Czarci pył - Mariusz Majewski

Kup ebooka

24.90 zł
20.67 zł (21,17 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

BASTARD

Gdy zamknął za sobą drzwi, puścił się pędem ze schodów. Wybiegł na podwórko i natychmiast poraziły go intensywne promienie czerwcowego słońca. W uszy wdzierało się donośne, poranne cykanie świerszczy. Ogarnęła go dziecięca, niewinna radość. Zostawił za sobą ponurą atmosferę rodzinnego domu, wypełnioną resentymentem, nieustającymi kłótniami i postępującym alkoholizmem rodziców. Drogę do szkoły miał stosunkowo krótką. Im bardziej oddalał się od domu, tym większy ogarniał go spokój. Nawet podwórko, które właśnie mijał, nie pozwalało cieszyć się w pełni radością dziecięcych zabaw. Zdarzało się bowiem i tak, że w trakcie beztroskich chwil spędzanych razem z kolegami, z wyższych pięter bloku dobiegały go odgłosy awantur i kłótni, coraz częściej, coraz bardziej zawzięcie toczonych pomiędzy jego rodzicami. Zaciekłe pogwary wydobywające się z okien rodzinnego domu, gwałtownie i nieodwracalnie przerywały beztroską, radosną zabawę. W takich chwilach zazwyczaj oddalał się od rówieśników i przechodził na drugą stronę bloku. Tam, w niewielkiej odległości od ulicy, roztaczał się gęsto pokryty różnorodną roślinnością, dziko zarastający park. W podobnych sytuacjach stawał się dla chłopca wytęsknioną oazą spokoju i zapomnienia. Im głębiej zapuszczał się w jego zielone ostępy, porośnięte starymi drzewami i trudnymi do przebycia zaroślami, tym szybciej opuszczała go dziecięca gorączka. Niczym zaklęty okrąg, zielony ogród chronił go przed złowrogim, zewnętrznym światem. Błądząc wśród odmętów roślinności, wyobrażał sobie rodziców jako wzajemnie kochającą się, wspierającą w każdej sytuacji parę; dom wypełniony ciepłem, radością i przynoszącą spokój stabilizacją.

Dzień dobiegał końca. Prześwitująca spomiędzy gałęzi ogromna, czerwienią żarząca się tarcza, była sygnałem, że już niedługo będzie musiał wracać. W parku gwałtownie zmierzchało. W sercu chłopca ponownie budził się niepokój. Zadawał sobie wiele pytań, niemogących doczekać się jakiejkolwiek odpowiedzi. Czy rodzice przestali się już kłócić? Czy ojciec jest jeszcze w domu, czy zdenerwowany sprzeczką, trzasnął wściekle drzwiami i poszedł dalej pić? W jakim nastroju jest mama? Czy nic jej się nie stało? Czy jej nie uderzył? A może ona również, chcąc zapomnieć nieprzyjemną awanturę, upiła się i teraz śpi nieprzytomnie? A jeśli zamknęła drzwi na klucz, to jak on dostanie się teraz do środka? Już przecież nieraz zdarzało się, że po kłótni z mężem, gdy ten w pośpiechu opuszczał mieszkanie z zamiarem natychmiastowego upicia się, zamykała za nim drzwi, po czym przechodziła do swojego pokoju, gdzie zazwyczaj upijała się do całkowitej utraty świadomości, co skutkowało głębokim, niczym niezmąconym snem. W podobnych chwilach zapłakany chłopiec, mimo donośnego okładania drzwi drobnymi pięściami, nie był w stanie obudzić śpiącej pijanym snem matki. Gdy wreszcie udawało mu się dostać do domu - zazwyczaj dzięki pomocy życzliwego sąsiada, który przez bliźniaczy balkon wchodził do mieszkania obok i otwierał je od wewnątrz - do wczesnych godzin rannych nie mógł zasnąć z nadmiaru kłębiących się w nim emocji. Do szkoły nierzadko wstawał zaspany i niewypoczęty, często nie odrobiwszy nawet lekcji. Mimo wszystko był jednym z najlepszych uczniów w klasie, pilnym i obowiązkowym. Nawet wymagające sporej uwagi i nie lada umiejętności zadania, był w stanie odrobić naprędce w przerwach pomiędzy kolejnymi lekcjami.

Szedł dalej. Gdy zostawił za sobą podwórko, dobiegł go znajomy, słodki zapach waniliowych lodów. Starszy mężczyzna serwował je z niewielkiego okienka, znajdującego się w jednej ze ścian dwukondygnacyjnego, blaszanego SAM-u. Chłopiec spojrzał w jego stronę i uśmiechnął się. Już nie pamiętał, kiedy ostatni raz stał w kolejce po ulubione łakocie, ściskając w wilgotnej dłoni pięciozłotówkową monetę.

Szedł dalej. Po drugiej stronie sklepu znajdował się zupełnie inny świat. Ławka, którą niemal od świtu do nocy okupowali mężczyźni, nieustannie spożywający tanie gatunki alkoholu.

Po upadku największego zakładu w mieście, wielu pracujących w nim niegdyś robotników, z braku perspektyw i bez najmniejszej szansy na znalezienie jakiegokolwiek zatrudnienia, całą swoją frustrację było skłonnych zapijać alkoholem, który przynosił upragniony, choć kruchy, szybko mijający spokój. Chłopiec niemal zawsze widział w ich towarzystwie swojego ojca. Jednak tym razem, bez lęku, bez najmniejszego żalu spojrzał w stronę znienawidzonej ławki. Wiedział bowiem, że jego ojciec śpi w swoim łóżku. Wiedział, że jest pijany, wyczerpany nocną kłótnią z żoną.

Sytuacja była inna, gdy wracał ze szkoły. Już od pierwszych minut ostatniej lekcji jego przygnębiony umysł wypełniały myśli o konieczności powrotu do domu. W takich okolicznościach niechętnie przystawał na towarzystwo. Wolał wracać sam. Nie chciał oglądać nieznośnie zaciekawionych, rozbawionych twarzy swoich rówieśników, patrzących w stronę głośno zachowujących się, żywo gestykulujących mężczyzn. Był tam przecież jego ojciec. W podobnych chwilach był nawet gotów, choć nigdy tego nie uczynił, puścić się pędem za jakimś młokosem i stłuc go.

Szedł dalej. Po przejściu ulicy znalazł się na terenie szkoły. Był szczęśliwy, pełen otuchy. Przed nim - długim rzędem w stronę wejścia - zmierzali uczniowie. Na ich plecach kolebały się radośnie tornistry. I choć wielu z nich myślami było już po zakończonych lekcjach, w domu rodzinnym lub na podwórku, chłopiec pragnął, aby zajęcia ciągnęły się w nieskończoność. Nie chciał wracać tam, gdzie czekały go jedynie strach i odbierający jakąkolwiek chęć działania niepokój.

Gdy przekroczył próg szkoły, uderzył go pogwar dziecięcej wrzawy. Piski oraz wzajemne nawoływanie się uczniów, stanowiły obietnicę radośnie spędzonego czasu. Każdego dnia, przed rozpoczęciem pierwszej godziny lekcyjnej, uczniowie oczekiwali w napięciu przed wymalowanym na posadzce białym pasem, stanowiącym granicę strefy, której nikomu nie wolno było przekroczyć do chwili, w której rozlegnie się przenikliwy dźwięk dzwonka rozpoczynającego zajęcia. Wychowankowie, w większości przepełnieni energią chłopcy, czekali w napięciu, niczym biegacze zastygli w blokach startowych, gotowi na szaleńczą gonitwę do swoich klas. Porządku pilnowały dwie woźne. Stróżowały oparte o ściany na przeciwległych krańcach buforowego pasa.

Przenikliwy dźwięk lekcyjnego dzwonka dawał oczekującym sygnał do wyścigu. Chłopcy i dziewczęta puszczali się pędem przed siebie, unoszeni donośnym rozgwarem okrzyków wypełniających korytarz. Przyciśnięte do ściany woźne zmuszone były wspiąć się wysoko na palcach, aby dać miejsce wrzeszczącej rzece rwących się do galopu dzieci. Z pobłażliwością kręciły głowami. Szeptały coś do siebie, zapewne nie słysząc nawet wypowiadanych przez siebie słów. Każdy, kto w końcu zdołał dopaść lekcyjnych drzwi, na znak zakończenia biegu uderzał donośnym klaśnięciem dłoni w miedzianą tabliczkę z wygrawerowanym na niej numerem sali. Norbert nigdy nie zdołał przybiec jako pierwszy. Tego dnia stanął pod klasą mocno zadyszany, lecz szczęśliwy. Włosy kleiły mu się do czoła zroszonego potem, policzki zarumieniły się. W powietrzu unosił się intensywny zapach wypastowanych korytarzy. Któryś z kolegów uderzył go w kark. Po donośnym klaśnięciu otwartą dłonią, gwałtownie zgiął się wpół i zmrużył oczy. Po chwili jednak stał już wyprostowany i radosny - z niewyrażającym jakiejkolwiek urazy uśmiechem - i rozmasowywał zaczerwienione, piekące miejsce na szyi. Rozglądając się wokół, obserwował beztrosko hałasującą, dokazującą dziatwę. Był naprawdę szczęśliwy.

W klasie, jako jedyny z chłopców, siedział w ławce z dziewczyną. Jednak nie poczytywał tego, podobnie jak jego rówieśnicy, za jakąś ujmę. Wręcz przeciwnie, był szczęśliwy z sąsiedztwa koleżanki. Po wejściu do sali i po umoszczeniu się na swoim miejscu, z pedantyczną starannością przystępował do ustawiania szkolnych przyborów na niepopisanym, nieporysowanym, nietkniętym najmniejszym nawet zabrudzeniem blacie. To było jego miejsce. Dbał o nie. Wydobyte z tornistra lądowały na nim kolejno: książki, zeszyt oraz piórnik. Ten ostatni służył chłopakowi przez trzy lata, i choć był typowym, chińskim, plastikowym przybornikiem, z których uczniowie korzystali zazwyczaj nie dłużej niż przez dwa semestry, wciąż zachowywał nienaruszoną strukturę. Jedynie białe tło - okalające obrazek przedstawiający igraszki dwóch zwierzęcych bohaterów disnejowskiej sagi - straciło pierwotny kolor i nieco pożółkło. Norbert dbał o rzeczy otrzymane od rodziców. Zdawał sobie bowiem sprawę z tego, jak wiele wyrzeczeń, w sytuacji w której się znaleźli, musiał ich kosztować zakup niezbędnych książek oraz szkolnych przyborów.

Trudna sytuacja panująca w domu gwałtownie przyśpieszyła okres jego dojrzewania. Postępujący alkoholizm ojca i nieustanny brak pieniędzy nadzwyczaj szybko uwrażliwiły go na realia dorosłego życia. W pamięci zdołał jednak przechować kilka radosnych obrazów z wczesnego dzieciństwa. Gdy atmosfera w domu stawała się trudna do zniesienia, zwykł wpatrywać się w nie, niczym w wyblakłe przeźrocza bezpowrotnie utraconego, wytęsknionego okresu.

Niewielkie, kilkublokowe osiedle budynków pięcio i siedmiokondygnacyjnych, położone w miasteczku, w którym mieszkał, wybudowano w związku z rozwojem powstałej kilka lat po wojnie huty wytopu szkła, w której zaraz po ukończeniu zasadniczej szkoły zawodowej znalazł zatrudnienie ojciec Norberta. Pracował tam nieprzerwanie, aż do pierwszych lat dziewięćdziesiątych, czyli do czasu prywatyzacji i komercjalizacji zakładu. Ponieważ w przyzakładowym klubie hutnika przez wiele lat uprawiał zapasy - i to ze sporymi sukcesami na arenie krajowej - był w miasteczku dobrze znany. Miejscowi robotnicy szanowali go, czuli przed nim nawet respekt. Również członkowie rady zakładowej upatrywali w jego osobie szansę na skuteczne, szerokie zaprezentowanie w hutniczej branży kierowanego przez siebie przedsiębiorstwa, a co za tym idzie - przyśpieszenie swojej własnej kariery. Okres prosperity zakładu skończył się raptownie i nieodwołalnie na początku lat dziewięćdziesiątych. Zwolniono znaczną część pracowników, swoje stanowiska zachowali tylko nieliczni. Na gruzach przedsiębiorstwa utworzono kilka prywatnych spółek, których udziałowcami zostały w większości osoby piastujące niegdyś kierownicze stanowiska w zlikwidowanym zakładzie. Niestety, ojciec chłopaka nie znalazł zatrudnienia w żadnej z firm, mimo iż wielokrotnie w latach ubiegłych członkowie rady zakładowej, przy rozmaitych okazjach, czy to po zakończonych sukcesem zawodach sportowych, czy też podczas branżowych uroczystości rocznicowo-jubileuszowych, oferowali swoją pomoc na wypadek jego ewentualnych kłopotów z pracą. Wciąż był przecież sportowcem uznanym w lokalnej społeczności. W poszukiwaniu jakiegokolwiek zatrudnienia, odwiedził siedziby niemal wszystkich przedsiębiorstw w mieście. Nigdzie jednak nie zdołał znaleźć nawet najmniej płatnej, najmniej poważanej posady. Brutalność, z jaką został potraktowany - jak sam zwykł mawiać podczas pijackich nasiadówek, odbywanych ze znajomymi na ławce tuż obok SAM-u - była niesprawiedliwa i niczym nieuzasadniona. Osoby, okupujące niegdyś kierownicze stanowiska, z którymi wielokrotnie miał okazję w braterskich uściskach obejmować się, zaczął uważać za zwykłych oszustów, karierowiczów podszytych koniunkturalną teatralnością, za ludzi nieposiadających najmniejszych skrupułów ani jakichkolwiek moralnych zahamowań.

W tym czasie sytuacja ekonomiczna rodziców chłopca drastycznie się pogorszyła. Nie pozostało to bez wpływu na atmosferę panującą w domu. Mężczyzna od czasu do czasu najmował się do różnorodnych, krótkotrwałych i zazwyczaj słabo płatnych prac. Przeważnie pomagał znajomym lub znajomym swoich znajomych przy wznoszeniu domów jednorodzinnych, jako pomoc murarza, a także przy zbiorze owoców, czy nawet posezonowym nawożeniu pól. Z powodu niemożności zapewnienia rodzinie optymalnych, czy choćby znośnych warunków życia, frustracja mężczyzny zaczęła narastać, co przejawiało się coraz częstszym spożywaniem alkoholu i kłótniami z żoną, toczonymi w coraz bardziej zawzięty sposób.

Za obecny stan rzeczy obwiniał również związki zawodowe, które jego zdaniem przyczyniły się do upadku zakładu poprzez wysuwanie coraz to śmielszych, coraz dalej idących postulatów pracowniczych. W kierownictwie wielu powstałych po przemianach spółek, oprócz dawnych decydentów, znaleźli się także związkowi przywódcy, a nawet robotniczy aktywiści. W zaistniałych warunkach ojciec chłopca nie zdołał się odnaleźć. Przepełniała go gorycz porażki i żal do tych, którzy niegdyś zapewniali go o swojej przyjaźni, deklarując chęć nieograniczonej, bezinteresownej pomocy. W miasteczku szeptano również, że odstawiony na boczny tor sportowiec swoją lokalną pozycję zawdzięczał przede wszystkim szczerej, gorliwej współpracy z miejscową bezpieką, bez której niemożliwe było objęcie eksponowanych, kierowniczych stanowisk, a nawet przyznanie podrzędnego, brązowego medalu budowniczych Polski Ludowej.

Matka Norberta, mimo intensywnych przemian społeczno-gospodarczych, zdołała jednak zachować posadę. Od samego początku, czyli od ukończenia technikum kolejarskiego, pracowała na kolei w biurze informacji jako młodszy referent. Z czasem awansowała na stanowisko głównego specjalisty. Przez pewien czas pełniła także obowiązki konduktora. Lubiła swoją pracę i dbała o nią. Angażowała się w nią, jak tylko mogła. Po utracie przez męża dotychczasowej posady, a co za tym idzie - w wyniku drastycznego pogorszenia się domowych finansów - również u niej zaczął pojawiać się problem z alkoholem. W pracy nie piła. Bała się, że mogłoby to spowodować jej natychmiastowe, dyscyplinarne zwolnienie, co w sytuacji, w której się wówczas znajdowali, stanowiłoby dla rodziny trudny do przewidzenia w skutkach dramat. Alkohol kupowała w drodze z pracy i w początkowym okresie uzależnienia wypijała go jeszcze przed powrotem do domu, starając się jednocześnie nie być zauważoną ani w trakcie jego zakupu, ani podczas jego spożywania, co czyniła w samotności za ceglanym gruzowiskiem starego, przydworcowego składu. W późniejszym okresie wypijana wcześniej dawka alkoholu już jej nie wystarczała. Kupowała zatem coraz większą jego ilość, której pozostałą część dopijała w domu, tak aby nie widział tego mąż. Jednak nie zawsze jej się to udawało. Z czasem coraz trudniej było to ukryć. Na tym tle między małżonkami dochodziło do coraz częstszych, coraz gwałtowniejszych spięć.

Późnym popołudniem kobietę można było spotkać w osiedlowym barze kawowym "Marysieńka". Przesiadywała tuż obok szerokiego kontuaru wykonanego z dębowego drewna, w rogu obszernej, gwarnej i zatłoczonej sali obłożonej ciemną boazerią, wieczorową porą - siwej od papierosowego dymu. Z czasem miejscowi bywalcy baru nadali jej osobliwe, upokarzająco identyfikujące przydomki. Mówiąc o niej, używano zazwyczaj pseudonimów "Pusta" lub "Otwarta". Tymi bowiem słowami - w stanach zespołu abstynencji alkoholowej, nie posiadając funduszy na zakup trunku - zwracała się do zawadiacko, lubieżnie spoglądających w jej stronę mężczyzn. Upewniała się zawczasu, obserwując ich dyskretnie, że z całą pewnością stać ich będzie na zafundowanie jej procentowych stymulatorów, dających upragniony spokój i kojących rozedrgane nerwy. "Jestem pusta i otwarta na propozycje" - zwykła mówić w chwili dosiadania się do stolika takich osób. Z tego też powodu niektórzy koledzy Norberta czynili mu złośliwe, prześmiewcze uwagi. Chłopak w podobnych sytuacjach zamykał się w sobie i szukał samotności. Jednak nigdy z podobnymi propozycjami kobieta nie wystąpiła w stosunku do swoich znajomych ani jej męża. W ogóle starała się odwiedzać bar, upewniwszy się wcześniej, że nie zastanie w nim swojego partnera.

Nie liczyła się z własną reputacją ani ze swoim zdrowiem. Starała się jednak, jak mogła, dbać o swojego jedynego syna. Zawsze, gdy wracał ze szkoły, dopytywała się, jak mu w niej poszło i z radością przyjmowała każdą informację o otrzymaniu przez niego dobrej oceny. Szczególnie lubowała się w przeglądaniu zeszytów dziecka. Z satysfakcją komentowała jego staranny i równy charakter pisma, jako wieszczący, bez wątpienia, jego naukową lub wręcz polityczną karierę.

Rozbrzmiał sygnał dzwonka kończącego lekcję. Jego dźwięk pobudził zastygły w chłopcu smutek, przygnębienie uśpione od czasu wyjścia do szkoły. Była to ostatnia godzina lekcyjna w planie dziennym Norberta. Wprawdzie chciał wrócić do domu, chciał spotkać się z matką, żeby móc przekazać jej radosną wiadomość o otrzymaniu drugiej nagrody na wojewódzkiej olimpiadzie chemicznej, na którą zdołał zakwalifikować się jako jedyny ze szkoły, lecz jednocześnie bał się. Obawiał się powrotu i spotkania z pijącym na przysklepowej ławce ojcem.

Niestety, jego obawy nie okazały się bezpodstawne. Już z daleka dostrzegł przed SAM-em grupę kilku znajomych osób, niemal nieustannie przesiadujących w tym miejscu. Wśród nich rozpoznał również swojego ojca. Zebrani zachowywali się głośno i żywo gestykulowali. Od czasu do czasu można było usłyszeć ich bełkotliwe pokrzykiwania. Obok ławki stały puste lub niedopite jeszcze butelki taniego wina. Norbert starał się w taki sposób regulować prędkość swojego kroku, co jakiś czas zwalniając, to znów przyśpieszając, aby nie zrównać się z idącymi przed nim kolegami i nie być jednocześnie przez nikogo dogonionym. Nie spoglądał w stronę głośno zachowujących się mężczyzn. Patrzył przed siebie. Chciał wierzyć, że przez takie zachowanie ojciec nie zdoła go zauważyć, a co za tym idzie - nie będzie musiał na jego zawołanie podejść i odpowiadać na bełkotliwe, często bezsensowne pytania. Co gorsza, zadawane nie tylko przez niego, lecz również przez jego kompanów, którzy co rusz poklepywali Norberta. W ostateczności nawet nie to stanowiło jego prawdziwe utrapienie. Najgorsza była perspektywa obserwowania rozgrywającej się pod sklepem sceny przez jego znajomych. Istniało spore prawdopodobieństwo, graniczące niemal z pewnością, że nazajutrz w trakcie przerw lekcyjnych, a może nawet jeszcze podczas tego samego dnia na podwórku, dane mu będzie odczuć, za ich przyczyną, jakie miejsce na drabinie lokalnej społeczności zajmuje jego rodzina. Niestety stało się to, czego najbardziej się obawiał. Usłyszał donośny głos ojca wykrzykującego jego imię.

- No... co tak niemrawo leziesz, chory jesteś czy co? - spytał mężczyzna. Lekko zataczając się, wstał z ławki i podszedł do chłopca. Złapał za skórzany pas i podciągnął niedbale spodnie. Spojrzał zawadiacko na wyraźnie skonsternowaną twarz syna. - W twoim wieku młokosy powinny być bardziej żwawe - zaczął perorę ochrypłym głosem, wymachując przy tym palcem. - Musisz mieć w sobie więcej życia. Rozumiesz, co do ciebie mówię? Ja w twoim wieku... ja... ja... - uciążliwa czkawka nie pozwalała na bardziej płynny wywód. - Ja w twoim wieku, jak mnie wołał ojciec... - zmrużył ociężałe upojeniem powieki. Z trudem zbierał myśli. Nagle wytrzeszczył szeroko oczy i potrząsnął oprzytomniająco głową. Miał twarz rozognioną alkoholem. - Tak. Ja w twoim wieku na każde jego zawołanie biegłem - kontynuował - i to biegłem co tchu! Maszerowałem! Tak. Maszerowałem! Dziarskim krokiem maszerowałem! Gnałem nawet! I to z uśmiechem na gębie! A ty co? Ślimaczysz się, jak stara baba i to jeszcze z tym babskim plecakiem - trącił niedbale tornister chłopca. Norbert zachwiał się i cofnął o krok. - A minę masz taką, jakbyś zaraz miał się zesrać.

- Daj spokój, Tadek, zostaw go - odezwał się jeden z siedzących na ławce mężczyzn. - Niech idzie do domu. Stara już pewnie czeka z obiadem - uśmiechnął się, czknął i zwiesił bezwładnie głowę. Jego dolna warga wysunęła się nieco, wydłużyła i zawisła w uśpieniu.

- Stara czeka z obiadem... - powtórzył z grymasem obrzydzenia ojciec Norberta. - No to idź. No idź, jak chcesz! - krzyknął i trącił syna w ramię. - No idź! Idź! Idź! - ponawiał uparcie ponaglenie, uderzając otwartą dłonią w wątłe ramię chłopca. Norbert za każdym ciosem cofał się o krok.

- No już, daj spokój, stary - odezwał się beznamiętnie kolejny z siedzących na ławce mężczyzn. Założył nogę za nogę, zaciągnął głęboko papierosem i spojrzał w przeciwnym kierunku.

Ojciec Norberta wrócił do kompanów. Chłopiec poczłapał nieśmiało za nim i stanął tuż obok, ze wzrokiem pokornie utkwionym w ziemi.

- Oj, marny jesteś, chłopie, marny - skonstatował mężczyzna. Półprzymkniętymi, zasypiającymi oczyma mierzył drobną postać syna od stóp do głowy. - Ale ja już się za ciebie wezmę. Muszę się za ciebie wziąć. Dobre stopnie w szkole to nie wszystko. Musisz jeszcze wyrobić w sobie charakter. Musisz mieć charakter mężczyzny. Tak. Musisz mieć charakter mężczyzny. Mężczyzny, a nie baby. Musisz częściej przebywać ze mną. Ze mną, a nie z matką. I musisz więcej ćwiczyć. Rozumiesz?! - krzyknął, zmieniając gwałtownie spokojną dotąd, senną tyradę. - Musisz więcej ćwiczyć! Oj, nie wdałeś się we mnie. Na pewno nie.

- Pewnie, że nie - odparł stojący obok, najstarszy spośród mężczyzn. Jak dotąd w ogóle nie zdawał się być zainteresowany sytuacją. Rozglądał się czujnie na wszystkie strony, jakby na kogoś czekał lub obawiał się z kimś spotkać. - Czyś ty kiedy dostał w szkole dobrą ocenę?

Jego słowa rozbawiły grupę. Jednak żaden z nich nie odważył się okazać swojego zadowolenia zbyt demonstracyjnie. Nadal czuli respekt do ojca Norberta.

- Ledwo cię wypchali z zawodówki - kontynuował rozochocony reakcją kolegów. Jako dużo starszy od pozostałych mógł sobie na to pozwolić. - Gdyby nie Stachu - mówił o trenerze młodzieży zapaśniczej, pracującej na kolei i uczącej się w przyzakładowej szkole zawodowej - pewnie byś jej nie skończył.

- Skończyłbym, skończył. Jak się ma charakter, to wszystko można skończyć. Każdą szkołę można skończyć. Jak się ma charakter. Rozumiesz! Jak się ma charakter, tooo... wszystko można zrobić. Każdego można pokonać, każdego - perorował bełkotliwie. Przez cały czas zaglądał synowi głęboko w oczy, jakby to właśnie na jego zarzuty odpowiadał, a nie znajomego, przypisującego mu kpiarskim tonem nieuctwo. - Szkoła to nie wszystko, zapamiętaj to sobie raz na zawsze. Szkoła jest ważna, ale nie najważniejsza, choć... jest ważna, to prawda, ale... Rozumiesz, czy nie?! - krzyknął. Położył ręce na ramionach syna i wpił w nie palce. Przybliżył czoło do jego czoła.

- Dobra już, Tadek, daj spokój, chodź, masz, napij się - powiedział korpulentny osobnik, wstając z miejsca. Schylił się niepewnie po butelkę schowaną za betonowym podnóżem ławki i napełnił do połowy szklankę. Podał ją ojcu chłopca, a Norbertowi, dyskretnie go trącając, powiedział półgłosem:

- No, idź już, idź.

- Nie! Jeszcze nie skończyliśmy - odrzekł pouczający rodzic. Cierpki grymas wykrzywił mu twarz. Przetarł wolno ramieniem usta, oddał pustą już szklankę stojącemu obok mężczyźnie i w dalszym ciągu nie spuszczając oczu z syna, powiedział: - Pamiętaj, musisz być twardy. Musisz do czegoś dojść. Musisz być twardy i uparty. Zapamiętaj to sobie. Wbij to sobie... usss... eee... - z jego nieznacznie otwartych ust wydobył się bulgoczący odgłos podchodzących do gardła płynów. Czuć było smród taniego alkoholu, pitego nieustannie od kilku dni. Głośno i z niesmakiem przełknął ślinę. Patrzył nieprzytomnie w twarz syna i głęboko oddychał. Sprawiał wrażenie, jakby na coś czekał lub chciał sobie coś istotnego przypomnieć. Norbert nie wiedział, co ma zrobić. Ta chwila dłużyła mu się w nieskończoność. Miał bolesną świadomość, że rozgrywającą się przed sklepem scenę obserwuje rozbawiona, zaciekawiona grupka jego rówieśników. Nie wiedział, czy są to jego koledzy z klasy, czy po prostu znajomi ze szkoły. Zresztą, nie chciał tego wiedzieć. Nie patrzył w tamtą stronę. Nie oglądał się za siebie. Nie spoglądał na przechodzących obok ludzi, choć widział, że rzucają w ich kierunku to jedno, migawkowe i bezczelne zarazem spojrzenie, zdolne objąć z fotograficzną precyzją, a co gorsza - zapamiętać obraz rozgrywającej się pod sklepem sceny. Nienawidził ich. Czuł się przez nich zhańbiony, wykorzystany i poniżony. Stał nagi i bezsilny, skuty w lodowym kokonie sprofanowanej, dziecięcej niewinności. Nie mógł się przed nimi bronić. Nieco inaczej rzecz wyglądała ze stojącymi nieopodal uczniami. Nie zachowywali się jak dorośli. Nie kryli swojego zainteresowania, z zaciekawieniem obserwowali znajomego im chłopca, szturchanego przez ojca co jakiś czas i nieustannie nagabywanego przez zataczających się mężczyzn. Norberta dochodziły wybuchy dziecięcego śmiechu. Słyszał, jak wymawiano jego imię. Potrafił się jednak bronić przed paraliżującą świadomością, że jest obserwowany. W wyobraźni wizualizował solidny, wysoki mur. Otaczał się nim ze wszystkich stron. W jego otulinie zdolni byli pomieścić się nawet pijący tuż obok mężczyźni. Mur ten miał go chronić przed ciekawskimi spojrzeniami przyglądających się im osób. Dawało mu to złudne przeświadczenie, w które jednak z czasem coraz mniej wierzył, że gdy wróci następnego dnia do szkoły i spotka się ze znajomymi, nie będzie musiał wysłuchiwać komentarzy dotyczących minionego dnia. Nie będzie musiał tłumaczyć się z chwil spędzonych pod sklepem. Dlatego też nie spoglądał w kierunku rozbawionej młodzieży.

Mężczyzna wciąż wpatrywał się w syna. Patrzył z wysiłkiem, jakby usiłował sobie coś przypomnieć, coś bardzo ważnego. Coś, co chciałby móc powiedzieć teraz chłopcu. Norbert zaciskał mocno pięści. Wyprostowane w łokciach ręce przyparł do tułowia. Stał niczym zahipnotyzowany. Bał się, żeby jego ojciec nie zwymiotował. W pewnej chwili, w nagłym przypływie świadomości, zsunął z ramion tornister i położył go na ziemi. Przykucnął i wyjął z niego dyplom za zajęcie drugiego miejsca na wojewódzkiej olimpiadzie chemicznej. Chwycił go oburącz i z uśmiechem oparł o wypiętą zwycięsko pierś. Czekał na reakcję ojca. Wypełniła go nadzieja zaimponowania mu. Promieniała na uniesionej wysoko twarzy, rozświetlając szeroko otwarte oczy dziecięcą niewinnością. Mężczyzna opuścił uważnie głowę i coraz bardziej pijanym, nieprzytomnym wzrokiem próbował odczytać napis wyeksponowany na dyplomie pogrubioną czcionką. Mimo widocznego wysiłku, który w to wkładał, co jakiś czas mrużąc, to znów otwierając szeroko oczy, nie zdołał tego uczynić.

- Co to jest?! - spytał gniewnie.

- Dyplom z olimpiady. Z olimpiady chemicznej. Zająłem drugie miejsce - odparł prędko Norbert. Wierzył, że swoim osiągnięciem zrobi na ojcu wrażenie, że da mu powód do satysfakcji. Że ten będzie z syna dumny, tym bardziej, że o jego osiągnięciu dowiedzą się także przysłuchujący się im mężczyźni. Ten jednak, po chwili wahania, spytał cichym, beznamiętnym szeptem:

- Tylko drugie? I to ma być osiągnięcie?

Z chłopca, wpatrzonego w osowiałe, zamglone pijacką obojętnością spojrzenie ojca, uszła nadzieja zaimponowania mu. Pierzchła równie szybko, jak się w nim pojawiła.

- Drugie miejsce, to bardzo dobre miejsce - odparł zrezygnowanym, łamiącym się od wewnętrznego szlochu głosem.

- Bardzo dobrze?! - huknął mężczyzna. - Bardzo dobrze?! Jakie bardzo dobrze?! Gdzie bardzo dobrze?! Ty... Co ty sobie w ogóle myślisz? Myślisz, że mi tym zaimponujesz? Tym zasranym papierkiem? - trącił zewnętrzną stroną dłoni trzymany przez syna dyplom.

Po rozgrzanych policzkach Norberta spłynęły łzy. Drżące z rozgoryczenia usta wykrzywiły twarz ocienioną rozpaczą. Kompani mężczyzny zaczęli odciągać go od chłopca, rzucając porozumiewawcze, okraszane pijacką jowialnością znaki, aby ich dyskretnie opuścił i wrócił do matki. Norbert, korzystając z nieuwagi ojca napełniającego winem szklankę za ławką, sięgnął po tornister, zarzucił go na ramię i ze ściskanym w dłoni dyplomem puścił się pędem w stronę domu.

Ominął sklep ze strony przeciwległej do przyglądającej się im grupki dzieci. Tornister na jego plecach podskakiwał i przemieszczał się z jednej strony na drugą.

Po opróżnieniu - zaledwie jednym haustem - pełnej szklanki wina, mężczyzna kilkoma gwałtownymi, lecz niepewnymi krokami podszedł do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą stał jego syn. Gdy uświadomił sobie, że już go tam nie ma, machnął od niechcenia ręką i ze zdziwioną miną wrócił do rozprawiających coraz głośniej kompanów. Momentalnie o wszystkim zapomniał.

Norbert wbiegł do klatki schodowej. Zawzięcie pokonywał kolejne stopnie betonowych schodów. Chciał jak najszybciej znaleźć się w domu. Pomimo że mieszkał na szóstym piętrze, nie zaczekał na windę. Nie wiedział nawet, czy któryś z sąsiadów jej oczekuje. Nie spojrzał w tamtą stronę. Nie chciał być przez nikogo zauważony. Nie chciał z nikim rozmawiać. Spoglądał w dół i przed siebie. Wybrał schody, aby maksymalnie ograniczyć prawdopodobieństwo spotkania kogokolwiek.

Gdy już stanął pod drzwiami swojego mieszkania, zaczął je mocno okładać pięściami. Po chwili otworzyła jego matka. Z zaniepokojoną, zdumioną miną spytała:

- Co się stało?

Norbert nic nie odpowiedział. Nie spojrzał nawet na nią. Zrzucił z ramion tornister i wpadł do swojego pokoju. Za wbiegającym chłopcem głośno trzasnęły drzwi. Kobieta przez jakiś czas stała skonsternowana w przedpokoju, nie wiedząc, co ma uczynić. Po chwili jednak weszła do kuchni, usiadła za stołem i zapaliła papierosa. Gdy skończyła, zapukała do pokoju chłopca. Pomimo że nie usłyszała żadnej odpowiedzi, weszła do środka. Norbert leżał na łóżku w ubraniu, z twarzą głęboko zatopioną w poduszce. Dłońmi zakrył uszy. Kobieta usiadła na skraju łóżka. Nie wiedząc, co powiedzieć, zaczęła delikatnie głaskać syna po plecach.

- Co się stało? - spytała cicho. - Proszę, powiedz mi, co się stało?

Chłopiec wciąż jednak milczał. Choć już przestał szlochać, co jakiś czas jego ciałem wstrząsały resztki płaczu. Obserwując smutek dziecka, kobieta była coraz bardziej przygnębiona.

- No, co się stało? - dopytała się zaniepokojonym głosem. - Coś w szkole? Chłopcy ci dokuczali? Dostałeś złą ocenę? No, odpowiedz wreszcie. Ja też się martwię. No, proszę cię, Norbert...

- Nic takiego - mruknął od niechcenia. Wciąż miał twarz zatopioną w poduszce. - Posprzeczałem się z takim jednym, a później pobiliśmy się. No i tyle. Nic wielkiego się nie stało. Jakoś przeżyję.

Kobieta nie dała jednak wiary jego wyjaśnieniom. Chcą się dowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło, zaczęła go na powrót nagabywać:

- Nie widzę, żebyś się bił. Nie masz żadnego siniaka, żadnego zadrapania. Ubrania też nie masz podartego. Nie jest nawet brudne. Chyba nie mówisz mi prawdy.

W tym momencie chłopiec uniósł się na łokciach, spojrzał rozpalonym, zapłakanym wzrokiem w zatroskaną twarz matki i wycedził przez zęby:

- Mówię prawdę. Pobiłem się z takim jednym i tyle. Nie męcz mnie już. Chcę być teraz sam. Rozumiesz?

- Dobrze kochanie, już wychodzę - odparła. Była stropiona nietypowym zachowaniem syna. Pochyliła się nad nim, zamierzając ucałować go w czoło, jednak ten cofnął głowę.

- No, idź już! - warknął gniewnie. - No, idź! Idź!

Gdy opuszczała pokój, Norbert krzyknął za nią:

- Śmierdzi od ciebie wódą!

Kobieta zatrzymała się. Stanęła w progu. Spojrzała na syna przygnębionym, przepraszającym wzrokiem. Po chwili odwróciła się i delikatnie zamknęła za sobą drzwi.

Norbert wstał z łóżka i przebrał się w dres. Położył się na podłodze i zaczął robić pompki. Ćwiczenie to stanowiło dla niego spory wysiłek. Po jednym zaledwie prawidłowo wykonanym ruchu, kilka następnych przypominało wężowe wicie się daremnej bezsilności. Pompki wykonywał z zamiarem przypodobania się swojemu ojcu. Wierzył, że gdy nabierze tężyzny fizycznej, zyska tym samym jego akceptację. Po dzisiejszym dniu nabrał pewności, że wyłącznie sprawność fizyczna, nie zaś wysokie stopnie otrzymywane w szkole, są zdolne wzbudzić w nim szacunek. Droga do tego miała prowadzić poprzez wysiłek fizyczny i hart ducha, których umacnianiu zamierzał poświęcić znacznie więcej czasu i uwagi niż dotychczas.

Ojciec chłopca, niemal każdego dnia, po powrocie do domu wykonywał podobne ćwiczenia. Im bardziej był pijany, tym zacieklej się do nich zabierał. Jednak gdy zdarzyło się mu wrócić trzeźwym, dość często o nich zapominał. Potrzebował potwierdzenia słuszności głoszonego przez siebie poglądu, że w najmniejszym stopniu nie jest uzależniony od alkoholu ani od żadnych innych używek, w tym od papierosów, których - podobnie jak w przypadku wódki - pochłaniał coraz większe ilości. Pił i palił - jak sam zwykł mawiać - tylko i wyłącznie z nudów i irytacji, o którą przyprawiała go świadomość dojścia w miasteczku do władzy i piastowania wysokich, kierowniczych stanowisk przez spolegliwe, zakłamane miernoty polityczne. Głosił rychłe załamanie się i ostateczny upadek nowego ustroju. Utrzymanie tężyzny fizycznej miało mu dać poczucie kontroli nad własnym życiem, które coraz częściej toczyło się wokół radosnych reminiscencji wywoływanych alkoholem. Chłopiec często słyszał, jak po powrocie do domu mężczyzna szedł do swojego pokoju, skąd po chwili zaczynały dochodzić odgłosy wykonywanych ćwiczeń. Ciężkie stękania, głębokie wzdychania, które czasami przeradzały się w zwierzęcy ryk. Przerobiwszy serię ćwiczeń, nierzadko padał wyczerpany i momentalnie zasypiał. Po chwili ciszy zza ściany dało się słyszeć już tylko chrapanie, które niepostrzeżenie zastępowało niedawne jeszcze gardłowe porykiwania. Z czasem jednak jego ćwiczenia zaczęły wytracać towarzyszący im niegdyś animusz. Zajmowały coraz mniej czasu i były coraz rzadziej wykonywane. Zauważyli to domownicy. Wiedzieli, jaka była tego przyczyna. On także zaczął zdawać sobie z tego sprawę, lecz nigdy, przed nikim nie przyznał się do tego. Wśród rodziny, przede wszystkim jednak wobec znajomych, przybierał postawę pewnego siebie mężczyzny, mogącego w każdej chwili podjąć zarobkową pracę. Starał się uchodzić za osobę nietracącą zdrowego kontaktu z rzeczywistością. Twierdził przy tym, że jedynie dlatego nie podjął dotąd żadnej pracy, ponieważ dotychczas proponowane mu oferty nie zaspokajały jego ambicji, wynikających z wrodzonych i nabytych, niepospolitych umiejętności. Postępujący alkoholizm obojga małżonków coraz bardziej rozbijał domową więź.

Norbert postanowił zbliżyć się do ojca, ale nie tak, jak dotychczas - co zresztą nie przyniosło pożądanych rezultatów - poprzez pilną naukę i otrzymywanie dobrych stopni w szkole, lecz za sprawą wytrwałego kształtowania tężyzny fizycznej i męskiego charakteru. Był jednak chłopcem szczupłym i - jak na swój wiek - niedostatecznie ukształtowanym fizycznie. Mężczyzna często strofował żonę, chcąc ją zdenerwować i wyprowadzić z równowagi, sugerując, że wątłość ich syna stanowi niezbity, bezsporny dowód na całkowity brak jego udziału w spłodzeniu go. - "Nie zrodziły go moje lędźwie" - słyszała nierzadko okładając go bezsilnie pięściami. Z wściekłością miotała w jego stronę najgorsze z obelg.

Będąc z Norbertem w ósmym miesiącu ciąży, zapadła na zatrucie ciążowe, co poskutkowało wcześniejszym rozwiązaniem i niską masą noworodka. Tym faktem zwykła tłumaczyć później jego filigranową budowę.

Norbert nie mógł długo ćwiczyć. Po kilkuminutowym zaledwie wysiłku był na tyle wyczerpany, że bez sił opadł na łóżko. Zaczął wpatrywać się w sufit. Postanowił nie zrażać się jednak tak szybko do ćwiczeń i systematycznie, każdego dnia przed zaśnięciem podejmować kolejne próby, co - jak sądził - z czasem przyniesie widoczne rezultaty i obdarzy jego ciało, jeśli nie atletycznym, to przynajmniej zdrowym, dziarskim wyglądem.

Przypomniał sobie nagle, że na następny dzień ma zadane dość pracochłonne wypracowanie. Zwlekł się z łóżka i w teatralnym przygarbieniu, ze zwisającymi po bokach rękoma, poczłapał w kierunku biurka. Rozłożył książki, brudnopis, niezbędne przybory i gdy już miał zacząć pisać, zauważył, że ze zmęczenia trzęsą mu się dłonie. Był wyczerpany i senny. Pomimo tego, mocno wysilając uwagę, zdołał skreślić kilka zdań. Jego zmęczenie wciąż jednak narastało. Wstał zza biurka, rozebrał się, nastawił budzik na godzinę, o której - jak przypuszczał - zbudzi się na tyle wypoczęty i rześki, aby móc jeszcze zdążyć właściwie wywiązać się z zadanego przez nauczycielkę wypracowania i położył się spać.

Obudził go rozdzierający krzyk. Zerwał się z łóżka i usiadł na jego brzegu. W przestrachu, pogrążony w ciemnościach nieoświetlonego pomieszczenia, jeszcze nie w pełni wybudzony ze snu, nasłuchiwał wrzasków dochodzących gdzieś z korytarza, na który - jak sądził - otwarte zostały wejściowe drzwi. Rozpaczliwy lament narastał. Słyszał go coraz wyraźniej. Rozpoznał w nim głos swojej matki. Trwożliwie wpatrywał się w słabo widoczne zza szyby postacie, odcinające się na tle palącego się w przedpokoju światła.

Lamentowi kobiety wtórował bełkotliwy męski głos. Norbert uznał, choć nie był tego do końca pewien, że musi to być głos jego ojca. Wstał z łóżka i podszedł do drzwi. Nie otworzył ich jednak, jedynie nasłuchiwał, przyłożywszy twarz do ościeża. Donośny początkowo lament przeszedł po chwili w dławiony płaczem szept. Słyszał słowa kobiety kierowane do swojego męża. Wywnioskował z nich, że jego ojciec został pobity. Świadomość rozgrywającej się w przedpokoju sceny przeraziła go na tyle, że początkowo nie mógł w nią uwierzyć. Chciał przeczekać do rana. Chciał wierzyć, że o świcie wstanie uśmiechnięty i radosny, w pełni wypoczęty. Ufał, że tuż po przebudzeniu się, idąc w stronę kuchni, ujrzy przez uchylone w pokoju drzwi śpiących spokojnie rodziców. I nawet dolatujący stamtąd zapach alkoholu nie byłby wówczas wpłynął na jego radosny nastrój. Tak bardzo chciał móc w to wierzyć.

Zatopił się na powrót w rozgrzanym łóżku. Naciągnął kołdrę na głowę i objął rękoma podkulone pod siebie nogi. Kolana dotykały drżącej z nerwów brody. Szum przelewający się w głowie za sprawą ściskanych mocno uszu, zdołał zagłuszyć dochodzący z przedpokoju rozgardiasz. W pewnym momencie zwolnił ucisk, aby sprawdzić, czy w mieszkaniu zapanował już spokój. Po chwili skupionego, budzącego otuchę niemal z każdą mijającą sekundą spokojnego nasłuchiwania, jego nadzieja rozszarpana została ponownym wybuchem płaczliwego zawodzenia. Niczym raniony, gwałtownym ruchem zakrył na powrót uszy. Wiedział, że dzisiejszej nocy już nie zaśnie.

Usłyszał mocne szarpnięcie klamki. Zerwał się i spojrzał w stronę bijącego z przedpokoju światła. Za szybą poruszały się ciemne sylwetki, niewyraźnie odcinając się na tle zamglonej, żółtej poświaty. Rozpoznał jednak obie. Kobieta z trudem usiłowała utrzymać swojego męża, który opierając się o szybę, bezwładnie osuwał się poza jej obręb. Mozolnie próbowała temu zaradzić. Podtrzymywała go. Mężczyzna charczał, wyzywał ją i bełkotał niezrozumiałe, pretensją nabrzmiałe słowa. W pewnym momencie kobieta przestała zawodzić. Zaczęła nawet uspokajać męża. Bezskutecznie próbowała wytłumaczyć mu potrzebę zapewnienia dziecku spokojnego snu. Wzięła go pod ramię i bardzo wolno, gibając się na wszystkie strony i co chwila przystając z braku sił, skierowała się w stronę sypialni. Norbert podbiegł do drzwi i nieznacznie je uchylił. Zawiasy zaskrzypiały. Zgrzyt usłyszała jego matka. Zatrzymała się i odwróciła dyskretnie głowę. Chrzęst usłyszał niestety także jej mąż. Raptownym szarpnięciem, próbując się odwrócić, zatoczył się tak mocno, że odrzucił nieprzygotowaną na tak gwałtowny ruch kobietę wprost na przeciwległą ścianę. Z trudem ustał na niepewnych nogach. Przygarbiony, ciężko łapiąc powietrze, jak po wyczerpującym wysiłku fizycznym, wpatrywał się w ledwie widocznego w uchylonych drzwiach chłopca. Dom wypełniła nieznośna cisza.

Mężczyzna został pobity. Jego twarz w takim stopniu naszła opuchlizną, że z trudem mógł rozpoznać osoby znajdujące się w swoim najbliższym otoczeniu. Jedno oko miał całkowicie zasklepione, z drugiego przezierała pozioma, wąska szczelina, przez którą nieprzytomnym spojrzeniem obserwował zachodzące wokół wydarzenia. Broczył krwią z ust i nosa. Miał zakrwawioną twarz, a także rękaw. Widać było, że uchodzącą z nosa posokę usiłował wycierać przedramieniem, przez co całą niemal twarz, aż po czoło miał umazaną krwią. Lewy rękaw został zupełnie rozpruty od obojczyka po nadgarstek. Fatalnego obrazu dopełniało ponadto przemoczone i zabłocone ubranie. Potworny widok zmusił Norberta do natychmiastowego zamknięcia drzwi, które przymykając się za przerażonym spojrzeniem chłopca, zabierały ostatnie promienie dziecięcego świata.

Nad ranem zbudził go czuły pocałunek matki. Otworzył oczy i ujrzał pochyloną nad sobą twarz. Jej życzliwy wyraz, mimo zatopionego w miłości uśmiechu, nosił jednak znamiona troski i zakłopotania. Zdawał się przepraszać za przykre wydarzenia minionego dnia. Przez pewien czas kobieta obejmowała chłopca matczynym zapatrzeniem. Gładziła jego ciemne włosy i zaczesywała za uszy. Nic przy tym nie mówiła. Z jego spojrzenia zniknął jednak dziecięcy blask beztroskiego roztargnienia.

- Pora już wstawać. Dochodzi siódma - powiedziała. - Czas do szkoły. No, wstawaj już.

W pierwszych chwilach tuż po przebudzeniu się, Norbert nie pamiętał przykrych wydarzeń poprzedniego dnia. Wypełniała go jedynie bolesna, choć amorficzna świadomość doznanej przykrości. Z czasem jednak jego umysł zaczęły nawiedzać obrazy nabierające ostrości, z bezwzględną brutalnością prezentując genezę bezkształtnego początkowo niepokoju. Nie spytał jednak matki o wydarzenia budzące jego lęk. Miał nadzieję, że nie wywołując bolesnego tematu, niejako zaprzeczy jego istnieniu, że przerzuci go poza kurtynę realności.

- No, wstawaj. Już pora na ciebie. Tylko nie zapomnij zabrać drugiego śniadania. Jest w kuchni, na stole - dodała. Podeszła do okna i rozsunęła zasłony. Do pomieszczenia wpadły promienie porannego słońca, oślepiając zaspanego chłopca intensywną jaskrawością. Norbert przesłonił ramieniem oczy. Po chwili dźwignął się nieprzytomnie z łóżka i poczłapał w stronę łazienki. Matka, stojąc przy oknie, odprowadzała syna rozżalonym spojrzeniem.

Drzwi od pokoju, w którym spał jego ojciec, wciąż były zamknięte. Chłopiec zdołał jednak dojrzeć przez szybę postać wyciągniętą na łóżku w pełnym ubraniu, co wnosił po jej ciemnej sylwetce. Obraz był niewyraźny. Zniekształcała go szyba inkrustowana w geometryczne wzory.

Mimo wystarczającego, jak na jego wiek, siedmiogodzinnego snu, czuł się zmęczony. Był wyraźnie osłabiony. Wychodząc z domu nie odezwał się do matki ani słowem. Gdy zamknął za sobą drzwi, zauważył na piętrze kilka kropel krwi. W windzie było jej znacznie więcej. Tworzyła ciemną plamę, rozlaną na metalowym łączeniu podłoża ze ścianą windy. Pomyślał, że krew musiała najmocniej uchodzić z twarzy jego ojca w chwili, gdy ten opierał się o nią czołem. Odwrócił głowę w przeciwną stronę. Winda stanęła. Wybiegł z niej, pomknął schodami w dół i trącił ze złością drzwi wejściowe do klatki schodowej. Na zewnątrz przystanął w palącym słońcu. Uniósł głowę i zmrużył oczy. Słyszał przenikliwy jazgot przelewających się przez umysł fal potłuczonego szkła.

W drodze do szkoły nie rozmawiał z nikim. Nie chciał zamienić choćby słowa nawet ze znajomymi. Jeden z nich dogonił go jednak tuż przed szkolną bramką. Przywitał się i spytał o coś nieistotnego. Zamierzał nawiązać swobodną rozmowę. Norbert nie zrozumiał pytania, prawdopodobnie nawet go nie usłyszał. Zorientował się jednak, po wyczekującej minie kolegi, że ten spodziewa się od niego jakiejś odpowiedzi. Ale jakiej i na co? Zupełnie tego nie wiedział. Osowiałym, nieobecnym wzrokiem omiatał twarz rówieśnika, który ostatecznie zląkł się czającego się w jego oczach obłędu i zwolnił kroku, puszczając go przodem. Sam został w tyle. Norbert wyprzedził go. Szedł niczym w malignie. Gdy przemierzał szkolny korytarz, wrzaski i wzajemne nawoływania się dzieci zwielokrotniały się i mnożyły w jego głowie wiercącym, przenikliwym hałasem. Odbijały się złowieszczym, niepokojącym echem, niczym okrzyki nawołujących się w kotlinie górskiej turystów. Najmłodsi uczniowie ganiali się zawzięcie, niekiedy trącając go ramionami. Wznosili niezrozumiałe, beztroskie nawoływania. Ich wrzaski przelewały się, mieszały ze sobą i nawarstwiały kakofonią przenikliwych, wibrujących dźwięków.

W przerwie pomiędzy zajęciami, przed mającą się właśnie odbyć lekcją języka polskiego, Norbert przykucnął samotnie pod ścianą. Usłyszał rozmowę grupki siedzących obok dziewcząt. Zaaferowane przygotowanymi przez siebie wypracowaniami, komentowały trudności związane z wyborem tematu, który najpełniej wyraziłby zagadnienie zaprezentowane przez nauczycielkę i zalecone do pogłębionej analizy. Zdawały się nie zważać na panujący wokół rozgardiasz. Nie rozpraszała ich nawet para chłopców, przepychających się tuż obok, którzy co rusz wpadali na nie i rozrywali ich zamknięty szczelnie, skoncentrowany na własnych problemach krąg. Wymieniały się uwagami, całkowicie zaabsorbowane zbliżającą się lekcją.

Norbert siedział tuż obok. Nie odzywał się do nikogo. Gdy usłyszał ich rozmowę, przeraził się. Uświadomił sobie bowiem, że nie napisał wypracowania. Nie zdołał więc przygotować się właściwie do zajęć. To było do niego zupełnie niepodobne. Sparaliżowany nieznanym dotąd strachem, chciał początkowo jak najszybciej opuścić szkolny budynek. Nie uczynił jednak tego. Pierwszy raz zdarzyło mu się odczuwać niepokój w szkole. Po raz pierwszy strach burzący porządek myśli pozbawiał go pogodnego nastroju oczekiwania na lekcje. Bał się. Obawiał się nie tylko konsekwencji mogących wyniknąć z niewywiązania się z zadanego przez nauczycielkę wypracowania. Rozpaczą napełniała go przede wszystkim myśl, że informując matkę o otrzymaniu niedostatecznej oceny sprawi jej zawód. Że nie będzie mógł - jak to się dotąd zdarzało - móc z satysfakcją przyglądać się jej twarzy rozpromienionej radością. Wiedział, że ojca tą wiadomością nie zmartwi. Nie sprawi mu przykrości. Dostarczy jedynie nowego pretekstu do czynienia pod jego adresem kąśliwych uwag, mających w mężczyźnie i w nim samym ugruntować zawczasu ukuty przez rodzica pogląd o niemożności osiągnięcia przez Norberta dokonań swojego ojca.

Przed rozpoczęciem lekcji nauczycielka spytała, czy wszyscy napisali wypracowanie. Po sali rozeszło się przeciągłe "taaaak". Niektórzy uczniowie kiwali na znak potwierdzenia głowami. Norbert uniósł do góry rękę.

- Tak? - spytała nauczycielka wskazując na niego.

Chłopiec wstał i ledwie słyszalnym, łamiącym się głosem poinformował, że nie jest na dzisiejszą lekcję przygotowany.

- Nie napisałeś wypracowania? - spytała wyraźnie zaskoczona.

- Nie napisałem, proszę pani - odpowiedział.

W sali zaległa martwa cisza.

- Coś się stało? Dobrze się czujesz? Nic ci nie dolega? Wszystko w porządku?

- Tak. Wszystko w porządku, proszę pani - zapewnił przygnębionym głosem.

- Będę musiała postawić ci dwójkę. Przygotuj wypracowanie na następną lekcję.

- Dobrze, proszę pani, przygotuję.

Usiadł na swoim miejscu. Po sali przeszedł gorączkowy pomruk. Uczniowie komentowali niecodzienną sytuację. Nauczycielka uspokoiła wychowanków krótkim, zdecydowanym napomnieniem.

Zaraz po opuszczeniu klasy, nie chcąc być narażonym na prześmiewcze, pytające spojrzenia swoich rówieśników, skierował się w stronę toalet. Szedł wolno. Nie spoglądał na nikogo. Doznana przykrość ze zdwojoną siłą wwiercała w jego uszy rozgwar wrzeszczących i ganiających się nawzajem uczniów, przeważnie chłopców z młodszych roczników.

Wszedł do pierwszej wolnej kabiny. Gdy zamierzał zamknąć za sobą drzwi, zauważył, że metalowa zasuwa została zdekompletowana w sposób zupełnie to uniemożliwiający. W następnej z kabin w ogóle jej nie było. Gdy i trzecia z kolei, ostatnia na piętrze kabina nie dawała możliwości zamknięcia drzwi, postanowił mimo wszystko w niej pozostać. Została ona zaadoptowana na ubikację po znajdującej się tutaj niegdyś komórce służącej przechowywaniu środków czystości i różnych narzędzi sanitarnych. Charakterystyczne było natomiast to, że jej drzwi otwierały się do wewnątrz.

Norbert zsunął z ramienia tornister, opuścił klapę od sedesu, usiadł na nim i wyciągnął przed siebie wyprostowane w kolanach nogi. Stopami zaparł się o drzwi. Nikt nie mógł dostać się do środka.

W holu rozległ się lekcyjny dzwonek. Norbert w żaden jednak sposób nie zareagował. Siedział niewzruszony. Nie opuścił toalety. Nie zamierzał tego uczynić aż do czasu, gdy umilkną ostatnie odgłosy dochodzące ze szkolnego korytarza. Chciał mieć pewność, że gdy znajdzie się wreszcie na zewnątrz, nikogo nie spotka i przez nikogo nienagabywany będzie mógł w spokoju opuścić szkolny budynek.

Aż do tego dnia, odstręczający w tej właśnie chwili gmach, z którego pragnął jak najszybciej pierzchnąć, aby już nigdy więcej do niego nie wrócić, stanowił dla niego przyjazne schronienie, w którego otulinie czuł się zawsze bezpiecznie, który stanowił odprężające remedium na atmosferę panującą w jego rodzinnym domu.

Przed szkołą poczuł rześki, ożywczy powiew przedpołudniowego wiatru. Rozleniwione słońce dotykało jego twarzy delikatnym, młodym ciepłem. Machinalnie skierował się w stronę domu. Świadomość, że jest jeszcze tak wcześnie, że w tym właśnie momencie jego znajomi z klasy są odpytywani przez nauczycielkę, że wraca sam, że wokół panuje zupełna, świąteczna cisza, że przed sobą nie widzi żadnych tornistrów, żadnych toreb, kolebiących się i zwisających z pleców powracających ze szkoły uczniów, sprawiła, że ogarnął go nieznany dotąd niepokój. Dziecięcy umysł wypełniła gwałtowna, ponura świadomość podjęcia niewłaściwej decyzji. Nie było już jednak możliwości powrotu. Nie wiedział, co może wyniknąć w związku z krokiem, który zdecydował się uczynić. Nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Dokąd iść? Z kim rozmawiać? Kogo unikać? Gdzie szukać wsparcia, pomocnej rady?

Mimo wszystko, przyzwyczajenie kierowało go w stronę domu. Przeszedł przez jezdnię. Minął społemowski SAM, przed którym na ławce w porze powrotu ze szkoły, zawsze można było spotkać mniejszą lub większa grupkę raczących się tanim alkoholem mężczyzn. Teraz jednak nikogo tam jeszcze nie było.

W oddali zobaczył swój balkon. Przystanął. Odstręczające wydarzenia biegnącego właśnie dnia, przewalały się w dziecięcej głowie tyralierą przerażających obrazów i budzących niepokój dźwięków.

...okaleczona, potworna twarz... nieprzytomnie spoglądające oczy... uciskające serce... zawodzenie matki... szkolne wrzaski... zdziwiona, pytająca twarz nauczycielki... otulający ją mocny zapach piżmowych perfum... nieznośny, przenikliwy dźwięk szkolnego dzwonka...

W pierwszym odruchu zamierzał udać się do dziko zarastającego parku tuż za jego blokiem. Często szwendał się tam zagubiony. Starał się dać upust emocjom, które rozpalały jego umysł tuż po jakiejś nieprzyjemnej sytuacji domowej.

Gdy jednak zrozumiał, że aby móc tam dotrzeć i nie nadkładać zanadto drogi, będzie musiał przejść koło swojego bloku - a co za tym idzie będzie narażony na spotkanie o tej dziwnej porze z którymś ze swoich znajomych lub sąsiadów - zawrócił i skręcił w wąską uliczkę prowadzącą do starej, opuszczonej osady, przy kolejowej dzielnicy.

Było to bardziej drewniane osiedle. Zbudowano je naprędce tuż po wojnie, w celu zapewnienia w miarę znośnych warunków bytowania robotnikom pracującym przy odbudowie dworca i infrastruktury kolejowej miasteczka. Stare, zbutwiałe i osypujące się baraki, stały teraz zatopione w bujnej, długo niekoszonej trawie. Tkwiły wśród rozrzuconych bezładnie, dziko rosnących drzew owocowych, pomiędzy kilkoma górującymi nad terenem orzechami. W niektórych, lepiej zachowanych lub prowizorycznie zabezpieczonych przed opadami i chłodem budach, koczowali dzicy lokatorzy, w większości bezdomni alkoholicy.

Z komina jednego z baraków leniwie unosił się z dym. Bezpańskie psy, odbijając się od jednej krawędzi błotnistej ścieżki do drugiej, błąkały się znudzone i obojętne, z nosami nisko pochylonymi ku ziemi. Poszukiwały trudnego do zdobycia na tym terenie pożywienia. Jeden z czworonogów podbiegł do chłopca i zaczął go badawczo obwąchiwać. Norbert stężał w lękliwym bezruchu. Gdy niezainteresowany na dłużej napotkanym przez siebie obiektem czworonóg odstąpił i zaczął oddalać się zygzakowatym truchtem, chłopiec ruszył dalej.

Szedł główną w okolicy, szutrową drogą, która przecinała teren robotniczej kolonii na dwie bliźniacze połowy. Przy jednym z baraków siedziało dwóch mężczyzn i kobieta. Nie rozmawiali ze sobą. W straceńczym, beznadziejnym zamyśleniu spoglądali przed siebie. Wyglądali, jakby zostali znienacka dotknięci jakąś ostateczną prawdą, która przydała ich twarzom oblicza mędrców. Pomimo średniego mniej więcej wieku, wyglądali jak starcy pogodzeni z trudami życia pozbawionego porywów namiętności, oczekujący już tylko jego końca. Spojrzał w ich stronę. Kobieta odwzajemniła spojrzenie i wzdrygnęła się. Wyglądała na zaskoczoną. Zdawało się, że ma zamiar wstać. Z zaciekawieniem odprowadzała chłopca ponurym, błędnym wzrokiem. Norbert przyspieszył kroku. Co jakiś czas oglądał się jeszcze za siebie. Za każdym razem natrafiał na uważny, tropiący go wzrok kobiety. Wreszcie dotarł do miejsca, gdzie jego wątła sylwetka znikła za gruzowiskiem starych, uszkodzonych cegieł, pochłanianych zwolna przez ziemię i mech.

Znał okolicę bardzo dobrze. Stanowiła ona bowiem atrakcyjny teren zabaw dla dzieci z pobliskiego osiedla. Dawała możliwość eksploracji opuszczonych przed wielu laty siedlisk ludzkich, cuchnących stęchlizną, lecz przez to pobudzających żądne przygód młodzieńcze umysły obietnicą dotknięcia nieznanego im świata. W okresie letnim, gęsto porastające teren drzewa owocowe i krzewy pełne były świeżych, soczystych płodów. W celu ich zdobycia chłopcy z pobliskiego blokowiska organizowali częste eskapady.

Zboczył z drogi. Wszedł w bujne zarośla i zaczął się przez nie przedzierać. Zamierzał dojść do niewielkiej polany, położonej zaledwie kilkanaście metrów od przechodzących obok torów kolejowych. Chciał odpocząć na jednym z kilku siedzeń, sfabrykowanych naprędce podczas niedawnego wypadu z walających się wokół zdekompletowanych pustaków. Było to miejsce, gdzie często ze znajomymi jedli zebrane przez siebie owoce. Przez cały dzień krążył bez celu po okolicy, robiąc co jakiś czas postoje na odpoczynek na tej właśnie polanie. Wracał do niej, aby móc - choć na chwilę - usiąść, oprzeć się o drzewo i leniwie spoglądać na przejeżdżające obok pociągi, przemykające w narastającym i milknącym po chwili rozgwarze.

Zmierzchało się. Błąkał się już cały dzień. Co jakiś czas nadjeżdżały składy, by po chwili zniknąć między dalej położonymi zabudowaniami. Z rozświetlonych okien wagonów w tężejącą ciemność wyzierały znużone twarze pasażerów. W miarę gęstniejącego mroku, stawały się coraz lepiej widoczne. Chłopiec próbował uchwycić rysy twarzy poszczególnych osób. Na tym odcinku jednak pociągi pędziły zbyt szybko, żeby móc zapamiętać którąkolwiek z nich. Sylwetki w oknach momentalnie znikały. Na powrót robiło się ciemno i głucho.

Był coraz bardziej wyczerpany, osłabiony i głodny. Zaczął odczuwać unoszący się z ziemi, ogarniający go z wolna chłód. O tej porze powinien być już w domu. Nie chciał jednak wracać. Wyczerpanie i paraliżująca frustracja rozbijały wszelkie próby podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Wydarzenia ostatniego dnia jednoznacznie, ostatecznie i brutalnie wyrwały go z krainy dziecięcych radości, których i tak - w porównaniu ze swoimi rówieśnikami - doznawał zaledwie namiastkę. W świecie tym mógł jednak przynajmniej snuć pokrzepiające marzenia o zaimponowaniu w przyszłości swojemu ojcu. O zaimponowaniu mu czymkolwiek, co wzbudziłoby w nim podziw dla syna i dało asumpt do skierowania w jego stronę pokrzepiających słów uznania. Czym chciał olśnić? Tego do końca nie wiedział. Wiedział jednak, był tego niemal pewien, że przyjdzie taki dzień, gdy usłyszy wyrazy szczerego uznania od dumą promieniującego rodzica.

Matka Norberta zawsze prosiła go tylko o jedno - o pilną naukę. Otrzymywanie przez syna dobrych stopni w szkole stanowiło dla niej prawdziwą radość. Przynosiło ukojenie. Dawało nadzieję na spokojną i w dostatku wiedzioną przyszłość jej jedynego dziecka. Dbała tylko o to. Natomiast to, czego Norbert nie usłyszał dotąd od swojego ojca, a czego tak bardzo oczekiwał, mógł niemal codziennie słyszeć z ust zatroskanej jego przyszłością matki. Wydarzenia mijającego dnia zmieniły jednak wszystko. Odarły chłopca z jakiejkolwiek nadziei. Rozpaczą i lękiem napawała go myśl o powrocie do domu. Rozpaczą i lękiem napawała go myśl o powrocie do szkoły. Egzemplifikacją niepomyślnej sytuacji, była otaczająca go z trzech stron, gęsta i trudna do przebycia roślinność, krzaczasta podkowa skąpana w smolistej zawiesinie nocy. Jedyną wolną przestrzeń stanowiły lśniące w blasku księżyca tory kolejowe. Znajdowały się tuż przed nim. Wstał z miejsca i zbliżył się do nich. Obrazy zdarzeń kończącego się dnia odbierały mu siły. Organizm osłabiała gorączka. Zaczął nerwowo kiwać na boki głową, mrużąc przy tym oczy. W oddali dostrzegł światła zbliżającego się pociągu. Nadzieję...