Znajomy mój młody uwagi mi
robił że żaglowym lepiej okrętem przepływać Oceanu przestrzeń. -
Pozwoliłem mu mówić w tym przedmiocie i słuchałem go oparłszy się
kolanem o tłomoczek podróżny a biodrami o ciosaną z kamienia poręcz
wybrzeża portowego. -
Ale skoro domówił on perjodu - ale skoro spojrzałem na
wielki zegar miejski i zmiarkowałem iż za niewiele czasu parostatek
zwany: Cywilizacja ruszy z miejsca gdzie przystał był i osobę moją
z sobą poniesie, przerwałem młodemu przyjacielowi memu jego
mówienie.
Był czas, rzekłem, kiedy w rzeczywistości dotykalnej pod
ręką moją miałem klucze piękności onych, o których marzenie swoje
mi przedstawiasz - - A słów tych domówiwszy wbłąkały mi się w
pamięć rymy które nuciłem, oglądając klamry i zamknięcia podróżnego
mego tłomoczka.
- Co dzień woda w okręt ciecze, Nogą z łoża ani stąp;
Co wieczora - o! człowiecze
W górę rękaw! - i do pomp.
Pożegnałem, co kochałem, Upominek złączy nas;
Ręką jedną, przestrzeń dałem,
Drugą ręką dałem czas. -
Co dzień woda w okręt ciecze
Nogą z łoża ani stąp;
Co wieczora - o! człowiecze
Rękaw w górę - i do pomp! -
Oto i widzisz, mówiłem mojemu młodemu znajomemu, że rzeczy te nie
są mi wcale obce, owszem, od ogromnych żaglowego okrętu podwalin,
budowanie arki przypominających, a które spoczywają na samym dnie
łodzi okrętowej. - Przeszedłszy następnie miejsca ciemne, gdzie
ordzawione wodą słoną, łańcuchy kotwic się pierścienią lub
wyciągnięte są podłużnie w niedbałym na posadzce odpocznieniu:
przeszedłszy jeszcze wyżej do korytarzy kabin, i wyżej na pokład
okrętowy, którego każda deska biała jest i miękka od umywań, a
wszystkie są jakoby wieko skrzypiec pięknie wygięte. - I
podniósłszy oczy tam gdzie lin wielu okrętowych niewzdrygliwe
siatki się przekreślają na niebiosach, albo i gdzie powietrze
rozbija namioty swoje szerokiemi żaglami - albo i gdzie trzy
masztów krzyże kończynami swojemi podobne są jakiejś mistycznej
troistości, kiedy umierają we mgłach rannych, w mętach opalowego
światłocienia a wilgoci ciepłej i słonawej; mętach, niekiedy
przedartych zgubionymi przez odeszłe słońce promieniami - wszystko
to - jak widzisz, jest mi znane. To - i nadto huk żagli pękających,
do wystrzałów poddać się mającego miasta podobny - i upadanie
majtków niebezpieczne, ze szczytów zatrzęsionego burzą masztu - i
przekleństwa ich językiem mówione morskim, który może jeszcze
fenickie ma w korzeniu swoim pierwiastki - i niecierpliwienie się
czterech łodzi, zawieszonych po okrętu bokach, a które tylko w czas
przystani spokojnej, lub wczas ostatecznego niebezpieczeństwa
bywają z łańcuchów swych spuszczane.
Jakoż - od oczyszczanego najstaranniej miedzianego
gwoździa okrętowego, aż do gwiazdy w niebiosach jak gwoźdź
błyszczącej. - Takoż, od safirowej chwili najpogodniejszego
uciszenia aż do czarności otchłannej burz powietrznych - od
wyciągniętych różowych rąk dziecięcia ku rybom wielkim, co idą za
okrętem niby że psy domowe, aż do rzucających twarde rozkazy
giestów okrętowego kapitana w rękawice futrem szorstkie
uzbrojonego. Jakoż od tego co podpiera i uspokaja, aż do tego co
tobą jako liściem suchym pomiata i czyni ciebie znikomością
podrywaną z planety, albo daje ci uczucie do onych dwóch w niczem
niepodobne: bo uczucie tępego i głuchego spokoju materyi ze
znużenia - uczucie głębokie i nikczemne! - podobne do rozmowy ciała
człowieczego z piaskiem grobu który jemu należy, albo atomów ciało
człowieka składających z planetarnym ciążenia środkiem. - Kiedy,
jednem słowem jesteś dla tego tylko, że chwilę przed tem byłeś, nim
na mokrym i mętnym zwoju poplątanych sznurów okrętowych
wyciągnąwszy się, rzekłeś sobie niezrozumiałym językiem dla nikogo:
"Oto jest stateczność i spoczynek." -
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.