Polish Fighting Team
Nie, księżka ta nie jest bynajmniej zbiorem opisów cyrkowych akrobacji,
popisów żonglerki, nie mówi o cudach zręczności mistrzów trapezu czy też
konnej woltyżerki. Nie jest też ona osobistą historią Stanisława
Skalskiego, znanego dziś w całej Polsce naszego czołowego pilota
myśliwskiego ubiegłej wojny, człowieka, którego życie było nad wyraz
barwne i obfitowało we wspaniałe wzloty i nader bolesne upadki... Być
może, iż tytuł myli czytelnika, ale tylko do pewnego stopnia.
Opisać pragnę arcyciekawy fragment polskiej, lotniczej historii
wojennej, dzieje małej grupki pilotów myśliwskich, którzy w zgoła
odmiennych warunkach i w innym okresie wojny tworzyli zespół, eskadrę,
niewiele odbiegającą jakością wyczynów od słynnego dywizjonu 303. Grupa
ta zwana była oficjalnie "Polish Fighting Team" (Polski Zespół
Myśliwski), nieoficjalnie nadano jej później miano "Cyrku Skalskiego".
Historia światowego lotnictwa wojskowego zna takie przypadki, gdy w czasie działań wojennych świadomie i bardzo starannie dobierano zespoły
wyborowych pilotów, przeważnie myśliwskich, i grupowano ich wokół
przodujących "asów", tworzono z nich jednostki, stające się postrachem
dla przeciwników, posiadające wybitny ciężar gatunkowy, jednostki
zgrane, zwarte, groźne i gotowe do działania w najtrudniejszych nawet
warunkach. Tego rodzaju zespoły nazywano "cyrkami". Najsłynniejszym z nich był w czasie pierwszej wojny światowej "Cyrk Richthofena",
legendarnego pilota niemieckiego, który uzyskał osiemdziesięt zwycięstw,
dopóki sam nie zginął w walce powietrznej. Podobną grupę tworzyła
francuska eskadra "Grouppe des Cigognes", podobne zespoły mieli słynny
Fonck (75 zwycięstw), Guynemer (54 zwycięstwa), Anglicy Mannock (73
zwycięstwa) i McCullen (54 zwycięstwa) czy też Kanadyjczyk Bishop (72
zwycięstwa). Dawne to jednak czasy i inaczej wtedy wyglądała wojna
powietrzna.
Jednakże historia czasami się powtarza. W początkach ostatniej wojny
światowej wiele znalazło się ludzi, teoretyków, a nawet i czynnych
lotników, którzy twierdzili, iż niczego nauczyć się nie można od
legendarnych rycerzy przestworzy z okresu 1914-1918. Spotkania
myśliwców? Powietrzne pojedynki? Walka łatwa? - Nie - mówiono wzruszając
ramionami - to są rekwizyty muzealne, zabytki odległej przeszłości,
niepowrotnie zaśniedziała taktyka, której oczywiście nikt na szybkich i doskonale uzbrojonych nowoczesnych samolotach stosować nie będzie.
Już we wrześniu 1939 roku w Polsce okazało się, że te przewidywania były
zgoła fałszywe! Potwierdziło się to w roku 1940 we Francji i nieco
później w Anglii w czasie bitwy o Wielką Brytanię. Podstawą taktyki
myśliwskiej w latach późniejszych, aż do zakończenia wojny, stały się te
same czynniki, te same zasady, co w czasie wojny 1914-1918: moment
zaskoczenia przeciwnika, atak z góry, od słońca, z przewagą szybkości,
celność strzału, technika pilotażu, zwinność i zwrotność samolotu.
Oczywiście zmieniły się zasadniczo prędkości, pułap i zasięg,
udoskonaliło się uzbrojenie, zadania rozrosły się, w grę weszło radio,
radiolokacja i cała nowoczesna technika. Zasady pozostały niemal te
same.
Spotkania myśliwców, powietrzne pojedynki, walka kołowa? Toczyły się
dzień po dniu, rok po roku, poprzez całą wojnę 1939-1945. Tak samo zaś
jak wówczas, gdy po niebie harcowały Fokkery Richthofena czy Morane'y
Foncka, wyrastać poczęły myśliwskie sławy w lotnictwie sprzymierzonych:
w Anglii, Związku Radzieckim i Stanach Zjednoczonych. Piloci ci, szybko
wybijający się na dowódców większych jednostek, gdy tylko mogli,
dobierali sobie odpowiednich podwładnych, odpowiednie zespoły. Mieli swe
doborowe jednostki beznogi angielski Douglas Bader i południowy
Afrykanin "Sailor" Malan, dowodzili także doskonałymi zespołami
Pokryszkin i Kożedub.
Taką doborową jednostką myśliwską, chociaż nieco innego charakteru był
"Cyrk Skalskiego". O ile jednak w poprzednich przypadkach, a na myśli
mam już wyłącznie wojnę 1939-1945, skład osobowy dywizjonów
selekcjonowany był stopniowo, poszczególni dowódcy przyciągali do siebie
z biegiem czasu znanych sobie lepszych pilotów, starali się (często
bezskutecznie) o przeniesienie różnych "asów" z innych jednostek; w przypadku "Cyrku Skalskiego" dobór personelu latającego przeprowadzony
był inaczej.
Zacznijmy jednak... od początku.
W roku 1942 polscy myśliwcy operujący z lotnisk w Wielkiej Brytanii
mieli już ustaloną markę, a opinia o nich wyższych dowódców RAF była tak
pochlebna, że w jesieni 1942 roku, zapewne po naradach i konferencjach w sztabie Fighter Command1, skierowana została szyfrowana depesza
z angielskiego Air Ministry do dowództwa RAF na Bliskim Wschodzie:
"Polskie Dywizjony Myśliwskie są najlepsze w Lotnictwie Myśliwskim, ale
stosunkowo mała aktywność na tutejszym froncie w zimie oddziałuje
ujemnie na ich temperament, wymagający stałej walki.
Moglibyśmy wybrać i wytrenować zespoły składające się z dwunastu do
piętnastu prawdziwych asów i wysłać ich do Was kolejno, na jakieś dwa
miesięce każdego, jeżeli zechcecie ich przyjąć. Musieliby latać na
Spitfire'ach. Rozumiem, jak odczują to dywizjony RAF latające na
Hurricane'ach, i z tego powodu można by wybrać Maltę, nie zaś Afrykę.
W każdym razie mielibyście grupę prawdziwie doświadczonych "tygrysów".
Prześlijcie odwrotnie Waszą opinię w tej sprawie".2
Krótki ten dokument stał się praprzyczyną utworzenia "Cyrku Skalskiego",
bowiem po otrzymaniu pozytywnej odpowiedzi z dowództwa Bliskiego
Wschodu, Fighter Command (za pośrednictwem polskich oficerów
łącznikowych), ogłoszono w naszych jednostkach myśliwskich utworzenie 1
ochotniczej grupy myśliwskiej na wyjazd do Afryki, na Pustynię
Zachodnią. Od ewentualnych ochotników wymagano dosyć wysokich
kwalifikacji. Potrzeba było piętnastu pilotów z dużym doświadczeniem
bojowym, każdy musiał przebywać poprzednio w dywizjonie co najmniej
przez rok i musiał mieć "na koncie" co najmniej trzydzieści lotów
bojowych. Zapowiedziano jednocześnie, że pobyt grupy na Pustyni
Zachodniej potrwa około trzech miesięcy, po których grupa zostanie
wymieniona i powróci do Anglii. Żadne inne szczegóły nie zostały
zakomunikowane, toteż ochotnicy zgłaszali się nieco "w ciemno", nie
wiedząc dokładnie, co ich czekało w odległej Afryce. Wiedzieli
natomiast, iż grupa miała być zespołem "ekstra" i że nad piaskami
pustyni wiele było okazji do spotkania nieprzyjaciela i do walki z Messerschmittami i Focke Wulfami.
O duchu naszych myśliwców świadczy fakt, iż w przeciągu kilku dni
zgłosiło się spośród naszych dywizjonów ponad 60 kandydatów, starych,
doświadczonych "wyg myśliwskich", z których niejeden miał za sobą
powietrzne zwycięstwa i znajdował się na odpowiedzialnym stanowisku
dowódcy eskadry a nawet i dywizjonu.
Po starannej selekcji skład zespołu został ustalony. Ponieważ zaś
ogromna większość jego członków w latach następnych zapisać się miała
chwalebnie w historii naszego lotnictwa i dokonać czynów na dużą miarę,
a wielu, zbyt wielu z nich oddało później życie w sprawie zwycięstwa,
podaję całkowitą listę zespołu.
Jako oficer łącznikowy z dowództwem RAF jechał podpułkownik Tadeusz
Rolski, doświadczony myśliwiec, dowodzący poprzednio dywizjonem i skrzydłem myśliwskim.
Dowódcą zespołu został kapitan Stanisław Skalski, już wtedy jeden z naszych najwybitniejszych pilotów myśliwskich. W skład zespołu
afrykańskiego weszli następujący piloci:
kapitan Wacław Król, porucznik Karol Pniak, porucznik Eugeniusz
Horbaczewski, porucznik Maciej Drecki, porucznik Ludwik Martel,
porucznik Kazimierz Sporny, porucznik Mieczysław Wyszkowski, porucznik
Bohdan Arct, podporucznik Jan Kowalski, starszy sierżant Władysław
Majchrzyk, starszy sierżant Bronisław Malinowski, starszy sierżant
Kazimierz Sztramko, starszy sierżant Popek, sierżant Marcin Machowiak.
W dniu 14 lutego 1943 roku zespół zgrupowano na lotnisku West Kirby.
Został on odpowiednio wyekwipowany, a w dniu 20 lutego wyruszył koleją
do portu w Glasgow, skąd 24 lutego rozpoczął wędrówkę do Afryki na
pokładzie wielkiego transportowca, płynącego w konwoju morskim
eskortowanym przez liczne okręty wojenne. O jakimkolwiek treningu i powietrznym zgraniu zespołu przed właściwą akcją mowy nie było,
widocznie dowództwu zależało na pośpiechu. Może uważano, iż tego rodzaju
zespół treningu nie potrzebuje?
Opis długiej podróży nie należy do zakresu tej pracy, mimo że była ona
ciekawa i obfitowała w wiele pamiętnych momentów. Konwój morski dopłynął
do Gibraltaru i rozdzielił się, a jego część wraz z transportowcem grupy
polskiej skierowała się na wschód, na Morze Śródziemne i zawinęła do
portu w Oranie. Stamtąd droga wiodła koleją do Algieru, skąd po
kilkudniowym oczekiwaniu zabrał Polaków samolot transportowy. Nastąpił
sześciogodzinny przelot ponad pustynią, lot dosyć nieprzyjemny, jako że
samolot szedł na małej wysokości, tuż nad rozprażonymi piaskami. W kabinie było duszno i gorąco, a w dodatku w każdej chwili należało się
spodziewać ataku jakiegoś Messerschmitta czy włoskiego Macchi, bowiem
transportowiec przelatywał nad terytorium znajdującym się w strefie
działań nieprzyjaciela.
Polski zespół dostał się wreszcie na lotnisko Castel Benito w Trypolitanii, nie był to jednak kres wędrówki. Następny samolot
przewiózł grupę ponad kilku tysiącami kilometrów Afryki Północnej aż do
samego Kairu. Po zameldowaniu się w dowództwie RAF, krótkim odpoczynku i zwiedzeniu miasta - tą samą drogą powietrzną zespół powrócił do Castel
Benito, a stamtąd dostał się na właściwe lotnisko operacyjne, noszące
egzotyczną nazwę Bu Grara. Tam rozpocząć się miała praca bojowa "Polish
Fighting Team".
Afrykański kontredans
Afryka jest dla Polaków kontynentem raczej nieznanym i tajemniczym. O działaniach wojennych w Afryce również wiemy na ogół niewiele. Dlatego
też, by lepiej zrozumieć ówczesną sytuację, by lepiej odczuć specyficzną
atmosferę otaczającą polską eskadrę na Pustyni Zachodniej, by wreszcie
uświadomić sobie, na czym polegała i jak się układała bojowa praca
naszych myśliwców, należy, choćby w skrócie, dokonać przeglądu
afrykańskich wydarzeń, od początku wojny 1939-1945. Wydarzenia te
przebiegały interesująco.
Długą historię posiada obszar zwany Bliskim Wschodem i wielkie jest jego
znaczenie na świecie. Stanowi on jak gdyby pomost pomiędzy Wschodem i Zachodem, a Kanał Sueski, łączący Morze Śródziemne z Morzem Czerwonym,
jest najkrótszą drogą z Oceanu Atlantyckiego na Ocean Spokojny, co
ważniejsze zaś, na Bliskim Wschodzie znajdują się ogromne złoża ropy
naftowej. Nic dziwnego, że od dłuższego czasu ścierały się tam interesy
Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i Stanów Zjednoczonych.
Na obszarach Bliskiego Wschodu odbywały się w latach 1940-1943 zacięte
walki pomiędzy Brytyjczykami i Włochami, a później i Niemcami, a momentem szczególnie ciekawym dla nas, Polaków, jest fakt, iż w Syrii,
Palestynie i Iraku formowały się w tym czasie oddziały 2 Korpusu
Polskich Sił Zbrojnych.
W początkach ostatniej wojny sytuacja Brytyjczyków na Bliskim Wschodzie
była niezmiernie ciężka. W dniu 10 czerwca 1940 roku do wojny po stronie
Niemiec przystąpili Włosi, a Anglicy, których siły były wprost śmiesznie
niewystarczające, stanęli przed perspektywą stoczenia rozpaczliwych walk
z przygniatającymi liczebnie armiami włoskimi. Pierwszym obiektem
spodziewanej włoskiej ofensywy był Egipt z Kanałem Sueskim. Do
opanowania Egiptu skoncentrowali Włosi potężną półmilionową armię
zebraną w Cyrenajce i dowodzoną początkowo przez marszałka Balbo, a po
jego śmierci w wypadku lotniczym przez generała Grazzianiego.
Drugim teatrem wojennym Bliskiego Wschodu stać się miały Sudan i Erytrea, na które uderzyć miała inna wielka armia włoska, przygotowana w podbitej Abisynii. Armia ta liczyła dwieście tysiący ludzi, dowodzona
była przez księcia Aosta.
Po drugiej stronie, w kwaterze głównej Brytyjczyków w Kairze, głowił się
nad wyjściem z rozpaczliwej sytuacji jednooki generał Wavell,
doświadczony, ale mający pod sobą tak słabe siły, iż żadne plany nie
mogły uchronić go, w normalnych warunkach, od całkowitej klęski. Co
więcej, ściągnięcie nowych sił do dyspozycji generała nie mogło odbyć
się szybko. Pomiędzy Egiptem a Wielką Brytanią, Australią, Nową Zelandią
czy też Indiami leżały tysiące kilometrów.
Wojska Grazzianiego liczebnie przewyższały dziesięciokrotnie wojska
Wavella, posiadały znacznie silniejsze lotnictwo, lepsze uzbrojenie i odpowiednie ilości czołgów. Jedynie brytyjska marynarka wojenna,
bazująca w Aleksandrii, dorównywała ilościowo marynarce włoskiej i biła
ją na głowę jakością, duchem bojowym i tradycjami morskimi.
Praktycznie biorąc Wavell posiadał na froncie libijskim zaledwie dwie
dywizje (7 Dywizja "Desert Rats" "Szczurów Pustynnych" oraz 4 Dywizja
hinduska). Inne dywizje, a więc 6 australijska, nowozelandzka, 9
australijska i polska Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich,
rozlokowane były w rejonie delty Nilu i znajdowały się w stadium
organizacji, szkolenia i dozbrajania.
Gdy we wrześniu 1940 roku ruszyły naprzód armie marszałka Grazzianiego,
żadna ludzka siła nie potrafiłaby ich powstrzymać, a zajęcie Kanału
Sueskiego miało stać się tylko kwestią czasu. Los zrządził inaczej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki