CZĘŚĆ PIERWSZA LOJALNOŚĆ
ROZDZIAŁ I Siedlce
Trasa E-30 nad ranem była prawie pusta. Niewielu podróżnych wybierało się gdzieś nocą. Większość czekała do świtu, by bezpiecznie przejechać autostradą i dotrzeć cało do miejsca podróży. Jednak nie wszyscy bali się podróżować w mroku. Wielu ukrytych w ciemnościach przemieszczało się swoimi autami między miastami w poszukiwaniu pracy, mieszkania lub azylu. Wyjeżdżając na trasę od razu można było zauważyć, iż nocą nie jeżdżą nią duże Fiaty i Polonezy lecz zachodnie bryki, podrasowane i kupione za gruby szmal lub po prostu skradzione...
Czerwona Cordoba mknęła cicho w tych ciemnościach. Światła hybrydowych reflektorów oświetlały drogę. Przerywane, białe paski oddzielające pasy ruchu zlały się w jedną białą linię. Zakręty wiły się niczym żmije, gdy kierowca pokonywał je z wyuczoną zręcznością. Droga była pusta a samochód szybki, tylko cykor nie chciałby tego wykorzystać.
Dżino uchylił okno i zapalił papierosa. Chłodny poranny wiatr owiał mu twarz. Pogłośnił radio. Kaseta, która wrzucił do odtwarzacza w Międzyrzecu właśnie się kończyła. Został ostatni kawałek. Jego ulubiony. Zaczął nucić i śpiewać go cicho gdy z głośników dobiegły pierwsze rytmy "Livin On a Player" Bon Jovi. Palce bębniły mu rytmicznie w kierownicę. Enrico otworzył oko. Siedział obok Dżina na przednim siedzeniu. Obejrzał się do tyłu. Mały spał smacznie na tylnym siedzeniu. Odsypiał. Minęli drogowskaz: Siedlce 13 km.
- Co to za robota? - zapytał Enrico, gdy już piosenka się skończyła.
- Firma ochroniarska zaproponowała mi pracę. - Dżino zmienił kasetę na drugą stronę. Kolejne ballady Bon Jovi rozbrzmiały przez głośnik. - to nie zwykła robota. Gruby szmal, ale trzeba będzie sprzątnąć parę ścierw. Oczywiście bez żadnych konsekwencji.
- Spoko. Podoba mi się. - odparł Enrico.
- Będą laski? - zapytał Mały z tylnego siedzenia.
- Masz to jak w banku, Mały. - powiedział Dżino.
Enrico uśmiechnął się i obrócił do tyłu.
- Wydawało mi się, że jesteś zmęczony.
Mały nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko i zamknął oczy. Po kilku minutach samochód skręcił z trasy i zjechał w stronę Siedlec. Minęli Ujrzanów.
- Nie jedziemy do Warszawy? - zapytał Enrico.
- Jedziemy. Ale najpierw odwiedzimy mojego starego przyjaciela. Potrzebny nam sprzęt.
Enrico jeszcze bardziej się rozpromienił. Czuł, że sprzęt mógł oznaczać tylko jedno: dużo broni i strzelania. A co się z tym wiążę śmierć. Na razie się nie bał.
Samochód wjechał do Siedlec. Miasto zaczynało się budzić. Pierwsze promienie słońca zaczęły się przebijać przez mroczny całun. Dżino zjechał z asfaltówki i ruszył polną, ubitą drogą. Zwolnił, gdyż samochód nie nadawał się do jazdy terenowej. Nie chciał go uszkodzić. W oddali widać było jakiś duży, piętrowy dom, ogrodzony wysokim ogrodzeniem z siatki i oddalony od obrzeży miasta kilka kilometrów. Jego właściciel zbudował go pod samym lasem. Widocznie nie lubił tłoku. Mały obudził się. Wychylił głowę między siedzeniami przyjaciół.
- Co jest? - zapytał.
- Spoko, - odezwał się Enrico - jedziemy po giwery.
- Ok. - Mały opadł na tylne siedzenie - Można im ufać?
- Tak, - odpowiedział Dżino - tu mieszka tylko jeden człowiek. Nazywa się Kolba.
Samochód podjechał pod bramę i zatrzymał się. W piętrowym budynku nie paliło się żadne światło. Nad bramą wjazdową wisiała duża kamera przymocowana do szczytu muru. Właściciel domu na pewno już ich oglądał na swoim monitorze. Dżino wysiadł z samochodu. Zapalił papierosa i podszedł pod same "oko" kamery. W bramie znajdował się bramofon. Mężczyzna nacisnął guzik trzykrotnie. W głośniku usłyszał suchy trzask, który przypominał mu przeładowanie broni. Enrico i Mały dołączyli do niego.
- Wejdź. - suchy trzask zamienił się w słowo i brama otworzyła się ukazując podwórko domu. Dom zbudowano z cegły i otynkowano. Podwórko było zadbane, bez zbędnych, rupieci. Nie było tu kwiatów, ogródka ani piaskownicy dla dzieci. Znajdował się tylko szeroki podjazd, prowadzący do podwójnych drzwi wejściowych i kilka hektarów niezagospodarowanego terenu.
- Wsiadajcie do samochodu - rzucił Dżino i usiadł za kierownicą. Mały rozejrzał się wokół i wskoczył na tylnie siedzenie. Enrico jeszcze przez chwilę spoglądał na bramę wejściową. Zauważył ukryte detektory ruchu zamontowane wokół całego ogrodzenia. Brakowało mu tylko wieżyczek z karabinami maszynowymi. Uśmiechnął się i wsiadł do samochodu. Też sobie zbuduje kiedyś taki dom - pomyślał, gdy Dżino wjeżdżał przez bramę. Gdy tylko wjechali do środka, brama zamknęła się za nimi. Mężczyźni wyszli z samochodu. Dżino pierwszy zrobił parę kroków w kierunku drzwi, jednak stanął po chwili, gdyż światło przed domem zapaliło się i oświetliło podjazd. Byli jak na widelcu. Drzwi wejściowe otworzyły się i oczom ich ukazała się jakaś postać. Przygarbiony mężczyzna w wieku czterdziestu paru lat, utykając na prawą nogę zszedł powoli po trzech kamiennych, dużych schodach na podjazd. Swoje siwe, długie włosy związane miał czarną wstążką, jego twarz szpeciła ogromna blizna, ciągnąca się od lewego ucha do podbródka. Wyglądał paskudnie i groteskowo. Ubrany był w zwykły zielony szlafrok przewiązany w pasie, na nogach miał kowbojki. W żylastych dłoniach ściskał kurczowo lecz pewnie długą strzelbę.
- Winchester model 1200 Defender z 1964r.- pomyślał Enrico - Lewa dłoń Dżina. Uśmiechnął się do siebie.
- Cześć, stary, - odezwał się Dżino - dobrze cię widzieć.
Mężczyzna kiwnął głową i spojrzał na pozostałych. Lustrował ich powoli swoim wzrokiem, jak gdyby chciał ich przewiercić na wylot.
- Kto jest z tobą Dżino? - zapytał chrapliwym głosem. Brzmiał paskudniej niż przez bramofon.
- To moi kumple od cyngla. Przyjechaliśmy po broń.
- Dobra, właźcie. - Kolba przesunął się i gestem wskazał gościom wejście.
Przyjaciele ruszyli w stronę drzwi. Mały przechodząc obok gospodarza, jeszcze raz spojrzał mu w oczy. Wyczuł z nich tylko tętniące zimno i skupienie. Zero uczuć, a żaden mięsień na jego twarzy nawet się nie poruszył.
- Pewnie by mi jeszcze zdrowo dopierdolił. - pomyślał wchodząc.
Kolba wchodząc jako ostatni, zamknął za sobą drzwi i odstawił strzelbę na stojak. Z zamka zabrał pęk kluczy. Enrico spojrzał na stojak. Zauważył tam jeszcze kilka innych modeli podobnych strzelb z 1987r., 1912r. Istne cacka. Gospodarz poprowadził przybyłych korytarzem aż do wejścia do piwnicy. Po drodze przyjaciele minęli kilka zamkniętych pomieszczeń. Dom był wykończony stylowo, drewniana boazeria w kolorze ciemnego mahoniu jeszcze bardziej dodawała klimatu temu domostwu.
Kolba otworzył drzwi do piwnicy i zapalił światło. Cała czwórka zeszła po schodach. U podnóża schodów znajdowały się kolejne drzwi. Masywniejsze i grubsze. Kolba z kieszeni szlafroka wyciągnął pęk kluczy i otworzył je, znajdując bez problemu pasujący. Odepchnął z trudem drzwi i zapalił światło w pomieszczeniu na dole.
