Czapski, Hering. Listy, t. 2 - Józef Czapski, Ludwik Hering

-
Proszę czekać

114. Czapski do Heringa

8 II 1959 r.

Mój najlepszy

Przed chwilą Twój list z Osmędeuszami - b a r d z o mnie ich malarska strona zafrapowała. Wygląda, jakbyś jeszcze nie otrzymał mojego listu, który Ci po pierwszym moim z Mironem spotkaniu zaraz napisałem - a już 2 razy zaczynałem pisać na nowo, żeby Ci nie tyle odszczekać, ale p r z e s u n ą ć - pierwsze moje wrażenia.

Z początku był jakiś żal do niego, ż e o n n i e T y - uderzało mnie to wszystko, co było od Ciebie najdalsze, teraz rozumiem, że właśnie Wasza różność Was zbliża i stwarza taki, a nie inny "stop". Od tego czasu po jakiemuś się naprawdę zbliżyliśmy i doceniam bardzo jego urok, tę absolutną naturalność - koncentrację i jakąś głęboką niezależność - "królewską" niezależność. On mniej o wiele od Ciebie cierpi nad otoczeniem - on jakby żyje poza nim - w malutkim kręgu paru istot bliskich. Tu jest wielka siła, ale może też zbytnia zdolność wyosobnienia. Byli malarze, którzy doszli do tego, że białe płótno wyraża ich najbardziej, białe płótno czy jedna kreska - co ponadto, to już kłamstwo - to uleganie. Jego metaforyczność poezji nieraz uderzająca - dla mnie coraz to ginie - w skrócie tak wielkim, że do tego nie docieram zupełnie. I wtedy się buntuję. - Jeżeli mój ojciec mojego malarstwa n i e rozumiał, jeżeli Pankiewicz nie rozumiał przyjaciela swego Bonnarda, dlaczego ja mam rozumieć Was. Miron grał Krzyżową i Wiwisekcję - wrażenie teatru, ewokacji - jakiegoś czystego gestu - od r z e c z y idącej, ale - przecież abstrakcji. Te ostatnie sztuki, które przywiózł, te sztuczki małe, które będziecie grali - ależ to tak, jakby ktoś wydrukował - balet - tu wszystko jest w geście, w plastyce, której nie widzę. Coraz bardziej tracę wiarę, bym mógł naprawdę Waszą sztukę odczuć - bez naciągania, bez jakiegoś przymuszania "z miłości". Za moich czasów - nie trawiłem Witkacego sztuk - nawet grałem w jakichś sztukach Jaremy3, gdzie także były elementy Waszej sztuki. Nigdy pomimo najlepszej woli nie wszedłem w ten świat zaczarowany jakiej commedia dell'arte. I z tego powodu nasze obcowanie dotychczas mnie nie zadowalnia - bo j a mówię; to nieraz już siódma woda po kisielu, jakieś wspomnienie z podróży, z ludzi - to mnie męczy - to jest niepotrzebne, to jest powtarzanie siebie - jedynie kiedy mówimy o malarstwie, zadziwia mnie jego autentyczność i wierność, i zgoda, i tu Ciebie, Twój wpływ, szkołę Twoją wykrywam - i wszystko, co jest z reakcji jego na Paryż, zdaje mi się niezmiernie ciekawe i czujne, i b l i s k i e. Ale ja tu jestem niepotrzebny, ja tu jestem sympatyczny dziadunio, z którym nie potrzeba być sztucznym i który daje zupełny moralny kredyt, ale jest między nami jakaś granica, której nie umiem jeszcze przekroczyć - a sam czuję się po jakiemuś jeszcze płasko więcej i przez to dla mnie samego nieciekawy. Umyślnie piszę Ci to wszystko tak czarno, żeby nie uróżawiać - a przecie jest wielką i "różową" rzadkością spotkać człowieka, z którym czujesz, że nikt z nas nie kłamie i że jesteśmy sobie po j a k i e m u ś bliscy.

X

To pisałem w sobotę czy piątek - dziś poniedziałek - Miron był u nas od piątku i znowu podeszliśmy do siebie bliżej, będę pamiętał te parę dni4. Żyliśmy jak na głębokiej wsi i dużo i spokojnie gadaliśmy we dwójkę i we trójkę od spraw najtrudniejszych i najważniejszych aż do... "Paris Soir". Coraz więcej czuję jego zupełnie jedyne z Tobą związanie - Ty jesteś jego jedyny autorytet - mówił mi dosłownie nie raz, a Ty i Ludka jesteście jego domem, bez którego nie widzi życia.

Straciłem wszelki żal do niego, że nie jest Tobą, i mam stosunek do niego jak do niego. Jeżeli chodzi o jego poezje też, kiedy wiersz przez niego p r z e c z y t a n y - odprawiony - zaczyna mi żyć magicznie i może najbliższy jest mi świat Osmędeuszy, świat "kroniki wypadków". - Tu wszędzie widzę przez Ciebie, przez tę Żydówkę, która niosła na talerzu na sprzedaż objedzone już ości śledzia, i ten Twój świat kercelakowy, i te kobiety końskie i pańskie, to wszystko się jakoś wiąże ze mną.

Problem bełkotu - nie wiem, czy Ci już na to odpisałem. Przecie to jest wieczne i wcale nie "nowoczesne" - każdy przecie musi stworzyć swój język - i malarz - i poeta najbardziej. Ale tu problem, czy bełkot z czasem staje się nowym językiem. (O Prouście też mówili - nawet o nim - że to bełkot i tylko bełkot o rzeczach "nieważnych". Dziś Proust jest już w wypisach dla dzieci - jest albo prawie jest). Cézanne bełkotał i "źle rysował" - dziś to klasyk.

Ale już inna droga - D u c h a m p 5, twórca teoretyk dadaizmu, surrealizmu w malarstwie - który zrobił obraz, tytułu nie pamiętam - "kobieta tu zgwałcona przez impotentów starców" - coś takiego to było, parę szyb porozbijanych, albo akt schodzącej ze schodów - to widziałem - obraz, gdzie zaledwie był ślad schodów i nóg i materia malarska chyba żadna. Surrealiści uważali to za arcydzieło zresztą i Wyspę Umarłych Böcklina uważali za arcydzieło - ja w tym się nigdy nie widziałem.

Duchamp jeszcze żyje skromnie w New Yorku, n i c n i e m a l u j e - gra w szachy.

M i s t y c y, tak samo katoliccy, jak buddyjscy czy muzułmańscy, k o ń c z ą m i l c z e n i e m. To, co o nich wiemy, jest zwykle z nich wymuszone. Św. Teresa pisała, bo jej spowiednik k a z a ł - docierają do jakichś nurtów n i e w y r a ż a l n y c h i dla naszych oczu giną.

To, co Ty mówisz o bełkocie, to, co Miron próbuje robić, czy to nie jest szukanie coraz absolutniejszego skrótu WSZYSTKICH jednoczesnych w nas nurtów, który w mistyce jest odkryciem pozaczasowego obcowania w innym wymiarze, ale czy w sztuce nie grozi najprościej likwidacją sztuki dla przeżycia jakiegoś ekstatycznego, które może być progiem mistyki - albo formą onanizmu czy "meskaliną". Pamiętasz, Korczak mówił, że znał onanistę, który z pogardą mówił o ludziach, którzy mają stosunki z najpiękniejszymi kobietami. "Ja co dzień śpię z... Kleopatrą!" Albo ta scena z Pożegnania jesieni (zdaje się, tam) u Witkacego, gdzie kobieta po spożyciu meskaliny czy inaczej "kokainy" patrzy na swoje zawieszone przed łóżkiem pumpy sportowe - i kratka na tych pumpach jest dla niej r e w e l a c j ą, wobec której Gioconda jest niczym. Wy dochodzicie po ścieżkach bełkotu - który M O Ż E ma i te niebezpieczeństwa - czy... możliwości.

Słowo oderwane od swoich normalnych asocjacji, przerzucane w drugie asocjacje - albo tylko w g r ę słowną, cały dadaizm, cały surrealizm już 50 lat na tym żyje i z a p ł a d n i a sztukę, albo też ją mąci "pryncypialnie", jak czasem Tytus Czyżewski, cały Mallarmé już niezadługo sto lat temu szukał sztuki zrobionej z milczenia - białych miejsc na kartkach papieru przerywanych słowami, które najbliżsi wyznawcy Mallarmé rozumieli krzywo -

- "to wspaniałe"

M - "ale co to przedstawia"

- "zachód słońca"

M - "nie, moją komodę".

Przez Mirona wróciłem do Valéry'ego, tzn. dotykam go - Valéry w prostej linii syn Mallarmé. To "odwodnienie" tekstów od patosu, od gadulstwa - ta esencja Mallarmé była u początku całej nowej tradycji poetyckiej. - Czy Białoszewski, który tu się jakoś wiąże z Miłoszem, ale idzie nieskończenie dalej od Miłosza, czy to nie jest jeszcze, jeszcze bunt przeciw łobodowszczyźnie6 - przeciw Skamandrowi. Ale wracam do tych kamieni, które Wam rzucam pod nogi, czy skrót poza pewną granicą nie jest, nie prowadzi do milczenia - milczenia, które m o ż e nieskończenie przerysować najgenialniejsze słowo - ale może także być jakimś samobójstwem Le Chef d'?uvre inconnu Balzaca.

Tyle na dziś - jestem bardzo zmęczony. Cały dzień pracy w moim świecie. Robię martwą, po wielu miesiącach znowu z naturą - piłuję jak wariat. Patrzałem na Holendrów, na tle gładkim karafka i 2 owoce - malutka martwa, fragment na dużym obrazie. To malarstwo, gdzie kolory są lokalne - gdzie czernie bywają szare czy tej samej barwy co przedmiot, tylko ciemniejsze - jak patrzę na te obrazy, gdzie jest kolor najważniejszy i walor najściślejszy - mam uczucie takiej pełni, że chciałbym ich tylko kopiować.

Wiem, co to dało Pankiewiczowi - zgubiło go, ale ja zwykle wracam od takiej namiętności z nową, ściślejszą paletą do mojej wizji. U Jean w Amiens - dalsze osłabienie skrajne. Czuje się pluskwą, która pod rozwalonym bombami domem zachowała się i wychodzi, trochę przyprószona prochem rozbitych cegieł - ale zadowolona i nieśmiertelna. Jean nie wyszedł z mojego życia - t u we Francji on jeden był świadkiem mojego malarstwa.

Całuję Cię, całuję Ludkę i jak myślę, że gdybym był z Wami, i ja bym jakoś w Waszym stopie może grał.

Całuję Cię

Józio

112. Czapski do Heringa

[ze stempla pocztowego: 28] I 59

Mój najdroższy -

Wczoraj wieczór nagle przyjechał Miron - przelazł przez parkan, bo otwartej furtki nie potrafił otworzyć. Maryni nie było - cały wieczór razem spędziliśmy. Nocuje u nas - plany dalsze niejasne.

Ale nie o to chodzi - d z i ś z n ó w T w ó j l i s t d r u g i i d r o g i. W i e r z m i, ja nie potrzebuję do Ciebie żadnych pośredników i jeżeli coś, zdaje mi się, odczuwam, to wiem, co T y mnie piszesz. Wcale nie bym się zawsze bez reszty zgadzał, ale to by wymagało tomów korespondencji.

Na Twoje uwagi o "bełkocie" chciałem odpowiedzieć długo - ja w i e m, że bełkot jest punktem wyjścia zawsze nowej formy - nawet dziś dla nas elementarny Delacroix dla współczesnych bełkotał, a Proust pisze prawie Twoimi słowami, że ktoś, kto nie stworzył swojego j ę z y k a - nie jest pisarzem. Tylko że bełkot nie jest, nie może być celem samym w sobie, a celem jest przecie taka czy inna f o r m a, poprzez bełkoty, które piszesz, malarz-scenograf narzucić chce innym.

List Twój ostatni schowałem głęboko w szufladzie, żeby Miron go n i e widział, bo mówić o liście i nie pokazać - może kawałkami - lepiej milczeć. Za mało go jeszcze czuję. Jego absolutny egocentryzm (to z jego strony), a z mojej strony moje zainteresowanie nim absolutnie wtórne p r z e z C i e b i e stwarza, że nie wiem, czy dojdziemy do kontaktu bezpośredniego - prawdziwego.

Zrozum jedno, że żeby on był geniusz nad geniuszami, T y jesteś dla mnie osobą centralną. - Co do Twojego opowiadania o Żydzie z kamykami - ależ to się tak blisko wiąże z Twoim opowiadaniem tego Żyda, co się w wychodku powiesił, i jego starej Matki, która wyglądała jak Pieta z synem umarłym na kolanach. Co do tych czaszek, z których "łyżeczką" wybrano mózg - czy Ty myślisz, że ja tych Twoich metafor nie s ł y s z ę? Żadne "poprawki" przez Mirona nie są mi potrzebne.

Tyle na dziś. Co w Mironie zaraz mnie do niego przekonało, to jego twarz i oczy. Czy czuję naprawdę jego poezję - nie wiem. Wasz konflikt będzie może płodny DLA CIEBIE, każda krystalizacja siebie wymaga jakiegoś oddarcia się od "my" - i od tych, co Ciebie pożerali, czy nawet od Twoich dotychczasowych mediów.

Do jednego wracam z uporem, Ty - Ty jesteś T w ó r c ą i musisz nim być coraz pewniej i coraz więcej.

Twój

J.

27 I

D. C. po kilku dniach.

Po tym liście spędziłem jeszcze dzień z Mironem - razem do Paryża - ostrygi w Halach. Metro - wystawa T. Lautreca. Miałem z nim jakąś godzinę n a p r a w d ę, leżał na moim łóżku i mówiliśmy o "technice" pracy - o narastaniu widzenia, gdzie niewidzenia, i jak sobie z tym dawać radę - jego uwaga głęboka - w t e d y naturalność zupełna i ta pewność, że się mówi z człowiekiem jakąś w ł a d z ę, jakąś samoistność w sobie mającym. Krótka włóczęga po Halach już pustych - jego s p o j r z e n i e zupełnie wyzwolone z banału, to też czułem. -

Co grało przeciwko niemu, to najprościej, że nie jest Tobą - więcej, że jest tak bardzo od Ciebie daleki. Powiem Ci, w czym to mi się wydaje. On jest artysta. Świat - ludzie - muchy w kleju to wszystko jest jedynie m a t e r i a ł surowy dla sztuki - nie ma w nim śladu, nie odczułem śladu tego, co mnie od Ciebie dzieli i co mnie z Tobą wiąże - tego buntu metafizycznego i tej namiętności skrywanej uczucia serca, współczucia, czucia zwierząt, ludzi - absurdu czy koszmaru życia. Zdaje mi się, że u niego wszystko staje się wielką grą. Piszę może zupełne głupstwa, ale chcę, żebyś widział rozwój moich o nim wrażeń. Musiałbym i muszę po jakiemuś o Tobie zapomnieć, żeby jego dno odkryć - żeby nie mieć do niego żalu, że on nie jest Tobą.

O liście Twoim do mnie n i e powiem i jak dalej będziesz pisał, też dla siebie zachowam. Jakże bym chciał, by trafiła do Ciebie Simone Weil, to j e d y n y pisarz religijny (czy to można nazwać religijny) - pisząc do Ciebie - kiedy z tym łączysz obrzędy, inkwizycje i dewocje - to wszystko tak dalekie od tej nieochrzczonej Żydówki - która się zagłodziła - na śmierć, bo inni byli głodni, która nienawidziła Boga ze Starego Testamentu - przeczyła sobie od stronicy do stronicy.

Miron już przez Sandauera znalazł hotel w żydowskiej dzielnicy - ś w i e t n e j dla niego, do której chciałem zaraz go prowadzić, a jutro przyjeżdża do nas i pojutrze ma teatr swój próbować nam pokazać.

Ma przyjść Kot Jeleński i pewno Sandauer, do którego nie mam serca - ale dla Mirona to robię.

Kot Jeleński spędził już z nim wieczór u Leonor Fini1 i był Mironem zachwycony. Zachowanie Mirona bardzo dobre - żadnej nieśmiałości czy bezczelności i rzadka czujność i cienkość. Może obecność tu Mirona zrobi, że będziesz do mnie pisał częściej. Posyłam Ci fotografię Jean i naszej Elżbiety. Boję się, że to już ostatnie tygodnie, ale te ostatnie tygodnie już trwają rok. Jakże mi smutno, że Ty go nie poznasz.

Mój miły - więc chcę, żebyś dużo leżał pod kocem i może jeszcze przed powrotem Mirona jeszcze raz się... narodził. On mi opowiadał scenę, którą mi napisałeś - bardzo delikatnie - może trochę bagatelizując - sprawa jest j e d n a k w tym, że on, mówiąc o Tobie i o Ludce w najwyższych słowach - m y ś l i i ż y j e s o b ą. Wy mu jesteście potrzebni - ale czy nie tak, jak my byliśmy potrzebni Zydze?

Fotografie obrazów Ludki mnie n i e nasyciły - bez koloru te portrety nie dają tego, co daje fotografia bardziej "tłumnej" kompozycji - nie bardzo podobają mi się r ę c e, bardzo kiełbasiane i do siebie podobne. Ona musi tu przyjechać. Jedno mogę Ci zaręczyć, że i T y, i o n a mielibyście, gdybyście tu przyjechali na parę miesięcy, stypendium - więc chodzi tylko o wyjazd pod każdym pretekstem. O wiele trudniej jest z zaproszeniem - ale to, że teraz tego nie widzę, nie znaczy, że to się nie może zmienić.

Całuję Ciebie, mój bardzo bliski, i jest naprawdę coś na granicy cudu, że po iluś latach - aż strach pomyśleć - czuję Ciebie, jakbyśmy się widzieli wczoraj.

Twój

J.

5 II2 1959

Mój miły

Jak napisałem, muszę pisać dalej o Mironie i dużo odszczekać. Spędziłem z nim długi wieczór w Paryżu (na Biesach przez Camusa zrobionych w teatrze, z ł e, i na zupie z sera i cebuli potem). Zupełnie straciłem jakieś urazy do niego z powodu Ciebie powstałe. Bo za każdym razem, jak mówiliśmy, widzę, jak on po jakiemuś żyje Tobą, Ludmiłą i jak o Tobie mówi nie tylko czujnie, ale z z a s a d n o ś c i ą tego, czym Ty jesteś.

121. Czapski do Heringa

30 IX 59

Mój miły -

Pierwszy raz, zdaje się, rozgniewałem się na Twój list tak oczekiwany. Ile wody upłynęło od czasu, jak mi pisałeś list ostatni. - Tu śmierć Jean, o której Ci pisałem, i to trudne przebijanie się z powrotem do życia przez oschłość, przez "po co" - kiedy się przeżyło miesiące: tortury i powolnego konania przyjaciela, który zostawia w czarnej strasznej rozpaczy Elżbietę, która jest dla mnie, choć zupełnie inaczej, ale może do pewnego stopnia Twoją Ludką.

Więc co ma wspólnego z tym, co n a s łączy, z tym, co każdy z nas przeżywa, moje spotkanie z Mironem - jeżeli co mnie w tym spotkaniu niepokoiło, to tylko to, że możesz mi mieć za złe, że go nie dość odczułem, że to spotkanie nie było współmierne nie tylko z naszym stosunkiem, ale z Twoim d o n i e g o stosunkiem. Więc o co chodzi!!? L u d m i ł a - no czy naprawdę Ty musisz mi mówić, żebym j a nie kłamał! Czy naprawdę możesz przypuszczać, że bym ją tak l e k c e w a ż y ł! Powiem jej wszystko, co myślę, i wiem, że moja krytyka najentuzjastyczniejsza jest z a w s z e nie "absolutna" - że Ludce wierzę j a k T o b i e w jej instynkt, talent, prawdziwość - a obrazy jej mogą mi przemówić albo nie - mogą być dobre albo złe jak moje - jak każde - więc znowu co z tego, musiałbym się bać t a k s a m o j e j oceny, przez Ciebie na pewno wyobraziła sobie więcej, niż jest.

