Cywilny Pies Obronny - Michał Jarczyk

Kup ebooka

60.58 zł
50.28 zł (60,58 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Założenia i cele

Gdy zaczynałem pracę z pięciomiesięcznym Benkiem, miałem proste założenia, zgodne z tym co pisałem na wstępie. Nie miałem wtedy ambicji startów w zawodach K9, tym bardziej nie brałem pod uwagę trenowania inny psich sportów. Chodziło o posiadanie fajnego psa, z którym będę mógł aktywnie spędzać czas, ale który będzie również posiadał duży potencjał obronny. Wszystkie umiejętności jakie pierwotnie sobie założyłem, Benek opanował w wieku ok. 30 miesięcy. Oczywiście chodzi o komendy posłuszeństwa, rewiry, gryzienie na pełny kostium i bajery widziane w internecie. Skakał, gryzł, robił sztuczki.

Przyznam, że wtedy skończyły mi się pomysły i utknęliśmy ze szkoleniem w martwym punkcie. Pomimo, zadawalającego poziomu wyszkolenia Benka, cały czas miałem poczucie, że czegoś nam brakuje, a jego umiejętności tak naprawdę nie są sprawdzone w realnych warunkach. Nowym impulsem do działania okazał się film, który zobaczyłem w internecie. Była to relacja z zawodów psów użytkowych zorganizowanych przez K9 THORN w 2021 r. Od razu wiedziałem, że chcę wziąć w nich udział i skonfrontować teorię z praktyką. Na placu treningowym wszystko wyglądało dobrze, więc przyszedł czas na realną weryfikację. Zaczęliśmy trenować typowo pod zawody, co dało nam nową energię do działania.

W zawodach K9 THORN w Toruniu wystartowaliśmy w 2022 r. Celem było zorientowanie się, w którym punkcie szkolenia jesteśmy, i czy wszystko co robię z psem ma w ogóle jakiś sens. Pojechaliśmy bez żadnych oczekiwań. Ku mojemu zaskoczeniu zawody te wygraliśmy. Pisze o tym dlatego, że z kilku powodów był to dla mnie punkt zwrotny. W Toruniu wyznaczyły się dla nas nowe kierunki szkolenia, wiedziałem już, że zawody psów użytkowych będą stanowiły integralny element weryfikacji naszego szkolenia. Na Thornie poznaliśmy wielu wartościowych ludzi, z którymi do dzisiaj utrzymuję kontakt. Głównym sędzią tych zawodów był Marcin "Lewy" Wyszyński, były dowódca sekcji psów bojowych w elitarnej jednostce wojskowej GROM, z którym nawiązałem później ciekawą współpracę.

Od tamtego czasu, brałem udział w zawodach psów użytkowych w kraju i za granicą, rywalizując z psami cywilnymi, służbowymi policji, wojska, straży granicznej, służby więziennej i straży miejskiej. Stawaliśmy w nich z Benkiem na najwyższych stopniach podium, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto szkolić psa nieszablonowo, o czym będę pisał później.

- teraz będzie banalnie-

Fot. 1 Mój syn z moim psem stróżującym, 2006r.

Psy od zawsze są nieodłączną częścią mojego życia. Wychowywałem się z psami, moje dzieci wychowały się z psami i nie wyobrażam sobie życia bez nich.

Urodziłem się w latach, w których spędzanie czasu poza domem było kwintesencją życia. Na podwórku, na trzepaku, na wsi, w lesie, blokowych piwnicach, na placach budowy - uczyliśmy się życia, nierzadko płacąc za tą naukę własną krwią. Rozbite kolana, śliwy pod okiem, krew z nosa, siniaki były absolutną normą. Wszystkie ferie i wakacje spędzałem u babci na wsi, gdzie mogłem poznawać świat zwierząt gospodarskich. Obserwowałem jak układają się relacje w poszczególnych stadach. Jako dziecko miałem dostęp do wszystkiego. Widziałem jak suki się szczenią i dyscyplinują szczeniaki, jakich metod używają do wymuszania pożądanych zachowań. Widziałem jak wykluwają się pisklaki, cielą krowy i kozy. Z czego jest rosół, a z czego salceson. Z wszystkich wiejskich ciekawostek najbardziej interesowały mnie psy. Przesiadywałem w psiej budzie i z ciekawością przyglądałem się wszystkiemu, co tam się dzieje. Byłem świadkiem narodzin i śmierci, radości i smutków wynikających z psiego życia, co miało na mnie ogromny wpływ i trwa do dzisiaj.

- ważna jest wyobraźnia-

Obronne "właściwości" psów zawsze mnie interesowały. Fascynacja ta podsycana była opowieściami mojego Ojca Chrzestnego, który opowiadał mi o pierwotnych rasach od zawsze towarzyszących człowiekowi. Historie o rzymskich legionach, które wykorzystywały psy do pracy również do walki z wrogiem, rozbudzały moją wyobraźnię. Poszukiwałem informacji na ten temat i marzyłem o własnym psie obronnym.

Moje doświadczenia z obroną użytkową zaczęły się bardzo wcześnie. Podczas wakacji u babci potężny kogut sąsiada, zaczął terroryzować mnie i moje rodzeństwo. Wcześniej prowokowaliśmy go dla zabawy, udając pianie co doprowadzało go do szału. Wiedzieliśmy, że te zwierzęta są terytorialne, że kogut będzie szukał rywala by złoić mu skórę. Kogut się irytował, ganiał w kółko, czasami orientował się, że to my wydajemy nieznośne dźwięki i wtedy zaczynał nas gonić. Była zabawa, adrenalina i kupa śmiechu. Wszystko skończyło się, gdy ptaszysko wyrosło na prawdziwego potwora (6-7 kg). Role się odwróciły i drań gonił nas bez litości. Atakował całym ciałem, trzepotał skrzydłami, próbował łapać pazurami i dziobać. Zapanował terror. W obawie przed atakiem zacząłem się bać wychodzić z domu. Staliśmy się zaciekłymi wrogami, a nienawiść była obustronna. W apogeum naszej wojny kogut nie potrzebował prowokacji, atakował jak tylko nas widział. Miałem wrażenie, że nas obserwował, rozpracowywał nasze zwyczaje, by znienacka atakować nie dając szans na ucieczkę. W pewnym momencie był za duży, za silny i wyjątkowo agresywny. Walka nie wchodziła już w grę, jedynym rozwiązaniem była ewakuacja. Kogut nigdy nie odpuszczał, ścigał nas do upadłego i był w tym bardzo konsekwentny. Nawet jak udało nam się uciec do domu lub innego pomieszczenia, to i tak trzeba było odczekać długą chwilę zanim sobie poszedł. Często jednak odcinał nam drogę ucieczki i jedynym pewnym ratunkiem była strefa, gdzie sięgał łańcuch psa.

- wiejska obrona terytorialna-

Buksik był małym psem łańcuchowym, pilnującym gospodarstwa moich dziadków. Jak na "rasowego" wielorasowca przystało, był bardzo przyjazny i lubił jak do niego przychodziliśmy. Odpinaliśmy go z łańcucha, żeby się z nami bawił. Wszędzie za nami podążał i we wszystkim brał udział. To był świetny pies, zawsze można było na niego liczyć. W jego towarzystwie czuliśmy się pewnie, bo wiedzieliśmy, że w momencie ataku koguta, bez wahania podejmie walkę w naszej obronie. Kogut po kilkukrotnej przegranej konfrontacji z Buksikiem, zmienił podejście i już tak chętnie na nas nie napadał. Fascynowałem się lojalnością i nieustępliwością tego pieska. Buksik był zbyt mały, żeby zabić koguta, ale na tyle agresywny i nieustępliwy, że skutecznie stawiał mu czoła i przepędzał. Już w tamtym czasie kiełkowała we mnie myśl: co mógłby zdziałać dużo większy pies, np. wilczur[1].

- wnioski z wioski-

Sytuacja z kogutem nauczyła mnie kilku ważnych rzeczy. Dotarło do mnie, że zwierzęta wszystko co robią traktują poważnie, nie znają się na żartach, a walkę mają wpisaną w DNA. Świat zwierząt to świat brutalny, bez taryf ulgowych, walka jest gwałtowna i na serio. Zrozumiałem, że gdyby kogut był silniejszy, prawdopodobnie walczyłby z psem do całkowitego zwycięstwa i odwrotnie. Uświadomiłem sobie, że kogut nie znał się na naszych głupich żartach, a pies bronił nas na śmierć i życie co mogło doprowadzić do zgonu któregoś z nich. Oczywiście były to czasy, gdzie z zabitego koguta zrobiono by rosół, a pies zostałby zakopany w ogródku i zastąpiony kolejnym.

Dobrze wiedziałem, dlaczego kogut atakował później już bez ostrzeżenia. Drażniony od młodości, wytworzył schemat i niezależnie od tego czy był prowokowany, widział w nas już tylko cel. Działał z automatu, bez kalkulacji. Nasza ucieczka budowała w nim przekonanie o własnych możliwościach, dlatego pod koniec naszego konfliktu był bardzo zuchwały wręcz bezczelny. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia o szkoleniu psów, ale doskonale wiedziałem jak powtarzalność może wypracować nawyk, a ciągłe wygrane zbudować mentalność zwycięzcy. Paradoksalnie nauczył mnie tego kogut, nie pies.

- dusza, serce i instynkt-

Zgodnie z opiniami naukowymi, pies był pierwszym, udomowionym przez człowieka zwierzęciem. Co zatem sprawiło, że człowiek jako pierwsze zwierzę udomowił właśnie psa - w dodatku drapieżnika? W całym świecie zwierząt, tylko pies potrafi cały swój potencjał ofiarować człowiekowi. Żyć z nim pod jednym dachem, spać w jednym łóżku, jeździć na wakacje, brać czynny udział w życiu rodzinnym, dostosowując się do warunków jakie stwarza mu człowiek. Relacja człowiek-pies niesie obopólne korzyści, ale nigdy nie powinniśmy zapominać, że psy to przede wszystkim zwierzęta i drapieżniki. Pomimo, że chcielibyśmy myśleć o nich inaczej, to nie można im ufać w stu procentach. Psy są bardzo lojalne, ale są też oportunistami i wiedzione instynktem mogą reagować gwałtownie. Lubią też korzystać z okazji, co często budzi nasze zdziwienie.

Wybór psa

- rzucałem kostką i zawsze wychodził maliniak-

W 2019r. dużo czasu spędzałem w górach. Szykowałem się wtedy do maratonu MTB, więc prawie codziennie jeździłem na rowerze lub biegałem po górach. Mieszkam u podnóża Beskidu Małego, więc wypady na szlaki to kwestia wyjścia z domu. Wielokrotnie zdarzało mi się wracać po zmroku, wtedy góry mają inne oblicze niż za dnia. Nie jestem zbyt strachliwy, ale brak towarzystwa często mi doskwierał, a nocne odgłosy lasu nieraz wywoływały dreszczyk emocji. Momentem przełomowym było spotkanie w schronisku na Leskowcu innego rowerzysty, który przyjechał tam ze swoim husky. Był wieczór i wiedziałem, że będę wracał po zmroku, więc szybko zagadałem do faceta. Interesowało mnie zachowanie psa, sposób w jaki biega przy rowerze, sprzęt itd. Facet którego imienia już nie pamiętam (pozdrawiam cię kolego), okazał się bardzo sympatyczny i rozmowny. Powiedział, że miał podobne dylematy, dlatego postanowił kupić psa. Husky zawsze jest gotowy do wyprawy, nie trzeba go prosić, chętnie podąża ze swoim przewodnikiem bez względu na porę roku, godzinę czy miejsce. Facet powiedział wyraźnie, że dzięki psu częściej wsiada na rower, nawet gdy wie, że zastanie go zmrok. Pomyślałem, że też chciałbym takiego towarzysza. Wytrzymałego, posłusznego, zawsze gotowego do działania i z potencjałem odstraszania. Robiłem wiele kalkulacji, brałem pod uwagę różne rasy, ponownie rottweilera, ale za każdym razem wychodził mi malinois... Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale podświadomie decyzja już zapadła.

- powrót na stare śmieci-

Pierwszą myślą na jaką wpadłem, to odświeżenie kontaktów w Psiej Eskadrze. Liczyłem, że tym razem Pan Marek Szczepański trochę łaskawiej będzie odnosił się do mojego pomysłu. Ze względu na to, że upłynęło sporo czasu. Postanowiłem odszukać stronę Eskadry w internecie i niestety, pierwsza informacja jaką znalazłem, to była wzmianka o śmierci Pana Marka Szczepańskiego. Niewiele jest rzeczy, których w życiu żałuję, ale przez wiele lat nosiłem się z zamiarem odwiedzenia go. Nigdy tego nie zrobiłem, nigdy nie było czasu i sposobności, bardzo tego żałuję. Na moje szczęście szkolenia w Psiej Eskadrze prowadzi syn Marka: Lech Szczepański. Do dzisiaj nie wiem jak to się stało, ale przez 3 lata w Psiej Eskadrze ani razu nie spotkałem się z Leszkiem i nie miałem okazji się z nim poznać. Wyjaśniłem przez telefon, że noszę się z zamiarem zakupu OBM i czy poświęciłby mi chwilę na rozmowę, bo mam kilka pytań. Leszek zaprosił mnie na plac do Psiej Eskadry. Powrót do tego miejsca był dla mnie wyjątkowym przeżyciem, sporo rzeczy się tam pozmieniało, ale miejsce było to samo. Pojechałem z żoną, żeby również miała okazję posłuchać opinii fachowca i jak się później okazało obejrzeć OBM. Leszek był właścicielem dwóch malinosów, więc miałem okazję przekonać się z bliska jakie są w obyciu. Moją główną wątpliwością było, czy rasa ta będzie wpisywała się w życie rodziny i moje plany górskich wędrówek jako psa towarzyszącego. Oczywiście wiedziałem, że jak już się zdecyduję, to treningi obrony będą obowiązkowe, bo chciałem w stu procentach wykorzystać potencjał rasy. Chciałem mieć psa dobrze gryzącego, ale zarazem socjalnego. Nie znaliśmy się z Leszkiem, więc wizyta była kurtuazyjna, ale bardzo owocna. Poznałem dorosłego samca Bebeto i przekonałem się z bliska, że OBM pomimo średniego gabarytu, to bardzo silne, eksplozywne i wytrzymałe psy. Bardzo zaangażowane w to co robią. Dokładnie o to mi chodziło. Umówiłem się z Leszkiem, że będziemy w kontakcie.

- po co ci mentor-

Wybór mentora/szkoleniowca/instruktora do rozpoczęcia szkolenia psa obronnego jest kluczowy. Gdy zdecydujemy się na rasę i chcemy zacząć, najlepiej udać się do fachowca, który specjalizuje się w tej właśnie dziedzinie i poprowadzi nas za "rączkę". Wiedza książkowa jest fajnym uzupełnieniem, ale nie może być podstawą. Tym bardziej, że prędzej czy później pojawi się potrzeba pomocy innej osoby lub nawet całego sztabu. Kluczowa jest umiejętność zbudowania psychiki psa oraz adekwatne prowadzenie go przez wszystkie etapy rozwoju. Do tego potrzeba ogromnego doświadczenia. Dobry szkoleniowiec będzie wiedział, w którym momencie włączać nowe elementy i podnosić poprzeczkę. Znajomość rasy i jej potencjału na każdym etapie szkolenia jest bardzo ważna, ponieważ każdy błąd będzie w przyszłości potęgował problemy. Oczywiście szkółki, bez podziału na rasę i przeznaczenie, dla wielu użytkowników są doskonałym rozwiązaniem, bo panowanie nad maltańczykiem nie wymaga specjalistycznych umiejętności i nie jest obarczone dużym ryzykiem. Tutaj wybór szkoleniowców jest bardzo duży. Jednak skomplikowane szkolenie cywilnych psów użytkowych trzeba powierzyć fachowcom. Zwykłego psa można szkolić gdziekolwiek, tym bardziej u fachowca ogarniającego tematy K-9. Absolutnie jednak nie wolno szkolić psa obronnego w szkółce, która się w tym nie specjalizuje.

- behawioryści, tiktokerzy, celebryci-

W województwie, w którym mieszkam, jest sporo ośrodków szkoleniowych, więc laikowi trudno wybrać ten właściwy. W mojej okolicy, gdyby zapytać 20 przechodniów, czy znają kogoś od szkolenia psów, jestem przekonany, że jeżeli ktoś będzie znał, to wymieni jedno nazwisko. Mamy w okolicy celebrytę, który jest najlepiej rozreklamowanym psim instruktorem w powiecie. Na potrzeby tego opisu nazwę go Panem "X." Pan "X" w świadomości miejscowej ludności funkcjonuje jako najlepszy szkoleniowiec i wszyscy bez namysłu podają właśnie jego. Nie wiem na czym polega jego fenomen, ale wiem jedno, jego metody są niebezpieczne dla psów, kursantów i niego samego. Jestem przekonany, że gdybym zadzwonił i zapytał o treningi obrony, bez wahania powiedziałby, że tym właśnie się zajmuje. Pan "X" przyjeżdża do klientów i u nich prowadzi zajęcia. Moja znajoma dostała w prezencie owczarka kaukaskiego, z którym sobie nie radziła. Oczywiście ktoś polecił Pana "X" jako specjalistę. Pan "X" przyjeżdżał i szkolił kaukaza bez większych efektów. Pewnego razu przyjechał z osobą towarzyszącą. Dziewczyna Pana "X" bez wahania weszła na posesję, gdzie biegał kaukaz i na przywitanie postanowiła go przytulić. Skończyło się pogryzieniem. Kilkanaście szwów na twarzy. Pan "X" za sytuację obwinił właścicielkę i groził jej pozwem sądowym. Zmierzam do tego, że pomimo, że ktoś jest super rozreklamowany i ma całą masę swoich wyznawców, powinniśmy zachowywać daleko idącą ostrożność.

- jak znaleźć dobrego szkoleniowca-

Najlepszym sposobem na wybór szkoleniowca jest rekomendacja kogoś, kto posiada dobrze wyszkolonego psa i regularnie z nim trenuje. Trenerzy K9 często mają za sobą doświadczenie w szkoleniu psów służbowych, są czynnymi lub emerytowanymi policjantami, wojskowymi lub strażnikami więziennymi. Posiadają uprawnienia Związku Kynologicznego w Polsce. Praca z psami obronnymi nie jest dla nich nowością i posiadają dużą wiedzę i praktykę tym zakresie. Jest to bardzo ważne, bo szkolenie psa obronnego zawiera wiele niuansów, które decydują o wszystkim. Koledzy sportowcy pewnie się na mnie obrażą, ale uważam, że szkolenie psów użytkowych jest czymś innym niż szkolenie psów sportowych. Oczywiście na początku jest cała masa wspólnych mianowników jak: posłuszeństwo, nauka dobrego chwytu, socjal. Sport może dać dobre podstawy, ale kolejne etapy szkolenia znacząco się różnią. Kluczowa dla szkolenia K9 jest znajomość przez trenera technik użycia psa w realnych warunkach.

Trochę z zazdrością patrzę na naszych południowych sąsiadów Czechów i Słowaków, gdzie kluby kynologiczne istnieją praktycznie w każdym większym mieście. Tam służby nadają ton całej kynologii użytkowej i doświadczeni przewodnicy dzielą się ze swoimi cywilnymi kolegami bezcennym doświadczeniem pozyskanym w służbie. Szkolenie odbywa się tam według rozwiniętych programów, co daje psom i ich przewodnikom bardzo dużą wszechstronność. Do tego dochodzi bogata baza w postaci torów przeszkód, budynków, sal do detekcji, terenów otwartych itd. Można powiedzieć, że w jednym miejscu mają wszystko, co potrzeba do szkolenia psa użytkowego. Przekonałem się o tym na zawodach, gdzie różnica poziomów wyszkolenia psów czeskich i słowackich w porównaniu do naszych jest bardzo widoczna. Brakuje u nas ośrodków, gdzie kompleksy treningowe wraz ze wyspecjalizowaną kadrą trenerską i pozorantami oferują cywilom gotowe programy szkolenia. W Polsce możemy liczyć jedynie na prywatne inicjatywy, gdzie własnymi siłami właściciele tworzą miejsca do treningu, bez wsparcia zewnątrz tj. budżetów gminy czy miast, o służbach mundurowych nie wspominając.

- inne opcje-

Jeżeli nie mamy możliwości trenowania pod okiem specjalistów od K9, musimy szukać szkoleniowców sportowych, tj. mondioring, ring francuski, IGP najlepiej z doświadczeniem rangi Mistrzostw Polski. Sport może dać psu dobre podstawy, jednak na późniejszym etapie drogi cywilnego K9 i sportu znacząco się rozchodzą. Osobiście znam kilka dobrych psów, które tak właśnie zaczynały, ale dopiero u sprawdzonych specjalistów w pełni zaczęły rozwijać swój potencjał użytkowy.

Treser, szkoleniowiec, trener pozorant czy mentor?

Istnieje spora różnica pomiędzy poszczególnymi rolami jakie mają do odegrania opisani powyżej szkoleniowcy. Ich kompetencje są różne.

- treser-

Zacznę od tresera, bo bardzo nie lubię tego określenia w kontekście szkolenia psów. Treser to ktoś, kto potrafi zmusić zwierzę do wykonywania określonych zachowań, na przykład treser lwów w cyrku. Tresura to nauka za pomocą nakazów, zakazów i surowych kar. Treser nie uczy zwierzęcia współpracy z człowiekiem na wysokim poziomie, wymusza jedynie określone zachowania, które mają przeważnie charakter widowiskowy, nie użytkowy. Uważam, że w szkoleniu psów chodzi o coś więcej, głównie o głęboką współpracę i zrozumienie, więc jeżeli ktoś uprawia tresurę psów to mnie się źle kojarzy.

- szkoleniowiec-

Szkoleniowiec to osoba, która posiada bogatą wiedzę i potrafi ją przełożyć na kursantów. Szkoleniowiec będzie potrafił w sposób ciekawy i merytoryczny prowadzić zajęcia, a efekty jego starań będą przekładać się na wyniki. W przypadku szkolenia psów, zajęcia prowadzone są ze zwierzętami, jak i z ludźmi, podnosząc umiejętności obydwóch. Szkoleniowiec świadczy niezobowiązującą usługę, która powinna być profesjonalna, ale niekoniecznie musi się ona wiązać z przynależnością do klubu czy jakiegoś stowarzyszenia. Szkoleniowiec może być wyspecjalizowany w danej dziedzinie, ale zakres jego kompetencji nie będzie wykraczał poza nią.

- trener-

Trener to coś więcej niż szkoleniowiec. Trener to osoba zaangażowana we własną działalność, która dba o rozwój fizyczny i mentalny swoich podopiecznych. Jego działalność prowadzona jest przeważnie w instytucjach, które posiadają własną osobowość prawną jak firma, klub czy stowarzyszenie ze statutem, w których są jasno określone cele działalności. Trener to osoba, która dąży do wysokich wyników nauczania i bierze odpowiedzialność za wynik sportowy swoich podopiecznych. Dąży do ciągłego rozwoju swojej działalności oraz osób w niej uczestniczących. Jeżeli ktoś planuje treningi sportowe ze swoim psem, powinien szukać klubu, który zapewni odpowiednie zaplecze szkoleniowe i trenerskie.

- mentor-

Mentor to przede wszystkim ekspert w swojej dziedzinie, który dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem z podopiecznymi. Rola mentora polega na odkrywaniu i rozwijaniu potencjału ucznia. Poprzez rozmowy z mistrzem, uczeń zdobywa nową wiedzę, poznaje siebie, rozwija własną świadomość i kierunek, w którym chce podążać. Mentor zawsze działa w dobrej wierze i kierują nim czyste intencje. Mentor może być trenerem i szkoleniowcem, ale trener i szkoleniowiec niekoniecznie będzie mentorem.

- pozorant-

Pozorant to osoba wyspecjalizowana głównie w zagadnieniu jakim jest gryzienie. Jest to osoba, która symuluje różne zachowania w celu rozwijania u psów pasji do gryzienia, prawidłowego chwytu i odwagi. Pozoranci działają głównie w pełnym kombinezonie, ale również na rękawach, klinach i gryzakach. Pozorant będzie również potrafił pracować w cywilnym ubraniu. Możemy rozróżnić dwa rodzaje pozorowania: pozorowanie treningowe i pozorowanie sportowe. Treningowe ma na celu wzmocnienie psa i wprowadzanie go do coraz wyższych obciążeń podczas gryzienia. Sportowe ma za zadanie zweryfikowanie umiejętności psa podczas zawodów. Te dwa rodzaje pozorowania znacząco różnią się od siebie, dlatego nie zawsze dobry pozorant sportowy będzie dobrym pozorantem treningowym i odwrotnie. Ważne jest, żeby potrafić znaleźć pozoranta, który od pierwszych treningów będzie potrafił naszego psa rozwijać i wzmacniać. Pozorant może być również szkoleniowcem i trenerem, ale jest to dosyć rzadkie. Najlepsze rezultaty w szkoleniu osiąga się, gdy te funkcje podczas treningów są rozdzielone.

Pierwszy C-K9

- nie mogę zawieść-

Obiecałem sobie, że biorąc owczarka belgijskiego malinois nie popełnię tych samych błędów, co przy moim rottweilerze. Wszystko miało być dobrze przemyślane i zaplanowane. Ostatnim akcentem przed zakupem miała być próba Odika. Odik, to nasz pies adoptowany ze schroniska, wybrany przez mojego najmłodszego syna. Jest to mały, biały grubasek, który oddał mojej rodzinie nieocenione przysługi. Chciałem sprawdzić jak będzie reagował na innego psa i jaka będzie wymiana energii, bo Odik jest dosyć specyficzny. Udałem się z wizytą do Nowego Targu do hodowli Pana Andrzeja Bryniarskiego, który miał akurat dwa pięciomiesięczne podrostki OBM. Pan Andrzej zgodził się na eksperyment i przyjechaliśmy z Odikiem na wizytę. Jak to bywa w takich sytuacjach, nie wszystko poszło po mojej myśli, bo Odik ignorował małolatów i nie był nimi w ogóle zainteresowany. Natomiast jeden z podrostków od razu zaczął prezentować się w sposób, którego nie mogłem zignorować. Jeżeli ktoś wierzy w przeznaczenie, to właśnie miało ono miejsce. Rozum i wskazówki Marka Szczepańskiego mówiły jasno, żeby nie działać pochopnie. Pięciomiesięczny szczeniak to stracone 3 miesiące szkolenia. Trzy bardzo ważne miesiące. W brew logice postanowiłem zawierzyć intuicji, która z rozumem nie ma nic wspólnego. Bardzo często tak robię i bardzo rzadko się mylę, nie chcę tutaj wyjść na bufona, ale praktycznie nigdy intuicja mnie nie zawodzi. Problem polega na tym, że jak się mylę to na sto procent. Pomyłka w przypadku wzięcia takiego psa mogła mieć katastrofalne skutki, jednak czułem, że decyzja zapadła i nie ma odwrotu. Benek pojechał z nami do domu.

- witaj w domu Stich-

Mocno wziąłem sobie do serca wszystkie wskazówki zwłaszcza tę, że malinois mają bardzo wrażliwą psychikę i mocna krytyka ze strony przewodnika może mieć dewastacyjny wpływ na ich psychikę. Postanowiłem, że nigdy nie podniosę na psa głosu. Zasada ta dotyczyła całej rodziny. Nikt nie miał prawa krzyczeć nawet do siebie nawzajem. Podnoszenie głosu było zabronione przez ponad rok. Po przywiezieniu do domu Benek był nieokrzesany, agresywny i doskonale bawił się sam ze sobą. Nie zwracał uwagi na mnie i innych domowników. Pierwszego dnia rozbił się o szybę drzwi balkonowych, więc wiedziałem, że tak naprawdę środowisko domowe jest mu zupełnie obce i czeka nas bardzo dużo pracy. Wszystko niszczył, cały czas drażnił Odika. Ten na szczęście nie czuł respektu do dużo większego młokosa, dlatego Benek powoli zaczął nabierać do niego szacunku. Rzucał się na inne psy i ludzi. Nie było szans się z kimś przywitać, bo od razu gryzł w ręce. Trzeciego dnia jego pobytu, ogarnęło mnie zwątpienie. Nie działało nic, co sprawdzało się u każdego innego psa jakiego wcześniej miałem. Zadałem sobie pytanie: czy to nie jest jeden z nielicznych przypadków, w którym intuicja mnie zawiodła? Jedyne skojarzenie jakie przychodziło mi do głowy to bajka dla dzieci "Lilo i Stich". Ja byłem Lilo, a Stich wiadomo kto. Jeżeli ktoś nie oglądał, to polecam świetny film dla całej rodziny. Zacząłem myśleć, czy aby Benek to na pewno pies, bo skojarzenie było jedno, że to jakiś pieprzony kosmita. Jak chciałem się z nim bawić na zewnątrz, nieważne czy piłką, szarpakiem, patrzył na mnie jak na idiotę. On chciał niszczyć, kopać dziury, odgryzać nosy, uszy, kraść ubrania, żreć patyki. Widziałem w tym kudłatym pysku znak zapytania: człowieku, dlaczego mi przeszkadzasz? Po co to zabierasz? Ja się tutaj sam doskonale bawię. Dodatkowym utrudnieniem było to, że Benek okazał się niejadkiem. Praktycznie nie chciał jeść i to bez względu na to, co mu podawałem. Trening za pomocą smaczków nie wchodził w grę.

- znajdę twój słaby punkt-

Musiałem znaleźć coś na czym mu zależy i zacząć tym grać. Dużym ułatwieniem okazał się fakt, że Benek był bardzo czysty i nie chciał się załatwić w domu. Ładnie sygnalizował potrzeby fizjologiczne i to był punkt wyjścia do dalszego działania. Osobą, która wypuszczała go na zewnątrz byłem zawsze ja, więc chcąc nie chcąc, jak się zorientował kto jest "wypuszczaczem", zaczął do mnie przychodzić i wytworzyła się zależność. Wyprowadzałem go zawsze na smyczy, żeby mieć nad nim kontrolę, i żeby decydować o tym, gdzie ma się załatwić. Nie chciałem, żeby podlewał rośliny w ogródku, więc musiał czekać aż wyjdziemy poza teren posesji. Po załatwieniu potrzeby, wychodziłem na łąkę, gdzie miałem pewność że nic go nie przejedzie i puszczałem luzem. Oczywiście wymuszałem spokój. Gdy pies czekał spokojnie w siadzie, odpinałem smycz. Zyskiwał przekonanie, że ode mnie dużo zależy, zwłaszcza momenty swobody, do której dążył. Od hodowcy otrzymałem wyprawkę, w której był m.in. kocyk z zapachem suki i piłka. Widziałem, że w pierwszych dniach pies tęsknił za swoim środowiskiem, ale uspokajały go przywiezione rzeczy. Postanowiłem zawsze zabierać ze sobą otrzymaną piłkę i dawać mu ją za wszystkie poprawnie wykonane komendy. Pies z pasją podejmował zabawkę i angażował się w siłowanie ze mną. Piłka była na sznurku, więc lubił się ze mną szarpać.

- wszystko jest treningiem-

Pierwszym podstawowym zadaniem było skupianie psa na sobie. Drugim, przekonanie go do współpracy. Nie było gotowego rozwiązania, więc szukałem po omacku. Pierwsze zajęcia w Psiej Eskadrze poświęciliśmy z Leszkiem na rozwiązanie najbardziej palących kwestii czyli agresji do ludzi i innych psów. Czas szybko uciekał, więc wiedziałem, że muszę samodzielnie szukać sposobu na zbudowanie z psem relacji. W tamtym czasie przyjąłem zasadę, której trzymam się do dziś, że: wszystko jest treningiem, a trening ma być zabawą. Nie chodzi o to, że cały czas mamy wydawać psu komendy i go dyscyplinować. To zasada bardziej dla przewodnika niż dla psa, gdzie wszystko jest doskonałą okazją do treningu. Przewodnik musi wykorzystać potencjał miejsca i czasu w ciekawy dla psa sposób. Dlatego gdy zabierałem gdzieś Benka, zawsze ze sobą miałem ukochaną piłkę i każda poprawnie wykonana czynność była przeze mnie nagradzana. Gdy ładnie wskoczył do auta w nagrodę piłka i ustna pochwała "super. Dobry pies". Wyczekał w siadzie, piłka i ustna pochwała "super. Dobry pies". I tak praktycznie ze wszystkim. Nigdy jednak nie zostawiałem mu piłki, żeby ją do woli dogryzał. Zawsze była to krótka nagroda w kluczowym momencie, którą po chwili odbieram oczywiście z komendą "puść" i ustną pochwałą "super. Dobry pies", gdy puszczał. Na początku jest to dla psa bardzo trudne. Jeżeli pomyślimy o piłce jak o zdobyczy z polowania, to wiemy, że nie będzie chciał się nią dzielić. Wynika to z instynktu przetrwania. Tutaj kluczowe jest znalezienie równowagi pomiędzy budowaniem mentalności zwycięzcy, a oddawaniem zdobyczy, puszczaniem na komendę. Będzie to bardzo przydatne na późniejszym etapie szkolenia podczas gryzienia na pełny kostium lub rękaw. Na początku należy psu delikatnie pomóc podjąć decyzję, ale nigdy nie wolno wyszarpywać piłki z pyska i o nią walczyć. Chodzi o utwierdzenie psa w przekonaniu, że warto ją oddać. Dobrym sposobem jest przywołanie psa do siadu i złapanie za sznurek by mieć pewność, że mamy psa i piłkę pod kontrolą. Nie napinamy i nie szarpiemy się z nim. Czekamy aż będzie spokojnie czekał w siadzie. Chwalimy mówiąc "dobry pies". Drugą dłonią od spodu pyska delikatne łapiemy piłkę i staramy się ją wyjąć, uprzedzając komendą PUŚĆ. Robimy to bardzo delikatnie. Gdy pies zaczyna się szarpać wystarczy krótka mocna komenda NIE. Gdy pies zacznie oddawać piłkę "za darmo", bez walki lub z minimalnym oporem, od razu nagradzamy go i ponownie mu ją oddajemy, pozwalając się bawić. U mnie po kilku sesjach pies zrozumiał, że puszczenie na komendę nie powoduje bezpowrotnej utraty zabawki, ale jest wstępem do dalszej zabawy. Oczywiście każdorazowo po dobrym wykonaniu nagroda słowna "super. Dobry pies". W momencie, gdy Benek już rozumiał o co chodzi, do całości włączyłem drugą identyczną piłkę. Ponownie dłonią od spodu pyska podbierałem trzymaną piłkę i w tym samym momencie wyciągałem z kieszeni drugą. Pies momentalnie skupiał się na tej nowej, dlatego pierwszą już bez problemu oddawał. Na późniejszym etapie nie musiałem już podbierać trzymanej piłki z pyska, puszczał ją samodzielnie na komendę PUŚĆ. Te dwie techniki mieszałem i Benek nigdy nie wiedział jaka niespodzianka czeka go po wykonaniu komendy. Uważam że była to bardzo ważna praca jaką na samym początku wykonaliśmy, bo od razu przełożyła się ona na zbudowanie silnej wzajemnej relacji. Pies był zainteresowany niespodziankami jakie ode mnie otrzymywał, a jednocześnie uczył się komendy PUŚĆ, która nie odbierała mu poczucia zwycięstwa.

- usiądź i się wyluzuj-

Później wprowadziłem zasadę, w której oddawanie każdej rzeczy jak szarpak, rękaw, aport poprzedzone było komendą DO MNIE, gdzie pies przybiega i siada naprzeciwko. Według mnie jest to ważne z kilku powodów. Po pierwsze pozwala to zejść z emocji po wcześniejszej aktywności. Gdy pies siedzi, ma mniejszą możliwość szarpania się z nami.

Jeżeli próbujemy psu coś odebrać, gdy jest w pozycji stojącej, to w naturalny sposób obniża on pozycję i chce się z nami szarpać. Nie jest to dobre, bo szarpnięcie w momencie, gdy się tego nie spodziewamy, może przysporzyć nam kontuzji. Siad na wprost nas wprowadza porządek podczas tej procedury, i co bardzo ważne, stabilizuje psa fizycznie i emocjonalnie. Pies, który ma szacunek do swojego przewodnika, nie chce wyrządzić mu krzywdy, jest ostrożny, nie chce nas nadepnąć ani złapać zębami podczas karmienia z ręki. Nie mówię tutaj o sytuacjach dynamicznych podczas "akcji", ale o sytuacjach luźnych, domowych lub podczas treningu posłuszeństwa. Warto to wykorzystać podczas odbierania psu czegoś z pyska. Zorientowałem się, że gdy pies poczuje naszą dłoń w okolicach pyska od razu staje się ostrożniejszy i mniej chętny do zaciskania szczęki. Dlatego pisałem wcześniej, że gdy podbierałem piłkę, to od dołu przesuwając dłoń w kierunku końca kufy. Pies dostaje komunikat: "uwaga dłoń w pobliżu zębów - bądź ostrożny". Oczywiście robimy to tylko w momencie, gdy pies jest spokojny i ustabilizowany. Nigdy nie robię tego z obcym nieznanym psem. Uważam, że jest to bardzo przydatne na późniejszym etapie szkolenia, gdy będziemy oczekiwali puszczania podczas gryzienia na pozoranta. W sytuacjach dynamicznych jak gryzienie, nie możemy liczyć na taryfę ulgową, dlatego komenda PUŚĆ może uchronić przed poważnymi obrażeniami.

Benkowe kły poczułem na sobie (Fot. 3), gdy w ferworze walki na zawodach, pomylił rękę pozoranta z moją. W tamtym momencie komenda PUŚĆ była cenniejsza niż złoto.

Fot. 3 Benek gryzie mnie w rękę. Zawody "K9 Combat Trials", 2024r. Fot. 4 Obrażenia po ugryzieniu. Zawody "K9 Combat Trials", 2024r.

- agresja do ludzi i zwierząt-

W Psiej Eskadrze z Leszkiem Szczepańskim zaczęliśmy treningi od korekty niepożądanych zachowań. W pierwszej kolejności na tapetę poszła agresja do ludzi. Jak pisałem na wstępie, u C-K9 nieuzasadniona agresja do ludzi i zwierząt jest niedopuszczalna, dlatego praca nad nią musi być priorytetem. Wiem, że to co napiszę dla niektórych może być kontrowersyjne, wręcz niedopuszczalne, ale jest to działanie zgodne z zachowaniami psów w naturze. Wytłumaczę to najprościej jak się da. Eliminacja agresji jest jak wyrywanie zęba. Nie da się tego zrobić inaczej jak mocnym, negatywnym bodźcem, którego pies doświadczy w momencie nieuzasadnionego ataku. Nie usuwamy przecież nigdy zęba łamiąc go po kawałku, nie rozwlekamy tego procesu na godziny dni czy lata. Liczymy się z nieuniknionym, ale chwilowym bólem. Nie mówię tutaj o psach niezrównoważonych emocjonalnie, chorych psychicznie lub po dużych traumach, bo to osobna kategoria, która wymaga innego, długotrwałego procesu pod nadzorem specjalistów od psiej agresji. Pies z agresją, która wynika jedynie z niezrozumienia zasad szybko pojmie czego od niego oczekujemy. Dobry szkoleniowiec od razu będzie umiał rozpoznać, z którym przypadkiem mamy do czynienia. Benkowi wystarczyła jedna sesja i problem nigdy nie wrócił. Oczywiście dzisiaj wykazuje on wobec obcych daleko idąca nieufność, ale nie agresję. Jego zachowanie jest bardzo przewidywalne.

- uporczywa terapia-

Widziałem całą masę psów skrzywdzonych przez tzw. uporczywą terapię miłością, która przynosiła odwrotny skutek. Wielokrotnie widziałem jak suka przywołuje do porządku szczeniaki nie używając słów, działa jedynie mową ciała i bodźcem fizycznym. Jeżeli trzeba, przestawia szczenięta łapiąc zębami za grzbiet. Szczenięta nierzadko są uderzane pyskiem i zębami. Jeżeli szczeniak zada matce ból przy sutku reakcja jest gwałtowna i na pierwszy rzut oka bardzo brutalna. Nie jest to jednak nieprzemyślana agresja, suka działa z wyczuciem, reakcje dostosowuje do sytuacji. Nigdy świadomie nie wyrządzi szczeniakowi większej krzywdy, podczas nauki manier. Psy uczą się tego języka od szczenięcia, a później w stadzie rozwijają tą umiejętność i finalnie potrafią się nim posługiwać. Dlatego w celu osiągnięcia szybkich i prawidłowych rezultatów, powinniśmy używać perswazji zrozumiałej dla psa. Jeżeli agresywne zachowanie nie zostanie natychmiast skorygowane, rozwinie się ono w przekonanie, że wszystkie problemy można rozwiązywać kłami, a do tego nie można dopuścić. Z kolei pozytywny behawioryzm oparty na "miłości", czyli terapia miękkimi sposobami rzadko daje zadowalające rezultaty, bo ten język dla psów jest mniej zrozumiały. Z kilku powodów jestem przekonany, że powinniśmy czerpać z metod jakie podpowiada nam natura, bo są one dla psa bardziej naturalne i czytelne. Dziwi mnie postawa behawiorystów, którzy nie dopuszczają w takich przypadkach metod awersyjnych w ogóle. Przecież my jako ludzie, również w życiu codziennym bardzo często korzystamy i wręcz oczekujemy prostej komunikacji. Otrzymując pismo z urzędu pełne prawniczego żargonu, irytujemy się i oczekujemy, że ktoś przetłumaczy nam jego treść na język potoczny, który rozumiemy. Dlatego nie komplikujmy sobie i psu życia, stawiajmy na uproszczoną, czytelną komunikację.

- siła stada-

Z agresją do ludzi poradziliśmy sobie bardzo szybko, później przyszła kolej na problem agresji do innych psów. Tutaj nieoceniony okazał się Bebeto - dorosły, silny i bardzo asertywny samiec Leszka. Właściwie to natura sama rozwiązała nasz problem. Leszek był bardzo pewny tego co się za chwile wydarzy, ale ja miałem duże obawy, bo wiedziałem, że Benek bez problemu wejdzie w konflikt z silnym samcem. Przekonałem się jednak jaką wartość ma mądry i poukładany pies. Puściliśmy ich luzem. Benek od razu wystartował z zębami do Bebeta i próbował go ugryźć. Ten kłapnął go w grzbiet z głośnym szczeknięciem, Benek się odbił. Bebeto biegał po placu, a młokos do niego doskakiwał próbując gryźć. Kilka strzałów wystarczyło, żeby agresora uspokoić. W pewnym momencie Benek zatrzymał się i zaczął sobie wszystko w głowie układać. Wyraźnie był zaskoczony, bo Bebeto nie eskalował konfliktu, ale go uspokajał. Wziął do pyska zabawkę i zaczął z nią paradować po placu. Wyglądało to jak zachęta do zabawy. Młodzik stał zgłupiały i nie do końca wiedział co zrobić czy gryźć, czy zacząć zabawę. W końcu się przełamał i zaczął biegać za Bebeto, kilka razy próbował tego co wcześniej, ale samiec szybko go pacyfikował, uderzając zębami lub przygwożdżając na krótko do ziemi. Całość nie trwała dłużej niż 5-10 min. Wszystko o czym napisałem powyżej, to w zasadzie jedyne dwa przypadki, w których zastosowałem mocną awersję. Benek szybko zrozumiał zasady i od tego momentu jego nastawienie do ludzi i innych psów mocno się zmieniło. Można powiedzieć, że terapia była krótka, ale na tyle skuteczna, że nie musieliśmy do niej już nigdy wracać. W późniejszym czasie wystarczyło zachowywać należytą uwagę i wyprzedzać zachowanie psa korektami słownymi. W miejscach publicznych przekierowywałem uwagę Benka z psów, kotów, ptaków, ludzi na siebie. Wchodziłem z nim w proste zadania typu siad, waruj, oczekując skupienia, a gdy je otrzymywałem pies dostawał nagrodę. Tym sposobem przestał w ogóle zwracać uwagę na otoczenie i skupiał się tylko na tym co mu oferuję. Na późniejszym etapie, zatrzymywaliśmy się przed posesjami, gdzie za ogrodzeniem kotłowały się ujadające burki i ćwiczyliśmy to samo. Na początku Benek się jeżył, odwracał, reagował niepewnie, ale po kilku sesjach szalejące za ogrodzeniem stado nie robiło już na nim żadnego wrażenia. Do dzisiaj zachowuje się przy innych psach obojętnie, a jeżeli nawet jakimś się zainteresuje to wystarczy z mojej strony zwykłe HEJ i jego uwaga momentalnie wędruje do mnie.

- podstawa to dobry szkoleniowiec-

Wrócę jednak do tego, o czym było na początku. Agresja u psów jest bardzo skomplikowanym zagadnieniem, dlatego będę powtarzał jak mantrę, że wybór właściwego szkoleniowca to absolutna konieczność. Dobry szkoleniowiec będzie wiedział z czego agresja u psa wynika, z nieznajomości zasad czy z głębszych problemów. Szczególną ostrożność należy zachować w przypadku owczarków belgijskich, gdzie większość ogólnie znanych metod po prostu nie działa. Znam przypadek, gdzie przewodnik próbował używać sposobów Cesara Milana, przygwożdżając psa do ziemi. Skończyło się tym, że pies odgryzł mu dwa palce. Trzeba było później wykonać ogromną pracę, żeby to wszystko odkręcić. Pomimo wielu starań i pozornych postępów, po 2 latach problem wrócił. Pies poszedł do uśpienia.

Pomoc merytoryczna Marcin "Lewy" Wyszyński

Konsultacje Bartosz Sudak

Korekta Renata Czech-Jarczyk

Projektant okładki Michał Jarczyk

? Michał Jarczyk, 2026

? Michał Jarczyk, projekt okładki, 2026

Marcin "Lewy" Wyszyński:

Ta książka to szczera, pełna pasji i odwagi w mówieniu prawdy, osobista opowieść przewodnika, który wszedł w świat pracy z owczarkiem belgijskim. Autor wyznaczył sobie cel i przez kilka lat, krok po kroku, uczył się szkolenia, odpowiedzialności i samego siebie. To zapis drogi, pełnej wątpliwości, błędów, rozwoju i pasji.

Cieszę się, że taka pozycja pojawiła się na rynku, napisana nie przez "eksperta", lecz przez przewodnika psa, który odważył się położyć kawę na ławę.

ISBN 978-83-8440-856-8

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero