1
Brudny radiowóz nadjeżdża z centrum Oslo zewnętrzną obwodnicą. Chwasty pod barierką drogową kołyszą się na wietrze, a do przydrożnego rowu wpada wypełniony powietrzem woreczek foliowy.
Karen Stange i Mats Lystad odpowiedzieli na zgłoszenie alarmowe z centrali komunikacyjnej, choć było już późno.
Właściwie powinni zakończyć dzień pracy, ale jadą do dzielnicy Tveita.
Kilkunastu mieszkańców wieżowca uskarżało się na straszliwy smród. Administrator budynku pojechał sprawdzić pojemniki na śmieci, ale były czyste. Okazało się, że smród dochodzi z mieszkania na dziesiątym piętrze. Za drzwiami dało się słyszeć cichy śpiew, ale właściciel Vidar Hovland nie chciał otworzyć.
Radiowóz mija niskie zabudowania przemysłowe.
Za ogrodzeniem z drutu kolczastego stoją kontenery na śmieci i ciężarówki, widać też magazyny z solą przygotowaną na zimę.
Wieżowce przy N?kkves vei wyglądają jak wielkie betonowe schody, przewrócone na bok i rozłupane na trzy części.
Przed samochodem dostawczym z napisem Mortens L?sservice AS stoi mężczyzna w szarym kombinezonie i do nich macha. Światła pojazdu padają na niego, a cień uniesionej ręki pojawia się na fasadzie za jego plecami, kilka pięter wyżej.
Karen skręca, podjeżdża do krawężnika i miękko się zatrzymuje, zaciąga hamulec ręczny, wyłącza silnik i wysiada z samochodu w towarzystwie Matsa.
Niebo stopniowo zamyka się przed nocą. Powietrze jest zimne, jakby miał zacząć padać śnieg.
Policjanci podają dłoń ślusarzowi. Jest gładko ogolony, ale jego policzki są szare. Ma płaską klatkę piersiową i szarpane, nerwowe ruchy.
- Szwedzka policja otrzymała zgłoszenie alarmowe z cmentarza: znaleziono trzysta zakopanych ciał - żartuje niemal niesłyszalnie i uśmiecha się, patrząc w ziemię.
Postawny administrator budynku nadal siedzi w pick-upie i pali papierosa.
- Facet pewnie zostawił w przedpokoju worek na śmieci z resztkami ryb - mruczy. Otwiera drzwi samochodu.
- Taką mamy nadzieję - odpowiada Karen.
- Waliłem w drzwi i krzyczałem przez otwór na listy, że zadzwonię na policję - mówi administrator, pstryknięciem posyłając w dal niedopałek papierosa.
- Słusznie pan zrobił, kontaktując się z nami - odpowiada Mats.
Dwa razy w ciągu czterdziestu lat w tym miejscu znaleziono trupa - raz na parkingu i raz w mieszkaniu.
Policjanci i ślusarz idą za administratorem, przechodzą przez bramę i natychmiast wyczuwają duszącą woń.
Po wejściu do windy próbują nie oddychać przez nos.
Drzwi się zamykają i wszyscy czują ciśnienie pod stopami, kiedy winda ciągnie ich do góry.
- Dziesiąte piętro to moje ulubione - mruczy zarządca nieruchomości. - W zeszłym roku mieliśmy trudną eksmisję, a w dwa tysiące trzynastym jedno z mieszkań doszczętnie spłonęło.
- Na szwedzkich gaśnicach jest napisane, że muszą zostać przetestowane trzy dni przed pożarem - mówi cicho ślusarz.
Kiedy wysiadają, dociera do nich tak okropny smród, że w oczach wszystkich pojawia się coś na kształt desperacji.
Ślusarz przykłada koszulkę do ust i nosa.
Karen usiłuje powstrzymać odruch wymiotny. To jakby próbna fala, zanim przepona w panice pośle treść żołądkową do przełyku.
Zarządca nieruchomości naciąga T-shirt na usta i nos, a drugą ręką wskazuje mieszkanie.
Karen podchodzi, przykłada ucho do drzwi i nasłuchuje. W mieszkaniu panuje cisza. Naciska guzik dzwonka.
Rozlega się delikatna melodia.
Nagle z mieszkania dobiega słaby głos. Jakiś mężczyzna śpiewa coś lub recytuje.
Karen łomocze do drzwi, a mężczyzna milknie, ale po chwili powoli zaczyna znowu.
- Wchodzimy - decyduje Mats.
Ślusarz podchodzi do drzwi, stawia ciężką torbę na podłodze i rozsuwa zamek.
- Słyszycie? - pyta.
- Tak - odpowiada Karen.
Drzwi innego mieszkania otwiera mała dziewczynka o jasnych rozczochranych włosach. Ma podkrążone oczy, jakby była zmęczona.
- Z powrotem do środka - nakazuje Karen.
- Chcę zobaczyć - mówi dziewczynka z uśmiechem.
- Czy mama lub tata są w domu?
- Nie wiem. - Dziewczynka szybko zamyka drzwi.
Zamiast użyć pick-pistoletu, ślusarz rozwierca cały zamek. Błyszczące metalowe opiłki wirują i opadają na podłogę. Ślusarz wyjmuje rozgrzane części cylindra i wkłada je do torby. Wyłuskuje rygiel i robi krok do tyłu.
- Proszę tu zaczekać - mówi Mats do zarządcy i ślusarza.
Karen wyciąga broń, a Mats otwiera drzwi i krzyczy do środka:
- Policja! Wchodzimy!
Karen spogląda na pistolet w swojej bladej dłoni. Przez kilka sekund czarny metal, połączone części, lufa, zamek, kolba wydają się obce.
- Karen?
Napotyka spojrzenie Matsa, odwraca się w kierunku mieszkania, unosi pistolet i wchodzi, zasłaniając dłonią usta.
W przedpokoju nie dostrzega żadnych worków ze śmieciami.
Dochodzi do wniosku, że odór musi dolatywać z łazienki albo kuchni.
Słychać tylko podeszwy wysokich butów na wykładzinie PCV i oddech Karen.
Policjantka mija wąskie lustro w przedpokoju i wchodzi do salonu, szybko zabezpiecza kąty i ogarnia wzrokiem chaos. Telewizor został zrzucony na podłogę, doniczki z paprotkami są roztrzaskane, przykryta dużymi kocami sofa stoi krzywo, jedna z poduszek do siedzenia jest rozcięta, a lampa leży na podłodze.
Karen zwraca pistolet w kierunku przejścia do łazienki i kuchni, przepuszcza Matsa i idzie za nim.
Pod butami chrzęści potłuczone szkło.
Lampka ścienna jest zapalona, w świetle wirują drobinki kurzu.
Karen przystaje i nasłuchuje.
Mats otwiera drzwi łazienki, po chwili opuszcza broń. Karen próbuje zajrzeć do środka, ale skrzydło drzwi zasłania światło. Policjantka rozpoznaje tylko brudną zasłonę prysznicową. Zbliża się o krok, nachyla i lekko popycha drzwi. Struga światła sunie po tapecie w łazience.
Umywalka jest zakrwawiona.
Karen się wzdryga, a chwilę później słyszy za plecami dźwięk. Zduszony głos starego mężczyzny. Ze strachu Karen wydaje pisk, obraca się i celuje w korytarz.
Nikogo tam nie ma.
Napompowana adrenaliną, wraca do dużego pokoju, słyszy śmiech i mierzy z pistoletu w kanapę.
Bez problemu dałoby się za nią ukryć.
Karen wie, że Mats próbuje coś jej powiedzieć, ale nie jest w stanie usłyszeć słów.
Puls dudni jej w głowie.
Powoli posuwa się do przodu, kładzie palec na spuście. Czuje, że drży, przytrzymuje broń drugą ręką.
W następnej sekundzie dociera do niej, że głos dobiega ze sprzętu audio. W tej samej chwili rozlega się śpiew starca.
Karen okrąża sofę, opuszcza pistolet, przygląda się zakurzonym kablom i płaskiej torebce chipsów.
- Okej - mówi szeptem sama do siebie.
Na regale ze sprzętem stereo leży pudełko od płyty CD Instytutu Języka i Folkloru. Krótka sekwencja jest odtwarzana raz za razem, w zapętleniu. Stary człowiek opowiada coś w trudnym do zrozumienia dialekcie, potem wybucha śmiechem i zaczyna śpiewać: "Dziś zaślubiny w naszym gospodarstwie, talerze są puste, miski popękane". Po chwili milknie.
Mats stoi w drzwiach i przywołuje ją gestem. Chce, żeby poszli dalej, do kuchni.
Na zewnątrz jest już prawie zupełnie ciemno, zasłony drżą lekko w cieple kaloryfera.
Karen rusza za kolegą, nagle traci równowagę i ręką z pistoletem przytrzymuje się ściany.
Powietrze paruje fetorem latryny i zwłok, jest nim tak przesycone, że aż łzawią oczy.
Karen słyszy, że Mats płytko oddycha, i koncentruje się na zwalczeniu mdłości.
Wchodzi za nim do kuchni i się zatrzymuje.
Na wykładzinie PCV leży nagi człowiek ze zbyt dużą głową i wydętym brzuchem.
Kobieta w ciąży z nabrzmiałym, sinym penisem.
Karen ma wrażenie, że podłoga ucieka jej spod stóp, pole widzenia się kurczy.
Mats jęczy wysokim głosem i opiera się o zamrażarkę.
Karen powtarza sobie w duchu, że to tylko szok. Dociera do niej, że nieboszczyk jest mężczyzną, ale napięty brzuch i rozsunięte uda skojarzyły jej się z kobietą w połogu.
Wkłada pistolet do kabury i czuje, jak drżą jej dłonie.
Ciało jest w stanie daleko posuniętego rozkładu, duże fragmenty wyglądają na mokre i sflaczałe.
Mats podchodzi do zlewozmywaka i wymiotuje, ochlapując ekspres do kawy.
Głowa nieboszczyka jest jak sczerniała dynia przyczepiona prosto do ramion, dolna szczęka całkiem się oderwała, a gardło i jabłko Adama pod wpływem gazów zostały wypchnięte przez ogromne usta.
To była walka, myśli Karen. Pobito go, złamano mu szczękę, uderzył głową o podłogę i umarł.
Mats znów wymiotuje i spluwa wydzieliną.
W salonie pieśń rozpoczyna się od nowa.
Spojrzenie Karen pada znów na brzuch, rozłożone nogi i genitalia mężczyzny.
Mats jest spocony i blady. Karen dochodzi do wniosku, że powinna podejść i mu pomóc, kiedy nagle czuje, że ktoś chwyta ją za nogę. Krzyczy i zaczyna szukać pistoletu, ale po chwili orientuje się, że to dziewczynka z sąsiedniego mieszkania.
- Skarbie, nie możesz tu być - mówi zdyszana.
- Tu jest wesoło - odpowiada dziewczynka, patrząc na nią ciemnymi oczami.
Karen wyprowadza dziecko z powrotem na klatkę schodową i czuje, że drżą jej nogi.
- Nikomu nie wolno tu wchodzić - zwraca się do administratora.
- Ja tylko otworzyłem okno.
Tak naprawdę Karen nie chce wracać do mieszkania. Już wie, że czekają ją koszmary, że będzie się budziła w nocy i widziała przed sobą obraz rozkraczonego mężczyzny.
Kiedy wchodzi do kuchni, Mats zakręca kran nad zlewem i spogląda na nią błyszczącymi oczami.
- Skończyliśmy? - pyta Karen.
- Tak. Chciałbym jeszcze tylko zajrzeć do zamrażarki - mówi Mats i wskazuje krwawe odciski dłoni wokół uchwytu.
Wyciera usta, otwiera drzwiczki i zagląda do środka.
Karen widzi, że jego głowa zostaje jakby popchnięta do góry, a usta otwierają się bezgłośnie.
Mats zatacza się do tyłu, drzwiczki trzaskają, aż brzęczy filiżanka na stole.
- Co to? - Karen podchodzi do zamrażarki.
Mats chwyta się krawędzi zlewu, przewraca plastikowy spryskiwacz do kwiatów i patrzy na Karen. Jego źrenice są zwężone niczym krople tuszu, a twarz przybrała dziwnie biały kolor.
- Nie zaglądaj tam - szepcze.
- Muszę się dowiedzieć, co jest w zamrażarce - odpowiada Karen i słyszy we własnym głosie strach.
- Boże jedyny, nie zaglądaj tam...