P r a k t y c z n i e: jak tylko przyjedzie, niech się zgłosi do Romanowicza, ale to tylko p o ś r e d n i k, moim przyjacielem jest Kot Jeleński. Romanowicz powie, jak go szukać, tel. EUR 55615. Ona ma zapewniony zakup 2 płócien, tak że będzie miała jakieś pieniądze - niech się nie martwi. Gdyby na początku były jakieś trudności, ma n a s, Marynię i mnie, jeżeli już będziemy, wróciwszy z Londynu, telefon nasz w Laffitte 962 36 28. Jeżeli jeszcze nie będzie miała Kota ewent. Romanowicza - zaraz pieniądze się znajdą, przed wyjazdem tę sprawę omówię z Romanowiczem i Kotem.

Piszę Ci spoza Laffitte'u. Wyjechałem na 4 dni - nad morze - jestem w gorączce przygotowania wystawy - prędzej malowania po długiej przerwie. Czyś miał "Kulturę" w r z e ś n i o w ą z moim Soutine'em17 - artykuł dla Ciebie - w tym samym numerze entuzjastyczna notatka o Mironie Iwaniuka18.

Czy naprawdę nie ma możliwości , b y ś t u d o j e c h a ł w okresie wystawy Ludki? Co do pieniędzy, nie masz żadnego powodu się martwić - obyś tylko mógł d o j e c h a ć (papiery).

Jeżelibyś chciał, bym tu wpłacił na Twój przyjazd, mogę to zrobić zaraz. Nie chodzi o to, żebym miał worki złota, ale mam naprawdę wielu przyjaciół i pieniądze albo mam, albo zawsze mogę dostać dla czego, o co mi naprawdę chodzi. -

Bądź Ludwik przyjaciel naprawdę i P I S Z, i nie zamącaj naszego stosunku, tak jakbyś nie wiedział i nie rozumiał, co nas łączy.

Twój zawsze

Józio

118. Czapski do Heringa

19 V 1959

Drogi mój - na Twój list musiałbym odpowiedzieć książką całą - więc będę próbował być suchy i lakoniczny.

Przedtem jednak Ludka. T y l k o d l a C i e b i e

Czy otrzymała zaproszenie na wystawę w Galerii na Ile St. Louis11. - Nie potrzebuję wątpić, że zgadłeś, że zaproszenie to związane jest ze mną. Proszę bardzo, na ten list niech odpisze oficjalnie, jakby o mnie nie wiedziała. Daty muszą być ustalone wcześniej, jeżeli data proponowana Wam nie dogadza - zaproponujcie i n n ą - ale radziłbym nie z a n a d t o odkładać, bo może p ó ź n i e j być trudniej użyć tej wystawy jako argumentu. W tej galerii będą wystawiać różni malarze - i obok tych z kraju będą i Francuzi, i tutejsi emigranci etc. Jeżeli projekt zdaje się Wam fantastyczny i niemożliwy, też napiszcie, bo wtedy skorzystaliby inni. Myślę, że mogę L. zagwarantować, że jeden, 2 obrazy będą kupione i to J e j, W a m dałoby możliwość tu pobyć bez kłopotów.

Tylko jedno przypomina mi się nagle: W l i s t o p a d z i e t e g o r o k u będę miał wystawę w Londynie, wskutek tego między połową października i końcem listopada nie będę w Paryżu. Może wtedy styczeń byłby lepszy? Wrzesień jest jeszcze zły na Paryż.

P r z e c h o d z ę d o C i e b i e i do Mirona. - Wspominam Zygę. Jego drapieżny egotyzm. Czasami myślę, że bez tego człowiek nic nie osiąga. - Że moje liczne porażki, moje n i e d o j ś c i e do czegoś, do czego mógłbym dojść, było związane z tym, że jestem egotystą m n i e j s z y m (też jestem). Egocentryzm Mirona, iluż ludzi, iluż artystów mi przypominał, taka pszczółka bierze miód, gdzie miód jest, jeżeli kto w tym jest n i e normalny, to T y - bo Ty zawsze, od lat dawałeś swój miód innym, nie rachując, i to narastanie u Ciebie jakby potrzeby powiedzenia: t o m o j e - a t o T w o j e, świadczy o ulotnym procesie m o ż e u C i e b i e? Zdaje mi się, że są typy ludzi, którzy naprawdę i tylko są i mogą być inspiratorami - a sami niezdolni zrobić, wcielić swój świat. Taki jest chyba Kot Jeleński, takim był Cavé, przyjaciel Degasa, ale coraz bardziej, coraz pewniej myślę, że u Ciebie tak nie jest, że n a w e t L u d k a po jakiemuś Ciebie musi zdradzić - bo jeżeli ona się rozwinie do końca - ona będzie musiała stworzyć swój świat, który przez reakcję może będzie m u s i a ł od Ciebie się odbić.

Cybis mi opowiadał, że kiedyś chciał "zabić" Zygę - bo widział w nim Rafaela i musiał go "zabić", żeby samemu malować. To są rzeczy tragiczne i ostateczne, które naturalnie istnieją w tej tonacji, kiedy człowiek naprawdę skoczył do głębokiej wody. Twoja spółka z Mironem jest dla mnie może tak bardzo ciekawa i tak istotna, że to przecie operowanie ognia i wody - że Wy jesteście nie o b o k siebie, ale n a p r z e c i w k o. W przeciągu całego czasu, co z nim spędziłem, nie raz, ale kilkadziesiąt razy odkrywałem, jakim jest rasowym a r t y s t ą - jak widzi - jak korzysta, jak przy tym myśli i widzi teatralnie. To, co mówisz o stosunku krzyżówkowym do wiersza, to wyczuwałem co chwilę i to mi się wiąże z jakąś zadziwiającą obojętnością - jakimś nieistnieniem m o r a l n y m. To, co można z gruba nazwać "dostojewszczyzną", która u Ciebie z bliskich mi ludzi chyba jest najsilniejsza i n a j d a l s z a o d l i t e r a t u r y (w złym znaczeniu tego słowa), Twoje pokrewieństwo z Hiobem i Maldororem (psy wyjące!), surrealistami - to wszystko u Ciebie jest n a k r w i - to nie istnieje dotychczas u Mirona - cały patos Mirona to o n, to j e g o teatr, to j e g o wiersz - ale czy tworzywo jest krzyżówką, czy metafizyczne - czy to mu nie jest wszystko jedno? Jak długo taka para może istnieć, czy Twój instynkt odejścia nie jest T w o j ą k o n i e c z n o ś c i ą? Dostałem po Twoim liście przemiły list od niego, gdzie mówi o Tobie i Ludmile jak o jedynych, jedynych mu bliskich ludziach. Mówisz o g r z e, że nawet jego powiązania mniej lub więcej pozorne, winne czy pyszne to zawsze jest gra, co wygodniej. Myślę, że bardzo podobnie mówiliśmy o Zydze z Marynią, kiedy z nią żył, oświadczając się coraz to innym paniom. (Oświadczył się Dosi Berlinerblau, kt. się spodobał, a najnaiwniej powiedział: bo jak się z Tobą ożenię, to będę miał "pracowienkę", i ona naturalnie zgorszona zerwała!), kiedy mnie powiedział, kiedy ja na Nowy Rok u Cybisów powiedziałem, że "w tym roku chciałbym zdobyć pracownię", Zyga na mnie popatrzył ze złością - "Ty w i e s z, że j a muszę ją mieć pierwszy". Ileż razy z nim decydowaliśmy zerwać i zawsze wracał do nas, sami go znowu braliśmy na plecy, bo wpadał bez nas w nędzę i chorobę - bo to było też nasze dziecko, bo to był artysta, któremu było za co przebaczyć, bo go kochaliśmy.

Ale przyszła chwila, gdzie Marynia od niego o d e s z ł a, bo już NIE MOGŁA. Nie czuję tego, co piszesz p r z e c i w Mironowi - ale czuję to całą siłą pod Twoim kątem. Ty jesteś tutaj w grze, on nie zginie - ale Twoja wizja świata musi być wyrażona do końca, a tego n i e zrobi Miron i nawet nie zrobi Ludmiła, zresztą klucze do rozładowania tej m i n y są w Tobie i tylko w Tobie. Miron jest od Ciebie zależny, myślę, niezmiernie, ale "i z kamieni można zrobić synów Abrahamowych"12 i nie wiemy nic, ja nie wiem nawet i Ty, jaka jest jeszcze jego droga rozwoju, jak on się jeszcze o życie zazębi.

Teraz chcę jeszcze punkt po punkcie zareagować na parę Twoich słów listu:

Nie wierzę, byś potrafił n i e p o s t r z e ż e n i e odejść, że za długo wyłącznie prawie żywił się Tobą - ale w tych sprawach, jak w miłości, nie ma innego wyjścia jak prawda, każde inne to bomba zegarowa.

O "fascynacji werbalnej" - ależ to jest cały Miron - i nie wiem, czy on tutaj nie jest bardzo współczesny. Dla iluż malarzy współczesnych istnieją fascynacje materii malarskiej, tego, czy będą kolor strzykać strzykawką, czy bluzgać przez skrzynię dziurkowaną, te nieoczekiwane krzyżówki malarskie są dla nich treścią ich pasji, nic więcej.

Ty tu odgrywasz rolę korzenia, który wychodzi z ziemi, z k o n k r e t u, i na drzewie, które z Ciebie wyrosło, on, ptaszek, polatuje i pięknie polatuje.

N i e krzywdzisz Mirona, pisząc o nim do mnie - ja się z nim nigdy nie spotkałem na tej warstwie, na której Ciebie spotkałem, jego urok i k l a s ę odczułem, jest mi i miły, i ciekawy - ale wszystko, co dotykało mnie najgłębiej w rozmowie z nim, było jakoś od Ciebie i d l a Ciebie. To nie frazes, wierz mi.

X

O sobie tylko parę faktów. Robię wystawę w Londynie 11 XI 1959 do 1 XII i byłem tam trzy dni. Latem pewno nie wyjedziemy nigdzie. Stan Jean jest nie tylko beznadziejny - ale nie wiadomo, ile jeszcze ta tortura może trwać, przy zupełnej świadomości już nic nie może mówić, Elżbieta co parę minut wypompowuje mu ślinę, bo już łykać nie może, karmi przez rurkę płynami tylko. W domu lekarz ojciec i lekarz brat już mają tego dość, Matka szlachetna, kochająca jedyna naprawdę i do końca sama, ma jakiś nowotwór w macicy i krwotoki, i jedna Elżbieta bez nocy, bez dnia spokojnego - ostatnimi siłami utrzymuje przy życiu Jean. - Wszystkie Twoje ataki na "dobrego" Boga miałyby wiele argumentów, gdybyś i na to cierpienie, zmęczenie patrzał, i dlatego mówię o "dobrym Bogu" w wymiarze ludzkim (i dobry Bóg zlitował się i jest dziś pogoda, dobry Bóg zlitował się i dał mi mniejszy wymiar podatków). Trzeba nie myśleć do końca - myśląc do końca, to dobroć jest innego wymiaru zupełnie i chyba już inaczej ją trzeba by nazwać. - My chcemy być blisko ich obojga i do nich jak możemy na zmianę dojeżdżamy. Może "Kultura" zdecyduje się wydać w lipcu, sierpniu moją książkę o malarstwie nareszcie, bo w kraju już nie ma mowy - co to są te pieniądze, któreś przysłał Elce - i l e wziąłeś sobie, PROSZĘ, NAPISZ, bo na pewno siebie skrzywdziłeś. -

Czy znasz S. Weil wybór w tłumaczeniu Miłosza - strasznie chcę, byś tę książkę miał. Nie widzę innej książki, nie widzę innego człowieka, który mówi o życiu, o cierpieniu, krzywdzie i Bogu z bardziej okrutną uczciwością. - Mam ją przy łóżku zawsze od ponad 10 lat.

Całuję Ciebie, mój najlepszy i bliski. Boję się o Twoje siły, o Twoje zdrowie - żyjesz życiem tak bardzo wytężonym. Przecie musimy się jeszcze zobaczyć

J.

PISZ. PISZ. PISZ.

115. Czapski do Heringa

14 IV 59

Mój najdroższy -

Od jak dawna NIC od Ciebie! Wyjazd Mirona - byłem pewny, że wtedy mi napiszesz - podczas jego pobytu pisałem do Ciebie 2 razy i ciągle czekałem na odpowiedź - myślałem, że Miron chociaż się odezwie - ale nie. A mnie nie było tak wesoło. Zawsze te same sprawy - Jean Colin - jeszcze jego życie się tli - ale już nawet Elżbieta go nie może zrozumieć - ona od 6 miesięcy nie miała j e d n e j nocy innej niż przy nim, to znaczy z budzeniem się 4-5-10 razy na noc, przewracaniem go itd. Boję się o jej siły - jeżeli jej siły pękną, nikt jej nie zastąpi.

Staś, mój brat, w Argentynie przeszedł jakąś operację potworną - wielki guz w mózgu - jego życie też na włosku. To wszystko działa na moje całe spojrzenie na świat - głównie przy przebudzeniach. Zmęczenie, zresztą skończyłem 63 lata i budząc się, człowiek myśli, jak mało znaczy sztuka wobec śmierci bliskich (nie mojej), i jest też wahadło, i jest też reakcja - gdzie człowiek nie czuje nic poza chęcią, żeby nie być zmęczony, żeby mieć "oddech" dla pracy - żeby ta wizja gdzieś się nie wysypała - i jak wszyscy starzy - czuję ten egoizm starości, gdzie dobry sen, niezmęczone serce - pieniądze, żeby móc pracować, zdają mu się jedyne dla niego ważne. Pamiętasz, u Prousta Pani Verdurin czyta o zatopieniu Titanica, pijąc kawę i przegryzając kruchym rogalikiem, kt. za pozwoleniem Sztabu Generalnego (wojna) pozwolono dla niej specjalnie wypiec.

Usta jej wymawiały "to potworne, jak żyć wobec takiej potworności!!", a "twarz jej wyrażała doskonałe zadowolenie". No cóż, jeden dba o rogalik, drugi o swoje malarstwo. Czy Ty milczysz, bo Ty przechodzisz inne nowe jakieś sprawy dotkliwe? Może Miron znowu zapada? Jak wyglądacie finansowo?

Trafiłem, szukając czegoś w starych listach, na Twój list z 43 roku z króciutkim "biletem" ostrzegającym. Czy pamiętasz matkę, którą syn wiesza na sznurach od bielizny, bo pijany chce jej pieniądze wyrwać - potem tułów matki się urywa i ten tułów chce zabić nożem syna, ale oczy matki "widzą" i ratują syna, bo głowa matki pada między głowę syna i tułów, który już z nożem się podkradł.

Nagle poczułem w tym "balecie", prędzej pantomimie, Ciebie mojego, najbliższego mi - i poczułem, co Ciebie ze sztuką Mirona łączy, prędzej, co ją łączy z Tobą i co ją dzieli - a może to jest dawny Ludwik? Ale nie myślę - w całej sztuce Mirona o ileż bardziej dominuje problem samej sztuki nad treścią, buntem: - tak, treścią - tą Twoją treścią - która jest - która była krzykiem: po co tortura życia?

Shelley wychodził w góry, żeby pokazać kułak Bogu. I dość to dziwne, że ja, który nigdy nie miałem pokusy takiego buntu, z Tobą, który zawsze byłeś w Buncie przeciw Bogu, w którego "nie wierzyłeś" (?), ten moment metafizyczny mnie z Tobą wiązał najgłębiej.

Ta scena jedna znowu M a t k i ma dla mnie s i ł ę, wymowę artystyczną niezrównaną - czy chcesz, bym Ci ten tekst przepisał i wysłał, c z y g o m a s z ?

Po wyjeździe Mirona namalowałem duże płótno, portret jego, zaledwie podobny, ale w aurze podobny - na tle brązowej tapety (w czerwone i różowe kwiatki - punkciki, kratki i pasy zielonkawe) ze szpetną aż piękną lampą wiszącą różową - z boku cytrynowa ściana i deski - i jego twarz niedaleko od tła w walorze ze spuszczonymi oczami - wszystko w zgaszonej ramie lustra, które na lewo jeszcze zostawia miejsce na kawałek muru (bliżej) z tym innym deseniem.

Pobyt tu Mirona zbliżył mnie do Ciebie wprost przez jego opowiadania o Waszym dniu powszednim i teraz - p r z e z T w o j e m i l c z e n i e - jakby oddala. T y m ó j. Ty z 39 roku i 43 - i z e w s z y s t k i c h T w o i c h l i s t ó w aż do ostatnich (Kiryłow) to jest mój świat, gdzie zdaje mi się, jakby Mirona nie było, jakby nie miał dostępu i jego sztuka, która coraz to mnie czaruje, to jest dla mnie zamknięta przez skrajny skrót, tak że zaczyna żyć magicznie, kiedy on może parę słów wspomnień d o p o w i e - ta sztuka nic nie mówi o Tobie od Ciebie - i nie o Tobie. To odczułem najostrzej, czytając Matkę. N a p i s z tak, jak już, zdawało się, pisać się przyzwyczajasz, wysyłając pokreślone bruliony - dla mnie tak potrzebne i drogie. Powiedz Mironowi, że wspominamy go często i serdecznie, jest skończoną świnką, że ani słowem się nie odezwał. Co z teatrem - czy ruszył - jak chodzą ludzie, jak patrzą - może Wasze milczenie to tylko, bo pożarł Was teatr.

Twój

J.

120. Hering do Czapskiego

20 IX - 59 r.

Józiu mój kochany -

Miałem ten swój połamany, kaleki język - sposób porozumienia się, obcowania z Tobą - i to połamało się.

Miron, jego spotkanie z Tobą - ciąży mi, jest i czymś ciągle nieprzezwyciężonym, czymś do przezwyciężenia - ostatecznie j e s t o b c o ś c i ą, między mną i Tobą. Był z a s i e b i e, był s o b ą - tym gorzej, że załamywał m n i e przez s i e b i e. Chciałbym zetrzeć to Twoje zobaczenie mnie przez niego. Czekam, liczę na to, życzę sobie, żeby czas to zniszczył.

Taki rodzaj, taka forma zazdrości? - chyba nie. A może. Bo dlaczego ta gorzkość? Ani błysku radości dla siebie. To, że Ciebie znalazł, odczuł gotowego, wyobrażonego, wiedzianego - słucham ze smutnym odczuciem własnej, lekkomyślnej rozrzutności.

Co jest m o i m z T o b ą d o o s t a t e c z n o ś c i s p o t k a n i e m i ryzykiem - to Ludmiła. Gdyby nawet rozczarowanie, chybienie, pęknięcie, to jest moim dramatem. Nie staraj się kłamać - i tak odczuję. Wtedy dopiero - albo bym Ciebie znienawidził - albo czułbym ostateczną przegraną.

Pyta mnie z zastanowieniem, ze strachem - jak się z Tobą porozumie - bo nie umie mówić. Powiedziałem, że po psiemu - przez oczy, i od razu się uspokoiła.

Swojego malarstwa to jest pewna - to nie. - Boi się, że zdemaskujesz to jako złe. Mówię (i wierzę w to), że tak nie będzie - bo jeśli nawet ta szarpanina jest tylko w błędach - to powód, istota jest prawdziwa - w malarstwie. I tu jest miejsce do rozumienia i do porozumienia. I tu także mój spokój. Sam już nic jej powiedzieć nie mogę. Za blisko i za dawno w tym jestem. Nie mogę nic pomóc - nic powiedzieć, przy czym bym do końca obstawał.

Przerwałem w tym miejscu - jestem jak zawsze o włos od odłożenia tego listu na później - z czego się robi na zawsze. -

Ucinam i wyślę choćby tyle - byleby zaraz.

Jeszcze tylko coś z komunikatu w związku z wystawą Ludmiły i wyjazdem -

Dotychczas załatwione:

(Zezwolenie Ministerstwa Kult. na paszport i zakup dewiz na trzy dni i wysyłkę obrazów. (Może uda się zyskać i pokrycie kosztów podróży przez M.K.iSzt., ale to dalszy etap).

Paszport - czy odpowiedź - otrzyma od władz paszportowych w połowie października (myślę, że odmowy nie będzie).

W październiku wyślę obrazy (ponad 10 sztuk) i z dawniejszych akwarele.

(Liczę na to - jeśli Ty jeszcze nie wyjedziesz do L.14 - że Ty zdecydujesz, co wystawić).

Zdecydowana jest wyjechać w pierwszych dniach grudnia - licząc, że Ty już wrócisz. -)

Już stamtąd myśli starać się o stypendium na pobyt dłuższy niż trzy dni. Wtedy już otwarty będzie fundusz na 1960 r.

O tym, co objęte nawiasem, pisała do P. Romanowicza15. -

Być może, że już doszły i że widziałeś te dwa obrazy wysłane na wystawę grupy młodych. -

Wydaje się, że jakieś dwa-trzy obrazy, może najbliższe dla niej, "gardłowe" - są w tych ostatnio malowanych. -

Twój Ludwik

Z Jasiem L. nigdy nie mówię o jego malarstwie. (On o Ludmiły też nie). Ktoś o jego wystawie przy mnie: "Niezwykłe, znakomite malarstwo. Tylko czy Lebenstein nie powinien się posługiwać jakimś innym materiałem".

Ja na to: "Jeżeli pan ma zastrzeżenia co do materii, gatunku - a więc i s t o t y m a l a r s t w a - to do czego odnosi się pana zachwyt?"

Był Jaś Tarnowski

I Wieczór u nas w teatrze (w masie ludzi).

II Dwie - (czy jedna?) godzina - ja z nim tylko w hotelu.

III Dwie-trzy godziny w moim domu z Ludmiłą.

Nie mogę znaleźć słowa. Niezwykłe, zdumiewające - może najbliższe byłoby

W I E L K I E

najbliższe spotkanie z absolutnym czuciem, słyszeniem, zobaczeniem siebie.

Na skrótach, bezwstydzie, nieomylności każdego słowa, odruchu - bez cienia gry, bez zawahania w wyborze - jak w niespodziewanej, a liczącej się przez całe życie i niepowtarzalnej przygodzie erotycznej - jak pospieszne, możliwe w ostatecznym niebezpieczeństwie, w sąsiedztwie śmierci - to, co między ludźmi może być: konieczność i możliwość wymiany (?) czy zespolenia. To, co jest równocześnie i bolesne, i zdumiewająco radosne, że można mieć potwierdzenie siebie w innym i w sobie znaleźć zgodę i miejsce na innego.

Przeczytałem. Każde słowo, każde zdanie, każde określenie jest mi, zdaje się, już znane, słyszane, czytane, mówione.

Boję się tego nalotu słownego - już pisząc, nie ufam precyzjom - wpadam w drugą ostateczność - w niechlujstwo (z bezradności i zmęczenia) - i po tym są takie listy zamazane jak mój ostatni.

Nie wiem, jak doczepić to, co n i e j e s t mimo ważności sumą tego spotkania: Z o b a c z e n i e przez Jasia teatru i m n i e w n i m.

Ludmiła - jej aktorstwo - to jego zachwyt - fascynacja ciągła aż do końca - do ostatniego z nim i ciągle nawracającego jego słowa: "genialna" -

Teatr jako jedyne, co mu się tu po wszystkich widzianych teatrach liczy16.

Niezwykłość, pierwszorzędność właśnie t e a t r a l n e g o g a t u n k u: plastycznego, kolorystycznego, inscenizacyjnego - zespolenie właśnie wszystkich elementów łącznie ze słownym i tak tylko całościowo istniejącym jak teatr chiński. -

Wolałbym nic z tego nie pisać - żeby on napisał.

Malarstwo Ludmiły: Przyjmuje z całą powagą i podobieństwem do Twojego stanowiska.

Widzi jego i szarpaninę, i jej sens. Niewątpliwie i w zachwycie przyjmuje to z przeszłości.

To n i e b y ł o spotkanie z Tobą, ale to było j a k s p o t k a n i e z Tobą. Ciągle myślę o niezwykłości i a ż o s z c z ę ś c i u. Ja może jeszcze będę próbował o tym pisać.

119. Czapski do Heringa

4 VI 1959 MAISONS

Ludwiczku mój - od jak dawna nie pisałem słowa do Ciebie.

Parę dni temu umarł Jean, ostatnie czasy były już torturą, paraliż doszedł do nerwów ostatnich kręgów pod nasadą czaszki i nastąpiło uduszenie. Rózia, moja siostra, z mężem zdążyli dojechać parę dni przed śmiercią i teraz nie opuszczają Elżbiety - która gdyby to jeszcze trwało parę tygodni, sama by "runęła", ostatnio nie mogła go opuszczać zupełnie - po 30 sekundach wołał ją oczami - jakby nią jedną oddychał i żył. 2 dni temu wróciliśmy z pogrzebu. T e g o s a m e g o d n i a zabił się w windzie przez nieszczęśliwy wypadek Gilles Descas - syn tych ludzi, u których co roku spędzaliśmy z Jean lato i którego znałem serdecznie od 10 lat. Człowiek dobry i śliczny, s z c z ę ś l i w y i niezmiernie przez rodziców kochany. -

Jakie 2 tygodnie temu umarł Staś, mój brat, w Argentynie. Operacja raka mózgu, który już od lat, od lat się rozwijał, doprowadził go ostatnio do stanu jakiejś półświadomości, śmierci za życia. Operacja (lekarze orzekli, że jest 50%, że umrze na stole operacyjnym) zdawała się udana, ale zaledwie jakieś 2 miesiące potem przyszła śmierć, dla niego wyzwolenie.

Te śmierci jedna za drugą za każdym razem zmuszają jakby na nowo spojrzeć na wszystko.

Nie wyjeżdżamy nigdzie teraz i jesteśmy na razie bez projektów, we wrześniu może gdzieś wyjedziemy. W listopadzie robię wystawę w Londynie i może - (sierpień to zdecyduje ostatecznie) będę mógł wydać moją książkę o malarstwie, którą teraz chcę nareszcie skończyć.

Kiedy umarł Jerzyk tamtego lata, choć przecie prawie z nim nie korespondowałem i ostatnio 5 lat czy więcej widywałem raz do roku, miałem wrażenie, że n i e m o g ę ż y ć, n i e m o g ę m a l o w a ć, że wszystko jest bez sensu - że u s t a w i e n i e życia, kolejności, ważności w ogóle, ważności ogromnej ilości spraw mi się zawaliło. Teraz po śmierci Jean, Stasia, po katastrofie z Gilles'em mam prędzej odwrotnie, wielki głód pracy i wcale nie jest to ucieczka. Zobojętnienie? nie, może pośpiech? poczucie oswojenia z myślą o śmierci w ł a s n e j, poczucie, że to, co mnie z życiem wiąże? że mi daje świadomość życia. Żadnego lekceważenia pracy, żadnego poczucia "po co - na co". A przecie żadne umieranie nie zdawało mi się bardziej okrutne, potworne, jak umieranie Jean. Jak odczytując jego listy, znajduję "każda godzina bez malowania jest dla mnie koszmarem, straciłem wolność z tą włóczącą się nogą". Jeszcze chodził wtedy (temu 2 lata!). Potem unieruchomienie nóg, potem słabnięcie rąk, już nie mógł utrzymać palety, pędzla, wtedy zaczął pisać ogromnie dużo, ciągle - obserwacje i drobne teksty o drzewach, roślinach, ptakach, w kt. się kochał, teksty religijne, jeden Weronika, w i e l k i, dla "Tygodnika"13, gdybyś go nie znał, p r z e c z y t a j, jest z moim artykułem o nim. Potem już pisać nie mógł i to był nowy cios. - Ale już wtedy była Elżbieta. Jego miłość do niej i miłość Elżbiety to było chyba to, co w życiu przeżyłem, widziałem najpełniejszego i najpiękniejszego - umarł równo 6 miesięcy po ślubie. Ale już od stycznia zaczął mówić coraz trudniej, aż ostatnio porozumieć się mógł zaledwie paru dźwiękami, kt. treść jedna Elżbieta odgadywała. Oszukiwany przez lekarza (zresztą wyjątkowego człowieka), do ostatniej chwili wierzył, że będzie żył.

Drogi mój, czekam na słowo od Ciebie o Tobie, o Was. Na ostatni Twój list miałem ogromny list w głowie, ale te ostatnie tygodnie zrobiły, że mi on z głowy wyparował.

Całuję Ciebie i kocham Ciebie

Twój

J.

Czy Ludka o d p o w i e d z i a ł a na zaproszenie tej galerii, t o w a ż n e o g r o m n i e, żeby z tym nie zwlekać.

117. Hering do Czapskiego

59

pisane w początku maja

skreślone 15 maja10

Szaleństwo chyba zdecydowało, że tamten błotnisty list wysłałem. Nie strach, nie wstyd, że kompromituje mnie - ale że jest krzywdzący Mirona.

Zaledwie napisałem to zdanie - już pod koniec załamała się we mnie potrzeba samoukorzenia. Już chciałem poprawić "krzywdzący Mirona" na " m o ż e krzywdzący Mirona".

Ciągle nie wiem - raczej wiem - że powodu mojej pretensji w listach nie wyklarowałem. To nie sprawa ambicji autorskiej i targ o "moje" "twoje".

To nie sprawa zdrady czy pretensja o zdradzenie mnie.

To nie sprawa kłamstwa nawet, a sprawa p r o c e s u z a k ł a m y w a n i a siebie mająca w sobie coś przerażającego: jak nowotwór, jak przenoszenie się komórek (tkanki) wątroby na tkankę płuc. Ubytki i przybytki; deformacje - jak przy trzęsieniu ziemi. Nieświadomość (może) u chorego tego procesu - a raczej nieświadomość świadka, który nagle znajduje dół - gdzie wczoraj była góra.

I po tym nawet przy uświadomieniu chorego, który przysięga o zachowaniu w przyszłości środków prewencyjnych i daje najszczerzej przyrzeczenia i możliwe gwarancje - widzisz znów te wpełzania i cyrkulacje - konsekwentne i nieubłagane.

To nie sprawa moich strat czy zysków - ale fakt, że ten sam potencjał partnera pracujący na w s p ó l n ą p r z y j a ź ń, angażujący ciebie we w s p ó l n y proces - ten sam potencjał w jakimś momencie zaczyna (bez wstrząsu) pracować na z n i s z c z e n i e ś l a d u p o T o b i e. (To pewnie trwa równocześnie).

Może to można nazwać "poszukiwaniem czasu straconego", a nie morderstwem wstecz na czasie wspólnym (?).

Ale przecież jak przeszedł przez furtkę w Maisons-Laffitte i znalazł Ciebie takiego jak w sobie - to dlatego, że Ja mu Ciebie przekazałem we "wspólnym czasie" - tak jak jego Tobie.

I jeśli wiele z "Waszego teatru" mogło się odbyć tam - to ja w tym byłem.

I jeżeli go to ciągle - jak cud zdumiewa - no to jest może jedyny cud, przez który życie nie jest zupełnym śmieciem.

Ale ten cud to "tylko" skutek procesu - moment procesu, który b y ł taki, a nie inny.

Ten list strasznie pisany. Zła literatura. Mógłbym może przy moim "czuciu" i naczytaniu zrobić z tego "dobrą literaturę". Albo rzucić jako niewartą "formy"- "złą" w założeniu. Nieintelektualną -

Jestem bardzo brudny człowiek. Moje życie jest ciągle szargane przeze mnie. Jest, jakie jest. Dało mi wszystko złe i dało mi dobre. Liczy mi się całe jako mój "proces". C a ł a m o j a c z u j n o ś ć - to żeby nie z a t r z e ć w nim nic. Nie dlatego żebym się n i e b a ł, nie wstydził całego brudu - ale żebym nie zatarł okruchu, nie zasypał choćby iskierki. To tak bym odczuł jak grzech "przeciw Duchowi" - gdybym wierzył. Czy to jest ten sam bunt, który we mnie pamiętasz. N i e w i e m. N i e c z u j ę, ż e b y m b y ł inny. Zmieniłem się? N i e w i e m.

A może wydaje mi się, że nie "zmieniłem", że nie fałszuję swojego procesu w s t e c z ?

Nie. Nie byłby mi tak nieliteracko bliski D o s t o j e w s k i.

15 V - 59

Przerwałem wtedy - a wydawało mi się takie niezbędne i możliwe do wyklarowania wszystko, co istotne w tym konflikcie Mironowym. -

Już nie wrócę. Żałuję wysłania pierwszego listu.

W międzyczasie doszło do tego, że powiedziałem - musiałem powiedzieć - wszystko [przekreślone] nie, nie wszystko, co myślę. Że nie widzę możliwości obcowania.

Po kilku dniach najprościej, najszczerzej powiedział, że nie wie, dlaczego dotychczas tak postępował, bo przecież "nic nie traci" (stwierdzenie Ludmiły), przyznając mój udział tam, gdzie on j e s t.

I "obcujemy" bez przymusu i udawania dalej.

---

(Czy jest sens?)

Muszę byle jak ucinać końce tego, co w ostatnich listach rozpętałem.

Jedno, do czego chciałbym wrócić - bo może w tym jakoś siebie przekażę - to "proces".

To mnie naszło przy Twojej wystawie, przy Twoim malarstwie - w Krakowie. To wtedy wyjaśniło, ustaliło mój stosunek do sztuki, sensu twórczości, istoty twórczości.

To się (może pozornie) jakby rozszerzyło we mnie, przerzuciło na inne (?) kategorie już nie twórczości samej, ale samego dramatu, sensu życia. Będę próbował - będę musiał przez bełkot - inaczej boję się, że źle zrozumiesz całe to moje bałaganiarstwo z Mironem. Że sterczy tam komicznie, fałszywie, n i e i s t o t n i e d l a m n i e fakt " p o k r z y w d z o n e j a m b i c j i t w ó r c z e j".

16 V - 59

Gdybym miał nie tak rozszarpany czas - nie wysłałbym i tego - próbowałbym pisać jeszcze raz, czyściej, odpowiedzialniej.

Wysyłam jako konieczne dopełnienie pierwszego listu - a plączę coraz bardziej.

17 V 59

O s t a t n i w k o l e j n o ś c i l i s t

"Dopala" się już niedziela - "Zielone Świątki". Od rana jestem w swoim legowisku z decyzją napisania listu do Ciebie - myślę do Ciebie i nie napisałem słowa. - Za oknem słońce, ptaki słychać, dzieci, radioszlagiery z różnych stron i różnych odległości.

W tym myśleniu rozpętany byłem na wszystkie tematy ostateczne i aktualne: proces twórczy, cybernetyka, "sputniki", malarstwo Ludmiły, Miron, teatr i nie wiem już co. - Mam ustawiony przed sobą ostatni obraz Ludmiły: autoportret do Marii Timofiejewny (Kuternóżki). Bardzo on mnie wiąże. Ma ją malować i drugi, i trzeci raz. -

A może to nieporozumienie? - Są jakieś niewątpliwe związki (w tym i w innych obrazach) z Twoim malarstwem. Ale jak daleko w malarstwie można iść w temat - fabułę. Chodzi o wyraz - uśmiech, który znaczy wszystko. W co zaszedł Podkowiński? Piszę - retorycznie wątpiąc. Ogromnie fascynuje mnie ta pasja Ludmiły.

A jak przegra - no to przegra. Powód jest autentyczny. (To słówko gra - przegra jest fałszywe - tylko pomocnicze). To jest nasza wielka miłość ta Timofiejewna. Wydaje mi się, że j a nie znam innej postaci kobiety w literaturze takiej "triumfującej nosicielki" idei miłości. Mam od kilku miesięcy Biesy. Nie mogę wrócić do czytania całości. Zawsze pociągnie mnie Ona albo Kiryłow. -

Ale ostatecznie Ona.

Był Sokorski. Zawsze - (nawet w trudnych, groźnych momentach) nie wiem, jak klarować mój stosunek do niego: nie jest gorszy niż inni - a ma ludzkie walory, których brak innym - pozornie bardziej czystym. Pytał Ludmiły, czy myśli jeszcze o jakiejś postaci z literatury do malowania. Myślała o Gruszeńce (s a m e j ) na temat: "a ja waszej rączki nie pocałuję" -

Powiedział, że to już niepotrzebne, bo się znalazło w tym portrecie Kuternóżki.

I jakże lekceważyć takiego odbiorcę? - Myśmy w swoich z Ludmiłą intymnych gadaniach też do tego doszli już dawniej. Z tych obrazów, które mu pokazała - wybrał te, które i nam są bliższe. -

Zawsze czuł się opiekunem czy odkrywcą Ludmiły. Pokazała mu zaproszenie na wystawę w Paryżu. J a k n a j b a r d z i e j popiera i obiecał jakimiś telefonami ułatwić, poprzeć, żeby jej tu "urzędnicy" i zazdrośni przyjaciele nie zagrzebali tej szansy.

Grzebię się w tym niby-pisaniu do Ciebie. Jest mi z Tobą dobrze. Niczego się nie boję, niczego się nie wstydzę.

Może zbyt beztrosko przyjmuję ten cały zamęt, w który mogłem Ciebie przez moje listy wprowadzić. Zacznie mnie to może znów w jakiejś chwili prześladować i dręczyć - że niechlujne i powierzchowne te moje relacje - że raczej milczeć - albo zdobyć się, mieć wolę i choćby cząstkę wyklarować możliwie czysto i do końca.

Otrzymałem z PIW-u resztę za Pankiewicza - blisko 8.000. - Połowę przekazałem do dalszej dec. Rózi. - Od niej otrzymałem 1.500 - część za rysunki do Muzeum. - To stanowi dużo - tyle co 3-4-miesięczna moja pensja. - Wrzuciłem do kasy domowej, bo tam była d z i u r a - a teraz spokój na dłużej. - DZIĘKUJĘ. -

Mirona stypendium było pod znakiem zapytania - dostał z jakiegoś funduszu na okres 3-miesięczny. - Przez czas, dokąd się to rozważało (a ja już miałem pieniądze), postanowiłem wewnętrznie, że nie pomogę. - Że to nie są pieniądze moje. Dom - Ludmiła - to mnie zobowiązuje. Nie wiem, jak w przyszłości ustawi swoje sprawy. - Nie mogę, nie chcę o tym myśleć. Ludmiły sytuacja też nie wygląda inaczej. -

J e s z c z e W Y S T A W A. Ludmiła (i ja) jest tym zdumiona i aż przerażona. Dziękuję, Dziękuję. - W tych dniach jaśniej będę wiedział, na co mogę liczyć tu, jeśli chodzi o ułatwienia czy przeszkody. -

Całuję - Ludwik

Z R O B I Ę W S Z Y S T K O, Ż E B Y T E J S Z A N S Y O D C I E B I E nie zmarnować.

116. Hering do Czapskiego

[brak jednej, pierwszej strony]7

Nie najważniejsza jest mi sprawa jego charakteru: egocentryzm, egoizm (jeśli chodzi o mnie i Ludmiłę, tak to sam zobaczyłeś od początku, n a t y l e w a ż n i - n a i l e m u p o t r z e b n i).

Szczerość, naturalność, aż "królewska niezależność" pozwolić sobie na wszystko: na obłudę, fałsz czy fałszerstwo. Bez żadnego konfliktu wewnętrznego. Odczucie skruchy - to t y l k o p o c z u c i e z a g r o ż e n i a, u t r a t y c z e g o ś, co akurat jest m u p o t r z e b n e. Ostatecznie zawsze kalkulacja zdecyduje, czy to będzie u niego skrucha i pokorne przyznanie się do winy - czy zlekceważenie. To może się przeplatać.

Dlatego o incydencie, o którym pisałem (z Sandauerem), albo lekceważąco, albo z poczuciem winy. To jest w nim jeszcze ciągle g r a o mnie: na ile mu się opłacam, ile zyskuje, przyznając się do winy (ujawniając część mojej roboty8 i zachować mnie nadal), czy przypisać robotę już dokonaną sobie.

Powtarzam: w jakiś trudny mi do sprecyzowania sposób to nie jest ocena Mirona (?), jest niezgoda na m ó j u d z i a ł w f a ł s z e r s t w i e, na p r o c e s. Obcowanie dwóch ludzi, które może musi być dla każdego czym innym - ale t o t r z e c i e, co między nimi powstaje, jest jedno. I to jest fałszowane, jeśli nie natychmiast, to wstecz. To mnie brzydzi [przekreślone]. To jest obce mojej pasji, mojej potrzebie (grze?) ciągłego rozdłubywania wszystkiego bez strachu, co rozwalę, bez oszczędzania i siebie, i niczego. Trwałość tego, co nie dało się zniszczyć, co dało się mimo wszystko donieść, potwierdziło swój ciężar i gatunek - to mi się dopiero liczy.

To obrzydliwość pisać i wysłać ten list. Ale Ty go znasz tak jak ja. Kto wie, czy nie jesteś bezwzględniejszy niż ja, widząc jego twórczość tak, jak piszesz.

Ja n i e c h c ę do końca zobaczyć, czym jest i czym nie jest jego poezja. To już mogłoby być morderstwo.

Ten list zniszcz koniecznie z a r a z, p r o s z ę. -

To jest może najważniejszy powód, dla którego chcę o d e j ś ć n i e z n a c z n i e. Mimo tylu lat obcowania - wydawało się - porozumienia - w sprawach sztuki, mojego wychowania (jak sam mówi) przeraża i zdumiewa to, co zdarza mi się usłyszeć od niego jako komentarz do jego wierszy, albo same wiersze, które są już tylko krzyżówką, bo na konstrukcji krzyżówki tylko sprawdzalny ich sens - co mu wystarcza.

Słowo rozpuszcza mu się w fascynacji werbalnej, kalamburowość, wieloznaczność słowa - jest pozorem dramatycznym, tematycznym.

Do niedawna mówiłem mu to przy pierwszych dla mnie czytaniach - i z całkowitym, ślepym zaufaniem natychmiast te wiersze odrzucał, przyjmując zarzut k r z y ż ó w k o w o ś c i - a więc p o t w i e r d z a j ą c m o j e p o d e j r z e n i a o jego procesie i powodach twórczych.

Drugi nurt (pozornie inny) to uradowanie przypadkowymi autentycznymi skrótowymi relacjami - moimi przeważnie, które ja karykaturuję i uteatralniam w moich "prywatnych" gadaniach.

To są Wypadki, większa część kabaretu, kawały i całe sztuki teatru. To było zapisywane z wielką moją i jego uciechą przy Ludmile, to się wtedy nazywa moim dla nich teatrem.

Nie widziałem i n i e w i d z ę wartości pisarskich tych rzeczy samych w sobie. Dawałem mu to najlżejszą ręką na jego ryzyko pisarskie. Przerabiał je - albo i nie. Ustalałem przy tym inscenizację, jak i co ma się ruszać, z czego będzie - kukły, maski - czy nie wiem co.

Oprócz pomysłu plastycznego Wiwisekcji udźgana jest ona moimi frazami, "złotymi myślami" na przekór (z całego życia, z książki Maryni - nawet z Twoich listów i... art. Wańkowicza z Palestyny).

- Ale to jest c a ł k o w i c i e j e g o transpozycja, ulepienie, skonstruowanie.

C a ł k o w i c i e j e g o są Wyprawy krzyżowe.

Lepy

Szara msza.

Osmędeusze są moim od początku do końca pomysłem, prawie cała fabuła -

a l e p r z e ł o ż e n i e n a t e k s t p o e t y c k i j e s t j e g o (czasem moje).

Stworzenie świata, Szury, Szwagier Europy - bez jednego jego słowa.

Pani Koch na moim rozbłaznowaniu z autentyczną panią Koch z mojego dzieciństwa.

---

Taki numer kabaretowy, jak Retory, w tomiku wierszy, gdzieście z Marynią poznali Teresę Tyszk. gładzącą okruchy przy scjentyzmie, jest pisany bez odejmowania pióra słowo za słowem pod moje gadanie. I Przerzut objawów, i inne.

Dam Ci przyczynki do Szwagra Europy - jedna ze sztuk w "Dialogu".

Zdanie:

1/ "ale ile to tira ra ra kosztowało!"

To zdanie Twojej macochy.

...ale ile ja waszego papuńcia kosztowała!...

2/ "obok szwagra stoi mucha!..."

To pacjentka z Nałęczowa, której wypisywałem kartę do doktora (nie wiedząc, że jest wariatką), i ta nagle zawołała: obok pana s t o i mucha! - i rzeczywiście - była na biurku przy mnie.

3/ Wołanie:

"Poddajmy się!... no poddajmy się!..."

To w piwnicy przy Kercelaku, gdzie byłem z rodziną w 39 r. - w czasie jakiegoś bombardowania cała piwnica najpierw się modliła, a po tym tak właśnie wołała.

A bomby se padały.

4/ Te l i c z n e " p e r u g i":

To moja ciotka - w tym roku nas odwiedziła. Ma 70 lat i jest w wielkich pretensjach. Żyje z renty - starcza jej na różne maseczki upiększające, kiecki i potrafi wyglądać na 40 lat. Ale jest łysa i nosi perukę.

A że jest praktyczna, to w radzieckiej strefie obstalowała se dwie na zapas, bo taniej. U nas jest ciasno i ja musiałem to patrzeć - to nie patrzeć, żeby jej nie zawstydzać przy tych "perugach".

5/ " J a k r o d z i c e j e c h a l i o d ś l u b u : p o k o j o w a p o w i e d z i a ł a n a p r o g u - m a s z c i l o s - s a m o w a r s i ę p o p s u ł".

To wspomnienie rodzinne Hani Nałkowskiej, opowiadane przy rodzinnej herbacie z mężem głuchym 80-letnim9 (wyszła za niego trzy lata temu, ale już umarł). Siostra męża, też głucha, ma 85 lat.

Hania, skandując wolno słowa i sylaby, wykrzykiwała to zabawne kiedyś wspomnienie. Mąż się śmiał. Ale szwagierka nie usłyszała. Hania wykrzykiwała po raz drugi anegdotkę. - Szwagierka (taki ślepy, zasuszony Homerek) zaczynała chichotać.

Ale mąż dla odmiany pytał z czego, bo tym razem on nie usłyszał i myślał, że to nowy dowcip. -

Hania zaczynała po raz trzeci - itd.

Z d a r t a p ł y t a g r a m o f o n o w a - szafa itd.

To jest sklecone na moich pantomimach - topografiach scenicznych. Darowuję mu tekst, ale chcę być odpowiedzialny za to, co w teatrze - jeśli już raz się o tym mówi - jest moje: materia i inscenizacja - co już jest równocześnie w dramacie.

Nigdy, pisząc do Ciebie, nie mam pewności, czy wyślę. - A ten list właśnie - mimo że mam pewność, że nie powinien być wysłany - mam pewność, że wyślę. -

Ile tu spraw się krzyżuje. Moje zamierzone w czasie odejście od Mirona - najmniej ważne. Będzie pisarzem, jakim może być. Ja na to wpływu mieć n i e m o g ę. Może moje odejście postawi czyściej, inaczej jego sprawę pisarską.

Krzywdzę Mirona, pisząc do Ciebie ten list. Narażam być może Twój stosunek do niego. On to dowiózł tu jak łaskę losu. To w nim ciągle jest.

Nie myśl, że jest we mnie zemsta za to, że na niego spadło, że on przejął jakąś - może nikłą - ale pierwszą warstwę j u ż n i e d o p o w t ó r z e n i a m o j e g o z T o b ą spotkania. Przeciwnie.

Przeciwnie. Właśnie po powrocie, po Tobie wierzyłem, że mogę mieć z nim uczciwą przyjaźń.

Ale już mam dane, że (tak to dawno określiłem) podświadomie pracuje w nim nadal instynkt samozachowawczy - bezwzględny i ślepy.

Przez jego taktykę o d p o c z ą t k u, od zbiorowej histerii w zaraniu (Tarczyńska), "sława" tego teatru - aż do mętnych i bzdurnych wypowiedzi Sandauera w dyskusji w "Dialogu" - jest czymś aż hochsztaplerskim (jak się pisze?)

---

W jakiś sposób powód tych wynurzeń ma związek z tym (jeszcze raz) Twoim nawrotem do myślenia o moim pisaniu.

Nic mojej pewności nie zmieni.

Nie napiszę nic, co mógłbym uznać za wartość, za konieczność.

Jedyne, za co będę odpowiedzialny, to malarstwo Ludmiły. J e j m a l a r s t w o.

To mi wystarczy. I to byłaby najcięższa m o j a klęska, gdyby zawiodło.

ZNISZCZ

przerywam i wysyłam ten błotnisty list

Twój Ludwik

122. Hering do Czapskiego

18 października 59 r.

1

Jest niedziela. Południe. Słońce. Uciekłem z piórem, z papierem na kalwiński cmentarz. (Dwie minuty od mojego domu). Najbardziej niebieskie niebo, najbardziej kolorowe drzewa. Siedzę przy byle jakim grobie. Ptaki słychać. Liście spadają. Jest ostatecznie pięknie. Tylko o metr-dwa nad ziemią; o kilkanaście metrów od ulicy, kilkanaście godzin od roboczego poniedziałku - każdej chwili w każdym miejscu włos od śmietnika.

Żyję w środku śmietnika, z o b o w i ą z u j e mnie śmietnik, mam śmietnik w sobie.

To nie tylko to, że odczuwam jednocześnie dwuznaczność wszystkiego. (Piszę zdanie - i już niedopisane przekreślam innym).

Dlatego nie p r ó b u j ę n a w e t t ł u m a c z y ć się z p o p r z e d n i e g o l i s t u - bo właściwie n i e c z u j ę się za niego odpowiedzialny. To jest zresztą, myślę, techniczne niechlujstwo samego pisania.

Piszę "śmiecie" o sobie - i już odczuwam to jak insynuację o sobie. Wystarczy myśl przeciwna, obronna - a już odczuwam to jako komiczny, fałszywy gest, egzaltację. Jakaś możliwa ciągłość, konsekwencja to jednak stały podskórny nurt degradowania siebie. Świadomość i strach, że to we mnie wzrasta, że p r z e k r a c z a m, że dotykam o s t a t e c z n e j g r a n i c y. Że nie uszanuję w s o b i e n i c z e g o, że zniszczę siebie wewnętrznie tak do końca i ostatecznie, że kontakt - szacunek (nawet Twój i Ludmiły) - odpadnie.

Inne są mi już aż d o p o g a r d y już dziś nieważne i od dawna (może) umowne, a n a p e w n o c i ą ż ą c e? T a k ą s k o ń c z o n ą p o z y c j ą j e s t A d o l f - a w d r o d z e d o t e g o j e s t M i r o n?

W S Z Y S T K I E śmierci do mnie doszły.

Śmierć ze ŚWIADKIEM, śmierć współczuta do końca, p r z e ż y t a do końca (Colin - Elżbieta).

I śmierć, życie Stasia, może źle wiem (?), niedoczute do końca przez nikogo.

I - Dotykam śmierci wtedy, jak w i e m, że n a r a ż a m n a p ę k n i ę c i e to, co jest trwałym, nieprzerywającym się d i a l o g i e m m o i m z T o b ą w e m n i e.

To, co grozi, to nie samotność - a zamilknięcie, skamieniałość i w tym jest śmierć (niemożliwość dialogu).

Czy wyślę ten list?

Jeżeli nie wyślę (dlatego nie piszę) to ciągle n i e z e s t r a c h u p r z e d Tobą, przed narażeniem - a ze strachu, że nie jestem w stanie przekazać siebie dość prawdziwego w moim tu życiu.

Ja ostatecznie nigdy nie wierzę, że Ciebie stracę.

Pamiętam ostatni nocny powrót wzdłuż toru kolejki po piasku pieszo z Otwocka do Józefowa. Ciągła wtedy między nami stężona świadomość, że w s z y s t k o może się stać. Powiedziałeś, że jeślibym był nawet cały zgniły - to jeszcze będę istniał dla Ciebie, że ze mną będziesz.

To mi sto razy daje spokój - nie tylko w tym, że Ty będziesz ze mną do końca. A jednak bronię się przed tym, żeby nie być przyjętym za łatwo, nawet zgniły.

Namiętnie czynię degradacje na sobie i zaraz z równą namiętnością ciskam się na degradowanie obok mnie.

I wiem, że nic nie byłoby do obrony, do szacunku we mnie - jeśli nie da uratować się, uszanować - jeśli j u ż w c z e ś n i e j nie istnieje coś poza mną. -

Zewnętrznie wydaję się i jestem nieporadny, sam i kaleki przeciw życiu - ale cały wewnętrznie jestem bezwzględny i bezlitosny dla siebie - nieoszczędzający siebie w niczym. N i c z pokory. N i c z uległości. N i c z bierności. - Ciągle w tym, że tylko moja racja może zrównoważy sens czy bezsens całej reszty.

Już dawno wróciłem z cmentarza.

Takie supłowate zdania zawsze prawie decydują o tym, że przerywam pisanie ze wstrętem. - Skąd się biorą? co znaczą? co pod nimi jest? - Kompleks wyższości? - Kompleks poniżenia? - A może t o: ciąży, niecierpliwi, nuży coraz dotkliwiej - narasta z każdym rokiem, dniem. Z końcem niedzieli - przed roboczym tygodniem.

Już dawno - trudno uchwycić, ile lat temu - spostrzegłem przy różnych przypadkowych spotkaniach nawet z ludźmi, którzy mnie dawniej znali (teren biura np.) - jakąś dozę szacunku niepamiętaną dawniej. Nie rozumiałem, do jakiego "waluru" mojej osoby to się odnosi.

Zrozumiałem wreszcie - że ten nieokreślony naddatek to doza "szacunku" dla m o j e g o w i e k u.

Mam tu od początku dość nieokreśloną funkcję drobnego urzędnika. Bywały nawet dość długie okresy spokoju dla mnie. Albo spokoju w "ostrym pogotowiu", albo okresy niewygodnej widoczności, przykrostek, przykrości. Wszystko to w stosunku do mojego stanowiska i małych funkcji - (a wzrastającego wieku) - ma ciągle narastający poniżający komizm.

Bywały długie okresy, że to spływa po mnie bez śladu - z chwilą wyjścia z biura. Ale są długie okresy udręczeń, obaw - aż strachu. To nie tylko przeczulenie. Są konkretne powody do udręczeń, do niepokojów, do strachu (strach przed stratą posady choćby).

Znużenie, zatrucie w takich proporcjach już do czasu i wytrzymałości - że w ostatecznym wysiłku mogę się odgrzebać z tego i włączyć w inny mój nurt.

A jednocześnie - lekkomyślnie - wypracowałem drugi nurcik śmieszności dla siebie: Teatr. Jeżeli 99 i 9 procent zainteresowanych, bywających, mówiących czy piszących - n i e w i d z i mojej roboty - albo przydziela ją Mironowi - łącznie z nim - no to jestem dla nich krzątający się starawy fagas prawie że od posuwania stołków.

A jeśli o coś się upominam, coś wyjaśniam - protestuję, no to jestem stary fagas z pretensjami.

Pomieszałem

"kalibry"

Ile trzeba by dodać? -

albo ile cofnąć? -

Nie mam siły.

25 października 59 r.

2

Znów niedziela, już kończąca się. - Zaczęty i niewysłany list tydzień temu.

Leżę w pokoju Ludki. - Ona drzemie w drugim końcu. - Budzi się - woła "Ludwik!" -

Pyta, czy gadam do niej. Nie. Rozmawiałem z Tobą.

Napada mnie j u ż t o myślenie: - że już nigdy do Ciebie nie napiszę.

N i g d y nie p r z y j ą ł e m i nie p r z y j m u j ę m y ś l i, że mogę do Ciebie przyjechać.

To też forma śmierci, śmierci we mnie.

Nie. Te wszystkie śmierci Twoje nie przeszły obok - tylko ja się nie potrafię przebić do Ciebie.

Kilka dni temu, późnym wieczorem przyszła do mnie żona Wacka19 (tego z Nałęczowa - on umarł nagle kilka tygodni temu - przed tym się zapił - to już od lat - i nie miałem z nimi kontaktu. - Ona miała nawroty szaleństwa co kilka lat. - Teraz się znów zaczęło. On przyrzekł jej, że nigdy jej nie odda do domu wariatów). Znów się u niej zaczęło. Przestała pracować, przesiaduje po kawiarniach do nocy, sprzedaje co się tylko da z domu (j e j s y n - j u ż 1 9 l a t - gorzki, "wściekły" jak większość jego pokolenia i stara matka) - kupuje jakieś łaszki, ozdoby. Chce jeszcze poczuć s m a k ż y c i a. Ma 45 lat. Odmłodniała - coś w niej zabłysło, jest czasem aż piękna. - To znów jak zmęczona, nietrzeźwa prostytutka. Albo strasznie zmęczony, załamany człowiek. Odprowadzałem ją nocą (nie do jej domu, a do domu jej siostry - innej nędzarki). - Boi się, że rodzina wezwie karetkę i zawiozą ją do Tworek. Wie o swoim wzrastającym szaleństwie. Chciałaby ze sobą skończyć. Już były próby samobójstwa - i nie potrafiła skończyć. Mówi: "Mam wybór i nie mam wyboru. Boję się szaleństwa i boję się śmierci".

---

Tyle o tym. A wcale nie to mnie przytłacza. To ciągle jeszcze nie moja skóra. Tak mówię - tak pewnie jest. Uciekam - odsuwam to od siebie, bo jestem bezradny. To nie jest jedna sprawa. Jest wiele podobnych. Moje reakcje, mój stan? - to wielka niewygoda psychiczna - uwieranie na mózg masy czy obręczy. Każdy wysiłek woli, przedzieranie się - jakieś epileptyczne - n a s i ł ę i b e z s i l n e.

Gdybym mógł się zdobyć w liście na najlichszy mysi pisk związany z tym, co we mnie jeszcze bezpieczne i bezzmienne - ale nie potrafię. -

To nie to, że mogę być bełkotliwy, n i e c h l u j n y, niewyliczony w akcentach, w proporcjach. -

List - to ostatecznie zawsze wiedziałem - też twórczość. I rozmowa. I obcowanie z człowiekiem. Jeszcze jak! Dlatego n i e n a w i d z ę pisania.

Ale zdolność, wola zmobilizowania siebie - w każdych warunkach.

Można powiedzieć o mnie "słaby człowiek". Mogę powiedzieć o sobie "słaby człowiek". Częściej myślę o sobie jak o człowieku nie dość słabym - o jakimś w sobie zaniedbaniu, niekonsekwencji utrudniającej mi samozniszczenie, zamilknięcie. I zły jestem, że to jest dla mnie samego niejasne, c z y o s t a t e c z n i e n i s z c z y m n i e ż y c i e (samo - z zewnątrz) - czy za moją zgodą, z m o j e j woli, z mojego wyboru.