2
Jenny Lind leży w małej smołowanej drewnianej łódce na ciemnym jeziorze. Dno trzeszczy w rytm kołysania fal.
Ze snu budzą ją mdłości.
Podłoga się chwieje.
Bolą ją ramiona, nadgarstki palą z bólu.
Domyśla się, że jest w ciężarówce.
Została spętana, usta ma zaklejone. Leży na boku, na podłodze, z rękami związanymi nad głową.
Ma problemy ze wzrokiem - tak jakby oczy wciąż spały.
Pojedyncze promienie słońca przebijają się przez brezent.
Jenny mruga, jej pole widzenia się kurczy.
Ma potworne mdłości i pulsujący ból głowy.
Potężne opony dudnią o asfalt.
Jej ręce są przypięte opaskami zaciskowymi do stalowej ramy plandeki.
Jenny usiłuje zrozumieć, co się stało. Ktoś powalił ją jednym ciosem na ziemię, a potem przyłożył jej zimną szmatkę do ust i nosa.
Zalewa ją fala lęku.
Spogląda w dół i widzi, że sukienka podjechała jej do pasa, ale wciąż ma na sobie rajstopy.
Ciężarówka mknie po prostej drodze, silnik pracuje na równych obrotach.
Jenny desperacko szuka racjonalnego wyjaśnienia, przyczyny nieporozumienia, ale w zasadzie już wie, co się dzieje. Jedynym wytłumaczeniem jest to, że znalazła się w sytuacji, której ludzie boją się najbardziej w świecie, którą oglądali w thrillerach, ale która nie ma prawa się wydarzyć w prawdziwym życiu.
Zostawiła rower pod szkołą i poszła piechotą, udając, że nie zauważyła podążającej za nią Eleonor, kiedy ciężarówka skręciła w jej stronę i wjechała na drogę dla pieszych.
Cios w twarz był tak niespodziewany, że nie zdążyła zareagować, a zanim podniosła się z ziemi, poczuła na twarzy mokry materiał.
Nie ma pojęcia, jak długo była nieprzytomna.
Ręce ma zimne z niedokrwienia.
W głowie jej się kręci, zdolność widzenia całkiem zanika, ale po chwili powraca.
Jenny opiera policzek o podłogę.
Stara się oddychać spokojnie, nie wolno jej zwymiotować, dopóki usta ma zaklejone taśmą.
Ususzony rybi łeb zaklinował się w szparze klapy. Powietrze w przyczepie przesycone jest słodkawym odorem.
Jenny raz jeszcze podnosi głowę, mruga i widzi metalową szafkę zamkniętą na kłódkę, a z samego przodu dwa plastikowe koryta. Są przymocowane grubymi taśmami, a podłoga dookoła nich jest mokra.
Dziewczyna próbuje sobie przypomnieć, co kobiety ocalałe z rąk seryjnych morderców mówiły o opieraniu się czy o nawiązywaniu więzi poprzez rozmowę o orchideach.
Krzyk przez taśmę na ustach nie ma sensu, nikt by jej nie usłyszał, może poza kierowcą.
Przeciwnie, musi być cicho, lepiej, żeby nie wiedział, że odzyskała przytomność.
Podsuwa się do góry, napina mięśnie i unosi głowę ku dłoniom.
Przyczepa się chwieje, a Jenny wszystko przewraca się w żołądku.
Do usta napływają wymiociny.
Mięśnie drżą.
Plastikowe opaski wrzynają się w skórę.
Zdrętwiałymi palcami chwyta brzeg taśmy i zrywa ją z ust. Spluwa, opada znów na bok i kaszle, starając się robić to jak najciszej.
Jej wzrok wciąż jeszcze jest pod wpływem środka ze szmatki.
Kiedy Jenny spogląda na stalową konstrukcję utrzymującą plandekę, ma wrażenie, jakby patrzyła przez jutowy worek.
Każdy słupek biegnie pionowo do sufitu, tam zgina się o dziewięćdziesiąt stopni, przecina sufit i znów gnie się w dół, by dotrzeć do podłogi po drugiej stronie przyczepy.
Coś w rodzaju więźby dachowej połączonej poziomymi listwami po bokach.
Jenny mruga, próbując wyostrzyć spojrzenie, i zauważa, że po przeciwległej stronie przyczepy brakuje listewek - brezent stabilizują tam wszyte w pięciu rzędach deski.
Domyśla się, że chodzi o możliwość podwinięcia plandeki przy załadunku.
Jeśli uda jej się przesunąć związane dłonie wzdłuż stalowego łuku pod sufit i na dół po przeciwległej stronie, to może zdoła otworzyć plandekę i zawołać o pomoc albo zwrócić uwagę innego kierowcy.
Próbuje przeciągnąć trytytkę w górę słupka, ale od razu utyka.
Skóra pali od ostrego plastiku.
Ciężarówka zmienia pas ruchu, Jenny traci równowagę i wali skronią w konstrukcję.
Znowu siada, przełyka kilka razy ślinę i myśli o poranku, o stole nakrytym do śniadania, z grzankami i marmoladą. Mama zaczęła opowiadać o swojej ciotce, która poprzedniego dnia miała wszczepiane cztery stenty w naczynia wieńcowe.
Telefon Jenny leżał na stole obok kubka z herbatą. Nie miała włączonego dźwięku, ale i tak wzrok przyciągały wiadomości pojawiające się na wyświetlaczu.
Tata się wściekł, bo odebrał to jako lekceważenie, uznał, że wlepiała oczy w komórkę, a ją oburzyło takie niesprawiedliwe stwierdzenie.
- Dlaczego cały czas się mnie czepiasz? Co takiego zrobiłam? Jesteś niezadowolony ze swojego życia, i tyle! - wykrzyczała i wyszła z kuchni.
Podłoga się przechyla, ciężarówka zwalnia, zmienia bieg pod górkę.
Światło słoneczne raz po raz wpada do środka przez plandekę, rozświetlając brudną podłogę.
Wśród grud błota i czarnych liści leży przedni ząb.
Jenny czuje przypływ adrenaliny.
Rozbieganym wzrokiem omiata wnętrze przyczepy.
Jakiś metr od miejsca, w którym siedzi, dostrzega dwa złamane paznokcie pomalowane czerwonym lakierem. Na jednym ze słupków widać ślady spływającej krwi, ze śruby w klapie zwisa kilka wyrwanych włosów.
- Dobry Boże, Boże, Boże, Boże - bełkocze Jenny, podnosząc się na klęczki.
Nie rusza się, odciąża opaskę spinającą dłonie, czuje, jak na nowo, tysiącami drobnych ukłuć krew napływa do palców.
Cała się trzęsie, próbuje znowu się podciągnąć, ale trytytka uwięzła.
- Dam radę - szepcze.
Musi zapanować nad myślami, nie wolno ulec panice.
Delikatnie obraca dłońmi, pociąga w bok i zauważa, że da się przesuwać naprzód wzdłuż najniżej położonej poprzeczki.
Oddycha zdecydowanie za szybko, prześlizgując się przez nierówności, i dociera do przodu przyczepy, obiema rękami chwyta listwę i ciągnie, ale listwa jest przyspawana do ostatniego słupka i ani drgnie.
Dziewczyna zerka na metalową szafkę - kłódka jest otwarta i dynda na pałąku.
Ponownie napływają mdłości, ale Jenny nie ma czasu, żeby je przeczekać, droga w każdej chwili może się skończyć.
Odchyla się, jak może najbardziej, wyciąga ramiona, napina je maksymalnie i sięga ustami do kłódki. Podnosi ją ostrożnie, chwyta, a potem klęka i upuszcza na uda, rozsuwa trochę nogi i kłódka bezszelestnie opada na podłogę.
Ciężki pojazd chwieje się, drzwiczki się otwierają.
Blaszana szafka pełna jest pędzli, puszek, są tam szczypce, piłki do metalu, noże, nożyce, środki czystości i szmatki.
Puls przyspiesza, łomocze w głowie.
Silnik brzmi teraz inaczej i ciężarówka zwalnia.
Jenny znów wstaje, wychyla się, podtrzymuje głową drzwiczki i dostrzega nóż o brudnej rękojeści z plastiku leżący na półce między dwiema puszkami z farbą.
- Dobry Boże, ratuj mnie, dobry Boże - szepcze.
Ciężarówka ostro zakręca i metalowe drzwiczki zatrzaskują się na głowie Jenny. Dziewczyna na parę sekund traci świadomość i upada na kolana.
Wymiotuje i znowu wstaje, widzi krew kapiącą z nadgarstków na brudną podłogę.
Nachyla się, sięga ustami trzonka noża i zaciska na nim zęby. W tej samej chwili furgon zatrzymuje się z sykiem.
Kiedy Jenny ściąga nóż z półki, słychać tylko ciche skrobanie.
Ostrożnie kieruje zardzewiałe ostrze w dół, między dłonie, napiera na gruby plastik trytytki tyle, ile tylko może, trzymając rękojeść noża w ustach, i zaczyna piłować.