Czarna ceremonia - Nora Roberts

Kup ebooka

38.90 zł
30.49 zł (30,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Śmierć była wokół niej. Towa­rzy­szyła w dzień i w nocy. Eve znała jej brzmie­nie, zapach, nawet czuła fizycz­nie jej obec­ność. Potra­fiła patrzeć pro­sto w ponure i prze­bie­głe oczy tego bez­względ­nego wroga, wyko­rzy­stu­ją­cego naj­mniej­szy moment waha­nia, by ude­rzyć i zwy­cię­żyć. Mimo że pra­co­wała w poli­cji już dzie­sięć lat, nie przyj­mo­wała jej ze spo­ko­jem, nie akcep­to­wała.

Tym razem odszedł ktoś bli­ski.

Frank Wojin­sky był dobrym poli­cjan­tem, choć zda­niem nie­któ­rych zbyt pra­co­wi­tym. Pamię­tała go jako miłego czło­wieka, który ni­gdy na nic się nie skar­żył, nawet na nudną i żmudną papier­kową robotę i na to, że cho­ciaż był już po sześć­dzie­siątce, na­dal pozo­sta­wał w stop­niu sier­żanta.

Posi­wiał i zesta­rzał się z god­no­ścią, nie korzy­sta­jąc z usług popu­lar­nych w trze­cim tysiąc­le­ciu chi­rur­gów pla­stycz­nych. Teraz, leżąc w trum­nie, oto­czony liliami, przy­po­mi­nał śpią­cego mni­cha z odle­głych cza­sów.

Zresztą uro­dził się w końcu dru­giego tysiąc­le­cia. Pamię­tał wojny miej­skie, ale nie mówił o nich tak dużo jak jego starsi kole­dzy. O wiele chęt­niej poka­zy­wał zdję­cia i holo­gramy dzieci i wnu­ków. Opo­wia­dał kiep­skie dow­cipy, inte­re­so­wał się spor­tem i miał sła­bość do sojo­wych paró­wek.

Ten czło­wiek, dla któ­rego rodzina zna­czyła tak wiele, zapewne był gorzko opła­ki­wany przez bli­skich. Wszy­scy, któ­rzy znali Franka, kochali go.

Zmarł, mając przed sobą jesz­cze połowę życia. Jego serce, jak się wyda­wało, mocne i zdrowe, ni stąd, ni zowąd prze­stało bić.

- Cho­lera jasna!

Eve odwró­ciła się i poło­żyła dłoń na ramie­niu sto­ją­cego za nią męż­czy­zny.

- Wszyst­kim nam jest bar­dzo przy­kro, Feeney.

Popa­trzył na nią zgnę­biony.

- Łatwiej bym to przy­jął, gdyby zmarł na służ­bie. Ale we wła­snym fotelu, oglą­da­jąc tele­wi­zję! Tak po pro­stu wysia­dło mu serce? To nie­spra­wie­dliwe, Dal­las. Jesz­cze nie musiał umie­rać.

- Wiem. - Objęła kolegę i odcią­gnęła od trumny.

- Opie­ko­wał się mną, wyszko­lił mnie i ni­gdy nie zawiódł - cią­gnął zbo­la­łym i drżą­cym gło­sem. - Na Franka zawsze można było liczyć.

- Wiem - powtó­rzyła, nie znaj­du­jąc słów pocie­sze­nia.

Feeney był zawsze opa­no­wany i silny. Jego przy­gnę­bie­nie tro­chę ją prze­ra­żało. Prze­szli przez salę, prze­dzie­ra­jąc się mię­dzy krew­nymi zmar­łego i jego kole­gami z pracy. Oczy­wi­ście poda­wano tu kawę, a raczej jej erzac. Tam, gdzie poli­cja i śmierć, tam też i kawa. Eve napeł­niła kubek i podała go Feeney­owi.

- Nie mogę prze­stać o nim myśleć, nie mogę prze­bo­leć tej śmierci - wes­tchnął ciężko. Ten wysoki i silny męż­czy­zna nie krył głę­bo­kiego wzru­sze­nia. - Nie roz­ma­wia­łem z Sally, to ponad moje siły. Jest z nią moja żona.

- Nie martw się. Ja też jesz­cze nie skła­da­łam Sally kon­do­len­cji. - Chyba dla uspo­ko­je­nia drżą­cych dłoni nalała sobie kawę, cho­ciaż nie zamie­rzała jej wypić. - Ta śmierć zasko­czyła nas wszyst­kich. Nie wie­dzia­łam, że Frank miał kło­poty z ser­cem.

- Nikt o tym nie wie­dział - odparł cicho. - Nikt.

Eve rozej­rzała się po zatło­czo­nym pomiesz­cze­niu. Wyczu­wała dokoła bez­sil­ność, sama też czuła się bez­radna wobec prze­zna­cze­nia. Poli­cjant łatwiej znosi utratę kolegi, kiedy ten ginie na służ­bie. Można wtedy zatrzy­mać i uka­rać win­nego. Jest zupeł­nie ina­czej, gdy śmierć nastąpi z przy­czyn natu­ral­nych.

Pra­cow­nik domu pogrze­bo­wego, ubrany w tra­dy­cyjny czarny gar­ni­tur, miał twarz bladą niczym twa­rze jego klien­tów. Badaw­czo przy­glą­da­jąc się zgro­ma­dzo­nym w sali, wygło­sił zwy­cza­jową mowę. Eve z tru­dem wysłu­chała pustych fra­ze­sów.

- Podejdźmy do rodziny.

Feeney ski­nął głową.

- Frank cię lubił, Dal­las. "Ta dziew­czyna jest twarda i potrafi myśleć", mówił. Uwa­żał, że można na tobie pole­gać.

Mile zasko­czona pochwałą, poczuła jesz­cze więk­sze przy­gnę­bie­nie.

- Nie przy­pusz­cza­łam, że miał o mnie tak dobre zda­nie.

Feeney popa­trzył na nią uważ­niej. Była wysoka i szczu­pła. Jej inte­re­su­jącą twarz o wyraź­nych rysach wyróż­niał mały dołe­czek w pod­bródku. Oczy miały typowy dla poli­cjantki badaw­czy wyraz. Tylko krótko obcięte zło­ci­sto­kasz­ta­nowe włosy doma­gały się noży­czek fry­zjera.

- Miał o tobie dobre mnie­ma­nie, podob­nie jak ja. Chodźmy przy­wi­tać się z Sally i dzie­cia­kami.

Prze­szli przez salę, któ­rej i tak już ponury nastrój potę­go­wały ściany wyło­żone ciemną boaze­rią, cięż­kie czer­wone zasłony i duszący zapach kwia­tów.

Eve zasta­na­wiała się, dla­czego zmar­łym zawsze towa­rzy­szą kwiaty i czer­wień. Skąd taka tra­dy­cja i dla­czego ludzie na­dal ją kul­ty­wują? Posta­no­wiła, że nie pozwoli, by, gdy nadej­dzie jej czas, wysta­wiono jej ciało w prze­grza­nym pokoju, zawa­lo­nym wień­cami, któ­rych woń koja­rzy się z roz­kła­dem.

Zoba­czyła Sally w oto­cze­niu dzieci i wnu­ków. Patrząc na tę grupkę, zro­zu­miała, że cere­mo­nia prze­zna­czona jest dla żywych.

- Ryan... - Sally wycią­gnęła kru­chą dłoń w stronę Feeneya, a następ­nie pod­su­nęła mu poli­czek do poca­łunku. Zamknęła oczy i zasty­gła w tej pozy­cji na chwilę.

Ta szczu­pła kobieta o łagod­nym gło­sie zawsze była dla Eve uoso­bie­niem deli­kat­no­ści. A prze­cież musiała mieć nerwy ze stali, jeżeli wytrwała ponad czter­dzie­ści lat u boku męża poli­cjanta. Na jej szyi dostrze­gła łań­cu­szek z zawie­szo­nym na nim poli­cyj­nym sygne­tem Franka.

Następny rytuał, następny sym­bol, pod­su­mo­wała w duchu Eve.

- Dobrze, że jesteś - cicho powie­działa Sally.

- Będzie go nam bra­ko­wało - odparł Feeney, nie­zręcz­nie pokle­pu­jąc ją po ramie­niu. Dła­wił go smu­tek. - Wiesz, że jeśli tylko cze­goś ci zabrak­nie...

- Wiem... - Sally uśmiech­nęła się i uści­snęła mu dłoń. Potem zwró­ciła się do Eve. - Dzię­ku­jemy, że jeste­ście tu z nami.

- Frank cie­szył się opi­nią dobrego czło­wieka i dosko­na­łego poli­cjanta.

- Był dumny ze służby w poli­cji - odrze­kła z łagod­nym uśmie­chem Sally. - Jest tu komen­dant Whit­ney z żoną i nad­ko­mi­sarz Tib­ble. I wielu innych. - Wędro­wała zamglo­nym wzro­kiem po sali. - Przy­szło tyle osób. Frank coś dla nich zna­czył.

- Oczy­wi­ście, Sally. - Feeney prze­stę­po­wał z nogi na nogę. - Chyba wiesz o... fun­du­szu dla rodzin.

Znowu się uśmiech­nęła i pokle­pała go po dłoni.

- Dzię­kuję za tro­skę, Ryan, ale niczego nam nie potrzeba. Eve, zdaje się, że nie znasz mojej rodziny. Porucz­nik Dal­las, moja córka Brenda.

Niska, dość tęga. Ciemne włosy i oczy. Podobna do ojca, zano­to­wała w pamięci Eve.

- Syn, Cur­tis.

Szczu­pły, drobna budowa, deli­katne dło­nie, oczy suche, ale jest wyraź­nie przy­bity.

- Moje wnuki.

Było ich pię­cioro. Naj­młod­szy chło­piec w wieku około ośmiu lat z zadar­tym, pie­go­wa­tym nosem, przy­glą­dał się Eve z zain­te­re­so­wa­niem.

- Dla­czego nosisz broń? - Zmie­szana, zasło­niła kaburę kurtką.

- Przy­je­cha­łam pro­sto z komi­sa­riatu. Nie mia­łam czasu wró­cić do domu, aby się prze­brać.

- Pete. - Cur­tis spoj­rzał na Eve prze­pra­sza­jąco. - Nie męcz pani porucz­nik.

- Gdyby ludzie doce­nili siłę woli i ducha, wszelka broń sta­łaby się zbędna. Mam na imię Alice.

Do przodu wysu­nęła się szczu­pła blon­dynka o zdu­mie­wa­ją­cej uro­dzie. Zdu­mie­wa­ją­cej tym bar­dziej, że reszta rodziny wyglą­dała dość pospo­li­cie. Dziew­czyna miała roz­ma­rzone nie­bie­skie oczy i piękne wydatne usta bez cie­nia szminki. Pro­ste włosy opa­dały jej na ramiona. Z szyi zwi­sał długi, się­ga­jący pasa łań­cu­szek, a na nim czarny kamień opra­wiony w sre­bro.

- Alice, jesteś stuk­nięta.

Dziew­czyna zer­k­nęła przez ramię na szes­na­sto­let­niego chłopca, opla­ta­jąc dłońmi czarny kamień, jakby go przed czymś chro­niła.

- Mój brat, Jamie - rzu­ciła słodko. - Cią­gle jesz­cze sądzi, że będę reago­wała na jego zaczepki. Dzia­dek opo­wia­dał mi o pani, pani porucz­nik.

- Miło mi.

- A gdzie pani mąż?

Eve wyczu­wała nie tylko smu­tek dziew­czyny, ale także jej zde­ner­wo­wa­nie.

- Nie­stety, nie ma go na pla­ne­cie. - Spoj­rzała na Sally. - Jed­nak prze­syła wyrazy współ­czu­cia.

- Chyba nie­ła­two pani było robić karierę przy takim czło­wieku jak Roarke - prze­rwała Alice. - Dzia­dek mówił, że jest pani bar­dzo uparta i wytrwała. To prawda?

- Jeśli się nie jest upar­tym, prze­grywa się, a ja prze­grywać nie lubię. - Popa­trzyła pro­sto w dziwne oczy Alice, po czym pochy­liła się do Pete'a i szep­nęła mu do ucha: - Kie­dyś widzia­łam, jak Frank sprząt­nął faceta z tysiąca metrów. Twój dzia­dek był naj­lep­szy. Nie zapo­mnimy go - powie­działa, wycią­ga­jąc do Sally dłoń na poże­gna­nie.

Chciała odejść, ale Alice zła­pała ją za ramię. Ręka dziew­czyny lekko drżała.

- Cie­szę się, że panią pozna­łam. Dzię­kuję, że pani przy­szła.

Eve ski­nęła głową i znik­nęła w tłu­mie. Potem dotknęła kartki, którą Alice wsu­nęła do jej kie­szeni.

Jesz­cze pół godziny krę­ciła się po sali i dopiero kiedy usia­dła w samo­cho­dzie, się­gnęła po liścik i prze­czy­tała go.

Spo­tkajmy się jutro o pół­nocy w klu­bie Akwa­rium. Pro­szę nic nikomu nie mówić. Pani życie jest w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Zamiast pod­pisu wid­niał rysu­nek przy­po­mi­na­jący labi­rynt oto­czony ciemną linią koła. Poiry­to­wana, ale też zain­try­go­wana wci­snęła kartkę do kie­szeni i uru­cho­miła samo­chód. Dzięki czuj­no­ści typo­wej dla poli­cjantki dostrze­gła kry­jącą się w cie­niu postać. Ktoś ją obser­wo­wał.

Kiedy Roarke wyjeż­dżał w inte­re­sach, Eve sta­rała się myśleć, że została w domu sama. Igno­ro­wała obec­ność Sum­mer­seta, kamer­dy­nera męża, co nie sta­no­wiło więk­szego pro­blemu w dużej rezy­den­cji z całym labi­ryn­tem pokoi.

Weszła do sze­ro­kiego holu i rzu­ciła znisz­czoną skó­rzaną kurtkę na rzeź­biony słu­pek, wie­dząc, że dopro­wa­dzi tym Sum­mer­seta do wście­kło­ści. Nie zno­sił, kiedy coś zakłó­cało ele­gancki wygląd domu, zwłasz­cza ona.

Wszedł­szy po scho­dach na pię­tro, zamiast do sypialni, skie­ro­wała się do swo­jego gabi­netu. Skoro Roarke ma jesz­cze jedną noc prze­by­wać poza pla­netą, posta­no­wiła, że prze­śpi się w fotelu relak­su­ją­cym.

Po pracy nie miała czasu niczego prze­gryźć, dla­tego też natych­miast zapro­gra­mo­wała kanapkę z szynką i praw­dziwą kawę. Auto­ku­charz zre­ali­zo­wał zamó­wie­nie w sekundę, ale zanim Eve ugry­zła szynkę, z lubo­ścią wcią­gnęła w noz­drza jej zapach. W takich chwi­lach dzię­ko­wała opatrz­no­ści, że jest żoną czło­wieka, któ­rego stać na kupno praw­dzi­wego jedze­nia, a nie jego che­micz­nych sub­sty­tu­tów.

Pode­szła do biurka i włą­czyła kom­pu­ter. Prze­łknęła kęs kanapki i popiła łykiem kawy.

- Podaj dostępne dane na temat obiektu Alice. Nazwi­sko nie­znane. Matka Brenda, z domu Wojin­sky, dziad­ko­wie ze strony matki, Frank i Sally Wojin­sky.

Prze­twa­rza­nie...

Zabęb­niła pal­cami o blat biurka, po czym wycią­gnęła tajem­ni­czy list i jesz­cze raz go prze­czy­tała.

Obiekt Alice Ling­strom. Uro­dzona 10 czerwca 2040 roku. Pierw­sze dziecko i jedyna córka Jana Ling­stroma i Brendy Wojin­sky, rodzice roz­wie­dzeni. Zamiesz­kała: West Eight Street 486, apar­ta­ment nr 4B, Nowy Jork. Rodzeń­stwo: James Ling­strom, ur. 22 marca 2042 r. Wykształ­ce­nie: ukoń­czona szkoła śred­nia, dwa seme­stry na stu­diach: Harvard. Spe­cja­li­za­cja: antro­po­lo­gia. Drugi kie­ru­nek: mito­lo­gia. Obec­nie pra­cuje jako sprze­daw­czyni w skle­pie Moc Ducha przy West Tenth Street 228, Nowy Jork. Stanu wol­nego.

- Kar­to­teka kry­mi­nalna? Brak.

- Nic spe­cjal­nego - mruk­nęła do sie­bie Eve. - Dane o Mocy Ducha.

Moc Ducha. Sklep wyznaw­ców kultu wicca oraz cen­trum kon­sul­tin­gowe, wła­ści­ciel: Isis Paige i Char­les Forte. Trzy lata przy Tenth Street. Roczny dochód 125 000 dola­rów. Licen­cjo­no­wane wróżki i zie­larki oraz hip­no­te­ra­peuci.

- Wicca? - sark­nęła. - Czary? Jezu. Co to za bagno?

Wicca, pra­dawna reli­gia i magia, kult oparty na wie­rze w naturę, która...

- Wystar­czy.

Eve wes­tchnęła ciężko. Nie inte­re­so­wała jej defi­ni­cja magicz­nych wie­rzeń, ale odpo­wiedź na pyta­nie, dla­czego wnuczka gli­nia­rza zaj­muje się rzu­ca­niem uro­ków i czy­ta­niem ze szkla­nej kuli, a przede wszyst­kim, po co chce się z nią spo­tkać. Dowie się wszyst­kiego, jeśli pój­dzie do Akwa­rium. Popa­trzyła na intry­gu­jący liścik. Z chę­cią by o nim zapo­mniała, gdyby nie pocho­dził od osoby bli­skiej czło­wie­kowi, któ­rego sza­no­wała.

Przy­po­mniała sobie postać kry­jącą się w cie­niu.

Prze­szła do łazienki i zaczęła się roz­bie­rać. Pomy­ślała z żalem, że nie będzie mogła zabrać na spo­tka­nie Mavis, a szkoda, bo przy­ja­ciółce z pew­no­ścią spodo­ba­łoby się w Akwa­rium.

Pro­stu­jąc zmę­czone po całym dniu ciało, zasta­na­wiała się, co będzie robiła przez resztę wie­czoru. Nie przy­nio­sła z biura niczego do pracy. Z ostat­nim zabój­stwem upo­rała się w osiem godzin. Może obej­rzy tele­wi­zję, a może wybie­rze coś z arse­nału Roarke'a, zej­dzie do strzel­nicy i wyła­duje resztki ener­gii? Ni­gdy nie pró­bo­wała broni z okresu wojen miej­skich. To mogłoby być cie­kawe doświad­cze­nie.

Weszła pod prysz­nic.

- Pełny stru­mień, pul­su­jący - rzu­ciła. - Czter­dzie­ści stopni.

Żało­wała, że nie pro­wa­dzi żad­nej sprawy o mor­der­stwo. Zaję­łaby umysł, uspo­ko­iła nerwy. Nagle z iry­ta­cją zro­zu­miała, że czuje się samotna, a Roarke wyje­chał dopiero przed trzema dniami.

Każde z nich miało wła­sne życie. Tak było przed ślu­bem i tak pozo­stało. Ich zaję­cia wyma­gały peł­nego zaan­ga­żo­wa­nia czasu i uwagi. Choć cią­gle ją to zdu­mie­wało, jed­nak jej zwią­zek z Roar­kiem trwał, i to wła­śnie dla­tego, że oby­dwoje byli tak nie­za­leżni.

Przy­bita wła­sną tęsk­notą, wsa­dziła głowę pod stru­mień wody.

Nie poru­szyła się, kiedy poczuła na bio­drach dotyk rąk, które zaraz prze­su­nęły się na piersi. Znała ten dotyk, znała te dłu­gie i wąskie palce. Odchy­liła głowę.

- Och, Sum­mer­set, ty dzi­ku­sie - jęk­nęła, czu­jąc ich dotyk na sut­kach.

- I tak go nie zwol­nię. - Roarke opu­ścił dłoń na jej brzuch.

- Warto było spró­bo­wać. Wró­ci­łeś... - prze­rwała, bo w tej chwili poczuła, jak wsu­wają się w nią jego palce - ...wcze­śniej - dokoń­czyła.

- Powie­dział­bym, że zja­wi­łem się w samą porę. - Odwró­cił ją do sie­bie i mocno poca­ło­wał.

Myślał o żonie pod­czas nie­koń­czą­cego się lotu na Zie­mię. Myślał wła­śnie o tym: o piesz­czo­tach i wsłu­chi­wa­niu się w jej ury­wany oddech.

Usta­wił ją w rogu pod ścianą i przy­warł do jej bio­der.

- Tęsk­ni­łaś?

Czuła bicie serca na myśl, że zaraz będą się kochać.

- Raczej nie.

- W takim razie... - poca­ło­wał ją w czoło - pozwolę ci w spo­koju dokoń­czyć kąpiel.

Natych­miast mocno zaci­snęła nogi.

- Tylko spró­buj, a natych­miast cię zastrzelę.

- Tak więc, w oba­wie o wła­sną skórę... - szep­nął i wszedł w nią wolno, patrząc, jak jej oczy pokrywa mgła.

Kochali się spo­koj­nie, z czu­ło­ścią, jakiej oboje po sobie nie ocze­ki­wali. Wresz­cie osią­gnęli orgazm z cichym wes­tchnie­niem.

- Witaj w domu. - Patrzyła z zachwy­tem na twarz męża, na jego mądre nie­bie­skie oczy i ciemne włosy ocie­ka­jące wodą.

Zawsze po roz­łące, kiedy mu się przy­glą­dała, ogar­niało ją to samo zaska­ku­jące uczu­cie. Wąt­piła, czy kie­dy­kol­wiek przy­zwy­czai się do myśli, iż on nie tylko pożąda jej ciała, ale także ją kocha.

- Wszystko w porządku z Olym­pu­sem?

- Zmiany i opóź­nie­nia. Nic poważ­nego. - Pomy­ślała, że nie musi się mar­twić, bo Roarke potrafi dopil­no­wać, żeby kosmiczna sta­cja i cen­trum roz­rywki, w które zain­we­sto­wał, zostały otwarte na czas.

Wydał pole­ce­nie zamknię­cia stru­mie­nia wody, po czym się­gnął po ręcz­nik, by wytrzeć Eve, choć mogła wejść do kabiny suszą­cej.

- Zaczy­nam rozu­mieć, dla­czego wolisz spać w gabi­ne­cie, kiedy wyjeż­dżam. Ja nie mogłem zasnąć w pre­zy­denc­kim apar­ta­men­cie. - Wziął drugi ręcz­nik i okrę­cił jej głowę. - Nie mogłem zasnąć bez cie­bie.

Przy­tu­liła się do niego.

- Robimy się cho­ler­nie sen­ty­men­talni.

- Mnie to nie prze­szka­dza. W końcu jestem Irland­czy­kiem.

Uśmiech­nęła się. Nie sądziła, żeby któ­ryś z part­ne­rów w inte­re­sach męża albo któ­ryś z wro­gów uwa­żał go za sen­ty­men­tal­nego.

- Żad­nych nowych blizn - stwier­dził, poma­ga­jąc jej wło­żyć szla­frok. - Wnio­skuję z tego, że ostat­nie kilka dni minęły bez wstrzą­sów.

- Pra­wie. Nie licząc pew­nego mło­dzika, któ­rego ponio­sło w cza­sie ero­tycz­nej sesji z płatną panienką. Udu­sił ją. - Eve zawią­zała szla­frok i prze­cze­sała pal­cami włosy. - Prze­stra­szył się i uciekł. Ale widocz­nie drę­czyły go wyrzuty sumie­nia i po kilku godzi­nach sam się do nas zgło­sił. Pro­ku­ra­tura pod­cią­gnęła jego czyn pod nie­umyślne spo­wo­do­wa­nie śmierci. Prze­ka­za­łam sprawę Peabody.

- Aha. - Pod­szedł do kre­densu i wyjął butelkę wina, po czym nalał dwa kie­liszki. - A więc było spo­koj­nie.

- Tak, oprócz dzi­siej­szego pogrzebu.

Naj­pierw zmarsz­czył brwi, ale zaraz twarz mu się wygła­dziła.

- A tak, mówi­łaś mi. Szkoda, że nie mogłem wró­cić wcze­śniej, żeby ci towa­rzy­szyć.

- Feeney bar­dzo prze­żył śmierć Franka. Chyba łatwiej by się z nią pogo­dził, gdyby tam­ten zgi­nął na służ­bie.

Roarke znowu zmarsz­czył czoło.

- Wole­li­by­ście, żeby wasz kolega został zabity, niż opu­ścił ten padół łez bez cier­pień?

- Przy­naj­mniej bym to rozu­miała. - Nie pró­bo­wała tłu­ma­czyć mężowi, że sama też wola­łaby szybką i gwał­towną śmierć. - Ale na tym pogrze­bie coś się zda­rzyło. Pozna­łam rodzinę Franka. Jego naj­star­sza wnuczka jest dość ory­gi­nalna.

- To zna­czy?

- Ma taki dziwny spo­sób mówie­nia. Wyszu­ka­łam wia­do­mo­ści o niej w kom­pu­te­rze.

- Spraw­dza­łaś ją?

- Bar­dzo pobież­nie. Głów­nie dla­tego, że coś mi pod­rzu­ciła. - Eve pode­szła do biurka i podała mu liścik.

- Labi­rynt Ziemi - rzu­cił Roarke po prze­czy­ta­niu listu.

- Słu­cham?

- Mówię o rysunku. To cel­tycki sym­bol.

Eve potrzą­snęła głową ze zdu­mie­niem.

- Skąd ty wiesz tyle dziw­nych rze­czy?

- To wcale nie jest takie dziwne. W końcu wywo­dzę się z Cel­tów. To pra­dawny święty sym­bol magiczny.

- Wszystko do sie­bie pasuje. Wygląda na to, że dziew­czyna zaj­muje się magią, cho­ciaż ma dyplom z Harvardu. Mimo że stu­dio­wała w naj­lep­szej uczelni, jest teraz sprze­daw­czy­nią w jakimś skle­pie z krysz­ta­łami i zio­łami.

Roarke powiódł pal­cem po rysunku. W dzie­ciń­stwie, w Dubli­nie, widział nie­je­den taki. Pra­dawne reli­gie wyko­rzy­sty­wane były przez różne gangi, a także przez zago­rza­łych pacy­fi­stów. Oczy­wi­ście oby­dwie strony uży­wały haseł reli­gij­nych jako uspra­wie­dli­wie­nia dla zabi­ja­nia lub daro­wa­nia życia.

- Domy­ślasz się, dla­czego ona chce się z tobą spo­tkać?

- Nie. Pew­nie jej się wydaje, że zoba­czyła moją aurę albo coś takiego. Mavis, dopóki jej nie przy­mknę­łam za wykra­da­nie port­feli prze­chod­niom, pro­wa­dziła taki oszu­kań­czy inte­res powią­zany z wróż­biar­stwem. Twier­dzi, że ludzie zapłacą każde pie­nią­dze za to, że powiesz im to, co chcą usły­szeć. A jesz­cze wię­cej, jeśli powiesz im to, czego nie chcą wie­dzieć.

- I dla­tego wła­śnie oszu­ści i poli­tycy są ludźmi tego samego pokroju. - Uśmiech­nął się. - Zakła­dam, że tak czy ina­czej wybie­rasz się na spo­tka­nie?

- Jasne.

Jesz­cze raz zer­k­nął na kartkę.

- Idę z tobą.

- Ale ona napi­sała...

- Mało istotne, co napi­sała. - Roarke opróż­nił kie­li­szek i posta­wił zde­cy­do­wa­nym ruchem czło­wieka przy­zwy­cza­jo­nego, że dostaje to, czego pra­gnie. - Nie będę ci wcho­dził w drogę, tylko ci towa­rzy­szył. Mimo że Akwa­rium to w zasa­dzie spo­kojne miej­sce, mogą się tam krę­cić podej­rzane typy.

- Podej­rzane typy to moje zaję­cie - zauwa­żyła rze­czowo Eve, po czym prze­chy­liła głowę. - Czy ty przy­pad­kiem nie jesteś wła­ści­cie­lem tego klubu?

- Nie. - Uśmiech­nął się. - A chcia­ła­byś?

Roze­śmiała się i pocią­gnęła go za rękę.

- Chodźmy spać.

*

Zre­lak­so­wana i wtu­lona w męża zasnęła jak dziecko. Tym więk­sze było jej zdzi­wie­nie, gdy zale­d­wie po dwóch godzi­nach cał­ko­wi­cie się roz­bu­dziła. Nie męczył jej żaden kosz­mar, nie była spo­cona, nie drżała i nic jej nie dole­gało.

A jed­nak coś ją roz­bu­dziło. Leżała nie­ru­chomo, wpa­tru­jąc się w sze­ro­kie okno i wsłu­chu­jąc w równy oddech Roarke'a.

Unio­sła się i spoj­rzała w nogi łóżka. W jej stronę bły­snęły ciemne śle­pia. W ostat­niej chwili Eve opa­no­wała krzyk. Zdała sobie sprawę z cię­żaru na sto­pach. Sir Gala­had, pomy­ślała i ode­tchnęła. Kot musiał wsko­czyć na łóżko i to ją obu­dziło. Ot i cała tajem­nica.

Poło­żyła się z powro­tem, przy­tu­liła do męża, wes­tchnęła i zamknęła oczy.

Tylko kot, myślała, zapa­da­jąc w sen.

Jed­nak mogłaby przy­siąc, że sły­szała czy­jeś nuce­nie.

Rozdział 2

2

Następny dzień zaczął się od nawału pracy i Eve nie miała czasu myśleć o dziw­nym incy­den­cie w nocy. W mie­ście pano­wał spo­kój, więc uznała, że to świetny moment na porządki w biu­rze, a raczej na zle­ce­nie ich asy­stentce.

- Jak można mieć taki bała­gan w kom­pu­te­rze. - Szczera i uczciwa twarz Delii Peabody wyra­żała praw­dziwe roz­ża­le­nie.

- Wiem, gdzie co mam - odparła Eve. - Upo­rząd­kuj pliki tak, żebym na­dal się orien­to­wała, gdzie co jest, ale żeby to miało jakąś logikę. To zada­nie jest dla cie­bie za trudne?

- Dam sobie radę. - Peabody wykrzy­wiła twarz za jej ple­cami.

- To wspa­niale, tylko pro­szę nie robić min. Nawet jeśli mam bała­gan w kom­pu­te­rze, jak to uję­łaś, to dla­tego, że ten rok był tro­chę napięty. Ponie­waż to ja cię szkolę, mogę ci zle­cić tę pracę. - Uśmiech­nęła się lekko. - Mam nadzieję, że w przy­szło­ści ty także, Peabody, doro­bisz się pod­wład­nego, któ­remu będziesz zle­cać upier­dliwe zaję­cia.

- Pani wiara we mnie jest wzru­sza­jąca, pani porucz­nik. Aż bra­kuje mi tchu. - Peabody łyp­nęła w stronę kom­pu­tera. - A może duszę się, ponie­waż są tu pliki sprzed pię­ciu lat, które już od roku powinny być prze­słane do cen­trali.

- Więc wyślij je teraz. - Eve uśmiech­nęła się sze­rzej, sły­sząc hur­kot w kom­pu­te­rze, a zaraz potem zawia­do­mie­nie o błę­dzie sys­te­mo­wym. - Życzę powo­dze­nia.

- Tech­nika może być naszym sprzy­mie­rzeń­cem, tylko trzeba ją rozu­mieć.

- Ja wszystko rozu­miem. - Eve dwu­krot­nie wal­nęła pię­ścią w kom­pu­ter. Maszyna znów zaczęła dzia­łać. - Widzisz?

- Jest pani nie­sa­mo­wi­cie deli­katna, porucz­nik Dal­las. Teraz rozu­miem, dla­czego chło­paki z labo­ra­to­rium celują rzut­kami w twoje zdję­cie.

- Dalej to robią? Chry­ste, ale są pamię­tliwi. - Eve wzru­szyła ramio­nami i usia­dła na rogu biurka. - Co wiesz na temat magii? Cza­rów?

- Jeśli chce pani rzu­cić urok na kom­pu­ter, to na nie­wiele się zdam. - Peabody z zaci­śnię­tymi zębami prze­su­wała pliki.

- Jesteś z rodziny wyznaw­ców Wol­nego Wieku - zauwa­żyła Eve.

- Zawie­sza się. No, popra­cuj jesz­cze tro­chę - popę­dzała kom­pu­ter Delia. - Tak, ale - wyja­śniła sze­fo­wej - wol­no­wie­kowcy nie są wyznaw­cami wicca. Niby oby­dwie reli­gie są reli­giami Ziemi, opar­tymi na natu­ral­nym porządku kosmosu, ale... ty sukin­synu, gdzie to się podziało?

- Słu­cham? Gdzie co się podziało?

- Nic. - Dziew­czyna z napię­ciem wpa­try­wała się w moni­tor. - Nic. Pro­szę się o nic nie mar­twić. Zresztą i tak pew­nie nie potrze­bo­wała pani tych pli­ków.

- Czy to jakiś żart, Peabody?

- No wła­śnie. Cha, cha. - Kro­ple potu spły­nęły po czole asy­stentki. Zawzię­cie ude­rzała pal­cami w kla­wia­turę. - O jest. Już po spra­wie. Wszystko wró­ciło na miej­sce. A teraz wyślemy to do cen­trali. - Ode­tchnęła ciężko. - Czy mogła­bym się napić kawy? Żeby zacho­wać przy­tom­ność umy­słu.

Eve spoj­rzała na ekran moni­tora, ale nie zoba­czyła niczego zatrwa­ża­ją­cego. Bez słowa wstała i zle­ciła auto­ku­cha­rzowi przy­go­to­wa­nie kawy.

- Dla­czego inte­re­sują panią wika­nie? Chce się pani do nich przy­łą­czyć? - Peabody uśmiech­nęła się, a widząc złość w oczach prze­ło­żo­nej, dodała: - Znowu tylko żar­to­wa­łam.

- Widzę, że masz dzi­siaj dobry humor. Jestem po pro­stu cie­kawa.

- No cóż, ist­nieje zbież­ność głów­nych zasad w Wol­nym Wieku i kul­cie wicca. Poszu­ki­wa­nie har­mo­nii, czcze­nie pór roku wywo­dzące się z zamierz­chłych cza­sów, cał­ko­wity zakaz uży­wa­nia prze­mocy.

- Zakaz uży­wa­nia prze­mocy? - Eve zmru­żyła oczy. - A co z uro­kami, zaklę­ciami i ofia­rami? Naga dzie­wica na ołta­rzu i czarne koguty, któ­rym odcina się głowy?

- To obrazy z lite­ra­tury, choćby z Szek­spira. Główne źró­dło myl­nych sądów. Kapłanki wicca nie są wiedź­mo­wa­tymi, prze­ra­ża­ją­cymi sta­ru­chami pich­cą­cymi w wiel­kich kotłach podej­rzane wywary. Nie stra­szą małych dzieci. Wika­nie lubią nagość, ale nikogo nie krzyw­dzą. Korzy­stają wyłącz­nie z bia­łej magii.

- Jej prze­ci­wień­stwem jest...

- ...Czarna magia.

Eve przy­glą­dała się pod­wład­nej.

- Ty chyba nie wie­rzysz w te zabo­bony?

- Nie. - Orzeź­wiona kawą Peabody wró­ciła do pracy przy kom­pu­te­rze. - Znam kilka pod­sta­wo­wych zaklęć, ponie­waż mój kuzyn zaczął wyzna­wać reli­gię wicca. Już jakiś czas należy do zgro­ma­dze­nia w Cin­cin­nati.

- Masz kuzyna, który należy do zgro­ma­dze­nia w Cin­cin­nati? - Eve wybuch­nęła śmie­chem i odsta­wiła na biurko kubek z kawą. - Peabody, ty mnie cią­gle zaska­ku­jesz.

- Kie­dyś opo­wiem pani o mojej babci i jej pię­ciu kochan­kach.

- Pię­ciu kochan­ków w życiu to wcale nie tak wielu.

- Nie w życiu, tylko w mie­siącu. Naraz. - Pod­nio­sła poważny wzrok. - Bab­cia ma dzie­więć­dzie­siąt osiem lat. Mam nadzieję, że się w nią wro­dzi­łam.

Eve, hamu­jąc śmiech, spoj­rzała na łącze, któ­rego brzę­czyk wła­śnie się ode­zwał.

- Dal­las... - Na ekra­nie poja­wiła się twarz komen­danta Whit­neya.

- Tak jest, panie komen­dan­cie.

- Chciał­bym z panią jak naj­szyb­ciej poroz­ma­wiać. Pro­szę do mnie.

- Będę za pięć minut. - Eve roz­łą­czyła się i z nadzieją popa­trzyła na Peabody. - Może jakaś nowa sprawa. Dokończ czysz­cze­nie kom­pu­tera. Dam ci znać, jeśli coś się wyda­rzy. - Na odchod­nym jesz­cze się odwró­ciła i powie­działa: - Tylko nie zjedz mojego bato­nika.

- Cho­lera - zaklęła pod nosem Peabody. - Czy ona zawsze musi wyczuć sprawę?

*

Whit­ney więk­szość zawo­do­wego życia zaj­mo­wał kie­row­ni­cze sta­no­wi­sko. Zale­żało mu, by znać swo­ich pod­wład­nych, wie­dzieć, w czym są naj­lepsi i jakie są ich man­ka­menty. Umiał też zro­bić uży­tek z oby­dwu.

Był to potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna o dużych dło­niach robot­nika i ciem­nych bystrych oczach, o któ­rych nie­je­den mówił, że są zimne. Zacho­wy­wał wręcz prze­ra­ża­jący spo­kój, ale jak to bywa, pod maską opa­no­wa­nia drze­mał wul­kan.

Eve go sza­no­wała, cza­sami lubiła i zawsze podzi­wiała.

Kiedy weszła do biura, sie­dział przy biurku i ze zmarsz­czo­nym czo­łem czy­tał jakiś doku­ment. Nie ode­rwał wzroku, tylko gestem dłoni wska­zał na krze­sło. Usia­dła, przy­glą­da­jąc się powietrz­nemu tram­wa­jowi, prze­pły­wa­ją­cemu aku­rat za oknem. Jak zawsze zdzi­wiła ją liczba pasa­że­rów z lor­net­kami i szpie­gow­skimi oku­la­rami.

Zasta­na­wiała się, co też ci ludzie spo­dzie­wają się ujrzeć za oknami budynku poli­cji? Tor­tu­ro­wa­nie podej­rza­nych, strze­la­ninę, zakrwa­wione ofiary? I dla­czego bawią ich takie fan­ta­zje?

- Widzia­łem panią wczo­raj na pogrze­bie.

Wró­ciła myślami do gabi­netu.

- Zdaje się, że przy­szli wszy­scy poli­cjanci z komendy.

- Frank był lubiany.

- To prawda.

- Ni­gdy pani z nim nie pra­co­wała?

- Dał mi kilka wska­zó­wek, kiedy zaczy­na­łam.

Whit­ney, nie prze­sta­jąc kiwać głową, nie spusz­czał z niej wzroku.

- Był part­ne­rem Feeneya. Potem, kiedy prze­szedł ze służby na ulicy do biura, pani została part­nerką Feeneya.

Eve zaczy­nała czuć się nie­swojo.

- Tak, panie komen­dan­cie. Feeney bar­dzo prze­jął się śmier­cią Franka.

- Wiem. Dla­tego nie ma go dzi­siaj w pracy. - Whit­ney oparł łok­cie na biurku i splótł dło­nie. - Pani porucz­nik, mamy tu do czy­nie­nia z deli­katną sprawą.

- Doty­czącą sier­żanta Wojin­sky'ego?

- Infor­ma­cja, którą zamie­rzam pani powie­rzyć, jest w naj­wyż­szym stop­niu poufna. Oprócz pani asy­stentki nikt nie może o niczym wie­dzieć. Pro­szę o zacho­wa­nie dys­kre­cji. Roz­ka­zuję - popra­wił się - żeby pra­co­wała pani nad tą sprawą zupeł­nie sama.

W tej chwili Eve poczuła już strach. Pomy­ślała o Feeneyu.

- Zro­zu­mia­łam.

- Ist­nieją pewne oko­licz­no­ści doty­czące śmierci sier­żanta Wojin­sky'ego, które wyma­gają wyja­śnie­nia.

- Oko­licz­no­ści?

- Muszę zazna­jo­mić panią z zastrze­żo­nymi danymi. - Opu­ścił dło­nie na biurko. - Jakiś czas temu powia­do­miono mnie, że sier­żant Wojin­sky albo pro­wa­dził śledz­two na wła­sną rękę, albo zajął się nie­le­gal­nymi sub­stan­cjami.

- Nar­ko­tyki? Frank? To nie­moż­liwe.

Whit­ney nawet nie mru­gnął.

- Dwu­dzie­stego dru­giego wrze­śnia tego roku jeden z detek­ty­wów z wydziału do spraw nar­ko­ty­ków widział sier­żanta Wojin­sky'ego w obser­wo­wa­nym przez poli­cję podej­rza­nym cen­trum dys­try­bu­cji nie­le­gal­nych sub­stan­cji. W pry­wat­nym klu­bie Athame, zwią­za­nym z jakimś kul­tem reli­gij­nym. W tym klu­bie odby­wają się indy­wi­du­alne i gru­powe sesje sek­su­alne. Wydział nar­ko­ty­ków ma na oku to miej­sce już od dwóch lat. Widziano, jak Frank kupo­wał tam nar­ko­tyki.

Eve mil­czała; komen­dant nabrał głę­boko powie­trza i kon­ty­nu­ował.

- Zosta­łem natych­miast powia­do­miony o zaj­ściu. Zwró­ci­łem się do Franka z prośbą o wyja­śnie­nie, ale on nie był skory do roz­mowy - zawa­hał się, jed­nak posta­no­wił skoń­czyć. - Szcze­rze mówiąc fakt, że Frank ani nie potwier­dził, ani nie zaprze­czył, że w grun­cie rze­czy w ogóle nie chciał roz­ma­wiać na ten temat, zupeł­nie mi do niego nie paso­wał. Mar­twi­łem się. Pole­ci­łem mu zro­bie­nie testów na obec­ność w orga­ni­zmie nar­ko­ty­ków i pora­dzi­łem, żeby wziął tydzień urlopu. Zgo­dził się na wszystko. Wtedy testy nic nie wyka­zały. Ze względu na jego nie­ska­zi­telną prze­szłość oraz ponie­waż dobrze go zna­łem, to wyda­rze­nie nie zostało odno­to­wane w jego aktach. - Wstał i odwró­cił się do okna. - Być może popeł­ni­łem błąd. Gdy­bym wtedy nie zosta­wił tej sprawy, może teraz Frank by żył i nie byłoby tej roz­mowy.

- Zaufał pan swo­jemu osą­dowi. Miał pan zaufa­nie do Franka.

Spoj­rzał na nią. Jego oczy nie były zimne, tylko pełne napię­cia.

- Tak, to prawda. Ale teraz otrzy­ma­łem wię­cej danych. Stan­dar­dowa autop­sja wyka­zała we krwi Wojin­sky'ego obec­ność naparst­nicy, środka naser­co­wego oraz zeusa.

- Zeus. - Teraz Eve wstała. - Frank nie zaży­wał nar­ko­ty­ków, panie komen­dan­cie. Pomi­ja­jąc to, jakim był czło­wie­kiem, zaży­wa­nie tak moc­nego nar­ko­tyku jak zeus pozo­sta­wia widoczne ślady. Widać to po oczach, po zmia­nie w zacho­wa­niu. Gdyby brał zeusa, wie­działby o tym każdy funk­cjo­na­riusz w cen­trali. Poza tym testy by to wyka­zały. Musiała nastą­pić jakaś pomyłka. - Wepchnęła ręce w kie­sze­nie, z tru­dem powstrzy­mu­jąc się od cho­dze­nia. - To prawda, że nie­któ­rzy poli­cjanci zaży­wają nar­ko­tyki i na doda­tek sądzą, że odznaka chroni ich przed pra­wem. Ale Frank do nich nie nale­żał. Nie, on był czy­sty.

- W jego krwi wykryto kilka nar­ko­ty­ków. To wła­śnie przez tę mie­szankę doszło do zatrzy­ma­nia pracy serca i śmierci.

- Podej­rzewa pan, że przedaw­ko­wał? - Eve potrzą­snęła głową. - To nie­moż­liwe.

- Powta­rzam, wykryto u niego nar­ko­tyki.

- W takim razie musi ist­nieć jakieś inne wytłu­ma­cze­nie. Śro­dek naser­cowy? - Zmarsz­czyła brwi. - Mówił pan, że przed kil­koma tygo­dniami Frank robił sobie bada­nia. Dla­czego nie wyka­zały, że miał kło­poty z ser­cem?

- Naj­bliż­szy przy­ja­ciel Franka jest naj­lep­szym infor­ma­ty­kiem w mie­ście.

- Feeney? - Zro­biła dwa kroki do przodu. - Myśli pan, że Feeney go krył i wyczy­ścił mu akta? Do dia­bła, panie komen­dan­cie!

- Nie mogę wyklu­czyć takiej moż­li­wo­ści - odparł sucho. - Ani pani. Przy­jaźń może i zazwy­czaj wpływa na obiek­ty­wizm oceny. Ufam, że pani przy­jaźń z Feeneyem nie wpły­nie na pani osąd. - Znowu pod­szedł do biurka, sym­bolu swo­jej wła­dzy. - Te zarzuty i podej­rze­nia trzeba bez­względ­nie wyja­śnić.

Gorące języki stra­chu w żołądku Eve zmie­niły się w praw­dziwy pło­mień.

- Chce pan, żebym popro­wa­dziła docho­dze­nie prze­ciwko moim kole­gom, z któ­rych jeden nie żyje, a drugi mnie szko­lił i jest moim przy­ja­cie­lem. - Poło­żyła dło­nie na biurku. - Jest także pań­skim przy­ja­cie­lem, panie komen­dan­cie.

Spo­dzie­wał się gniewu. Tak jak się spo­dzie­wał, że Eve zgo­dzi się jed­nak przy­jąć tę sprawę.

- Wola­łaby pani, żebym zle­cił śledz­two komuś innemu? - Uniósł pyta­jąco brwi. - Chcę, żeby to było prze­pro­wa­dzone po cichu. Wszel­kie dane i nowe fakty ma pani prze­ka­zy­wać bez­po­śred­nio mnie. Jeśli będzie pani zmu­szona poroz­ma­wiać z rodziną Wojin­sky'ego, pro­szę uczy­nić to dys­kret­nie i tak­tow­nie. Nie ma potrzeby pogłę­biać ich smutku.

- A jeśli wywą­cham coś, co zapa­sku­dzi Fran­kowi kar­to­tekę?

- Wtedy ja się tym zajmę.

Wypro­sto­wała się.

- Prosi mnie pan o cho­lerną przy­sługę.

- To nie prośba, lecz roz­kaz - popra­wił. - Tak będzie pani łatwiej, pani porucz­nik. - Podał jej dwie zapie­czę­to­wane dys­kietki. - Niech to pani przej­rzy w domu. Pro­szę się komu­ni­ko­wać ze mną poprzez swój domowy kom­pu­ter. Nic nie może prze­cho­dzić przez cen­tralę, dopóki nie zmie­nię roz­kazu. Jest pani wolna.

Obró­ciła się na pię­cie i ruszyła do drzwi, ale zatrzy­mała się przy nich. Nie spoj­rzała jed­nak do tyłu.

- Do cho­lery, nie będę kapo­wała na Feeneya.

Whit­ney odpro­wa­dził ją wzro­kiem, potem zamknął oczy. Wie­dział, że Eve zrobi to, co do niej należy. Miał tylko nadzieję, że nie będzie musiała zro­bić wię­cej, niż zdoła znieść.

Kiedy szła do swo­jego pokoju, krew w niej wrzała. Peabody sie­działa przed moni­to­rem kom­pu­tera z dum­nym uśmiesz­kiem.

- Wła­śnie się z nim upo­ra­łam. Sta­wiał nie­zły opór, ale go poko­na­łam.

- Wyłącz kom­pu­ter, Peabody - rzu­ciła krótko i się­gnęła po kurtkę i torbę. - Zbie­raj się.

- Mamy sprawę? - Asy­stentka sko­czyła na równe nogi. - Jaką? Dokąd idziemy? - Musiała biec, żeby nadą­żyć za sze­fową. - Dal­las? Pani porucz­nik?

Eve z całej siły wci­snęła guzik windy. Jej wście­kłe spoj­rze­nie zamknęło usta Delii. Wsia­dły do windy peł­nej poli­cjan­tów.

- Hej, Dal­las, jak tam świeżo upie­czeni mał­żon­ko­wie? Namów swo­jego boga­tego męża, żeby wyku­pił naszą kan­tynę i zaopa­trzył ją w coś dobrego do żar­cia.

Rzu­ciła przez ramię lodo­wate spoj­rze­nie na roz­ra­do­waną twarz mówią­cego.

- Możesz mnie ugryźć wiesz gdzie, Car­ter.

- Pró­bo­wa­łem trzy lata temu i nie­omal poła­ma­łaś mi zęby. Wolę nie ryzy­ko­wać - odciął się kolega.

W win­dzie wybuchł gło­śny śmiech.

- Bo jesteś dup­kiem, Car­ter - par­sk­nął ktoś inny.

- Nie gor­szym niż ty, Foren­sky. Hej, Peabody - cią­gnął Car­ter - chcesz, żebym cię ugryzł?

- A kiedy ostat­nio byłeś u den­ty­sty?

- Obie­cuję, że zaraz po wizy­cie zgło­szę się do cie­bie. - Mru­gnął do niej i wraz z resztą poli­cjan­tów wyto­czył się z windy.

- Car­ter jest niczego sobie - pró­bo­wała zała­go­dzić incy­dent Peabody, prze­stra­szona, że Eve cią­gle wpa­truje się przed sie­bie. - Szkoda, że to taki pajac. - Żad­nej odpo­wie­dzi. - Ale Foren­sky też jest milutki - cią­gnęła, nie zra­ża­jąc się mil­cze­niem. - Chyba nie ma nikogo na stałe?

- Nie inte­re­suje mnie pry­watne życie kole­gów - wark­nęła Eve i kiedy zje­chały na poziom garażu, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem wyszła z windy.

- Ale moje cię inte­re­suje - mruk­nęła Peabody pod nosem. Zacze­kała, aż sze­fowa wyłą­czy alarm, po czym usia­dła na miej­scu dla pasa­żera. - Mam zapro­gra­mo­wać drogę, czy chcesz mi zro­bić nie­spo­dziankę? - Zamru­gała, widząc, że Eve opu­ściła głowę na kie­row­nicę. - Hej, dobrze się pani czuje? Co się dzieje, Dal­las?

- Wpisz trasę do mnie do domu. - Eve nabrała powie­trza i wypro­sto­wała się. - Powiem ci wszystko w cza­sie jazdy. To są ści­śle poufne infor­ma­cje. - Wypro­wa­dziła samo­chód z garażu na ulicę. - Masz prawo skła­dać raport jedy­nie mnie lub komen­dan­towi.

- Rozu­miem. - Peabody prze­łknęła ślinę. - Cho­dzi o kogoś z naszych, prawda?

*

Jej domowy kom­pu­ter nie był tak zanie­czysz­czony jak biu­rowy. Roarke tego dopil­no­wał. Dane szybko poja­wiły się na ekra­nie.

Detek­tyw Marion Burns. To ona była taj­nia­kiem w Athame. Pra­co­wała w klu­bie przez osiem mie­sięcy jako bar­manka. Eve zaci­snęła usta.

- Burns. Nie znam jej.

- A ja tro­chę znam. - Peabody przy­su­nęła bli­żej swoje krze­sło. - Pozna­łam ją, kiedy byłam... no wiesz, w cza­sie tej sprawy z Casto. Zro­biła na mnie wra­że­nie solid­nej. Jeśli dobrze pamię­tam, jest poli­cjantką w trze­cim poko­le­niu. Jej matka na­dal pra­cuje, w stop­niu kapi­tana, chyba w Bunko. Dzia­dek prze­szedł na eme­ry­turę w cza­sie wojen miej­skich. Nie mam poję­cia, dla­czego zagięła parol na Wojin­sky'ego.

- Może po pro­stu zamel­do­wała o tym, co widziała. Będziemy musiały spraw­dzić. Raport zło­żony Whit­ney­owi jest dość krótki i suchy. Dwu­dzie­stego dru­giego wrze­śnia dwa tysiące pięć­dzie­sią­tego ósmego o godzi­nie dzie­sią­tej trzy­dzie­ści zauwa­żyła sier­żanta Wojin­sky'ego, jak sie­dział w klu­bie przy sto­liku ze znaną dilerką nar­ko­ty­ków Seliną Cross. Wojin­sky prze­ka­zał Cross kilka żeto­nów kre­dy­to­wych w zamian za małą paczkę, która zawie­rała zabro­nione sub­stan­cje. Roz­mowa trwała nie wię­cej niż kwa­drans, po czym Cross prze­sia­dła się do innego sto­lika. Wojin­sky pozo­stał w klu­bie jesz­cze dzie­sięć minut, potem wyszedł. Detek­tyw Burns śle­dziła go przez dwie prze­cznice, aż wsiadł do publicz­nego środka loko­mo­cji.

- A więc nie widziała, jak zaży­wał nar­ko­tyki?

- Nie. Nie widziała też, żeby tej nocy ani żad­nej następ­nej w cza­sie jej zmiany poja­wił się ponow­nie w klu­bie. Burns znaj­duje się na pierw­szym miej­scu na liście osób, które musimy prze­słu­chać.

- Tak jest. Dal­las, może Wojin­sky zwie­rzył się Feeney­owi, skoro się przy­jaź­nili? A może Feeney sam coś zauwa­żył?

- No nie wiem. - Eve potarła oczy. - Athame. Co to, do dia­bła, jest to Athame?

- Nie mam poję­cia. - Peabody wycią­gnęła pod­ręczny kom­pu­ter i wpro­wa­dziła dane. - Athame, obrzę­dowy nóż, narzę­dzie rytu­alne, zazwy­czaj wyko­nane ze stali. Tra­dy­cyj­nie athame nie jest uży­wany do cię­cia, tylko do ryso­wa­nia kół w reli­giach ziemi. - Popa­trzyła na Eve. - Znowu czary. To raczej nie przy­pa­dek.

- Raczej nie. - Eve się­gnęła do szu­flady po list od Alice, po czym poka­zała go pod­wład­nej. - Dosta­łam to od wnuczki Franka na pogrze­bie. Oka­zuje się, że dziew­czyna pra­cuje w jakimś skle­pie, który nosi nazwę Moc Ducha. Znasz go?

- Tak. - Na twa­rzy Peabody poja­wił się wyraz zanie­po­ko­je­nia. Odło­żyła list na biurko. - Wika­nie nie są agre­sywni, Dal­las. Sto­sują zioła, nie nar­ko­tyki. Żaden orto­dok­syjny wika­nin nie kupi, nie sprzeda ani nie zażyje zeusa.

- A naparst­nica? - Eve prze­krzy­wiła głowę. - To zio­łowy lek poda­wany cho­rym na serce, prawda?

- Tak. Medy­cyna używa jej od wie­ków.

- Czy działa pobu­dza­jąco?

- Nie znam się na sztuce uzdra­wia­nia, ale sądzę, że tak.

- Tak jak zeus. Cie­kawe, co się dzieje, kiedy się połą­czy te dwa środki? Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby źle dobrane dawki mogły być przy­czyną zawału serca.

- Myślisz, że Wojin­sky sam się zabił?

- Komen­dant coś o tym wspo­mi­nał. Drę­czy mnie tyle pytań - rzu­ciła ze znie­cier­pli­wie­niem Eve. - Musimy dzia­łać i zaczniemy od Alice. Chcę, żebyś się zja­wiła w klu­bie po jede­na­stej w cywil­nym ubra­niu. Sta­raj się wyglą­dać jak wyznaw­czyni Wol­nego Wieku, a nie jak gli­niarz.

Peabody wykrzy­wiła usta.

- Mam sukienkę, którą mama uszyła mi na uro­dziny. Włożę ją, ale wścieknę się, jeśli będzie się pani ze mnie śmiała.

- Posta­ram się opa­no­wać. A na razie spró­bujmy wyko­pać coś na temat tej Seliny Cross i klubu Athame.

Pięć minut póź­niej uśmie­chała się ponuro do moni­tora.

- Inte­re­su­jące. Nasza Selina to nie­złe ziółko. Tylko popatrz na kar­to­tekę. Tro­chę sobie w życiu posie­działa. Za pro­sty­tu­cję w czter­dzie­stym trze­cim i czter­dzie­stym czwar­tym roku. Oskar­że­nie o napad też w czter­dzie­stym czwar­tym. Trzy lata póź­niej zamknięta w Bunko za pro­wa­dze­nie nie­le­gal­nego stu­dia mediu­micz­nego. Po co ludzie chcą gadać ze zmar­łymi? Podej­rzana o oka­le­cza­nie zwie­rząt w czter­dzie­stym dzie­wią­tym. Za mało dowo­dów, żeby ją aresz­to­wać. Pro­duk­cja i dys­try­bu­cja nar­ko­ty­ków. Za to ją zamknęli w pięć­dzie­sią­tym. Prze­sie­działa rok. Płotka. Ale w pięć­dzie­sią­tym pią­tym była prze­słu­chi­wana w spra­wie zwią­za­nej z rytu­al­nym zabój­stwem nie­let­niego. Miała alibi.

- Dział nar­ko­ty­ków obser­wo­wał ją od pięć­dzie­sią­tego pierw­szego roku - dodała Peabody.

- Ale jej nie zamknęli.

- Sama powie­dzia­łaś, że to płotka. Szu­kają grub­szych ryb.

- No cóż, zoba­czymy, co ma do powie­dze­nia Marion. Popatrz, tu jest napi­sane, że Selina Cross jest wła­ści­cielką klubu Athame. - Eve wydęła pogar­dli­wie usta. - Skąd taka mier­nota wzięła pie­nią­dze na kupno klubu i pro­wa­dze­nie go? Jest tylko przy­krywką dla kogoś. Cie­kawe, czy "nar­ko­tyki" wie­dzą, dla kogo? Zobaczmy, jak ona wygląda. Kom­pu­ter, pro­szę poka­zać zdję­cie obiektu Selina Cross.

- Uf - sap­nęła Peabody, kiedy podo­bi­zna kobiety poja­wiła się na ekra­nie. - Straszna.

- Takiej twa­rzy się nie zapo­mina - mruk­nęła Eve. Kobieta na zdję­ciu miała pocią­głe i ostre rysy. Do tego pełne, bar­dzo czer­wone usta, oczy czarne jak onyks, cerę jasną i gładką. Ogól­nie spra­wiała wra­że­nie zim­nej i prze­ra­ża­ją­cej, jak zauwa­żyła Peabody. Czarne włosy, ucze­sane z prze­dział­kiem na środku głowy, opa­dały luźno na ramiona. Na lewej powiece wid­niał mały tatuaż.

- Co to za znak? - zain­te­re­so­wała się Dal­las. - Powiększ obraz o trzy­dzie­ści pro­cent.

- Pen­ta­gram - oświad­czyła Peabody drżą­cym gło­sem, aż Eve zer­k­nęła na nią z zacie­ka­wie­niem. - Odwró­cony. Ona nie jest wikanką, Dal­las - odchrząk­nęła. - To sata­nistka.

*

Eve nie wie­rzyła w magię - ani białą, ani czarną. Rozu­miała jed­nak, że ludzie wie­rzą w takie bzdury, a co wię­cej, czę­sto je wyko­rzy­stują.

- Bądź ostrożna, Eve.

Spoj­rzała w bok. Roarke uparł się, że będzie pro­wa­dził. Nie pro­te­sto­wała, bo wszyst­kie jego samo­chody były sto razy lep­sze od jej poli­cyj­nego gru­chota.

- Co masz na myśli?

- Musi ist­nieć przy­czyna, że pewne reli­gie prze­trwały wieki.

- Ta przy­czyna to ludzka łatwo­wier­ność, którą daje się bez więk­szych kło­po­tów wyko­rzy­stać. Zamie­rzam spraw­dzić, czy ktoś nie wyko­rzy­stał Franka.

Opo­wie­działa mężowi o docho­dze­niu, nie przej­mu­jąc się, że zdra­dza tajem­nicę. Bar­dzo chciała, by jej pomógł.

- Jesteś dobrą poli­cjantką i wraż­liwą kobietą. Cza­sami aż nazbyt dobrą i nazbyt wraż­liwą. - Zatrzy­mał się na świa­tłach i spoj­rzał na nią. - Pro­szę cię, żebyś przy tej spra­wie zacho­wała szcze­gólną ostroż­ność.

Jego twarz kryła się w cie­niu, a głos brzmiał poważ­nie.

- Mówisz o cza­row­ni­cach i czci­cie­lach dia­bła? Roarke, prze­cież mamy trze­cie tysiąc­le­cie. Sata­ni­ści, też coś! - Strzep­nęła włosy z twa­rzy. - Cie­kawa jestem, co oni chcie­liby zro­bić z tym sza­ta­nem, gdyby ist­niał. I jak zwró­ci­liby na sie­bie jego uwagę?

- W tym cały pro­blem - odparł cicho i skrę­cił na zachód do klubu Akwa­rium.

- Dia­bły rze­czy­wi­ście ist­nieją - wark­nęła, kiedy par­ko­wał na dru­gim pozio­mie nad zie­mią. - Mają ludz­kie ciała i cho­dzą na dwóch nogach. Widzie­li­śmy takich wielu.

Wysia­dła i zeszła na ulicę. Wiał lekki wiatr. Na czar­nym nie­bie nie widać było ani księ­życa, ani gwiazd, migały tylko świa­tła powietrz­nego ruchu ulicz­nego.

Znaj­do­wali się w czę­ści mia­sta, którą upodo­bali sobie arty­ści.

Tu nawet restau­ra­cje były czy­ste i zamiast paró­wek z soi ofe­ro­wały hybry­dowe owoce. Więk­szość ulicz­nych sprze­daw­ców zwi­nęła na noc swoje stra­gany, ale za dnia kusiły one prze­chod­niów ręcz­nie wyko­naną biżu­te­rią, tka­nymi gobe­li­nami oraz zio­ło­wymi pły­nami do kąpieli i her­bat­kami.

Żebracy nie byli tu namolni, a ich licen­cje widziało się już z daleka. Dzienny uro­bek, zamiast na che­miczne używki, prze­zna­czali na jedze­nie. W tej oko­licy nawet prze­stępstw było mniej niż gdzie indziej. Tylko czyn­sze osią­gały tu mor­der­cze kwoty, za to wiek miesz­kań­ców i sprze­daw­ców wyda­wał się zadzi­wia­jąco niski. Eve nie mia­łaby nic prze­ciwko temu, żeby tu miesz­kać.

- Przy­je­cha­li­śmy za wcze­śnie - stwier­dziła, z przy­zwy­cza­je­nia uważ­nie lustru­jąc ulicę. Potem na jej twa­rzy poja­wił się kpiący uśmie­szek.

- Popatrz na to. Psy­chic Deli. Pew­nie na główne danie ser­wują haszysz z jarzy­nami, a na przy­stawkę wróżbę z ręki. Otwarte. Wcho­dzimy? - zwró­ciła się do Roarke'a pod wpły­wem nagłego impulsu i chęci zmiany ponu­rej atmos­fery.

- Chcesz, żeby ci powró­żyli?

- A co mi tam. - Zła­pała go za rękę. - To mnie wpro­wa­dzi w odpo­wiedni nastrój do ści­ga­nia sata­ni­stycz­nych han­dla­rzy nar­ko­ty­ków. Może dadzą nam zniżkę i powróżą też tobie.

- Nie lubię wró­że­nia z ręki.

- Tchórz - mruk­nęła i pchnęła go przez drzwi.

- Raczej jestem ostrożny.

Musiała przy­znać, że w środku uno­sił się wspa­niały zapach. Nie jakiejś tam sma­żo­nej cebuli i cięż­kich sosów, tylko deli­katna woń przy­praw i kwia­to­wej esen­cji dosko­nale pasu­jąca do cichej muzyczki sączą­cej się w tle.

Małe białe stoły z bia­łymi krze­słami stały w odpo­wied­niej odle­gło­ści od lady, na któ­rej za błysz­czącą czy­ściutką szklaną taflą usta­wiono miski i tale­rze z kolo­ro­wym jedze­niem. W lokalu było tylko dwoje gości. Mieli ogo­lone głowy, białe ubra­nia i san­dały na gołych sto­pach. Sie­dzieli pochy­leni nad miskami z zupą.

Za ladą stał jego­mość w obszer­nej nie­bie­skiej koszuli. Na pal­cach obu rąk błysz­czały mu srebrne pier­ście­nie, a sple­cione w war­kocz włosy przy­trzy­my­wała srebrna prze­pa­ska. Uśmiech­nął się do wcho­dzą­cych.

- Bądź­cie bło­go­sła­wieni. Pra­gnie­cie pokarmu dla ciała czy dla ducha?

- Sądzi­łam, że pan nam dora­dzi. - Eve uśmiech­nęła się kąśli­wie. - Może jakieś wróżby?

- Z ręki, tarot, runy czy aura?

- Z ręki. - Dobrze się bawiąc, wycią­gnęła dłoń.

- Naszą wróżką jest Cas­san­dra. Pro­szę usiąść wygod­nie, a ona zaraz do cie­bie podej­dzie, sio­stro. Wasze aury są bar­dzo mocne - dodał, kiedy odcho­dzili. - Dobrze się dobra­li­ście.

Się­gnął po drew­nianą pałeczkę z zaokrą­glo­nym ran­tem i prze­cią­gnął deli­kat­nie po brzegu zmro­żo­nej misy.

Roz­legł się wibru­jący dźwięk i zza pacior­ko­wej kur­tyny wyło­niła się zaraz jakaś kobieta w srebr­nej tunice. Jej ramiona zdo­biły srebrne bran­so­lety. Eve zwró­ciła uwagę, że kobieta jest bar­dzo młoda. Miała nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia lat.

- Witam - ode­zwała się z lek­kim irlandz­kim akcen­tem. - Usiądź­cie wygod­nie. Czy mam powró­żyć obojgu?

- Nie, tylko mnie. - Eve zajęła miej­sce przy naj­dal­szym sto­liku. - Ile to kosz­tuje?

- Wró­że­nie z ręki jest bez­płatne. Pro­simy wyłącz­nie o dobro­wolne datki. - Usia­dła z gra­cją i uśmiech­nęła się do Roarke'a. - Będziemy wdzięczni za szczo­drość. Popro­szę o rękę, z którą się pani uro­dziła.

- Uro­dzi­łam się z oby­dwiema.

- Popro­szę lewą. - Deli­kat­nie ujęła w palce dłoń Eve. - Siła i odwaga. Pani prze­zna­cze­nie nie zostało wska­zane. Jakaś trauma, prze­rwa w życiu, kiedy była pani jesz­cze dziec­kiem. - Unio­sła szare oczy. - Nie ciąży na pani żadna wina.

Zaci­snęła palce, bo Eve instynk­tow­nie chciała cof­nąć dłoń.

- Nie musi pani wszyst­kiego pamię­tać, przy­naj­mniej do czasu, aż będzie pani gotowa. Żal i zwąt­pie­nie w sie­bie, zablo­ko­wane emo­cje. Samotna kobieta, która zna­la­zła sobie jeden cel. Duża potrzeba spra­wie­dli­wo­ści. Zdy­scy­pli­no­wana, z wielką moty­wa­cją... zanie­po­ko­jona. Pani serce było zła­mane, wię­cej niż zła­mane, pokie­re­szo­wane. Teraz strzeże pani tego, co zostało. To silna dłoń. Można jej zaufać.

Sta­now­czym gestem się­gnęła po prawą rękę. Szare oczy nie prze­sta­wały bacz­nie obser­wo­wać twa­rzy Eve.

- Więk­szość prze­szło­ści nosi pani w sobie. Prze­szłość nie da pani spo­koju, nie ucich­nie. Ale zna­la­zła pani swoje miej­sce. Wła­dza pani odpo­wiada, a także zwią­zana z nią odpo­wie­dzial­ność. Jest pani uparta, czę­sto jed­no­stronna, ale pani serce jest pra­wie wyle­czone. Pani kocha.

Znowu zer­k­nęła na Roarke'a, a jej usta zła­god­niały, kiedy ponow­nie zwró­ciła wzrok ku Eve.

- Jest pani zasko­czona głę­bią tego uczu­cia. To panią zbija z tropu, choć zazwy­czaj nie jest łatwo wypro­wa­dzić panią z rów­no­wagi. - Prze­cią­gnęła kciu­kiem po wierz­chu dłoni. - Pani serce sięga głę­boko. Jest... wybredne. Jest ostrożne, ale kiedy się oddaje, to cał­ko­wi­cie. Nosi pani iden­ty­fi­ka­tor. Odznakę. - Uśmiech­nęła się. - Tak, doko­nała pani słusz­nego wyboru. Być może jedy­nego dostęp­nego. Zabi­jała pani. Nie raz. Nie miała pani wyj­ścia, jed­nak ciąży to na pani umy­śle i sercu. Z tru­dem oddziela pani inte­lekt od emo­cji. Zabije pani znowu.

Szare oczy zaszkliły się i deli­katny uścisk stę­żał.

- Jest ciemno. To ciemne moce. Zło. Już nie­jedno życie padło jego ofiarą, a będą następne. Ból i strach. Ciało i dusza. Musi pani chro­nić sie­bie i tych, któ­rych pani kocha.

Odwró­ciła się do Roarke'a, zła­pała jego dłoń i zaczęła mówić szybko po cel­tycku. Twarz jej pobla­dła.

- Wystar­czy. - Prze­ra­żona Eve wyrwała wróżce rękę. - Ale pokaz. - Ziry­to­wana, że czuje na dłoni ciarki, potarła nią o spodnie. - Masz dobre oko, Cas­san­dro. I nie­złą gadkę. - Się­gnęła do kie­szeni, wycią­gnęła pięć­dzie­siąt żeto­nów kre­dy­to­wych i poło­żyła na stole.

- Pocze­kaj. - Cas­san­dra otwo­rzyła małą, wyszy­waną torebkę i wyjęła z niej gładki, jasno­zie­lony kamień. - To pre­zent. Sym­bo­liczna pamiątka. - Wepchnęła kamień w dłoń Eve. - Noś go przy sobie.

- Dla­czego?

- A dla­czego nie? Pro­szę, przyjdź­cie ponow­nie. Niech was bło­go­sła­wią moce świa­tła.

Eve jesz­cze raz przed odej­ściem wróżki przyj­rzała się jej pobla­dłej twa­rzy.

- A więc nici z "prze­po­wia­dam ci długą zamor­ską podróż" - mruk­nęła, idąc do wyj­ścia. - Co ona ci powie­działa?

- Nie bar­dzo znam ten dia­lekt. Chyba pocho­dzi z zachod­nich hrabstw. - Roarke zaczerp­nął powie­trza. - Mówiła głów­nie o tym, że jeżeli kocham cię tak bar­dzo, jak sądzi, to będę przy tobie. Powie­działa, że twoje życie jest w nie­bez­pie­czeń­stwie, a być może także dusza, i że mnie potrze­bu­jesz, aby prze­trwać.

- Co za bzdury. - Spoj­rzała na kamień w dłoni.

- Zatrzy­maj go. - Zamknął na nim jej palce. - Nie zaszko­dzi ci.

Eve wzru­szyła ramio­nami i wepchnęła kamień do kie­szeni.

- Myślę, że będę się trzy­mała z dala od psy­choli.

- Wspa­niały pomysł - pochwa­lił Roarke.

Prze­szli przez ulicę i sta­nęli przed Akwa­rium.

Rozdział 3

3

Akwa­rium zro­biło na Eve wra­że­nie. Przede wszyst­kim było tu ciszej niż w innych klu­bach. Deli­katne tony muzyki mie­szały się ze szme­rem roz­mów gości.

Usta­wie­nie sto­li­ków przy­po­mi­nało rysu­nek z liściku od Alice. Ściany wyło­żone były lustrami w kształ­cie gwiazd i księ­ży­ców. Na każ­dym z luster wisiał kan­de­labr ze świecą, któ­rej pło­mień odbi­jał się w szkla­nej tafli, a pomię­dzy nimi pla­kietki z nie­zna­nymi Eve sym­bo­lami i posta­ciami. Były tam mała scena i bar, przy któ­rym sie­dzieli goście na stoł­kach ozdo­bio­nych zna­kami zodiaku. Dopiero po chwili Eve uzmy­sło­wiła sobie, że zna osobę sie­dzącą na stołku z dwiema twa­rzami Bliź­niąt.

- Jezu, to Peabody.

Roarke prze­niósł wzrok na dziew­czynę w dłu­giej zie­lo­no­nie­bie­skiej sukni. Na szyi miała trzy sznury pacior­ków, a w uszach podłużne kol­czyki z kolo­ro­wego metalu.

- No, no - powie­dział i uśmiech­nął się lekko. - Nasza groźna pani sier­żant wygląda niczego sobie.

- Z pew­no­ścią... się nie wyróż­nia - uznała Eve. - Idź z nią poga­dać, a ja pocze­kam na Alice.

- Z przy­jem­no­ścią, pani porucz­nik. - Spoj­rzał na jej wytarte dżinsy, znisz­czoną skó­rzaną kurtkę i uszy bez ozdób. - Nato­miast ty się wyróż­niasz.

- Czy to przy­tyk?

- Nie. - Dotknął dołeczka w jej pod­bródku. - Tylko spo­strze­że­nie. - Odszedł i usiadł obok Peabody. - Co taka miła wiedźma robi w tym lokalu?

Dziew­czyna skrzy­wiła się i obrzu­ciła go ponu­rym spoj­rze­niem.

- Czuję się w tym stroju jak pajac.

- Wyglą­dasz ślicz­nie.

Delia prych­nęła.

- To nie mój styl.

- Wiesz, jaka jest prawda o kobie­tach, Peabody? - Trą­cił pal­cem jej długi kol­czyk, wpra­wia­jąc go w waha­dłowy ruch. - Macie wiele sty­lów. Co pijesz?

Zaczer­wie­niła się, mimo wszystko zado­wo­lona z pochwały.

- Strzelca. To mój znak. Drink jest ponoć meta­bo­licz­nie i duchowo dopa­so­wany do mojej oso­bo­wo­ści. - Upiła łyk z prze­zro­czy­stego kie­li­cha. - Nawet nie­zły. A jaki jest twój znak?

- Nie mam poję­cia. O ile dobrze pamię­tam, uro­dzi­łem się w pierw­szym tygo­dniu paź­dzier­nika.

- To musi być Waga - odrze­kła zdzi­wiona, że można nie wie­dzieć takich rze­czy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki