie może czegoś takiego robić dziecku, nie wiem, może ciotka Helena, ona jedna miała zawsze jakiś wpływ na ojca, mały, ale zawsze, więc zapytał Szymona, słyszałam to, akurat wtedy przyjechałam, to była sobota albo niedziela. No więc zapytał go, nawet tak całkowicie łagodnie: "Chcesz mieć komunię?", a Szymon mówi, że chce, no i miał, i dostał dużo prezentów, i był szczęśliwy, dostał taki wielki zestaw klocków Lego, statek kosmiczny, Lego lubił bardzo, wyobraża pan sobie, jak się cieszył, bo w tamtych czasach Lego nikt prawie nie miał i było bardzo drogie, dostał też jakieś pieniądze, potem, kiedy już odjechali wszyscy goście, tylko ja jeszcze zostałam, znowuż się pokłócili, bo matka coś ojcu ukradła z portmonetki. Norma. I tak już zostało, ojciec na dole, matka i Szymon na górze, "pan", "pani". Ja wogle przestałam prawie przyjeżdżać, w internacie i w szkole nie było może super, bo na początku naśmiewali się ze mnie, że z wiochy przyjechałam, tak mówili, ale i tak było dużo lepiej niż w S. Potem przestali się śmiać, uczyłam się dobrze, szanowali mnie. Może to było egoistyczne, że tak wyjechałam, może. Nie chciałam ich widzieć, matki i ojca, chciałam uciec, mieć święty spokój, chciałam pomyśleć wreszcie o sobie, i przestać myśleć o nich, i żeby w nic mnie nie wciągali, tak jak to zawsze robili. Szymon tam został, z nimi, w tym wielkim ciemnym domu na boku miasta, chyba wtedy o nim nie myślałam, chciałam mieć spokój, a właśnie wtedy między ojcem i matką zaczęło się najgorsze, pamiętam tego chłopaka, jak gasnął, z roku na rok, jak się cofał, budował, shell, you know, skorupę, dziękuję. Traciliśmy kontakt, czasami coś mi tam opowiadał, co się dzieje w domu, ja sama nigdy tego nie widziałam na własne oczy, więc nie wiem na pewno i pewnie nie chciałam wiedzieć, denerwowało mnie nawet, kiedy coś opowiadał, jakby mi coś przypominał, o czym chciałam zapomnieć i potem faktycznie przestał. Myślę, że miał długo żal, a ja inaczej nie mogłam po prostu, to było jak obrona dla mnie samej, Szymon chyba to dużo lat później zrozumiał, ale dopiero dużo później. Co się czasami tam działo, wiem raczej od matki, od Szymona, z drugiej ręki. I też nie wszystko, bo, jak mówię, nie bardzo chciałam słuchać, bynajmniej są prawdziwe te opowieści, tak sądzę. Chociaż czasami prawie nie wierzyłam z początku, na przykład, kiedy po jakiejś kłótni między matką i ojcem, całą noc chyba trwała, ojciec wpadł wtedy w szał, wyrzucał z szaf ubrania, naczynia, wrzeszczał, matka wpadła w stupor, śmieszne słowo, that's why I remember it, Szymon następnego ranka nie mógł wstać z łóżka, nie mógł chodzić, fakt autentyczny! Nie mógł ustać na nogach, przyjechała lekarka, matka płacze, że syn będzie kaleka i tak dalej. Okazało się, że takie rzeczy dzieją się od stresu, oczywiście matka lekarce nie powiedziała, co się działo w nocy, ale lekarka i tak się domyśliła, zresztą w mieście ludzie gadali, co się u nas w domu dzieje, bo ta kobieta, co nam gotowała, też widziała dużo i potem gadała po mieście. W każdym bądź razie wyzdrowiał, ale strach był, opowiadała też, a może to Szymon, tak on, jak w kłótni raz zemdlała i kazała Szymonowi zadzwonić po lekarza, a ojciec mu zakazał. Matka czołga się po podłodze, po schodach, nie może prawie iść, Szymon nią podtrzymuje, nie wie, what's going on, matka mówi mu jedno, ojciec drugie, krzyczą na niego, na siebie, strach. Strach, mówię panu, terrible! I różne takie były jeszcze, ojciec później więcej pił, wracał pijany w środku nocy, awanturował, jak nie mógł trafić kluczem w zamek, rzucał kamieniami w okna, żeby mu otworzyć, matka i Szymon bali się, nie otwierali, ojciec jeszcze bardziej się wściekał, wszędzie potłuczone szkło, jakieś krzyki, w końcu jakoś wchodził, a potem... No potem to działy się te rzeczy, że ani matka, ani Szymon nigdy bezpośrednio nie mówili, to nie był temat. Szymon w środku nocy wychodził, ile mógł mieć wtedy, dziewięć, dziesięć lat, i szedł słuchać pod okna na dole, co z matką, co z ojcem, co z nimi, bo nagle robiło się tak cicho, myślał, że się zabili, zresztą przy mnie tego nigdy nie było... Czy często się to zdarzało? Dość często, tak, dość często, tak myślę, tak... Ale nie chcę o tym mówić, to i tak już nic nie zmieni. W każdym bądź razie było sporo takich akcji, nic już panu więcej o tym nie powiem... A inne rzeczy? No nie wiem, matka albo Szymon, nie pamiętam, opowiadali, że czasami ojciec zamykał przed nimi dom i nie wpuszczał ich. "Tatuś, wpuść nas!" - wołał Szymon, w końcu ojciec otwierał. Co tam jeszcze? Ale pan mnie męczy, a Szymon i tak zniknął, zrobił swój plan, nikt go nie złapał, więc po co to panu? Kiedyś ojciec zaczął na dole tarmosić matkę, Szymon przyleciał do mnie na górę, uczyłam się, chyba geometrii, tak to geometria, taki gruby podręcznik, he was terrified. To było w sobotę albo niedzielę, przyjechałam do domu, zerwałam się i na dół, krzyczę ze schodów: "Zostaw moją matkę!", potem jeszcze: "Obleśny tłuścioch!", no i wywalił mnie z domu. Później matka kazała mi ojca przepraszać, nie wiedziałam, za co i dlaczego, skoro to niej broniłam. Nie chciałam przepraszać, w końcu to zrobiłam, chyba dla świętego spokoju, dla niej. Ale i tak przestałam tam przyjeżdżać i się wtrącać, niech sami załatwiają sprawy między sobą, pomyślałam, a nie, że bronię, a później jeszcze ja muszę potem przepraszać nie wiem za co. Wtedy Szymon został już kompletnie sam, bo jak przyjeżdżałam, lubiał po mnie późnym wieczorem wychodzić na przystanek, czuł się chyba safe, wiedział, że ojciec i matka przy mnie jeszcze się hamują, bo byłam starsza. Teraz przestało to być, Szymon tylko czasami opowiadał, co tam się dzieje, że na przykład ojciec kazał mu śledzić matkę, kiedy gdzieś wychodziła, bo myślał, że się spotyka z kochankami, o tych kochankach ojciec nie mówił, ale Szymon głupi nie był, domyślał się, zresztą wie pan, dzieciaki zawsze wiedzą więcej, niż dorośli myślą. Innym razem po jakiejś awanturze ojciec płakał, trząsł się od płaczu tak mocno, jakby miał drgawki, i przytulał Szymona do siebie. "Pierwszy raz – opowiadał Szymon – widziałem ojca, jak płakał". Widzi pan, nawet we mnie to siedzi, mimo że tego nie widziałam na własne oczy, ale Szymon tak to opisywał, jakbym widziała, to jego słowa, dokładnie je pamiętam, od małego ładnie opowiadał, pełnymi zdaniami, słów dużo i ładne, potem przestał tak dużo mówić, bo, jak mówiłam, zamknął się, ale zaczął dużo rysować i pisać, to były jakieś komiksy karate i długie historie o grizzly bears, czytał o nich w książkach i bardzo mu się to podobało. Więc sam zaczął takie pisać. Matka was very proud of him, że tak całymi dniami siedzi, rysuje, pisze, ale potem pokazała te rysunki i te opowiadania koleżance, bo chciała się pochwalić, to ta koleżanka skierowała jej uwagę, że tam tak dużo się bili, dużo było krwi. Faktycznie, krwi było pełno, bili się jeden z drugim, karate, grizzly się szarpały kłami, wyrywały sobie mięso, zagryzały, krew, oczywiście zwyciężał zawsze ten największy i najbardziej silny. Więc potem matka już nikomu nie pokazywała, a Szymon pisał i rysował, pisał i rysował, bardzo dużo tego było, pamiętam, całe kupy kartek. W mojej opinii dlatego tak dobrze później pisał, all those articles, books. Bo ćwiczył się w tym od małego praktycznie. Poza tym co miał robić, mieszkali na boku, kolegów nie miał, bo nie chcieli do niego przychodzić. Raz i drugi byli, i słyszeli, jak się ojciec i matka kłócą, Szymonowi było bardzo wstyd, opowiadał o tym mi, potem już nikt do niego nie chciał przychodzić, zresztą rodzice innych dzieciaków nie puszczali tam nikogo, bo ogólnie wiedzieli, że dzieje się tam źle. Więc pisał, rysował, czytał, chodził do sadu, interesował się roślinami, zwierzętami, ptaki szukał, opisywał jajka, które znajdował w gniazdach, rysował te jajka, sprawdzał, do jakiego ptaka mogą należeć, wiedział bardzo dużo, naprawdę bystry chłopak, ale też bojący, nerwowy, obgryzał paznokcie, dłubał ciągle w nosie, aż krew mu szła z nosa, a potem jadł te, no, kozy, babole. Kozy, tak się u nas mówiło. Kiedyś zauważyłam, że miał czuły bardzo słuch, łapał jakieś szmery, bardzo słabe nawet i nasłuchiwał, ale bynajmniej uważnie, jak jakiś zając albo mysz, bynajmniej. Może dlatego taki miał lekki sen, budziło go byle co. Czujny. A już szczególnie nie znosił, jak ktoś pukał do drzwi, wyobraża pan sobie? Nie wiem, skąd mu się to wzięło, pukanie do drzwi, nawet lekkie, po prostu od razu cały sztywny się robił i robił się blady, taki był. Poza tym był też wogle drażliwy, często się kłóciliśmy, zdarzało się, że się nawet biliśmy, niby dla żartów, że to takie nasze zapasy, ale szybko robiło się ostro i myślę, że tak naprawdę to jedno drugiemu chciało przytłuc. Zawsze wygrywałam, byłam starsza i silna dziewczyna. Więc tak wogle był różny, jak to dzieciak, lovely and irritating at the same time.
Co najbardziej mnie wkurzało? Mówiłam chyba już, że taki mądrala. Próżny, o! Taki próżny dzieciak, który myśli, że jest najbardziej mądry i piękny w świecie, faktycznie był ładny, moje koleżanki z Lublina też tak mówiły, kazały go sobie pokazywać, kiedy przyjeżdżał, oglądały ze wszystkich stron, a jemu się podobało, że starsze dziewczyny się nim interesują. Kiedy z nimi był, miał taki dziwny gest, zapamiętałam: język wysuwał mocno w przód, podnosił i dotykał nim górnej wargi, jakby się lizał, miał wtedy dziewięć, dziesięć lat, u takiego chłopaka coś takiego wygląda, no nie wiem, dziwnie jakoś, proszę mnie poprawiać, jeśli coś źle mówię, seksualnie, w każdym bądź razie bynajmniej dziwnie. Ale im się podobało, to tak robił, miał wyczucie do dziewczyn, już wtedy. Z S. wyniósł się dopiero na studia, miał osiemnaście albo dziewiętnaście lat, kupa czasu. Chciał wcześniej, do Lublina, jak ja, do dobrego liceum, gdzie byli dobrzy nauczyciele od polskiego, a on polski uwielbił, ciągle dużo czytał, dobre pisał wypracowania, bardzo ciekawe, pomysłowe, takie właściwie nawet nie wypracowania, a opowiadania, wygrywał konkursy dla uczniów i mógł sobie wybrać liceum bez egzaminów, ale ojciec powiedział, że nie będzie mu dawał pieniędzy na Lublin, bo nie ma, co nie było prawdą, zresztą kiedyś też nie chciał mu lampy na biurko kupić, bo ta stara była bardzo słaba i Szymona bolały oczy, i poprosił ojca o pieniądze na nową, a ojciec nie chciał dać, w końcu Szymon sam musiał uzbierać albo matka mu kupiła, nie pamiętam. Bo przecież ojciec wtedy dobrze zarabiał na tym budowaniu. Ja myślę, że chciał Szymona po prostu mieć przy sobie, they both wanted to, matka też, a z jakichś powodów nie chciała się wyprowadzić gdzie indziej, zrobiła to dopiero parę lat później, kiedy Szymon właśnie poszedł na studia i już nie miała praktycznie wyboru. Więc Szymon poszedł do liceum w Z., dojeżdżał tam autobusem codziennie, z piętnaście kilometrów, coś koło tego, marna szkoła, marna, Szymon naprawdę źle trafił, tylko kolegów miał fajnych, mówił, naprawdę dobrych przyjacieli, szczególnie dwóch, jeden później he had an accident, motorem, i umarł, ale to dopiero przyszło później. Tak, prawdziwi przyjaciele - mówił. I tak to kisł w tym domu, rok po roku, aż skończył liceum, potem pojechał do Lublina, matka wyprowadziła się do mieszkania w bloku w S., ale bardzo dziwne, nie rozwiedli się z ojcem, nigdy, do końca w papierach byli małżeństwem, póki śmierć ich nie rozłączy, i takie tam pierdoły, wie pan. Żartuję, no ale jednak się nie rozwiedli, nigdy nie wiedziałam dlaczego, mogli sobie przecież na nowo życie ułożyć, nie byli jeszcze tacy starzy, ale oni po jednej stronie się nienawidzili, a po drugiej – nie wiem, jak to nazwać, bynajmniej, jakby sobie byli do czegoś potrzebni. Matka często opowiadała, jak to się na początku kochali i jak to im było dobrze ze sobą. Ojciec był wtedy zupełnie inny, przystojny, wesoły, lubiał tańczyć, bawić się, matka miała dużo chłopaków, to znaczy dużo nią chciało za żonę, naprawdę była piękna, widać na zdjęciach, ale wybrała ojca i potem mówiła często, że tylu ich miała i akurat musiała wybrać najgorszego. Tylko ja myślę, wie pan, nigdy jej tego nie mówiłam, zresztą sama późno to zrozumiałam, długo brałam tylko stronę matki, no więc zrozumiałam, że, no nie wiem, nie wiem, to była jakaś zależność po obu stronach, addicted to love, jak w tej piosence Roberta Palmera, trudno to pewnie panu zrozumieć, mnie też, nie umiem tego lepiej wytłumaczyć, mimo że tam byłam i że dużo rzeczy widziałam. Kiedyś matkę i ojca dzieliłam w myślach, rozdzielałam, dziękuję, teraz myślę o nich razem, myślę, że oni jakoś nie potrafili tego zatrzymać, a czasami nawet wydawało mi się, że tego potrzebowali, że uczepili się tej miłości i nawet nie zauważyli, że to już nie miłość, ale dalej się czepili, jakby nie mogli bez tego żyć, tak, takie miało się wrażenie, kiedy o tym teraz myślę, jakby nie mogli bez tego żyć.
Matka? Po jednej stronie kochana, czuła, opiekuńcza, można było polegać na nią, reliable, jak to mówią, dużo rozmawiała z nami, po drugiej stronie chciała, żeby dzieci były tylko niej i nikogo w świecie. Jakby robiła nas zależnych od siebie, najpierw mnie, potem Szymona, Szymona bardziej, bo z nią dłużej mieszkał, taki synek mamusi, że bez mamusi to sobie nie poradzi, że świat jest zły, ale ona go ochroni, potem źle patrzyła na jego dziewczyny, jakby jej syna zabierały. Ale w sumie rozumiem, była samotna, nie chciała być samotna jeszcze bardziej. Ale Szymon chciał wyjść z tego domu wreszcie. W każdym bądź razie rozumie pan, na zewnątrz ludzie poważni i szanowani, inżynier i urzędniczka, w małym mieście coś takiego dużo znaczy, niby taka szlachta, ojciec i matka przywiązywali uwagę do swojego image, że tacy well educated and high moral, i że z takich dobrych rodzin pochodzą, zwłaszcza matka ciągle mówiła, że jej ojciec był taki wspaniały i czuły, lekarz, a matka, czyli moja babcia, taka spokojna, oddana mężowi, shy, potem chciało mi się śmiać, jak się dowiedziałam od kogoś, kto babkę znał, że jak była młoda, to się lubiała ostro zabawić i że piła i tańczyła, i urządzała parties w czas wojny, a dziadek siedział wtedy w obozie. Jacyś mężczyźni się kręcili, szczegółów nie znam, ale mogę sobie wyobrazić, co się działo. Kiedyś przypadkowo znalazłam w jakiejś starej książce fotografię, babcia była tam, młoda kobieta, very sexy, z papierosem w ustach i ten papieros trzymała jakoś tak, you know, jakby trzymała w nich... A kiedy pobiegłam z tym do matki i jej to pokazałam, i śmiałam się przy tym, to matka się zrobiła czerwona i obraziła się na mnie, że co ja wygaduję, i że żadnego nie mam szacunku dla babci, która przecież taka nie była i wogle. A przecież musiała to wszystko widzieć, te zabawy, tych men, kiedy ojca nie było w domu, już wtedy żyła. Mała była, ale żyła, pięć, sześć lat miała. Wzięła to zdjęcie i już go potem nie widziałam. Tacy byli ci moi rodzice na zewnątrz, ale w środku, co się działo w środku, w tych murach, w tym domu na boku, obok sadów, tego nie wiedział nikt. Jak Szymon poszedł do Lublina, wtedy byłam już w Anglii, bardzo rzadko przyjeżdżałam do Polski, raz na kilka lat, potem wogle przestałam, wszystko mnie tam drażniło, raz na rok, latem, odwiedzała mnie matka, Szymon też, nie tak często, ale był, przez telefon rozmawialiśmy rzadko, były lata, że kontakt prawie się urwał, ja nie chciałam i on chyba też nie, może dlatego, że ja jemu przypominałam to, co było, a on mnie, a obaj chcieliśmy przestać pamiętać. Potem znów było lepiej, przyjeżdżał z Agatą, z Michałem, jeśli idzie o mnie, zmienił się na lepsze, robił wrażenie, że był szczęśliwy, że życie mu się ułożyło. Matka opowiadała o nim i o Agacie to czy tamto, o ich małżeństwie, ale matka nigdy nie mówiła dobrze o żadnym małżeństwie, jakby nawet czasem robiło jej przyjemność, kiedy między Szymonem a Agatą było gorzej, bo przecież było różnie, jak wszędzie, ideałów nie ma, w każdym bądź razie ja widziałam raczej, że się uspokoił, jakby to powiedzieć, wyzdrowiał. I czasami znów był z niego ten chłopiec ze zdjęcia, o którym panu opowiadałam, z czasów zanim to się wszystko zaczęło. Tak go zapamiętałam, ale nie wiem właściwie, jaki był naprawdę, jak mówię, mieliśmy lekki kontakt, może go po prostu źle rozumiałam. Nie pamiętam, co czułam, kiedy wszyscy myśleliśmy, że zaginął. Teraz też nie za dużo. Po co myśleć? Od myślenia lepiej nie jest, tylko gorzej. Dlaczego mnie nie zabił, jak wrócił? Przecież prawie wszystkich zabił? Nie wiem. Nie wiem. I don't know what to say. Że straszne? Tak, straszne. Nie wiem, to wszystko jest takie nie..., nie..., nieprawpododobne, nieprawdopodobne, dziękuję, jak z filmu, a nawet jakby się taki film obejrzało, czy książkę przeczytało, toby ktoś pomyślał, że za dużo tu wszystkiego, tych wszystkich niedobrych historii, i że to kicz jakiś, że ten, co pisał scenariusz, przesadził z efektami. Ale tak było, tak było, nic na to nie można poradzić. Chce pan, żebym powiedziała, że Szymon was a bad man? OK, he was a bad man. Płaczę czasem po nocach, I haven't cried for ages, od wyjazdu z Polski chyba nie płakałam ani razu, not even once, a teraz płaczę, dużo. Żal mi tych wszystkich ludzi, których zabił, to potworne, potworne... He was my brother. Nie wiem, dlaczego to zrobił. Niego... niego też mi żal, nie umiem tego wyrazić. Powiedziałam, co wiem. I don't know much, it's true. But still he was my brother. I hate him. I love him.
I'm tired. Co mam więcej powiedzieć?