Bydgoszcz, 1970
Jarek lubił majora Kozibrodę. Wiedział, gdzie ten pracuje i co robi, w domu mówiło się o tym szeptem. Matka najchętniej nie sprzątałaby u niego, ale poleciła ją jedna z zatrudniających ją rodzin, a major Kozibroda nie był człowiekiem, któremu się odmawiało. Zawsze uprzejmy i szarmancki, nosił wiecznie zaparowane okulary, sprawiające, że wyglądał niepozornie i łagodnie jak roztargniony profesor. Jarek jednak doskonale wiedział, że starszy major w służbach bezpieczeństwa to nie byle kto. Nie dosłużysz się takiego stanowiska, przekładając papierki i uśmiechając się do ludzi.
Kozibroda nie miał własnej rodziny i całkowicie poświęcił się pracy. Przynajmniej tak brzmiała wersja oficjalna. Chłopiec czuł przez skórę, że to niekoniecznie musi być prawda. Major był sympatycznym człowiekiem i niekiedy matka dostawała od niego dla Jarka różne drobne prezenty, zeszyty, książki, ołówki, ubrania. Jej pracodawca tłumaczył, że jest samotny i chciałby wspomóc matkę samotnie wychowującą dziecko.
"Dziecko" miało już szesnaście lat i chętnie odwiedzało majora, gdy tylko była ku temu okazja. Sucharska sprzątała u niego regularnie dwa razy w tygodniu, choć, jak sama mówiła - nie bardzo miała co robić. Mieszkanie zawsze było tak czyste, jakby nikt nigdy tam nie zaglądał. Jedynym śladem obecności właściciela była łazienka i kosz pełen brudnych ubrań, które matka prała, prasowała i kiedy zaszła potrzeba - cerowała.
Jarek z napięciem wpatrywał się w rozstawione na szachownicy figury. Kozibroda zaczął go uczyć gry w szachy, gdy miał dwanaście lat, i od tej pory grywali regularnie. Babcia twierdziła, że nawet taki zatwardziały esbek potrzebuje choć namiastki zwyczajnego życia, a że jest sam jak przysłowiowy kołek w płocie, dzięki kontaktom z rodziną Sucharskich może przez chwilę wierzyć, że ktoś go lubi dla niego samego.
Mama zawsze uciszała ją syknięciem, jakby się obawiała, że ktoś usłyszy. I zaraz doniesie. Takie sytuacje się zdarzały. W kręgu znajomych ktoś znał kogoś, po kogo przyszła Służba Bezpieczeństwa, i ów ktoś już nie wrócił. Jarek osobiście nie znał żadnej takiej rodziny, ale wierzył w te opowieści. Widział, jak ludzie reagowali na widok majora Kozibrody, gdy ten był w mundurze. Babka Rozalia robiła znak krzyża na samo wspomnienie jego nazwiska. Nikt dokładnie nie wiedział, czym się zajmuje Kozibroda, ale sam mundur wzbudzał lęk.
- Powiedz mi, chłopcze - zaczął swobodnie esbek, zapalając papierosa i wydmuchując dym w górę - co sądzisz o swoim dyrektorze?
- O panu Matuszce? - Zdekoncentrowany Jarek oderwał wzrok od figur.
- Panu Matuszce - potwierdził spokojnie Kozibroda.
Młody Sucharski z trudem opanował dreszcz. Twarz jego rozmówcy była nieprzenikniona. Niebieskie oczy, ukryte za szkłami okularów, wydawały się równie pozbawione wyrazu, jak cała postawa mężczyzny. Jarek czuł przez skórę, że właśnie dzieje się coś ważnego. Zdaje egzamin, o którym nie wiedział, że się zaczął, i nie miał pojęcia, czego powinien był się nauczyć.
- Pan dyrektor Matuszko cieszy się nieposzlakowaną opinią - odpowiedział ostrożnie.
- Owszem. Ma dobrą opinię jak na swoje pochodzenie - odparł major, nie spuszczając z niego wzroku. - Są jednak osoby, które się zastanawiają, czy tego stanowiska nie powinien piastować ktoś odpowiedniejszy.
Chłopak bąknął coś niezrozumiale, wbijając wzrok w szklankę z herbatą. Obaj milczeli przez dłuższą chwilę.
- Pan Matuszko zdaje się dobrze wykonywać swoje obowiązki i dba o właściwe kształtowanie młodych umysłów - rzucił od niechcenia Kozibroda.
- Bardzo się stara - odrzekł Jarek, podnosząc w końcu niepewnie wzrok na starszego mężczyznę.
Tamten siedział wygodnie w fotelu, strzepując popiół z papierosa do popielniczki, którą trzymał w drugiej ręce, opartą na kolanie. Jego twarz wciąż miała wcześniejszy obojętny wyraz, gdy tak przyglądał się chłopakowi.
- Sprawiać takie wrażenie - dokończył Jarek, mając nadzieję, że właściwie odczytał intencje majora.
Na ogół dobrze rozumiał ludzi i ich oczekiwania. Miał nadzieję, że odczuwany teraz stres nie spowoduje błędu, który zaważyłby na życiu jego rodziny. Postawa majora zmieniła się nieznacznie. Lekko napiął ramiona, zacisnął palce na papierosie, drgnął mu kącik ust. Niby nic takiego, ale coś się zmieniło. Jarek czekał na wyraźniejszą i bardziej jednoznaczną reakcję mężczyzny. Nie odważył się podjąć żadnego działania na wypadek, gdyby źle pojął intencje swego rozmówcy.
Kozibroda pozwolił sobie na lekki uśmiech. Chłopak był inteligentny, sprytny i - co zdołał zaobserwować przez te kilka lat, gdy Sucharska zajmowała się jego domem - zmieniał się jak kameleon. Błyskawicznie dostosowywał się do sytuacji i do drugiego człowieka.
Teraz sprawiał wrażenie grzecznego i dobrze wychowanego, a chwilę później był cwaniaczkiem z podwórka stawiającym się starszym chłopakom. Za każdym razem wydawał się prawdziwy. Jak aktor, wcielający się w kolejne role, stawał się na kilka minut tym, kim chcieli go widzieć inni. Kozibroda nie zauważył, by tym zmianom towarzyszyły jakiekolwiek emocje. Jarek był znacznie dojrzalszy od swoich rówieśników; już jako dwunastolatek zainteresował majora, gdy ten odkrył u niego skłonności do manipulacji, których chłopiec wydawał się zupełnie nieświadomy. Esbek obserwował go czujnie przez te kilka lat, pozwalając sobie tylko od czasu do czasu na pozornie nieistotne uwagi i starannie analizując reakcje młodego Sucharskiego.
Trochę pogrzebał w historii rodziny. Nic, do czego można by się przyczepić. Nikt z Sucharskich nie był wystarczająco inteligentny czy ambitny, by chłopak mógł odziedziczyć po nim owe cechy. A o ile poznał Hannę Sucharską, jej syn nie był dzieckiem zaprzyjaźnionego sąsiada czy listonosza. Kobieta po śmierci męża nie związała się z nikim, a sam fakt, że nadal mieszkała z teściową, opiekując się nią, ostatecznie rozwiewał wszelkie podejrzenia. Jarek był jak nieoszlifowany kamień.
Chłopak wykonał teraz ruch na emocjonalnej szachownicy i czekał na odpowiedź partnera, czyli oficera służb bezpieczeństwa. Kozibroda czuł, że dostanie to, czego potrzebuje, musi tylko ułatwić sprawę swojemu rozmówcy. Pokazać, że młody Sucharski odczytał właściwie jego intencje. Rzucić koło ratunkowe komuś, kto świetnie pływa, ale komu brak pewności w głębokiej wodzie, w której znalazł się po raz pierwszy.
- Jestem pewien, że sprawia takie wrażenie - powiedział z westchnieniem. - Niestety, obawiam się, że to tylko pozory. To niebezpieczny człowiek, ale żyjemy w państwie prawa i sprawiedliwości, Jarku. Nie możemy bez twardych dowodów niszczyć człowiekowi życia...
- Dowodów?
Jarek doskonale wiedział, że tamci nie potrzebują żadnych dowodów. Wystarczył zwykły donos, podejrzenie, niezadowolenie, by człowiek zniknął z dnia na dzień. Nie dosłownie, rzecz jasna, choć i takie przypadki się zdarzały. Teraz już był pewien, że ich gra przeniosła się z szachownicy w inny wymiar.
- Dowodów - przytaknął major, gasząc niedopałek papierosa.
Szesnastolatek ze zrozumieniem pokiwał głową. Skulił ramiona, wbił wzrok w szklankę z zimną już herbatą i jakby z zawstydzeniem spuścił głowę.
- Mamy tylko po szesnaście lat, panie majorze. Nie może pan oczekiwać od moich kolegów i ode mnie, że oficjalnie wystąpimy przeciwko dyrektorowi. To mogłoby zaważyć na całym naszym życiu.
Starannie zaakcentował liczbę mnogą. Jego ton świadczył o postawie, którą przyjął. I o decyzji, jaką już podjął. Wiedział, że da majorowi to, co tamten chciał otrzymać. Esbek też to wiedział.
- Oficjalnie... - Kozibroda wzgardliwie machnął ręką. - Nie wszystko da się zrobić oficjalnie, młody człowieku. Nie potrzeba nam rozgłosu. To nader delikatna sprawa. Ale masz rację, tu chodzi o przyszłość. - Nie musiał dodawać czyją. Wiedział, że chłopak świetnie go rozumie.
- W takim razie, panie majorze, myślę, że powinien pan o czymś wiedzieć.
Bardzo lubił dyrektora Matuszkę, ale, jak podobno mawiał ojciec, trzeba się przystosować do czasów, w jakich się żyje. Wprawdzie chłopak znał go wyłącznie z opowieści matki i babki, wiedział jednak, że ojciec nie miał na myśli tego, co on, Jarek, zamierzał zrobić. No cóż, przystosować się można na różne sposoby.
Jarek niepewnie przekroczył próg gabinetu, do którego zaprosił go major Kozibroda. Po raz setny obrzucił zazdrosnym spojrzeniem masywne meble. Dębowe, dziewiętnasty wiek - tak powiedział mu kiedyś major, gdy zobaczył, jak chłopak delikatnie dotyka drewna, jakby chciał je pogłaskać. Takich mebli nie widywało się często. Antyki, tak matka na nie mówiła. Oni sami mieli w domu zbieraninę różnych, często niepasujących do siebie sprzętów. A zamiast grubych dywanów była drewniana podłoga. Zamiast centralnego ogrzewania - kaflowe piece.
Kilka dni po owej pamiętnej rozmowie odbyła się kolejna, ale ta druga przebiegała w zupełnie innej atmosferze. Prócz Jarka uczestniczyło w niej dwóch kolegów z klasy oraz ich rodzice, a także dwóch podwładnych majora Kozibrody, którzy spisali zeznania chłopców. Gdyby nie zmiana dyrektora liceum, można by pomyśleć, że w życiu Sucharskiego nic się nie zmieniło. Nadal chodził do szkoły i pomagał w domu.
- Wejdź, chłopcze - zaprosił go teraz serdecznie gospodarz. - I siadaj. - Wskazał mu fotel naprzeciw siebie, gdzie Jarek zwykł siadać, gdy grywali w szachy. - Dobrze się spisałeś - powiedział, gdy chłopak bez słowa zajął miejsce.
- Dziękuję, panie majorze - odparł machinalnie Jarek, starając się odsunąć sprzed oczu obraz matki i babki, które przy kuchennym stole rozmawiały półgłosem o odwołaniu dyrektora Matuszki, zdumione takim obrotem sprawy.
Żadna z nich nie powątpiewała w słuszność oskarżeń. Żadna ani przez moment nie pomyślała, że Jarek mógł skłamać. Wręcz przeciwnie - martwiły się, że szesnastoletni chłopiec został narażony na taką sytuację.
- Pamiętasz ojca?
- Ojca? - Pytanie majora wytrąciło go z równowagi. - Nie bardzo...
- Twoja matka jest dobrą kobietą.
- Tak, ale co to...
- Moi rodzice też nie byli nikim szczególnym. - Kozibroda nie wydawał się zainteresowany odpowiedzią na zadane pytanie. - Ojciec był szewcem. Matka ledwo potrafiła się podpisać. Los obdarzył mnie pewnymi talentami, których nie zmarnowałem. Ojciec jeszcze żyje, jednak nigdy nie wybaczył mi, że nie poszedłem w jego ślady. Ty jesteś do mnie podobny. Zbyt mądry, by wierzyć we wszystko, co słyszysz, ale dość inteligentny, by zachować dla siebie opinie na temat tego, co widzisz.
Jarek milczał. Nie miał pojęcia, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa.
- Dziwisz się, że tak szczerze z tobą rozmawiam? - Tamten patrzył na niego bacznie.
- Nie wiem, panie majorze - z wahaniem odparł Sucharski.
- Nie wiesz, czy się dziwisz, czy też nie wiesz, czy jestem z tobą szczery?
- Sam pan powiedział, że nie szczerość się liczy, lecz wiarygodne kłamstwo. Kiedy powtarza się je długo i z przekonaniem, staje się prawdą - wyrecytował.
- Co jeszcze mówiłem?
- O czym? - zapytał niepewnie.
- O czymkolwiek. Powiedz mi, co zapamiętałeś - polecił niedbałym tonem Kozibroda.
- Prawdziwa i lojalna przyjaźń nie istnieje. Miarą przyjaciela jest jego przydatność. - Jarek wyrecytował pierwsze, co przyszło mu do głowy.
Nie wiedział, czego tamten dokładnie chce, ale był gotów przypomnieć sobie każde słowo Kozibrody, wypowiedziane doń przez ostatnich kilka lat.
- Ufać należy tylko sobie. Innym ludziom można najwyżej uwierzyć, to znaczy uwierzyć w ich słowa, ale nie w ich intencje... Jedynym człowiekiem, który nigdy mnie nie zdradzi, jestem ja sam... Muszę uważać na każde słowo. Nie każda myśl powinna zostać usłyszana... Zawsze jestem świadom własnych wad i słabości, ale pamiętam, że nie każda wada jest słabością... Zmiana jest dobra pod warunkiem, że to ja ją inicjuję. Jeżeli nie jest to możliwe, nie myślę o tym, czego pragnę, lecz o tym, co mogę osiągnąć w zmienionych warunkach. Miarą sukcesu jest umiejętność przystosowania się.
- Bardzo dobrze - przerwał mu major. - A pamiętasz, co mówiłem o lojalności?
- Na lojalność trzeba zasłużyć - wyrecytował posłusznie, choć z wahaniem.
- Nie zgadzasz się z tym? - Tamten bezbłędnie wychwycił niepewność w jego głosie.
- Zgadzam się, panie majorze. Zastanawiam się tylko, jak to pogodzić z tym, co pan mówił o zaufaniu.
- Tu pojawia się kwestia okoliczności i umiejętność ich właściwego rozpoznania. Odczucie, kiedy i wobec kogo pozostać lojalnym. Jak budować lojalność innych. Nie mogę cię tego nauczyć. Taka wiedza przychodzi z doświadczeniem, a ty nie masz go za wiele. Ale masz coś, czego brakuje większości ludzi.
- Co takiego, panie majorze? - odważył się spytać Jarek.
- Masz dar. Potrafisz dostosować się do okoliczności. Potrafisz odczytać drugiego człowieka. To coś, czego moi ludzie uczą się latami, a wciąż popełniają błędy.
- Dziękuję panu.
- Nie dziękuj, tylko słuchaj. Jesteś jeszcze nieopierzonym dzieciakiem, ale możesz wiele osiągnąć. Zrobiłeś dla mnie coś, co w gruncie rzeczy nie było istotne.
- Nie rozumiem...
- Nie musisz. Potraktuj to jak egzamin. Zdałeś go. - Kozibroda powoli wyjął papierosa.
- Hm... - Sucharski był zdeprymowany. Czyżby major próbował go zwerbować? - Mam dopiero szesnaście lat... - wymamrotał niepewnie.
- Nie próbuję cię zwerbować - zachichotał tamten, jakby słyszał jego myśli. - Za mądry jesteś, by tonąć w esbeckim błocie.
Chłopak z trudem ukrył zaskoczenie. Kozibroda miał jakieś czterdzieści pięć lat. Nie był staruszkiem z demencją. Nic nie usprawiedliwiało słów, które wypowiedział.
- Świat się zmieni, Jarku. Nie dziś i nie jutro, ale się zmieni. Ja będę już starcem, kiedy to nastąpi, ale ty nie. To będzie twój świat, zaczniesz go tworzyć już dziś. A ja ci w tym pomogę. Powiedz mi, chłopcze, co chcesz studiować.
- Studiować? - zdumiał się Sucharski.
- Tak, chłopcze, studiować. Pójdziesz na studia. Podaj mi tylko kierunek - polecił jego rozmówca.
- Dlaczego pan to robi? Z powodu dyrektora Matuszki?
Młody Sucharski nie miał wyrzutów sumienia, jeśli chodzi o dyrektora, mimo że go lubił. Czuł się trochę nieszczególnie w związku z ową sprawą, ale nie na tyle, by spędzała mu sen z powiek.
- Zapomnij o Matuszce. - Major pogardliwie machnął ręką. - On nie ma znaczenia. Nadejdą zmiany i w tej nowej rzeczywistości nie będzie miejsca dla takich jak ja. Wszystkie wielkie rewolucje zaczynały się od ludzi, którzy wyszli na ulice. A możesz być pewien, że to wkrótce nastąpi.
Zapalił papierosa i zaciągnął się dymem. Milczał dłuższą chwilę. Jak wytłumaczyć szesnastolatkowi, że ten system to jedno wielkie bagno i za dziesięć, dwadzieścia lat padnie z hukiem?
Od pewnego czasu Kozibroda rozglądał się za wspólnikiem w interesach, w końcu odkrył, że może go sobie wyuczyć. Miał jeszcze czas, by zrealizować swoje plany.
- Powiedz mi, chłopcze, co chcesz studiować - powtórzył stanowczo. - Nie wierzę, że o tym nie myślałeś. Za mądry jesteś, żeby pracować na taśmie. Wolisz czystą, schludną, dobrze płatną pracę czy chcesz się zatyrać w jakiejś kopalni?
- Chciałbym studiować historię sztuki - oznajmił Jarek.
Od czasu, gdy przeczytał list Antoniego Domagały do syna, zaczytywał się we wszelkiej maści powieściach przygodowych i książkach historycznych, poszukując informacji o skradzionych przez Niemców dziełach sztuki, złocie, biżuterii, bursztynie. Skarbem, o którym pisał tamten człowiek, mogła być każda z tych rzeczy. Hitlerowcy rabowali wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Babka często mówiła, że byli jak sroki - co się błyszczało, trafiało do ich kieszeni.
Wyjawił swoje skrywane marzenie, po czym wbił wzrok w stół. Był pewien, że major nie takiej odpowiedzi oczekiwał, ale czuł, że kłamstwo zostałoby natychmiast rozszyfrowane.
- Historię sztuki, powiadasz... Zatem dobrze, niech będzie historia sztuki.
Kozibroda uśmiechnął się do siebie. Było mu obojętne, co wybierze jego podopieczny, byle nie trafił potem do wojska, milicji albo innej bojówki. Ale historia sztuki? Tego się nie spodziewał. To dobre dla maminsynka, a młody Sucharski do takich się nie zaliczał.
- Dziękuję - wyszeptał Jarek. Z wrażenia zabrakło mu tchu. Nie wierzył własnym uszom.
- Nie dziękuj, tylko słuchaj.
- Tak, panie majorze.
- Nikomu ani słowa.
- Tak, panie majorze.
- W każdą sobotę będziesz tu przychodził na dwie godziny.
- Tak, panie majorze... - Zacisnął wargi, by nie zapytać po co.
- Będziesz się uczył angielskiego. Jak matka zapyta, czego od ciebie chcę, powiesz, że porządkujesz księgozbiór.
- Tak, panie majorze.
- I niemieckiego. Zmiany idą zewsząd. Niemiecki też ci się przyda.
- Tak, panie majorze - przytakiwał posłusznie.
- Pomyślę jeszcze, co ci się w życiu może przydać. Nie zawiedź mnie, chłopcze. - W głosie tamtego zabrzmiała pogróżka.
- Nigdy, panie majorze - obiecał solennie Jarek, zastanawiając się przez ułamek sekundy, czy przypadkiem Kozibroda nie jest jego biologicznym ojcem, ale szybko odrzucił tę myśl. Matka w obecności esbeka zachowywała się zupełnie tak samo, jak przy każdym swoim pracodawcy, co nie byłoby proste, gdyby w przeszłości łączyła ich zażyłość tego rodzaju. No i na ścianie w pokoju mamy wisiała fotografia ślubna. Jarek widział, że jest bardzo podobny do ojca. Postanowił nie zagłębiać się w motywy decyzji majora, lecz korzystać z szansy. Czegokolwiek sobie zażyczy w przyszłości jego opiekun, on, Jarek, gotów był mu to dać.