2. Historia zamku i Podzamcza Piekoszowskiego
Matka wspólnie z kuzynem, Jędrkiem Bronikowskim, sprzedała odziedziczony majątek. Niedługo potem brat mojej Matki (Franciszek) wypłacił jej posag. Zebrane pieniądze stanowiły pokaźną sumę, która pozwalała na zakup jakiegoś większego majątku ziemskiego. Zarysowała się wreszcie perspektywa lepszego, dostatniego życia.
Moi Rodzice upatrzyli sobie interesującą posiadłość i Ojciec zadatkował sporą kwotę jako sumę gwarancyjną rychłego zakupu. Tymczasem nadeszła wysoka inflacja, wskutek czego zamierzający sprzedać nieruchomość właściciel wycofał się z transakcji, zwracając zadatek. Spadek wartości pieniądza był tak szybki (szalała hiperinflacja), że nawet konieczność zwrotu podwójnej kwoty zadatku przestała być barierą. Narastająca inflacja marki polskiej sprawiała, że z każdym dniem wartość posiadanych przez Rodziców pieniędzy topniała w oczach. Nie było z kim rozmawiać o sprzedaży majątków ziemskich. Nikt nie chciał przyjąć zadatku ani też czegoś sprzedać. A trzeba było ratować resztki majątku poprzez jakiś zakup, aby nie zostać z kupką niewiele wartych pieniędzy.
W końcu, pchani koniecznością ratowania niknącego posagu, kupili w 1921 roku Podzamcze ze starym zamkiem, do którego należała też dobrze prosperująca garbarnia wraz ze stawami rybnymi. Jak na tamte czasy ziemi nie było dużo, może z pięćdziesiąt hektarów, ale w zasadzie nie było tak źle.
Takie były początki mojego dzieciństwa.
Pamiętam ciekawą legendę związaną z naszym zamkiem. Kiedyś biskup kielecki wybudował piękny zamek obok katedry w Kielcach. Na poświęcenie zaprosił wielu notabli, między innymi wojewodę Tarłę. Po uroczystościach tenże wojewoda, chcąc się zrewanżować, zaprosił eminencję do swojej siedziby. Biskup odpowiedział jednak, że i owszem, przyjmie zaproszenie, ale tylko do zamku, który odpowiadałby wspaniałością jego. Do byle szlachetki w dworkach nie miał zamiaru jeździć. Tarło natychmiast na to zareagował, mówiąc, że zaprasza na swój zamek za cztery lata. Założyli się, że wojewoda twierdził, iż zdoła do tego czasu zbudować pałac, a hierarcha kościelny nie wierzył w to, że mu się uda. Nadało to tylko towarzyskiego rumieńca temu epizodowi.
Minęły cztery lata i pałac został ukończony. Zbudowany został na planie pałacu biskupiego w Kielcach, bo proponujący zakład Tarło nie chciał się narazić na zarzut zbudowania mniejszej rezydencji. Kielecki pałac ma baszty odsunięte od głównego bloku, podczas gdy piekoszowski posiadał baszty na rogach budowli głównej.
Legenda mówi, że Tarło obiecał swojej żonie, księżniczce Annie Czartoryskiej, iż zawiezie ją saniami do jej zameczku, który budował przy okazji na sztucznie usypanej wyspie, otoczonej także sztucznie wykopanym stawem. Ponieważ jednak nie zdołał dokończyć tego zamysłu do zimy i wywiązać się z danej obietnicy, musiał coś wymyślić, aby wyjść z tego honorowo. Kiedy zatem uporał się z budową i nadeszło lato, wysypał drogę solą (imitującą śnieg) od pałacu aż do wyspy na stawie, gdzie znajdował się ów pałacyk dla żony. A trzeba pamiętać, że w tamtych czasach sól kosztowała majątek. Pomimo to zrobił wszystko, by móc dopełnić obietnicy i zawieźć swoją żonę Annę na wyspę obiecanymi saniami. Dane słowo miało bowiem wielką wartość.
Od tego momentu pałacyk zwany zameczkiem wraz ze stawem i wysepką zaczęto nazywać Salament, a kawałki jego muru przetrwały do mojego dzieciństwa.
Poprzedni właściciel Podzamcza, rozparcelowując ziemię, wydzielił dwie tak zwane resztówki: jedną z zamkiem i drugą obok.
Kupiona resztówka z Podzamcza składała się wówczas z zamku, niewielkiego pola (kilkadziesiąt hektarów), dużego ogrodu kwiatowego, później zamienionego w sad warzywno-owocowy oraz stawów i także garbarni.
Tę drugą resztówkę kupił Żyd Pelc z Kielc, były legionista i lekarz (leczył także nas). Ten zacny człowiek, pracując wówczas w kieleckim szpitalu, wielce zasłużył się dla miasta i mógł sobie na to pozwolić. Na resztówce zbudował willę, później jednak sprzedał tamtą nieruchomość, gdy objął kierownictwo żydowskiego szpitala w Kielcach. Odkupił ją szybko były ukraiński policjant, który podobno był łapówkarskim dorobkiewiczem i z tego powodu został wcześniej wyrzucony z policji. Dla mnie najważniejsze było to, że miał córkę w moim wieku, ale o tym później.
Zamek był zatem stale zamieszkiwany, jednak za moich czasów niestety już tylko w jego południowo-wschodniej części z basztą na rogu oraz w części zachodniej, gdzie znajdowały się stajnie i obora.
Ojciec znalazł sobie zajęcie przy prowadzeniu garbarni i hodowli karpi. W tym czasie całe garbarstwo było w zasadzie w rękach Żydów. Mój Rodzic, jak coś robił, to dokładnie i z naukową systematyką, poprowadził więc garbarnię bardzo solidnie. Wkrótce na jego skóry zaczął szybko rosnąć popyt, i to do tego stopnia, że już niedługo potem zaczęły stanowić konkurencję na lokalnym rynku. Mozolne odbudowywanie zdewaluowanego majątku stało się więc realne. Zanim jednak nabrało tempa, Żydzi spalili garbarnię wraz z naszymi płonnymi, jak się okazało, nadziejami. Nie była ubezpieczona, dlatego oznaczało to jej koniec. Pozostały więc jeszcze karpie. Podobnie jak ze skórami, Ojciec bardzo przykładał się do ich hodowli, popartej szybko zdobywaną wiedzą i konsekwencją w pracy. I w tym przypadku nie trzeba było długo czekać na efekty, bo wnet wyhodował bardzo dorodne okazy. W stawie okalającym była wówczas najzimniejsza woda - prosto ze źródła. Tam też były chowane tak zwane matki - kilkukilogramowe, olbrzymie samice. Wyławiało się je na wiosnę i wpuszczało do stawu narybkowego. Tam przechodziły tarło, z ikry wylęgał się narybek. Staw był bardzo płytki, aby woda mogła się szybko nagrzewać. Później ze stawu narybkowego wyławiało się te rybki do innych stawów, w których narybek dorastał do tak zwanych kroczków - rybek nadających się już do hodowli, które były potem sprzedawane. Większe od narybku, ale jeszcze za małe do zjedzenia. Miały może z dziesięć centymetrów.
Były też stawy, w których hodował duże ryby do konsumpcji. Zwykle, pod koniec jesieni, spuszczało się wodę w stawach rybnych, dokonując odłowów ryb, pozostawiając wodę jedynie w dwóch zbiornikach. O odłowach wiedzieli także kupcy żydowscy, którzy przyjeżdżali w tym czasie do wsi z pustymi beczkami. Tam dokonywali zakupu większej liczby tych ryb po cenach hurtowych. Na ich widok po okolicy rozchodziła się szybko wieść, że "Żyd z beczką odjechał", co było sygnałem dla czekających na zapłatę za prace na roli i w ogrodzie w okresie wiosenno-letnim chłopów. Przybywali więc licznie po należne im wynagrodzenie.
Tak było do momentu spalenia wspomnianej garbarni. Ponieważ od tamtego czasu zniknęły nam istotnie dochody z handlu skórami, reszta pieniędzy ze sprzedaży ryb musiała nam wystarczyć na cały rok, ale zwykle kończyły się tuż przed zimą. Sytuacja zmieniła się znacząco, gdy tym razem Żydzi z Kielc zaoferowali bardzo niską cenę. Prawdopodobnie zrobili to ze względu na panujący w kraju kryzys lub też wykorzystali nasze trudne położenie. Ojciec nie przyjął propozycji i tym razem postanowił pojechać samemu z karpiami na niedaleki targ miejski w Kielcach, zakładając, że otrzyma wyższe ceny. Wysłał przed sobą wóz z beczką. Kiedy jednak dojechał w okolice targu, zobaczył ją rozbitą na ziemi wraz z leżącymi wokół rybami. Roztrzęsiony woźnica wyjaśnił mu prędko, że gdy zbliżał się do targu, jego wóz otoczyła zgraja żydowskich wyrostków, którzy wzniecili rejwach i na oczach tamtego zrzucili beczkę pełną ryb. Incydent ten skutecznie odstręczył Ojca od dalszych prób bezpośredniej sprzedaży, a tym samym zdobywania większych dochodów; zgodził się na dyktat pośredników.
Z tych powodów gospodarka, którą prowadzili od tej pory moi Rodzice, nie przynosiła już takich dochodów. Płody z roli uzyskiwali jedynie na własne potrzeby. Dlatego Matka musiała dodatkowo prowadzić jeszcze inspekty z jarzynami na sprzedaż, przed wojną jednak wiele nie można było z tego zarobić. W efekcie ledwie wystarczało pieniędzy latem, a z jesiennej sprzedaży ryb opłacani byli chłopi za letnie prace polowe. Na zimę pieniędzy już nie wystarczało i wtedy nastawała u nas bieda.
Widmo braku środków do życia, które powstało z utraty dochodów ze sprzedaży skór, przygnębiło Rodziców. Nie załamali jednak rąk i wyciągnąwszy wnioski, Ojciec zaczął poszukiwać nowego źródła dochodów, ale tym razem poza gospodarstwem.
Jako technik interesował się nowinkami technicznymi. Notabene miał duże zdolności w tym kierunku, a ponieważ był to czas narodzin radiofonii w Polsce, radio go urzekło. Otworzył z jakimś znajomym sklep radiowy w Kielcach.
Przypominam sobie z tego okresu dzieciństwa, jak Ojciec zasiadał przy maszynie do szycia i nawijał cewki do radia. Takie z cienkich drucików miedzianych. Dlatego można powiedzieć, że od dziecka wychowywałam się przy radiu. Brak prądu w domu nie był przeszkodą i radio grało całymi dniami dzięki zmontowanym przez Ojca kuwetom z blaszkami i kablami, w których umieścił siarczan miedzi. W ten sposób radio mogło grać bez przerwy, toteż nie wyłączano go. Nawyk ten pozostał mi do dzisiaj i radio mam włączone praktycznie przez cały dzień.
Powstała w ten sposób szansa, że dochód ze sprzedaży radioodbiorników z powodzeniem zastąpi nam straty na skórach.
Wspólnik poprosił Ojca o podżyrowanie weksli pod większy kredyt na rozwój interesu. Pieniądze otrzymali i kiedy wydawało się, że przed nimi i nami otwiera się lepsza przyszłość, wspólnik po kryjomu skradł pieniądze ze sklepu i zniknął. Ojciec mógł jeszcze odnieść sukces, gdyż był to wówczas, w czasach burzliwego rozwoju w kraju ery radiofonii, najlepszy moment do zbicia majątku na radioodbiornikach. Ponieważ jednak nie miał smykałki do interesów, sklep szybko upadł. Splajtował może też z powodu tych kilku wcześniejszych niepowodzeń, które pozbawiły go energii do dalszej walki.
Mało z tego pamiętam, bo miałam wtedy kilka lat, ale utkwiły mi w głowie ciągłe wizyty komornika, który przychodził i coś klajstrował. Dlatego sama w dorosłym życiu nigdy nie podpisywałam żadnych weksli.
Moje życie rozpoczęło się 13 czerwca 1921 roku i wcale nie była to dla mnie pechowa data. Dzieciństwo spędziłam częściowo na wsi, a częściowo w szkołach klasztornych.