Słoneczny poniedziałek w... Och, już doprawdy nie pamiętam. Ale jest maj tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego i tak ciepło, że wcale nie trzeba nosić pończoch.
Wysiadamy na tej stacji zupełnie nieoczekiwanie, bo przecież mieliśmy jechać dalej, ale patrzę przez okno, gdy pociąg już hamuje, i naraz mówię:
- Tutaj, Arnoldo. Tutaj koniecznie, zobacz, jakie ktoś ma kwiaty w ogrodzie, no patrz, Arnoldo, patrz, mogliby uprawiać rzodkiewki albo szczypiorek, a mają tulipany, zobacz, czerwone, różowe, nawet żółte mają, no patrz, Arnoldo.
- I co z tego, Marissa? I co z tego?
- Jeśli ludzie mają chęć na kwiaty w ogrodzie, będą mieli chęć i na cyrk.
- Może i masz rację. Skoro mają na kwiaty, będą mieli na bilety.
Zrywamy się z miejsc, bo udało nam się w pociągu usiąść. Waliza za walizą, potem koszyki, wózek, plecaki i my. Stacja pozamiatana, chwasty między płytami jeszcze niewielkie, znaczy ktoś niedawno wyrywał, komuś zależy, myśli, że warto i chciałby, żeby było ładniej. To zawsze dobre znaki. Ciekawe, że chwasty rosną najszybciej, na przekór wszystkiemu, dużo szybciej niż to, co pielęgnujemy. Czasem tak bywa również z myślami.
I zaraz wyrywam tę myśl, póki jeszcze mała i nie ma nasion. Odrzucam ją na bok, niech znika.
Parowóz wysyła pożegnalny kłąb pary w powietrze, zawsze to widzę tak, że z komina wylatuje gęsta chmura, a na niej pojawia się napis, jak w niemych filmach:
- Puff! Uch! Chuch!
W powietrzu zostaje kłąb dymu i pary, a lokomotywa wzdycha, gwiżdże i odjeżdża z resztą pociągu, uwożąc nasze plany występu w Łaskarzewie. Co do Łaskarzewa - Arnoldo pamiętał sprzed wojny tamtejszą remizę, a niedawno ktoś mu powiedział, że remiza przetrwała wojnę, bo służyła faszystom, a Ruscy jakoś ją zostawili w spokoju, nawet drzwi ani rury stalowej nie wyrwali, i nawet ze złości, że im się nic wyrwać nie udało, nie podpalili budynku. Więc remiza stoi cudem, jakby nigdy wojny nie było, i tam chciał Arnoldo pokazać nasze sztuki, póki nie zwyciężyły tulipany, które zobaczyłam przez okno.
- Jeszcze przecież kiedyś dojedziemy do Łaskarzewa, jeszcze się życie nie kończy, a remiza wojnę przetrwała, to i przez tych parę dni na nas poczeka, prawda, Arnoldo?
A on tylko bierze moją twarz w dłonie wielkie jak bochny i w policzki mnie całuje. "W policzki mnie całuje" jest dużo ładniejsze od zwykłego "całuje mnie w policzki". Tak, to piękne słowa i kiedyś zacznę od nich wiersz.
Już wiemy, że bez zezwoleń nie wolno nam niczego wieszać, choć stacja byłaby idealnym miejscem na nasz plakat, o, taki właśnie, cośmy niedawno wydrukować kazali:
Dzisiaj wystąpi znany w całym Kraju
Objazdowy Zespół pod pseud.
Arnoldo i Marisse Botticellisse
Pokazy siłowo-zręcznościowe, sport, akrobacje oraz pantomimy humorystyczne.
Arnoldo i Marisse to my. Nie umiem się tym nacieszyć.
Gdy idziemy ulicą zupełnie nowego miasteczka lub wioski, wszystkie twarze są nam obce, wszystkie historie nieznane. No dobrze, zawsze jest trochę strachu, bo co nas tu spotka? Może rzucą kamieniami, może wszystkie łąki będą zaminowane, może na walizkach nadal będą siedzieć Niemcy, a im przecież ani myśleć o cyrku, bo myślą o wyjeździe, albo ruscy maruderzy, którzy chyba sam Pan Bóg wie, o czym myślą, choć jakby Pan Bóg wiedział, może by ich natchnął czym innym. Może mieszkają tutaj same ciągle zgnębione po przejściu kacapskiej armii kobiety. Ale też może trafimy na słońce, zieleń, tulipany, żonkile i bzy, może będzie mnóstwo dzieci, które chcą się śmiać, i ich rodziców, którzy zapomnieli, jak się śmiać, ale my im przypomnimy. Ale przede wszystkim będzie nadzieja, że poszczęści nam się bardziej niż w poprzedniej miejscowości. Że tym razem będzie po prostu dobrze, wszyscy głodni rozrywki, sala piękna i ogrzewana, światło elektryczne do włączenia jednym pstryczkiem.
- Teraz to już przesadziłaś - mówi Arnoldo. - Elektryka?
- Zobaczymy.
Lubię mieć nadzieję. To nic nie kosztuje.
Drogę do rady narodowej wskazał nam zawiadowca, ale po drugim zakręcie zagapiam się, zatrzymuję, a potem zagaduję kobietę - pod płotem bezczelnie wybujałe irysy, uwielbiam ich zapach, a ona, kawałek dalej, na ganku pierze nachylona nad balią, szoruje na tarze prześcieradła, jakby to była sobota, a nie powszedni zwyczajny wtorek.
- To w... - waham się przez chwilę, bo czasem trudno mi tak szybko zapamiętać, gdzie jesteśmy - w waszych stronach zmieniacie pościel we wtorki?
Tylko macha ręką.
- Cóż, co kraj, to obyczaj. - To jedno ze zdań, które coraz częściej wypowiadam podczas naszych podróży. Pomaga. I mnie, i spotykanym ludziom. Wtedy wszyscy wiemy, że świat jest duży, wszystko się na nim pomieści.
Piorąca kobieta ubrana jest w sukienkę, a na nią, jak i moja mamusia, nałożyła fartuch, pewnie ma dwa, jeden pierze, w drugim chodzi, bo bez fartucha na sukience chodzi się tylko w niedzielę, i to gdy już się obiad swoim poda. Sukienka, widzę, przerabiana, ładnie ją zrobiła, dodała w talii pas wydziergany na drutach, ładne, równe oczka, również z dołu, żeby całość przedłużyć. Suknia jest granatowa w szare kwiaty, włóczka - szara. Lepsza byłaby granatowa, ale pewnie nie miała. Kobieta wyjęła dłonie z wody i dokładnie wyciera je fartuchem między palcami. Potem pewnie posmaruje je smalcem. Albo olejem rzepakowym, jeśli mieli go w sklepie. A ja już czuję się jak w domu.
- A wy skąd? - pyta z ganku.
- A z Mdzewa. To pod Ciechanowem. - Arnoldo ciągle powtarza, że powinniśmy twierdzić, że przyjechaliśmy z Warszawy, bo to też właściwie prawda, a brzmi bardziej światowo. Ale nie chcę być światowa, gdy patrzę na kobietę na ganku. Tyle prześcieradeł do prania? W środku tygodnia?
W domu, gdy pogoda pozwalała, też praliśmy na ganku, bo w domu było duszno, wilgotno od całej tej wody, grzania, szorowania. A na ganku przynajmniej człowiek na życie patrzył, trąc bielizną o tarę. Jak ta kobieta tutaj, która właśnie podchodzi do płotu.
- A do nas po co przyjechaliście? Taki świat drogi? Aż spod Ciechanowa?
- Jesteśmy artystami. Artystami cyrkowymi. Dziś chcemy dać u was występ. Miałaby pani może wolny pokój?
- Na występ?! - płoszy się kobieta, odgarnia mokrą dłonią włosy z czoła, zastanawiając się pewnie, co to za głupki z Mdzewa przyjechały.
- Przecież, że nie na występ - zaśmiewam się. - Na nocleg. Po występie artyści gdzieś muszą spać.
- A na nocleg to mogę mieć. Jakoś się zmieścimy, a każdy grosz się w domu przyda.
- Marisse Botticellisse, artystka cyrkowa. - I wyciągam do niej rękę nad sztachetami.
- Tytoniowa. Tytoniowa jestem, a w życiu machorki nie zapaliłam.
Widzę, że lubi powtarzać ten żarcik. Prawie każdy człowiek ma kilka swoich, sobie właściwych porzekadeł. Zbieram je, zapisuję w moim zeszycie do wierszy.
Teraz już nie wypada nam się wycofać, więc Arnoldo łapie za walizy i wózek z rekwizytami, coś tam pomrukuje pod nosem, ale nie zwracam uwagi, chwytam za tobołki, kosz i bębenek, naprawdę, znowu nabrałam krzepy od tego dźwigania. Plecaków nawet nie zdjęliśmy z grzbietów, więc dalejże do środka. I już właściwie jesteśmy wewnątrz, gdy nagle to słyszę.
Taddadadadadadam. Taddadadadadadam.
Kulę się, odwracam szybko.
To dzieci. To tylko dzieci.
Taddadadadadadam. Taddadadadadadam.
Będzie już dwa lata, jak podpisano pokój w Berlinie, ale na ulicy pod płotem dzieci nadal bawią się w wojnę. Stoją z kijami pod pachą, palą "papierosy" z pozwijanych liści, a potem jedni ustawiają się w rzędzie, drudzy kierują na nich kije i strzelają seriami. Taddadadadadadam. Tamci padają, okręcając się wokół własnej osi, niektórzy jeszcze chwilę kopią piętami w ziemię, aż unoszą się tumany kurzu. Wstają potem, spluwają na szaro, śmieją się, wrzeszczą:
- Teraz my was zabijemy!
- Nie, my wolimy zabijać!
- Ale wyście już zabijali!
- Ale dalej chcemy!
Kulę się w sobie, jakbym to ja dostała w brzuch.
- No dobrze, to chodźcie. Teraz będziemy partyzantami, pójdziemy do wsi po jedzenie.
I idą szeroko przez podwórze, stawiają pordzewiałe puszki, walą w nie kijami, rozwalają dookoła, wrzeszczą:
- Gdzie smalec schowałaś, babo? Gdzie świnię schowałaś, babo?
- Nie chcę być babą! - krzyczy jakaś dziewczyneczka.
- Ale jesteś. Gdzie smalec schowałaś? Wódkę dawaj, jaja dawaj.
Dziewczynka płacze. Zatykam uszy.
- Chłopy, baba tu jest! Dawaj, pohulamy! Pohulamy!
Dziewuszka krzyczy coraz głośniej.
Kobieta znad balii wzdycha znękana.
- Widzi pani, w nocy płaczą, bo ciągle im się śni wojna, a w dzień bez ustanku się w wojnę bawią.
Nadal stoję na ganku. Odstawiam walizy, ręce mi się trzęsą, ale uparcie odwiązuję klapę od plecaka. Wyjmuję bębenek, schodzę na podwórko i bębnię w tempie strzałów, jakie wydają dzieci.
Taddadadadadadam i taddadadadadadam.
Ten rytm jest wszystkim znany, aż za dobrze. Zgrałam się z nimi, więc zwalniam trochę, znam moc perkusji, i mam rację, bo i dzieciaki swoje taddadadadadadam zwalniają. A potem zmieniam akcenty i powoli, powoli wchodzę palcami na membranie bębenka w rytm lambeth-walka, przedwojennej piosenki, którą w swoim czasie w Warszawie słychać było wszędzie.
Tin tin ti ti tin tin ti, tin tin ti ti tin tin ti - bębnię.
Nie znam osoby, której stopy nie zaczęłyby przytupywać, kiedy słyszy lambetha. Moje też już chodzą, ciało czasem robi swoje, nie musimy brać w tym udziału. Strzelanie zwalnia, wreszcie cichnie. Bębnię dalej, głośno, rytmicznie, niektórym dzieciakom już nogi chodzą. A potem dołączam ze śpiewem:
Weź pod rękę damę swą,
idź na spacer razem z nią,
idź jak na ślub,
a potem z rąk krzyż zrób.
Spacer naprzód, spacer w bok,
to jest właśnie lambeth walk,
raz obrót w krąg,
i sześć uderzeń rąk1.
Chłopaki się śmieją, że "Weź pod rękę damę swą", że głupio, że damę, że pod rękę, że he, he, ale dziewuszka dołącza ze śpiewem przez łzy, więc biorę ją pod rękę i obie idziemy parę kroków do przodu, a potem się okręcamy. Nie znam chyba łatwiejszego tańca. A w końcu i kobieta z ganku wyciera ręce w fartuch, przygładza włosy, bierze drugą córkę pod rękę i zaczyna nas naśladować. Reszta dzieciaków rzuca swoje kije, pozwijane liście, podchodzi.
- A co to za piosenka?
- Grali ją w Warszawie, przed wojną.
- Lambet łok? Co to znaczy?
- Że lepiej tańczyć, niż strzelać. Nauczę was całej, jest śliczna.
- "Weź pod rękę damę swą..." - ciągle śmieją się chłopaki, ale ja śpiewam dalej, a głos mam mocny:
Spróbujcie w domu sami, panowie wraz z paniami,
jakie to niezawiłe, jakie miłe.
Nowy taniec, znany rytm, pan nie umie, no to wstyd,
ten modny krok to właśnie lambeth-walk2.
I bębnię, i śpiewam, i idę razem z bębenkiem, mocno uderzam stopami o ziemię, i obrót, i do tyłu, i znowu w przód, i przykucnąć, i klasnąć. Zaraz dołącza Arnoldo z harmonijką, którą zawsze nosi w kieszeni na piersi, i klaszczemy, i dajemy kroki, i nikt już nie pamięta o rozstrzelaniach, tylko idą z nami w przód, obrót, w przód, pół kroku w tył, przykucnąć i klasnąć, i siup.
I tak to czasem bywało w czasach, gdy Arnoldo i ja z naszym cyrkiem jeździliśmy po całej Polsce. Tak, proszę pani. Zjeździliśmy wtedy całą Polskę, wzdłuż i wszerz. Pociągami, autobusami, okazjami, motocyklami, wozami, na piechotę, co nam los podsunął. Tak było.
Urząd gminy. Za stołem pan z wąsami, bez przednich dwóch zębów. Patrzy na mnie z góry, choć wygląda jak mój wuj Leon z sąsiedniej wsi, ale taki wuj Leon, co go za biurkiem posadzili i musi wszystkim pokazać, jaki to on ważny.
- Jednorazowe pozwolenie?
- Nie, raczej nie jednorazowe. Może na dwa pokazy. Albo może...
- Ale my tak, obywatelu, nie możemy. Musicie wiedzieć, obywatelu, czego chcecie. Jeśli nie jednorazowe, to o ile występów, obywatelu, się ubiegacie?
- Dajcie, obywatelu, pozwolenie na trzy spektakle.
Nie możemy z Arnoldem nauczyć się tego obywatela, ale może to ładniejsze niż "pan". Bo jaki on pan, skoro z chłopów, stąd widzę, z sieni, bo zostałam przed pokojem, gdzie pan władza siedzi. A on widzi po Arnoldzie, że on też żadnym panem nigdy nie był. I chce mu pokazać, że jest ważniejszy, że proszę, ile się dochrapał za nowej Polski.
Arnoldo zawsze prosi, żebym z nim do pokojów urzędników nie wchodziła. Bo możliwe, że powiedziałabym jakiś żarcik, wujowi Leonowi też lubiłam czasem przygadać, aż mu w pięty poszło, a tatuś krzyczał, że dziewucha, a taka pyskata i kogoś ty, mamuśka, na swojej piersi własnej wykarmiła.
- Oj tak, niepoważnie do urzędu kobietę wysyłać - twierdzi mój Arnoldo. - A już ciebie, Marisso, zwłaszcza.
A ja się z nim o to nie kłócę. Lubię rozśmieszać ludzi, a w urzędach lepiej nikogo nie rozśmieszać, tam jest powaga. Chodzi więc i załatwia sprawy sam. Urzędnicy są równie męczący jak przed wojną, chociaż zdecydowanie gorzej wykształceni, tak mówi. Synowie wsi, którzy się moszczą na stołkach, bo nie wiedzą, na jak długo je dostali.
- Ale co masz do synów wsi? - złoszczę się. - Taki z ciebie Warszawiak?
- Tylko tyle, żeby nie bawili się władzą. Władza to przede wszystkim odpowiedzialność - mówi Arnoldo.
Mogłaby pani spytać, co taki cyrkowiec mógł wiedzieć o władzy. A ja bym wtedy pani odpowiedziała, że Arnoldo wiedział, co to znaczy władza, bo przed wojną ją miał. Całkiem dużą, bo jego cyrk liczył przecież kilkunastu artystów i jeszcze ze dwudziestu ludzi do pomocy, a ci zmieniali się często, i tylko na zimę ich całkiem trzeba było zwalniać.
- Ode mnie zależało, czy zarobią w sezonie. Czy będą mieli co jeść. Czy będą miały co jeść ich dzieci. O tym myślałem, a nie żeby im pokazywać, kto ważniejszy.
Tak bardzo go kocham, gdy to mówi. Tak bardzo go szanuję.
- Dajcie nam, obywatelu, pozwolenie na trzy spektakle - mówi w urzędzie Arnoldo. - A my na wszystkie, ile ich tylko będzie, podarujemy wam, obywatelu, zaproszenia. Proszę jakie piękne.
Zaproszenia sama wyrysowałam, całe w róże. Dlaczego róże? Bo to symbol Mateńki Najświętszej. Tak raz palnęłam w urzędzie i musiałam się zaraz poprawiać, że najświętszej, czyli mojej rodzonej, co ją w domu zostawiłam. W urzędach lepiej o świętościach teraz nie mówić, takie czasy.
- Tu mamy podanie o zezwolenie na występ, tylko nazwę wsi dopiszę. I gdzie moglibyśmy wystąpić? Szkoła? Remiza? - dopytuje Arnoldo.
- Remiza... Na remizę dodatkowe podanie trzeba by pisać. Do straży pożarnej. I czekać na rozpatrzenie. Wpiszę szkołę. Ale po lekcjach.
- Oczywiście!
- I posprzątacie potem.
- A jakże inaczej?
- Kwaterę gdzie macie? Bo muszę tymczasowy meldunek wypisać.
Arnoldo tłumaczy.
- A zmieścicie się w ogóle u tej Tytoniowej? Z całym tym cyrkiem?
- Nam wiele miejsca nie trzeba.
Już nie dodaje, że cały ten cyrk to my dwoje i to, co dajemy radę unieść w rękach i na plecach. Czekamy na ostatnią pieczątkę i wracamy do kwatery u Tytoniowej. Lecimy się przebrać, przed wyjściem rozwiesiłam nasze ubrania, żeby się rozprostowały.
Zakładam białą suknię, uszyłam ją z bandaży wykrochmalonych na sztywno, spódniczka mi sterczy, w talii szarfa haftowana, wyszywam na niej nowe kwiaty co wieczór, zależy, jakie mi się uda włóczki w danym miejscu kupić, mam nawet złote kawałki, bo wyprułam trochę złotych nici, gdy czekaliśmy w którejś radzie narodowej, a na oknach wisiały takie bogate story, lekko postrzępione u dołu, może z jakiego dworku przeniesione. Pomyślałam, że nikomu przecież nie ubędzie, jeśli wystrzępię je jeszcze odrobinę.
Arnoldo zakłada na gołe ciało kamizelkę, którą obszyłam krajką, pomponami, dzwoneczkami. I takąż opaską przewiązuje w pół czoło, tylko bez dzwoneczków, kazał je odciąć, bo nieustające brzęczenie przy uszach doprowadzało go do szału. Pończochy mam czarne, grube, sama dziergałam na drutach, i buty na drewnianej podeszwie, piękne, sami je z Arnoldem robiliśmy, bo przecież porządnych butów kobiecych nie kupisz, to znaczy nie za pieniądze, które moglibyśmy na to przeznaczyć.
W rękę bębenek (ja), organki (on), idziemy, bębnię, on gra, rozległe tu przestrzenie, domów mało, cieszę się, bo głos się pięknie niesie. Domów mało, martwi się Arnoldo, to i ludzi będzie niewielu. No i rynku tu nijakiego nie mają, to gdzie mamy się ustawić z naszą wesołą muzyką, z naszą zapowiedzią?
- Gdzie macie centrum? - zagaduję kogoś.
- Gdzie mamy co?
- Gdzie jest środek wsi?
- A po co nam środek? Tu stacja kolejowa, tu gmina, tu sklep, tu szkoła, więcej środków nam nie trzeba.
Idziemy więc do stacji kolejowej. Smaruję nasz plakat klejem z mąki i wody, co go świeżo ukręciłam, i gładzę, żeby arkusz dobrze do ściany przylegał, na koniec dopisuję datę, godzinę, miejsce spektaklu. A potem idziemy, grając, bębniąc, przez całą miejscowość pod szkołę, bębnimy, krzyczymy, i zaraz, jak spod ziemi, dookoła nas wyrastają dzieciaki, te małe, co jeszcze do szkoły nie chodzą, i wyrostki, co już pewnie szkołę skończyły, i mężczyzna w sukmanie, o kulach, który przyśpiewuje pod siwym wąsem. I tak sobie maszerujemy w wesołym, długim pochodzie. Najbardziej lubię tę część popisu, przedsionek radości czasem bywa radośniejszy niż sama radość, czekanie jest piękniejsze niż spełnienie.
- Wieczorem, w szkole, światowej sławy cyrk pokaże niezwykłe numery! - recytuję śpiewnym głosem, a Arnoldo powtarza po mnie grzmiącym basem:
- Niezwykłe numery! Dziś wieczór! Niezwykła okazja! Dziś wieczór!
- Oswobodzenie się siłacza Samsona z łańcuchów! Niezwykła ludzka karuzela! Gięcie metalowych sztab! Siłą ludzkich dłoni! Akrobacje na chińskich kołach! Pani dyrektorowa w kabarecie! I więcej jeszcze! Tylko dziś wieczór! Niezwykła okazja!
- Niezwykłe numery! Dziś wieczór! Niezwykła okazja! Dziś wieczór!
I werble. I znowu od początku, jeszcze bardziej śpiewnie, jeszcze bardziej rytmicznie, jeszcze bardziej basem, jeszcze więcej dzieciaków za nami, starców, pijaków. Ach, jak dobrze, że tu wysiedliśmy. Może i mało chałup, ale za to dzieci mnóstwo, i proszę, jak się cieszą!
Szkoła to tak naprawdę chałupina jakaś, dwa okna wychodzą na drogę. I nagle, na dźwięk werbli, pojawiają się w oknach dzieci, przepychają się, patrzą, krzyczą, a nad tym wszystkim krzyki nauczyciela, że wracajcie do ławek! Wtedy wyjmuję coś z plecaka i podchodzę do szkolnego okna, rozwijając to coś ze szmatek. Staję na palce i podaję nauczycielowi piękną różę z papieru. Oblewa się rumieńcem i przestaje krzyczeć. Dzieciaki za to dalej wrzeszczą.
- Patrz, co on ma na głowie!
- Patrz, jakie on ma ręce grube!
- Patrzcie, jak ona bębni, jak żołnierz normalnie!
- Patrzcie, jak jej kiecka sterczy!
I podskakują do wtóru bębenkowi, zazdroszcząc tym, które mogą iść z nami.
- Moja siostra z nimi idzie! Mańka przecież! - krzyczy z okna jakiś wyrostek. - Mańka, Mańka, tu jestem!
- Heniek, oni będą u nas spać! - wrzeszczy ta mała. - To artyści!
Jej też daję różę.
- Artyści, artyści! - zaczynają wołać dzieci, uwielbiam to słowo, ale już więcej róż do rozdania nie mam. Wszystkie zrobiłam sama, z bibułek, serwetek z dworcowych bufetów, skrawków gazet znalezionych w pociągach. Druty łodyg lubię owijać rozmoczonymi biletami kolejowymi, i malować tuszem na zielono.
- Ty byś wszystko zrobiła sama. Jak Pan Bóg - śmieje się czasem Arnoldo, a ja odpowiadam, żeby nie bluźnił. Potem jednak myślę, że tak, zrobiłabym wszystko sama, ale nie wiem, czy dużo inaczej, bo mi się raczej wszystko na świecie podoba. Może zmieniłabym parę rzeczy, na które Pan Bóg, jako mężczyzna, nie zwracał uwagi. A kiedy stwarzał, nie miał przy sobie jeszcze Mateńki Przenajświętszej, żeby mu doradziła. Urządzał więc wszystko po męsku. Dopiero potem pojawili się pomocnicy, znaczy Duch Święty i Jezus, a więc zwierzę i młody mężczyzna, więc te sprawy, które należały do kobiet i dzieci, ciągle musiały im wszystkim wydawać się mniej ważne.
- Nie nadążam za tobą - mówi Arnoldo, kiedy tego wszystkiego wysłucha. - Czym by się różnił świat, który ty byś stworzyła?
- Usunęłabym choroby. I rzadziej zachodziłoby się w ciążę, tylko wtedy, gdyby się chciało i mogło. Poza tym zimą nie byłoby tak strasznie zimno. Ale lód byłby grubszy, żeby już nikt się pod nim nie topił.
- A wojny?
- Wojny przecież ludzie robią, nie Pan Bóg.
- A ludzi kto stworzył?
- Oj, Arnoldo, Arnoldo. Zawsze wykręcisz kota ogonem. Z ludzi to bym tylko pogardę dla drugiego usunęła, wystarczyłoby może.
Dzieciaki odprowadzają nas w wesołym pochodzie z powrotem na kwaterę. Skandują razem z nami:
- Niezwykłe numery!
- Dziś wieczór!
- Niezwykła okazja!
- Dziś wieczór!
Kończę paradę solidnym werblem, który drży w popołudniowym powietrzu, wypełnia rozległe ulice i miejsca po wypalonych domach, umarłych ludziach. Bo wszędzie teraz są takie miejsca, wiem o tym, ale staram się nie pamiętać.
- Wróćcie wieczorem, przyjdźcie na pokaz do szkoły!
- Dziś wieczór! - odkrzykują.
- Przyprowadźcie waszych rodziców i rodzeństwo, babcie i dziadków, wujków i ciotki!
- Dziś wieczór!
- Przyprowadźcie wszystkich, niech zobaczą, że jest po co żyć!
- Dziś wieczór!
- Bo żyjemy po to, by się śmiać!
- Dziś wieczór!
Dzieciaki jeszcze wiszą na bramie, patrzą, co zamiarujemy robić. Bębenek i trąbka odpoczywają na naszych plecach, a my wracamy na ganek obrośnięty irysami.
- Ech, Arnoldo - mówię, bo widzę, że na to czekał. Uśmiecha się do mnie, oczy mu się trochę marszczą, usta rozjeżdżają.
Musimy coś zjeść, mamy chleb i ser, gospodyni pozwoliła nam narwać szczypioru w ogródku. Musimy odświeżyć kostiumy i fryzury przed występem, będziemy się przebierać między kolejnymi numerami, to jeden z warunków dobrego przedstawienia, jest nas tylko dwoje, musimy nastarczyć za więcej osób. Arnoldo się rozgrzewa, boksuje powietrze, biegnie w miejscu, robi pompki, a ja ściubię igiełeczką tam, gdzie coś popękało albo się przetarło. Musimy zmontować dekoracje, może uda się znaleźć miejscowego grajka, akordeon zawsze dobrze robi przedstawieniu, ale pytanie, ile będzie chciał za to granie. Niektórzy grają tylko dla sławy, ale tacy nie są najlepsi, bo przedłużają swoje występy, rzępolą za długo, nie chcą skończyć ani się uciszyć. Jak nie znajdziemy, to i sami nastarczymy, bębenek mamy, dzwonki mamy krowie, harmonijkę, no i mój głos, całkiem mocny, jak to u wiejskiej dziewuchy.
Musimy też obejrzeć salę. Jeśli nie będzie kompletu, trzeba będzie wystawić krzesła za drzwi, żeby nie osłabiać ducha w narodzie. Widzowie muszą myśleć, że dostali się cudem, że uczestniczą w czymś szczególnym, a nie że błagamy, żeby przyszli. Muszą myśleć, że to my im robimy przyjemność, występując, a nie oni nam - kupując bilety. Taka jest magia cyrku. Trochę zasłaniania, trochę świecidełek, trochę mamienia oczu, dużo radości. Radości najwięcej.
Kurtynę udało nam się zawiesić na sznurze rozpiętym nad sceną, ta scena to po prostu nauczycielska katedra w największej szkolnej sali, wcale zresztą nie taka duża. Światło świec lubi moją twarz, wydobywa z niej co najlepsze. Karbidówki trochę pachną, ale mało dymią. Poprawiam suknię, żeby fałdy się pięknie układały. Teraz mam na sobie tę długą, czarną, na niej poprzyszywałam wstążki kolorowe, pozwijane, lśnią uroczyście. Grajek umie grać oberka, walczyka i My, Pierwsza Brygada. Proponuję mu trzymać się dwóch pierwszych. Zaczyna od walczyka. Potem wchodzę ja.
- Witajcie, panie i panowie, witajcie, separaci i mężowie...
Już są pierwsze śmiechy.
- ...panny, wdowy i rozwódki. Witam młodzież, piękny kwiecie, co przyszłością jest na świecie. Zaraz dla wytchnienia, nauki i zabawy ujrzycie cyrk światowej sławy. A w nim już za chwilę Samson, najsilniejszy atleta świata, pozbędzie się łańcuchów na oczach szanownej publiczności. Nie, nie bójcie się, nie na waszych oczach się pozbędzie tych straszliwych ciężarów. Ten niezwykły siłacz będzie stał na scenie. - Przerwa na śmiech. Arnoldo zawsze prosi, żebym robiła przerwę na śmiech. - Będziecie się cieszyć, bić brawo i dziwić, jak to możliwe. Zobaczycie balans akrobatyczny, będziecie świadkami gięcia metalowych podków, tak, dobrze słyszycie! Nasz Samson będzie giął żelazne podkowy, jakby były to druciki. Ujrzycie niezwykłe akrobacje na chińskich kołach, będziecie śmiać się do rozpuku z pani dyrektorowej w kabarecie. A teraz otwórzcie szeroko oczy i nabierzcie powietrza, bo zaraz zaprze wam dech w piersiach. Panie i panowie, oto Samson kajdan i łańcuchów!
I dzwonię dzwonkiem, i usuwam się na bok sceny, pięknym, uroczystym, scenicznym krokiem, jak na procesji w kościele, a dół mojej sukni we wstążkowe zawijasy nie pozwala zobaczyć stóp, przesuwam się jak piękna wróżka na kółkach, ciągnąc za sobą jedną połę kurtyny. Jednocześnie Arnoldo, od środka, ciągnie drugą połę. Magia się zaczyna! Rozbrzmiewa oberek.
- Aaaaa teraz, panie i panowie, szanowni widzowie, niezwykłe gięcie w palcach końskiej podkowy.
Pokazuję podkowę publiczności, pierwszy rząd ma polecenie spróbować ją zgiąć, inni wspinają się, patrzą.
Podkowy udało nam się całkiem tanio dostać, bo ciągle ich po wojnie więcej niż koni do podkucia. Trzy zostawiliśmy na później, na dzisiaj doczyściłam jedną, żeby błyszczała. Arnoldo przymyka oczy i przez chwilę się skupia, nim zacznie. Czerwienieje, zwalnia oddech, chwilę trwa, zanim ruszy... Iiiiii już! Poszło! Podkowa zmienia się w pętelkę jak od haftki, tylko dużej haftki, jak dla konia. Jest!
Bębnię jak oszalała, chwytam podkowę, schodzę ze sceny i daję ją jakiemuś młodzieńcowi, prosząc, by rozprostował. Oczywiście nie daje rady. Publiczność podaje sobie pętlę z podkowy, sztaby, wszyscy nad nią sapią, ale ja wiem, że rozprostować ją jeszcze trudniej, niż wygiąć, nie mam pojęcia, na czym to polega, ale czasem zepsuć łatwiej, niż naprawić, to może nie Pan Bóg wymyślił, ale nie wiem, bo chyba wszystko on. Chodzę między widzami i zagaduję, że siła Arnolda, że lata ćwiczeń, że sława światowa i ogólnopolska, że panie i panowie, że macie niezwykłe szczęście, by w tym historycznym zamęcie obejrzeć naszą radosną sztukę.
W tym czasie Arnoldo za kurtyną wkłada strój siłacza, krótka kamizelka z kolorowymi krajkami na goły tors, przepaska na głowę, kolorowa przepaska na biodra, niżej spodnie, już zwyczajne. Na piersi ma biało-czerwoną szarfę. Jego piękne mięśnie lśnią od oleju. Staje na środku. Czeka. Macham dłonią. Z widowni podchodzi do nas jeden z miejscowych, uginając się pod ciężarem zwiniętego łańcucha, który niesie na wyciągniętych przedramionach. Nie musi udawać, naprawdę się ugina, to kawał żelastwa. Nie wozimy łańcucha ze sobą, nawet Arnoldo nie chciałby go targać po drogach i bezdrożach znowu wolnej Polski, zawsze musimy pożyczyć od kogoś na miejscu. Ludzie się cieszą, że widzą swojego na scenie, a on może poświadczyć, że to nie oszustwo. Wiąże Arnolda, owija go łańcuchem ciasno i dokładnie. Stąd widzę, jak wiązany Arnoldo napina mięśnie, jak się skupia, zamknąwszy oczy. Wreszcie podchodzę ja.
Na końcach łańcuchów, które schodzą się na jego muskularnej piersi, zapinam wielką kłódkę, pociągam mocno, żeby pokazać ludziom, że nie ma oszustwa. Zapraszam jeszcze trzy panie z widowni - jedną piękną młódkę z warkoczami i dwie starsze gospodynie - niech postoją na scenie, bo to przyjemność wielka, niech sprawdzą, czy Arnoldo dobrze został związany.
- Dobrze - mówią. - Ciasno jak wieprzek. - Śmieją się, a ja razem z nimi, bo śmiechu nigdy dosyć.
Arnoldo patrzy na kłódkę z wielkim przerażeniem, podmalowane upalonym korkiem brwi marszczą mu się jak harmonijki. Publiczność się śmieje. A wtedy ja:
- Patrzcie na Samsona, patrzcie na szarfę na jego piersi. Biało-czerwona jak nasza ojczyzna. Spętana. Przez długie lata spętana. Jak cierpiący Samson. Długie sześć lat wojennych cierpiała Polska w łańcuchach, w hitlerowskich okowach.
Podchodzę do bębenka, wystukuję rytm, narasta, na razie powoli. Arnoldo zaczyna, obraca się, to napina, to rozluźnia mięśnie, przesuwa, ślizga, co najważniejsze, jest niewidoczne, jak ruch wskazówki zegara. Tyle razy to widziałam, a nigdy mi dość. Bębnię z oczekiwaniem, przyspieszam, pogłaśniam, wiem, że to już niedługo, niech i widownia o tym wie. Przedstawienie to magia, zmienia ludzi. Nas w artystów, a resztę - w publiczność.
- Pokażę wam, jak Polska zwalczyła faszystowskie kajdany! - zapowiada Arnoldo, a jego głos dźwięczy i wibruje w powietrzu, łańcuchy pobrzękują.
Zmieniam rytm, teraz wybijam marsz i zaczynam nucić, a głos mam mocny i melodię znam dobrze. Niektórzy z publiczności jęli mi wtórować. Arnoldo uwalnia sprytnym wyślizgnięciem się jedną dłoń, potem drugą.
Podnoszę głos, dochodzi do kulminacji:
- A teraz, Polsko, zrzuć kajdany, odrzuć precz okupanta!
Arnoldo z coraz luźniejszych okowów wysmykuje się jak wąż. Werbel jest coraz głośniejszy, ale nagle urywam w pół dźwięku, kładę dłoń na membranie, żeby całkowicie uciszyć dźwięk.
- Polska jest wolna!
Gong! Arnoldo zrzuca z siebie łańcuchy z donośnym brzękiem. Ludzie krzyczą z radości i nawet płaczą. Wszystkie oczy na niego, na mnie, na nas. Brawa! Biało-czerwona szarfa!
- Zrzuciła faszystowskie kajdany! - krzyczę, głos mi się łamie, ale oni tego nie słyszą, bo szaleją, płaczą, biją brawo!
Ach, jak ja to lubię! Przez chwilę wszyscy mają inne życie, gdzie sprawy są czarowne, gdzie się zapowiadało, że się zwycięży, potem się wkłada w to wszystkie siły, aż twarz czerwienieje, a potem się z Bożą pomocą zwycięża.
Arnoldo się kłania, rozwiązuje szarfę, rozciąga ją nad głową, jego skóra lśni, a szarfa jaśnieje i czerwienieje, triumfuje nad sceną. Zaczynam deklamować:
Jak wyglądała nowa Polska,
gdy z martwych powstała...
Głos mi się łamie, bo sama mam łzy w oczach. Ale nie należy się wstydzić emocji na scenie, mówi zawsze Arnoldo. Emocje są ważne i dobrze się oglądają. Akordeonista polecony przez Tytoniową nie umie się już opanować i jednak wyskakuje z Pierwszą Brygadą. Ludzie wstają, śpiewają, płaczą, pełen sukces.
Wszyscy się ogrzali wzruszeniami i śmiechem, jesteśmy zadowoleni.
Odprowadzani przez rozbawione dzieciaki idziemy spać do Tytoniowej. Nie doszła na przedstawienie, bo nie miała z kim zostawić drobiazgu. Obiecuję, że jutro wejdzie za darmo ze wszystkimi dzieciakami. Dziś wpływy były takie, że możemy sobie na to pozwolić.
- Mogę ugotować kaszy na pani ogniu?
- A czemu nie. Mleka pani też potrzebuje?
- Nie, dziękuję, ja nam stopię słoninę soloną na skwareczki.
Woń skwarków wywabia z głębi domu kolejne chude istotki z cieknącymi nosami. Z trudem poznaję w nich tamte wojownicze postacie, co to z rana strzelały do siebie, trzymając pepesze z patyków.
- A to może i dzieci z nami zjedzą?
Kiedy mam, nie żałuję nikomu. Mnie też kilka razy nie pożałowano, dzięki temu (i Panu Bogu) żyję. Nadal ludzie nam nie żałują, często dzielą się tym, co mają.
- Dzieci zjedzą, tak, moje dzieci zjedzą wszystko.
Po jedzeniu myjemy się. Masuję Arnoldowi ramiona, jego piękne mięśnie, myję go szorstką szmatką, zawsze tak robimy po występie. Potem jeszcze reperuję jego ubranie, gawędząc z Tytoniową. Wstążki naszywam tam, gdzie się rozdarło, zahaftowuję ozdobnie dziurki i pęknięcia. Arnoldo po myciu wyszedł na ganek, siada tam po turecku, dłonie otwiera ku niebu i medytuje. Cisza. Gwiazdy.
- On ma siłę stamtąd - tłumaczę Tytoniowej.
- Z nieba?
- Też. Ale w ten sposób szuka jej w środku siebie.
- Jak można mieć siłę ze środka? Siłę się bierze z jedzenia, z pracy.
- Tak robią zwyczajni ludzie. A Arnoldo jest niezwyczajny.
- Piękne imię...
- Bardzo piękne.
Tytoniowa wzdycha.
- A da się z tego wyżyć? Z tego... bycia artystami?
- Przecież żyjemy. - Śmieję się. - I wie Tytoniowa, jakie to zajmujące? Co dwa, trzy dni jesteśmy gdzie indziej. Nigdy nie wiemy, co nas spotka.
- Nie boicie się tak jeździć w obce miejsca?
- Za okupacji siedzenie we własnej wsi też nie było bezpieczne.
- Ale u siebie przynajmniej człowiek wie, gdzie się w razie czego schować.
Milczę, choć myślę, że to prawda.
- Ale niech pani się nie boi. Gdyby co, ja zawsze pani powiem, gdzie się schować - obiecuje Tytoniowa i obie pukamy w niemalowane.
- A zaśpiewa pani jeszcze raz tamtą piosenkę? - prosi córka gospodyni.
- Mamy swoje zasady: nie występujemy po występie. Numer się wtedy zużywa. I to przynosi pecha.
- A co to pech?
- Nieszczęście. Nieszczęście dla artystów to występować za darmo. Musisz mi zapłacić.
- Ale ja... - denerwuje się mała.
- Nie może być inaczej. Za zapłatę zaparz mi tych ziółek, co wszyscy tu pijecie. Pachną poziomką.
- Bo to poziomkowe liście.
Dziewczynka, posapując, leje chochlą gorącą wodę na liście, a potem zanurza mi w środku łyżkę, z której jeszcze nie całkiem zlizała miód. Dar serca, rozumiem. Idę po bębenek, a łyżeczką uderzam w swoje bransoletki, bardzo lubię ten dźwięk. Mała zaczyna skakać. Jak można było jej mówić: "Dawaj, pohulamy"? Przypominają mi się poranne zabawy dzieci, ale wyrywam tę myśl jak chwast, bo właśnie Arnoldo przychodzi z podwórza i dołącza do nas z harmonijką. Ani się obejrzeć, a już stoją ludzie za oknami, za płotem stoją ludzie i słuchają naszego koncertu za darmo, a może nawet więcej ich, niż było na przedstawieniu.
Arnoldo kończy szalonym, mocnym tremolo, które urywa w pół nuty i wszystkich zostawia głodnych następnych dźwięków. Wychyla się przez okno i basem, który tak lubię, grzmi:
- Chcecie więcej? Przyjdźcie jutro na przedstawienie. Siódma wieczorem, w waszej szkole!
- Jeszcze! - krzyczą dzieci. - Grajcie jeszcze!
- Powiedzcie rodzicom, żeby wam dali parę groszy jutro na występ. Dzieci płacą połowę. A my dzisiaj odpoczywamy, żeby wam jutro pięknie zagrać i zaśpiewać. Występowanie bez zapłaty przynosi pecha.
I Arnoldo zamyka okno, bo już chłodem wieje z dworu.
W drugiej izbie zaczyna płakać dziecko, skrzypi łóżko, dzieciak staje cały mokry w drzwiach, piżama splamiona w kroku, cieknąca. Tytoniowa wzdycha.
- Wszystkie sikają do łóżek po wojnie. Takie złośniki.
Już rozumiem, dlaczego prała te prześcieradła, dlaczego w takich ilościach.
- Złośniki? Nie, co też Tytoniowa mówi.
- Kiedyś dzieci nie sikały do łóżek. Ja kiedy byłam mała... w życiu. Matka nie musiała prać pościeli co rano.
- A wie Tytoniowa, ile dzieci siusia do łóżek? Teraz, po wojnie? Wszędzie, gdzie śpimy, są takie dzieci. One z nerwów to robią, bo widziały rzeczy, których dzieci nie powinny oglądać. Wszędzie, gdzie pojedziemy, jakieś dzieci sikają do łóżek. Gdyby te przemoczone sienniki ułożyć jeden na drugim, sięgnęłyby księżyca, tyle ich jest.
- Brezent im podkładam, jak idą spać, to szeleszczą jak cały oddział żołnierzy. Bo nie nastarczyłabym słomy na te sienniki. Idź spać bez prześcieradła, jak taka sikawa jesteś, z brezentu zetrę ścierką, prać nie będę musiała. Ale na samym brezencie się odparzają, też niedobrze, więc już im położę to prześcieradło. Czasem mi się wydaje, że całe moje życie śmierdzi siuśkami.
Gładzę ją po ręku, potem smaruję jej dłonie smalcem, wcieram w tę biedną, spracowaną, wygarbowaną praniem skórę, aż ręka przestaje drgać, podskakiwać. Spoczywa.
Arnoldo już śpi na naszym sienniku nakrytym połatanym prześcieradłem. Moja mamusia tak samo odnawiała prześcieradła: przecinała wzdłuż na pół i to, co było na brzegu, dawała do środka, a wytarty środek szedł na boki. Taka jest moc śpiącego ciała, że z czasem dziurę potrafi wytrzeć w środku grubego płótna. Zawsze o tym myślę, gdy wydaje mi się, że nic nie znaczę dla świata. Szew na środku prześcieradła trochę uwiera w plecy, rozdziela nasze ciała, mnie od Arnolda, który wzdycha przez sen, wierci się, składa usta, jakby miał grać na organkach. Albo ucałować niebo.
Albo mnie. Może to ja właśnie mu się śnię, Marissa jego ukochana. Wtulam się w niego, bo ciepły jest, mocny i żywy, plecy ma twarde, mocarne. Wstrzymuję oddech, wsłuchuję się w niego i podłapuję rytm, oddychamy razem, powoli. Wspólnie.
Takie to z nas małżeństwo. W podróży.
Po latach namalowała właśnie ten dzień. Na obrazie podzieliła go na trzy kadry. Na pierwszym ciemnowłosa dziewczyna w błękitnej sukience i potężny mężczyzna w ciemnym stroju ze zwiniętym łańcuchem w ręku klęczą w lesie, niedaleko drogi, obok ustawili dwie walizy. W dłoniach złote girlandy. A może różańce? Błagają o podwózkę? Nie, raczej modlą się, żeby powiodło im się w miasteczku, tak myślę, albo raczej - bo dlaczego miałoby się im nie powieść - skupiają myśli przed występem.
Na kolejnym kadrze, pod spodem, Arnoldo w barwnej pelerynie, czerwonej kokardzie pod szyją i czerwonej czapce sprasza widzów na występ. Teraz właśnie doszedł przed szkołę, z podwórza patrzą na niego małe główki, wszystkie ubrane na niebiesko, i jedna, wyższa postać, czyli pani nauczycielka. Arnoldo przed płotem wygląda jak papuga najkolorowsza, co sfrunęła w szaro-granatowy świat. Na pelerynie wypisano: "Ja i Ty. Sport. Kultura. Beczka śmiechu".
Prawa strona obrazu jarzy się światłem: to już ich występ. Kurtyna w pasy została rozsunięta i związana obfitymi kokardami. A na scenie oni. Arnoldo wielki, zwalisty, w rękach trzyma zwój metalowego łańcucha. Na spodniach z czerwonymi lampasami ma fartuszek, na głowie biało-czerwoną krajkę, podobną jest przepasany. Pewnie zaraz będzie owijał się łańcuchami, a potem je z siebie zrywał. Z drugiej strony, zza kulis, wygląda tajemnicza postać z kurą na smyczy. Może to sam Arnoldo, tym razem w numerze komicznym. W samym centrum sceny stoi szczupła postać kobieca w sukni w kwiaty do samej ziemi. Ręce unosi ku niebu, więc wiemy, że właśnie recytuje. I nawet wiemy co, bo wypisano to nad jej głową:
- Niechaj pokojem zakwitnie świat cały.
A przed nimi, w półcieniu, całe rzędy ludzkich główek. Wszyscy wpatrzeni w scenę, w artystów.
Marianna Razik, Cyrk rodziny Razików. Występ duetu, 1986, olej na płótnie, 80 × 146 cm, Muzeum Etnograficzne w Płocku
CZĘŚĆ IMATKA BOŻA BOLESNA
Dwa lata wcześniej. Mdzewo. Jabłoń kwitnie, przeze mnie osypują się płatki.
Wszyscy mówią, że tydzień temu skończyła się wojna. Na duszy jednak ciągle niewesoło.
Nazywam się Marianna Razik. Jeszcze niedawno miałam piętnaście lat i gruby warkocz. Lubiłam chodzić boso i zbierać jagody. Zanim słońce przesunęło się wyżej na niebie, już miałam pełne wiadro. Lubiłam płukać pranie w strumieniu, aż kostniały nogi, a bielizna pachniała świeżością. Lubiłam iść rano z krowami na pastwisko, żeby je tam przywiązać łańcuchem do palika wbitego w ziemię, a potem włóczyć się po łące ze stopami w rosie odprowadzana wilgotnym krowim spojrzeniem. Lubiłam też, bardzo lubiłam chodzić do szkoły, chociaż wiadomo było, że są rzeczy ważniejsze niż siedzenie nad książkami, na przykład sadzenie ziemniaków. W szkole na koniec dostałam nagrodę, książkę Mała księżniczka, i przeczytałam ją tyle razy, że mogłam opowiadać ją z pamięci. Wtedy wiedziałam, że za jakieś dwa-trzy lata wyjdę za mąż, za chłopca z gospodarką, będę mu doić krowy, rodzić dzieci i piec drożdżowe w niedzielę, mało cukru, bo drogi, ale dużo kruszonki, bo mąka i masło przecież własne. Będziemy zasypiać razem i wstawać razem, będziemy dzielić troski i radości, pracę i czas niedzielny. A potem pochowam męża, a ja, coraz grubsza, z żylakami i trochę bez zębów, bo po jednym stracę na każde dziecko, będę bawić wnuki, czytać im Małą księżniczkę, uczyć je, jak należy obchodzić Matki Boskiej Zielnej i Matki Boskiej Gromnicznej, a jak Zielone Świątki i zwykłe niedziele. Będę im opowiadać, że w wigilijną noc należy iść do zwierząt z opłatkiem, ale nie takim zwykłym, tylko barwionym popiołem, bo to przecież zwierzęta. Będę pilnować porządku świąt i zwykłych dni, bo wszystko ma swój ład. Wnuki będą coraz większe, ja coraz starsza, coraz częściej w łóżku przy ciepłej ścianie, będą się o mnie troszczyć, a ja będę powoli odchodzić, aż całkiem umrę. Wtedy mnie umyją i z gromnicą przy łóżku będą całą noc czuwać z sąsiadami, żeby rano ponieść mnie na cmentarz w Dąbrowie, gdzie co niedziela zajrzą do mnie po kościele na trzy Wieczne odpoczywania.
Tak miało być, tylko że w domu nie za bardzo było co jeść, więc gdy mi szło na piętnasty rok, zgodziłam się do pracy w domu nauczyciela w sąsiedniej wsi Dłużyce. Ach, jak ja się cieszyłam, że idę pracować do nauczyciela, pewnie będzie miał w domu książki, może czasem coś wytłumaczy, na pytania odpowie, a miałam ich dużo. Ale nie odpowiadał na pytania, zresztą wkrótce nie miałam na nie siły, cały dzień przy dziecku, a gdy spało, sprzątałam, doiłam krowy, robiłam twaróg, karmiłam świnie, czyściłam obórkę i chlewik, pełłam buraki, warzywniak cały w ogóle, przerywałam marchew, rzodkiewkę czy co tam jeszcze do zrobienia było, no i pranie, raz w tygodniu, sama pani wie, ile jest roboty w domu. A nauczyciel płacił niewiele, nic prawie, tyle że jeść dawał. Tam się nauczyłam, że nie ma co się cieszyć na zapas.
Potem służyłam to tu, to tam. Często zmieniałam pracę, gdy mi się coś nie podobało, bo ja zawsze honorowa byłam, nie dawałam sobą pomiatać. Ale poczytać mogłam dopiero w majątku u Potockich pod Warszawą. Tam było trochę książek na regale dla służby. Wrzos taki piękny... Dzikuska jeszcze bardziej... Siedziałam na łóżku i nocami płakałam nad tymi książkami. Tam było ciekawie, dużo ludzi, było od kogo się uczyć, no i ta Dzikuska... Ale kiedy mi kazali czyścić buty młodym oficerom, co mnie w policzki szczypali i w dekolt zaglądali, znowu się pohonorowiłam. Nic nikomu nie powiedziałam, spakowałam rzeczy i wróciłam piechotą do rodziców. Ile to kilometrów? A co ja autobus jestem, żeby liczyć? Dwa dni szłam, w nocy przespałam się w jakiejś stodole, nawet nie pytałam, czy można, od tyłu weszłam, o świcie wstałam i poszłam, nikt nawet nie zauważył. I tak się nauczyłam, że martwić się na zapas nie trzeba, zawsze człowiek jakoś sobie poradzi, nie tak, to inaczej.
Nazywam się Marianna Razik. Jeszcze niedawno miałam dwadzieścia lat i służyłam w różnych domach w Warszawie. Już nie nosiłam warkocza, co noc za to zawijałam włosy na papiloty z papierków. Już nie chodziłam boso, tylko w starych pantoflach mojej pani, pięknych, czarnych, błyszczących jak kuperek muchy. Stopy miałam tylko trochę od pani większe, więc nie bardzo bolało, za to pięknie wyglądało. Gdy pierwszy raz wysiadłam w Warszawie na dworcu i szłam potem ulicą, to wszystkim, jak u nas na wsi, mówiłam "dzień dobry". Spoglądali zdziwieni, czasem odpowiadali, ale tylu ich było, że w końcu stanęłam oniemiała. Nikogo tu nie znałam, pierwszy raz w życiu nikogo na ulicy nie znałam. Mogłam zadrzeć spódnicę i wypiąć się na wszystkich, a już drugiego dnia nikt by mnie palcem nie pokazywał, że tyłek goły mój widzieli, bo po drodze chodziliby zupełnie inni ludzie. Taka myśl dodawała mi odwagi.
Szybko nauczyłam się drogi na dworzec i z dworca, w każdą stronę wyglądała inaczej. Umiałam też dojść z domu, gdzie bawiłam cudze dzieci, do domu, gdzie zajmowała się cudzymi dziećmi moja siostra. Widywałyśmy się zawsze w niedzielę przed południem, razem jechałyśmy do domu, do rodziców, sióstr i braci. Wieczorem wracałyśmy, ja już się cieszyłam, bo dziewczynki mojej kolejnej pani miały tyle pięknych książek, czytałam im i czytałam! Że Kubuś Puchatek, że Staś, Nel, Kali i Mea, że Alicja w Krainie Czarów, że Nowe szaty cesarza i Księżniczka na ziarnku grochu. Potem kładłyśmy sobie z dziewczynkami ziarnka grochu pod materace, ale żadna z nich nie miała potem siniaków, a już ja na pewno nie, jak ktoś jest ze wsi, to na pewno nie jest księżniczką, ale kładłam.
Minęło trochę czasu przy dzieciach, gdy pani poprosiła, żebym ścięła warkocz, bo pomoc dentystyczna musi jakoś wyglądać. I tym sposobem awansowałam. Pani poprosiła też, żebym pomalowała paznokcie, bo schludnie i światowo będzie. Nie umiałam, więc pani mi sama malowała. Lubiłam dotyk zimnego pędzelka na paznokciach, lubiłam podnosić rękę i patrzeć, jak prześwieca przez nią światło na różowo, a przy paznokciach na czerwono, tyle miałam w sobie koloru, potem używałam dłoni ostrożnie, żeby nie uszkodzić farby. Boso chodziłam tylko po swoim pokoju, bo miałam swój pokój, pierwszy raz w życiu, malutki, przy kuchni, wszystko miał malutkie, łóżko, okienko, kuferek pod łóżkiem, krzesło tylko zwyczajne, na nim wieszałam ubranie przed snem. Pani reperowała pacjentom zęby. Jestem jedną z pierwszych dentystek w Polsce, mówiła z dumą, a ja mieszałam fleczer, wycierałam ślinę, podawałam gaziki, wodę, czasem nawet przytrzymywałam pacjentowi głowę, niech pani jeszcze trzyma, takie silne, takie ciepłe, takie miłe ręce, mówili. Wiedziałam też wtedy, że kiedyś któryś z pacjentów poprosi mnie o tę rękę na zawsze. Tylu chciało się umawiać, ale ja ciągle nie i nie, bo czekałam na tego jedynego. Wiedziałam, że będzie starszy, piękny, bogaty, będzie miał nazwisko zakończone na -ski i lśniące zęby naprawione przez moją panią, będzie mieszkał w Alei Przyjaciół albo w Alei Róż, to były najpiękniejsze nazwy ulic w Warszawie. Pójdziemy do ślubu u wizytek, a potem będę miała piękne suknie, peniuar, będę mu rodzić dzieci, będę miała służącą i będę dla niej dobra, będziemy jedli dużo cukru i masła, a nawet czekoladę i sardynki, będziemy się kochać, dzielić radości i troski, a potem go pochowam, a sama zostanę w fotelu w ciepłym salonie, będę patrzeć na bawiące się u moich stóp wnuki, i w tym fotelu kiedyś umrę, otoczona kochającą rodziną. Pochowają mnie na Powązkach pod elegancką płytą z piaskowca, będą tam chodzić co roku na Wszystkich Świętych, żeby odmówić trzy Wieczne odpoczywania i zapalać świeczki.
Takie właśnie miało być moje drugie życie, tylko że wcześniej zdarzyła się wojna i pani kazała mi uciekać do Mdzewa, do swoich.
Wojna. To było moje trzecie życie. Staram się go nie pamiętać i właściwie mi się udaje.
Nazywam się Marianna Razik i teraz mam trzydzieści lat. Jest rok 1945, maj, i mówią, że właśnie skończyła się wojna. Od nas Niemcy odeszli w styczniu, gdy przyszli Ruscy. Nie mam warkocza ani butów, z papilotami też nie za bardzo, kręcę włosy tylko nad czołem, dwa papierki, jeden nad drugim. Nie mam też pojęcia, jaka przyszłość mnie czeka. Chłopcy z gospodarką potracili życie, nogi, ręce, zdrowie albo i życie, a niektórzy poszli do lasu. Modlimy się, żeby sobie o nas nie przypomnieli, bo co wpadną do domu, to ogołocą komorę i kurnik. Panowie z nazwiskami na -ski zginęli w powstaniu warszawskim albo siedzą w Londynie. Ja w końcu, po długiej poniewierce, wróciłam do domu, za którym tak tęskniłam przez tę całą wojenną zawieruchę. Tyle że zupełnie nie umiem się tu odnaleźć.
Mając 15 lat w ślad za siostrą wyjechała do Warszawy. Zamieszkała w wynajętym pokoju na Pradze i aż do wybuchu II wojny pracowała jako pomoc w zakładzie dentystycznym. Mimo spędzonych w stolicy lat niewiele korzystała z uroków wielkomiejskiego życia. Nie chadzała do kin czy teatrów, natomiast często odwiedzała siostrę, na niedziele zaś wyjeżdżała do rodzinnego domu.
Tadeusz Baraniuk, Życie moje. Malarstwo Marianny Razik, artystki cyrkowej, Płock 1996 (katalog wystawy)
Wkrótce Marianna, po ukończeniu szkoły podstawowej, jako młoda dziewczyna wyjechała do Warszawy na służbę do pilnowania dzieci. Trafiła do warszawskiej dentystki Niszleruk, która zatrudniła ją jako pomoc w gabinecie dentystycznym.
Anna Pałuba, Wspomnienia o Mariannie Razik - malarce ludowej, "Strzegowskie Zeszyty Historyczne" 2010, nr 1
- Potem poprzez rodzinę trafiłam do Warszawy - opowiada dziś w Mdzewie, popijając kawę. - Po zmianie kilku domów zostałam pomocą dentystyczną u jednej pani doktor. Traktowała mnie jak siostrę, byłam tam szanowana. Ale wybuchła wojna.
Teresa Kaczorowska, Artystka w zimnej stajence, [w:] Nie odpłyną rzeki snu, Ciechanów 1998
Wracam. Mdzewo. Mój dom od tysiąc dziewięćset trzydziestego szóstego, gdy się tatuś z mamusią tutaj pobudowali, gdy nas tu sprowadzili, mój dom, który przecież kocham.
Każdy, kto przebywał choćby przez jakiś czas w Mdzewie, tęskni za tą ziemią jak oszalały. I ja tak miałam. Bo gdzie łąka albo ozimina wyglądają jak zielony, wygładzony obrus na płaskim stole? Płaskie mazowieckie ziemie, horyzont widać daleko, daleko, a gdy mgła, wydaje się, że go wcale nie ma i człowiek aż chciałby iść i dojść gdzieś, gdzie indziej. I wrócić zaraz przecież też by człowiek chciał. Choć ziemia tu marna, może przez to na polach raczej żyto niż pszenica, raczej ziemniaki niż buraki. W lasach piach, więc rosną głównie sosny i kurki, a nie dęby i borowiki, ale za to piękne sosny i dorodne kurki. Gdzieniegdzie podmokłe łąki, trochę bagien, strumyki kawałek stąd, z jednej i drugiej strony. Cztery kapliczki, na wszystkich końcach wsi, bo w cztery strony się Mdzewo rozchodzi. Remiza strażacka w środku, bo nic gorszego niż pożar nas nie może spotkać. Tak przynajmniej się wszystkim wydawało po wielkiej wojnie. Wtedy, gdy wszyscy mieli pewność, że następnej nigdy już nie będzie, bo ludzie nie będą tacy głupi dwa razy.
Rodzice wybrali tę wioskę, żeby się pobudować, bo było tu spokojnie, a ziemia niedroga. Las dookoła, daleko od świata, rytmy miejscowe, raczej tygodnia, pór roku, świąt, narodzin i śmierci, zwyczajne, a nie te wielkie, co zmieniają losy całych krajów. Mało kto z obcych tu zaglądał, z przybyszy z zewnątrz dwa razy do roku pojawiał się ksiądz dobrodziej, raz wiosną, na święcenie pól, a drugi raz zimą, z kolędą. No i Cyganie kotlarze, ale nikt od nich nie kupował garnków, bo za co, w każdej chałupie już jakiś garnek przecież był. Przestali przyjeżdżać, czasem się tylko w lesie zatrzymywali, ale to już dalej, za strumieniem. Nawet żniwa wszyscy świętowali pięć kilometrów dalej, w Dąbrowie, bo tam była nasza parafia. W Mdzewie wszyscy sami swoi i wszystko po staremu, ze zmian tylko komuś się zmarło czasem albo mostek spróchniał. No i dzieci się rodziły, co chwila. Nierzadko też umierały. Poza tym pomór kur był raz. Gutowskiemu się stodoła spaliła i wszyscy się bali, że ogień przejdzie na kolejne domy, ale strażacy poradzili i nie przeszedł. Susza zboże do cna wypaliła i był to rok, gdy chleb piekło się z fasoli lub z kartofli, jeśli komu ziarna z zeszłego roku nie zostało. Pionkowie dobudowali do domu werandę, ale już na schodki im zapału nie starczyło, więc latami się wchodziło po desce położonej jednym bokiem na podwórzu, drugim na ganku.
Teraz we wsi zrobiło się inaczej, myślałam sobie, gdy wracałam z wojennej poniewierki, gdy stopa za stopą wlokłam się do wsi, zmarznięta, głodna, obolała, na ostatnich nogach, byle do domu dojść, a dalej wyobraźnia nie sięgała. Teraz w Mdzewie było, jakby ktoś wyłączył kolor. Jak w kinie, gdzie ludzie na filmie mają szare policzki i czarne usta, do czego długo się trzeba przyzwyczajać. Tu też świat stał się czarny, tylko trochę przyprószony szarością. Sczerniałe domy, wypalone pola, opalone brzegi sosnowych lasów i piach, zieleń też jakaś wypłowiała, zmęczona. Wlokłam się gościńcem i patrzyłam na boki. Chałupa Pielachów - nie ma. Ząbczyka - nie ma. Matusiaków - czarna z przodu, stodoła z tyłu też nie przetrwała. U Pionków nie było już deski do wchodzenia na werandę, nie było też werandy, bo i domu nie było, nie było nawet pewności, gdzie dom ich stał, wszystko popiołem przysypało, jakby nikt tam nigdy nie mieszkał. Nawet psy we wsi nie szczekały, a kiedyś się przecież z każdym przybyszem niosło, od budy do budy. Teraz psów nie było słychać, wiedziałam, że pewnie zjedzone, zastrzelone, rozpierzchłe. Koguty i krowy też się nie odzywają, kury nie plączą się po drodze, gęsi się nie kolebią, nawet gołębie Stolarskich nie latają. A, przypomniało mi się, przecież Niemcy zabronili hodowli gołębi, żeby przypadkiem nie okazały się pocztowe i nie przenosiły informacji. Choć może śmierć gołębi nie miała nic wspólnego z pocztą i Niemcami, lecz z głodnymi brzuchami dzieci Stolarskich, więc wszystkie poszły na rosół.
Tak czy siak, Mdzewo już nie było bezpiecznym zakątkiem, gdzie dzieci wespół z kurami, gęsiami i krowami kłębiły się na Nawrociach za remizą w samym środku wsi, zimą przecież też. Nawrocia, łąka zwana tak, bo krowy tam nawracały. Teraz krów nie było, nikogo nie było. Nawrocia puste, na drodze nieliczne w piachu ślady ludzi, żadne - zwierząt, pojedyncze - wozu. W tych chatach, które jeszcze stały, też się w piecach nie paliło. Wymarła wioska, pomyślałam, ale już nawet nie miałam siły płakać.
I nagle zauważyłam cieniutką strużkę dymu. Szła do góry, szarawa na tle lasu. I druga, równie cienka. Więc jednak w Mdzewie tliło się jakieś życie, bo życie to ciepły piec i jedzenie na nim, o tym w maju czterdziestego piątego nie trzeba było nikogo zapewniać. Żeby tylko stał nasz dom, żeby tylko byli tam moi, żeby tylko - myślałam i wlokłam się do domu, starając się nie myśleć i nie czuć nic. I udawało mi się, do chwili, gdy zrozumiałam, że jeden z domów, które wysyłają w niebo wiadomość: "Jednak żyjemy!", to nasz dom.
Nasz dom! Nieduży, ale murowany, duma ojca mojego i matki mojej, przez nich pobudowany jeszcze przed wojną, gdy planowali żyć na swoim długo i szczęśliwie. Drzwi grube, drewniane, okute sztabami, które wykuwał Sokół, co miał kuźnię na Dąbrowie. Skobel też on wykuwał. Teraz skobla nie było, zastąpiono go kołkiem, ten metalowy stał się już pewnie częścią jakiegoś ruskiego czołgu albo karabinu. Dom zamknięto tylko na skobel i zaraz zrozumiałam dlaczego. Bo lepiej, żeby Ruscy tylko dom okradli, niż spalili, jak to robili ze złości, gdy się do środka nie mogli dostać.
Skobel w drzwiach oznaczał też, że nikogo nie ma w środku. Ale przecież w piecu się pali, więc żyją, na pewno żyją, wyszli tylko na chwilę, zaraz wrócą, zaraz zobaczę ich wszystkich, mamusię i tatusia, siostry i braci, i Janka, brata mojego ukochanego, za którego pojechałam na roboty, bo on zawsze słabował i wszyscy się bali, że już z robót nie wróci. Weszłam po schodkach na ganeczek, wyciągnęłam skobel, położyłam na niskiej belce nad drzwiami, schyliłam nieco głowę, kłaniając się domowi, wszystkim z rodziny, także tym, którzy zmarli, i weszłam do sieni.
Stoi tu chłód, zawsze stał, bo zamiast desek na podłodze zostawiono ziemię z powbijanymi gęsto kamieniami. Tak się specjalnie w wiejskich chałupach robi, żeby jedzenie w sieni się nie psuło. Gdy chłodniej, zupa może na drugi dzień zostać, tak samo kartofle albo twaróg, chyba że są wielkie upały, wtedy i tak wszystko kwaśnieje. Ale dzisiaj nic do jedzenia niestety tu nie zostało.
W sieni zzuwam buty, tu zawsze wszyscy je zostawiają, przy garnkach z żurem i kompotem, tu obcieka z nich śnieg, woda wsiąka w ziemną podłogę, tu opada z nich kurz. Po tej najgorszej ze wszystkich wojen skórzane buty mają ci, co je zdjęli martwym ze stóp, o tym staram się nie myśleć, gdy je zzuwam, pierwszy raz od wielu dni, i dalej wchodzę w samych już tylko onuckach, pończoch już dawno nie mam.
Z sieni wiedzie dwoje drzwi. Na prosto wchodzi się do komórki, to mały chłodny pokoik z oknem na stronę północną, tu się nie grzeje, więc teraz, w maju, gdy chłodne noce, będzie tu całkiem zimno. Czasem w komórce mieszkają kurczęta, latem sypiają dzieci albo odchowuje się kózkę, jak matka jej nie chce karmić. Ale zimą, a i wiosną, gdy chłodniej, lepiej od razu wejść z sieni w prawo, do kuchni. Tu już jest ciepło. Ściany trochę błękitne, od farbki do bielizny, co ją rodzice wrzucili do wapna przed malowaniem, bo przecież wszyscy wiedzą, że na błękitnym muchy mniej siadają. Piec w kuchni rozgrzany, grzyby się nad nim suszą, już suche na wiór, ale wiszą i pachną, obok mięta, melisa, piołun, majeranek, zioła tu zawsze wisiały. I zawsze się kruszyły, wpadały do kompotu, wszyscy jedli potem kompot z majerankiem, trochę wtedy smakował jak flaki, ale nikt nie wybrzydzał, bo wszyscy ciągle głodni, niech będzie z majerankiem, byle był.
I nagle słyszę stęknięcie zza pieca. Aż podskakuję, wojna sprawiła, że człowiek ani na chwilę strachu się nie pozbywa, boi się w dzień i w nocy, nawet przez sen się boi, ale tu, wszedłszy do domu, ja się bać przestałam.
A niesłusznie, bo ktoś tu jest, teraz słyszę ciężki oddech, ale jak to, skoro na skobel było zamknięte. Łapię za patelnię, co nad piecem wisi, i ruszam na zapiecek, bo stamtąd dźwięki dochodzą. Za piecem jest takie miejsce na szerokiej ławie, tam zawsze ciepło, najcieplej w domu. Zawsze spał tam ten, kto najstarszy albo ten, kto najmłodszy, bo się za wcześnie urodził i chudy był jak mysz, wszystkie żyłki na wierzchu. Teraz jednak na zapiecku nijakiego dziecka nie było, tylko w pościeli rozbebeszonej starzec niechlujny, siwy i nastroszony, znajomy jakby, kochany chyba.
- Dzień dobry, dziadziusiu - mówię.
Ale zaraz sobie przypominam, że to przecież nie może być mój świętej pamięci dziadziuś, co zmarł był pod koniec wojny, gdy byłam na robotach i list w tej sprawie do mnie dotarł. Skoro nie on, to...
- Tatuś?
Nie wierzę, że on, siłacz i opiekun, zmienił się w starca, co ledwie się do siedzenia na łóżku podnosi, co siwą szczeciną cały porośnięty, zielony na twarzy, chudy i bez życia.
- Marianka?
A ja podchodzę do pieca, gdzie z boku wisiało zawsze lusterko, nieco zamglone, zarysowane, ale wisiało. Patrzę. Widzę chudą dziewczyninę o zapadniętych oczach i gorzkich kreskach przy ustach, z włosami sztywnymi z brudu i sterczącymi na wszystkie strony. Patrzę jej w oczy i nie rozpoznaję.
- Tak, to ja, tatusiu. Wróciłam.
Całuję starca w policzek. Pachnie umieraniem.
Siadam obok i próbuję poczuć się jak kiedyś, gdy rodzice byli całym światem i gdy przy nich było bezpiecznie. Uczucie nie wraca.
Boję się o to pytać, ale jednak mówię:
- Powiedzcie, tatusiu, czy wszyscy od nas żyją?
Tatuś kręci się nerwowo, popatruje na mnie z niepokojem. Nie mogę się przyzwyczaić, że zrobił się taki stary i bezradny.
- Marianna? - upewnia się.
- Ja, córka wasza, tatusiu. Powiedzcie, czy wszyscy z rodziny żyją.
- Przecież ja nie wiem.
- Jak to tatuś nie wiedzą?
- Nie powracali przecież. - I łzy w oczach. Tatuś ma oczy całe czerwone dookoła, jakby te łzy przydarzały mu się nie po raz pierwszy.
- Mamusia żyje?
- No chyba tak, przecież przed chwilą z domu wyszła.
I płacze, teraz już na całego. Odwracam się, wstaję, nie chcę na to patrzeć. On też by nie chciał, gdyby był tym dawnym sobą, sprzed wojny. Rozglądam się. Na kuchni garnek, w nim kartofle, jeszcze ciepławe. Jakaś kobieca ręka je obrała, cieniutko i starannie, ani jednego oczka nie zostawiła. Mamusia, mam nadzieję. Zjem chociaż jednego. Chciałoby się je pchać w usta garściami, napchać się po wręby, ale wiem, że po takim głodzie jeść trzeba mało i powoli, widziałam już takich, co zjedli od razu szybko i dużo, a potem od tego umarli. Tak, widziałam takich, co umierali z głodu, a także takich, co umierali od jedzenia. Od wszystkiego można umrzeć, to też już widziałam. I zaraz staram się o tym wszystkim zapomnieć, gryząc dokładnie kartofel, starając się za szybko nie przełykać, bo skoro tyle przeżyłam, znaczy powinnam żyć dalej. Ściereczka czysta wisi na poręczy u pieca, złożona wzdłuż na trzy. Tak, mamusia żyje, ona zawsze tak ściereczkę składała. I do serca napływa ulga.
Tatuś opowiada, jak się cieszył, gdy zobaczył, jak Niemcy uciekają, i cieszył się, gdy ruscy oswobodziciele wkraczali. Niedługo potem jednak znowu się martwił, bo o Ruskich szybko przestało się mówić jak o oswobodzicielach. Dlaczego? A bo za często wpadali do gospodarstw, a potem dziewuchy płakały, jeśli nie zdążyły się na czas schować. Wpadali też do domów, najpierw przed starym zdejmowali czapkę, po czym wynosili gary z zupą, kaszę, słoninę, co się suszy nad piecem, chleb, jak był. Tatuś znowu płacze, aż w końcu zasypia z tych wzruszeń, z policzkami od łez wilgotnymi.
Dorzucam do ognia i siadam za wielkim stołem wytartym do białości, żuję drugi kartofel, starając się nie przełykać za szybko. Czekam, bo zaraz wrócą wszyscy, ci wszyscy, którzy przeżyli, mamusia na pewno. Patrzę w oczy Matce Bożej Dobrej Rady, co z obrazu czuwa nad kuchnią i nad całym domem. Ma koronę, przytula Jezuska, dwie piękne święte buzie obok siebie, oczy pokolorowane na błękitno. Obraz wisiał w poprzednim mieszkaniu, wisi i w tym, a na nim opiekunowie nasi święci, bo dobra rada człowiekowi zawsze potrzebna. Tatuś posapuje za piecem, tamci pewnie zaraz wrócą, na pewno są jeszcze jacyś "tamci", kartofle się same nie obrały. Jestem w domu, a nie umiem się uspokoić, odpocząć. Podrywam się, do okna podchodzę, czekam. Ale ustać nie mogę, stopy świerzbią, podłoga uwiera, gdzie oni wszyscy, myślę, kartofle pachną jedzeniem, kuchnia pachnie zakurzonym majerankiem i tatusiem, ciasno mi tu nagle i powietrza brakuje. Wychodzę przed dom, stąd prędzej ich wracających zobaczę, lecz ziemia podwórza wchodzi mi między palce, na podwórzu doły i górki, kto wie, co tutaj w wojnę zakopano, a może kogo, i nawet tatusia o to nie spytam, gdy śpi, a na pytania płacze. I w domu źle, i na podwórzu nieznośnie, wzrok mój pada na jabłonkę kwieciem obsypaną i już wiem, gdzie przycumuję. Szorstkość kory koi stopy, płatki się osypują, siadam wreszcie na trzeciej od dołu gałęzi, przytulam się do pnia, lepiej z góry na to wszystko patrzeć. Tu poczekam.
Mój nowy dom wśród gałęzi, przewiewny i trochę niewesoły.
Odkąd wróciłam, ciągle siedzę na jabłoni przed domem.
Niby ciepło, słońce, ptaki śpiewają, ziemia woła pracy. Ale aż mnie mrowi, gdy stawiam stopę na błocie czy piachu, na drodze czy łące. Mrowi, bo ciągle myślę, co w tej ziemi może być. Nie tylko łańcuszki srebrne dwa i srebrna moneta jeszcze z czasów carskich, co wszystko dziadziuś zakopał, gdy przyszli Niemcy. Teraz dziadziusia nie ma, a nikt nie pamięta, gdzie schował, więc wszyscy ciągle biorą się za kopanie, a przez to całe podwórze i pół sadu jest w dziurach.
Mówią mi w domu, że żadnych trupów w obejściu ani w sadzie nie zakopywali, ale co z tego. I tak czuję, że w ziemi, poza srebrem, kryją się martwi ludzie, przed wojną obecni tylko na cmentarzach, a po wojnie leżący wszędzie, myślę, że więcej ich teraz na świecie niż żywych. Leżą skuleni albo wyprostowani, zakopani, przysypani albo tylko wsiąkający w ziemię, coraz bardziej, z każdym ciepłym dniem. Przez wojnę niejednego trupa widziałam, niejednego dotykałam, na niejednego stąpnęłam, a potem myłam z niego nogę w strumieniu, a zapach chodził za mną przez wiele dni, bo bauerka spod Królewca nie dawała nam mydła, a sama woda na ślady śmierci nie pomagała. Chodziłam ze śmiercią na skórze jeszcze długo, aż się wtarła do środka.
A teraz już nie chcę więcej śmierci w sobie, więc wolę nie wychodzić poza obejście, poza dom i jabłonkę, gdy ziemia jest pełna martwych ciał, czasem aż w stopach mnie od tego swędzi i po podwórzu tylko po kamieniach skaczę. Może byłoby łatwiej, gdybym chodziła w butach. Ale nie mam butów. Tamtych, które dostałam od chłopaka na Zalewie Wiślanym, gdy zdjął je z jakichś trupów, jedne sam założył, drugie zdjął i podał mnie, więc tamtych butów, co pierwszego dnia zzułam i ustawiłam w sieni, nie chcę już nosić, oddałam je Jankowi. Pierwsze buty po wojnie dostanę od... Ale nie uprzedzajmy wypadków.
"Nie uprzedzajmy wypadków" - jak ja lubiłam to zdanie, gdy czytałam książki. "Nie uprzedzajmy wypadków" zawsze oznaczało, że w książce zdarzy się jeszcze dużo ciekawych rzeczy. Więc nie uprzedzajmy.
Ciągle jest maj czterdziestego piątego, już mówiłam. A ja, gdy rano wychodzę z domu, zaraz włażę na jabłoń, taką wygodną do wspinania, a do siedzenia jeszcze wygodniejszą. Tam sobie owijam stopy szmatką, żeby nie marzły, i siedzę. Mam trzydzieści lat i całymi dniami siedzę na drzewie, co za wstyd dla rodziny.
Nazywam się Marianna Razik i gdy siedzę na jabłonce, mielę pracowicie ziarna na mąkę w młynku do kawy, co go mamusia w okupację za ciężkie pieniądze na rynku w Strzegowie kupiła. Inaczej byśmy mąki w wojnę wcale nie mieli, bo Niemcy zabrali wszystko z młyna, wszystkie te żarna, cały sprzęt, a jeśli co zostało, to potem wywieźli Ruscy i młyn na koniec nie wiadomo po co spalili. Siedzę więc na jabłonce i mielę grubo mąkę do woreczka, tyle pracy, tyle pracy, żebyśmy wszyscy zjedli chleb, z mąki, do której dodamy otręby, utłuczone żołędzie, wymoczone przez parę dni, żeby pozbyć się goryczki, a jak jeszcze będzie za mało, to ziemniaków domieszamy, żeby chleb był ciężki, sycący. Będziemy go kroili cieniutko, żeby starczyło dla wszystkich i na długo.