1 Flakoniki łez
349 rok plagi
Mama dała mi na imię Darin.
Mama, Renna Bales, przywódczyni Potoku i najbliższa mi osoba, zapadła się pod ziemię, a ja zamierzałem zrobić wszystko, co w mojej mocy, by ją odzyskać.
Ojca nigdy nie poznałem. Zginął, zanim się urodziłem. Ratował świat. Możecie mi wierzyć, tak właśnie było. Każdy to potwierdzi, jeśli spytać go o Arlena Balesa. Wszyscy wiedzieli, że zszedł do Otchłani i poświęcił życie, żeby ocalić świat. Przejaw jego ostatniego czynu dał się ujrzeć na niebie w postaci wielkich płomiennych runów, o które rozbiła się fala demonicznej wojny, obracając otchłańce w proch. Mogą potwierdzić to również ci, którzy wtedy z nim byli. Mój ojciec-we-krwi. I moja mama.
Ja również przy tym byłem, w pewnym sensie. W brzuchu mamy. Mama twierdziła, że zaraz potem wypadłem na kamienną posadzkę wśród demoniego roju.
Przyszedłem na świat o kilka minut za późno, by poznać tatę. Minut czy lat, to i tak bez różnicy.
Zaczynałem jednak podejrzewać, że nie do końca było tak, jak opowiadali ludzie. Przecież świat nadal potrzebował ocalenia. A skoro mylili się co do tego, może również co do innych rzeczy? Moja ciocia Leesha, która potrafi przepowiadać przyszłość, rzuciła demonicznymi kośćmi umazanymi moją krwią, a dla pewności użyła magii. Jej proroctwo tylekroć odtwarzałem w myślach, że stało się częścią mnie.
"Ojciec czeka w ciemnych głębinach na powrót potomstwa".
To mogło oznaczać niejedno. Nie byłem na tyle głupi, by wierzyć w dosłowność przepowiedni. Ale to nie tak całkiem szalona myśl, że jakaś część taty nadal tam tkwiła, że utknęła w Otchłani niczym korek w butelce.
Prawda?
Ale jeśli tata być może jeszcze żył, to mama żyła z całą pewnością. Wiedziałem i to, że istota, która ją przetrzymuje, usiłuje utuczyć ją jak świniaka na ucztę weselną.
Dorastałem bez ojca. Obserwowałem innych chłopców i ich ojców i rozumiałem, że czegoś mi brak, jednak trudno odczuwać stratę kogoś, kogo nigdy się nie znało.
Za to mama zawsze była przy mnie. Karmiła mnie, uczyła, zapewniała bezpieczeństwo. Mama silna jak słońce.
Ale niedawno zaginęła. Zabrano mi ją. Nagle musiałem się sam o siebie zatroszczyć. Dobrze, że miałem pomoc, bo tak zupełnie sam mógłbym sobie nie dać rady. Od kiedy się urodziłem, ludzie usiłowali dopatrzyć się we mnie czegoś z mamy i taty, ale spotkawszy mnie, odchodzili rozczarowani.
A przecież zadbać musiałem nie tylko o siebie. Mama zajmowała się mną przez tyle lat, więc jakim byłbym synem, gdybym nie próbował jej odzyskać? Nawet gdyby to oznaczało zapuszczenie się do jaskini istoty, na którą Minstrele mają kilkanaście określeń, a każde straszniejsze od poprzedniego. Król demonów. Ojciec Zła.
Alagai Ka. Ten potwór zamierzał powołać do życia nową królową roju, a gdyby jego plan się powiódł...
Jeśli pozwoliłbym Alagai Ka przywrócić to, co było wcześniej, jeśli pozwoliłbym mu upaść mamę, żeby wyhodować królową, i zasiedlić rój nowym pokoleniem demonów, poświęcenie taty poszłoby na marne. I to wszystko po tym, jak ludzie posmakowali życia bez nich.
Oczywiście miałem świadomość, że zginę, próbując go powstrzymać. Ja z moimi piętnastoma zimami naprzeciwko króla demonów starszego niż góra. Posiadałem tylko odrobinę magii - w dodatku częściej wyzwalała się ona pod wpływem strachu niż w wyniku świadomej kontroli - Ojciec Zła zaś posługiwał się swoją mocą z taką łatwością, z jaką ja grałem na swojej fletni. Alagai Ka nie musiał się obawiać niczego, za to ja ciągle się czegoś bałem. Gdybym udał się do niego sam, pewnie zginąłbym, jeszcze zanim w ogóle spróbowałbym popsuć mu szyki.
Na szczęście nie byłem sam. Miałem przyjaciół, prawdziwych, a każdy był w czymś lepszy ode mnie.
Olive również posiadała magię - tkwiła w jej mięśniach i kościach. Pewnie mogłaby rzucić krową i przebić nią ścianę stodoły. Jej matkę również przetrzymywały demony, więc Olive była wkurzona.
Selen, choć nie tak silna jak Olive, na pewno była silniejsza ode mnie. I mądrzejsza. Bez niej chyba nie porwałbym się na wyprawę przez całą pustynię, żeby szukać Olive.
Z Arickiem i Rojvah nie łączyły mnie więzy krwi, ale byli dla mnie jak rodzina. Bliźnięta były rezolutne i pewne siebie - w przeciwieństwie do mnie. Arick, zbudowany niczym wystawowy buhaj, był według mnie najlepszym wojownikiem na świecie - poza Olive. Natomiast jeśli chodzi o Rojvah, talentem muzycznym nie dorastałem jej nawet do pięt. Potrafiła swoją grą przywabić demony - i ludzi - i rzucić na nich urok.
W pojedynkę nie zdołałbym ocalić naszych rodziców, ale wszyscy razem mieliśmy szansę.
Nie mogłem się doczekać, kiedy wyruszymy. Chciałbym mieć już za sobą ten pierwszy krok i gnać w stronę tego, co napawało mnie lękiem. Liczyłem, że siła rozpędu utrzyma mnie w ruchu, nawet gdy zdejmie mnie trwoga, i dzięki temu nie sprawię przyjaciołom zawodu.
Jednak przed wyruszeniem na poszukiwania musieliśmy załatwić parę spraw.
Pogrzeb nie różnił się wiele od nabożeństwa Siedmiodnia odprawianego w Potoku przez Opiekuna Harrala. Długie, głośne i monotonne modlitwy przetykane śpiewnymi recytacjami, a wszystko wciśnięte pomiędzy nudne kazania. Z tą różnicą, że w Pustynnej Włóczni ceremonia odbywała się w języku krasjańskim, a zamiast w małej kapliczce na Pagórku Bogginów przebywaliśmy w legendarnej Sharik Hora.
Bywałem już w wielkich świątyniach. W katedrze Wybawiciela w Zakątku. W Wielkiej Bibliotece i katedrze w Miln. Jednakże nawet nowa Sharik Hora w Lennie Everama - której widok zaparł mi dech w piersiach - bledła w porównaniu z oryginalną Sharik Hora, świątynią Kości Bohaterów w Forcie Krasja, czy jak zwali go miejscowi, Pustynnej Włóczni.
Świątynię przepełniała magia. Prastara i... uśpiona. Ale ja jako jedyny mogłem ją wyczuć.
Była inna niż ta, do której przywykłem. Niepodobna do magii kości demonów, którą posługiwała się ciocia Leesha, ani do surowej magii Otchłani, z której czerpała mama. Różniła się też od mojej, zrodzonej w mroku, i od tej przesycającej demony, która pochodziła z ciemnych głębin.
O tej porze, wczesnym rankiem, blask słońca wsączający się przez witraże wypełniał wnętrze kolorowym światłem. Słońce zazwyczaj wypalało magię, ale nie tutaj.
Niestety, ja nie byłem nań odporny, dlatego okutałem się materią na tyle, na ile pozwalał tutejszy zwyczaj, pozostawiając jedynie odkryte ręce oraz twarz. Mimo to promienie sprawiały mi ból, paliły, i to nie tylko w oczy. Oślepiały i przyprawiały o świąd oraz pieczenie. Magia zrodzona z nocy przylegała do mnie jak fetor, dopóki słońce nie zdzierało jej ze mnie, jakby szorowało mi skórę ostrą szczotką i polewało wrzątkiem.
Nocą Świątynia Bohaterów ożywała, jakby miała świadomość. Możliwe, że ją posiadała - ukształtowaną wygasającymi emocjami wojowników, którzy oddali życie w obronie ludzkości przed otchłańcami.
Ta... wola... emanowała z wybielonych, lśniących kości, którymi wyłożona była każda powierzchnia świątyni. Przypominała złoty blask widoczny jedynie dla tych, którzy sami posiadali magię.
Spod sufitu pustymi oczodołami spoglądały na nas setki czaszek, z których zrobiono olbrzymi kandelabr. Mogłem wyczuć każdą kość, nawet jeśli nie znałem jej nazwy. Ołtarz zbudowano z różnych kawałków, przypominał gigantyczną mozaikę wznoszącą się od podłogi do sufitu. Również misy i puchary z błogosławioną wodą wykonano z ludzkich czaszek.
Umieszczone w niszach murów szkielety wielkich kai, dowódców bitew z demonami, jak za życia dzierżyły tarcze i włócznie. Ławki uformowano z powiązanych, posklejanych długich kości nóg. Mimo trzech warstw tkaniny pomiędzy moimi pośladkami i siedziskiem czułem ich chropawą powierzchnię i uwierały mnie nierówności w miejscach stawów.
To wszystko budziło mój niepokój. A nawet trochę strach. Ale mimo to czułem się tu bezpiecznie. To było jedyne miejsce, którego demony nie mogły tknąć.
Ciężka woń kadzideł i substancji do preparowania ciał wyjątkowo mnie nie drażniła, ponieważ tłumiła odór ciał tysięcy wyznawców, mieszaninę woni perfum, potu i gliniastego pyłu wniesionego na sandałach.
Podobnie jak na mszach Siedmiodnia w Potoku, i tutaj mężczyźni i kobiety stali osobno, odpowiednio po prawej i po lewej stronie. To trochę staroświecki zwyczaj, który Wolne Miasta zarzuciły już lata temu, a zarazem jedna z wielu przyczyn, dla których unikałem nabożeństw, gdy tylko się dało. Czyli często.
Zgodnie z tym zwyczajem w Sharik Hora usadzono mnie z Olive, Arickiem i kilkoma setkami wojowników Sharum, Selen i Rojvah zaś gniotły się w tłumie kobiet po drugiej stronie głównej nawy.
Nie rozumiałem tego. Po co tak rozdzielać rodziny? No a Olive przecież mogłaby siedzieć po tej i po tamtej stronie? A może nie pasowałaby do żadnej?
Nie żeby odstawała. Nie to, co ja. Wszyscy w mojej ławce byli przynajmniej o dłoń wyżsi i o pięćdziesiąt funtów ciężsi ode mnie, i to nie biorąc pod uwagę zbrojnych szat, w których wyglądali na jeszcze większych. Do tego jako jedyny nie miałem na sobie ani czarnych szat, ani stroju krasjańskiego. Wyróżniałem się niczym owca w wilczej jamie.
Ale Selen też nie dało się nie zauważyć. Wyższa od większości mężczyzn, pośród kobiet górowała zdecydowanie. Silnie umięśnionej sylwetce masywności dodawał jeszcze pancerz. Podobnie jak ja odmówiła założenia krasjańskich szat, co w sumie miało swoje słabe strony. Rojvah w stroju kapłanki, którego nie znosiła, wtapiała się w otoczenie znacznie lepiej.
Ktoś zakaszlał, a ja drgnąłem tak gwałtownie, że Olive aż na mnie spojrzała.
- Wszystko w porządku, Darin? - zapytała tak cicho, że inni nie mogli jej słyszeć.
Moje zmysły działały inaczej niż u zwykłych ludzi. Mama zawsze mawiała, że mam nos ogara i uszy nietoperza. Słowa szeptane do Stwórcy były dla mnie tak głośne jak wrzaski w szynku.
To jeszcze nic. Słyszałem bijące serca wszystkich mężczyzn z mojego rzędu i czułem wibracje kości, z których zbudowane były ławki. Czułem również smaki herbaty i przyprawionego mięsa obecne w oddechach Sharum i wiedziałem, który z nich pokrzepił się przed ceremonią łyczkiem couzi. Brzęczenie muchy pod sufitem słyszałem tak wyraźnie, jakby siedziała mi w uchu. A gdybym zadarł głowę, mógłbym policzyć fasetki w jej oczach.
- Tak, tak - wymamrotałem i uspokojona Olive z powrotem pogrążyła się w zadumie. Ta strata złamała serca wszystkim, lecz Olive dotknęła szczególnie.
Czasami tak wyczulone zmysły się przydawały, ale częściej bywały kłopotliwe. Nienawidziłem tłumów, takich jak na tym nabożeństwie, jednak cóż, tak jak w Potoku, czasem nie dało się uniknąć wizyty w świątyni. Pozostawało mi zacisnąć zęby i jakoś przetrwać do końca.
Skoncentrowałem się na najgłośniejszym dźwięku. Z ambony przemawiał Damaji Aleveran, a jego głos dzięki przemyślnemu ustawieniu pulpitu niósł się zwielokrotniony po same krańce świątyni. Dzięki temu skupieniu uwagi udało mi się odciąć resztę przytłaczających mnie bodźców, obrazów, zapachów i dźwięków.
Nie przywiązywałem wielkiej wagi do sensu słów kapłana - ględził coś tam o tym, że wszystko dzieje się z woli Stwórcy - ale skierowałem na niego swoje wyczulone zmysły. Dowiedziałem się dzięki temu, jakim sposobem uzyskano tak nieskazitelną biel jego szat. Wychwyciłem nutę woni papieru i tuszu na palcach. Policzyłem zmarszczki na jego twarzy i wyczułem, ile ma lat, choć trzymał się lepiej niż większość mężczyzn w tym wieku. Wrażliwy węch powiedział mi, że Aleveran stosuje skromną dietę, a na dłoniach dojrzałem odciski. Pod warstwami szat kapłana falowały, ocierając się ze szmerem o tkaninę, wydatne mięśnie.
Serce Aleverana biło mocno i równo. To oraz jego zapach przekonały mnie, że wierzy w to, co mówi. Wierzył, że w Niebie mieszka Stwórca, że patrzy na nas z góry i że obchodzi go to, co robimy.
A nie każdy kapłan w to wierzył. Niektórzy nawet całkiem dobrze udawali, jednak mnie trudno było zwieść. Wybaczałem tym, którzy mieli wątpliwości, ale dobre intencje, lecz nie znosiłem tych, którzy celowo kłamali. Tym, którzy posiadali dar prawdziwej wiary, zazdrościłem. Chciałbym wierzyć, że nic nie dzieje się bez przyczyny. I że wszystko ostatecznie skończy się dobrze.
Ech, żeby to było takie proste.
Kiedy modlitwy i kazania dobiegły końca, uwaga obecnych przeniosła się na ciała leżące na marach przed ołtarzem. Dwóch książąt i księżniczki. Zgromadzeni w pierwszych rzędach duchowni wyszli z ławek i ustawili się po obu stronach ołtarza - mężczyźni z rady dama po prawej, dama'ting po lewej - i zaczęli odmawiać modły za zmarłych. Ciała innych poległych podczas Nowiu przekazano już kapłanom specjalizującym się w preparowaniu zwłok, aby wybielone kości bohaterów mogły zasilić moc tego miejsca. Selen uważała, że to barbarzyństwo, jednak moim zdaniem to piękne.
Nie codziennie świątynia miała okazję wzbogacić się o kości członka rodu królewskiego, a co dopiero trzech. Tym razem swoje kości oddali książę Chadan, wnuk Damaji Aleverana, książę Iraven, przyrodni brat Olive, i księżniczka Micha, jej przyrodnia siostra.
Tytuł księżniczki nie pasował mi do Michy - piastunki Olive, a jeszcze trudniej przychodziło mi myślenie o niej jako o wojowniczce. A jednak była jednym i drugim. Pamiętałem ją z dzieciństwa jako surowy, lecz kochający cień nieodstępujący Olive na krok, kiedy wraz z nią i z Selen ganialiśmy się po korytarzach zamku cioci Leeshy, niepomni niebezpieczeństw czyhających za runami. Micha zawsze była bardziej przyboczną strażniczką niż niańką, choć żadne z nas nie wiedziało, jaką naprawdę rolę pełni u boku Olive.
Mimo to ustawienie jej mar w jednym rzędzie wraz z książętami miało posmak skandalu. Od tysięcy lat w Sharik Hora nie umieszczono kości żadnej kobiety, jednak w obecnych czasach kości bohaterów były na wagę złota. Pustynna Włócznia stała się cieniem miasta z przeszłości, przedmieścia zostały zniszczone, a piaskowe demony nieustannie wzbijały burze na wydmach. Majah potrzebowali każdej ochrony, jaką mogli zdobyć.
Krasjanie często dopuszczali, by duma miała przemożny wpływ na ich decyzje, liczyłem jednak, że tym razem nie okażą się na tyle głupi, aby zrezygnować z kości potężnego bohatera tylko dlatego, że był kobietą. Wyczuwałem, że Olive się tym niepokoi, lecz nie mogłem nic na to poradzić.
Podobnie jak Micha, Olive była teraz zupełnie inna od tej rozpieszczonej księżniczki, z którą dorastałem w Zakątku. W Pustynnej Włóczni znano ją jako księcia Olive, sławetnego kai'Sharum, który uczynił takie spustoszenie w szeregach wroga, że liczby zabitych demonów mógłby mu pozazdrościć każdy starszy i bardziej doświadczony weteran.
Olive nie pachniała już też tak jak kiedyś. Przed przybyciem do Pustynnej Włóczni nie przeżyłaby jednego dnia bez kąpieli, prędzej wzięłaby dwie, niż którąś pominęła. Do każdej używała mydeł pachnących niczym mdlący opar kwitnącego ogrodu. Poza tym, kiedy tylko się osuszyła, nakładała na siebie całą masę mazideł, pudrów i perfum. Teraz pachniała jak mężczyzna nawet bardziej ode mnie - potem, kurzem i przyprawą hava. Było to tak różne od tego, co zapamiętałem, że w pierwszej chwili omal jej nie poznałem.
Omal, bo jednak pod tymi wszystkimi woniami nadal pachniała jak Olive, pierwsza przyjaciółka, jaką miałem w życiu. Magia przyspieszyła jej rozwój już w łonie matki, podobnie jak stało się to w moim przypadku. Oboje goniliśmy się już po pokojach na rok przed tym, jak Selen zaczęła stawiać pierwsze kroki. Nauczyłem się wyczuwać nastroje Olive, jeszcze zanim zacząłem mówić. Wiedziałem teraz, że przepełnia ją na równi żal i gniew. I trudno się dziwić. Straciła nieomal wszystko, a wcale nie musiało do tego dojść.
Ktoś, kto pachniał w ten sposób, powinien łkać rzewnie albo szaleć ze złości, lecz Olive panowała nad sobą przez wzgląd na szacunek należny zmarłym. W Krasji nie wypadało, by Sharum płakał lub kwestionował wolę Everama, gdy ten postanowił powołać jego braci do Nieba. Jeśli wierzyć w Niebo. Olive nie wierzyła, ale wiele się ostatnio zmieniło i sam już nie byłem pewien, czy jeszcze ją znam.
Siedzący po prawej Arick pachniał podobnie. Micha była nie tylko jego ciotką, ale też siostrą włóczni jego matki i prawdopodobnie pierwszą uznaną wojowniczką, która zaakceptowała Aricka takim, jakim był. Podobnie jak Olive, Arick obwiniał się za to, co stało się w demonich tunelach, choć żadne z nich nie przyczyniło się do tej tragedii.
W drugiej części świątyni emocji nie tylko się nie ukrywało, ale wręcz były mile widziane. Rojvah płakała otwarcie, choć raczej na pokaz niż z głębi serca. Jej łkania były odmierzone i odpowiednio głośne, aby okazać żal, nie zakłócając przy tym nabożeństwa i nie zostając w tyle z litaniami. No cóż, przecież prawie nie znała żadnego z poległych.
Jednak jej łzy były autentyczne. Nie miałem pojęcia, jak ta dziewczyna umiała płakać na zawołanie - i nie rozumiałem, po co w ogóle to robić - ale zapach jej łez był dla mnie wyraźny mimo warstwy malowideł i perfum, którą miała na sobie. Każdą kroplę, zanim ta spłynęła po policzku, rozmazując jej czernidło do oczu, łapała do flakonika na łzy.
Stojąca obok Rojvah Selen nie przepadała za makijażem ani nie była skłonna do płaczu, ale kochała Michę bardziej niż własną matkę. Mimo dzielącego nas tłumu wyczuwałem jej zapach. Znałem go jak swój własny. Cierpienie Selen było szczere, a ciche łzy zostawiały na jej policzkach lśniące ślady. Żałowałem, że nie mogę być blisko niej, żeby ją pocieszyć, choć może to i lepiej? Nie byłem w tym szczególnie dobry.
Mnie również było smutno, ale nigdy nie rozumiałem u ludzi tego całego opowiadania o uczuciach, które kryły się w ich zapachach. Mogło to wyglądać tak, że brak mi serca. Oczywiście mógłbym udawać, jak Rojvah, jednak to za bardzo przypominało mi kłamstwo.
Krasjanie nie mieli mi za złe tego, że nie okazuję uczuć. Traktowali mnie jak mężczyznę i wojownika, mimo że na wojownika nie wyglądałem. Sharum powinni akceptować zarówno smutek, jak i radość oraz umieć jedno i drugie odłożyć na bok.
Było to odrobinę pocieszające, skoro wszyscy w tej kościanej świątyni się na mnie gapili.
I nie, to nie żadne przechwałki, naprawdę tak było. Pewnie uważali, że robią to dyskretnie, ale co rusz zerkali na nasz rząd, udając, że wcale tego nie robią. Słyszałem ich poszeptywania. Plotkowali oczywiście o Olive i o reszcie, lecz głównie o mnie. Że jestem synem Par'china i tak dalej.
Mój ojciec, Arlen Bales, był słynny pośród Krasjan. Nawet w Nowej Krasji, postępowej, gdzie od piętnastu lat panował pokój, opinie na temat jego przydomku były podzielone. Tylko Stwórca wiedział, co oznaczał on dla Majah.
No cóż, mogło być gorzej. Przynajmniej nie plotkowali o tym, że urodziłem się w czeluściach, a w moich żyłach płynie krew demona, tak jak robili to Krasjanie z Północy. Tak czy owak, nie lubiłem być w centrum zainteresowania.
Przyszedłem do świątyni dla Olive, musiałem więc odgrywać swoją rolę. Nie byłem religijny, podobnie jak tata. Pisał o tym w swoich pamiętnikach. Podobno mamrotał pod nosem, powtarzając w kółko słowo "marmolada", żeby ludzie dostrzegli jego poruszające się usta i myśleli, że się modli. Mnie oczywiście by nie oszukał, ale inni nie słyszeli tak dobrze i nie widzieli tak wyraźnie jak ja, szczególnie jeśli jednocześnie pilnie udawali, że wcale nie patrzą.
- Chadan asu Maroch am'Majah - zagrzmiał Aleveran, a ja spojrzałem znów w stronę ołtarza. - Iraven asu Ahmann am'Jardir am'Majah. Micha vah Ahmann am'Jardir am'Kaji - recytował, przesuwając dłonią nad ciałami zmarłych. - Kto da świadectwo ich chwały?
W ławach zapanowało poruszenie, rozległy się szmery, a przecież wszystko zostało ustalone wcześniej. Wojownicy, którzy widzieli to, co działo się w tunelach, byli zgodni co do tego, kto powinien ich reprezentować.
Z rytmu serca czytałem jak z twarzy. Znałem dobrze echo równych uderzeń w piersi Olive, gdy odpoczywała, a także głośny łomot, gdy krew wrzała jej w żyłach. Tym razem jednak usłyszałem coś, co zdarzało się nieczęsto - szybki trzepot, jak u zająca ściganego przez ogara.
Ojciec Olive, podobnie jak mój, cieszył się w Pustynnej Włóczni sławą, choć niekoniecznie dobrą. Dawniej Majah wierzyli, że Ahmann Jardir jest głosem Everama. Wielu nadal w to wierzyło wbrew temu, co mówili ich przywódcy. Dlatego właśnie Damaji Aleveran oraz członkowie rady woleliby już nigdy nie usłyszeć jego imienia.
Jednak w przeciwieństwie do mnie Olive nigdy nie uciekała przed konfrontacją.