3
Odłamki szkła na wykładzinie pokoju hotelowego chrzęszczą pod butami Joony Linny.
Mężczyzna o pomarszczonej twarzy ma złamany kark; wisi na sznurze, kołysząc się w oknie. Lina poskrzypuje miarowo.
Koszula na jego piersi jest ciemna od krwi, która wypłynęła z rany od pętli wrzynającej się głęboko w skórę.
Szklane okruchy spadają z brzękiem na parapet.
Ostatni szept mężczyzny odbija się echem w głowie Joony.
Słowa wiją się w jego duszy niczym wąż, nie znajdując ani miejsca, ani wyjścia.
Joona wie, że wisielec nie żyje, że kręgosłup szyjny został przerwany, ale mimo to musi zbadać jego puls.
Ostrożnie wyciąga dłoń, kiedy nagle rozbrzmiewa dzwonek telefonu.
Joona otwiera oczy, sięga po telefon do nocnego stolika i odbiera, zanim usłyszy drugi sygnał.
- Przepraszam, że dzwonię tak późno - odzywa się męski głos w słuchawce.
Joona wstaje z łóżka, ale widzi, że Valeria unosi już zaspane powieki, więc gładzi ją po policzku i wychodzi z telefonem do kuchni.
- O co chodzi? - pyta cicho.
- Mówi Valid Mohammed z policji, Sztokholm Południe... No więc o wpół do pierwszej w nocy w centrum powiadamiania ratunkowego odebrano telefon od żony Margot Silverman, Johanny... Margot pojechała koło dziewiątej wieczorem do klubu jeździeckiego niedaleko Gustavsbergu na Värmdö i już dawno powinna być w domu. Johanna nie mogła zostawić dzieci samych, ale martwiła się, że Margot miała wypadek, czy coś, więc wysłano tam samochód... I właśnie przed chwilą koledzy zaraportowali... Nie znaleźli Margot, ale podobno na podłodze jest masa krwi, w środku, w stajni... Sam nie wiem, pomyślałem, że chciałbyś wiedzieć.
- Dziękuję, jadę tam natychmiast - odpowiada Joona. - Czy możesz dopilnować, żeby nikt niczego nie dotykał? To ważne. Poproś kolegów, żeby nie ruszali się z miejsca, dopóki się tam nie zjawię. Przejmuję sprawę i przywiozę swojego technika.
Rozłącza się, od razu dzwoni do swojego starego przyjaciela Erixona i streszcza mu sytuację.
Jest pięć po drugiej.
Radiowóz patrolu przyjechał na miejsce czterdzieści pięć minut temu.
Minęło dziewięćdziesiąt pięć minut od chwili, w której Johanna zadzwoniła pod numer sto dwanaście.
Blokada dróg nie ma sensu. Można tylko zbadać dokładnie miejsce zdarzenia i spróbować się dowiedzieć, co się wydarzyło.
- No dobrze - szepcze Erixon.
- Wiem, że masz problem z plecami, ale...
- To nic takiego.
- Potrzebuję najlepszego technika, jakiego mamy - tłumaczy Joona.
- Tyle że nie odebrał telefonu o tej porze, więc zadzwoniłeś do mnie? - żartuje Erixon, maskując niepokój.
Umawiają się przed wjazdem na teren klubu jeździeckiego. Joona wraca do sypialni i zaczyna się ubierać. Valeria w cienkiej nocnej koszuli wstaje z łóżka i owija się rozpinanym swetrem.
- Co się dzieje? - pyta.
Joona zakłada zegarek, który dostał od swojej córki Lumi. Wybrała go, bo tarcza przypominała jej szare oczy ojca.
- Telefon z pracy - odpowiada, zapinając spodnie. - Muszę jechać, chodzi o...
Milknie, a Valeria napotyka jego wzrok.
- O kogoś, kogo znasz - stwierdza.
- Tak. Margot nie wróciła do domu z jazdy konnej. - Joona wkłada koszulę.
- Co mówią policjanci na miejscu?
- Znaleźli jej auto, a w stajni jest krew.
- O Boże...
- Wiem.
Joona szybkim krokiem podchodzi do szafki na broń, wstukuje kod i wyjmuje swojego colta combata. Przewiesza kaburę przez ramię i w drodze do przedpokoju zapina paski. Valeria idzie za nim, całuje go przelotnie na pożegnanie i zamyka starannie drzwi. Joona rusza biegiem do windy.
Czekając, aż brama garażu się rozsunie, Joona myśli o Margot i ich pierwszym spotkaniu. Była wtedy w zaawansowanej ciąży, właśnie otrzymała awans na stanowisko komisarza i dopuściła Joonę do swojego śledztwa, mimo że nie pracował wtedy w policji.
Wyjeżdża rampą na wąską uliczkę na tyłach domu, skręca w lewo w Sveavägen i rozpędza się w kierunku Klaratunneln.
O tej porze prawie nie ma ruchu.
Zostawia za sobą Sztokholm. Za oknami samochodu przesuwają się wieżowce i oświetlone centra handlowe, dalej budynki przemysłowe, osiedla willowe i w końcu niesamowite mosty nad cieśninami i zatokami.
Joona Linna jest komisarzem w Narodowym Wydziale Operacyjnym. Rozwiązał więcej skomplikowanych spraw zabójstw niż jakikolwiek inny policjant z północnej części Europy. Od sześciu lat jest w związku z Valerią de Castro i ma dorosłą córkę z pierwszego małżeństwa.
Dwa radiowozy stoją po obu stronach drogi dojazdowej do klubu jeździeckiego.
Niebieskie światło omiata drzewa i asfalt, co przypomina wodę zalewającą brzeg w silnych podmuchach wiatru.
Furgonetka Erixona jest zaparkowana po drugiej stronie drogi. Technik mieszka w Gustavsbergu, zaledwie pięć minut jazdy od stajni.
Joona zatrzymuje się na poboczu, podchodzi i wita się z policjantami, prosząc przy okazji o odgrodzenie wjazdu.
Nocne powietrze jest chłodne.
Wszystko spowijają cisza i mrok. W okolicy nie ma innych zabudowań oprócz tych na terenie klubu - tylko las i łąki.
Potężne ciało Erixona porusza się w świetle reflektorów furgonetki.
Mężczyzna stoi przy śladach opon i wypełnia każdy z odcisków płynnym gipsem, starając się skompletować odlew całego koła.
- Miejmy nadzieję, że to jakaś pomyłka - mówi cichym głosem.
- Oby - zgadza się Joona.
Wsiadają do samochodu Erixona i przejeżdżają ostatni krótki odcinek do samej stajni. Światła furgonetki otwierają w ciemności tunel z białych drzew i porastających łąkę traw.
Żwir chrzęści pod oponami.
Mijają pastwiska wyposażone w podajniki paszy, wydeptany padok, a po chwili ich oczom ukazuje się stojące na parkingu auto Margot.
Erixon skręca i zatrzymuje się obok citroëna.
Nadal jeszcze nie da się niczego stwierdzić na pewno. Wkładają jednorazowe kombinezony, podchodzą do samochodu, fotografują go i świecą latarką przez szyby.
Snop światła rozjaśnia szkło, a potem wpada do środka: widać kierownicę, fotele, puszkę napoju energetycznego, papierki po słodyczach i grubą teczkę z NWO.
Ruszają w kierunku stajni.
Reflektory policyjnego samochodu, który jako pierwszy przyjechał na miejsce, oświetlają traktor i gęste pokrzywy na tle brunatnoczerwonej ściany.
Trzy kawki kłócą się zawzięcie nad kępą drzew.
Erixon fotografuje, pryska utrwalaczem w każdy ślad butów i opon, oznacza je numerami i robi zapiski w służbowym notesie.
Umundurowany funkcjonariusz stoi nieruchomo przy otwartym bagażniku, w którym świeci się lampka; w rękach trzyma rolkę taśmy odgradzającej.
- Gdzie twój partner? - pyta Joona.
- W środku, w stajni - odpowiada policjant i zmęczonym gestem wskazuje wejście.
- Nie ruszaj się. - Erixon zaczyna zabezpieczać ślady wokół niego.
Joona wie, że truizmem jest powiedzenie "To, co najbardziej prawdopodobne, zazwyczaj jest prawdziwe", ale i tak czasem musi sobie o tym przypominać, kiedy do logiki zakrada się nadzieja.
Jeszcze nie dopuszcza do siebie myśli, że zapewne będzie zmuszony pojechać do Johanny i dzieci, aby powiedzieć im, że Margot nie żyje.
Razem z Erixonem zbliżają się do stajni, ostrożnie stawiając kroki.
Oświetlenie fasady jest wyłączone, ale w poświacie, która wydobywa się przez szpary wokół drzwi, widać, że ziemia została zamieciona.
- Możesz zaświecić podczerwienią? - prosi Joona.
- Cóż, chyba już czas - wzdycha Erixon.
Idzie do furgonetki i przyciąga sprzęt na wózku transportowym, rozpakowuje lampę i ją włącza.
- Jezu...
W niewidzialnym świetle żwir przed drzwiami blaknie, podczas gdy krew zarysowuje się wyraźnie czarnymi nitkowatymi skupiskami.
Mimo że ziemia została zamieciona, widać duże ilości krwi ciągnące się prosto od wejścia. Ślad urywa się dwa metry dalej.
Erixon robi zdjęcia, a potem nabiera trochę poplamionych kamyczków z pięciu różnych punktów i wsypuje je do oddzielnych kartonowych pudełeczek.
- Muszę tam wejść - mówi Joona.
Technik podchodzi do stajni, szuka śladów palców na klamce, po obu stronach drzwi, na framudze i ścianie obok.
- Mój mentor zawsze zakładał na buty gumki, ale ja tam nie oszczędzam na podkładkach do chodzenia - stwierdza, zdzierając folię z nowej paczki.
Otwiera drzwi i z sapnięciem umieszcza pierwszą podkładkę na progu, a potem naciąga ochraniacze na buty.
Joona wchodzi za nim do stajni.
Kraty w wejściach do boksów połyskują w żółtym świetle lampy sufitowej. Drugi z policjantów stoi nieruchomo przed siodlarnią.
Pośrodku w przejściu na betonowej podłodze widać wielką kałużę krwi - ciągnie się od niej długi ślad do miejsca, w którym zamieciono podłogę.
Równoległe krwawe linie pozostawione przez włosie szczotki biegną aż do samych drzwi.
Sprawca szedł tyłem i zacierał swoje ślady.
- Joona Linna - odzywa się policjant. - Nie sądziłem, że istniejesz naprawdę, ale pomyślałem... że może lepiej nie będę się ruszał, w razie gdybyś jednak istniał...
- Dziękuję.
Podczas gdy Erixon rozmieszcza podkładki na podłodze, Joona przygląda się miejscu zdarzenia.
Wszystkie konie drzemią w swoich boksach - poza czarnym wałachem, który kręci się niespokojnie na stanowisku do mycia.
Sprawca nie próbował ukryć swojej zbrodni, myśli Joona. Chciał tylko zetrzeć z podłoża ślady własnych butów.
Erixon oświetla podłogę silnym niskim światłem, ale wszystkie ślady stóp zostały zatarte. Wzdycha, próbuje pod innym kątem, a potem się poddaje.
- Tu nic nie ma... a klamka została wyczyszczona - oznajmia.
Joona podchodzi do niego po podkładkach.
Większa część kałuży krwi zdążyła zaschnąć, ale na środku wciąż jeszcze widać śluzowaty koagulat.
Nie ma wytrysków krwi ani większych rozbryzgów.
Margot postrzelono z broni jednoręcznej - pistoletu z dość małą prędkością wylotową. Użyto naboju z wgłębieniem wierzchołkowym, ponieważ pozostał w jej ciele.
Erixon zwilża wymazówkę za wymazówką roztworem chlorku sodu, zbiera zaschniętą krew i pakuje do woreczków służących do zabezpieczania śladów biologicznych.
Joona powoli idzie naprzód, skupiając wzrok, czując, jak przenikają go cienie, które pozostawiły po sobie te ślady.
Krwi jest dużo; niełatwo stwierdzić, jak długo Margot tu leżała, ale kiedy ciągnięto ją po podłodze, krew płynęła i nie zaczęła jeszcze krzepnąć.
Czarne koryto na paszę stoi krzywo, a na podłodze widać dziesięciocentymetrowy ślad zeskrobanego plastiku.
- Co myślisz? - pyta Erixon, podążając za spojrzeniem Joony.
- Możesz prysnąć bluestarem dookoła największej plamy?
Erixon przynosi butelkę i zrasza wszystkie powierzchnie, na których nie ma widocznych śladów krwi.
Substancje chemiczne zawarte w spreju wywołują chwilową luminescencję krwi. Każda najmniejsza kropla zaczyna lśnić lodowatoniebieskim blaskiem.
Joona stoi w bezruchu, próbuje z większą dokładnością zinterpretować miejsce zbrodni, teraz kiedy cała krew została uwidoczniona.
Rejestruje kształt każdej kropli w odniesieniu do podłoża i siły grawitacji.
Trzydzieści pięć centymetrów od kałuży krwi połyskuje kilka bladych plam.
Joona podchodzi do nich po rozłożonych na ziemi podkładkach i pochyla się nad nimi.
Wśród połyskujących zimno plam na betonie znajduje ślad różowej szminki.
Upadając, Margot uderzyła mocno twarzą o podłogę.
Erixon fotografuje, a Joona przechodzi na drugą stronę, nachyla się i przygląda rzędowi sześciu świecących kropli krwi na prawo od kałuży.
Krew ma większe napięcie powierzchniowe niż woda, dlatego krople, które spadają na mniej więcej gładką powierzchnię, nie rozpryskują się, tylko zachowują równe brzegi, dokładnie tak jak ta seria na polerowanym betonie podłogi.
Pierwszych pięć kropli jest zaostrzonych z jednej strony w wyniku działania energii kinetycznej skierowanej w prawo, podczas gdy ostatnia ma okrągły kształt.
- Poszukaj w tych kroplach śladów prochu. - Joona wskazuje na ślady.
- Tego jeszcze nie było, ale jasne, czemu nie - odpowiada Erixon.
- Sprawca jest praworęczny. Przyłożył do jej pleców wylot lufy, wystrzelił i kiedy upadała, nie oderwał od razu ręki. Potem odsunął broń, o tak, w bok, dość wolnym ruchem, zanim znieruchomiał.
- Sądzisz, że te krople spadły z lufy pistoletu?
- Margot upadła na twarz, z kulą wewnątrz ciała, uderzyła o podłogę, rozbijając przy tym wargi.
- Nie wiemy, czy to krew Margot - zauważa Erixon.
- To jej szminka.
- Jesteś pewien?
- Jestem pewien odcienia.
- Przykro mi to słyszeć - mamrocze Erixon.
- Tak. Margot jeszcze żyła, bo usiłowała się przytrzymać tego pojemnika.
- Spróbuję z czernią amidową.
- Sprawca wyciągnął ją stąd żywą za nogi, wpakował do samochodu, odjechał kawałek, wrócił do stajni i zatarł ślady: powycierał klamkę i drzwi, zamiótł podwórze aż do samochodu, wreszcie zabrał ze sobą miotłę i pojechał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki