Cykl z komisarzem Jooną Linną (Tom 10). Lunatyk - Lars Kepler

Kup ebooka

43.90 zł
34.24 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Od autora Prolog Wprowadzenie 1 2 Przypisy Tylna okładka

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 7 8 9 10 11 12 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24

1

Listopadowe niebo, ciemne niczym żeliwo, zwiesza się nad centrum dzielnicy V?rberg. Dochodzi trzecia w nocy, ulice są opustoszałe.

Radiowóz toczy się powoli wzdłuż okratowanych okien salonu piękności.

Partnerzy, John Jakobsson i Einar Bofors, siedzą w milczeniu obok siebie. Przestali się do siebie odzywać prawie rok temu.

Milczą, jeśli nie muszą się komunikować.

Torba z resztkami fast foodu leży na podłodze u stóp Einara, a zapach smażeniny wypełnia wnętrze samochodu.

John wybija rytm na kierownicy i jak zwykle, wyglądając przez okno, myśli o swoim bladoszarym starszym bracie.

Zakurzone witryny z reklamami odbijają poświatę padającą od wejścia do metra. Śmieci, zeschłe liście i rozbite szkło leżą między betonowymi filarami arkady.

Pod budynkiem Stadsmission1 walają się puste puszki po farbie w spreju, foliowe torebki i spłaszczone kartonowe pudełka. Zatopieni we własnych myślach policjanci mijają parking i skręcają w prawo przy kościele etiopskim.

Duże płatki śniegu pojawiają się w świetle ulicznych latarni i opadają, wirując. Cała dzielnica zaczyna nagle wyglądać jak z baśni.

Dla Johna to jak nieproszony gość z czasów dzieciństwa.

Mlecznobiały odblask terminala komunikacyjnego Polman oświetla jego zaciśniętą w pięść dłoń. Einar wyjmuje puszkę ze snusem i w tym momencie słyszą wezwanie z centrali regionalnej.

Na campingu Bredäng trwa włamanie.

Einar odpowiada na wezwanie, a John skręca na tyły sklepu spożywczego, okrąża zielone kontenery recyklingu i z powrotem wyjeżdża na drogę.

- Camping jest zamknięty na zimę, a właściciel przebywa na Florydzie - informuje dyspozytor. - Ale kamery monitoringu ma podłączone do komórki i widzi, że w jednej z przyczep campingowych świeci się światło.

Bez syren czy błyskających lamp radiowóz przyspiesza na pustej drodze, mija rząd wysokich bloków i starą kotłownię.

Pióra wycieraczek zgarniają z szyby płatki śniegu.

Mężczyźni nie rozmawiają, ale obaj myślą o włamaniu to samo: pewnie ktoś próbuje nie zamarznąć na śmierć dziś w nocy - bezdomny, niemający dokumentów, narkoman albo ktoś chory psychicznie.

Zazwyczaj tak bywa.

Przejeżdżają obok hotelu Scandic i skręcają w Skärholmsvägen.

Niecałych pięć lat temu Johnowi udało się otworzyć zamek w drzwiach pokoju swojego starszego brata. Luke leżał na podłodze przy łóżku, miał sine usta. Staza z pożółkłej gumy zwisała luźno z jego ramienia, wacik ubrudzony kroplą krwi przyczepił się do T-shirtu z Nirvaną.

John nigdy nie zapomni źrenic szeroko otwartych oczu brata. Były nienaturalnie małe, jakby ktoś je namalował czubkiem igły od strzykawki.

Odkąd zaczął pracować w terenie, zawsze ma przy sobie trzy opakowania naloksonu - antidotum - choć środek ten nie wchodzi w skład wyposażenia. To nie jest coś, o czym John by rozmawiał, ale jak dotąd dzięki sprejowi do nosa uratował życie ośmiu osobom.

Mijają ciemne boisko do piłki nożnej, przejeżdżają przez teren przemysłowy i zagłębiają się w rezerwat przyrody Sätraskogen.

Kiedy parkują przed stalową bramą campingu, od chwili, w której odebrali wezwanie, minęło osiem minut.

Sklep, biuro i tajska restauracja są zamknięte po sezonie. Śnieżynki opadają bezszelestnie, lądując na wyasfaltowanym placu.

John i Einar w milczeniu wysiadają z radiowozu i przełażą przez bramę. Studiują mapę terenu, odnajdują pole G i ruszają w tamtym kierunku.

Rozległy camping jest dziwnie wymarły bez samochodów, namiotów i ludzi.

Policjanci przecinają pożółkły trawnik wzdłuż wydeptanych linii ścieżek i idą w stronę przyczep.

Po prawej widać wzgórza porosłe nagimi drzewami. Płatki śniegu tańczą wśród sterczących czarnych gałęzi.

Mężczyźni mijają nieduży plac zabaw i zlewnię ścieków, a potem zagłębiają się między zaparkowane, podparte przyczepy campingowe. Zmienia się akustyka - ściany wychwytują odgłos ich kroków i odbijają natarczywym echem.

W oknach jest ciemno, chorągiewki na wysokich antenach telewizyjnych obwisają smętnie, a maleńkie ogródki są puste.

John przypomina sobie swój lęk o brata w ciągu tego ostatniego roku, napady złości Luke'a, jego bezwzględność, tak jak wtedy, gdy John poprosił go o zwrot pożyczonych pieniędzy.

Już z daleka widzą światło zapalone w jednej z najdalej położonych przyczep. Kiedy podchodzą bliżej, zauważają, że pada ono z lampy stojącej w jednym z okien za zasłonką.

John zatrzymuje się i napełnia płuca chłodnym powietrzem, wyciąga służbową broń, podchodzi do metalowych schodków, puka energicznie i otwiera drzwi.

- Policja, wchodzimy! - woła bez przekonania.

Wkracza w mrok przyczepy i dostrzega na imitującym parkiet linoleum ciemne ślady stóp biegnące tam i z powrotem. W przejściu, w którym widać dwoje zamkniętych drzwi i ciasną łazienkę, zerka w prawo.

Wszędzie panują cisza i spokój.

Z pistoletem skierowanym w podłogę rusza w kierunku oświetlonego saloniku. Ściany i sufit poskrzypują z każdym jego krokiem.

Przed sobą widzi jedynie stół i cztery krzesła. Światło lampy stojącej w głębi odbija się słabo w porysowanych powierzchniach mebli.

John zamiera, słysząc głos kobiety dochodzący gdzieś z boku pomieszczenia, powtarzający żartobliwie:

- Odbierz, ogierze, odbierz... Odbierz, ogierze...

- Policja, wchodzę! - woła John. Czuje, jak włoski na ramionach unoszą się w reakcji na wyrzut adrenaliny.

- ...ogierze, odbierz... Odbierz, ogierze, odbierz... Odbie... - Kobieta urywa nagle.

John posuwa się do przodu z bronią wycelowaną przed siebie.

Nieruchome powietrze jest przesycone metalicznym zapachem przywodzącym na myśl wilgotny kamień szlifierski. Czuć wibracje podłogi pod ciężkimi krokami Einara, który wchodzi do przyczepy. John zatrzymuje się, oddycha z trudem przez nos, nasłuchuje, a potem robi krok w głąb kuchni, omiata lufą pomieszczenie i wydaje z siebie jęk.

Na blacie ze stali nierdzewnej leży ludzka noga z plastrem na kolanie i ze stopą w czarnej męskiej skarpetce. Mięśnie i ścięgna zostały przerąbane kilkunastoma niedbałymi uderzeniami siekiery.

Głowa kości udowej została wyrwana z panewki i lśni biało na tle ciemnoczerwonej tkanki.

- Co, kurwa...

Ściany, sufit i podłoga są obryzgane krwią. Na stoliku kawowym pomiędzy dwiema sztucznymi roślinami doniczkowymi znajdują się fragmenty głowy. Chociaż brakuje brody i szczęki, John widzi, że ofiarą jest mężczyzna o sterczących czarnych włosach z rozjaśnionymi końcówkami.

Krew pokrywa całą powierzchnię stolika i skapuje gęstymi kroplami do kałuży na podłodze.

Wyświetlacz leżącego na kanapie telefonu rozbłyskuje, pojawia się na nim imię "Anna" i jednocześnie odzywa się spersonalizowany sygnał połączenia:

- Odbierz, ogierze, odbierz... Odbierz, ogierze...

W drugiej części przyczepy Einar otwiera drzwi do dużej sypialni i oświetla wnętrze latarką. Na podwójnym łóżku widzi ludzki korpus bez kończyn. Powierzchnie cięcia są nierówne i niechlujne, z bladymi chrząstkami i ostrymi fragmentami kości.

Policjant wlepia wzrok w owłosiony brzuch poćwiartowanego mężczyzny, zwiotczały penis oraz muskularną, ozdobioną tatuażami pierś, szyję i dolną część głowy.

Materac przesiąkł krwią, ciało jest ciemne i lśniące. Einar się zatacza bombardowany wrażeniami.

Wciska sobie latarkę pod pachę i zasłania dłonią usta. Kiedy zapach keczupu na jego palcach miesza się z wonią świeżej krwi, mężczyzna czuje, jak przewraca mu się w brzuchu.

John słyszy niepewne kroki kolegi, zerka za siebie i widzi go wycofującego się z jednej z sypialni. Einar upuszcza latarkę na ziemię, usiłując niezdarnie odczepić radio sieci łączności operacyjnej Rakel, wypada z przyczepy i wymiotuje.

John rusza w jego kierunku, lecz nagle zastyga, nasłuchuje i czuje przebiegający mu po plecach dreszcz. Przez ściany słychać dziwnie rozluźniony i mechaniczny zarazem śmiech.

Może dociera z zewnątrz, myśli John. W tej samej chwili śmiech przechodzi w żałosne pojękiwanie i zaraz cichnie.

John z walącym sercem podchodzi do zamkniętych drzwi.

Uderza go irracjonalna myśl, że to jego brat Luke stoi tam - z sinymi wargami, ze zwężonymi źrenicami i z zakrwawioną maczetą opartą na ramieniu.

Na zewnątrz daje się słyszeć głos Einara, wzburzony i rozmawiający bez ładu i składu z Regionalną Centralą Dowodzenia.

John naciska klamkę, uchyla drzwi i celuje pistoletem w ciemność.

Na ścianie pod oknem z zasłoniętymi żaluzjami wisi grzejnik z wyciągniętą z gniazdka wtyczką. Biały przedni panel obryzgany jest krwią.

Zawiasy wydają z siebie ciche skrzypnięcie i nieruchomieją.

John wysuwa przed siebie rękę, otwiera drzwi na oścież i wchodzi do środka.

Na podłodze obok piętrowego łóżka leży na boku młody chłopak; pod głową, niczym poduszkę, ma odrąbaną rękę.

Jego blada twarz jest rozluźniona, oczy są zamknięte. Ma na sobie dżinsy, adidasy i ciemnozieloną bluzę. John zbliża się, żeby sprawdzić mu puls.

Na materacu dolnego łóżka dostrzega siekierę. Słychać wołanie Einara.

Gdy John się pochyla, podłoga skrzypi pod jego ciężarem.

Naraz chłopak, nie otwierając oczu, parska śmiechem. Zęby błyskają w zakrwawionej twarzy.

John odskakuje, szuka po omacku pistoletu, odbezpiecza go, ślizga się w kałuży krwi, uderza plecami w ścianę i oddaje strzał w podłogę.

Chłopak drga, siada, mruga i patrzy nic nierozumiejącym wzrokiem na Johna. Odgarnia grzywkę dłonią unurzaną w krwi i oblizuje usta.

- Gdzie ja jestem? Co się stało? - pyta z przestrachem w głosie.

WPROWADZENIE

Potężny statek kosmiczny Razor Crest szybuje bezszelestnie przez ciemność i ciszę. Mama uśmiecha się, patrząc na synka. Jego buzia wygląda blado w świetle księżyca padającym przez zasłonięte okno. Między brwiami pojawia się maleńka zmarszczka.

Brzuch i klatka piersiowa poruszają się równomiernie w rytm oddechu.

Po kąpieli, wieczornej kanapce i umyciu zębów dała mu piętnaście miligramów fenotiazyny, więc teraz mały śpi głęboko.

Kobieta wciąż czuje się nieswojo z tym, że Robert przyszedł, gdy chłopiec nie spał, i że nakłamała synowi, że to tylko kurier dostarczył materiały biurowe.

Soczewka elektronicznej niani zwrócona jest ku uśpionemu ciału chłopca.

W pokoju daje się odczuć leciutki ruch powietrza, mimo że wstaje bardzo ostrożnie. Podwieszony na żyłkach wielki statek kosmiczny z szarych klocków Lego zaczyna się kołysać.

Kobieta jak najciszej wymyka się na korytarz, dociska drzwi i już ma przekręcić klucz w zamku, kiedy słyszy, jak w środku coś spada na podłogę.

Wstrzymuje oddech, nasłuchuje.

Chłopiec śpi.

Z dużej sypialni dochodzą słabe dźwięki muzyki, chociaż prosiła Roberta, żeby był cicho. Zamyka drzwi na klucz, poprawia sukienkę i idzie korytarzem, mijając po drodze drzwi z szybą i schody na parter.

Robert siedzi w ciemności na krześle z podłokietnikami, w dłoni trzyma telefon i szepcze "przepraszam". Ona uśmiecha się mimowolnie, napotykając jego wzrok. Krótkie kręcone włosy, srebrna moneta na szyi, naga klatka piersiowa upodabniają go do młodego rzymskiego cesarza.

- Zasnął - mówi kobieta.

- Okej. To na co czekamy? - Mężczyzna się uśmiecha.

- Jeśli mnie pytasz, to na ciebie. Zawsze.

- Jestem, przyszedłem - oznajmia Robert, podnosząc się z krzesła.

Przyszedłeś, zobaczyłeś, zwyciężyłeś, myśli kobieta. Podchodzi do okna. Odchyla zasłony i nagle czuje w piersi falę przeszywającego lęku. Nad czubkami drzew wisi ogromny księżyc w pełni, cały w bliznach, srebrzystoszary. Na dole, na podjeździe, w cieniu klonu stoi rdzewiejący samochód Roberta.

- Czy kiedykolwiek wrócił wcześniej do domu? - pyta Robert.

- I tak się niepokoję - odpowiada kobieta i spogląda na niego.

- Daj spokój, zwinąłem butelkę bąbelków z...

- Czekaj. - Przerywa mu i unosi dłoń do ust.

- Co się stało?

- Nic... Zdałam sobie tylko sprawę, że niechcący przekręciłam klucz dwa razy.

- Jakie to ma znaczenie?

- To nic takiego, ale już tak mam... No wiesz, chcę mieć pewność, że mogę szybko do niego wejść, jeśli zajdzie potrzeba - wyjaśnia kobieta i wychodzi z sypialni.

Korytarz jest ciemny i chłodny.

Na podłodze przy ścianie stoi odkurzacz z kablem owiniętym dookoła korpusu.

Kobieta zatrzymuje się przed drzwiami pokoju syna i odruchowo zerka przez ramię. Robert stanął w wejściu do sypialni i pokazuje jej butelkę z różowym winem musującym, którą znalazł na dole w kuchni. Zawsze pełen zapału. Kobieta uśmiecha się, daje mu znak uniesionym kciukiem, a potem przekręca klucz w zamku w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara.

Słychać kliknięcie mechanizmu.

Zamierza przyłożyć ucho do drzwi, ale słyszy stłumione pyknięcie dochodzące z sypialni.

Robert czeka na nią w księżycowej poświacie, z dwoma pełnymi kieliszkami, a kiedy ona do niego podchodzi, podaje jej jeden, zaglądając głęboko w oczy.

Wznoszą toast, całują się i piją. Ich cienie niczym duchy prześlizgują się po starym kościelnym dzwonku wiszącym na ścianie nad podwójnym łóżkiem.

- Smaczne - mówi kobieta, siadając na brzegu łóżka.

Na monitorze widać spokojną buzię chłopca i równy rytm oddechu pod jasnoniebieską kołdrą. Z głośniczka dobiega szelest, kiedy mały przesuwa rączkę po prześcieradle.

Robert opróżnia kieliszek i stawia na komodzie obok butelki; podchodzi do kobiety, nachyla się i miękko całuje ją w usta.

Ona ostrożnie odstawia swoją lampkę na szafkę przy łóżku, opiera mu dłonie na biodrach i patrzy w górę, w jego wyraziste oczy.

- O czym myślisz? - pyta, nie mogąc ukryć uśmiechu.

- A jak sądzisz?

Spuszcza wzrok i widzi, że dżinsy Roberta zaczynają się napinać. Kilka razy muska wargami jego rozporek, aż mężczyzna całkiem sztywnieje i materiał rozciąga się, obnażając zamek błyskawiczny.

- Chodź do mnie - mówi kobieta z uśmiechem.

Przesuwa się wyżej na łóżku, zrzuca poduszkę, kładzie się na plecach i zerka na monitor. Twarz jej synka przypomina ołowiane jajo w zimnym świetle pełni księżyca. Robert rozpina dżinsy i zatacza się, próbując z nich wyjść. Wczołguje się na łóżko, całuje ją we wzgórek łonowy, ogrzewając ciepłem oddechu przez ubranie.

Kobieta czuje motyle w brzuchu, kiedy Robert wsuwa dłonie pod sukienkę, zdejmuje jej bieliznę i rozsuwa uda.

- Chodź - szepcze kobieta, spoglądając w stronę ciemnych drzwi.

Mężczyzna kładzie się na niej i z uśmiechem całuje jej usta. Gdy wślizguje się w nią powoli, kobieta wydaje ciche sapnięcie. Uda rozszerzają się pod naciskiem i przez jedną, niczym niezmąconą chwilę kobieta otacza go ze wszystkich stron.

Sutki, twardniejąc, napierają na gładką tkaninę biustonosza.

Robert wysuwa się i zaczyna poruszać się rytmicznie z narastającą intensywnością. Łóżko uderza o ścianę i nagle kościelny dzwonek odzywa się, podejmując takt.

Kobieta wyobraża sobie porzuconego chłopca, który idzie przez sosnowy las z krowim dzwonkiem na szyi.

Zerka na monitor, wypiera wszelkie myśli, zamyka oczy i odnajduje z powrotem drogę do rozkoszy. Jej piersi kołyszą się w rytm pchnięć, napina uda i dno miednicy, obejmuje falujące plecy, przybliża się i na kilka sekund rozluźnia z głębokim wydechem, po chwili spina mięśnie i przeżywa długi orgazm.

Stara się tłumić jęki, zgina palce u stóp, czuje pot występujący na czoło, a w oddali słyszy samochód parkujący nieopodal na ulicy.

Robert kontynuuje, ma przyspieszony oddech, pchnięcia są coraz silniejsze, aż w końcu z głuchym westchnieniem wytryska i opada na nią zdyszany.

Nasienie wypływa z jej wnętrza między pośladki.

Ich serca łomoczą, uderzając o siebie nawzajem.

Te uderzenia to odliczanie, myśli kobieta.

Leżą ciasno objęci, za chwilę dopiją wino i będą rozmawiać o wspólnej przyszłości.

Budzi się gwałtownie w ciemności na odgłos ciężkiego uderzenia.

Okno sypialni jest otwarte na oścież.

Rozlega się trzask, kiedy dachówka rozbija się na trawniku, a po chwili daje się słyszeć przeraźliwy krzyk.

PROLOG

Szarosrebrzyste światło sączące się przez deszczowe chmury połyskuje w niespokojnych kręgach na kałuży, okapie i w przepełnionej cynkowej balii.

Mama stoi w deszczu na wysypanym żwirem placu pomiędzy zardzewiałym samochodem dziadka a drewutnią. Jej jasne włosy ociekają wodą, biustonosz i dżinsy pociemniały od wilgoci.

Świeża krew napływa do ran, z których wypłukuje ją deszcz.

Dziś rano mama pocięła się na całym ciele, a potem cisnęła nóż na podłogę w sieni i wyszła boso na podwórze.

Chłopiec zagląda do przedpokoju i patrzy na zakrwawioną klamkę, wybrzuszenia tapet na ścianach, podłogę z desek i leżący na niej nóż oraz pustą butelkę po czystej stojącą pomiędzy żeglarskimi kaloszami taty.

Przez całą noc mama rozmawiała z kanistrem na benzynę w samochodzie i z siekierą w szopie, krzyczała na nie, a potem wznosiła ku niebu błagania do taty, żeby wrócił do domu.

Chłopiec wraca do swojego pokoju i spogląda na nią przez okno. Deszcz bębni coraz szybciej o blaszany dach i parapet.

Rynna jest pełna starych liści, przelewa się przez nią woda.

Stalowa linka w plastikowej otulinie na lewym nadgarstku chłopca biegnie wzdłuż poręczy przyśrubowanej do sufitu. Linka pozwala mu poruszać się swobodnie po pokoju. Chłopiec może leżeć w łóżku, stać w oknie albo siedzieć na podłodze, bawiąc się swoimi zabawkami.

Ma gumowego trolla o sterczących niczym płomienie pomarańczowych włosach, Różową Panterę z giętkiego tworzywa i amerykańskie auto policyjne, które przez pierwszy tydzień migało na niebiesko.

Kiedy jest przypięty do linki, może wyjść do przedpokoju i do łazienki, ale do drzwi wejściowych już nie. Jeśli wyciągnie rękę i napręży linkę tak, że nadgarstek aż piecze, a pacha się napina, to jest w stanie zajrzeć do kuchni z powyłamywaną podłogą.

Mama przynosi z szopy siekierę, wychodzi znowu na deszcz i staje ze zwieszoną głową przy stercie opon i zardzewiałych silników.

Poświata od wielkiego neonowego szyldu informującego o naprawie traktorów sprawia, że krople deszczu za jej plecami lśnią. Mama unosi brodę, obraca się powoli, wskazuje na niego, stojącego w oknie, i rusza długimi krokami w stronę domu.