Wielkie podpiwniczenie zostało zbudowane tak, by służyć za magazyn. Ogrom wojskowego sprzętu i różnorakiej broni zgromadzonej tu na półkach, stojakach i gablotach sprawił, że przybyli zaniemówili, otworzyli usta w zaskoczeniu i patrzyli osłupiali. Ten magazyn mógłby służyć małej armii. Kolba zarechotał widząc miny swoich gości.
- Ale cacka - Enrico pierwszy odzyskał głos - tyle to ja jeszcze w życiu nie widziałem.
Mały gwizdnął z zachwytu. Dżino położył dłoń na ramieniu Kolby.
- Jak za starych, dobrych czasów. Zawsze można na ciebie liczyć, przyjacielu.
Kolba spróbował się uśmiechnąć, jednak ogromna blizna wykrzywiła mu policzek w coś co niczym nie przypominało uśmiechu.
Mały ruszył w końcu w stronę gablot. Zauważył wielką kolekcję noży. Skręcił za półki i zniknął reszcie z oczu. Położył ręce na szkle i zaczął napawać wzrok mnogością srebrnych i czarnych ostrzy. Coś warknęło. Instynktownie obrócił się i sięgnął do paska po swój nóż. Z ciemnego kąta pomieszczenia zbliżał się do niego jakiś ciemny kształt. Był ogromny i poruszał się na czterech grubych łapach. Mały czekał aż pies się zbliży. Wielki rotwailer pojawił się warcząc w zasięgu jego wzroku. Był prawie jego wzrostu. Mały czuł jak psisko spina mięśnie i szykuje się do ataku. Ścisnął mocniej rękojeść noża i stanął na ugiętych nogach. Lewą rękę zgiął w łokciu i wystawił przed siebie by przyjąć na przedramię kły potwora. Nie miał szans na ucieczkę. W sumie, to nawet nie zamierzał uciekać.
Kolba gwizdnął. Pies przestał warczeć i pobiegł do swego pana. Położył się przy nim i tylko cicho powarkiwał patrząc czujnie na intruzów. Mały schował nóż i powrócił do oglądania ostrzy. Kątem oka obserwował psa. Enrico uśmiechnął się i poszedł do przyjaciela. Po drodze, ze ściany zdjął duży wojskowy worek.
- Pogadamy? - zapytał Kolba Dżina.
- Tak, z miłą chęcią.
- Dobra chodź, ze mną. Rambo, do nogi! - Kolba ruszył pierwszy, a za nim jego wielki rotwailer. Dżino poszedł za nim. Zniknęli za drzwiami w nieoświetlonej części zbrojowni.
******
Enrico wspólnie z Małym bardzo długo nie mogli zdecydować się co zabrać z tego ogromnego magazynu. Sprzęt był pierwszej jakości, dobrze zakonserwowany i na pewno przygotowany do użycia. Broń krótka i długa wisiała na ścianach w specjalnie przygotowanych stojakach. Na podłodze poustawiane były drewniane skrzynie z amunicją i inne oznaczone pieczęciami, niektóre pozamykane na kłódki, inne na zamki szyfrowe. Kilka z nich miało emblematy armii USA, były tam też jakieś z rosyjskimi znakowaniami i znaczkami, które mężczyźni skojarzyli z albańskim alfabetem. Żaden z nich nie potrafił jednak rozszyfrować tekstu, którym zostały oznaczone te właśnie skrzynie. Enrico zostawił Małego przy gablocie z nożami a sam zaczął oglądać pistolety i rewolwery.
- Ciekawe ile policzy sobie za towar ten Kolba? - pomyślał i zdjął pierwszy pistolet ze ściany. Czarna Beretta 92 Combat Combo, sportowa wersja 92-ki dobrze leżała mu w dłoni. Odłożył pistolet na stół stojący obok skrzyń z amunicją i zaczął wybierać kolejne. Dwie srebrne identyczne Beretty92FS po chwili dołączyły do pierwszej. Enrico przeszedł do gabloty z rewolwerami i wziął stamtąd rewolwer Smith & Wesson, potocznie nazywany Magnum 44. Kilkukrotnie obrócił bębenki i położył broń na stół. Przeszedł dalej. Otworzył skrzynię, na której widniała czerwona gwiazda Dawida. Izraelskie pistolety maszynowe Uzi, ułożone w miękkim sienniku aż prosiły się by je zabrać. Podniósł dwie sztuki i sprawdził je dokładnie. Były naoliwione i nowe. I pewnie drogie jak cholera. Do każdego egzemplarza doczepiony był pasek, by wygodnie założyć je sobie na ramię. Odłożył oba. Przechodząc dalej zabrał z jednego ze stojaków Winchestera.
- Defender na pewno przyda się Dżinowi - powiedział do siebie sprawdzając i rozkładając strzelbę. Wszystkie elementy współpracowały ze sobą jak należy, były lśniące i nowe. - Kim jest ten Kolba do cholery? - uśmiechnął się do siebie Enrico. Odłożył strzelbę na zapełniony bronią stół i podszedł do skrzyń z karabinami maszynowymi. Długo oglądał, dotykał, odkładał i znów brał w ręce te potężne śmiercionośne zabawki. Po jakimś czasie wybrał jedną: karabin szturmowy Armalittle, zwany w skrócie przez piechotę USA - AR-18. Kolejne pół godziny zabrało mu kompletowanie amunicji, magazynków, kabur i pokrowców na broń. W zbrojowni znalazł też latarki, lornetki i noktowizory. Cały sprzęt powędrował na stół. W końcu zaczął pakować go do worka. Zabrakło miejsca. Poszedł po drugi. Wracając, do jego uszu dobiegł jakiś świst i delikatne uderzenie. Jakby ktoś czymś rzucał... Ruszył w stronę gablot z nożami.
Mały bardzo szybko poradził sobie z zamkniętą gablotą. Wytrychem otworzył zamek i zaczął dotykać ostrza. Sprawdzał ich ostrość i wyważenie. Były idealne, nowe i spragnione krwi. Kątem oka widział Enrica, ściągającego ze ścian broń palną.
- Śmiercionośna broń, ale robi za dużo hałasu. - pomyślał i wrócił do swoich zabawek. Kilkadziesiąt minut zajęło mu wybranie odpowiednich noży. W zbrojowni znalazł również maczetę, którą postanowił zabrać ze sobą.
- Przyda się coś większego na bliższą odległość - odłożył ostrze na bok i postanowił sprawdzić noże. Przeszedł parę kroków, rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś celu i zauważył kilka manekinów stojących w kącie. Ubrane były w wojskowe ciuchy. Idealne cele do ćwiczeń. Wśród skrzyń z odzieżą i akcesoriami znalazł kilak pasów na noże, które założył na siebie. Wsunął w nie ostrza i rozpoczął przygotowania. Chwycił w palce obu dłoni po jednym ostrzu i cisnął je w stronę manekinów. Ostrza świsnęły w powietrzu, poszybowały celnie i wbiły się z głuchym uderzeniem w pierś obu manekinów. Dobył kolejne i powtórzył rzut. Równie celnie. Ostrza zagłębiły się w celu obok poprzednich...
- Brawo - za plecami usłyszał głos Enrica. Mały uśmiechnął się do przyjaciela i ruszył w kierunku manekinów by zabrać swoje ostrza.
******
Dżino i Kolba weszli do małego pomieszczenia. Kolba zapalił lampkę, stojącą na starym wiktoriańskim biurku i pomieszczenie rozświetliło się. Wskazał Dżinowi fotel a sam siadł w drugim. Rambo położył się przy nogach właściciela i zamknął powieki. Dżino rozejrzał się po pokoju. Oprócz stołu, dwóch foteli i metalowej szafy niczego tam więcej nie było. Pod ścianami pomieszczenia stały kartonowe pudła zaklejone siwą taśmą. Na stole oprócz lampki stała opróżniona do połowy butelka wódki i jedna, przezroczysta szklanka. Dżino usiadł.
- Napijesz się, dowódco? - zapytał Kolba.
- Nie dzisiaj. Muszę niedługo jechać. - Dżino spojrzał na ściany. Niczym relikwie wisiały na nich oprawione w szkło i ramki dyplomy i odznaczenia. Powołanie do służby, Medal Honoru, Honorowa Odznaka za Rany i Kontuzje, Krzyż Walecznych. Wiszący na jednej ze ścian dyplomu kończenia szkolenia pilotażu na helikopterze bojowym AH-64 Apache przywołał z pamięci Dżina smutne wspomnienia. Kolba nalał sobie wódki i przechylił szklankę jednym haustem. Chuchnął w dłoń. Milczeli prawie 20 minut. Żaden z nich nie wiedział jak rozpocząć rozmowę. W powietrzu czuć było jakieś napięcie. Po ich twarzach widać było, że przywołują odsunięte gdzieś w głąb mózgu wspomnienia. Coś, co obaj próbowali wsunąć na dno swojej pamięci, znowu się obudziło i zaczęło drążyć myśli.
- Ufasz tym ludziom? - zapytał Kolba.
- Tak jak tobie. Znam ich od dziecka. A po powrocie z wojny zaczęliśmy pracować razem. Są najlepsi.
- A pozostali? Masz jakiś kontakt?
- Nie. Staramy się siebie unikać i nie spotykamy się. To za mocno boli.
- Minęły ponad trzy lata Dżino... ja... ciągle nie mogę przestać o tym myśleć.
- Przestań Kolba! To przeszłość.
-Ale ona zginęła przeze mnie. Nie mogę sobie tego darować. Mogłeś ratować ją, a nie mnie.
- Kurwa, Kolba! - Dżino podniósł się z fotela. Położył dłonie na stole i spojrzał mężczyźnie prosto w oczy. - Helikopter trafiła rakieta. Rozbiliście się. Ona chciała lecieć. Była lekarzem. Wyciągnąłem cię z wraku bo tylko ty się nie paliłeś. Skończ z obwinianiem siebie. Co się stało to się nie odstanie. Nie wrócę życia ani Mirandzie, ani żołnierzom, którzy zginęli razem z nią w helikopterze!
Kolba spuścił głowę na piersi. Po chwili ją podniósł. W oczach miał łzy.
- Oddałbym wszystko, żeby było inaczej, uwierz mi Dżino.
- Wiem przyjacielu, ale nic na to nie poradzimy.
- Ona cię kochała.
- Zamknij się w końcu Kolba! - Dżino chwycił starego za szlafrok i przyciągnął go do siebie. Ich twarze się spotkały. - Jeżeli jeszcze raz wspomnisz w mojej obecności o tamtych wydarzeniach, zabiję cię. Rozumiesz?!
- Tak jest. - wyszeptał Kolba.
Dżino puścił go i stary, rozdygotany weteran opadł na fotel. Dżino usiadł na swój. W szklankę polał wódki.
- Pij. - podał szklankę Kolbie. Tamten przechylił zawartość i powoli zaczął się uspokajać.
- Ile za broń? Chłopaki już na pewno coś wybrali.
- Ile uważasz za stosowne Dżino.
- Dobra zbieraj dupę w troki i chodź ze mną do samochodu. W bagażniku mam walizkę.
Stary wstał z fotela, wytarł gębę i razem z Dżinem wyszedł z powrotem do magazynu. Rotwailer ruszył za nimi.
******
Enrico zabrał ze sobą drugi wojskowy worek i zaczął pakować resztę sprzętu. Dwa ogromne wory były gotowe do transportu. Założył na siebie taktyczne szelki i w kaburę wsunął Smith & Wessona model Sigma, gnata wyprodukowanego w 1994r. na potrzeby służb mundurowych. Pistolet ten nie przyjął się w szeregach amerykańskiej policji. Jemu się przyda. Narzucił na swoją hawajską koszulę wojskową, zieloną, wojskową bluzę. Załadował amunicję do Magnum i zostawił ją na stole dla Dżina. Mały stał obok patrząc jak sprawnie przyjaciel radzi sobie z ładowaniem. Pięć minut później Dżino i Kolba pojawili się w zbrojowni.
- Hej Enrico. Jak idzie? - zapytał Dżino.
- Wszystko spakowane. Tu mam jedno cacko dla ciebie. - uśmiechnął się i wskazał ręką stół.
Dżino podszedł i chwycił w dłoń Magnum. Był ciężki, ale miał swoją moc. Pamiętał jakie dziury robi kula wystrzelona z tego gnata.
- Kabury? - zapytał.
- Są w worku. Jedną masz, o tutaj. - Enrico podał Dżinowi wielką kaburę na rewolwer.
Dżino zdjął kurtkę. Pod spodem miał tylko siwy podkoszulek. Zza paska, z tyłu spodni, wystawała rękojeść Beretty 92FS. Opięta tkanina opinała muskularną klatkę piersiową i odsłaniała ramiona mężczyzny. Na jednym z nich, prawym, widniał tatuaż. Przedstawiał wojskową gwiazdę wpisaną w koło, przed którą, na pierwszym planie wytatuowany był jakiś wóz bojowy. Całość wpisana była w sześciokąt, na wierzchołku którego znajdowała się kolejna gwiazda. Symbol Narodów Zjednoczonych. Wokół całego tatuażu, po obwodzie koła wytatuowane były jakieś znaki: wyrazy i cyfry. Kolba bardzo dobrze wiedział co było tam napisane, sam miał podobny tatuaż na tym samym ramieniu. Potrafił wyrecytować te napisy z pamięci: "Etranger Cavalerie FRR 1995 - 1996 IFOR". Nie wypowiedział jednak tych słów na głos. Wiedział, że Dżino nie żartuje i zabije go jeśli tylko się odezwie. Odwrócił się tylko i ruszył w stronę drzwi wyjściowych. Mały spojrzał za nim. Zauważył, że stary posmutniał, a oczy miał czerwone. Wyglądały jakby przed chwilą płakał.
- Coś tam się wydarzyło. - pomyślał - Zapytam o to Dżina gdy będzie okazja.
Złapał jeden z worków, zarzucił go sobie na ramię i poszedł za Kolbą. Enrico chwycił drugi worek i ruszył za resztą. Dżino narzucił na siebie szelki taktyczne, w kaburę pod pachę wsunął Berettę, a Magnum umiejscowił w kaburze, po lewej stronie biodra. Narzucił na siebie skórzaną kurtkę i postawił kołnierz. Opuścił zbrojownię ostatni, wyłączając za sobą światło. Nie oglądając się za siebie wyszedł na zewnątrz. Przed domem czekała na niego pozostała trójka. Zapalił papierosa i otworzył bagażnik. Ze środka wyciągnął walizkę. Podał ją Kolbie.
- Dziękuję za sprzęt. - powiedział.
- Dziękuję za kasę.
Enrico i Mały załadowali worki do bagażnika Seata. Dżino podał rękę Kolbie i potrząsnął nią.
- Do zobaczenia.
- Tak. Żegnaj. Mogę cię o coś zapytać?
- Wal śmiało.
- Szykujecie się na wojnę?
- Nie, to do obrony własnej. - Dżino odwrócił się i odszedł.
Podszedł do samochodu, otworzył drzwi i wsiadł za kierownicę. Mały wskoczył do tyłu. Kolba wszedł do domu. Enrico popatrzył za odchodzącym przez i chwilę i podbiegł do niego.
- Hej, Kolba, potrzebuję jeszcze czegoś.
- Tak?
- Widziałem u ciebie skrzynie, takie duże ze znaczkami rosyjskimi i albańskimi. Były zamknięte. Masz może Kałasze? Nie pogardziłbym też paroma granatami.
- Chodź ze mną. Coś się znajdzie.
Weszli razem do domu.
- Co oni, kurwa, robią?! -krzyknął Dżino.
- Nie wiem. - odpowiedział Mały - A tobie co się stało, że jesteś taki zły? Może Enrico czegoś zapomniał.
- Nieważne. Ok. Poczekamy. - Dżino odpalił kolejnego papierosa i włączył odtwarzacz. Bon Jovi zaczął śpiewać "Its my life".
Mały już o nic więcej nie pytał. Był teraz bardziej niż pewien, że między dwoma mężczyznami coś się wydarzyło. Był tylko bardzo ciekawy co tak wyprowadziło ich z równowagi. Będzie musiał upić Dżina i wyciągnąć z niego trochę informacji.
- Gdzieś się zatrzymujemy jeszcze po drodze? - zapytał Dżina.
- Tak w małym motelu w Pruszkowie. Nazywa się "Majstersztyk". Tam się prześpimy a potem zapoznam was z naszym szefem.
- Ok. Napijemy się czegoś jak tam dojedziemy?
- Z miłą chęcią Mały. Mam ochotę się najebać.
Mały uśmiechnął się do siebie. A więc jego plan może się udać.
Rozmyślania przerwał mu Enrico. Wyszedł z domu dźwigając drewnianą skrzynię. Mały wyszedł z samochodu i pomógł mu ją załadować do bagażnika. Ledwo się zmieściła. Wsiedli do samochodu.
- Na chuj tam polazłeś!? - warknął Dżino i odpalił silnik.
- Czego się drzesz na mnie!? Poszedłem załatwić jeszcze trochę ciężkiego sprzętu.
Dżino nie odpowiedział. Agresywnie obrócił samochód na podjeździe i ruszył z piskiem opon. Enrico odwrócił się do Małego i spojrzał na niego pytająco. Mały wzruszył ramionami. Obaj nie wiedzieli co jest grane.
- Denerwuje się pewnie przez tą robotę - pomyślał Enrico i odwrócił się.
Brama otworzyła się zanim zdążyli się do niej zbliżyć. Cordoba pomknęła polną drogą wznosząc za sobą tumany kurzu. Kierowca w tej chwili nie myślał już o tym, że wyboje mogą mu uszkodzić auto. Pędził przed siebie jakby go ktoś gonił. W końcu samochód wyjechał na asfalt, opuścił Siedlce i ruszył w stronę Warszawy.
******
Kolba zamknął drzwi wejściowe, gdy chłopak ze skrzynią opuścił jego mieszkanie. Albańskie granaty przywoływały zbyt dużo złych wspomnień. Cieszył się, że się ich pozbył. Podobnie jak i skrzyni z rosyjskimi Kałasznikowami. Dzisiejsza noc nie należała do udanych. Nie mógł spać, jak gdyby przeczuwał, że coś się wydarzy. Nie spodziewał się jednak, że odwiedzi go sam Dżino. To było jak uderzenie gorąca, jak wybuch, czuł gorące płomienie liżące jego ciało, rana w nodze i na twarzy paliła niczym świeża. Wspomnienia powróciły ze zdwojoną siłą. Znowu pilotował Apache a załoga uśmiechała się do niego tuż po starcie, unosząc zaciśniętą pięść z wystawionym do góry kciukiem. Wszystko będzie ok. I było. Dopóki serbska rakieta nie trafiła ich w locie. Podczas operacji Serbowie zestrzelili dwa Apache i akurat pech chciał, że jeden należał do niego. A Miranda... nigdy jej nie zapomni, była dla niego jak córka...
- Dlaczego jej nie oszczędziłeś!? - wykrzyknął w stronę wiszącego nad drzwiami krzyża. Ukrzyżowany Chrystus nie odpowiedział mu.
Otworzył bramę i wypuścił Dżina. Widział jak jego samochód pędzi, a kierowca rozwścieczony próbuje jak najszybciej odjechać. Odjechać jak najdalej.
- Od tego nie uciekniesz, - szepnął do oddalającego się samochodu - to zawsze będzie cię prześladować. To ja powinienem umrzeć a nie Miranda...
Chwycił walizkę i zszedł do piwnicy. Przeszedł przez ciemny magazyn i wszedł do swojego pokoiku. Rambo podążył za nim. Lampka paliła się rozświetlając półmrok. Butelka była pusta. Chwiejąc się lekko na nogach Kolba otworzył szafkę i wyciągnął pełną butelkę. Odkręcił korek i przechylił ją przyciskając do gardła. Pił, aż zabrakło mu tchu. Palący płomień grzał mu wnętrzności. Odstawił butelkę. Czuł, że jest już pijany. Odsunął szufladę i wyciągnął z niej fotografię. Przymknął oko, żeby lepiej widzieć. Przyjrzał się utrwalonym na niej widokom. W świetle dnia, na tle ośnieżonych szczytów gór, na ziemi stał AH - 64 Apache. Ogromny helikopter pomalowany w barwy maskujące, z białymi Literami IFOR, wymalowanymi na boku stał prosto na ziemi, gotowy do akcji. Uzbrojony i zatankowany. Na pierwszym planie zdjęcia znajdowały się trzy postacie. Wszystkie ubrane w mundury sił pokojowych. Swoją twarz Kolba rozpoznał z trudem na zdjęciu. Nie szpeciła jej obecna blizna, uśmiechał się radośnie obejmując ramieniem Dżina. Dżino z rozpromienionym uśmiechem na ustach przytulał do siebie trzecią postać. Piękną, młodą kobietę, o krótkich blond włosach i błękitnych oczach. Wtuleni w siebie, szczęśliwi, zakochani i nieznający swojej przyszłości. Tak ciężko miał ich doświadczyć los. Kolba dotknął palcem twarzy dziewczyny.
- Miranda... - z jego gardła wydobył się gulgot, a z oczu popłynęły łzy. Pociągnął kolejny długi łyk z butelki. Żal potęgowany alkoholem jeszcze bardziej się w nim wzmógł. - Dlaczego?... Czemu akurat ty...
Szloch przeszedł w ryk. Kolba zaczął wyć niczym ranne zwierzę, opuścił głowę na biurko i wtulił się w swoje ramiona. Płakał głośno, a jego ciałem wstrząsały torsje. Butelka spadła ze stołu i rozbiła się, rozpryskując po podłodze. Rambo szczeknął i odsunął się pod drzwi. Położył się i smutnym wzrokiem patrzył na swego pana. Kolba przesunął ręką po stole i zrzucił zdjęcie na podłogę. Dalej płakał. Zdjęcie spadło na ziemię i obróciło się. Z tyłu fotografii widniał podpis i data: Bośnia i Hercegowina, 20 stycznia 1996r.
******
Zbliżała się piąta. Dżino przełączał stacje w radiu. Podejrzewał, że spotkanie z Kolbą nie będzie łatwe, ale nie spodziewał się, że mężczyzna tak się załamie. Widocznie wiek i alkohol zrobiły swoje. Ta wojna zmieniła niejednego twardziela w kupę miękkiego mięsa. Lecz ta wojna czy inna, czuł, że musi dalej walczyć by nie dopadła go przeszłość. A tam gdzie się wybierają, na pewno nie będzie nudno. W głośnikach zabrzmiał przebój: 2 Paca "Changes", który nie poprawił Dżinowi nastroju. Przełączył stację, jeszcze gorzej: Britney Spears śpiewała "Baby one More Time". Kolejna rozgłośnia a tam Cugowski ryczał swój "V bieg".
- Kurwa. Co jest? - zaklął cicho pod nosem i przełączył na kolejną stację.
"Pretty Fly" zespołu Offspring najlepiej nadawał się do słuchania. Pogłośnił radio i zapalił papierosa. W paczce zostały jeszcze tylko dwa. Enrico przebudził się. Lubił tą kapelę. Spał od wyjazdu z Siedlec. Podczas drogi nie zamienili ze sobą ani słowa. Jego nastrój udzielił się pozostałym. Mały wtulony w tylnie siedzenie nie dawał znaku życia. Offspring skończyli swój kawałek. W radiu zaczęły się wiadomości. Na początku podawali jakieś bezsensowne lokalne wiadomości. Nic ciekawego. Kolejne podano ze świata. Obaj mężczyźni zastygli w bezruchu: "Operacja Allied Force" w Kosowie dobiega końca. Zdziesiątkowane wojska serbskie wycofują się z Federalnej Republiki Jugosławii. Czystki etniczne, dzięki trzyletniemu poświęceniu wojsk Sojuszu Północnoatlantyckiego, zostały powstrzymane. Pierwsza wojna "o prawa człowieka" została zakończona. Stany Zjednoczone planują rozpocząć operację humanitarną pod kryptonimem "Allied Harbour". Czy Sojusz Północnoatlantycki poprze te działania? Dla faktów mówił... Dżino wyłączył radio. Pierwszy raz tego dnia uśmiechnął się. Wygrali. Serbowie uciekli. Poczuł dużą dawkę satysfakcji. Pomścił ich. A przynajmniej w dużej mierze się do tego przyczynił. Popatrzył na Enrico. Przyjaciel uśmiechał się. Przybili sobie "piątkę".
- Udało się Dżino! - krzyknął wesoło Enrico. - Spierdolili do siebie. Wygraliśmy.
- Widzę neon. - odezwał się Mały wychylając się między przednimi siedzeniami. - Cieszę się, że macie lepszy humor.
- Wygraliśmy, Mały. Serbowie spierdalają z Kosowa! - krzyknął Enrico i uścisnął z radości głowę Małego.
- Słyszałem w radiu. Spoko. - odpowiedział Mały bez większego entuzjazmu.
Dżino przejechał jeszcze kilkadziesiąt metrów i zjechał z drogi. Przed nimi znajdował się motel "Majstersztyk". To tam mieli odpocząć i ruszyć dalej. Wolał spędzić noc pod Pruszkowem, niż wjeżdżać na teren miejsca pracy w nocy. Motel był długi i jednopiętrowy. Zwykła zajezdnia z jadłodajnią. Elewacja wyglądała tak, jakby od dawna potrzebowała remontu. Niewiele samochodów stało na parkingu. Dżino podjechał pod recepcję, zabrał klucze i poszedł obejrzeć pokoje. Były niczego sobie: łóżko, toaleta i szafa. W zupełności wystarczy. Enrico i Mały zanieśli "zakupy" do pokojów i pożegnali się ze sobą. O 5:20 wszyscy smacznie spali.
ROZDZIAŁ II Pruszków
Enrico obudził się przed dziewiątą. Wziął prysznic w łazience znajdującej się na korytarzu i wrócił do pokoju. Pozostali spali. Nałożył czarne jeansy i jasną, sztruksową marynarkę. W kaburę pod pachę włożył Berettę i wyszedł z motelu. Rzucił klucze na recepcji. Recepcjonista patrzył na niego spod oka. Enrico posłał mu groźne spojrzenie i tamten opuścił wzrok. Wyszedł na zewnątrz. Słońce świeciło już oświetlając swymi promieniami okolice. W dzień motel wyglądał jeszcze bardziej obskurnie.
- Nie wiem po co on nas tu przywiózł. - pomyślał i ruszył w stronę przystanku autobusowego.
Miał zamiar pojechać do Pruszkowa i trochę się rozejrzeć. Na nos wsunął pomarańczowe okulary przeciwsłoneczne i spojrzał na rozkład jazdy. Za kilka minut będzie miał autobus. Poczekał i wsiadł, gdy autobus podjechał. Po kilkunastu minutach dojechał do miasta. Wysiadł w Centrum. Prawie 60-tysięczne miasteczko nie przyciągało go zbytnio swoim widokiem. Zresztą Enrico nigdy nie był typem turysty. Zauważył jakieś stare budynki, być może zabytki, jakiś pałac, kościół i stary dworzec kolejowy. Jako część aglomeracji warszawskiej miasto to było przystankiem przed stolicą.
- Piękne miejsce do załatwiania interesów na uboczu. - pomyślał i uśmiechnął się.
Na ulicach zaczęło pojawiać się coraz więcej ludzi. Spieszyli do pracy lub załatwiali swoje sprawy. Enrico patrzył na tych przechodniów, jakby pochodzili z innego świata. Odwykł od czasów, gdy musiał pracować ciężko i to za marną kasę. Doszedł pod dworzec kolejowy. Na parkingu przed wejściem zauważył kilka zaparkowanych samochodów. Jeden z nich zwrócił szczególnie jego uwagę. Był to Ford Mondeo koloru granatowego na białoruskich tablicach. Nie pałał sympatią do sąsiadów zza wschodniej granicy. Podszedł do auta, z kieszeni wyjął pęk kluczy i małych wytrychów. Rozejrzał się wokół siebie i przystąpił do pracy. Otworzenie drzwi zajęło mu 30 sekund, drugie tyle poświęcił aby uruchomić silnik. Odjechał z piskiem opon z parkingu.
Gdyby nawet któryś z przechodniów zwrócił na niego uwagę, pomyślałby iż jakiś zwariowany, bogaty młodzian "pali gumy" w samochodzie, który kupił mu tatuś.
Wyjechał z miasta i skierował się z powrotem w stronę motelu. Po drodze wstąpił do supermarketu i zrobił zakupy. Miał ochotę na jakieś jedzonko. Nie miał ochoty jeść niczego w spelunie, w której mieszkali. Po 11-tej był już w motelu. Zaparkował Forda obok Seata Dżina i wszedł do środka. Na recepcji zauważył Małego.
- Gdzie się wybierasz braciszku? - zapytał.
- Po coś do żarcia. Nie będę tu nic jadł. W moim pokoju pełno jest robali. Nie chcę ich znaleźć w śniadaniu.
Enrico podniósł reklamówkę, którą trzymał w ręku.
- Już załatwiłem trochę jedzonka.
Mały uśmiechnął się. Wyszli razem z recepcji i ruszyli w stronę swoich pokoi.
- Gdzie byłeś? - zapytał Mały.
- Załatwiłem ci samochód - Enrico podszedł do Forda i oparł się o niego - tylko musisz sobie załatwić nowe blachy.
- Nie ma problemu. Dzięki stary - Mały uśmiechnął się. - Fajna bryka.
Weszli do pokoju Małego. Faktycznie jego pokój był obskurny i śmierdział chemikaliami. Enrico nie zauważył żadnych robali, ale nie chciał tutaj nic jeść.
- Chodźmy do mnie. Jest lepiej. Niewiele lepiej, ale lepiej.
- Dobra. Mam nadzieję, że dzisiaj stąd wyjedziemy. Nie zamierzam spać w tym łóżku dzisiejszej nocy. Wbiję na twoje.
- W twoich snach, Mały.
Przeszli do pokoju Enrico. Zjedli kanapki i pogadali. Zastanawiali się po co Dżino ich tu przyciągnął i kiedy w końcu zdradzi im szczegóły tej tajemniczej roboty. Parę minut po 12-tej ktoś zaczął walić do drzwi. Mały podszedł ostrożnie do wyjścia z pokoju, wyciągnął nóż i otworzył je szybkim szarpnięciem, by wpuścić przybysza. Sam schował się za drzwiami, by w razie potrzeby zaatakować od tyłu. Enrico wyciągnął broń. Do środka wpadł rozwścieczony Dżino.
- Zajebali mi brykę! - krzyknął.
- Ale jaja - Enrico zaczął się śmiać - Tobie zajebali, a ja, zajebałem im.
- Kurwa. Co ty pierdolisz? Gdzie byłeś?
Enrico opowiedział Dżinowi o swojej wyprawie. Dżino zdążył spalić w tym czasie dwa papierosy.
- Kiedy przyjechałeś? - zapytał Dżino, gdy Enrico skończył opowiadać.
- Jakieś 40 minut temu, ale wtedy twój samochód jeszcze stał na parkingu.
- No, to prawda. - rzucił Mały - Sam widziałem.
- Jedziemy. Może uda nam się ich znaleźć.
Wybiegli z pokoju i wsiedli do Forda. Mały usiadł za kierownicą. Enrico obok niego. Dżino wskoczył do tyłu.
- Zabiję skurwysynów.
- A ja ich potem oskalpuję. - dodał w myślach Mały i wycofał z parkingu - W którą stronę?
- Jedź na Pruszków. - powiedział Dżino.
Około godz. 13-tej, przejeżdżając przez miasto Mały zauważył znajomą sylwetkę czerwonego Seata. Kierował się w stronę wylotu na Warszawę.
- Jest! - krzyknął.
- Dociśnij pedał i trzymaj się mu na ogonie!
Mały dodał gazu. Wyjechali z Pruszkowa. Minęli drogowskaz : Warszawa 15 km. Pędzili grubo ponad setkę. Ford "płynął" po asfalcie. Byli tuż za Cordobą. Widzieli dokładnie, że w samochodzie Dżina jest tylko jeden człowiek. Łysa głowa wystawała znad kierownicy. Nie patrzył nawet w tylnie lusterko. Nie spodziewał się pościgu.
- Mały zwolnij trochę, - powiedział Dżino - pojedziemy za nim. Zobaczymy gdzie się zatrzyma.
Enrico wyciągnął pistolet i przeładował go. Otworzył szybę.
- Nie strzelaj do mojego wozu. - ostrzegł go Dżino.
- Się rozumie. Tylko przeładowałem. W razie czego.
Enrico schował broń. Po kilku minutach, przed samym wjazdem do Warszawy, Cordoba zjechała na parking przy lesie i zatrzymała się.
- Mamy go! - krzyknął Dżino.
Mały wjechał na parking i zatrzymał samochód. Dżino i Enrico wyskoczyli z wozu, nie zamykając za sobą drzwi. Dżino wyciągnął rewolwer i podbiegł do drzwi od strony kierowcy. Otworzył je i przyłożył broń do czoła siedzącego tam mężczyzny. Zaskoczony rozwojem sytuacji kierowca spojrzał przestraszonym wzrokiem na Dżina. Jego zimne, zielone oczy wpatrywały się z przerażeniem w oczy Dżina. Enrico wskoczył na tylnie siedzenie, wyciągnął Berettę i przystawił lufę do pleców mężczyzny. Kołnierz skórzanej kurtki kierowcy był odsłonięty. Enrico zauważył tatuaż na szyi złodzieja. Miał wytatuowanego wijącego się węża.
- Żadnych numerów! - krzyknął - Siadaj na siedzenie pasażera. A wcześniej oddaj mi swoją broń.
Obcy, czując dwie spluwy na sobie, posłusznie wyciągnął spod siedzenia Glocka 17, trzymając go za lufę. Nie chciał prowokować mężczyzn do strzału. Siedzący za nim opalony na twarzy zakapior wystawił rękę, a on podał mu spluwę. Następnie mężczyzna przesunął się posłusznie na siedzenie pasażera. Był tak chudy, że prześlizgnął się między siedzeniami jak prawdziwy wąż. Dżino usiadł za kierownicę swego auta, schował broń i zamknął za sobą drzwi. Enrico trzymał gościa na muszce. Po chwili odsunął się. Podejrzewał co się za chwilę wydarzy, a Dżino był nieźle wkurwiony.
Dżino położył prawą dłoń na skrzyni biegów i raptownie uderzył z całej siły swoim łokciem w nos chudego. Trzasnęło i facet zalał się krwią. Płynęła obficie z roztrzaskanego nosa.
- Tylko spróbuj pobrudzić mi samochód krwią! - krzyknął Dżino. - Zadarłeś z niewłaściwymi ludźmi skurwielu. Zapłacisz za to. - dokończył ciszej.
Chudzielec nie odezwał się. Jęczał głośno i tamował dłońmi krwawienie. Dżino wrzucił wsteczny bieg i podjechał do Małego. Dał mu znak ręką, żeby jechał za nim.
- Jak się nazywasz? - zapytał Dżino.
- Kobra.
- Co tu robiłeś?
- Jechałem do Terespola po trzech cyngli.
- Tak? - Wtrącił się Enrico - dla kogo pracujesz?
Wjechali w las. Dżino zwolnił. Mały wjechał za nim. Kobra zaczął się rozglądać nerwowo.
- Co wy? Chyba nie zamierzacie mnie zabić? - strach szarpał mu nerwy.
- Dla kogo pracujesz? - zapytał Dżino.
- Ja... naprawdę nie mogę powiedzieć. Oni mnie zabiją.
- W innym wypadku ja cię zabiję! - krzyknął z tyłu Enrico.
Dżino zatrzymał wóz. Wyszedł na zewnątrz. Okrążył samochód i otworzył drzwi pasażera. Wyciągnął Kobrę na ziemię i zaczął go ciągnąć między drzewa. Enrico wyskoczył z samochodu i poszedł za Dżinem. Mały zatrzymał Forda i otworzył drzwi. Nie wiedział co się dzieje ale czuł, że coś się wydarzy. Wyszedł i ruszył za przyjaciółmi. Kobra wrzeszczał. Dżino w końcu go puścił. Wyciągnął z kabury Magnum i wymierzył w jego stronę.
- Rozbieraj się.
- Proszę, nie zabijajcie mnie. Powiem, co chcecie wiedzieć. Zaczął zdejmować z siebie kurtkę, następnie spodnie i pantofle. Trząsł się cały ze strachu. Został w bieliźnie i skarpetach.
- Enrico przywiąż go do drzewa.
- Z wielką przyjemnością. Mały pomożesz mi?
- Jasne.
Enrico i Mały złapali Kobrę za ręce i pociągnęli do najbliższego drzewa.
- To jest Kobra. - Enrico przedstawił mężczyznę Małemu.
Przywiązali go używając jego spodni i kurtki. Mały sprawnie rozkroił odzież na pasy swoim myśliwskim nożem. Dżino podszedł bliżej.
- Dlaczego ukradłeś mój samochód?
Kobra trząsł się jak w febrze.
- Chciałem zaimponować szefowi. - wyjęczał.
- Dla kogo pracujesz?
- Ja... naprawdę nie mogę powiedzieć...
- Dobra Mały pogadaj z nim.
- Z przyjemnością Dżino. Witaj Kobra. Teraz obiorę cię ze skóry jak zaskrońca. - Mały zaczął się śmiać, wyglądał jakby był opętany.
Chwycił dłoń Kobry lewą ręką i przysunął mu ostrze do najmniejszego palca. Przycisnął nóż i palec Kobry upadł na ziemię. Kobra krzyknął z bólu i prawie zemdlał. Mały uderzył go w twarz z otwartej dłoni i przywrócił mu krążenie.
- Pracuje dla Ruskich!!!! - krzyknął.
To wystarczyło Dżinowi. Myślami był znowu w Kosowie.
- Zdrajca. Pies Serbów. Wróg. - obrazy przesuwały się mu przed oczami. Kobra błagalnie patrzył w oczy Dżina. Wyglądał jak zbity pies.
- Kończ z nim Mały. Zmywamy się stąd.
- Jeszcze nie, stary. On jest mój... Zabawię się z nim.
- Nieeee. Proszę. Nieeee!!!!
Mały złapał Kobrę za usta. Zatkał mu je ręką i nożem obciął mu ucho. Odskoczył do tyłu.
Kobra ponownie zawył z bólu i zaczął przeraźliwie krzyczeć. Mały wbił nóż myśliwski w ziemię i rozpiął polar. Z pasków pod bluzą wyciągnął dwa noże, w które zaopatrzył się u Kolby. Chwycił je mocno w dłonie i przygotował się do rzutu. Oba ostrza poszybowały szybko i ze świstem wbiły się w obojczyki Kobry, przygwożdżając go do drzewa. Kobra wrzasnął i opróżnił się ze strachu i bólu. Mały sięgnął po kolejne noże, wyciągnął je powoli z pasów...
W tym momencie huknął strzał. Hałas rozszedł się po całym lesie odbijając się od drzew. W piersi po lewej stronie ciała Kobry pojawiła się wielka dziura. Mały obejrzał się do tyłu. Był wściekły. Dżino schował Magnum do kabury. Zawołał go machnięciem ręki. Enrico był już przy Fordzie. Wsiadł za kierownicę i zaczął wycofywać. Mały wyciągnął noże z ciała, schował je i ruszył za Dżinem. Po drodze zabrał swój myśliwski nóż. Wsiedli do Seata i wycofali za Enrico. Wrócili na trasę i pojechali do motelu. Małemu mijała złość. W końcu dojechali pod "Majstersztyk". Wysiedli z samochodu. Enrico czekał na nich przy Fordzie.
- Długo mamy tu tkwić? - zapytał Enrico.
- Jesteśmy umówieni na 18-tą. - odpowiedział Dżino i spojrzał na zegarek. Jeszcze mamy 4 godziny.
- Idę, położę się. - powiedział Enrico.
- Ok. Do zobaczenia.
Ruszyli do swoich pokoi. Z recepcji wybiegł recepcjonista. Stanął przy drzwiach. Mężczyzna po czterdziestce, z łysymi zakolami i owłosionym czubkiem spiczastej głowy, miał na sobie garnitur z lat 80-tych. Zaczął krzyczeć piskliwym głosem:
- Kiedy się wychodzi, należy oddać klucz.
- Spierdalaj stąd! - krzyknął Mały.
Recepcjonista cofnął się i zniknął za drzwiami. Mały wyciągnął klucz z kieszeni i cisnął nim za znikającym w drzwiach mężczyzną.
- Masz ten klucz frajerze! Nie będę siedział z tymi pierdolonymi robakami.
Dżino objął ramieniem Małego.
- Uspokój się Mały. Idziesz do mnie?
- Nie wiem. Dlaczego nie pozwoliłeś mi go wykończyć?
- No, nie gniewaj się. Musiałem zakończyć te tortury. Jeszcze ściągnąłby nam na kark gliny. Głośno wrzeszczał.
- Huk strzału był głośniejszy. Idę.
Weszli do pokoju Dżina. Enrico poszedł do swojego. Mały usiadł na łóżku a Dżino na krześle.
- Gramy w karty? - Dżino wyciągnął talię z walizki.
- Pewnie, że gram, ale na kasę. Byłem mistrzem w poprawczaku. - zatarł ręce.
- Dawali ci wygrywać bo bali się, że sprzedasz im kosę he he.
- Tak, zobaczymy. - Mały uśmiechnął się - Rozdawaj.
- Tylko nie płacz, jak przegrasz. Oddasz mi kasę z pierwszej wypłaty.
- Żebyś się nie zdziwił, Dżino. Przygotuj zielone.
Dżino zaczął rozdawać karty.
******
Enrico obudził się o 17-tej. Usiadł na łóżku i podrapał się po głowie. Spojrzał na zegarek.
- Jezu, ile można spać? - spod poduszki wyciągnął pistolet i schował go za pasek spodni.
Poszedł do łazienki. Obmył twarz wodą. Wrócił do pokoju. Narzucił marynarkę i poszedł do Małego. Drzwi były zamknięte. Zastukał do Dżina. Drzwi otworzył Mały. W ręku trzymał nóż.
- Właź śpiochu. - przepuścił przyjaciela.
- Wal się. - Enrico wszedł do środka.
Na łóżku leżała spora kupka ułożonych w stosy dolarów. Dżino trzymał w rękach karty.
- Kto wygrywa?
- Jak to, kto? - Mały zamknął drzwi i usiadł na łóżku - Mistrz, czyli ja.
Dżino uśmiechnął się.
- Siadaj. Dobry jest.
- Najlepszy, Dżino, najlepszy. - odpowiedział Mały.
- Boli mnie głowa. Macie jakieś prochy? - zapytał Enrico.
- Ja mam amfę, - powiedział Mały - chcesz ścieżkę?
- Goń się, wolę pyralgin.
Dżino wstał z krzesła i wyciągnął z torby opakowanie leków. Rzucił je do Enrica. Enrico łyknął dwie tabletki i popił je wodą z butelki Dżina. Siadł na łóżku.
- Co to za firma ochraniarska, Dżino? I co my tam będziemy robić? Bo z tą bronią, to moglibyśmy rozbić cała naszą zafajdaną armię?
- Będziemy ochraniali jednego z szefów pruszkowskiej mafii. Znany jest on jako Misiek.
- A co on nie ma swoich ludzi? - zapytał Enrico.
- Ma, ale obawia się, że jego pieski mogą nie sprostać zadaniu, a co gorsza, mogą obrócić się przeciwko swemu panu.
- Jeżeli potrzebuje nowych ludzi oznacza to jedno: wdepnął w niezłe gówno.
- Misiek dostał cynk od swego informatora, że Rosjanie mają go na muszce. Więc będziemy musieli uważać.
- Jak nas zatrudni, ma się rozumieć. - dodał Mały.
- Nie ma wyjścia. Po to tam jedziemy. Oprócz grubej kasy, którą nam obiecał, będziemy mieli pod sobą jego goryli. Czyli jesteśmy najważniejsi.
- A kiedy jedziemy do tego dupka? - zapytał Enrico.
- Zaraz, czekaliśmy z Małym na ciebie.
- Dobra, to zbierajmy się. - Enrico wstał z łóżka.
Mały pozbierał kasę i wsadził ją do kieszeni spodni. Rozeszli się by zabrać ekwipunek na drogę. Mały wykopał drzwi w swoim pokoju i zabrał stamtąd worek z bronią. Zaniósł go do pokoju Enrico. Z worka wziął maczetę a resztę zostawił.
- Mam coś dla ciebie - Enrico podał Małemu Glocka Kobry.
Mały wpatrywał się przez moment w pistolet. Po chwili zabrał go i schował za pasek spodni.
- Dawno nie strzelałem, ale może się przyda. Dzięki. Idziesz?
- Poczekajcie z Dżinem na zewnątrz. Przebiorę się tylko.
Mały wyszedł i poszedł na parking. Przy Seacie czekał już Dżino. Palił spokojnie papierosa.
PROLOG
23 czerwca 1999r. Międzyrzec Podlaski
Wszystko zaczęło się tego pamiętnego dnia. Padał deszcz, życie jak zwykle śmierdziało. W piwnicach osiedlowych bloków zalęgły się cienie. Przez niedomknięte okienka widać było zniszczone twarze, słychać było głosy ich właścicieli. Odór taniego spirytusu zmieszany z dymem skręcanych naprędce papierosów unosił się w powietrzu, wypełniając poranne powietrze ohydną mieszanką. Mieszkańcy blokowiska usytuowanego nieopodal miejskiego cmentarza wyłaniali się zza betonowych ścian, by rozpocząć codzienny rytuał. Nikt nie spieszył się do pracy. Nie widać było jeszcze kolorowych tornistrów dyndających na plecach dzieci, wyruszających do szkoły. Było wcześnie a mimo to flaszka rozbełtanego spirytusu przechodziła już z rąk do rąk. Jej zawartość drapała gardło i paliła wnętrzności. I nie kosztowała zbyt drogo. Pięć polskich złotych nie było wygórowaną ceną za pół litra trucizny. I jeszcze to opakowanie, bełt przelany w butelkę po occie. Można ją było kupić w co drugim bloku, a melin na osiedlu nie brakowało. Na tych lepszych można było spróbować spirytusu na miejscu i zagryźć działkę konserwowym ogórkiem. Zawartość butelki znikała szybko w przełykach biesiadujących. Jeszcze jedna, a potem trzeba będzie wyjść na zewnątrz, pod sklep... nazbierać kolejne monety i kupić następny zajzajer na osiedlowej melinie. Czasami te pijackie szumowiny wylegały z cienia by napaść na zwykłych mieszkańców tego osiedla i siłą wydrzeć ciężko zarobione przez nich pieniądze..., za które Ci degeneraci zakupić będą mogli swój nektar. Zdarzało się i tak... ale nie dzisiaj...
Wysoki, dwudziestokilkuletni mężczyzna wyszedł z klatki najdłuższego z bloków. Zrobił parę kroków, spojrzał na zegarek i zaczął iść wolno chodnikiem. Podniósł kołnierz w skórzanej kurtce i zapalił papierosa nie przejmując się padającym deszczem. Machnięciem nogi odgonił szczekającego psa i splunął w stronę wystającej z piwnicy głowy. Jego wzrok wędrował co chwilę w stronę przeciwległego bloku, wpatrywał się w okna gdzie mieszkali jego kumple.
Zatrzymał się. Oczekiwał w umówionym miejscu na spotkanie, nikt jednak nie nadchodził. Po jego krótkich blond włosach zaczęła skapywać deszczówka, na kurtce widać było już tysiące kropel. Cienie w piwnicach zniknęły, odgłosy ucichły. Tylko krople deszczu uderzały miarowo w stary chodnik, zmywając wszystkie zalegające na nim brudy. Wyczuwalne już i tak napięcie, momentalnie zaczęło rosnąć i przybierać na sile. Gdzieś w oddali odezwała się syrena policyjna. Inne osiedla miały tam swoich "mieszkańców".
Coś było nie tak. Mieli się spotkać w mówionym czasie, a ten właśnie mijał. Mężczyzna wyciągnął pistolet i przeładował go. Chwycił spluwę w lewą dłoń. Niedopałek poszybował w powietrzu, wpadł w kałużę i zgasł. Ruszył w stronę przeciwległego bloku. Pewnym krokiem, skupiony i zdecydowany. Z kieszeni kurtki wyciągnął ciemne okulary i wsunął je na nos. To mu dodawało pewności, choć nigdy nie chorował na jej brak. Podszedł do bloku. Spojrzał w górę, na okna mieszczące się na pierwszym piętrze klatki, obok której właśnie przechodził.
W oknie coś mignęło, po chwili otworzyło się z trzaskiem. Postać ubrana w stary waciak i gumowce uderzyła z gruchotem o asfalt. Niemal pod nogi zbliżającego się mężczyzny.
- Na szczęście to nie Enrico. - pomyślał gdy odtrącił nogą rękę, która zasłaniała twarz.
Pistolet trzymał gotowy do użycia. Nie zawahałby się strzelić... Spojrzał na ciało. Mężczyzna był starszy od niego, brudny i zarośnięty. Śmierdział zajzajerem. Nie ruszał się. Miał otwarte oczy. Chłopak widywał go wielokrotnie pod sklepem i w piwnicach swojego bloku. On był odpowiedzialny za napady na mieszkańców. Kradł biżuterię i pieniądze, by móc się później napić. Wołali na niego Żółw. Przypomniał sobie, że kilka razy chciał wysępić od niego fajka.
- Może teraz chcesz zapalić ścierwo?! - krzyknął i podeszwą swojego ciężkiego wojskowego buta nadepnął Żółwiowi na krtań. Mężczyzna nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Nawet się nie poruszył.
- Do ciebie mówię, sukinsynu! - warknął i nacisnął mocniej. Bez rezultatu. Żółw był martwy. Pod jego głową zaczęła się formować kałuża czerwonej posoki. Rozlewała się na asfalt bardzo szybko, mieszając się z brudem i deszczem...
- Dżino zostaw go! On nie żyje! - W oknie na pierwszym piętrze pojawiła się uśmiechnięta twarz.
Facet w oknie był niższy od Dżina, ale równie dobrze zbudowany. Czuprynę miał krótszą niż jego przyjaciel stojący na dole. Na pierwszy rzut oka można by było wziąć go za obcokrajowca. Jego twarz była brązowa. A włosy czarne jak smoła. Szybko przygarniał do siebie promienie słońca. Obaj byli w podobnym wieku. Ubrany był w hawajską koszulę, rozpięta do połowy. Śmiał się, bawiąc oczy całą sytuacją.
- Kurwa! - krzyknął Dżino - już myślałem, że cię dorwali. Schodź szybko na dół. Byliśmy umówieni! Zawsze muszę na ciebie czekać! - złapał ciało za kołnierz waciaka i zaciągnął je pod żywopłot.
Rozejrzał się nerwowo wokoło, wzrokiem przebiegł po oknach i balkonach. Nikogo nie widział. Ale czuł, że gapią się na niego zza firanek. Schował pistolet za pasek, z tyłu spodni. Wyciągnął kolejnego papierosa i odpalił go. Zaciągnął się dymem.
Enrico zszedł na dół i spojrzał z niesmakiem na Dżina, widząc papierosa w jego ustach. Bardzo tego nie lubił. Te spojrzenie nie zrobiło większego wrażenia na palącym, przywitali się i ruszyli w stronę kolejnej klatki. Szybkim krokiem weszli do środka. Dotarli na drugie piętro. Drzwi były otwarte. Weszli i zaryglowali je za sobą. W przedpokoju przywitał ich niewysoki mężczyzna. Miał na sobie jedynie bokserki. Przeciągnął się powoli i ziewnął. Pogłaskał się po wygolonej na "łyso". Świeże strupy świadczyły o tym, iż niedawno się strzygł. Na klatce piersiowej i przedramionach miał blizny, stare i świeże. Uwielbiał walki na noże.
- Kurwa, Mały! - zaklął Dżino - ile można na ciebie czekać?
- Spoko. Słyszę dobrze, nie musisz się drzeć. Zaspałem bo miałem wczoraj małą imprezkę. - Kiedy to mówił, z pokoju wyjrzała jakaś młoda dziewczyna. Nie miała na sobie zbyt dużo garderoby, zasłaniała się bluzką. Prześwitywały przez nią sutki jej pełnych piersi.
- Wszystko rozumiem. - Dżino uśmiechnął się patrząc na dziewczynę.
Była niezła. Uśmiechała się zalotnie jeszcze bardziej odsłaniając cycki.
- Dobra. Przepraszam. Możemy gdzieś usiąść i pogadać?
- Jasne. Idźcie do kuchni. - odpowiedział z uśmiechem Mały - Enrico, w lodówce jest piwo. Jakbyś mógł...
Enrico nie reagował. Wpatrywał się w dziewczynę. Nawet ładna ale pusta i tylko na jeden raz - pomyślał.
- Enrico... - ponowił Mały.
- Jasne, nie ma sprawy. - odpowiedział Enrico. Puścił oczko w stronę półnagiej laski i wszedł do kuchni.
- Oj Mały, Mały - przechodząc poklepał przyjaciela po twarzy i uśmiechnął się do niego.
- Zaraz do was dołączę... Tylko włożę jakieś spodnie. - Mały złapał dziewczynę i zniknął z nią w pokoju. Wchodząc zamknął za sobą drzwi.
Dżino rozejrzał się po mieszkaniu. W kiblu paliło się światło.
- To pewnie brat Małego. - pomyślał Dżino - Znowu się chowa skurwiel. Dżino nie pałał miłością do starszego brata Małego. Starszego o kilka minut. Byli bliźniakami. Odziedziczył w genach większy wzrost ale wszystkie lepsze cechy ulokowały się w Małym. Wielokrotnie uczestniczył w bijatykach pod sklepem. Podobno sam nawet pił zajzajer. Dżino położył na stół pistolet i usiadł na stołku. Enrico otworzył lodówkę i postawił na stół dwie "Perły". Oderwał kapsle i podał Dżinowi butelkę. Dżino wziął swoją Berettę 92FS w dłoń i położył ją na kolanie. Przechylił piwo i wlał w siebie odrobinę złotego płynu.
- Dlaczego załatwiłeś Żółwia?
- Bo dupek zaczepił mnie na ulicy i pyta się mnie czy mam fajka? A wiesz, że jestem na to uczulony, więc odpowiadam mu - tak mam, ale w domu. Chodź ze mną, to ci dam. No i poszedł. W domu dałem mu papierosa i poprosiłem go grzecznie, żeby spalił w oknie. Skurwiel mówi do mnie - daj mi jeszcze ognia. Tego było za wiele. Wybuchłem. Uderzyłem go raz, kantem dłoni w krtań. Wypadł przez okno już martwy. A resztę już znasz Dżino. - Enrico skończył z uśmiechem swoją opowieść.
- Jedną szumowinę mniej w mieście. Idę się odlać. - Wstał, przeszedł przez przedpokój i skierował się w stronę łazienki. Po drodze schował pistolet za pasek.
- Jest tam kto?
- Tak... już wychodzę... - głos większego z bliźniaków dobiegł zza drzwi. Był przestraszony i rozdygotany. Mężczyzna schował się w swojej kryjówce z nadzieją, że nieproszeni goście szybko sobie pójdą i dadzą mu spokój. Myślał o tym, że Mały nie pozwoli go skrzywdzić. Jednak jak zwykle się łudził...
- Wyłaź i zrób miejsce! - krzyknął Dżino rozpoznając ten syczący głos.
Drzwi otworzyły się i mężczyźni spojrzeli na siebie. Chwila nieprzerwanej ciszy wydawała się wiecznością. Spojrzenie w oczy i badanie przeciwnika. Kto pierwszy zrobi niewłaściwy ruch i spanikuje. Minęła sekunda lub może dwie. Nie więcej. Większy z bliźniaków szybkim ruchem ręki wyciągnął z kieszeni spodni sprężynowy nóż i wysunął ostrze.
- Mówiłem ci, że nie chcę cię tu więcej widzieć frajerze! - krzyknął do Dżina. Starał się przydać barwie swego głosu ostry ton, przekrzyczeć swój lęk i zastraszyć przeciwnika.
- Nie mów do mnie frajerze! - Dżino spokojnie obserwował twarz mężczyzny. Czekał na jego ruch. To nie rękę z nożem obserwował ale twarz, czekał na moment, w którym tamten zaatakuje. Obserwował jego mimikę. A twarz buzowała strachem i niezdecydowaniem.
- Rzuć nóż. Wyskocz do mnie na pięści. - Dżino cofnął się i zacisnął dłonie. Uniósł je obie do góry, prawą na wysokości oczu, by osłaniała twarz a lewą oddaloną od przeciwnika, gotową do wyprowadzenia ciosu trzymał w gotowości.
- Wal się - twarz wyższego z bliźniaków zmieniła się w napadzie furii a ręka z nożem pomknęła do przodu. Prosto w kierunku Dżina. Atak był mało skuteczny a twarz zdradziła zamiary atakującego chwilę przed tym, jak zaatakował. Dżino zasłonił się prawą ręką przed zbliżającym się ostrzem i lewym sierpowym uderzył Większego prosto w szczękę. Potężne uderzenie powaliło mężczyznę na ziemię. Nóż wypadł z bezwładnej ręki.
- Mógłbym cię zabić ścierwo - Dżino podniósł nóż z podłogi - ale nie mogę się nawet na ciebie patrzeć. Leż tu spokojnie, bo mogę naszczać ci na tę twoją piękną buźkę.
Przestąpił nad leżącym i wszedł do toalety. Wyrzucił nóż do kosza na bieliznę. Nigdy nie lubił białej broni. Pociągały go spluwy. Noże - to miłość Małego. Gdy wyszedł, w przedpokoju stał już Mały. Ubrał się w "bojówki" i czarny polar. Dziewczyna jeszcze raz zalotnie popatrzyła na Dżina, pocałowała Małego i wyszła z mieszkania. Mały przenosił wzrok, to na leżącego w przedpokoju brata, to na Dżina. Nie był zbyt zadowolony.
- Przepraszam Mały za brata, ale potknął się o moja nogę. Widocznie za dużo wypił. Ale nie martw się, nie zrobił sobie krzywdy. Zasnął.
-Mały wybuchnął śmiechem:
- Enrico chodź zobacz.
Z kuchni wyłonił się Enrico i dołączył się do rechotu Małego.
- Nieźle się musiał potknąć. - Enrico puścił oczko do Dżina.
- Kurwa on się zawsze gdzieś wpierdoli. - odezwał się Mały - A dobrze mu tak.
Zaczęli śmiać się we trzech. Głośno i radośnie. Jednak chwila radości nie trwa zbyt długo. Pod blokiem rozbrzmiał głośny sygnał radiowozu policyjnego. Słychać było kolejne syreny. Zapewne karetka. Mężczyźni podbiegli do okna w kuchni. Wyjrzeli na zewnątrz. Na dworze, przy klatce na włączonych "bombach" stał policyjny polonez, na osiedle wjeżdżała karetka. Ludzie zaczęli wychodzić na balkony i z klatek. Coś się działo, kolejna atrakcja i okazja do poplotkowania. Ilu z nich widziało całe zdarzenie, a ilu odważy się powiedzieć coś Policji. Czas pokaże.
- Zabierają ciało. - wyszeptał Enrico.
- Chowajmy się, - dodał Dżino - martwię się żeby nas nikt nie sypnął.
- Jeżeli ktoś sypnie, już po nim. - Mały wyciągnął z pochwy przy pasku długi, myśliwski nóż - Ściągnę takiemu skórę, ale zrobię to na żywca.
- Dobra, musimy się zamelinować na parę godzin - Dżino wyszedł do przedpokoju. Większego nie było widać już na podłodze. Wszedł do pokoju i usiadł na fotelu. Enrico i Mały zajęli miejsca na kanapie naprzeciwko niego.
- Czemu chciałeś się spotkać?
- Mam do was interes. -zaczął Dżino - Potrzebuję was do pewnej roboty w Warszawie.
Nie ma sprawy. Zaczynałem się już nudzić. - powiedział Mały.
- Jesteśmy z tobą do samego końca. Naszego lub twojego. - dorzucił Enrico.
Dżino uśmiechnął się. Enrico wiedział doskonale, że jego przyjaciel wychował się na "Psach" Pasikowskiego i cytat z ulubionego filmu bardzo mu się w tej chwili spodoba.
- Wiedziałem, że mogę na was liczyć. Zostaniecie za to wynagrodzeni. W nocy ruszamy.