1
Słodkie marzenie
Joanna
Listopadowy chłód przenikał mnie do kości. Szłam szybko, ciesząc się ze słabego światła latarni, które dawało mi nieco otuchy w ciemności. Rozsądek podpowiadał, że nic mi nie grozi na znajomych ulicach miasteczka, które mnie wychowało, ale wyobraźnia nieubłaganie podsuwała obrazy o dzikich psach czy nieznajomych mężczyznach ze złymi zamiarami. Gdyby ktoś mnie napadł, gdyby zatrzymał się obok jakiś samochód, a jego kierowca próbował wciągnąć mnie do środka, nikt by nie usłyszał mojego krzyku. A może usłyszałby, ale z pewnością nie zdążył z pomocą. Przecież był środek nocy. Wszyscy jeszcze głęboko spali. Dlatego całą drogę z domu do centrum niemal przebiegałam z gazem pieprzowym w dłoni.
Odetchnęłam, gdy minęłam trzy szkoły ustawione na kształt podkowy. Biała, szara i z czerwonej cegły. Pękały w szwach od wspomnień mojego dzieciństwa - beztroskiego czasu, którego nie byłam w stanie zapewnić swojemu własnemu dziecku. Ta świadomość bolała, dlatego odepchnęłam złe myśli i skręciłam za restauracją po mojej prawej stronie. Stanęłam przed budynkiem z apteką, sklepem mięsnym i cukiernią. Zagapiłam się na szyld tej ostatniej. "Słodkie marzenie" - moje własne miejsce, któremu oddałam cały swój pot i łzy. Kolejny raz nie mogłam uwierzyć, że jest prawdziwe.
Moja historia nie była prosta ani przyjemna. Rok wcześniej odeszłam od męża, z którym spędziłam jedenaście długich lat. Długich, zważywszy na to, jak wyglądał nasz związek. Minęło sporo czasu, zanim spadły mi klapki z oczu i dojrzałam jego prawdziwe oblicze. Później próbowałam przetrwać. Myślałam nie o sobie, a o synu, który potrzebował pełnej rodziny. Aż przyszedł moment, gdy zdałam sobie sprawę, że lepsze dla niego będzie życie w rozbitym niż toksycznym domu. Była to chwila, mała kropla, która przeważyła czarę i wszystko pękło. Pękłam ja, nie mogąc dłużej znieść upodleń ze strony Artura i jego rodziców. Bo czasem nie potrzeba przemocy fizycznej, by doprowadzić kogoś na skraj.
Tamten dzień pamiętam jak przez mgłę. Zbyt dużo emocji, jedynie przebłyski siebie, swojego suchego oświadczenia, że odchodzę i zabieram Tymka. Jego drwiący uśmiech i butne:
- A jedź sobie do mamusi. Proszę bardzo!
Spakowałam więc najpotrzebniejsze rzeczy, głównie te Tymona, wzięłam go za rękę i zadzwoniłam po siostrę. Prawdę mówiąc, nasza relacja była nadszarpnięta, ale miałam nadzieję, że mimo wszystko wyciągnie do mnie pomocną dłoń.
- Wyprowadzam się. Mogłabyś po nas przyjechać?
- Wreszcie - szepnęła z satysfakcją. - Czekaj, będę za kwadrans.
I przyjechała. Zastała mnie na mostku przed zamkniętą bramą nie mojego już domu, z Tymonem uczepionym nogi i stosem reklamówek po bokach. Wyszła z samochodu i mocno mnie przytuliła. Później rzuciła mordercze spojrzenie w stronę budynku, w którym mieszkałam kilka lat. Firanka poruszyła się, ale to był jedyny znak, że ktoś nas obserwuje.
Sąsiad zza płotu, starszy pan, z którym uwielbiałam ucinać sobie pogawędki i który zawsze dzielił się z Tymonem swoimi malinami, wyszedł, żeby nam pomóc wpakować torby do samochodu.
- Dobrze robisz, dziewczyno - powiedział mi na pożegnanie.
Skinęłam głową i już mnie nie było.
Mogłabym się założyć, że Artur był przekonany o moim szybkim powrocie. Twierdził, że nie wytrzymam bez niego zbyt długo. Zupełnie jakby był słońcem, a ja rośliną, która potrzebuje jego blasku do życia. Nic bardziej błędnego.
Bez niego odżyłam. Pod opieką rodziców nadrobiłam stracone przez stres kilogramy. W końcu wyglądałam jak człowiek, a nie wieszak na ubrania, który sprawia wrażenie, że jeszcze trochę, jeszcze jedna kurtka więcej, i albo się przewróci, albo po prostu złamie. Rodzina dała mi siłę. Wybaczyła te wszystkie lata, w trakcie których pozwoliłam Arturowi mnie od nich odsunąć. Przyjęli mnie z otwartymi ramionami, Tymona też. Oddali nam jeden pokój w mieszkaniu i pomogli podnieść się z kolan, a nawet stworzyć TO - "Słodkie marzenie".
Otworzyłam drzwi i zaświeciłam światło. Główne pomieszczenie nie było wielkie, ale wystarczało. Trzy stoliki nakryte ręcznie robionymi serwetami mojej mamy, by przekąsić coś na miejscu i napić się kawy, lada, długie witryny ze słodkościami, kilka lodówek na ciasta. Wszystko to w otoczeniu ciepłych kolorów, z dodatkiem żywych kwiatów i małego regału z książkami w rogu, z których klienci mogli korzystać do woli. Moje królestwo.
Przez chwilę napawałam się atmosferą tego miejsca i przeszłam na zaplecze. Tam czekała na mnie kuchnia. To tutaj spędzałam najwięcej czasu. Duża lodówka, obok niej drzwi do schowka, który pełnił rolę magazynu, dalej blaszany regał na wypieki, szafki, blaty, ogromny zlew, kuchenka, dwa duże piece i jeden mniejszy. Aż dziw brał, że wszystko tu pomieściłam. Niemniej, by praca była w miarę swobodna, w kuchni mogły przebywać góra dwie osoby i to jeszcze wyćwiczone w niewpadaniu na siebie. Na razie byłam jednak sama. Karolina, która mi pomagała, przychodziła później. Dlatego wstawałam w środku nocy, by ze wszystkim zdążyć. Dziś w planie miałam słodkie i słone bułeczki, muffinki, tartaletki i kilka ciast. Przebrałam się w małej klitce obok równie klaustrofobicznej toalety, włączyłam radio i wzięłam się do roboty.
Działałam jak dobrze naoliwiona maszyna. Kluczem była tu dobra organizacja pracy. Robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Wszystkie piekarniki były włączone, a dwa roboty kuchenne wypełniały pomieszczenie brzękiem. Po miesiącu sprawnie poruszałam się po kuchni, mogłam sięgać po produkty na ślepo, bo zawsze dbałam o to, by zajmowały stałe miejsca. Szukanie ich zabierałoby zbyt dużo czasu i rujnowało cały plan. Przecież wypieków było w bród, a ja musiałam zdążyć ze wszystkim do otwarcia, by "Słodkie marzenie" przywitało swoich klientów świeżymi, pachnącymi dziełami moich rąk.
Tonęłam w słodkim zapachu pyszności. Część już była w witrynach, część jeszcze się studziła na regałach, a ja kończyłam sprzątanie kuchni, by za kilka godzin do niej wrócić i pichcić dalej. Musiałam przygotować półprodukty na kolejny dzień i zrobić listę zakupów. Na tę chwilę jednak dochodziła siódma, przyszło mi więc otworzyć drzwi i czekać za ladą na pierwszych klientów. Liczyłam na to, że znajdą się osoby, które zapragną zabrać coś słodkiego do pracy lub szkoły.
Nie myliłam się. Przyszło kilka osób, które już wcześniej odwiedziły moją cukiernię, oraz parę nowych klientów zwabionych albo zapachem, albo poleceniem znajomych. Cieszyłam się z tego. Pracowałam od czterech tygodni i początkowo ludzie przychodzili z ciekawości - zupełnie naturalna sprawa. Całe szczęście sporo z nich kontynuowało odwiedziny, a klientów pojawiało się coraz więcej. W tym czasie trafiło mi się też kilka zamówień na torty, z czego płynęła podwójna radość, bo uwielbiałam je piec, a zwłaszcza ozdabiać. Nade wszystko cieszył mnie zachwyt w oczach odbiorców, co dostarczało prawdziwej satysfakcji.
Jednym słowem wszystko szło w dobrą stronę, a ja za jakiś czas będę mogła zatrudnić kolejną osobę, tym razem również do pomocy w kuchni. Karolina nie miała odpowiedniego doświadczenia, poza tym pracowała na pół etatu, a ja już wiem, że nie dam rady ciągle wypruwać sobie żył sześć dni w tygodniu przez okrągły rok. Dodatkowo obecna sytuacja powodowała ryzyko. Wystarczyłaby gorączka, a ja nie otworzyłabym cukierni, co oznaczałoby straty. Nie mogłam na to pozwolić. Jeszcze nie teraz.
Powinnam mieć zmienniczkę od początku, ale okazało się, że znalezienie odpowiedniej osoby wcale nie jest takie proste, jak mi się wydawało. Niech przykładem będzie jedna z zainteresowanych dziewczyn, która przyszła na rozmowę ze mną z brudem za paznokciami! Przypominam, że aplikowała na stanowisko cukiernika, gdzie higiena osobista miała spore znaczenie. Inny kandydat na przykład, tym razem młody chłopak zaraz po szkole, naopowiadał mi niesłychanych historii o swoim talencie, a na próbnym wypieku zrobił babkę piaskową z zakalcem, po czym zwalił winę na ustawienie piekarnika. Cóż... tym sposobem została mi Karolina, stara znajoma, która nie chciała dłużej siedzieć w domu, podczas gdy jej dzieci spędzały czas w szkole. Była do mojej dyspozycji cztery godziny od dziewiątej do trzynastej każdego dnia. Znałam ją, wiedziałam, że jest uczciwa i odpowiedzialna. Zatrudniłam ją z pocałowaniem ręki, a pomoc cukierniczą odłożyłam na później. Liczyłam, że przy drugim podejściu dopisze mi więcej szczęścia.
Rozległo się ćwierkanie ptaka, które zapowiedziało przybycie nowego klienta. Przywołałam na twarz serdeczny uśmiech i przywitałam się ze swoją byłą nauczycielką. Pani Rydzka dobiegała już pięćdziesiątki, ale zupełnie nie było tego po niej widać. Trzymała się świetnie, jak na nauczycielkę wychowania fizycznego przystało. Nieraz widziałam ją na rowerze albo podczas biegu, a od mojej mamy wiedziałam, że dwa razy w tygodniu prowadziła aerobik dla dorosłych. Im dłużej na nią patrzyłam, tym bardziej byłam przekonana, że stanowi żywy dowód na stwierdzenie "ruch to zdrowie".
- Dzień dobry, Joasiu. - Uśmiechnęła się do mnie czule.
- Dzień dobry, co mogę pani podać?
- A wiesz, jakoś tak się składa, że nie mam ręki do wypieków, a dzisiaj są moje urodziny i przydałoby się zanieść coś dobrego do pokoju nauczycielskiego - odpowiedziała wpatrzona w witryny.
- W takim razie najlepsze życzenia! Polecam bezę z malinami. Świetnie mi dzisiaj wyszła. Albo serniczek zebra. Sernik każdemu zasmakuje. - Puściłam do niej oczko w geście porozumienia.
- Może... Takie masz tutaj pyszności, że ciężko zdecydować. Jejku! Ale piękne te babeczki. Sama dekorowałaś?
Wyprostowałam się z dumą i wyciągnęłam dłonie w jej stronę.
- Wszystko to praca tych rąk.
- Oj, a Nowakowa to zawsze mówiła, że masz talent plastyczny. Skubana, nie pierwszy raz miała nosa. Ty wiesz, że Marta Kwiatkowska maluje? Całkiem ładnie, muszę przyznać. Znasz chyba? Ona w podobnym wieku do ciebie była.
Przytaknęłam, bo owszem, wiedziałam, o której z dziewczyn mówi nauczycielka.
- To dobrze, że się, dzieci, rozwijacie. Tak po latach człowiek na was spojrzy i chociaż wie, że w tej naszej pracy jakiś cel jednak jest - westchnęła. - No dobrze, bo już się zasiedziałam, a zaraz ósma dojdzie. Daj mi tego jabłecznika połowę i sernika. W klasykę pójdziemy.
- Bardzo proszę.
Zapakowałam ciasta do pudełek. Widniał na nich napis: "Słodkie marzenie", ale wydawał mi się nijaki. Ot, zwykła, czarna czcionka. Powinnam sprezentować sobie jakieś logo, którym ożywiłabym również nudny szyld. Cały interes otwierałam w pośpiechu, korzystając z okazji, że lokal był wolny. Właściwie pod wpływem impulsu i załamania spowodowanego przedłużającym się bezrobociem. Otwarcie cukierni było w zasadzie najbardziej szaloną rzeczą, jaką zrobiłam w życiu. Zawsze działam po gruntownym przemyśleniu sprawy, z konkretnym planem, tutaj poszłam na żywioł.
Cóż, jak na razie nie było źle, ale pewnie powinnam dopracować kilka rzeczy. Klienci jedli zmysłami - wbrew pozorom głównie wzrokiem i węchem. Wizualna część cukierni powinna być dopięta na ostatni guzik i zdecydowanie musiałam zatroszczyć się o porządne logo, a pani Rydzka niechcący podpowiedziała mi potencjalne rozwiązanie. Znacznie lepsze niż różowa babeczka na białym tle, która teraz widniała na zdjęciu profilowym facebookowej strony.
W drzwiach z nauczycielką minęli się moja mama z Tymkiem. Z przerażeniem wpatrzyłam się w deskorolkę pod jego pachą.
- Tylko mi nie mówcie, że on na tym jechał po chodniku. Mamo?! - Podparłam się pod boki i wpatrzyłam w czerwoną twarz mojej rodzicielki.
- Nie denerwuj się. Jechałem powolutku - bronił się mój syn.
- Powolutku - potwierdziła mama, choć po jej zadyszce śmiałam wątpić.
- Oboje jesteście całkiem nieodpowiedzialni. Nie dość, że jest piekielnie zimno, to ani byś się obejrzała, a mógł zjechać na ulicę i nieszczęście gotowe.
- Nie uprawiaj czarnowidztwa, córcia.
- Pewnie, zero skruchy. Czego ja się spodziewałam?
Mama sapnęła.
- Przestań już, przecież nic się nie stało.
Ostentacyjnie wywróciłam oczami.
- Bo macie więcej szczęścia niż rozumu. A ty, drogi panie, chyba nie wyobrażasz sobie zabrać tego ustrojstwa do szkoły, co?
Tymon spojrzał na mnie okrągłymi oczami. Oho, już wiedziałam, że będzie czegoś chciał.
- Nie, ale z babcią pomyśleliśmy, że ją przechowasz. Dziadek obiecał, że odbierze mnie od ciebie po szkole i pojedziemy do skateparku! - Na końcu aż podskoczył z podekscytowania.
- Oczywiście - sapnęłam. - Niech będzie. Tylko niech dziadek zabierze twój kask, bo chyba ktoś o nim zapomniał. - Posłałam kolejne karcące spojrzenie mamie, po czym zwróciłam się do syna: - Zanieś ją szybko do kanciapki, a ja spakuję ci coś na śniadanie. Słodko czy słono? - zapytałam, gdy przemykał obok mnie.
- Słono! - krzyknął już z zaplecza.
Spojrzałam na odpowiednią półkę witryny i wybrałam parówkę owiniętą serem i ciastem francuskim. Zapakowałam ją do papierowej torebki i nabiłam paragon. Usłyszałam parsknięcie zza kontuaru. Uniosłam brew i zerknęłam na mamę.
- Co?
- Nic, tylko skoro ty to wszystko robisz, to po jakiego czorta jeszcze na kasę nabijasz?
- Żeby się zgadzało. Nie wiadomo, kiedy kontrola przyjdzie, a powiem ci więcej: ja nie tylko nabiję na kasę, ale jeszcze zapłacę. O, popatrz!
Zamachałam jej przed nosem portfelem i umieściłam w kasie odliczoną gotówkę. Mama nadal kręciła na mnie głową i marudziła pod nosem, że pomieszało mi się w głowie. Była z innego pokolenia. W jej mniemaniu wiele rzeczy, a już szczególnie przepisów, dało się obejść. Kiedyś może rzeczywiście były bardziej wskazówkami, a nie szczegółowymi wytycznymi, lecz nie teraz. Z drugiej strony może przesadzałam, ale na początku przygody z firmą traktowałam wszystko śmiertelnie poważnie. Może gdybym miała jakieś znajomości, bałabym się mniej. Niestety, ja posiadałam tylko prawie byłego męża, który na każdym kroku robił mi na złość i podkładał nogę. Nie mogłam sobie pozwolić na wpadkę. Żadną.
Tymon wrócił z zaplecza w podskokach. Zapakowałam do jego plecaka torebkę ze śniadaniem i mocno go przytuliłam. Miał siedem lat, a ja cieszyłam się, że jeszcze pozwalał mi to robić. Od jakiegoś czasu dręczyła mnie ponura świadomość, że moment, gdy wzgardzi maminą czułością, zbliżał się wielkimi krokami.
- Miłego dnia w szkole, kotku. Kocham cię. - Pocałowałam go w czoło.
- Ja ciebie też, mamo. Do zobaczenia później!
Tymek złapał babcię za rękę, a ja pomachałam im na do widzenia.