I
Dzwony kościelne grały żałobnie. Powietrze pełne było ich skarg -
przenikały do wnętrza domów, głuszyły szmery. Przechodzień każdy ku
dzwonnicy oczy podnosił, a potem zwracał je na karawan przed farą
stojący i przystawał, zwiększając ciżbę gapiów.
Ulica zatłoczona była tłumem ciekawych i długim szeregiem zaprzęgów
obywatelskich - grzebano kogoś znacznego.
Z gęstych, siwych chmur począł sypać śnieg.
- No, panowie, może już pora na eksportację! - zawołał pan Jan Zarudzki,
wchodząc do pokoju hotelowego, gdzie czterech przybyłych na pogrzeb
obywateli grało w winta.
Nikt na razie nie odpowiedział, bo rozgrywano partię. Dopiero gdy
skończyli, któryś, zapisując, mruknął:
- Dzwonią na egzekwie, jeszcze czas, skończymy robra. Spójrz no, czy
konie pod kościołem.
- Stoją. Nie wiecie, czyje to kasztany?
- Czwórka w szorach1? Czyjeż by? Motolda.
- Eee! To i sam Luter grzebie Janickiego! Wielka parada. Nie wiecie? Sam
jest czy z żoną?
- Sam. Od początku siedzi jako przysięgły w sądzie okręgowym. Bez atu.
Rozmowa się urwała. Zarudzki podszedł do okna i na plac popatrzył.
Dzwony wciąż grały.
Zajazd pełen był gości pogrzebowych, więc po chwili ktoś znowu wszedł.
- Panowie! Chodźmy. Musimy się przecie w kościele pokazać. Wszyscy już
poszli.
- To idź, kiedy ci tak pilno! - burknął jeden z graczy, który wpadł bez
trzech na małego szlema.
- Zaraz skończymy! Nie przeszkadzajcie! Nowo przybyły zbliżył się do
Zarudzkiego.
- Dziekan może długo i grubo śpiewać. Bierze pięćset rubli za pogrzeb.
- Oni by dali tysiąc z radości, że się wreszcie do fortuny dorwą. Męczył
ich stary. Teraz Karolek pewnie Sterdyńską dostanie.
- No, a Lucjan interesy oczyści. Ciekawym, czy się podzielą, czy Karolek
Lucjana spłaci. Kapitałów stary nie miał, ale i długów żadnych. Zawsze
dla dwóch suto będzie.
- No, siostrom dać muszą spłatę.
- Co tam siostry! Ale co z Wacławem będzie?
- Co ma być. Pewnie dawno przepadł i nie żyje.
- Zobaczysz, że zmartwychwstanie do spadku.
- Eee! Nie będzie się śmiał pokazać.
- No, no! A zresztą Zośka im jakąś sztukę utnie.
- Zośka! Ta weźmie spłatę i drapnie w świat. Dość miała niewoli ze
starym.
- Że nieznośny był, to prawda... Ale o Zośkę podobno stara się Owerło.
Stary Janicki kijem go wygonić obiecał, tak o córkę był zazdrosny, teraz
może się pobiorą.
- No, panowie, idziemy! Nie wiecie, stypa będzie?
- U dziekana obiad po pogrzebie. Karolek wczoraj wieczorem wszystkich
prosił.
- Dobrą mają starkę, jeszcze po chorążym.
Wyszli wszyscy na ganek, przez plac do kościoła, oglądając konie i ekwipaże.
Przystanęli koło czwórki Motolda i któryś rzekł półgłosem:
- Kareta tysiąc rubli, a niedawne czasy Motoldowi żaden Żyd by tysiąca
grosza nie pożyczył. Bestia ma szczęście.
- Szczęście? Toć na to szczęście dużo perkalików natkał. Niech no mu
żona kipnie, znowu będzie piechotą chodził i z Łasicka z kijem w świat
ruszy. Sukcesora ani słychu.
Roześmieli się na jakąś, szeptem dopowiedzianą uwagę Zarudzkiego i weszli do kościoła.
Nad tłumem katafalk królował, msza dobiegała końca, przepchali się przez
tłum gawiedzi do pierwszych ławek i tam zaczęli się rozglądać, kto jest
ze znajomych, witać się w milczeniu, obserwować zachowanie się rodziny,
ilość świateł, trumnę, przybranie kościoła.
Zjazd obywatelski był liczny, nikogo nie brakło. Nieboszczyk był długie
lata marszałkiem powiatu, rodzina dawno osiadła w okolicy, szeroko
spokrewniona, a przy tym pogrzeb wypadł w czasie kadencji sądu
okręgowego i dorocznego jarmarku i przed świętami Bożego Narodzenia,
gdzie z najdalszych kątów powiatu gospodynie ściągały z powodów
spiżarnianych do miasta.
W pierwszej ławce było czworo dzieci zmarłego: dwóch synów, jeden
zupełnie łysy, drugi przystojny blondyn, obydwaj z krepą na rękawach i twarzami urzędowo, przyzwoicie strapionymi. Kobiety miały na twarzach
krepowe welony, więc rysów trudno było rozpoznać. Tym się różniły, że
jedna płakała, druga klęczała sztywno, bez ruchu.
Za nimi siedzieli szwagier Janickiego, Wilszyc, z żoną i dwie siostry
zmarłego, potem rodzina dalsza.
Celem wielu spojrzeń był Motold.
Tłum ten cały go znał, bo potentatem był powiatu - miał w tym tłumie
wrogów i zawistnych, i pochlebców, i krytyków, i oszczerców, nie miał
może tylko ani jednego przyjaciela. Stał wśród całej grupy obywateli i niczym się od nich wybitnie nie różnił.
Był średniego wzrostu, wyglądał na lat czterdzieści, włosy już
szpakowate, rysy dość pospolite. Trzymał się pochyło, niepozorny był i widocznie obojętny na ciekawość ludzką lub myślą gdzieindziej - nie
pozował.
Ksiądz odśpiewał grobowe Requiescat2 i zmieniał ornat na
kapę. Ruch się uczynił wokoło katafalku, panowie podeszli bliżej, jedna
z córek wybuchła spazmatycznym płaczem, młodszy syn dawał jakieś rozkazy
służbie, rozszedł się zapach kadzidła, wszyscy powstali.
Zaczęto usuwać kwiaty i świece, obnażać katafalk. Wszyscy patrzyli na
trumnę, jakby na coś żywego, świętego - zdejmowano ją powoli, ostrożnie,
dla łachmana ziemskiego mając większy wzgląd jak dla ducha, którego już
szarpano krytyką lub lekceważeniem.
Wzięli ją na barki synowie, kilku jeszcze młodych ludzi, wśród nich
zauważono Owerłę. Zauważono też, że trumna była za skromna, że młodsza
córka okazywała skandaliczny brak serca i żalu. Wtem kondukt ruszył,
uczynił się tłok i każdy już tylko uważał, by go nie uduszono w ciasnej
kruchcie i żeby być najbliżej trumny.
Śnieg padał coraz gęściej - wstawiono trumnę na karawan i na piechotę
ruszyła szczupła garstka, a i ta coraz malała. Gdy kondukt wyszedł za
miasto, już tylko czworo najbliższych było za trumną - i długi szereg
zaprzęgów. Wszyscy klęli w duchu, ale spełniali światowy obowiązek.
Na cmentarzu wśród zadymki i wichru ksiądz spiesznie ceremonii dokończył
i gdy murarze zaczęli katakumbę zamurowywać, wszyscy rzucili się do
odwrotu. Młodszy syn pozostał z jedną z córek, starsi odjechali, by
przyjąć gości na probostwie.
Po chwili śnieg zatarł ślady, dzwony umilkły, murarze skończyli robotę,
ostatni zaprzęg odjechał, żywi wrócili do życia, Janicki został na
stałej już siedzibie i zupełnym spokoju. Już nawet nie mówiono o nim po
zajazdach tego wieczora - mówiono o stypie i o dzieciach. Stypę chwalono
- smaczna była i suta, ale tych, którzy ją wydali, szarpano
niemiłosiernie.
Nikt z powodu zadymki i winta nie spieszył do domu, tylko Motold o zmroku odjechał - na stypie, pomimo zaproszeń obu Janickich nie był,
wymówiwszy się grzecznie, lecz stanowczo, chorobą żony i ważnymi w domu
sprawami.
Stary Wilszyc z żoną poszli wieczorem do dworku Spendowskiego, jurysty,
który sprawy majątkowe i sądowe całego powiatu załatwiał, był doradcą,
przyjacielem i plenipotentem obywatelskim, i tam we dwóch - starzy i czujący może już także bliski kres - poczęli nieboszczyka wspominać i o Janickich długo i szeroko rozprawiać.
Spendowska z Wilszycową opowiadały sobie miastowe i wiejskie kłopoty ze
służbą, mężczyźni przypominali młode lata, szkolne koleżeństwo z Janickim, potem wyrzekać zaczęli na młode pokolenie.
- Czy zostawił chociażby testament? - spytał Wilszyc. - Bo ostatnimi
laty tak zdziwaczał, że już i do mnie nienawiść czuł i ledwie jakie
słowo bąknął. Wacław go dobił.
- Hm, zapewne, nieprzyjemna była sprawa - zamruczał Spendowski. -
Jednakże niczym nie jest dowiedzione, że Wacław te weksle pofałszował.
- Toć się przyznał.
- Przyznał się, ale na co i gdzie wydał te pięć tysięcy rubli śledziłem
i niczego żem nie odkrył.
- Zabrał ze sobą. To jasne.
- Nie może być. Weksle Kahan trzymał dwa lata, zanim podał do sądu. Żeby
Wacław pieniądze miał, toby zapłacił, gdy mu je ojciec w twarz cisnął i przeklął. Ja przy tym byłem i Wacława znałem dobrze. Wie pan, co powiem:
on z nich najlepszy, on i Zośka.
- Panie Florianie, a wam co się dzieje! Nie chwalę ja tamtych ani
rachuję na nich, ale zawsze bez skandalu żyją! A ten hańby naniósł, a ta
wariatka, jak ją przez ambasadę jako małoletnią ojciec sprowadził z Paryża, to mały wstyd był? Co wyrośnie z dziewczyny, która mając lat
siedemnaście, ucieka z domu w świat na awantury? No, odsiedziała ona za
to dobrą pokutę z ojcem i miała za swoje. Mówili oni co panu, jak się
podzielić myślą?
- Mówiliśmy wczoraj wieczorem. Byli tu obydwa i zgodnie wszystko
zdecydowali. Pan Karol jako najmłodszy przy Woronnem zostaje, pan Lucjan
bierze sto tysięcy spłaty, na co sprzedadzą las i wezmą pożyczkę
bankową.
- No, a siostry?
- Oni rachują dać pani Bronisławie dziesięć tysięcy,
respective3 rentę od tej sumy pięcioprocentową, rocznie
pięćset rubli, a pannę Zofię do zamęścia pan Karol utrzymuje i taki
posag ma jej wypłacić.
- Hm, Karolkowi bardzo ciężko będzie. No, ale Sterdyńska ma podobno
czterdzieści tysięcy posagu.
- Ma. Ja ręczę, gotówką na stół.
- Ha, no, byle ją dostał, to wyboruje. A jakże siostry się zgadzają?
- Nie było o tym mowy, więc musieli się już porozumieć. Mają być wszyscy
jutro u mnie dla napisania projektu działu.
- A wiem, bo i mnie prosili na świadka. Nie można im nic zarzucać,
politycznie i rozsądnie poczynają, kiedy i los sióstr chcą zabezpieczyć.
W tej chwili ktoś począł gwałtownie do dworku kołatać. Spendowski
zdziwiony ruszył do sieni i po chwili rozległ się znany Wilszycowi głos
Karola Janickiego.
- Przepraszam szanownego pana za najście o tak późnej porze, ale stała
się rzecz tak niesłychana, że musiałem dziś jeszcze o ratunek i radę
prosić. Zośka odmawia podpisania działu. No, ale chyba musi być prawo,
żeby ją do tego zmusić albo obejść się bez jej zgody.
- Ja przeczuwałam, że ona im nawarzy piwa - szepnęła Wilszycowa do
Spendowskiej.
- Co ty mówisz? Odmawia? Jak to? Dlaczego?
Janicki zasapany, rozdrażniony przywitał panie i jąkając się z alteracji4 wielkiej, mówił:
- Jak to? Dlaczego? Czy wuj jej nie zna? Żeby nam na złość zrobić, żeby
nas zgubić. Ona nas nie cierpi, bośmy na jej wariacje się oburzali i strzegli. Ale to nie może być, żeby ona, córka, mogła nam przeszkodzić.
Spendowski milczał, a na ostatnie, do siebie zwrócone zdanie powoli
odpowiedział:
- Dział może być prawomocny przy zgodzie wszystkich członków rodziny.
Należy wpłynąć na pannę Zofię, wyrozumieć jej chęci, bez jej podpisu nic
uczynić nie możemy. Zapewne powiedziała panom, dlaczego zgody swej
odmawia.
- A powiedziała. O! Ona widocznie dawno plan ma gotów. Żąda wydzielenia
swej czternastej części ziemi, a siódmej w ruchomościach i żąda
wydzielenia schedy Wacława.
- Wacława?! - zawołali wszyscy zdumieni.
- Tak. Widocznie poza plecami ojca utrzymywała z nim stosunki potajemnie
i mówi, że ma jego prawne pełnomocnictwo do działania w jego imieniu.
Zapanowało grobowe milczenie. Nareszcie Wilszyc ręce ze zgrozą wzniósł
do góry.
- Awantura! - jęknął.
- Oto jest rezultat wszystkich emancypacji i wolności dawanej pannom! -
wybuchnęła Wilszycowa. - Sumienia i wstydu nie ma taka dziewczyna. Całą
rodzinę gubi! Nic nie uszanuje, nawet ojcowskiej świeżej mogiły. Zgroza!
- Będzie dużo ambarasu i mitręgi. To może potrwać lat parę, a ile będzie
kosztów i pisaniny! - mruknął Spendowski.
- To musi się lada dzień skończyć. Lucjan ma terminowe spłaty.
Rozszarpią go Żydzi. A ja! Co powiem Sterdyńskim! Albo ja wiem, co ja
mam, gdzie żonę przywiozę, za co się wyekwipuję. Toć w Woronnem ruina,
ojciec od dziesięciu lat wszystko zaniedbał, mnie grosza nie dawał. Mam
także długi, musiałem z czegoś żyć przecie. A gdzie się podziewały
dochody, to jedna Zośka wie. Ojca opanowała, gdy zniedołężniał, niby on
rządził z fotelu, a jej wszędzie było pełno, bezład nie do opisania i chaos w gospodarstwie. Tysiące teraz pochłonie zaprowadzenie ładu, a przecie dochody były, a w biurku ojca znaleźliśmy tysiąc kilkaset rubli
- to pogrzeb pochłonie.
- Panna Zofia nie zatai, jeśli o kapitałach coś wie - rzekł Spendowski.
- Pytałem, odpowiedziała, że księgi ojciec sam prowadził, żebym je
przejrzał. A wie wuj, że ona nawet do Woronnego wracać nie chce.
Powiedziała, że tu, w miasteczku, zamieszka i po wydzieleniu jej
czternastki tam osiądzie.
- Gdzie będzie mieszkać? Z czego się utrzymywać? - jęknął Wilszyc.
- Już znalazła drugą wariatkę. Tę wściekłą Bajkowską. U niej wynajęła
już pokój.
- Jezus Maria! W traktierni5 będzie siedzieć. To już
skończenie świata! - zawołała Wilszycowa.
- Na to nie można pozwolić - rzekł Wilszyc. - Ja się z nią jutro
rozmówię, ona musi się opamiętać. Ja jej przedstawię, czym to grozi. Ja
jej zapowiem, że wszyscy ją odstąpimy, na nikogo niech nie rachuje. Ona
się zlęknie opinii publicznej i zerwania z rodziną. Jeszcze nie
desperuj, Karolu, uchodzimy ją. Zresztą przez wzgląd na Owerłę na
skandal się nie odważy. Gadać w gniewie łatwo, ale po rozwadze się
umityguje. Ja ci powiem, że najgorsza jest scheda Wacława. Jeśli
naprawdę on żyje, musicie go wydzielić. To nie czternastka siostrzana,
to dziedzic wam równy.
- Ojciec powtarzał do ostatniej chwili: mam dwóch synów, tamten swoje
wziął, nie znam go i nic jego tu nie ma.
- To jest fakt moralny, to żaden dokument - rzekł Spendowski. - Woronne
pójdzie na trzy działy. O, bardzo się interes gmatwa. Nasz pierwszy
projekt zupełnie trzeba zmienić, żaden punkt nie zostanie.
- Więc ja zginąłem! - jęknął Karol płaczu bliski. - Pozostaje mi chyba w łeb sobie palnąć. Lucjana z dzierżawy wyrzucą, na dziady zejdziemy
wszyscy. Panie Florianie, w najlepszym razie, kiedy może być dział
zatwierdzony?
- Przy ogólnej zgodzie do pół roku formalności się przeciągną.
- Więc i sprzedaż lasu, i pożyczka bankowa nie może być pierwej?
- Nie! - odparł prawnik stanowczo i dodał po namyśle: - Tylko mógłby pan
otrzymać prywatną pożyczkę, opartą na sprzedaży lasu, ale nic nie można
zrobić i dostać, dopóki dokument dzielczy nie będzie przez was
wszystkich rejentalnie podpisany...
- Wuju! - porwał się Janicki. - Rozmówcie się dziś jeszcze ze Zośką,
uspokójcie Lucjana, ratujcie nas. Konie moje stoją. Jedźmy!
- Jedź, Michale! - rzekła Wilszycowa.
- No, to ruszajmy razem, już późno! A może by i pan, panie Florianie, z nami, to zaraz będziemy wiedzieli, co jutro poczynać. Ja jestem pewny,
że dziewczyna się opamięta, a im istotnie pilno kończyć.
Spendowski się zgodził. Do zajazdu, gdzie mieszkali Janiccy, niedaleko
było. Lucjan z żoną zajmował jeden numer, Karol - drugi, obie córki
mieszkały osobno, w końcu korytarza. Wstąpili do Lucjanów, zastali ich
oboje zupełnie przybitych. Istotnie położenie ich było fatalne, Lucjan
za posag żony wziął przed siedmiu laty dużą dzierżawę. On był próżny i leniwy, ona miejska panna, znająca wieś tylko z opisu i letnich
mieszkań. Poznali się w karnawale, pokochali na zabój i po Wielkanocy
się pobrali. Stary Janicki sprzeciwiał się małżeństwu i nic synowi dać
nie chciał. Więc Lucjan na kredyt wziął dzierżawę, na kredyt urządził
dom, potem posagiem żony długi spłacił i znowu się zapożyczył.
Narzekał na złe lata, na nieurodzaje, na klęski, a w rezultacie prócz
tego narzekania niewiele co robił. Rodzina się powiększała, było dzieci
czworo, oczekiwano piątego. Pani z eleganckiej panny zmieniła się w zwiędłą, cherlającą, zaniedbaną w stroju babę. Snuła się po domu z kąta
w kąt, znudzona, apatyczna, bezmyślna, zawsze na wpół tylko ubrana i rozczochrana.
Stary Janicki raz ich odwiedził - nazwał ją flądrą - i więcej już nie
był w ich domu.
Z całej rodziny Lucjan i starsza siostra, Bronisława, byli flegmatyczni
i łagodni, zgadzali się zwykle biernie z losem, nie spierali się z ojcem, nie walczyli z dolą, nie myśleli o przyszłości, nie mieli żadnego
zdania i charakteru, nawet do złego nie mieli chęci ani energii. Płakali
przy śmierci ojca, najmniej chciwi byli spadku, a teraz Lucjan nie
sarkał ani się miotał, ale siedział osowiały nad żoną i czekał, co Karol
obmyśli, a Spendowski postanowi. Najchętniej by się spać położył, ale
nie wypadało.
- No, Lucjanie, pójdziemy do Zośki - rzekł energicznie Wilszyc. -
Przyprowadzimy ją tutaj i będzie zgoda.
- Myśli wuj? Dałby to Pan Bóg, ale już ją Karol dwie godziny namawiał i nie chce.
Wstał z westchnieniem i wyszli wszyscy. Karol ze Spendowskim zostali po
drodze, by czekać na rezultat poselstwa, a oni zapukali do pokoju
sióstr.
- Kto tam?
- My z Lucjanem! Otwórz no, musimy się z tobą widzieć.
- Bronka już śpi.
- Niech śpi. Krzyczeć nie będziemy.
Po chwili jakby wahania rozległy się kroki, klucz zgrzytnął. Weszli.
Przed nimi stała dziewczyna w czerni, średniego wzrostu, szczupła, o twarzy suchej i ściągłej, bystro i jasno przed siebie patrząca. Nie
udawała, że nie wie, z czym przychodzą, ani nie wyglądała na strwożoną
przed walką. Podała im krzesła i sama usiadła, i czekała, złożywszy ręce
na piersiach.
- Co ci się, Zośko, stało? - rzekł Wilszyc. - Odmawiasz swego podpisu na
dziale. Niezgodę i kwasy wnosisz do rodziny w dzień pogrzebu ojca, czy
to się godzi?
- Żadnych spraw w dzień pogrzebu bym nie wszczynała. Lucjan wie, kto
zaczął tę kwestię.
- Karol zaczął, to prawda, ale widzisz, wejdź w nasze położenie. Ja mam
palące długi, on chce się o Sterdyńską upewnić.
- Ja także rada prędzej mieć zapewniony los i niczego nie żądam więcej,
niż mi się z prawa należy. Jestem podlejszego gatunku spadkobiercą,
dostaję czternastą część. Dajcie mi ją, a zaraz, co chcecie, podpiszę.
- No, przecie Karol daje ci tyleż, co Bronce, dziesięć tysięcy rubli.
- Po pierwsze, daje mi tylko utrzymanie do wyjścia za mąż, czyli że
jeśli za mąż nie pójdę, będę do śmierci na jego łasce i opiece, a ja
łaski nie potrzebuję, a opiekować się sobą potrafię i sama. A po drugie,
co znaczy ta suma dziesięć tysięcy? Kto ją zdecydował i na jakiej
zasadzie? Może mi za wiele raczą dać, ja chcę tylko mojej czternastej
części.
- Jakże to? Ile ją rachujesz?
- Pięćset trzydzieści pięć morgów ziemi z Woronnego.
- Ziemi?! I tyle! Oszalałaś. Któż będzie kroić majątek na kawałki dla
córek. A synom co zostanie? To by po kilkunastu latach ani jedno rodowe
gniazdo nie zostało, wszystko pójdzie w obce ręce...
- Moje ręce nieobce.
- Bajesz banialuki. Jest tradycja i obowiązek nad prawem nawet. Córki
biorą posag, a ziemię rozdrabiać grzech. Zresztą, po co ci ziemia. Nie
chcesz być na łasce Karola, no to ja wpłynę na ich decyzję i wypłacą ci
twą część gotówką, jak Bronce.
- Niech się wuj nie trudzi, ja inaczej jak w ziemi swej części nie chcę.
- Ależ Zosiu, miejże wzgląd na mnie i moją rodzinę. Karol cię rozdrażnił
i obraził, ale za co ja mam ginąć? - rzekł Lucjan.
- Ty czy tak, czy nie, zginiesz! - odparła twardo. - Zresztą chcesz
dojść prędzej do spadku, czyń jak ja. Żądaj także swej części w naturze.
Na twój dział wypadają dwa tysiące sto czterdzieści trzy morgi.
- Skądże to! Jak rachujesz? - spytał.
- Woronne ma obszaru siedem tysięcy pięćset morgów, z tego potrąciwszy
nasze dwie czternastki tysiąc siedemdziesiąt morgów, pozostaje na
każdego z was trzech po dwa tysiące sto czterdzieści trzy morgi. Według
najniższej ceny po pięćdziesiąt rubli morga twoja scheda warta sto sześć
tysięcy siedemset rubli, nie licząc inwentarzy i ruchomości.
- Karol więc mnie nie skrzywdził. Wolę wziąć sto tysięcy gotówką, a fortuny nie rozdrabiać.
- Lepiej rozdrabiać, niż długami obciążać. Ale wy wolicie być wielkimi
panami. Spytaj tylko Karola, czy po oddzieleniu części Wacława da ci za
twoją sto tysięcy. On tylko jednego brata chciał spłacić, a o drugim
zapomniał.
- To prawda, o Wacławie nie było mowy - zamruczał Lucjan, argumentem tym
zaniepokojony.
- Słuchaj no, Zośka - rzekł poważnie Wilszyc - tu nie czas na fantazje i kaprysy kobiece. Tu się toczy kwestia poważna, chodzi o los nas
wszystkich, o przyszłość całej rodziny, o opinię ludzką, o honor
nazwiska. To, czego pragniesz, jest niesłychane i tego nie dostaniesz.
Oni ci tego dać nie mogą, bo obydwa zginą, a przecie ruiny ich na swe
sumienie brać nie zechcesz ani narazisz siebie na potępienie całej
rodziny i zerwania z nami wszelkich węzłów, gdy oddasz sprawę tę waszą
prywatną na sądową drogę. Na to ani pozwalamy, ani ci tego darujemy.
Zostaniesz w tej walce sama. Zastanów się tedy, czym ci to grozi, i opamiętaj się, póki czas.
Zośka, słuchając, podniosła oczy na wuja i nie spuściła już wzroku. Oczy
jej z siwych stały się prawie czarne, a ciemne brwi zbiegły się nad
czołem, nozdrza rozdymały się i cała twarz się zmieniła. Nie przerwała
jednak, dosłuchała - milczała chwilę - i wreszcie wzruszyła ramionami i dziwnie się roześmiała.
- A kiedyż to ja, wuju, nie byłam sama i kiedyż to doświadczałam
sympatii, opieki i serca rodziny? Przed siedmiu laty Lucjan i Karol
gonili za mną aż do Paryża i jak zbiegłą kryminalistkę odwieźli do domu
z rozkazu ojca. Nie chciałam wtedy ziemi ni działu w majątku, chciałam
tylko człowieczej wolności. Do tej chwili miałabym fach i stanowisko i nie wzięłabym nic z Woronnego. Tamto nazywano piętnem hańby, wstydem,
skandalem, nie pozwolono mi iść wybraną drogą, złamano mnie, małoletnią,
przemocą rodziny. Musiałam się poddać, wybrać inną drogę, inny cel. Po
siedmiu latach, gdy żądam tego, co mi się z prawa należy, znowu ma to
być piętnem hańby, wstydem, skandalem. No, ale tym razem ani małoletnia,
ani władzy rodziny już nad sobą nie uznaję. Gdy ojciec umarł, już się
żadnym groźbom nie poddam. Chodzi wam o to, bym została zerem,
rezydentką u brata. Może mnie kto raczy za żonę wziąć albo przy Bronce w Warszawie mam osiąść i żyć z procentu od owych dziesięciu tysięcy,
rzuconych mi wspaniałomyślnie przez Karola, lub umierać z głodu, gdy mi
ich nie przyśle. Nie, wuju, wobec takiej perspektywy zostanę sama, ale
na gruncie, wrosnę w ziemię i dział mi dać muszą, choć nie chcą. Oni
walczą o dobrobyt, ja tylko o byt będę, ale nie ustąpię i nie
zastraszycie mnie już teraz skandalem.
Wilszyc zaczerwieniony porwał się z miejsca.
- To twoje ostatnie słowo i stała wola?
- Tak, wuju. - Powstała i ona także.
- Zatem pamiętaj, że nie masz rodziny.
- Wiem o tym.
- Rachuj tylko na siebie. My wszyscy będziemy zawsze po stronie braci
twoich i potrafimy ich obronić przed twoim egoizmem i chciwością.
- Brońcie, jam na to przygotowana.
- Nie chcę cię nazwać, jak tego jesteś warta. Ukarze cię Pan Bóg i własne sumienie kiedyś, gdy będzie za późno. My się ciebie wyrzekamy.
Chodź, Lucjanie. Słowa więcej rzec do niej się nie godzi.
Zośka usunęła się im z drogi, słowa nie rzekła, gdy drzwi się za nimi
zamknęły, popatrzała w tę stronę, wzruszyła ramionami i pogardliwie się
uśmiechnęła. Wtedy zza parawanu ozwał się szept:
- Jezus Mari, coś ty zrobiła.
- Śpij, nie twój kłopot. Ciebie nie wyklęli.
- Ale przez twój upór i ja nic nie dostanę - szeptał żałosny głos.
- Dlaczego? Bądź spokojna. Jutro powiedz Karolowi, że żądasz natychmiast
twoich dziesięciu tysięcy i zaraz go pokwitujesz ze wszelkich pretensji
do spadku albo stajesz po mojej stronie, to ci do wieczora wypłaci.
- Dlaczego? Ty myślisz, że oni się ciebie boją?
- Dlatego, że nasza część prawna warta około trzydziestu tysięcy. Zarobi
na tobie grubo.
- Jakaś ty chciwa i interesowna, Zośka. Co się z ciebie przez te kilka
lat zrobiło!
- Żyłam z ludźmi, więc jestem zła. Gdy znowu sama zostanę w tej pustce,
którą mi wydzielą, poprawię się. Teraz mi ino dziób i szpony potrzebne.
Nie myślę, że się mnie boją, ani tego potrzebuję. Muszą mi dać, czego
żądam, i ani sumienie, ani Pan Bóg mnie za to karać nie będzie. O to
jestem spokojna i idę spać, czego i tobie życzę.
Zaczęła się rozbierać i zdmuchnęła lampę. Zapadło milczenie, po chwili
zza parawanu znowu się odezwał szept:
- Zośka, jakże ty mi radzisz? Bo ja nie wiem, Lucjan naprawdę zginie.
Opowiadali mi wszystko szczegółowo, oni wiszą na włosku.
- Ty ich na tym włosku powiesiłaś?
- Nie o to chodzi, ale jakże ich gubić! Brat rodzony.
- A twój Władek i Marylka czyi rodzeni? Po co się mnie radzisz?
Powiedziałam ci raz, jak myślę, potem tamci cię przekonali, jutro, jak
cię zbuntują, zerwiesz i ty ze mną wszelkie stosunki, więc po co mam się
darmo fatygować? Tyś do walki niestworzona, płyń z falą. To ci tylko
obiecuję, że jak ta fala wyrzuci cię jak rozbitka na piasek, mój dom -
twój dom i twoich pędraków. A nie uczynię tego, żeś mi siostra, ale żeś
kobieta i słaba. A teraz śpij!
Ale Bronka nie chciała spać, poczęła płakać. Zośka udawała zrazu, że
tego nie słyszy, wreszcie zawołała:
- Czego ty beczysz?! Czego ty chcesz?! Mówże, słucham.
- Taka sama jestem, taka nieszczęśliwa sierota. Ani pomocy, ani rady,
ani oparcia, taka sierota - powtarzała Bronka wśród łkań. - Żeby jeden
przyjaciel, jedna dusza życzliwa. Wszyscy mnie odstąpili, nikt nad moją
dolą nie ma litości.
- Bronka, słuchaj no, kogo ty obwiniasz? Prawda, tobą kierować trzeba,
ale czyś ty się kiedy kierować dała? Nie masz siły ani woli, a masz
upór. Podłe twe położenie, nie przeczę, ale po coś je sobie urządziła.
Czy ci nie wstyd teraz lamentować! Gdy się Krukowski zaczął wokoło
ciebie kręcić, nie perswadowali ci wszyscy, że blagier, że próżniak, że
nic nie posiada i że suchotnik? Uparłaś się, poszłaś za mąż. Potrzebne
ci to było?
- On mnie tak kochał, tak prosił!
- To dopiero racja!
- Ty nic rozumiesz tego. Ty nie masz serca.
- Takiego, żebym je komu dawała, dlatego, że prosił, to nie, dzięki
Bogu. No i na tobie dowód, że nie warto. Dużo ci przyniosło małżeństwo?
- Żeby Leon żył, miałabym obrońcę i opiekę.
Zośka aż porwała się i usiadła na łóżku.
- Bój się Boga, Bronka, czyś ty pamięć straciła! Jakimże on ci był
obrońcą i opiekunem? Żyliście ze sobą trzy lata, miałaś dwoje dzieci,
utrzymywał was ojciec, bo on cherlał i sam potrzebował ciągłej opieki.
Byłam u was parę razy i wiem, jak nieznośny był w pożyciu, ty się
zalewałaś łzami i przeklinałaś los, on cię traktował jak kupioną na
targu niewolnicę, a teraz raptem żałujesz go i ubóstwiasz! To szczęście,
że te sumy, co ojciec wam dawał, zapisane tylko jego ręką w prywatnym
notatniku i w moim posiadaniu, bo żeby stały w rachunkach i Karol je
znalazł, to grosza by ci ze spuścizny ojcowskiej nie dał. Streszczając
czyny tego twego opiekuna i obrońcy, pozostaje jako ich rezultat dwoje
dzieci, bo zresztą zmarnował twoje pieniądze, twoje zdrowie, zatruł ci
kilka najpiękniejszych lat życia i tyle! To mi dopiero bohater, masz nad
kim kwilić!
- Zośka, grzech jest o umarłych źle mówić.
- Grzech jest tak żyć, by po sobie żadnej albo złą pamięć zostawić, o tym niech żywi pamiętają. Jesteś matką, musisz w sobie wyrobić charakter
i wolę, by móc dzieci wychować. Dobrowolnie nabrałaś na głowę
obowiązków, teraz je dźwigać musisz, a nie lamentować. Leona nie
wskrzesisz, ojcem i matką musisz być dzieciom, to pamiętaj.
- Cóż ja pocznę, nieszczęśliwa! Nie mogę, nie godzi się wbrew całej
rodzinie iść. Ty nie dbasz o opinię, ja muszę przez wzgląd na moje
wdowieństwo i sieroty. Oni mnie nie skrzywdzą, oni mają dobre serce, wuj
Wilszyc nie dopuści. To by grzech był ciężki.
Zośka położyła się do snu i rzekła:
- Kupże im wszystkim po jednym egzemplarzu katechizmu, podkreśl odnośne
do ciebie grzechy czerwonym ołówkiem i zdaj swe losy w ich ręce. To
ostatnie moje słowo w tej kwestii, a teraz daj mi spać, bo jutro czeka
mnie ciężki dzień.
II
Wśród stosu listów wydobytych z pocztowej torby Motold zauważył jeden
żałobny, pisany prostym, czystym pismem, zupełnie sobie nieznanym.
Otworzył, spojrzał na podpis i chwilę na to imię i nazwisko patrzał,
jakby sobie przypominał, potem zaczął czytać.
Szanowny Panie!
Po śmierci ojca naszego wynikły w rodzinie nieporozumienia, niedające
rozstrzygnąć w prywatnym kółku kwestii majątkowego działu. Zgodziliśmy
się tedy powierzyć tę kwestię obywatelom i prosić ich o łaskawe zajęcie
się ocenieniem pozostałej po ojcu fortuny i wydzieleniem z takowej
pojedynczych sched. Bracia moi i siostra wybrali ze swej strony na
sędziego pana Sterdyńskiego, który obywatelską tę usługę zgodził się
spełnić. Ja w imieniu swoim własnym i brata trzeciego Wacława udaję się
do Szanownego Pana z prośbą o przyjęcie naszych pretensji pod swoją
opiekę, a jeśli Szanowny Pan nam nie odmówi, cokolwiek zdecyduje i ile
nam wydzieli, z wdzięcznością wyrok przyjmiemy i święcie spełnimy.
Wszelkie potrzebne dokumenty i informacje złożę, gdzie i kiedy Szanowny
Pan raczy zażądać.
Zofia Janicka
Motold list odczytał i zapatrzony weń myślał długą chwilę, potem arkusz
papieru wziął i odpisał:
Szanowna Pani!
Byłem przyjacielem Wacława i dziękuję, że mi Pani powierza jego i swoją
sprawę. Zajmę się nią jak własną. W następną niedzielę będę w mieście i zgłoszę się do Pani o potrzebne wskazówki i dokumenty. Zapewne posiada
Pani pełnomocnictwo Wacława do działania w jego imieniu - to jest
konieczne.
O wszelkich szczegółach porozumiemy się za widzeniem, a teraz proszę
przyjąć zapewnienie mego poważania i gotowości do usług.
Konstanty Motold
Zaadresował list do miasta i sięgnął po następną kopertę, już
pochłonięty mnóstwem swych prac i obowiązków - tylko w notatniku
nakreślił: 15 marca, dział Janickich i więcej o tym nie wspominał.
Gdy w sobotę po południu przyjechał do miasteczka, kazał natychmiast
służącemu zwiedzić zajazdy i spytać, w którym mieszka panna Zofia
Janicka. Lokaj wrócił z niczym i dopiero faktor Żyd objaśnił, że
"panientka? z Woronnego już od dawna mieszka u "traktierni? Bajkowskiej
i "sądzi się? z "panem Lolkiem?, jak popularnie nazywano Karola
Janickiego.
O Bajkowskiej wiedział Motold, bo sprawę jej z rodziną męża sądził swego
czasu przed pięciu laty i wymęczył dla niej wówczas parę tysięcy rubli,
za które kobieta na złość owym krewnym założyła w miasteczku, pod bokiem
pyszałków rodzaj restauracji i cukierni, w której ostentacyjnie
usługiwała sama i niepowściągliwa w mowie i zawziętości wygadywała na
swych krzywdzicieli niestworzone rzeczy. Doszło do tego, że Bajkowscy
bali się w miasteczku pokazać, a całe obywatelstwo tę ich wojnę domową z "babą" miało za temat do żartów i drwin.
Wysłuchawszy relacji faktora, Motold o więcej nie pytał i poszedł do
restauracji. W sali nie było nikogo z obywateli, klientela miejska tylko
liczna. Jednakże Bajkowska, królująca za bufetem w głębi, od razu go w tłumie spostrzegła i natychmiast przydreptała, strojąc swą choleryczną
twarz w uśmiech, który miał być ostatnim słowem radości, a był grymasem.
- Pan pozwoli do gabinetu. Taki gość! Gdzieżby pan z ludźmi jadał!
Proszę, proszę. Józef, srebro dla pana i porcelanę korecką6 i niech kucharz nie podaje obiadu beze mnie!
Zaprowadziła go do sąsiedniego pokoiku, dopilnowała sama nakrycia stołu
i spytała, co by na obiad sobie życzył.
- Cokolwiek, byle prędko, bo chciałbym się widzieć z panną Janicką,
która tu u pani mieszka.
- A mieszka u mnie. Odnajęła salkę na górze. To ja jej doradziłam prosić
pana o opiekę. Ja ją tu przyślę, co ma się pan fatygować na salkę:
schody jak drabina i nie bardzo tam ciepło. Ona tu przyjdzie...
- Nie, pani. Ja tam pójdę - rzekł krótko i stanowczo, że Bajkowska już
więcej nie protestowała i zniknęła prędko, zapewne by wejście do salki
jako tako uporządkować.
Rzeczywiście, gdy Motold, zjadłszy obiad, kazał się posługaczowi z restauracji tam zaprowadzić, spotkał po drodze dziewczynę z miotłą i poznał owoc jej pracy po tumanach kurzu na stromych schodkach, którymi
jak po drabinie wydostał się na strych zawieszony skostniałą od mrozu
bielizną i wśród niej znalazł uliczkę, a na jej końcu drzwi oklejone
papierem, do których zapukał.
Otworzyła mu Zośka, czekała nań już uprzedzona. Ukłonili się sobie,
podała mu rękę i spojrzeli na siebie przelotnie. I była sekunda
milczenia, może za długa na światowość Motolda i dziewczyny śmiałość.
Ona pierwsza przemówiła.
- Dziękuję, że pan nie odmówił mej prośbie.
- Cóż znowu? Pani wątpić nie mogła! - odparł, siląc się na uprzejmy
uśmiech. - Jesteśmy przecie dawni znajomi i przyjaciele.
- Tak to dawno było, że może to bajki. - Uśmiechnęła się i ona.
- Siedem lat z górą. Rozeszły się nasze losy i drogi tak dalece, że będę
panią pytał przede wszystkim, co porabia Wacław i jak mu się powodzi.
- Żyje daleko stąd, we Włoszech, a powodzi się jak drzewu, którego
wierzchołek złamano, jeśli nie uschnie, to w krzak marny się rozpełznie,
przy ziemi.
Motold chciał jeszcze o coś spytać, ale się rozmyślił, obejrzał się po
klatce, w której się znajdowali. Cztery ściany, oklejone starymi
gazetami, okno pokryte szronem, żelazny piecyk, łóżko, stolik, dwa
krzesła, w kącie kuferek, to było wszystko. Temperatura mało wyższa nad
zero, chociaż piecyk rozpalony był do czerwoności.
- Pani tu stale mieszka? - spytał.
- Nie chciałam i nie mogłam, bo wszyscy ze mną zerwali stosunki. Sama
jestem. Czy pan sądzi, że ten dział długo się będzie wlec?
- A ileż pani rachuje, jak długo?
- Rok. Do tego jestem przygotowana, a jeśli dwa lata, to będę czekać
dwa. Im pilniej kończyć niż mnie. Ja nie mam nic, oni mają długi. Ja mam
za sobą słuszność, oni tylko swoje chęci.
- Nie chciała pani prosić o gościnność krewnych?
- Tak. Od dwóch tygodni, gdyśmy postanowili oddać sprawę działu w ręce i na sąd panów, wyjechałam z Woronnego, bo to już nie mój dom, i zanim
sobie własne gniazdo uścielę, tu będę. Zimno, ale do wiosny idzie,
będzie cieplej. Dobrze mi pomimo wszystkiego. Uczę córkę pani
Bajkowskiej za wikt i schronienie.
- Niechże mnie pani zapozna ze sprawą i ze swymi żądaniami. Czy posiada
pani potrzebne dokumenty, plany, plenipotencję7 Wacława?...
- Wszystko przygotowałam. Oryginały planów zostały w Woronnem, ja tu mam
kopię, którą zeszłego roku ojciec sporządził i gdzie nasze pięć części
sam własnoręcznie pooznaczał. Testamentu nie zostawił, ale ta jego wola
jest zupełnie z prawem zgodna, jak pan sam się przekona.
Rozłożyła na stole wielki jak płachta plan, który Motold począł uważnie
oglądać, czytać nazwy, notować obszar. Ona mu wyjaśniała szczegóły.
- Woronne, jak pan widzi, to stylowy poleski majątek. Dużo wody, błota,
wydm, sosnowego boru, wszystko rozrzucone w tysiącach niw, ostrowów,
przegrodzone rzekami, rozciągnięte w fantastyczną figurę, wśród łąk
chłopskich i nawet kilku sąsiednich dóbr. Składają się na nie właściwie
trzy folwarki: dominium8 Woronne, Ługi i Peretop, które ojciec
przeznaczył dla braci, i dwa wodne młyny w uroczyskach Wydmuchy i Czahary9. Miały one stanowić działy mojej siostry i mój. Otóż
ja żądam Ługów dla Wacława i Czahar dla siebie. Resztą niech oni się
dzielą wedle swej woli i ochoty.
Oczy Motolda szły po planie w miarę jej słów i spoczęły na tych dwóch
punktach.
Nazwy: Ługi - zieloność łąk błotnych, Czahary stały nad rzeką, punkcik
na wydmie oznaczał młyn, wokoło znaki łozą pokrytych topieli za rzeką i kęs olchowych zarośli.
- Bierze pani dwa sąsiednie działy. Proszę mi pomóc w cyfrach przede
wszystkim. Ma pani inwentarze do planów?
- Mam. Ługi mają obszaru dwa tysiące morgów. Czahary pięćset dwanaście,
całe Woronne siedem tysięcy pięćset trzydzieści siedem morgów.
Motold przejrzał inwentarz, na papierze podkreślił notatki, cyfry, potem
patrząc na plan, chwilę myślał i rzekł:
- Czyli pani żąda działu w ziemi dla siebie i Wacława? Cyfry są
sprawiedliwe: jedna trzecia całości należy do syna, jedna czternasta do
córki. Chce pani te dwie schedy mieć graniczące ze sobą, aby nimi w masie rządzić. Czy na Woronnem są jakie długi pani ojca?
- Żadnych. Bracia mają długi.
- To do tej sprawy nie należy. Jest może bankowa pożyczka?
- Nie ma.
- Czy ma pani spis ruchomości i żywych inwentarzy? Należą także do
działu.
- Mam wszystkie ekonomiczne raporty z grudnia.
- Dołączy mi je pani do dokumentów. A plenipotencja Wacława jakiej daty?
- Ze stycznia. - Podała mu arkusz.
- Był tutaj? - zdziwił się.
- Tutaj nie, w guberni. Przyjechał na moje wezwanie, zabawił dwa dni.
Widzieliśmy się i porozumieli.
- Wróci do kraju?
- Wróci kiedyś, może nieprędko jeszcze, ale wróci - odparła, patrząc
zamyślona w okno.
- Może mi pani dać jego adres?
- Spytam go. I jeśli pozwoli, przyślę panu - rzekła po chwili wahania.
- Dziękuję. Teraz pozostaje mi tylko spytać panią, dlaczego rodzina nie
zgadza się na pani żądanie. Czy te dwie wybrane przez panią schedy są
wartościowo więcej warte niż reszta majątku?
- Nie. Są mniej warte niż samo Woronne. Nie mają prawie ornych gruntów,
a błotne łąki tam są najbardziej dzikie i zapuszczone łozą. Zresztą ani
Karol, ani Lucjan nigdy tam nie byli. Oni nie znają, nie mają pojęcia,
gdzie i jaka jest ich własna ziemia, ani jej lubią, ani o nią dbają.
Jeden i drugi uważa ją za towar, za który można dostać pieniądze.
Rolnicy nie są z powołania. Chcą się bawić i używać. Bawią się ciągle, w konie, w karty, w małżeństwo, w miłość, w polowanie, w tańce zimą, w majówki latem, teraz mają się bawić w gospodarstwo. Po śmierci ojca
chcieli się też bawić w interesy działu i rozdysponowali między sobą, że
Karol zostanie przy całości Woronnego, Lucjanowi da sto tysięcy spłaty,
nam, siostrom, po dziesięć tysięcy. Wacława zupełnie z gry wykreślili.
Więc gdym zaprotestowała i zażądała nie jakiejś fikcyjnej sumy, ale
części w naturze, potracili głowy, podnieśli na mnie gniew całej rodziny
i są teraz bezradni, ale wściekli, bo bawić się wedle swej woli nie
mogą, na zabawkę czekać muszą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki