*
- Trzecia część? - Natalia z namysłem oblizała łyżkę, po czym ponownie zanurzyła ją w kremowej masie. - Trzecia część? - powtórzyła, nim ponownie wsunęła łyżkę do ust.
Tym razem nabrała więcej masy niż poprzednio. Czuła, że odrobina cukru dobrze jej zrobi, bo inaczej zabije tę swoją wiedźmowatą siostrzyczkę. Wprawdzie Nata twierdziła, że nowy styl to gotyk, ale Natalia wiedziała swoje. Mieszkała pod jednym dachem z krewniaczką Addamsów. Czarne włosy, czarne paznokcie, dziwne ubrania w tym samym kolorze i do tego taka ilość metalu, że lepiej, by nie przechodziła w pobliżu magnesu.
O lotniskach Nata może zapomnieć. Żadna ludzka instytucja nie wpuści jej na pokład samolotu, a jeżeli chodzi o wampiry... No cóż, jeśli istnieją, to nie latają samolotami. Zamieniają się w nietoperze. Nata ostatnio także przebąkiwała coś o spaniu w trumnie, na szczęście groźba użycia osinowego kołka podziałała. W pokoju nadal stało łóżko.
Anielka i Przemek, dziesięcioletnie bliźnięta z pierwszego małżeństwa Natalii, były zachwycone nowym wizerunkiem cioci Naty, nauczyciele mniej. W tym momencie Natalia doznała olśnienia.
- Chyba nie robisz tak po to, żeby nie chodzić na wywiadówki do szkoły? - zapytała, mierząc siostrę podejrzliwym spojrzeniem.
- Oszalałaś? Czytelnikom się podoba! Uwielbiają nas! Wydawca też przyjął entuzjastycznie pomysł napisania trzeciej części. Tylko muszę coś wymyślić. Ostatnio nic się w naszym życiu nie dzieje... - Nata westchnęła z niezadowoleniem.
- Nie mówię o książce! - Starsza siostra przewróciła oczami, nie kryjąc irytacji. - Pytam, czy robisz z siebie takie dziwadło tylko po to, żeby nie chodzić na zebrania do dzieci?
- Co? Nie! - zaoponowała zaskoczona tymi niecnymi podejrzeniami Nata. - I wcale nie wyglądam jak dziwadło! - zaprotestowała po chwili, gdy dotarł do niej w całości sens tej wypowiedzi. - Po prostu mam styl!
- Szkoda, że nie własny - zripostowała Natalia, mierząc ją krytycznym wzrokiem.
Młodsza siostra dziś wyglądała niemal normalnie. Wprawdzie nadal miała kruczoczarne włosy, ale na to bez odbarwienia lub ostrzyżenia do gołej skóry nie było rady. Żadne farbowanie takiej czerni nie pokryje. Czarne paznokcie, a raczej szpony, też kłuły w oczy, ale reszta dla odmiany wyglądała całkiem normalnie. Zwykłe dżinsy, wyciągnięta koszulka, której czasy świetności minęły gdzieś w okresie PRL-u, i zero makijażu, a gdyby nawet był, wyglądałby, jakby Nata posypała twarz mąką ziemniaczaną i zamiast tuszu do rzęs użyła węgla.
Wersję gotyk mini dawało się znieść, choć całość odstawała od wizerunku Barbie, który jeszcze do niedawna uważała za swój styl. Niebotyczne obcasy, cukierkowate sukienki i długie jasnoblond włosy zniknęły po ostatniej kłótni z chłopakiem Naty, komisarzem Marcinem Kurkiem. Wtedy postanowiła drastycznie zmienić swoje życie, choć zmianie uległ tylko jej wygląd. Ostatnie cztery lata składały się z ich rozstań i powrotów. Ten nowy image z pewnością nie zachęci Marcina do ponownego zaistnienia w jej życiu.
Człowiek musi w życiu spróbować różnych rzeczy, nim zdecyduje, kim chce być i jak wyglądać. To pierwsze Nata już wiedziała, tego drugiego dopiero poszukiwała. Przynajmniej tej myśli musiała się trzymać, choć w duchu przyznawała siostrom rację, że popadanie ze skrajności w skrajność niekoniecznie świadczy o osiągnięciu równowagi emocjonalnej. Tylko że trochę ją nosiło po ostatecznym zerwaniu z Marcinem.
- Proponuję wrócić do tematu - odezwała się Nata, gdy uznała, że jest w stanie zapanować nad ową równowagą, a ta część jej mózgu, która była odpowiedzialna za złośliwość, pozostanie uśpiona. - Co sądzisz o trzeciej części książki? Poza tym ubieram się normalnie - dodała z urazą.
- Właśnie. Ale dopiero od połowy czerwca. Miałam rację! - Natalia triumfalnie wymierzyła w nią łyżką.
- Nie, nie miałaś. - Na twarzy Naty pojawił się trudny do zinterpretowania grymas. - Gotyk nie jest dobry na te cholerne upały. Powyżej dwudziestu stopni się nie sprawdza. Ten maj niemal mnie wykończył. I nie mam nic przeciwko chodzeniu na zebrania do bliźniąt. Wolę to niż siedzieć w domu z tym małym. Ono mnie przerasta.
- Nie ono, tylko ona. I ma na imię Tosia - zirytowała się Natalia, przed pięciu laty Sucharska-Dębska, po rozwodzie z niewiernym małżonkiem tylko Sucharska, a jeśli Adrian w końcu dopnie swego, w przyszłości Sucharska-Potocka. Nie samo Potocka.
Wróciła w myślach do tego nieszczęsnego samolotu, który wciąż tkwił w jej głowie i nie chciał zniknąć. Nie potrafiła wyobrazić sobie sytuacji, gdy bez problemu i wyjaśnień na pokład wchodzi pięć kobiet o tym samym imieniu i nazwisku i nie zostaną oskarżone o przynależność do jakiegoś ugrupowania terrorystycznego. A one tak żyły od pięciu lat. Pięć Natalii Sucharskich i gdyby nie PESEL... Oj, byłoby ciężko. Ale przecież nie będą się przedstawiać, podając zamiast imienia szereg cyfr.
Co do nazwiska... Natalia od czasu rozwodu i odziedziczenia znacznego majątku - dwa razy - stała się kobietą wyemancypowaną i starannie manifestowała swoją niezależność, co nie przychodzi łatwo, gdy jest się matką trójki dzieci oraz jedyną z sióstr potrafiącą gotować i ogarnąć całe gospodarstwo domowe. W dodatku jej partner życiowy, który wytrzymał wszystkie kłamstwa, matactwa i manipulacje pięciu Sucharskich, nie dość, że nadal ją kochał i lubił jej siostry, a dzieci go uwielbiały, to wciąż nalegał na ślub, jakby nie wystarczyło, że są razem, a Tosia nosi jego nazwisko. Ostatecznie Tosia była córką Adriana, więc czemuż by nie miała nosić nazwiska ojca? Jej dzieci też noszą. Niestety, tego jakoś nie udało się uniknąć, bo gnida wprawdzie alimentów nie płaci, dzieci nie odwiedza, ale zrzec się praw rodzicielskich też nie chce. Gnida, czyli Tadeusz Dębski, eksmałżonek, przez którego Natalia uznała małżeństwo za stanowczo przereklamowane. Wprawdzie swego czasu wyraziła na nie zgodę i nosiła pierścionek na właściwym palcu, ale sam ślub i wesele zdecydowanie ją przerastały. Chociaż panem młodym byłby teraz Adrian, nie Tadeusz. Tamten już był i się nie sprawdził. Adrian na razie się sprawdzał, więc po co zmieniać coś, co już tak dobrze działa? Po ślubie może przestać, czego z niewiadomych przyczyn obawiała się Natalia, choć ten mężczyzna w niczym nie przypominał drania, który był błędem jej młodości i zauroczenia.
Rzecz w tym, że ostatnio Adrian jakoś mniej nalegał na ślub i teraz Natalia już nie wiedziała, czy pogodził się ze status quo, czy też przestał ją kochać i dlatego odpuścił temat. Niemożliwe, przestraszyła się własnych myśli. W końcu tyle razem przeżyli i skoro nie uciekł do tej pory, to teraz chyba nie zamierza?
- Przecież wiem.
- Co wiesz? - Natalia ocknęła się z zamyślenia i zwróciła oczy na Natę, znów nie mogąc oderwać wzroku od jej czarnych włosów, które absolutnie nie pasowały do bladej cery.
- Że Tosia to Tosia - wyjaśniła Nata.
- Aha, i włosy ci zostały - zauważyła trafnie starsza z sióstr.
- A gdzie miały się podziać?
- No czarne ci zostały. W tym sensie mówię.
- No i? - Nata nie zrozumiała, o co chodzi.
- No i nic. - Natalia wzruszyła ramionami. - Poza tym, że nie masz do nich cery.
- Mam dość. Ja do ciebie jak do starszej siostry, po poradę. A ty co? - Nata obraziła się ostatecznie.
- Niech ci będzie. Więc co chciałaś?
- Już nic. Sama sobie poradzę.
- OK. - Natalia wróciła do mieszania masy do tortu kawowego.
Nata, chociaż obrażona, nie zamierzała jednak wychodzić z kuchni. Oparła się o blat, oddzielający część kuchenną, do której nie zamierzała się zapuszczać, od jadalnej, i zapytała ponownie:
- Trzecia część przygód zwariowanych siostrzyczek. Pisać czy nie pisać?
- Chcesz to pisz, nie chcesz, nie pisz.
- Nie mogę uwierzyć, że tak spokojnie do tego podchodzisz - zdziwiła się autorka, której niejednokrotnie grożono linczem za uprawianą przez nią grafomanię, jak określały jej pasję siostry, niezadowolone ze swoich wizerunków prezentowanych na stronicach powieści. To, zdaniem Naty, potwierdzało regułę, że prawda w oczy kole.
- W naszym życiu nic się nie dzieje, a przynajmniej nie ma żadnych sytuacji kryminogennych, więc pisz sobie, co chcesz. Na szczęście wszyscy uważają te twoje wypociny za fikcję, więc niech tam sobie będzie - oświadczyła łaskawie Natalia, oblizując kolejną łyżkę masy.
Za dużo kawy, uznała. Trzeba dosłodzić. Z tą myślą sięgnęła po pudełko z cukrem i po chwili zastanowienia wsypała na oko kilka łyżek, a następnie ponownie sięgnęła po mikser.
- Niby tak... - smętnie zgodziła się z nią Nata. - Rzecz właśnie w tym, że nic się nie dzieje.
- Wymyśl coś.
- Staram się. Ale ludzie nas kochają i oczekują czegoś wyjątkowego. To znaczy kochają nie nas, tylko nasze literackie wizerunki. No wiesz, chodzi mi o to, że ludzie myślą, że my tak naprawdę wcale nie istniejemy. Jak mam wymyślić coś, co przebije rzeczywistość? - żaliła się Nata. - W dodatku ostatnio wcale się nie kłócimy!
- Jesteś pisarką czy nie? - Natalia nie zamierzała okazać wyrozumiałości. - Siadaj i pisz, zamiast biadolić, jaka to jesteś nieszczęśliwa, niespełniona twórczo i jak życie przemyka ci między palcami. Ostatnio tylko snujesz się po domu jak duch i jęczysz. Masz talent. Nie marnuj go.
- Tak myślisz? - W Natę wstąpiła nadzieja.
- Dokładnie tak. Zabij kogoś. Na niby. Tylko już żadnych spadków, nawet fikcyjnych - zastrzegła się szybko Natalia. - Tego może nie przeżyć nawet mój literacki sobowtór. I spadaj stąd. Muszę włączyć mikser.
Nata z ponurą miną wyszła z kuchni. Skrzywiła się, gdy mijała lustro wiszące w holu. Gotyk rzeczywiście nie był dobrym rozwiązaniem. Tak bardzo chciała coś zmienić w swoim wyglądzie, że przeholowała. Jak zwykle zresztą. Nie potrafiła ograniczać się do drobnych retuszów. Dobrze, że nadal jest kobietą, mimo tych koszmarnych włosów. Co do tego Natalia miała rację. To nie był dobry pomysł. Ale czy można być jasnowłosą gotką? Skończyła już dwadzieścia osiem lat. Kiedy wreszcie spoważnieje?
Zamknęła drzwi od swojego pokoju i usiadła przy biurku. Żałośnie wpatrywała się w monitor. Ostatnio nie miała natchnienia. W jej życiu musi się coś dziać, by mogła pisać. Potrzebowała emocji. Dużo emocji. A nie było nic. Chwilowy przypływ nadziei po tym, jak Natalia obwieściła mimochodem, że ona, Nata, ma talent - a żadna z sióstr Sucharskich nie szafowała komplementami, zwłaszcza pod adresem pozostałych - rozpłynął się gdzieś na schodach.
Zamknęła plik z napisem "tekst", gdzie nie widniał żaden tekst, ale jakoś musiała go nazwać, by móc zapisać, i weszła na swój blog, który prowadziła anonimowo i w absolutnej tajemnicy przed całym światem, zwłaszcza przed siostrami. Był on tylko i wyłącznie jej.
I pokazywał kłębowisko negatywnych emocji, których doświadczała raz po raz, gdy tylko wpadła na swojego eks. Marcin Kurek nadal był partnerem komisarza Adriana Potockiego, narzeczonego Natalii. Adrian mieszkał z nimi już dwa lata, był ojcem małej Tosi i nic nie zapowiadało, że zamierza zniknąć z życia siostry. A skoro stał się trwałym elementem wyposażenia mechlińskiego domu, w którym Nata mieszkała z Natalią (pozostałe siostry przeniosły się do Poznania i wpadały tu tylko na weekendy), oznaczało to, że jego partner z pracy i najlepszy przyjaciel będzie stałym gościem w tymże domu. Niestety, Nata nie znalazła żadnego legalnego sposobu na wyeliminowanie byłego faceta z ich życia rodzinnego. Jedyne rozwiązanie, które przychodziło jej do głowy, groziło dożywotnim pozbawieniem wolności, a przecież nie warto poświęcać własnego życia tylko po to, żeby jakiś żałosny dupek przestał się plątać po tym pięknym świecie.
Dupków na tym świecie jest co niemiara i gdyby każda kobieta miała zamordować choćby jednego, system penitencjarny stałby na takim samym poziomie, jak ZUS. Na nieszczęście dla naszego systemu socjalnego w kraju mamy za dużo rencistów. Lekarze walczą o utrzymanie ich przy życiu aż do wieku emerytalnego, w odwecie państwo obcina coraz bardziej listę leków refundowanych, ale tamci się nie poddają i kupują tańsze zamienniki. I tak toczy się odwieczna walka między...
Właściwie między czym a czym? - zastanawiała się Nata, nie mogąc pojąć, skąd jej się wzięły te myśli. Ale skoro już zaczęła narzekać, kolejne słowa popłynęły same i kwadrans później umieściła wpis na swoim blogu. Wprawdzie trochę inny niż pozostałe, poświęcone sprawom damsko-męskim, ale przynajmniej coś napisała.
JAK WYGLĄDA TWOJA PRZYSZŁOŚĆ, EMERYCIE?
Kiedy tak obserwuję tę naszą politykę prorodzinną, to muszę Wam się przyznać, że do prokreacji mnie ona nie zachęca. Propagatorzy właściwych skojarzeń we mnie nie wywołują. Krótko mówiąc... seksem to oni nie emanują, a bez tego się nie obejdzie. Przy cyferkach zawsze zasypiam, a w dodatku mam niedobre przeczucie, że jak na stare lata sama sobie nie odłożę, to na tę prenatalną jeszcze młodzież nie mam co liczyć.
Na płatników świadczeń tym bardziej.
Pewnego dnia spłynęło na mnie objawienie. Zrozumiałam ideę podnoszenia wieku emerytalnego celem ratowania ZUS-u.
Bo to jest tak...
Pewnego dnia wstanę z łóżka ledwo, ledwo i wcale nie na kacu. Potem powlokę się na nogach wykręconych reumatyzmem do łazienki. Przed lustrem spędzę ze dwie godziny, żeby przypominać człowieka, bo na kobietę to już czasu nie wystarczy, zwłaszcza że dopadł mnie artretyzm i palce nie chcą się wyprostować, a podczas nakładania tuszu parkinson nie pomaga.
Dotrę do pracy, potykając się o własną laskę i modląc się po drodze, żeby nic mnie nie przejechało, nie potrąciło i żeby winda nie wysiadła, bo nitrogliceryna się skończyła, a kolejka do lekarza była za długa i serce mi wysiądzie już na półpiętrze.
Spędzę pół dnia, szukając hasła do komputera - w końcu pamięć już nie ta, a wtedy okaże się, że to nie moje biurko, a tak naprawdę to nawet nie moje biuro, tylko przez tę cholerną zaćmę cyferki mi się pomyliły i wysiadłam na niewłaściwym piętrze. Pewnie załapałabym wcześniej, ale recepcjonista zgubił okulary i się nie zorientował, że tam nie pracuję, a ja bez aparatu słuchowego i tak bym nic nie usłyszała.
Kiedy docieram do mojego stanowiska pracy, jestem tak zmęczona, że muszę uciąć sobie popołudniową drzemkę. Budzi mnie szef, który wprawdzie kawy nie dostał, ale z powodu alzheimera i tak o tym nie pamięta. Daję mu kartkę z adresem spotkania, na dole czeka taksówka, która zawiezie go na miejsce i przywiezie z powrotem, bo zabrali mu prawo jazdy z dwadzieścia lat wcześniej za jazdę pod prąd i zakłócanie ruchu ulicznego, bo jak się nie widzi i nie słyszy, to czego można się spodziewać?
Sama sprawdzam terminarz zajęć na resztę dnia, tylko... Gdzie, do diabła, on się podział? Resztę czasu poświęcam na szukanie, a gdy na zegarze wybija szesnasta, sięgam po dowód osobisty, żeby sprawdzić, czy jeszcze pamiętam swój adres.
Przed wyjściem zerkam w kalendarz wiszący na ścianie i wychodzi mi na to, że taki los czeka mnie jeszcze przez najbliższe naście lat. To jak dożywocie bez prawa do warunkowego zwolnienia. Wychodzę z pracy. Idę po schodach. A co tam! Raz się żyje, nie? Wkładam okulary do torebki, wyrzucam laskę do kosza i albo trafię żywa do domu, albo nie.
Gdybym była samurajem i miała właściwy miecz, nóż czy co tam trzeba do seppuku bądź harakiri, nigdy nie pamiętam, które jest które, poszłoby szybciej. Ale nie te czasy. Teraz mamy cywilizowane rozwiązania.
Ustawowe.
- Niezłe - uznała zadowolona z odpowiedniej dawki jadu i złośliwości. Przez moment poczuła się jak obrończyni uciśnionych, zapominając zupełnie, że dzięki ojcu ona sama nie będzie musiała się martwić o emeryturę. Nie grozi jej los biednych niedoszłych emerytów, którym każą pracować jak niewolnikom, aż śmierć ich wybawi, jako że ZUS-owi się nie spieszy, a renty nikt im nie da, bo skoro w śpiączkę nie zapadli i oddychają samodzielnie, a nie za pomocą respiratora, to mają pełną zdolność do pracy.
Magda Sucharska, a właściwie Natalia Magdalena Sucharska, z triumfem przyglądała się ostatniej bili wpadającej do łuzy. Czarnej bili. Cmoknęła i wyciągając rękę w stronę stojącego obok niej chłopaka, powiedziała z satysfakcją:
- Płacz i płać.
- Szlag! - zaklął ów młody człowiek i sięgnął do kieszeni po portfel. Ostatni raz zakładał się z laską. Przegrać z facetem to nie wstyd. Ale z laską? Tfu! Masakra. - Pięć dych - powiedział, nie potrafiąc ukryć złości, gdy wciskał banknot w dłoń ciemnowłosej dziewczyny.
- Zgadza się. Daj znać, gdybyś chciał się odegrać... Znowu - dodała z ironią, odwracając się na pięcie.
Facet nie znał umiaru. Igrał, igrał i się doigrał. Zaczepiał ją na uczelni, śledził na Fejsie, wysyłał esemesy i wystawał pod uczelnią. Miała dość pajaca. Dostał nauczkę, i to przy kumplach. Więcej jej nie zaczepi. A jak się odważy, to nie będzie tak uprzejma. Facet dostanie w mordę i tyle.
Wyszła z klubu. Był ładny, ciepły wieczór, w sam raz na spacer. Dobrze, że już weekend. Chętnie pojedzie z Darkiem na kilka dni do Mechlina. Brakowało jej sióstr, mimo że sporą część wspólnego czasu zajmowały im kłótnie.
Mieszkała cały czas z Natką i Darkiem, swoim chłopakiem, rzecz jasna, w mieszkaniu odziedziczonym po Januszu Zawadzie, przyjacielu ich zmarłego ojca i przyszywanym wujku. Miała zatem obok siebie tylko jedną siostrę, a było ich przecież pięć. Jak dla Magdy, to magiczna liczba. Wprawdzie z gatunku czarnej magii, ale zawsze.
Telefon zawibrował w kieszeni kurtki. Dzwonił Darek. Znowu.
- Tak, słucham? - Odebrała, tłumiąc pełne zniecierpliwienia westchnienie.
- Kochanie, czekam na ciebie od godziny. Zapomniałaś?
- Zapomniałam? Oczywiście, że nie. Zaraz będę - zapewniła go, ale już po chwili klęła na czym świat stoi. Darek od kilku dni uparcie namawiał ją na romantyczną kolację. W końcu się zgodziła, jednak o tym zapomniała. Nie tylko o tym, że się umówiła, zapomniała również o miejscu spotkania. Pospiesznie zadzwoniła do najmłodszej siostry.
- Natka? Co tak długo? Dzwonię i dzwonię! - wybuchnęła, gdy młoda w końcu odebrała.
- Zajęta jestem! - wysyczała wściekle Natka, która tego wieczoru była na wymarzonej randce i zamierzała wypaść normalnie, jak na dorosłą kobietę przystało. Kontakt z siostrami to wykluczał.
- Wiesz może, dokąd Darek zaprosił mnie na kolację?
Natka oniemiała. Dopiero po chwili z trudem wydobyła z siebie głos:
- Żartujesz? - Nie mieściło jej się w głowie, jak można zapomnieć o miejscu spotkania z mężczyzną swojego życia.
- Wiesz czy nie? - denerwowała się Magda, spiesznie maszerując na parking, gdzie zostawiła samochód.
- No wiem. Do tej włoskiej knajpki na Starym Rynku. Ale...
- Dzięki. - Magda, nie słuchając dalej, rozłączyła się bezceremonialnie.
- Przepraszam cię. Siostra. - Natka uśmiechnęła się przepraszająco do Radka.
- Jasne. Rozumiem - zapewnił ją wyrozumiale.
Uśmiechnęła się więc ponownie. Tym razem z zachwytem.
Oboje studiowali historię, byli na tym samym roku, przedostatnim, tylko że w różnych grupach, ale część zajęć mieli razem. Wysoki, ciemnowłosy Radek dużo pływał i biegał, co było widać po jego wysportowanej sylwetce. Wzdychały do niego nie tylko studentki, chociaż te przynajmniej bardziej jawnie. Kiedy zaproponował Natce pójście na kawę, była w stanie tylko pisnąć coś niezrozumiale, co chłopak potraktował jako zgodę. Na szczęście. W przeciwnym wypadku nie siedziałaby teraz naprzeciwko niego, pławiąc się w blasku ciemnych oczu przystojniaka.
- Magda? - zapytał.
Magda Sucharska robiła teraz studia podyplomowe, nie pamiętał dokładnie jakie, ale widywał ją często na uczelni. Była od nich dwa lata starsza i nie zwracała uwagi na młodsze roczniki.
- Tak, Magda. Poza nią mam jeszcze trzy siostry. Anna jest najstarsza, ale nie lubi, gdy jej się to przypomina, jakby sam fakt, że nie będzie się o tym mówić, sprawił, że odmłodnieje. - Natka przewróciła oczami na znak, iż jest to absolutnie niezrozumiałe. - Ma trzydzieści cztery lata i też mieszka w Poznaniu ze swoim facetem. Całkiem fajny jak na czterdziestolatka. Policjant, chociaż to zupełnie inna epoka - trajkotała. - Potem jest Natalia. Ma trzydzieści dwa lata i trójkę dzieci. Jestem ciocią, uwierzysz? - zachichotała. - Trzecia jest Nata. Wydała już dwie powieści. Jest dość znana jak na początkującą autorkę. Kiedyś pracowała w Warszawie jako dziennikarka, ale po śmierci naszego wspólnego ojca przeniosła się do Mechlina. Wiesz, sprawy spadkowe. Potem Magda, no i ja.
- No właśnie, bo ja chciałem zapytać...
- Tak, to prawda. Wszystkie nazywamy się tak samo, Natalia Sucharska. Używamy drugich imion albo zdrobnień, ale i tak jest zamieszanie. Po śmierci ojca dowiedziałyśmy się o swoim istnieniu. Nie dość, że był bigamistą, to jeszcze miał nas pięć. I wszystkie nazwał tak samo. Uwierzysz?
- Niesamowita historia...
- W dodatku prawdziwa. Życie pisze scenariusze, których najlepszy pisarz nie wymyśli, czy jakoś tak... Nie pamiętam dokładnie, ale mniej więcej o to chodziło.
- Tak, bo widzisz...
- Dobre dwa lata mieszkałyśmy razem, ale potem tak jakoś się złożyło, że Anna przeniosła się do swojego faceta, Magda i ja zamieszkałyśmy razem, bo i mieszkanie, i studia w Poznaniu, więc wygodniej i w ogóle. Natalia została z dziećmi w Mechlinie, a Nata nie miała powodu, żeby się wyprowadzać. Więc też została w Mechlinie. A ty? Masz rodzeństwo? Założę się, że twoja rodzina to jakaś taka bardziej normalna jest, nie? Bo bardziej walniętej od mojej to nie spotkałam. W dodatku nasze matki... Każda ma własną. Łącznie pięć. To jak zlot czarownic. Albo teściowych. Koszmar. Ale ogólnie jest całkiem sympatycznie. Wolę uprzedzić na początku znajomości o tych naszych rodzinnych realiach, bo potem i tak każdy pyta.
- Dasz mi numer do Magdy? - W końcu przerwał bezceremonialnie potok słów płynący z ust uroczej blondyneczki, na szczęście nie w jego typie, inaczej musiałby ją na każdej randce kneblować lub ogłuszać.
- Hę? - wykrztusiła osłupiała Natka.
Anna obgryzała paznokcie. Krzywiła się za każdym razem, gdy coś jej zgrzytnęło między zębami, ale nie mogła przestać. I tego fenomenu nie potrafiła zrozumieć. Nigdy nie miała żadnych natręctw ani złych nawyków. Nie piła, przynajmniej nie za często, nie brała ani nie paliła - nigdy. I nigdy wcześniej nie obgryzała paznokci.
A teraz właśnie zaczęła. I to tak od razu na całego, pomyślała, wkładając do ust środkowy palec. Mały i serdeczny już obgryzła do żywego mięsa. Nie pomogła nawet myśl, że gdyby siostry zobaczyły ją w tym stanie, drwinom nie byłoby końca. Anna, tak, ta Anna, która zawsze wygląda idealnie, której strój domowy to wyprasowane w kant spodnie i bluzka z kołnierzykiem, zawsze taka elegancka, opanowana, z perfekcyjnym makijażem na twarzy i gładko zaczesanymi platynowoblond włosami, sięgającymi do podbródka, z których ani jeden nie odważyłby się odstawać nawet na milimetr, siedziała teraz na kanapie równie chłodna i elegancka jak zawsze, oprócz tego, że przeżuwała paznokcie w sposób porównywalny wyłącznie z krową przeżuwającą trawę na pastwisku. Nie powstrzymywało jej nawet własne mlaskanie.
Było tylko jedno wyjaśnienie takiego stanu. Histeria. Co wydawało się dość dziwne, zważywszy na wydarzenia kilku ostatnich lat. Znalazła siostry, o istnieniu których nie miała pojęcia. Rzuciła pracę i przeniosła się z Bydgoszczy do Mechlina z dnia na dzień. Do tego kłamała, manipulowała i mataczyła wraz z pozostałymi, o czym wiedziała już cała Polska po przeczytaniu "Natalii 5" i "Drugiego przekrętu Natalii". Na szczęście czytelnicy byli zupełnie nieświadomi, że ukazane w tych książkach postacie i sytuacje są prawdziwe. Poznanie pięciu przyrodnich sióstr, gwałtowna śmierć ich ojca, zagrożenie ze strony gangu, broń wycelowana w nią i pozostałe Natalie przez bandytę, wszystko to jednak pryszcz w porównaniu z tym, czego się dowiedziała dzisiaj.
Marianowi serce podeszło do gardła, gdy wszedł do domu i na nią spojrzał. Wydarzyło się coś strasznego. Na pewno coś się stało którejś z sióstr. Nim zdążył zapytać, piękna blondynka spojrzała na niego z paniką w oczach i nie wyjmując palca z ust, wysepleniła:
- Dzieci są brudne, śmierdzą, bałaganią i wciąż czegoś chcą.
- Coś w tym jest, kochanie, ale nie sądzisz, że to lekka przesada? - odpowiedział oszołomiony, nie widząc sensu w jej oświadczeniu.
Owszem, dzieci śmierdzą, ale tylko dopóki nie wyrosną z pieluch. Potem już da się je utrzymać w jakiej takiej czystości, aż same zaczną dbać o swój wygląd, szykując się na randki, na które jego córki zaczną chodzić zapewne dopiero po trzydziestce, a synowie chyba nigdy, bo jak wiadomo, mężczyźni dojrzewają z opóźnieniem. Przynajmniej tak twierdzą kobiety.
- I nie można ich oddać. One są już na całe życie - dodała Anna, wkładając do ust kolejny palec.
Marian sapnął tylko, a potem prychnął, nie wiedząc, co powiedzieć, jak zareagować i co zrobić z paznokciem leżącym na dywanie, bo jego kochająca czystość, nieskazitelna Anna, dzięki której wyglądał jak model z okładki kolorowego czasopisma, i to nie z powodu wrodzonej urody, tylko doskonale dobranych, wyprasowanych przez partnerkę ubrań, właśnie wypluła tam obgryziony paznokieć. Nic dziwnego więc, że zareagował jak ostatni kretyn, idiota i debil jednocześnie, gdy oświadczyła niespodziewanie:
- Jestem w ciąży.
- To moje dziecko? - zapytał bez zastanowienia.
Anna, słysząc to, uspokoiła się natychmiast. Spojrzała na niego z chłodną pogardą w bladoniebieskich oczach, które wydawały się zimne nawet wówczas, gdy się uśmiechała, a teraz tchnęły epoką lodowcową, i wycedziła:
- Nie, moje.
Po czym wzięła torebkę i wyszła z mieszkania. Marian natomiast nadal stał w miejscu jak kretyn, idiota i debil jednocześnie, w dodatku niemota i paralityk, i gapił się na drzwi, za którymi zniknęła cała jego przyszłość.
Magda zostawiła swoje małe, czarne auto na podziemnym strzeżonym parkingu w centrum miasta, zdecydowawszy się iść do restauracji pieszo. I tak była już spóźniona na spotkanie z wieloletnim chłopakiem, a swojego maleństwa za nic w świecie nie porzuciłaby na pastwę poznańskiego złodziejskiego światka. Nie dość więc, że dotarła do restauracji jakieś półtorej godziny po umówionej godzinie spotkania, to dopiero przed wejściem do lokalu zorientowała się, że jej strój może nie całkiem pasować do tego miejsca. Legginsy ze wstawkami ze skóry, czarna, asymetrycznie skrojona tunika, buty nabijane ćwiekami i nakładane na ramiona bransolety w kształcie wijących się węży były dla Magdy codziennością, dla personelu knajpki jednak niekoniecznie. Makijaż miała dziś raczej skromny. Rysunki robione henną lub eye-linerem, które zwykle zajmowały część twarzy, ciągnąc się od łuku brwiowego przez kość policzkową aż do żuchwy lub obojczyka, raczej w stylu Louisa Royo niż matki Polki, tym razem ozdabiały tylko skronie i były to fantazyjne esy-floresy, zakończone smoczymi łbami w miniaturze. W czarne długie włosy miała wplecione rzemienie z monetami, taka stylizacja na starożytność w szerokim pojęciu tego słowa, czyli było tam wszystko, co tylko dała radę znaleźć i zawiązać.
Jeden z kelnerów gapił się na nią jak zahipnotyzowany, gdy szła do stolika. Darek jednak nie był zaskoczony widokiem swojej dziewczyny, którą kochał nieprzerwanie już od kilku lat, i nie zniechęcało go kompletnie nic, nawet to, że sióstr Sucharskich jest aż pięć. Ani to, że czekał na Magdę ponad półtorej godziny, a ona nawet nie zadała sobie trudu, żeby włożyć sukienkę. Okazja miała być wyjątkowa, czego Natalia Magdalena Sucharska jeszcze nie wiedziała, nie wątpił jednak, że to również nie byłoby dla niej powodem, dla którego miałaby ubrać się bardziej konwencjonalnie.
Kiedy dotarła do stolika i zobaczyła na nim bukiet pięknych czerwonych róż, spytała podejrzliwie:
- Co to za okazja? Nie mam urodzin. Jakaś rocznica?
- To nie urodziny. I nie rocznica. Usiądź, to...
- Jak nie urodziny, to co? Podpadłeś? Nic o tym nie wiem. Zwykłe "przepraszam" też by wystarczyło, ale nie czekałbyś dwie godziny - dociekała, z uwagą lustrując Darka. Złotorude włosy miał staranie uczesane i chyba... tak, dobrze widziała, był u fryzjera! - Co jest grane?
- Siadaj - zdenerwował się w końcu.
Magda opadła na krzesło, splotła ręce na piersiach i rzuciła zirytowana:
- Lepiej, żeby to była dobra wiadomość. - A nim zdążył się odezwać, dodała: - Chyba nie zamierzasz mnie rzucić? Na to miałeś dość czasu i wystarczyło się wyprowadzić. Nie musiałeś mnie tu zapraszać. No i to nie byłaby dobra wiadomość. Przynajmniej z mojego punktu widzenia, a złą wolałbyś przekazać mi na odległość, więc...
- Czy możesz na chwilę się uciszyć?! Chcę się ożenić! - wybuchnął w końcu. Ostatecznie mężczyzna oświadcza się raz w życiu, przynajmniej on zamierzał, ale oczywiście z nią nic nie jest proste.
- Aha... - bąknęła zaskoczona. - A z kim?
- Z tobą, ty kretynko!
W tym momencie przy stoliku znienacka pojawił się skrzypek, po nim kelner z butelką szampana i wtedy wszyscy goście spojrzeli w ich kierunku, a Magda... No cóż, Magda pierwszy raz w życiu spanikowała i uciekła. Goniło ją żałosne rzępolenie skrzypiec, gdy biegła ulicą.
Darek wiedział, że nie pójdzie łatwo, ale taka reakcja zaskoczyła nawet jego. Z drugiej strony, nie poszło źle. Przynajmniej nie powiedziała "nie".
Adrian zajrzał do Tosi, która spała słodko jak mały ciemnowłosy aniołeczek, z kciukiem w buzi, zwinięta w kłębuszek, i posapywała przez sen. Naciągnął na nią rozkopany kocyk, sprawdził, czy elektroniczna niania działa, i wrócił do sypialni. Nie zdążył się położyć, gdy na zewnątrz rozległ się pisk opon.
- Sprawdzę - powiedział do Natalii, którą nieoczekiwany dźwięk wytrącił ze snu i oszołomiona usiadła na łóżku.
- OK. - Ziewnęła i położyła się na powrót, ale natychmiast głośne trzaśnięcie drzwiami poderwało ją do pozycji siedzącej. Już rozbudzona powiedziała: - To któraś z Natalii. Coś się musiało stać. - Zaniepokojona pobiegła za Adrianem. Na schodach wpadli na Natę, równie przejętą jak oni. Na dole stała Anna, z zapuchniętymi oczami, blada jak śmierć, rozczochrana, w pogniecionych spodniach.
- Wybaczcie, że o tej porze, ale obawiam się, że pewne okoliczności zmusiły mnie do bezzwłocznego powrotu do domu - oświadczyła dramatycznie. - Pozwolicie, że udam się do siebie.
Nie czekając na odpowiedź, minęła ich i poszła na górę. Adrian, Natalia i Nata patrzyli za nią zaskoczeni, po czym spojrzeli na siebie z niedowierzaniem.
- Czy ona miała poobgryzane paznokcie? - spytała z wahaniem Nata, nie wierząc własnym oczom.
- Też to zauważyłam. - Natalia ze zdenerwowania zaczęła obgryzać własne.
- Myślicie, że coś się stało? - Adrian zdał sobie sprawę z absurdalności tego pytania w chwili, w której je zadał, ale było już za późno, słowa wyszły z jego ust i nie chciały się cofnąć. Obie siostry popatrzyły na niego z politowaniem. Nata otworzyła usta, by to odpowiednio skomentować, ale wtedy znów rozległ się warkot nadjeżdżającego auta, więc zamiast coś powiedzieć, otworzyła drzwi, by sprawdzić, kogo jeszcze przyniosło.
Przed dom zajechał mały, śliczny, czarny opel Magdy. Samochód zatrzymał się na wprost schodów. Długowłosa brunetka wysiadła i bez słowa weszła do domu, zatrzaskując za sobą drzwi z siłą, która przyprawiła futryny o drżenie. Adrian zerknął w górę zaniepokojony, czy Tosia nadal śpi i pozwoli mu spędzić kilka miłych chwil z jej matką. Noc stawała się całkiem interesująca, choć nie tak, jak by sobie tego życzył.
- Co się dzieje? - zawołała za nią Natalia, ale siostra minęła ją bez słowa i śladem Anny zmierzała na piętro, gdzie znajdował się również jej pokój.
- Magda! - krzyknęła za nią Nata z irytacją. Jakaś odpowiedź im się należała. Choćby zwykłe: "Odczep się".
- Moje życie straciło sens - oświadczyła dziewczyna, zatrzymując się na półpiętrze, by spojrzeć w dół. - Już nigdy nie będę mogła po prostu być sobą. To koniec.
- O co jej chodzi? - Nata zdenerwowała się jeszcze bardziej, gdy Magda, nie wyjaśniając nic więcej, pobiegła na piętro. - Myślisz, że Darek coś jej zrobił?
- Raczej ona jemu - skomentował kwaśno Adrian.
- No jasne, zabiła go i dlatego przyjechała o północy do domu, żeby tu się ukryć. - Natalia popukała się w czoło z politowaniem. - Za to ci płacą? Za wymyślanie głupich teorii? Dzwoń natychmiast do Mariana i Darka, spytaj, co się stało.
- Teraz? - zdziwił się Adrian.
- Super. Za intelekt to go chyba nie kochasz, nie? - zgryźliwie zapytała Nata. - Lepiej, żeby Tosia wdała się w ciebie. Chociaż - zaczęła drapać się po głowie, udając, że się głęboko zastanawia - twój pierwszy mąż też był kretynem, a dzieci masz inteligentne. To jeszcze o niczym nie świadczy. Zdaje się, że nasze geny są dominujące.
Potocki spojrzał na nią morderczym wzrokiem, ale nie zdążył odpowiedzieć jej ani słownie, ani ręcznie, choć tego drugiego jeszcze nigdy nie uczynił, a nieraz go korciło. Głośny huk na zewnątrz sprawił, że cała trójka drgnęła gwałtownie, trudno stwierdzić, czy ze strachu, czy z zaskoczenia.
- Zostańcie tutaj - polecił Adrian, na powrót przejmując dowodzenie. - Sprawdzę, co się dzieje.
Rzecz jasna, żadna z sióstr go nie posłuchała. To, że zadziałał w nim policjant, nie było dla nich żadnym argumentem. Ewentualność, że postanowił je chronić, bo diabli wiedzą, co się dzieje przed ich domem, tym bardziej. Genów odpowiedzialnych za wścibstwo miały więcej niż tych właściwych rozsądkowi. Stanęły więc za Adrianem i zerkały na podjazd. Koło schodów, tuż za autkiem Magdy, a tak naprawdę w bagażniku opla, zatrzymało się małe piździtko, jak nazywała samochód Natki Nata, i zza kierownicy wygramoliła się jego właścicielka.
- Boże! - jęknęła przerażona Natalia, unosząc dłonie do ust. - Jesteś cała?
- O choleres, Chryste Panie - dodała od siebie Nata, patrząc na Natkę, która zmierzała chwiejnym krokiem do domu.
- Spokojnie, nic mi nie jest! - zawołała najmłodsza z sióstr. - Za późno zaczęłam hamować, ale takie rzeczy się zdarzają!
- Tylko tobie - kwaśno skomentował Adrian i w ostatniej chwili złapał Natkę za ramiona, chroniąc ją przed upadkiem, gdy potknęła się o stopień.
- Trzeba wezwać pogotowie! - krzyknęła Natalia. - Ma wstrząs mózgu.
- Nic mi nie jest - zaprotestowała Natka, z wdzięcznością patrząc na prawie szwagra. - To tylko potknięcie.
- Ona nie ma okularów. Ani szkieł kontaktowych. - Nata prychnęła pogardliwie, zauważywszy, że młodsza siostra mruży oczy i szybko mruga powiekami, jak zawsze, kiedy prawie nic nie widzi.
- Jechałaś samochodem bez okularów?! - wrzasnął Adrian, potrząsając nią z bezsilną złością. - Czyś ty zwariowała?! Jesteś ślepa jak kret!!!
- Zostaw ją. - Nata odepchnęła go bezceremonialnie. - Nie widzisz, że jest w szoku? Trzeba spokojnie. Gdzie masz szkła kontaktowe, idiotko?! Chciałaś się zabić?! - wybuchnęła chwilę później, gdy znów spojrzała w oczy najmłodszej z córek Jarosława Sucharskiego.
- Musiałam je wyjąć, jak płakałam - odparła z godnością Natka, zaczynając akcję pociągania nosem. Ten wieczór okazał się kompletnym fiaskiem. W dodatku rozbiła auto. Znowu. - Przepraszam za wasz samochód, ale powinniście trzymać go w garażu, a nie na środku podjazdu, gdzie każdy może w niego wjechać - pouczyła Adriana.
- Zabiję ją - syknął wściekły Potocki.
- Nie ma za co. To nie nasz samochód - zauważyła całkiem przytomnie Natalia.
- Tak? A czyj? - chciała ustalić Natka.
- Magdy - poinformowała ją usłużnie Nata.
- Tak? To dobrze. - Winowajczyni uśmiechnęła się z satysfakcją. - Koniec końców ten wieczór nie był taki zły. Idę spać. Miałam ciężki dzień. - Minęła siostry i Adriana, po czym podreptała do siebie, potykając się dwa razy na schodach, nim udało jej się dotrzeć na piętro.
- Możesz mi wyjaśnić, jakim cudem ona nie potrafi odróżnić naszego mercedesa kombi od opla corsy Magdy? - Adrian teoretycznie wiedział, że nie powinien niczemu się dziwić. Nie, jeśli rzecz dotyczyła tej rodziny. W przypadku sióstr Sucharskich należało przyjmować wszystko z dobrodziejstwem inwentarza, bo rzeczy niemożliwe stanowiły dla nich tylko pewien poziom trudności i przy odrobinie starań, a najczęściej nawet ich braku, były całkowicie realne.
- Przecież obydwa są czarne - wyjaśniła zaskoczona jego pytaniem Nata.
Natalia tylko wzruszyła ramionami, zastanawiając się, jakim cudem Tosia jeszcze się nie obudziła i dlaczego Przemek i Anielka nie byli tam, gdzie coś się działo. Odwróciła się, by wejść do domu i sprawdzić, co z dziećmi, lecz kłótnia między Adrianem a jej siostrą zmusiła ją do pozostania na miejscu.
- Ale to mercedes i opel! Na litość boską, te samochody są zupełnie różne!!! - Potocki nawet nie starał się zniżyć głosu. Najzwyczajniej w świecie był wściekły. Co więcej, uważał, że ma do tego prawo.
- Tylko dla ciebie. Mówimy o dziewczynie, która na pytanie, jaki chce mieć samochód, odpowiedziała, że błękitny, a przez przypadek kupiła czarny. Jeszcze coś, Einsteinie?
- Dobra. Dość tego. - Stanowczo wkroczyła do akcji Natalia. - Ty się zamknij i do pokoju - poleciła siostrze - a ty - dźgnęła palcem Adriana w pierś - zadzwoń do Mariana i Darka i dowiedz się, co się dzieje. Aha, obaj mają zakaz wstępu - dodała jeszcze, zatrzaskując za sobą drzwi i nie zwracając uwagi, że zarówno Nata, jak i Adrian pozostali na zewnątrz.
- Oni? - zadał pytanie, które nie tylko Nata uznała za głupie. I ze zdumieniem usłyszał wyjaśnienie Anielki dobiegające zza zamkniętych drzwi: - Bo to na pewno ich wina, tato Adrianie!
Potocki nacisnął klamkę i wszedł do domu. Spojrzał na dziewczynkę w różowej piżamce, przyglądającą mu się z powagą, i zapytał zgryźliwie:
- Tak? A skąd wiesz? Telepatia? - Zdawał sobie sprawę, że nie powinien wdawać się w polemikę z dziesięciolatką, ale jego instynkt samozachowawczy nie zadziałał.
- Telepatia nie została udowodniona naukowo - pouczyła go pobłażliwie pasierbica. - Wprawdzie teoria, że to mężczyźni są wszystkiemu winni, też nie została potwierdzona naukowo - zauważyła w zamyśleniu - ale wszystkie kobiety to mówią, więc musi istnieć spora doza prawdopodobieństwa, że tak jest.
- Dziecko kochane, wracaj do łóżka. - Interweniowała szybko Natalia, która zmaterializowała się tuż obok nich. Widząc osłupienie malujące się na twarzy Adriana, uznała, że musi działać natychmiast. Gdy tylko mężczyzna otrząśnie się z zaskoczenia, zacznie dociekać, które kobiety coś takiego powiedziały, a tego wolała uniknąć. Jej instynkt samozachowawczy działał bez zarzutu.
- Dobrze, mamusiu - odrzekła potulnie Anielka. - Dobranoc, tato Adrianie - zwróciła się do ojczyma.
- Dobranoc - odparł automatycznie.
- No dobra. Czyli wszystko jasne. Adrian dzwoni do chłopaków, a my idziemy spać - podsumowała z niejasnym zadowoleniem Nata i nie czekając na ciąg dalszy nocnych wydarzeń, jako że uznała, iż jej w zasadzie nie dotyczą, pobiegła do siebie. Padła na łóżko i klasnęła w dłonie, dając upust radości. Znów są wszystkie pod jednym dachem. Będzie się działo!
Adrian Potocki wszedł do komisariatu z uczuciem głębokiej ulgi, jakby schronił się w dobrze strzeżonym sanktuarium. Tu nie czaiło się żadne zło. Było cicho i bezpiecznie. Teraz mógł się zająć zwyczajnymi sprawami, może jakimś włamaniem albo zabójstwem, choć te zdarzały się rzadko. Ot, spokojna praca. Gdyby był wierzący, a niekiedy bywał, uznałby, że jeśli istnieją niebo i piekło, to on już za życia trafił do czyśćca. Po tym doświadczeniu mogło go czekać tylko wniebowstąpienie.
Zdziwił się, gdy w gabinecie zastał swojego partnera, komisarza Marcina Kurka.
- Jesteś godzinę przed czasem - zauważył, zamykając za sobą drzwi.
Rosły blondyn spojrzał na niego kpiąco i odpowiedział:
- Ty też. Ja mam powód, żeby tu być, a ty?
- Ewakuacja - wyznał Adrian, sięgając do szafki po kubek i kawę. - A ty?
- Ewakuacja? No kolego, musisz rozwinąć temat. Domyślam się, że masz w Mechlinie zlot czarownic. To jedyne, co mogło cię wyrwać z łóżka o świcie, a spędzasz tam sporo czasu. - Mrugnął znacząco do przyjaciela.
- Znacznie mniej niż bym chciał - odparował z uśmiechem Potocki, czując, że wraca mu dobry humor. - W środku nocy wparowała Anna w takim stanie, że gdybym nie był policjantem, sam zadzwoniłbym pod numer alarmowy.
- A co? Kreska nad jednym okiem była niesymetryczna? - zadrwił Marcin.
- Miała pogniecione ubranie, zapuchnięte oczy, do tego rozmazany makijaż i rozczochrane włosy, a jej koszmarnie obgryzione paznokcie śniły mi się w nocy - zreferował szybko Potocki.
- Ożeż... - szepnął Marcin tym razem z odpowiednią dozą powagi.
W gruncie rzeczy lubił Annę, właściwie lubił wszystkie siostry, choć związek z Natą był nie na jego nerwy. Mimo to nie potrafił ostatecznie wybić jej sobie z głowy i gdy spotykał się z inną kobietą, miał zwyczaj porównywać ją do byłej dziewczyny. Co gorsza, porównanie zawsze wypadało na korzyść Naty, choć była to cecha, której generalnie nie znosił.
- Rozstali się? - To było jedyne sensowne wyjaśnienie, które przyszło mu do głowy, a które tłumaczyłoby stan jej... ciała. O stan ducha aż bał się pytać.
- Trudno powiedzieć. Dzwoniłem do Mariana. Źle zareagował na wieść, że zostanie ojcem.
- Nie padł na kolana i nie dziękował kosmosowi? - zadrwił Marcin.
- Zapytał, czy to jego. - Adrian spojrzał na niego znacząco.
- O choleres... - sapnął przyjaciel. - Wkurwi... Zdenerwowała się?
- Wsiadła w samochód i przyjechała do nas w środku nocy. Ale to nie koniec. Przyjechały też następne dwie. Każda z osobna, ale jakby się umówiły. Nie wiem, co to było. Pełnia czy co? - żalił się Adrian. - Kilka minut po Annie zjawiła się Magda - relacjonował kolejne zdarzenia. - Z tą to zupełnie nie wiem, w czym rzecz. Darek jej się oświadczył, więc wyszła z restauracji i przyjechała do nas. Oświadczyła, że jej życie straciło sens i już nigdy nie będzie sobą. Jakby jakąś traumę przeżyła. A na ostatek zjawiła się Natka, bez okularów, i wjechała Magdzie w tył auta, ale co tej najmłodszej się stało, to już nie mam zielonego pojęcia. Z jakiegoś dziwnego powodu ucieszyła się, że rozwaliła opla Magdy, zapominając zupełnie, że użyła do tego własnego samochodu. Który też rozwaliła. Pomyślałem więc, że...
- Lepiej będzie przyjść do pracy, zanim wszystkie czarownice wstaną ze swoich trumien i wsiądą na miotły. Dobrze cię rozumiem, stary - powiedział ze współczuciem Marcin, choć kiedy się już zastanowił, był bardziej rozbawiony niż zaniepokojony.
Gdyby to były normalne kobiety, wiadomość o utracie aut stanowiłaby tragedię. Niektórzy ludzie muszą ciężko pracować, żeby kupić samochód, albo jeszcze ciężej, żeby spłacić kredyt za auto. Natalie odziedziczyły cztery lata temu po milion złotych każda po swoim ojcu plus piękny dworek w Mechlinie, a potem jeszcze niemałe pieniądze po przyszywanym wujku, niejakim Januszu Zawadzie, a Anna jeszcze je siostrom rozmnożyła. Do tego wpadło im sporo gotówki ze sprzedaży brylantów, w których posiadanie wprawdzie weszły legalnie, problem w tym, że same brylanty okazały się nielegalne.
Ale jak zwykle, Adrian i on dowiedzieli się o wszystkim po fakcie i nie mieli żadnych dowodów przeciwko siostrom Sucharskim, a gdyby mieli... No cóż, w końcu nikomu nie stała się krzywda, a same brylanty zostały oddane Europolowi przez nieznane osoby, więc cóż... Właściwie sprawy nie było.
- A co ty tu robisz? - Adrian nie krył ciekawości. Jego przyjaciel miał raczej skłonność do przychodzenia za późno niż wcześniejszego stawiania się na służbie.
- Wstyd się przyznać. - Marcin cmoknął z niezadowoleniem. - Ale co tam, i tak muszę cię prosić o przysługę, więc... - Wzruszył ramionami bagatelizująco, choć poczuł, jak na twarz wypływa mu zdradziecki rumieniec. - W skrócie wygląda to tak. Randka. Potem poszliśmy do niej. Przez przypadek powiedziałem do niej "Nata" i laska mnie wykopała. Klucze zostały u niej, nocowałem tutaj. Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego stary Sucharski dał wszystkim córkom to samo imię. Człowiek naprawdę może się czasem pomylić.
Potocki patrzył na niego z osłupieniem, ale czerwona twarz kolegi świadczyła jednoznacznie, że powiedział prawdę. Parsknął śmiechem. Jednak Bóg istnieje i jednakowo doświadcza wszystkie swoje dzieci.
Nata odwiozła Anielkę i Przemka do Śremu. Po odebraniu solennej obietnicy, że nie przeznaczą pieniędzy na słodycze, fast foody ani nic innego, z czego ich matka nie byłaby zadowolona, wcisnęła im po dziesięć złotych na śniadanie w sklepiku szkolnym i odjechała z piskiem opon sprzed szkoły. Jedynym sprawnym samochodem, nie licząc stojącego w garażu mercedesa kombi, którym nie potrafiła parkować, bo zawsze coś jej gdzieś wystawało, było jej różowe cudeńko, jako że tamci wstydzili się nim jeździć. Rzecz jasna był jeszcze samochód Anny, lecz ta nie dzieliła się z nikim swoją własnością. Samochody Magdy i Natki były... niezdatne do użytku. I nadal stały przy schodach.
Kilkanaście minut później weszła do domu z rękoma przyciśniętymi do uszu, przekonana, że o tej godzinie wszystkie siostry już wstały i drą się na siebie wzajemnie jak opętane. Tymczasem wewnątrz panowała głucha cisza. Nata pożałowała, że odwiozła Anielkę i Przemka do szkoły. Dzieci zawsze wiedziały, co się dzieje, a teraz pozostała sama w jaskini lwa i znając jej szczęście, zaraz zostanie rozszarpana na strzępy.
Nabrała głęboko w płuca powietrza i dzielnie weszła do kuchnio-jadalni, przedzielonej szerokim barkiem z marmurowym blatem. Dziewczyny najzwyczajniej w świecie jadły z apetytem śniadanie, jakby zupełnie nic się nie wydarzyło. Nata przez moment pomyślała, że Natka nie skasowała Magdzie ukochanego auta, Natalia nie została w środku nocy wyrwana z łóżka, a Marian nie posądził Anny o zdradę i wszystko to było tylko i wyłącznie wytworem jej wybujałej wyobraźni.
- Hej - odezwała się niepewnie. - Wszystko gra?
- Tak - odpowiedziała stanowczym tonem Natalia.
Pozostałe siostry pokiwały energicznie głowami, nawet Anna, choć była dziś bardziej blada niż w nocy. Właściwie wtedy była bardziej czerwona niż blada, a teraz jakaś taka zielonkawa, ale nie ma co roztrząsać szczegółów.
- Jecie śniadanie?
- Tak się nazywa poranny posiłek - zauważyła Natalia, odrzucając na plecy gęste, kasztanowe włosy, których część opadała jej przez jedno ramię.
- Aha. No tak. I tak spokojnie jecie? - dociekała Nata.
- Oczywiście. Anna ma mdłości, a Magda i Natka mają zakaz kłócenia się przy Tosi - wyjaśniła z uśmiechem na twarzy Natalia, ścierając dziewczynce z buzi tę część papki z banana, która nie trafiła do ust.
- Mama! - zawołała Tosia, patrząc na Natę.
- Ciocia - poprawiły ją chórem dziewczyny, przewracając komicznie oczami. Półtoraroczna Tosia była słodkim, kochanym dzieckiem. Miała tylko jedną wadę - poza tym, że nadal korzystała z pieluchy, choć potrafiła też siadać na nocnik - każdą Natalię nazywała mamą, a każdego mężczyznę w domu - tatą, co wywoływało pewną konsternację.
- Więc - wróciła do tematu Natalia - skoro nie mają do powiedzenia nic miłego, mają nie odzywać się wcale.
- Aha - skwitowała z ulgą Nata. Usiadła przy stole i nałożyła sobie na talerz jeszcze ciepłą jajecznicę i dwa tosty. - Super. Czy to znaczy, że nie odezwą się do końca życia?
- Nie, idiotko, tylko do siebie mamy się nie odzywać - warknęła Magda, patrząc na nią ze złością. Makijaż miała rozmazany, włosy skołtunione, bo poszła spać w pełnym rynsztunku; jeśli dodać do tego skasowane auto, nic dziwnego, że słoneczny poranek nie nastroił jej optymistycznie.
- Zachowuj się - pouczyła ją Natalia. - Jaki przykład dajesz dziecku? Tosia już wszystko rozumie.
- Szkoda, że nie może zapamiętać, kto jest jej ojcem. Może to genetyczne i moje dziecko też do każdego mężczyzny będzie mówiło "tato". Co tylko potwierdzi tezę Mariana, że to nie jego dziecko - zdenerwowała się na powrót Anna, która rankiem doszła do wniosku, że przez większość swojego trzydziestoparoletniego życia obywała się bez mężczyzny i było całkiem dobrze, a co się jakiś przyplątał, to tylko sprawiał kłopot, więc nie ma powodów do rozpaczy. Żadna kobieta jeszcze nie umarła tylko dlatego, że jakiś cham i prostak złamał jej serce, a ona nie zamierzała być pierwsza. - Po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że skoro nie chce naszego dziecka, to nie. Sama je wychowam. Lepszy żaden ojciec niż taki, co nie chce własnego potomka. Nasz pozostawiał wiele do życzenia jako człowiek i ojciec, nigdy go nie było, a i tak wyszłyśmy na ludzi. Damy sobie radę - uznała na koniec swojego średnio zrozumiałego wywodu najstarsza z sióstr.
- My? - zdziwiła się Nata.
- Oczywiście. Pomożecie mi. Nie potrafię się zająć nawet psem. Muszę się wiele nauczyć. Zacznę od razu. Daj mi ją - zwróciła się z desperacją do Natalii, wyciągając ręce po Tosię. - Zmienię jej pieluchę.
- Ale po co? - zdziwiła się matka dziewczynki. - Przecież ma czystą.
- Dobrze się składa. Dzięki temu nie będzie to tak traumatyczne doświadczenie - ucieszyła się przyszła matka.
- Nie będziesz dotykać mojego dziecka - odparła zirytowana Natalia. - Chociaż nie - zreflektowała się szybko. - Masz rację. Nauka ci się przyda. Nakarm ją. - Wstała i nie czekając na reakcję siostry, posadziła umorusaną jak nieboskie stworzenie dziewczynkę na jej kolanach, na białych dżinsach. Tosia właśnie rozmazywała po blacie stołu jajecznicę. Tylko patrzeć, jak wytrze paluszki w spodnie cioci Anny.
- Mama! - zawołała uradowana Tosia i brudną łapką plasnęła Annę w policzek.
- Jesteś w ciąży? - Natka zza grubych szkieł okularów wpatrywała się w Annę. - Jak to się stało?
- Cud, że ty nie jesteś, skoro zadajesz takie pytania - dogryzła siostrze Magda, która nie zamierzała darować młodej zniszczenia opla.
- Przestańcie natychmiast! - zażądała Natalia. - Anna jest w ciąży i nie wolno jej się denerwować. Wystarczy, że Marian podał w wątpliwość swoje ojcostwo, więc Anna go porzuciła i przyjechała do nas. Możliwe, że będzie samotną matką, a wy jeszcze ją denerwujecie.
Anna spojrzała na nią z rozpaczą i zdumieniem. To, że dziecko nie będzie miało ojca, jakoś jej nie przeszkadzało. Sama nie miała. Ale hasło "samotna matka" brzmiało tak jakoś... dramatycznie.
- Na zawsze go porzuciłaś czy tylko na trochę? - zapytała Natka, rzucając złe spojrzenie Magdzie, ale nie odważyła się odgryźć. Właśnie zaczynała dochodzić do wniosku, że zniszczenie samochodu, choćby nawet przypadkowe, nie może się równać ze złością z powodu faceta, który jest tylko zwyczajnym dupkiem.
- Oczywiście, że na trochę. Co on sobie myśli? Zrobił jej dziecko, a teraz umyje ręce? Nic z tych rzeczy! Będzie je wychowywał! - oświadczyła Nata. - Zmieniał mu pieluchy i te rzeczy.
- Jakie rzeczy? - zapytała słabym głosem Anna, z niedowierzaniem patrząc, jak siostrzenica zgarnęła z jej talerza sałatkę i wpycha ją sobie rączkami do buzi.
- Dokładnie te - potwierdziła Nata, sama nie wiedząc jakie, ale z pewnością te najmniej przyjemne.
- Skoro już ustaliłyśmy, że Marian to palant i trzeba będzie dokręcić mu śrubę, żeby pocierpiał, zanim Anna do niego wróci i łaskawie mu przebaczy, choć nigdy mu tego nie zapomni, to może wreszcie się dowiem, dlaczego Natka mnie nienawidzi? - zwróciła się do młodszej siostry Magda.
- Wróci? - zdziwiła się Natalia, która po rejteradzie Adriana z domu uznała, że gatunek męski powinien wymrzeć. Oprócz jej ukochanego syna, rzecz jasna, i ogrodnika, bo ktoś musi kosić trawnik.
- Ustaliłyśmy? - powtórzyła jak echo Anna.
- Tak - odparła zdecydowanym tonem Magda. - Niech sobie drań nie myśli, że się wykręci. Zrobił jej dziecko, to niech cierpi.
- Przypominam, że Anna też brała w tym udział. I to dobrowolnie, prawda? - zwróciła się do ciężarnej siostry Nata, po czym, nie czekając na odpowiedź, kontynuowała, tym razem do Magdy: - Zaraz nienawidzi... Ślepa jest jak kret, to walnęła ci w bagażnik. A czego się spodziewałaś, zostawiając auto przed schodami? Ale niewykluczone, że powinnyśmy ci podziękować. Gdyby tam nie było twojego opla, staranowałaby drzwi wejściowe.
- Wcale nie - zaprotestowała Natka. - Widziałam samochód!
- To dlaczego nie hamowałaś? - zdenerwowała się na powrót Natalia.
- Jak go zobaczyłam, to zahamowałam - wyjaśniła z urazą najmłodsza Sucharska. - Tylko trochę za późno.
- Za późno zobaczyłaś czy za późno zahamowałaś? - koniecznie chciała wiedzieć Magda.
- Nieważne - zbagatelizowała rzecz Nata. - Właśnie do mnie dotarło, że nadal nie wiemy, dlaczego młoda zjawiła się w środku nocy w domu!
Wszystkie siostry spojrzały wyczekująco na najmłodszą. Nawet Tosia, która na moment przerwała rozsmarowywanie masła po stole.
- To było tak... - zaczęła Natka i urwała. - E... - zająknęła się - wiecie co? To może ja zapłacę za naprawę, czy co tam sobie chcecie, i zapomnimy o sprawie?
- O nie, nigdy w życiu! Chcę wiedzieć, co się wydarzyło! - Nata była żądna krwi. Przecież musi napisać trzecią część "Natalii", a dotąd miała materiał tylko na początek.
- To przez Radka - wyznała z niechęcią Natka, wbijając wzrok w stół.
- Jakiego Radka? Chyba nie znam żadnego Radka - zastanawiała się głośno Magda.
- No właśnie, ona go nawet nie zna! - zdenerwowała się na powrót siostra. - Umówił się ze mną tylko po to, żeby poprosić o twój numer telefonu!
- A to padalec! - rozzłościła się Magda. - Ja go... - Uderzyła pięścią w otwartą dłoń, zaciskając gniewnie zęby.
- Naprawdę? - rozpromieniła się Natka, na powrót patrząc z uwielbieniem na starszą o dwa lata siostrę.
- Jasne, młoda. Nikt nie będzie lekceważył mojej młodszej siostry. Pokażesz mi tylko, który to, i... - Groźna mina Magdy i wcześniejszy gest wskazywały jednoznacznie, że nie zamierza brać jeńców.
- Zaraz, zaraz, żadne "pokażesz". - Powstrzymała je Natalia. - Żadnych rękoczynów. A teraz chcę wiedzieć, o co chodzi z Darkiem. Naprawdę spóźniłaś się na własne oświadczyny, a potem uciekłaś z restauracji?
- Tak jakby - przyznała Magda, rumieniąc się gwałtownie. Animusz, który zaprezentowała przed chwilą, znikł. Wprawdzie rumieniec brunetki nie jest tak pokazowy jak blondynki, ale u Magdy rumieniec z natury rzeczy był rzeczą nienaturalną, więc wywołał pewne zaskoczenie w gronie sióstr, które ucieczkę przed ślubem były w stanie pojąć, ale zażenowania z tego powodu - nie. Ostatecznie wystawienie faceta to żaden powód do wstydu. Każdy domorosły samiec doświadczył tego choć raz w życiu i jeśli nie zamierzał zmieniać orientacji i liczyć, że drugi facet nie wystawi go do wiatru, powinien mieć świadomość, że nie musiał to być ostatni raz.
- Ale dlaczego? - Natka nie rozumiała, w czym rzecz. - Przecież wystarczyło powiedzieć "nie".
- Ale ja chciałam powiedzieć "tak"!
- Teraz to ja też już nie rozumiem - oświadczyła Nata. - Uciekłaś, bo się bałaś, że się zgodzisz?
- Tak jakby.
- Możesz rozwinąć to swoje tak jakby? - Natka koniecznie chciała coś z tego zrozumieć.
- Spójrzcie na mnie. Jak ja wyglądam? - Magda wskazała na siebie.
- Wyglądasz, jakbyś zeszła z plakatu Louisa Royo, tylko masz na sobie więcej ciuchów, ale w czym rzecz? Zawsze tak wyglądasz - zauważyła całkiem rozsądnie Natka.
- No właśnie. Czy tak wygląda kobieta zamężna? - W głosie Magdy jakby zabrzmiała rozpacz czy też inne trudne do zidentyfikowania uczucie, ale nie miało ono nic wspólnego z pewnością siebie, którą emanowała nawet we śnie.
- Sorka, siostra, ale ty to jakaś głupia jesteś. Mieszkasz z Darkiem dwa lata. Widział cię nawet bez makijażu i z nieumytymi zębami. Skoro się oświadczył, to chyba wie, co bierze? - wtrąciła się Nata, która za nic nie rozumiała, w czym rzecz.
Przecież Darek nie był głupi ani ślepy, w dodatku znał je wszystkie doskonale, brał udział w akcjach, w które zupełnie przypadkowo się wplątały, więc o co właściwie Magdzie chodzi?
- I w co się pakuje - poparła ją Natka. - Zna nas jak zły szeląg.
Magda zrobiła dziwną minę. Widać było, jak trybiki w jej mózgu obracają się we wszystkich kierunkach.
- To znaczy - zaczęła niepewnie - że niepotrzebnie spanikowałam?
- Tak jakby - zadrwiła Natalia, chociaż po prawdzie przemknęło jej przez myśl, że przyganiał kocioł garnkowi, bo sama poprzedniego dnia miała sporo przemyśleń na temat małżeństwa i tak naprawdę nie znalazła racjonalnego powodu, dla którego przez te dwa lata, jakie minęły od oświadczyn, nie wyszła za Adriana. - Dobra, skoro wszystko wiemy, jadę do kosmetyczki. Anna zajmie się Tosią dla nabrania wprawy. Aha, i posprzątaj kuchnię. - Spojrzała na siostrę z potępieniem, które wywołał rozgardiasz uczyniony na stole przez jej własne dziecko, za mało pilnowane przez Annę. - Karmienie nie polega na patrzeniu, jak dziecko bawi się jedzeniem - skarciła ją. - Jak sprzątniesz ten syf, to załapiesz tę regułę i podstawy wychowywania dziecka będziesz miała w małym palcu.
- Ja? - pisnęła przerażona Anna, odzyskując głos.
- Pani Fela ci pomoże - pocieszyła ją Natalia.
- Kim jest pani Fela? - zawołały chórkiem Magda i Natka.
- Pomaga nam w domu. A co sobie myślicie, że mam czarodziejską różdżkę i wszystko samo działa? A wy dwie - wskazała palcem Magdę i Natkę - załatwcie sprawę samochodów. Jak wrócę, ma ich tu nie być.
Nim dziewczyny zdążyły zareagować, w drzwiach kuchni ukazała się pani lat około sześćdziesięciu, w niebieskich rybaczkach i koszuli w kratkę. Dziewczyny utkwiły wzrok w ogromnym siwym koku na głowie kobiety.
- Pani Natalio, listonosz przyszedł. Ma polecony do którejś z pań.
- No, to jest właśnie pani Fela. Pracuje u nas od kilku tygodni. Wiedziałybyście o tym, gdybyście bywały tu częściej niż tylko w weekendy. Niech go pani zawoła, to od razu ustalimy, o którą z nas chodzi - zadecydowała, zwracając się do kobiety.
- Jestem, jestem, dzień dobry - odezwał się zza jej pleców listonosz. - Która z pań pokwituje?
- Tata! - pisnęła Tosia z zachwytem, wyciągając rączki w kierunku mężczyzny.
PIĘKNA I BESTIA
Czasem trzeba pocałować stado żab, żeby trafić na księcia. Tylko ile tych żab naprawdę trzeba pocałować, żeby trafił się książę? Albo jakiś lord chociaż? No i czy to na pewno będzie męski arystokrata, a nie jakaś utajona ropucha? Bo ropuchy mają to do siebie, że się świetnie kamuflują.
Już jako dziecko nie wierzyłam w bajki. Ani w Świętego Mikołaja. W ogóle jakiś taki niewierny Tomasz ze mnie był i został, a życie tego poglądu nie zweryfikowało. Ludzie są fajni albo niefajni, każdy coś tam ma za uszami, bez względu na płeć, i cudów nie warto oczekiwać. Świetnie obrazuje to dowcip znaleziony przeze mnie na jednym z portali.
Dziewczyna spacerująca po plaży znalazła zagrzebaną częściowo w piachu butelkę. Podniosła, oczyściła, wyjęła korek, a tu Duszek wyskoczył. Ta podekscytowana woła: - "Mam trzy życzenia?!" Duszek na to: - "Spełniam tylko jedno, więc dobrze się zastanów". No to dziewczyna zażyczyła sobie, żeby na Bliskim Wschodzie wreszcie zapanował pokój. Duszek wyciąga mapę i patrzy, patrzy, a tu Żydzi, Arabowie, Amerykanie, wojna za wojną, zniechęcony mówi: - "Dziewczyno, te kraje się nienawidzą od tysięcy lat, a ty chcesz, żebym tak na szybko zaprowadził tam porządek? Nie da się. Wymyśl coś sensownego".
Dziewczyna uznała, że skoro dla świata już się postarała, to może zażyczy sobie coś dla siebie. Mówi: - "Chciałabym spotkać wspaniałego mężczyznę i wyjść za niego za mąż. Musi być przystojny, wysoki, inteligentny, błyskotliwy, z poczuciem humoru, żeby mnie kochał, szanował, chronił, dobrze zarabiał i oddawał mi pieniądze, nie pił, nie palił, pomagał przy dzieciach, przy gotowaniu i sprzątaniu, był świetnym kochankiem, żeby był wierny i poświęcał mi czas zamiast gapić się w telewizor. Duszek podrapał się po głowie, westchnął głęboko i powiedział: - "Jednak popatrzmy na tę mapę".
Pewnie byście teraz chcieli jakąś puentę? Brzmi ona tak: szukajcie, a znajdziecie... Nie, to nie ta książka. Sorry. Ludzie małej wiary... Nie, to też nie to. Zaraz, zaraz, co by to mogło być? O, już wiem! Prędzej wielbłąd przez ucho igielne się przeciśnie niż... kobiecie dogodzisz.
Zdziwieni? Niepotrzebnie. Bo na tym świecie są kobiety, które choć mają księcia, to, psia mać, królewicza im się zachciewa!
- Niech to diabli! - zaklęła Nata, zamykając laptop. To miał być inny wpis. Antymęski, a nie antykobiecy. Życie czasami tak się układa, przynajmniej co poniektórym, że już zaczęła wątpić, czy cały ten rodzaj żeński nie oszalał. Jak się trafi kobiecie jakaś ropucha obrzydliwa, co to ledwo z bagna wylazła i już człowieka udaje, to nie ma się co dziwić, że w końcu oczy się otworzą, i trzeba wiać jak najszybciej i jak najdalej.
Przypadków Mariana i Darka do takich nie zaliczała, choć ten Radek to już całkiem inna historia. Ropuch przebrzydły jak nic! Marian wprawdzie popłynął po bandzie, ale pewnie był w szoku. W końcu nie co dzień facet się dowiaduje, że zostanie ojcem. Można mu wybaczyć. Kiedyś. Nie tak od razu, bo odpowiednia dawka skruchy przyda się każdemu mężczyźnie.
O, chociażby taki Marcin. Gdyby tak przynajmniej raz potrafił powiedzieć "przepraszam", to życie zupełnie inaczej by im się ułożyło. Wprawdzie Nata nie pamiętała, za co miałby ją przepraszać, ale to nieistotne. Liczyła się idea.
Marian skręcił na podjazd prowadzący do domu sióstr Sucharskich. Im bliżej był dwupiętrowego, stylizowanego na dworek budynku, tym więcej wątpliwości go ogarniało, czy dobrze trafił. Jeśli dobrze widział, a mimo chwilowego zaćmienia, które na mózg mu padło, oczy miał całkiem sprawne, przy schodach stała albo jakaś nowoczesna rzeźba, której treści wolał się nie domyślać, albo dwa samochody, z czego jeden tkwił częściowo w bagażniku tego drugiego.
- No tak, Natka wjechała w kufer Magdzie. Rewelacja - skwitował ponuro, wyobrażając sobie panującą w domu atmosferę, zupełnie niesprzyjającą jego planom pogodzenia się z Anną i ściągnięcia jej z powrotem do domu.
Nie odbierała telefonów. Na poczcie głosowej nagrał się tyle razy, że zabrakło miejsca na kolejne wiadomości. Do pozostałych sióstr nie odważył się zadzwonić. Przepraszanie za pomocą esemesów też nie wchodziło w grę. Zresztą za stary był, żeby się bawić w jakieś gierki. Namieszał, przeprosi i będzie po sprawie, pocieszał się, choć zbyt dobrze znał charakterki wszystkich sióstr Sucharskich, by choć przez chwilę sądzić, że pójdzie mu łatwo. To będzie droga przez mękę, wyboista, kolczasta, pełna rozpadlin i dzikiego zwierza, gdzie nie tylko trzeba uważać, żeby się nie potknąć, ale również by nie zarobić kopniaka w dolną część pleców. Ochraniacz na jądra też by się przydał, ale za późno na to wpadł.
Toteż teraz ominął ów swoisty performance i dzielnie wkroczył na schody. Nacisnął dzwonek i czekał, aż któraś z dziewcząt pofatyguje się, żeby otworzyć. Natalia pewnie zmierzy go złym wzrokiem, Nata nagada mu do słuchu i nie na temat. Najgorzej będzie jednak, jak trafi się Magda. O, od niej to można zarobić prawym sierpowym, a potem jeszcze poprawi z wykopu, a on nie jest w tej uprzywilejowanej pozycji, by choćby móc się obronić. Anna pewnie nawet się nie pofatyguje, żeby mu rany opatrzyć. Najlepiej byłoby, gdyby trafiła się Natka. Jak będzie miał szczęście, to młoda wyjdzie bez okularów i go nie rozpozna. Jego rozmyślania przerwało szczęknięcie otwieranych drzwi, w których stanęła nieznana mu kobieta.
- Kim pani jest? - zapytał obcesowo.
- A pan? - odparowała tamta, nie dając się zastraszyć stojącemu w drzwiach mężczyźnie.
- Zapytałem pierwszy!
- Ale to pan czegoś chce, a nie ja - zauważyła ze spokojem, mierząc intruza podejrzliwym wzrokiem. - Młody człowieku, wychowałam pięciu takich jak pan i żaden mi nie wszedł na głowę. Panu też się nie uda.
- Policja. - Marian wyjął odznakę i machnął nią kobiecie przed oczami.
To był jedyny argument, jaki przyszedł mu do głowy. Sądząc po minie jego rozmówczyni, zupełnie nietrafiony.
- No i? - zapytała, krzyżując ręce na piersiach.
- Czy pani jest spokrewniona z którąś z sióstr Sucharskich? - Nie znał przecież wszystkich matek.
Zaczął się obawiać, że właśnie podpadł jednej z nich, a z jego szczęściem, które ostatnio w ogóle go opuściło, mogła to być matka Anny. Wtedy jedyne, co mu pozostanie, to przybić gwoździami kolana do podłogi i pozostać w tej pozycji do końca swego żałosnego życia.
- Nic panu nie powiem, dopóki nie dowiem się, kim pan jest i czego chce. A tą odznaką, synku, to możesz machać panienkom na ulicy. Może któraś się przestraszy. No więc? - Kobieta oparła ręce na biodrach i patrzyła na niego wojowniczo.
- Nazywam się Marian Jaglecki. Komisarz Jaglecki. Jestem tu prywatnie. Czy zastałem panią Natalię Annę Sucharską? - wyrecytował, kapitulując po raz kolejny.
- No widzisz, synku, nie było to takie trudne. Pani Anny nie ma w domu. Zostawi pan wiadomość?
- Jak to nie ma? To gdzie jest? Była tu w ogóle? - zasypał ją pytaniami Marian, przerażony, że być może Annie coś się stało i w ogóle nie dotarła do Mechlina.
Ale zaraz, przecież musiała dotrzeć, kretyn z niego, przecież inaczej Adrian by do niego nie dzwonił. Jaglecki odetchnął z ulgą. Anna jest cała, zdrowa i bezpieczna. Oczywiście, że tak. I pewnie nadal tu jest. Tylko nie chce go widzieć. To zrozumiałe.
- Rzecz w tym, proszę pani, że ja koniecznie, ale to naprawdę koniecznie muszę porozmawiać z Anną - powiedział głośno, przywołując uprzejmy uśmiech na zbolałą twarz.
- Przekażę pani Annie, jak wróci.
- Jak to wróci? Nie ma jej?
- Nie ma.
- A gdzie jest?
- Wyjechała.
- Jak to wyjechała?
- Tak to. Wsiadła do samochodu i pojechała.
- W jej stanie?! - wrzasnął Marian.
- Jest w ciąży. To nie choroba. Chociaż jak sobie przypomnę te wszystkie moje ciąże... - Starsza pani zastanowiła się przez moment. - Może i choroba. Na szczęście krótkotrwała, choć z nawrotami. Skutki uboczne prześladują człowieka latami, a i potem trzeba je wykopać na swoje, bo obiboki mamcinej spódnicy się trzymają.
- A mogę wejść?
- A po co? - Zmierzyła go podejrzliwym wzrokiem. - Przecież pani Anny nie ma.
- Ale ja jestem rodzina. Tak jakby...
- Rodziną się albo jest, albo nie. Niech pan się zdecyduje.
- Jestem ojcem dziecka Anny.
- Czyżby? - Zmierzyła go podejrzliwym wzrokiem. - Pani Anna powiedziała, że jej dziecko nie ma ojca.
- Jak to nie ma?! A ja?! - zdenerwował się Marian.
- Ja tam nic nie wiem, synku. Ale te wrzaski w niczym ci nie pomogą.
- To ja poproszę z inną Natalią. - Marian za wszelką cenę starał się uspokoić. Normalnie po prostu wszedłby do domu, ale przecież nie będzie się szarpał ze starszą kobietą.
- Którą?
- No może... Po prostu z Natalią Sucharską. Bez drugiego imienia - uściślił.
- Nie ma. Wyjechała.
- Aha, to może jest Nata?
- Też nie ma. Wyjechała.
- A jest którakolwiek z pań Sucharskich?
- Nie ma.
- To dlaczego pani od razu nie mówi?!
- A co to ja obcemu mam mówić, że właścicielek nie ma w domu? - zapytała jego rozmówczyni zbulwersowana.
- Czy pan komisarz Adrian Potocki jest w domu? - zapytał z nadzieją.
- Pan Potocki jest - potwierdziła, ku wielkiej uldze Mariana.
- Może go pani poprosić?
- Czemu nie? - zgodziła się pani Felicja i zatrzasnęła mu drzwi przed nosem.
Marian nie wiedział, czy ma czekać, czy też nie. Ogólnie rzecz biorąc, nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Jakby nie dość było kłopotów natury osobistej, to do tego wszystkiego doszły problemy natury służbowej. Awans mu się szykował. Z przeniesieniem. Przeniesienie nie było złe. Zamiast łapać pojedynczo przestępców, ścigałby ich masowo. To znaczy rozpracowywał zorganizowane grupy, a nie przypadkowe jednostki, jak robił to dotąd. Zmiana nawet nie pociągała za sobą konieczności przeprowadzki.
Rzecz w tym, że najpierw musiałby zaliczyć kurs. Kilkumiesięczny, wyjazdowy. Annę dopiero wówczas szlag trafi. W zaistniałych okolicznościach taki awans był ostatnią rzeczą, której by sobie życzył. Miał zostać ojcem, do jasnej cholery! I zamierzał nim być już w okresie prenatalnym! Jak ta wiedźma do niego wróci, rzecz jasna.
- Psia jego mać i wszyscy święci! Jestem w tak głębokiej dupie, że odbytu nie widać! - zaklął. Pech chciał, że w tym momencie drzwi się otworzyły i stanął w nich Adrian, który usłyszał ostatnie słowa przyszłego szwagra. Mimo braku formalnych więzi jakiegoś określenia musieli używać, wybrali więc standardowe. Byle nie przy Nataliach.
- To chyba nie o mnie chodzi? - zapytał niepewnie, widząc Jagleckiego, który stał przed drzwiami z bukietem czerwonych róż - jakże stereotypowo - i walił nimi bez opamiętania o udo, najwyraźniej nie będąc świadomym tego, co czyni.
- Nie. O mnie - odparł ponuro Marian. - Mogę wejść?
- No jasne. Też pytanie. - Potocki odsunął się od drzwi i zapytał: - Dlaczego sam nie wszedłeś?
- Cerber mnie nie wpuścił. Oznajmił, że pani nie ma w domu i nie będzie - podwyższył głos niemalże do falsetu, pewien, że właśnie cytuje jakieś wiekopomne dzieło, choć nie miał pojęcia, jakie i czy w ogóle. Ale tak jakoś mu się skojarzyło i już.
- A po kiego grzyba dzwonisz do drzwi? - Adrian wszedł pierwszy do gabinetu i czekał, aż Jaglecki do niego dołączy.
Poznali się podczas dochodzenia w sprawie śmierci Janusza Zawady, przyszywanego wujka sióstr i dawnego wspólnika ich bigamicznego ojca. Tylko że domniemany nieboszczyk wcale nie był tak martwy, za jakiego chciał uchodzić. Dziewczyny, rzecz jasna, uwikłały się w sprawę zabójstwa i wpadły w sam środek afery brylantowej, ale nie zamierzały się przyznać do posiadania kamieni ani tym bardziej nikomu ich oddać, przynajmniej nie za darmo. I wyszły na swoje.
- Po prośbie przyszedłem, to mogłem zacząć błagać już od progu. - Jaglecki usiadł w fotelu stojącym naprzeciwko regałów z książkami.
Gabinet pełnił teraz bardziej funkcję biblioteki i miejsca spotkań; po usunięciu biurka i obrotowego fotela dziewczyny wstawiły do pokoju narożnikową sofę, kilka foteli i stoliczek. Było tu miło, sympatycznie i przytulnie. Zupełnie jak reklama piekła.
- Dobre nastawienie, tylko obiektu brak - skomentował kwaśno Adrian. - Napijesz się czegoś mocniejszego? - Otworzył barek z alkoholami.
Nim Marian zdążył odpowiedzieć, obok nich zmaterializowała się pani Felicja z dzbankiem kawy i ciasteczkami. Zmierzyła surowym wzrokiem Adriana i zapytała potępiającym tonem:
- Przy dziecku będzie pan pił?
- Nie, no co pani - zaprotestował Potocki. - Przecież Tosia jest w swoim pokoiku...
- A jest. Jest. To po pijaku będzie pan się dziećmi zajmował? Toż to kryminał!
- Matko Boska! - jęknął Adrian. - Pani Felu, przecież ja jestem policja!
- Tym bardziej wstyd.
- Mówi pani tak, jakby tu jakieś orgie się odbywały i libacje. Nic się nie stanie, jeśli ze szwagrem wypijemy odrobinę czegoś mocniejszego...
- A dzieci?
- Przecież mają matkę i cztery ciotki! - Marian zdecydował się zabrać głos.
- A mają, mają, tylko że teraz nie mają!
- Jak Natalie wrócą, to będą miały, a teraz jest pani i może pani...
- Za dwie godziny idę do domu - przerwała mu bezceremonialnie. - Kolacja do odgrzania będzie w piekarniku. Rano przyjdę i domem się zajmę, ale dzieci do szkoły sam pan musi odwieźć. I pamięta pan, że weekendy mam wolne. Tak było uzgodnione z panią Natalią i Bóg świadkiem, że nie ma siły na tym świecie ani na tamtym, żebym zmieniła zdanie.
Odwróciła się na pięcie, by wyjść z pokoju, gdy obaj mężczyźni zawołali jednocześnie:
- Stać!
- Pani Felu, czy mogłaby pani wyjaśnić, o co właściwie chodzi? - Potocki silił się na spokój, lecz zimny pot na czole, a także cisza panująca w domu, co właśnie zauważył, uświadomiły mu, że dzieje się coś złego. Coś bardzo, bardzo złego, a on za chwilę dowie się co i wtedy kogoś zamorduje.
- To pan nic nie wie? - zdziwiła się starsza pani. - Panie wyjechały na wakacje.
- Na wakacje... - powtórzył bezwiednie Adrian.
- Wszystkie? - Z niedowierzaniem zapytał Marian, po czym odpowiedział sam sobie, bynajmniej niezdziwiony: - Oczywiście, że wszystkie.
- Kiedy wracają? - dociekał Adrian, sięgając jednocześnie po telefon komórkowy, by zadzwonić do Natalii, która jako osoba dorosła, odpowiedzialna, matka trójki dzieci, z pewnością nie wyjechałaby pod wpływem chwili, pozostawiając całą trójkę pod jego opieką, i to bez porozumienia z nim, jej partnerem.
- Nie powiedziały.
- Dokąd pojechały? - zadał kolejne pytanie, czekając, aż usłyszy w telefonie głos przyszłej żony, ale nic z tego. Włączyła się poczta głosowa, bo wiedźma wyłączyła telefon.
- Tego też nie powiedziały.
- Czym pojechały? - Dalsze przesłuchanie wziął na siebie Jaglecki, widząc, że przyjaciel z rozpaczą patrzy na komórkę, jakby oczekiwał od niej jakiegoś cudu.
- Samochodami pani Natalii i pani Anny. Tylko te były sprawne. No jeszcze autko pani Naty, ale do niego żadna nie chciała wsiąść.
- I nic nie powiedziały?
- Nic a nic - oświadczyła stanowczo przesłuchiwana.
- A gdyby powiedziały, powtórzyłaby nam pani?
- Oczywiście, proszę pana - odparła z godnością pani Felicja. - Czy coś jeszcze? Za godzinę wychodzę do domu.
- To wszystko. Dziękujemy - zakończył przepytywanie Marian. Podszedł do kolegi i odebrał mu komórkę. - Zwiały z domu bez uprzedzenia, a ty myślisz, że odbiorą telefon?
- Nie mogę w to uwierzyć. Nie mogę - powtarzał oszołomiony Adrian. - Nie było mnie w domu tylko kilka godzin. Przecież muszę chodzić do pracy. Mam za sobą prawie bezsenną noc, bo co chwila któraś tu się pojawiała, a kiedy wróciłem z pracy, to nie ma żadnej?! Jakim cudem tak szybko zdołały się zorganizować?! - Nie mógł ogarnąć sytuacji. Rano uciekł z domu, żeby nie wpaść na którąś z sióstr, póki atmosfera się nie poprawi. A teraz?
- Co robimy? - Marian był bezradny.
Wcześniej to uczucie było mu zupełnie nieznane, a od dwóch lat, gdy pojawiły się w jego życiu siostry Sucharskie, często tak się czuł. Zwłaszcza że ta jedna, która potrafiła stworzyć mu niebo, potem w ułamku sekundy strącała go do piekła.
- A co mamy robić? - denerwował się Adrian. - Muszę wziąć wolne w pracy, chociaż na kilka dni i... Mam ich szukać? A może nie szukać? Co one właściwie sobie myślały? A Natalia! To niewiarygodne! Jak ona mogła mnie tak po prostu zostawić?
- Gdyby cię zostawiła, zabrałaby ze sobą dzieci. Co ja mówię, przecież to jej dom. Gdyby chciała cię zostawić, to by cię wykopała. - Marian starał się pocieszyć przyjaciela, ale ten zdawał się go nie słyszeć, pogrążony w myślach.
- Trzeba przesłuchać dzieci! Przemek i Anielka na pewno coś wiedzą! - Zerwał się gwałtownie z fotela i wybiegł z gabinetu.
Jaglecki poszedł za nim. Że dzieci coś wiedzą, to i owszem. W to był skłonny uwierzyć. Że powiedzą? Hm, na to by już nie liczył. Siostry musiały się upewnić, że dzieciaki ich nie wsypią. Adrianowi trudno będzie przebić ich ofertę.
To niewiarygodne, ale jedno przypadkowo rzucone bezmyślne hasło spowodowało, że wszystkie tłoczyły się w jednym przedziale i jechały w nieznane. No może z tym nieznanym to lekka przesada. Jechały na spotkanie autorskie Naty, które miało się odbyć w najbliższy piątek, czyli już jutro, w Międzyzdrojach. Natalia odwołała wizytę u kosmetyczki, zostawiła bałagan w kuchni pani Felicji, a sama pobiegła się pakować. Zadzwoniła do dzieci, by powiedzieć, że robią sobie babskie wakacje i bliźnięta mają się niczym nie martwić. Anna nadal była w szoku, więc wyjazd na wariackich papierach potraktowała z całkowitą obojętnością. Magda wysłała Darkowi esemes, że wyjeżdża i nie wie, kiedy wróci, ale zasadniczo to go kocha, tylko teraz tak jakoś na odległość. Natka nie uprzedzała nikogo, bo i kogo miałaby zawiadomić? Nata zastanawiała się, czy nie poinformować organizatorów, że będzie dzień wcześniej, ale po zastanowieniu zrezygnowała z tego pomysłu. Bo i co jej po tym? Przecież w sezonie tamci nie załatwią jej hotelu dla pięciu osób tak w ostatniej chwili. Coś sobie znajdą. Chyba nie będą spały na plaży.
Hasłem tak do końca nie były Międzyzdroje, lecz wakacje z dala od zła tego świata. Nata nie pamiętała, która z nich rzuciła te znamienne słowa, ale wszystkie owemu pomysłowi przyklasnęły.
Siostry Sucharskie postanowiły odpocząć od swoich mężczyzn i zastanowić się, co z nimi począć. Nata wprawdzie nie miała tego problemu, bo nie miała żadnego mężczyzny, ale brak problemu też może być problemem. Natalia obawiała się, że Adrian już nie chce się z nią ożenić, bo ostatnio przestał wspominać o ślubie. To, że mówił o nim regularnie przez niemal dwa lata, jakoś jej wyleciało z głowy. Anna po głębokim zastanowieniu uznała, że kocha swoje dziecko, co jednak nie przekonało pozostałych, bo obgryzła przy tym paznokcie do krwi. Była w widocznej depresji, choć Nata obstawiała lekki szok, który u najstarszej siostry dawał objawy katatonii połączonej z natręctwem. Medycyna wprawdzie nie zna takiego przypadku, ale Anna już się postarała. Wyglądała jak zombi, z tą tylko różnicą, że była zombi przeżuwającym własne palce, a nie cudze.
W trakcie podróży Magda doszła do wniosku, że zgodzić się na ślub może, ale wychodzić za mąż nie musi. Pierścionek przyjmie i będzie nalegała na długie narzeczeństwo. Zdąży przywyknąć do myśli, że zostaną małżeństwem. Kiedyś. Zawsze znajdzie się powód, żeby trochę odwlec ślub, a w ostateczności to może nawet wyjść za Darka, ale ani białej, ani żadnej innej sukni nie założy. Z samym małżeństwem jakoś sobie poradzi. I tak mieszkają razem od dwóch lat, więc nic nie powinno się zmienić. Darek dalej będzie prał i gotował.
Natka z jakiegoś nieznanego powodu była wesolutka jak skowronek. Prawie podskakiwała na swoim miejscu. W końcu Nata nie wytrzymała i zapytała:
- A ty z czego tak się cieszysz?
- Jestem taka szczęśliwa, że mam ochotę krzyczeć z radości. Juhuuu!
- Idiotka - skomentowała Magda.
- Mam nadzieję, że ona nie ćpa. - Natalia spojrzała podejrzliwie na najmłodszą siostrę.
- Co wy? - oburzyła się Natka, poprawiając okulary na nosie, który zdążył się już spocić, a na garbku odcisnęła się czerwona pręga. - Nigdy w życiu. Cieszę się, bo dawno nie robiłyśmy nic razem. Będzie super!
- Zwłaszcza jak wrócimy - zauważyła kwaśno Anna. - Adrian cię zabije - zwróciła się do Natalii. - Biedak, jeden jedyny porządny mężczyzna, który nic nie zawinił, a wszystko spadnie na jego głowę. Życie nie jest sprawiedliwe.
Natalia tylko wzruszyła ramionami, odwracając głowę w stronę okna, ale nie wytrzymała i odparła z nonszalancją:
- Nic mu nie będzie. Pani Fela będzie jutro prawie cały dzień, a Adrian nie jest kretynem. Na pewno ściągnie męskie wsparcie w postaci Marcina i Mariana. Anielka i Przemek są samodzielni i mają kontaktować się ze mną e-mailowo, gdyby coś się działo. Gdyby się nie działo, też mają się kontaktować. Do mojego powrotu z głodu nie umrą.
- Marian nie będzie zachwycony zniknięciem Anny. - Nata nie omieszkała dorzucić swoich trzech groszy.
- Na jego miejscu cieszyłabym się, że w ogóle wróciłam - oświadczyła wyniośle najstarsza siostra. Już ochłonęła po ostatnich wydarzeniach i teraz pałała żądzą zemsty. Lepiej byłoby dla Mariana, gdyby pokornie się poddał karze.
- No właśnie, a kiedy wracamy? - Koniecznie chciała wiedzieć jadąca na spotkanie autorka, której ewentualna obecność sióstr na tej imprezie średnio się podobała.
- Spieszy ci się? - zapytała Magda.
- Właściwie... nie. - Nata oparła głowę o zagłówek i zamknęła oczy.
Spieszyć jej się nie spieszyło. Układała już w głowie konspekt ewentualnych wydarzeń. Bo przecież coś się wydarzyć musiało.
Anielka i Przemek z niepokojem przyglądali się ojczymowi. Nie wyglądał najlepiej. Był zaczerwieniony i co chwila ocierał pot z czoła. Drżały mu palce, a szczęki miał dziwnie zaciśnięte, choć starał się uśmiechać i mówić spokojnym tonem.
- Więc mówicie, że nic nie wiecie? - zaczął, z trudem opanowując odruch wyłamywania sobie palców.
- Nic nie mówimy, tato Adrianie, bo o nic nas nie zapytałeś - zauważył całkiem rozsądnie chłopiec i został nagrodzony iście królewskim skinieniem głowy przez siostrę, która doceniła jego bystrość.
- Dokładnie tak - potwierdziła. - Powiedziałeś, że mama i ciocie wyjechały. O nic nas nie pytałeś.
Potocki rzucił złe spojrzenie stojącemu tuż obok Marianowi, którego prychnięcie przypominało śmiech, choć sądząc po wyrazie twarzy Jagleckiego, równie dobrze mogła to być rozpacz albo furia seryjnego mordercy, który właśnie szukał ofiary.
- To pytam teraz. - Nadal silił się na cierpliwość. Jak Anielka się zatnie, to nic z niej nie wydusi. A jak ona się zatnie, to Przemek też się zatnie, choć bardziej ze strachu przed siostrą niż z wrodzonego uporu. Ale diabli wiedzą, jak to ostatecznie jest między bliźniakami. - Dokąd pojechały?
- Nie wiemy - odparły chórem dzieci.
- Nie wiecie... - powtórzył po nich Adrian.
- Nie wiemy.
- Jak możecie nie wiedzieć? - wtrącił się zdenerwowany Jaglecki. - Wiecie o wszystkim, co dzieje się w tym domu. A najwięcej wiecie o tym, o czym w ogóle nie powinniście wiedzieć.
- To nie nasza wina - zaperzyła się Anielka. - Byliśmy w szkole. Jak nas tata odebrał, to już nikogo w domu nie było.
- Właśnie - potwierdził Przemek. - W dodatku my od razu wiedzieliśmy, że nikogo nie ma. Tylko tata jakoś tego nie załapał - dodał oskarżycielsko, jakby to była wina Adriana, że wszystkie Natalie wyjechały.
- Uważaj no. - Adrian pogroził mu palcem. - Nie tym tonem.
Chłopiec natychmiast przeprosił. Właściwie przeprosił natychmiast, gdy siostra trąciła go łokciem.
- Zacznijmy od początku. - Marian przykucnął obok dzieci, siedzących na sofie w bibliotece. - Opowiedzcie o wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło.
- W nocy też?
- Niekoniecznie. Tylko o tym, co jest ważne dla sprawy.
- Ale jak coś pominę? Coś, co wydarzyło się w nocy, a może być ważne dla sprawy? - dociekała dziewczynka z miną niewiniątka.
- Po północy to już dziś, prawda? - uściślił Przemek.
- W nocy też - potwierdził Adrian, zaciskając powieki.
- No dobrze. - Dziewczynka strzepnęła niewidoczny pyłek z cytrynowej sukienki, poprawiła zsuwającą się z warkocza gumkę, ułożyła dłonie na kolanach i zaczęła mówić: - Obudził nas hałas. Najpierw mnie, potem Przemka. Tak dokładnie to ja go obudziłam, bo chociaż ma pokój na tym samym piętrze, to gdyby nie ja, toby nawet nie wiedział, kiedy się urodził. Ale mężczyźni podobno tak mają. Wprawdzie on jeszcze nie powinien, bo jest tylko chłopcem, ale może wcześnie zaczyna...
- Córeńko - przerwał jej słodkim tonem Potocki. - Dobrze wiesz, o co nam chodzi. Nie udawaj swoich ciotek.
Anielka spojrzała na niego zdziwiona, że niby to nie wie, o co chodzi, ale kontynuowała relację:
- No to się okazało, że ten hałas to ciocia Anna, która przyjechała w tak strasznym szoku, że myśleliśmy, że ktoś umarł czy coś, może nawet wujek Marian. - Spojrzała na niego i dodała: - Przemek to nawet powiedział, że ciocia to tak wygląda, jakby wujka jacyś bandyci zabili czy coś.
- Tak? - zapytał zdziwiony chłopiec, ale szybko się zreflektował i potwierdził: - Tak było. Ciocia wyglądała okropnie!
- Nie powiedziała ani słowa, tylko zamknęła się w swoim pokoju. Chwilę potem przyjechała ciocia Magda, ona to chyba była bardziej wściekła niż zszokowana, ale trudno powiedzieć, bo ona często tak reaguje na różne rzeczy, które ją wytrącają z równowagi. Zaraz po niej pojawiła się ciocia Natka, która skasowała auto cioci Magdy, i też poszła do siebie, aha, ciocia Magda też poszła do siebie.
- To wiemy... - jęknął z westchnieniem Potocki.
- Ale wujek sam chciał...
Adrian machnął ręką, więc dziewczynka podjęła opowiadanie:
- Potem tata Adrian dzwonił do wujka Darka i do ciebie, wujku Marianie. Wprawdzie wujek Darek nie namieszał, ale ty, wujku... - Spojrzała na Jagleckiego z wyrzutem, kręcąc z niesmakiem głową.
- Tylko bez krytyki. Wujek źle postąpił, ale przeprosi i wszystko będzie dobrze - powiedział ostro Potocki.
- Z ciocią na pewno. Ale czy z wujkiem? Wątpię - odparła Anielka.
- Co było potem? - Jaglecki pomyślał, że kiedyś udusi tę małą. A potem pójdzie do kościoła i zapali świeczkę w intencji, żeby urodził mu się syn.
- Potem to już nic. Poszliśmy spać. Rano ciocia Nata odwiozła nas do szkoły. Dała nam po dziesięć złotych na śniadanie i powiedziała, że musimy się ewakuować z domu, zanim harpie wstaną, bo to nie będzie widok dla małych dzieci. W szkole było całkiem fajnie. Oceny mamy wystawione, więc nie uczymy się za dużo. Moim zdaniem to szkoda czasu na taką szkołę, ale co zrobić? Jeszcze te kilka dni musimy dotrwać, a potem wakacje...
- No dobrze. A jak wróciliście ze szkoły? - przerwał jej Marian.
- Tata nas odebrał i przywiózł. - Przemek przejął na siebie relację. - Potem pani Fela dała nam obiad, poszliśmy do siebie i włączyliśmy gry komputerowe i...
- Tylko edukacyjne - uściśliła Anielka.
- Właśnie. Edukacyjne. Innych przecież nie mamy, bo skąd? A jak tata nas przywiózł, to mamy i cioć już nie było - zakończył chłopiec.
- Czyli nadal nic nie wiemy.
- Pani Fela na pewno coś wie - odezwała się Anielka.
- Pani Fela wie tylko tyle, że spakowały się i pojechały - oznajmił ponuro Adrian, znów ocierając pot z czoła.
- Pani Fela tak mówi, że tylko tyle wie. Kto wie, jak jest naprawdę? - zauważyła filozoficznie Anielka.
- Uważasz, że pani Fela wie więcej, niż mówi? - zapytał Marian.
- Któż to może wiedzieć? - Wzruszyła ramionami. - Możemy już iść do siebie?
- Kochanie, nie przejmujesz się wyjazdem mamy?
- A dlaczego miałabym się przejmować? - zdziwiła się dziewczynka. - Przecież wróci.
- No tak...
- A ty się nami zaopiekujesz, prawda?
- Oczywiście - oświadczył niepewnie ojczym.
- My już jesteśmy duzi, z Tosią trochę gorzej, ale na pewno sobie poradzisz. W końcu jesteś policjantem - odparł z pewnością w głosie Przemek.
- A gdybyście nie dawali sobie rady, to ja mogę zadzwonić do babci - zaoferowała się Anielka. - Chętnie przyjedzie i we wszystkim ci pomoże, tato Adrianie.
- Nie, myślę, że to nie będzie konieczne. A gdyby nawet, to sam zadzwonię do babci - zapewnił ją Adrian, tym razem oprócz duszności i gorąca czując suchość w gardle.
- Wszystkie babcie chętnie nam pomogą - dodał Przemek. - Uwielbiają Tosię. Tata nic by nie musiał przy niej robić.
- Tata zrobi wszystko sam! - odchrząknął lekko, zdając sobie sprawę, że niepotrzebnie podniósł głos. Najazd jednej babci to zdecydowanie za dużo, a pięciu?! Popełniłby samobójstwo, Bóg mu świadkiem, a Jaglecki niewątpliwie by mu towarzyszył. - Wujek Marian mi pomoże - dodał.
- Tak? - zdziwił się Jaglecki, ale widząc wściekłość na twarzy przyszłego szwagra, oświadczył zdecydowanie: - Oczywiście. Zostanę tak długo, jak będzie trzeba. Zawsze możecie na mnie liczyć.
- To dobrze. Może ciocia Anna to doceni - zauważyła rezolutnie dziewczynka.
- Tak myślisz? - Nadzieja wkradła się w serce Mariana.
- Pewnie. To co, tatku? Skoro mamy nie dzwonić do babci, to może już pójdziemy do siebie?
- Tak, tak - przytaknął spiesznie Adrian. - Idźcie.
Obaj mężczyźni patrzyli w milczeniu, jak dzieci wstają z sofy i wychodzą z gabinetu. Nim drzwi się zamknęły, usłyszeli jeszcze pytanie Przemka:
- Naprawdę myślisz, że ciocia Ania mu daruje?
- Żartujesz? Nigdy w życiu. Ale tak biednie wyglądał, że nie miałam serca powiedzieć mu prawdy.
- Słyszałeś? - zwrócił się Marian do zamyślonego kolegi.
- Tak, słyszałem. Przyzwyczajaj się. To twoja przyszłość. - Adrian potarł skronie.
Głowa zaczęła go boleć niemiłosiernie, spojrzał tęsknie na barek, ale jako odpowiedzialny rodzic i opiekun nie mógł sobie pozwolić na nic mocniejszego. Jakby tego wszystkiego było mało, w głośniku elektrycznej niani rozległ się płacz Tosi.
Nata nie kryła ulgi, gdy siostry jednogłośnie popukały się w czoło, gdy zapytała nieśmiało:
- Jedziecie ze mną jutro do biblioteki?
- Zgłupiałaś? - Magda jedyna zabrała głos. - Żadna z nas nie zamierza słuchać twojego jąkania. Lepiej pomyślmy, jak znaleźć jakiś nocleg. Może się rozdzielimy?
- Jak sobie chcecie. - Wzruszyła ramionami, próbując okazać urazę, choć nie bardzo jej to wyszło, sądząc po podejrzliwym wzroku Natki, która w skupieniu przyglądała się starszej siostrze. - Co? Ty też chcesz mi dołożyć? - zapytała więc zjadliwie, by ukryć wszechogarniającą ulgę i z radości nie odtańczyć kankana.
Gdyby się zorientowały, że nie chce ich widzieć na tym spotkaniu, wpakowałyby się tam błyskawicznie, zasiadły w pierwszym rzędzie i robiły miny, ewentualnie zajęły miejsca w ostatnim i komentowały. Nata nie wiedziała, co gorsze, i wolała się nie dowiadywać. Ta wiedza nie była jej potrzebna do szczęścia.
- Wcale nie - zaprzeczyła Natka. - Zastanawiałam się tylko, jak się potem znajdziemy...
- Och, sama nie wiem - zastanawiała się głośno Nata. - Może... Czy ja wiem... Zadzwonimy do siebie?
- Dość tego - przerwała im Natalia. - Żadnego rozdzielania. Musimy znaleźć kwaterę dla nas wszystkich. Nie będzie łatwo. Mamy sezon, a wyruszyłyśmy na hura.
- Teraz się tym martwisz? - docięła jej Magda, która wysiadłszy na dworcu w obcym mieście, straciła sporo ze swojego zwykłego animuszu.
Nocleg pod gołym niebem albo na ławce na dworcu PKP nie był tym, o czym marzyła. Zwłaszcza że kilka osób mijając ją, przyglądało jej się dziwnie. A nawet nie zrobiła makijażu! A że jej włosy jeszcze nie doszły do siebie? Przecież je umyła!
- Nikt się niczym nie martwi - odparła z godnością Natalia, zastanawiając się w duchu, jak też poradzi sobie Adrian z dziećmi. O Anielkę i Przemka nie musiała się obawiać. Ale mała Tosia? Prawie zaczynała żałować pochopnej decyzji, gdy Anna ocknęła się nieoczekiwanie z letargu i oświadczyła:
- Poruszanie się z bagażami po mieście niewątpliwie jest sporą niedogodnością. Proponuję usiąść w kawiarni i po prostu podzwonić. Jestem pewna, że uda nam się coś znaleźć. To miejscowość wypoczynkowa. Jeśli nie znajdziemy wolnych miejsc w hotelach, zawsze pozostają kwatery prywatne.
Siostry przyglądały się jej z fascynacją. Z jakiegoś nieznanego im bliżej powodu Anna stała się nagle sobą, choć z obgryzionymi paznokciami.
- Ooookeeeej - powiedziała wolno Nata. Odwróciła się tyłem do Anny, a przodem do pozostałych sióstr i szepnęła z wyraźną paniką: - Powiedzcie, że kobiety w ciąży tak mają. Bo ja nie nadążam!
- Mają, mają, bez ciąży też. - Natalia klepnęła ją pocieszająco po ramieniu, po czym oświadczyła głośno: - Pomysł bardzo dobry. Bagaże zostawiamy w przechowalni, przecież nie będziemy ich dźwigać. Kawiarnia. Kawa. Ciacho. Telefony. Dokładnie w tej kolejności.
Kilkanaście minut później mniej lub bardziej zadowolone z życia siostry Sucharskie siedziały w kawiarence z widokiem na dworzec PKP i sącząc kawę - Anna piła herbatę lipową, bo kobietom w ciąży kawa nie służy - wlepiały wzrok w ekrany telefonów. Natalia pisała e-mail do bliźniąt z prośbą o uprzejme donoszenie o wszystkim, co się dzieje w domu, zapewniając, że im się to opłaci. Natka próbowała określić, gdzie dokładnie jest morze, bo z pociągu nie było go widać, a gdzieś w pobliżu znajdować się powinno. Brała też pod uwagę możliwość, że morze być może i widać, ale je przegapiła tudzież pomyliła z horyzontem. Nata napisała wiadomość do organizatorki, że przyjedzie bezpośrednio na spotkanie, a za pokój dziękuje, bo nie będzie potrzebny. Magda zajadała lody, zdecydowana nie przejmować się absolutnie niczym. Tylko Anna zaczęła szukać noclegu. Korzystając z telefonu, na zmianę sprawdzała strony internetowe i dzwoniła, by coś znaleźć, ale teraz, w drugiej połowie czerwca, albo już wszystkie miejsca były zajęte, albo zarezerwowane.
Hotele odpadały. Nigdzie nie mieli tylu wolnych pokoi, ile siostry potrzebowały. Pozostawały kwatery prywatne. Tych akurat było od groma i jeszcze trochę, rzecz w tym, że również wszystko zajęte. A nawet jak znalazło się coś wolnego, to ewentualnie jeden pokój lub dwa.
- Przypomnijcie mi, proszę, dlaczego wybrałyśmy akurat Międzyzdroje? - zapytała gniewnie Anna, wbijając wzrok w Natę.
- Bo ona ma tu spotkanie - wyjaśniła usłużnie Natka.
- Bo powiedziałam, że wyjeżdżam na spotkanie, a wy postanowiłyście pojechać ze mną - uściśliła autorka, patrząc z niechęcią na młodszą siostrę, która widząc jej spojrzenie, zdjęła okulary i zaczęła je czyścić, co robiła zawsze, gdy czuła się skrępowana lub atakowana przez którąś z tamtych. Teraz czuła się atakowana przez Natę. Bez okularów niewiele widziała. W myśl zasady, że jak ja ich nie widzę, to oni mnie też nie, czuła się znacznie bezpieczniej. O tym, że niedostrzeganie problemu wcale nie pomaga go rozwiązać, nie myślała.
- Upewniam się tylko - odburknęła w odpowiedzi Anna i na powrót zajęła się dzwonieniem do właścicieli kwater.
- Czasami fajnie znaleźć sobie kogoś, na kogo można zrzucić winę za własne niepowodzenia, ale tym razem się nie da. - Słodycz w głosie Naty nie zamaskowała jadu, który zawierały te słowa. Doskonale wiedziała, o co chodzi Annie. Winnych nie było. Albo inaczej, wszystkie były winne w tej sytuacji.
- Jak nic nie znajdziemy, zawsze możemy kupić jakieś mieszkanie - zaproponowała Natka.
Odpowiedziały jej spojrzenia pełne grozy i niedowierzania.
- Czyś ty zwariowała?! - wysyczała Natalia. - Za dużo masz pieniędzy?!
- No cóż... Właściwie to... tak - odrzekła z wahaniem dziewczyna, nie rozumiejąc, w czym rzecz. - Do końca życia ich nie wydam. No chyba że w kasynie stracę...
- Grasz w kasynie?! - zdenerwowała się Anna. - To ja się dwoję i troję, zarządzam naszymi finansami najlepiej, jak tylko potrafię, a ty uprawiasz hazard?!
- No nie, ale...
- Jak ty jej pilnujesz?! - Natalia, również nie kryjąc irytacji, zwróciła się do Magdy, z którą mieszkała Natka. Zrobiły generalny remont w kompletnie zdewastowanym mieszkaniu wujka Zawady i wprowadziły się tam we dwie. Dewastatorkami były same siostry Sucharskie, które przeszukując lokal, by znaleźć skrytki z kosztownościami, przeszły same siebie, zdjęły nawet panele podłogowe i skuły płytki w łazience.
- A co ona jest? Ubezwłasnowolniona? - wtrąciła Nata.
- Kasyno to miejsce dla frajerów! - Magda bez skrupułów uderzyła Natkę otwartą dłonią w głowę, ignorując całkowicie nędzną próbę obrony, podjętą przez Natę. - Jak cię przyłapię na hazardzie, to...
- Przestańcie się czepiać. - Nata podniosła głos. - To, że głupoty gada, nie znaczy, że zidiociała do reszty. Coś w tej blond kopule musi czasami iskrzyć.
- Dzięki wielkie za zaufanie i tak dalej. - Natka pociągnęła nosem. - Tak mi się tylko powiedziało, a wy od razu na mnie naskoczyłyście jak cztery harpie. Podłe jesteście i tyle.
- Może i podłe, ale robimy to dla twojego dobra - oświadczyła zdecydowanie Natalia, która od czasu do czasu uznawała za stosowne pomatkować młodszym siostrom. - Co z tymi kwaterami? - zwróciła się do Anny.
- Obawiam się, że nie mam dobrych wieści. Hotele zajęte. Na szczęście nie musimy kupować mieszkania. - Popatrzyła ironicznie na Natkę i kontynuowała: - W ostateczności możemy je wynająć, ale na to potrzeba trochę czasu. Z pensjonatami też jest problem. Obdzwoniłam z dziesięć. W dwóch czy trzech może będą wolne pokoje, jak ludzie nie dojadą, ale i tak nie zakwaterujemy się w jednym miejscu. Prowizoryczne rozwiązanie naszego problemu to coś, co ogłasza się jako pensjonat. Nie ma zdjęć ani opinii, trudno stwierdzić, cóż to takiego, ale nie mamy zbyt wielu możliwości. Jest tam kilka wolnych pokoi, wspólna kuchnia i łazienka. Dzwoniłam, możemy obejrzeć. Zostało mi jeszcze kilka adresów, ale nie mam już siły. Jedźmy sprawdzić to coś. Jak się nie uda, to możemy się przenieść do Świnoujścia. To tylko kilkanaście kilometrów dalej i wciąż będziemy nad morzem.
- No dobra. - Magda pierwsza poderwała się od stolika. - Im szybciej to załatwimy, tym lepiej. Weźmy dwie taksówki, w jedną się nie zmieścimy.
Kilkanaście minut później dziewczyny stały przed domkiem jednorodzinnym na osiedlu innych domków jednorodzinnych. Dom był piętrowy, niewielki, z jakąś przybudówką, na górę prowadziły kręte, metalowe schody.
Okolica wydawała się ładna i spokojna. Wprawdzie ów pensjonat jakoś średnio wyglądał na pensjonat, ale w ogródku stała tablica z napisem "Hotel", więc teoretycznie wszystko się zgadzało. Spojrzały na siebie. Nata wzruszyła ramionami, Natka popatrzyła na trampki, starannie unikając zerkania na Annę, która kontynuując repertuar natręctw, zaczęła się drapać po głowie, czego nigdy wcześniej nie robiła. Natalia westchnęła ciężko, tylko Magda nie widziała powodu do zmartwień i narzekań. Pchnęła furtkę i weszła do ogródka.
- No co z wami? - zapytała, gdy pozostałe siostry dalej tkwiły na chodniku. - W głowach wam się poprzewracało? Jeszcze do środka nie weszłyśmy, a wy już grymasicie? Ważne, żeby było czysto, można było się wyspać i wykąpać.
- Racja. - Nata dzielnie podążyła za nią, wypatrując tylko pilnie, czy nie pokaże się gdzieś ogromny kot albo pies. Pozostałe Natalie nie zdążyły zareagować, gdy otworzyły się drzwi wejściowe do domu i ukazała się w nich - jak podejrzewały - właścicielka tegoż "hotelu".
Mimo panującego na zewnątrz upału kobieta miała na sobie grubą beżową spódnicę i sweter pod samą szyję, na nogach zaś bambosze. Na lewej ręce nosiła obrączkę, a na piersi broszkę. Wyglądała jak własna babcia, choć sądząc po twarzy, liczyła sobie nie więcej niż czterdzieści pięć lat. Szpakowate włosy miała upięte w kok, a na nosie okulary, których nawet Natka by się nie powstydziła. No i w tym wszystkim bardziej przypominała przebranego za babcię wilka z bajki o Czerwonym Kapturku niż samą babcię.
- Dzień dobry! - zawołała, taksując je wzrokiem. - W jakiej sprawie?
- Witam panią. - Anna siłą woli przezwyciężyła odrętwienie. - Rozmawiałyśmy przez telefon w sprawie wynajęcia pokoi.
- A tak. - Kobieta ponownie zlustrowała je wzrokiem, tym razem zaczynając od Anny, którą obejrzała dokładnie od stóp do głów, i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w Magdę, która wprawdzie nie miała standardowego makijażu na twarzy, ale za to we włosach zawiązała sobie tyle rzemieni, że wyglądała jak mityczna Gorgona. - Ile ma być tych pokoi?
- To na pewno hotel? - zapytała podejrzliwie Natalia, wchodząc w słowo Annie.
Pod tym adresem miał się mieścić hotel, a na hotel jej to nie wyglądało, choć musiała przyznać, że otoczenie domu jest czyste, a i sam ogródek ładny.
- Oczywiście. Piętro domu zostało przebudowane i przeznaczone dla gości. Wszystko jest zarejestrowane i całkowicie legalne. Płacę podatki - oznajmiła z godnością właścicielka. - To ile ma być tych pokoi?
- Pięć - zdecydowanie oświadczyła Anna.
- A na długo przyjechały?
- Jeszcze nie zdecydowałyśmy.
- To trzeba się zdecydować. Ludzie dzwonią i pytają, to ja muszę wiedzieć, co mam mówić, a nie, że nie zdecydowałam. Ale jak one się nie zdecydowały, na jak długo, to znaczy, że co? Że nie wiedzą, jak długi urlop mają? - dociekała.
- Nie mamy urlopu - odezwała się ponownie Natalia, zastanawiając się, czy już zostały obrażone przez stojącą przed nimi kobietę, czy jeszcze nie.
- To jak to tak? One nie pracują? - Tym razem w głosie kobiety nie było nawet cienia uprzejmości, raczej niechęć.
- Młodsze siostry studiują, a my mamy własną działalność - wyjaśniła Anna.
- I co? Tak na pastwę losu własną firmę zostawiły? - zdziwiła się właścicielka hotelu.
- W żadnym razie. Pracownicy wszystkim się zajmują - skłamała Natka, widząc, że starszym siostrom zaraz się coś złośliwego włączy, a ona nie zamierzała spać w schronisku dla bezdomnych, jeśli w Międzyzdrojach w ogóle był taki przybytek. Tego żadna z nich nie sprawdziła w Internecie. A z doświadczenia wiedziała, że ludzie chętniej wierzą w wiarygodne kłamstwo niż najuczciwszą prawdę.
- Aha. - Wyjaśnienie uspokoiło kobietę. - Ale ja i tak muszę wiedzieć, na jak długo. Bez tego nie wynajmę. Jak wyjadą wcześniej, to ich sprawa. Pieniędzy nie oddam, bo u mnie z góry się płaci.
- Dwa tygodnie - zadeklarowała Natalia, uznając, że tydzień to za mało, dwa tygodnie może i za dużo, ale lepiej mieć tę możliwość, gdyby zdecydowały się zostać dłużej niż siedem dni.
- No dobrze. Na ogół poza sezonem wynajmuję pokoje dla osób pracujących. Osiemset złotych miesięcznie - oświadczyła właścicielka.
- To za dwa tygodnie będzie czterysta. Niedużo - ucieszyła się Natka, która jeszcze niedawno żyła w przekonaniu, że jak w kasynie spadku nie przegra, to i tak go nie da rady wydać. W końcu po ukończeniu studiów zamierzała pracować, by mieć własne dochody.
- A w sezonie siedemdziesiąt złotych za dobę - kontynuowała tamta, udając, że nie słyszała słów młodej blondyneczki w okularach.
- Też dobrze. - Natki nie opuszczał dobry humor.
- I kaucja - dodała kobieta, patrząc na nie chytrze.
- W hotelu? - zdziwiła się Anna. - Pierwszy raz słyszę, żeby hotel pobierał kaucję.
- Tu się pobiera. To jak? Biorą?
- No... dobrze - odpowiedziała po chwili wahania Anna, gdy porozumiała się z siostrami wzrokiem. - Ale czy możemy najpierw obejrzeć pokoje?
- Wszystko po kolei. To, że one chcą tu mieszkać, nie znaczy, że ja chcę im wynająć. Muszę wiedzieć, kogo pod swój dach wpuszczam.
- Ja... - Magda przytomnie ugryzła się w język, nim zdołała zakląć. W wykonaniu Lisey brzmiałoby to jak "Ja smerdolę", a nie jak polski odpowiednik pewnego słowa z książki Stephena Kinga "Historia Lisey", które niewątpliwie znajdowało się w słowniku wulgaryzmów, a jeśli nie - powinno się tam znaleźć.
- Co chce pani wiedzieć? - Natalia miała ochotę zrobić coś tej kobiecie. I to coś byłoby przez duże C, a nie małe. I trwałoby długo. Bardzo długo. Niestety, było późne popołudnie i musiały znaleźć jakiś nocleg. Choćby na dziś. Ale jak tylko sobie przypomni, która wpadła na ten głupi pomysł rzucenia wszystkiego i pojechania na koniec świata - w tym przypadku ów koniec był w Międzyzdrojach - to ją udusi. Nawet jeśli padnie na nią samą.
- Poza sezonem to ja potrzebuję wiedzieć, kto gdzie pracuje, bo z różnymi ma się do czynienia, ale teraz to mi niepotrzebne. To one muszą wiedzieć, że tu się nie pali, nie pije, nie ćpa i seksu nie uprawia. - Wyliczała starannie na palcach.
Natkę aż zatkało. Jej własnej matce słowo "seks" nie przechodziło przez usta, gdyż uważała je za wulgarne i pozbawione klasy. Tymczasem kobieta, która wyglądała jak jej własna prababcia, mówiła o tym tak zwyczajnie, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Tyle tylko, że gdzie indziej, nie u niej.
- Nie sprowadzają mężczyzn. Ani kobiet. Do innych orientacji nic nie mam, ale nie pod moim dachem. Żadnych zwierząt ani dzieci - wyliczała kolejne zakazy. - Wejście jest osobne, to mi nic do tego, o której wrócą, ale trzeźwe. Żadnych orgii pijackich tu nie będzie. Ani żadnych innych - zaznaczyła, nie wiadomo czemu patrząc na Magdę, która zrobiła minę w stylu: Co? Ja? Nigdy w życiu! A przynajmniej miała nadzieję, że taka mina jej wyszła, a nie: W życiu nie spotkałam bardziej porąbanego babska. Niech mnie ktoś ratuje.
- Żadna z nas nie pije i nie pali. Narkotyków ani żadnych używek nie akceptujemy - oświadczyła z godnością Natalia, z trudem się powstrzymując, by nie odwrócić się na pięcie i nie wyjść.
- A seks? - drążyła kobieta.
- Myślę, że urlop w celibacie to jest to, o czym marzyłam - odezwała się Nata, nie mogąc się powstrzymać od złośliwości, która aż z niej tryskała.
- Do kościoła chodzą?
Tym razem odpowiedzi nie było. Żadna z nich nie wiedziała, jak zareagować. Powiedzieć, że chodzą i ryzykować, że ta oszołomka zaciągnie je na mszę, czy przyznać, że nie chodzą i ryzykować wyrzucenie?
- Ja tam jestem tolerancyjna i nikogo do niczego nie zmuszam. Jak nie chcą chodzić, to niech nie chodzą. Żeby zaś potem Boga nie błagały o zmiłowanie, bo za późno będzie. To jak? Zgadzają się na warunki?
Siostry pokiwały smętnie głowami. Jakie miały wyjście? Z drugiej strony żadna z nich nie paliła, nie ćpała, nie piła - za często, seksu też nie zamierzały uprawiać, bo i z kim, skoro drugie połowy zostały w domu, a wszystkie jakieś takie dziwne ciągoty do wierności miały, że podryw na wakacjach odpadał. Wprawdzie były jeszcze Nata i Natka, które samotnie szły przez ten świat, ale wakacje miały być babskie i nic poza flirtem w grę wchodzić nie mogło.
- No to niech pokoje obejrzą - zgodziła się łaskawie właścicielka, ruszając przodem.
Siostry podążyły za nią. Kobieta skręciła za róg domu, gdzie znajdowało się odrębne wejście na piętro. Na metalowe, spiralne schody nawet trzeźwemu ciężko się wchodziło, a po pijaku tylko samobójca by ryzykował albo kompletny kretyn.
- Zawsze zamykamy na dwa razy - obwieściła, przekręcając klucz w zamku. - Jak wejdą, to zamkną za sobą na klucz i też przekręcamy dwa razy, bo z piętra idzie się do mnie na parter, więc ostrożnie trzeba. Jak nie zapamiętają i zamykać nie będą, to i tak się dowiem, która to była. - Obrzuciła je czujnym wzrokiem, jakby już dopuściły się jakiegoś wykroczenia i właśnie szukała winowajcy.
- Kuchnia - ogłosiła, wskazując mały aneks kuchenny, gdzie mieściły się dwie szafki, w tym jedna kominowa, podwójny zlew, kuchenka gazowa i lodówka. Stół jakiś rozklekotany i krzesła też stały.
Z kuchni przeszły do przedpokoju, gdzie z każdej strony znajdowało się kilkoro drzwi. Po lewej stronie było wejście na schody, łączące od wewnątrz piętro z parterem.
- Łazienka. - Właścicielka otworzyła drzwi zaraz za schodami. - Kabina prysznicowa, toaleta, umywalka, pralka, ale nie wrzucać do niej więcej jak dwa kilogramy. Na mokro - zaznaczyła. - Jak chcą spodnie dżinsowe prać, to pojedynczo, bo dwie pary to za dużo. Pokoi akurat mam pięć, każda będzie miała własny. Raz w tygodniu sprzątam, ale mają o porządek dbać, bo bałaganiarzy nie trzymam. Jak każda po sobie posprząta, to nie będzie bałaganu. To jak? Biorą?
- A możemy najpierw te pokoje zobaczyć? - zapytała niepewnie Natka, speszona tymi wszystkimi restrykcjami.
- A mogą. Czemu nie? Żeby potem nie było, że standard nie taki czy jak. - Otworzyła drzwi do pierwszego z pokoi. Wewnątrz stało łóżko, meblościanka, małe biurko i krzesło, pod jedną ze ścian stolik, a na nim telewizor. - Wszystkie pokoje takie same są, to nie ma co patrzeć. To jak? Biorą? Bo jak biorą, to zaraz dokumenty przyszykuję. Aha, a kaucję to za każdy pokój. Czterysta złotych biorę. Jak się będą wyprowadzać, oddam. Chyba że jakieś dewastacje będą, to odciągnę. I do dwudziestej drugiej mają być w pokojach. Żadnych pijanych powrotów po nocy, bo za furtkę nie wpuszczę. To porządny dom, a nie jakiś lunapark. To co? Biorą?
- Nie! - wykrzyknęły chórem siostry i cała piątka zrobiła zgrabny w tył zwrot, a następnie zeszły ostrożnie po schodach i zgodnie wymaszerowały z "lunaparku".
Marian z niedowierzaniem patrzył na słodkie maleństwo, które siedziało na nocniku i wyciągało w jego kierunku rączki, krzycząc radośnie:
- Tata!
- To do ciebie - zwrócił się do stojącego w drzwiach toalety Adka, który właśnie przyniósł czyste ręczniki.
- Ale patrzy na ciebie - odparował kolega, ze spokojem rozwieszając ręczniki.
- Przecież nie jestem jej ojcem!
- Nie krzycz przy Tosi, bo będzie płakać. Ważne, że odróżnia płeć. Na żadnego z mężczyzn nie mówi "mama", choć elektryk lekko spanikował, jak Tosia nazwała go tatą. Patrzył na mnie takim wzrokiem, jakby tylko czekał, aż go w pysk rąbnę. Listonosz już się przyzwyczaił - opowiadał z rozbawieniem pomieszanym z bezradnością.
- Fuj! Co za smród! Szambo wam wylało? - Marcin, który właśnie pojawił się na piętrze, zatkał nos i ze wstrętem rozglądał się po łazience, szukając źródła fetoru.
- Tata! Tosia lobiła kupe! - zawołało radośnie dziecko.
- Niemożliwe. - Marcin kręcił głową, patrząc na słodkiego, ciemnowłosego aniołka, który w różowej sukience siedział na różowym nocniku i trzymał się za wiśniowe buciki. - Jak takie maleństwo może tak śmierdzieć?! Czym wy ją karmicie? I niech jej któryś w końcu wytłumaczy, kto jest jej ojcem!
- Na razie myśli, że ty. - Marian ulotnił się z łazienki, pozostawiając na placu boju obu kolegów.
Marcin nie zdążył pójść w jego ślady, gdy Adrian rzucił na odchodnym:
- Wytrzyj jej pupę chusteczkami nawilżającymi, załóż majty... wyrzuć z nocnika do toalety i go umyj!
Ostatnie słowa wykrzyczał, zbiegając po schodach. Smród, który produkowała jego mała córeczka, można było porównać jedynie z odorem rozkładających się zwłok. No dobrze, może to za dużo powiedziane. Ale trup niewątpliwie plasował się tuż za zawartością nocnika Tosi.
- Tatuś? Pupa bzitka? - zapytała dziewczynka, patrząc rezolutnymi, szarymi oczkami na komisarza Kurka, który stał zgarbiony, zastanawiając się, co jest nie tak z tą płcią przeciwną. Jak są małe, to śmierdzą, jak duże... to szkoda gadać.
- No dobrze, malutka - powiedział, zbliżając się do Tosi. - Zabieramy się do roboty. - Sięgnął po chusteczki nawilżające dla maluchów i odwrócił się w stronę małego diabełka, który czekał już gotowy do działania. Dziewczynka podniosła sukienkę do góry i wypięła pupę w jego kierunku. Marcin nieopatrznie zerknął na nocnik.
- O choleres, Chryste Panie! - sapnął przerażony. - Rękawiczki! - jęknął i sięgnął do jednej z szafek pod umywalką, gdzie - o ile któraś z czarownic nie przełożyła - powinno się znajdować opakowanie gumowych rękawiczek.
Odetchnął z ulgą na ich widok, wyjął dwie i starannie naciągnął na wszystkie palce, zastanawiając się, czy mała nie zasnęła w tej pozycji, bo Tosia ani drgnęła. Wyjął dwie chusteczki i starannie wytarł dziewczynkę. A przynajmniej miał taką nadzieję, bo odpowiednich czynności dokonał z zamkniętymi oczami, wstrzymując oddech.
- Juś? - zapytała Tosia, gdy wujek Marcin, zwany tatą, naciągał jej majtki, przezornie unikając zerkania na zawartość nocnika. Niestety, oddechu nie udało mu się dłużej wstrzymywać.
- Juś - potwierdził z zadowoleniem, obciągając jej sukienkę i poprawiając skarpetki. - Grzeczna dziewczynka.
- Kupa - odpowiedziała Tosia.
- Tak, zrobiłaś kupę. Piękna kupa. - Z uśmiechem pokiwał głową.
- Kupa. - Dziewczynka zaczęła podnosić sukienkę.
- Nie. Zostaw. - Chwycił ją za rączki.
- Kupa! - wrzasnęła Tosia, szarpiąc się i czerwieniejąc na buzi.
Marcin dopiero w tym momencie zorientował się, że mała ponownie chce skorzystać z nocnika. Niestety, było już za późno. A on był jedynym wujkiem w pobliżu, w dodatku policjantem, i nie mógł zostawić bezbronnego maleństwa bez pomocy. Jako dorosły mężczyzna płakał tylko raz. Łzy popłynęły mu same, gdy podczas treningu dostał pięścią w nos. Teraz czuł to samo, gdy ujrzał zawartość majtek w różyczki.
Siostry miały szczęście. Stolik w kącie kawiarni, który zajmowały wcześniej, był wolny. Rozsiadły się wygodnie, Natalia poszła zamówić dla każdej z nich mrożoną kawę, a Anna ponownie wyjęła telefon.
- W ostateczności kupimy namiot i śpiwory - skwitowała Magda.
- To już wolę kupić mieszkanie. - Anna była przerażona pomysłem siostry. Ona? W namiocie? Spanie na ziemi? Siusianie pod krzaczkiem?! - Po zastanowieniu doszłam do wniosku, że taki nabytek to doskonały pomysł.
- Naprawdę? - zdziwiła się Natka, która godzinę wcześniej omal nie została zlinczowana za tę propozycję.
- To dobra inwestycja - ucięła najstarsza siostra, nie mając zamiaru wdawać się w dyskusję. - Życzcie mi szczęścia. Dzwonię - powiedziała, tłumiąc westchnienie. - Dzień dobry. Przy telefonie Anna Sucharska. Czy są wolne pokoje?
- Są, są. A ile osób? - zapytała anonimowa rozmówczyni, sądząc po głosie starsza pani.
- Pięć.
- Chcecie pięć pokoi?
- Niekoniecznie. - Anna zdawała sobie sprawę, że trzeba myśleć realnie. - A jaką konfigurację może pani zaproponować?
- No cóż, mam wolną czwórkę i dwie dwójki.
- Doskonale - ucieszyła się, postanawiając wziąć jedną z dwójek dla siebie. - To my bierzemy wszystko.
- A jakie my?
- Siostry i ja.
- To was jest pięć sióstr?
- Tak, proszę pani. To nasze wspólne wakacje. Zdecydowałyśmy się dość nieoczekiwanie. Siostra ma spotkanie autorskie w Międzyzdrojach i postanowiłyśmy jej towarzyszyć. - Anna była gotowa powołać się nawet na pokrewieństwo z Panem Bogiem, gdyby było to konieczne. Chciała mieć pokój tylko dla siebie!
- Autorskie? To siostra jest pisarką?
- Dokładnie tak. Natalia Sucharska. Może pani słyszała?
- A nie, nie słyszałam. A wie pani, mam wolne pokoje, bo odmówiłam tu jednej grupie. Sześć osób chciało przyjechać. No dobrze, mówię, sześć, to sześć. Ale jak mi tu przyjechali, to się okazało, że to sześciu młodzieńców po siedemnaście lat! Pani kochana! Ja jestem za stara na takie ekscesy! A panie ile mają lat?
- No cóż - Anna odchrząknęła z zakłopotaniem. - Dokładnie to trzydzieści cztery, trzydzieści dwa, dwadzieścia osiem, dwadzieścia pięć i dwadzieścia trzy.
- O! To ładnie, że panie tak chcą razem wakacje spędzić. No dobrze. A na jak długo? Bo na dwa, trzy dni to ja nie wynajmuję. Wiek nie ten, żeby co drugi dzień pokoje sprzątać, pościele prać, bo wie pani, ja mam emeryturę i mi tam do szczęścia nic nie potrzeba, a letnikom to tylko dlatego wynajmuję, żeby na utrzymanie domu zarobić, bo duży.
- Dwa tygodnie - zadeklarowała się Anna.
- O, to dobrze. No to niech przyjadą.
- A jaki jest koszt wynajęcia?
- Serduszko, jak przyjadą, to uzgodnimy. A ile by chciały zapłacić?
- Czterdzieści złotych? - zaproponowała Anna, czując, że jej rozmówczyni jest kuta na cztery nogi i czekają ją twarde negocjacje.
- Czterdzieści? Ale ja niżej sześćdziesięciu w ogóle nie rozmawiam!
- Przecież ma pani wolne pokoje, a dom kosztuje. Sama pani mówi, że tamtym chłopcom pani odmówiła, a na dom trzeba zarobić.
- Oj, nieładnie tak słowa przeciwko drugiemu wykorzystywać. Dom mam duży, piękny, taras jest, to śniadanie mogą sobie tam zjeść. Ogród mam, to grilla mogą sobie zrobić. Sześćdziesiąt złotych za takie cudeńka za dużo?
- A odległość od morza? - zapytała Anna, czując, że stoi na przegranej pozycji.
- Morze, morze, zza okna Park Woliński widać, a ona o morze się pyta! Cisza, spokój, o, to jest ważne, a nie na deptaku mieszkać, żeby w nocy oka nie zmrużyć.
- To daleko?
- A skąd. Międzyzdroje to małe miasto. Gdzie by pani chciała iść, to wszędzie niedaleko. Mały spacerek, okolica ładna, czego jeszcze chcieć?
- No to dobrze. Może pani podać adres? Chciałybyśmy obejrzeć pokoje.
- A mogę, mogę. Ale jak przyjadą, to nie teraz. Tak za... - Głos w telefonie ucichł. Anna słyszała szelest kartek, po czym kobieta odezwała się ponownie: - Za czterdzieści minut. Mogą?
- Mogą, mogą - potwierdziła Anna.
- No to dobrze. To ja czekam. - Podała adres i rozłączyła się.
- I co? - zapytała Natalia, która słyszała tylko odpowiedzi siostry.
- Za czterdzieści minut możemy podjechać. Trzy pokoje są wolne. Dwie dwójki i czwórka. Powiedziałam, że bierzemy wszystkie. Podzielimy się. Od razu uprzedzam, że chcę jedną dwójkę dla siebie - zaznaczyła.
Do Ustronia prowadziła kręta ulica, gdzie na prawie każdym domu widniała tabliczka informująca o wynajmie pokoi. Kierowca zatrzymał się pod właściwym numerem. Dom był ładny, piętrowy, dookoła kwiaty, na schodach kwiaty, bardzo przyjemna okolica. Właścicielka czekała w uchylonych drzwiach. Widząc zatrzymującą się na podjeździe taksówkę, otworzyła je na oścież.
- Witam, witam, drogie panie! - wołała, idąc powoli po schodach.
Wrażenie, jakie odniosła Anna podczas rozmowy, co do wieku właścicielki domu, okazało się słuszne. Wysoka, szczupła kobieta była dobrze po sześćdziesiątce, krótkie siwe włosy miała starannie ułożone, nosiła długą spódnicę w kwiaty i bluzeczkę z krótkim rękawem.
- Dzień dobry - przywitała się Anna. - Dzwoniłam do pani w sprawie wynajmu trzech pokoi. Anna Sucharska - przedstawiła się.
- Tak, tak, ja stoję i czekam, aż przyjadą. A bagażu nie mają? - zapytała, zatrzymując się na schodach i patrząc ze zdziwieniem na pięć młodych kobiet, które nie miały w rękach niczego poza torebkami.
- Zostawiłyśmy na dworcu - wtrąciła się do rozmowy Natalia. - Potem przywieziemy bagaż. Najpierw chciałybyśmy się rozejrzeć i uzgodnić, co i jak.
- Jeju, jeju! A ja tu stoję i czas zajmuję, a taksówka czeka! Proszę, proszę!
Wspięła się na powrót na schody i ruszyła do domu, oglądając się przez ramię, czy przybyłe podążają za nią. Siostry znalazły się w malutkiej altance, skąd od razu wchodziło się do mieszkania i na schody. Obok nich były drzwi, prowadzące do małej łazienki, jak powiedziała od razu właścicielka, pani Rozalia Ogonek. Łazienka wyłożona była niebieskimi płytkami, wewnątrz mieściła się umywalka i kabina prysznicowa z przyklejoną do ściany kartką:
PODCZAS KORZYSTANIA Z PRYSZNICA
PROSZĘ WŁĄCZAĆ WENTYLATOR.
Na piętrze po lewej stronie były drzwi prowadzące na taras, o którym wspominała pani Rozalia, po prawej krótki korytarzyk i cztery pary drzwi. Pierwsze prowadziły do dwuosobowego pokoju, gdzie znajdowały się dwa pojedyncze łóżka, dwudrzwiowa szafka, stolik i dwa krzesła, plus komoda, na której stał telewizor. Następne drzwi prowadziły do małej toalety z sedesem i umywalką. Również po prawej stronie schodów, ale vis-a-vis drzwi na taras znajdował się dwuosobowy pokój, umeblowany dokładnie tak samo jak poprzedni, a naprzeciwko drzwi do toalety był pokój czteroosobowy, umeblowany podobnie jak dwa pozostałe, z tą tylko różnicą, że zamiast dwóch wstawiono tam cztery łóżka. W oknach były verticale, co bardzo spodobało się dziewczynom. W korytarzu wisiało sporych rozmiarów lustro, a pod nim, na plastikowej tacy, stał czajnik bezprzewodowy i garnuszek.
- I jak? Podoba się paniom? - zapytała starsza kobieta, z zadowoleniem przyglądająca się siostrom.
Ładne, eleganckie, zadbane kobiety spodobały jej się od razu. Widać było, że nie będzie tu pijaństwa ani żadnych innych kłopotów.
- Bardzo - zapewniła ją Natalia. - Bierzemy wszystkie. Na dwa tygodnie.
- O! To ładnie - ucieszyła się kobieta. - To co? Zejdziemy do mnie i zamelduję panie. Płatne z góry - dodała szybko.
- Oczywiście - odrzekła z uśmiechem Natalia. - Ile ma być?
- No sama nie wiem. Normalnie nie biorę mniej niż sześćdziesiąt, ale panieneczki takie ładne, takie spokojne, że niech będzie pięćdziesiąt pięć. Może być? I po dwa złote klimatyczne za dzień od osoby. Ja decyzję mogę pokazać, co mnie przesłali, i co ja muszę odsyłać.
- Nie trzeba. Zapłacimy - zapewniła Anna.
- No to dobrze. Tylko panienki... - zawahała się, wyraźnie stropiona.
- Tak, pani Rozalio? - zapytała Natalia. - Jakiś problem?
- Bo panieneczki biorą więcej łóżek, jak im trzeba, a ja od osoby liczę, a jedna osoba to jedno łóżko. A tu trzy wolne będą stały. Ale przecie im nikogo nie dokwateruję, bo jakże to tak? Ale żebym stratna nie była, a panieneczki nie myślały, że ja chytra, to policzę połowę za te wolne łóżka, co? Rzeczy mogą sobie tam układać albo jak?
- Dobrze, dobrze - powiedziała szybko Natalia. - Jesteśmy pani bardzo wdzięczne, że pani nas tak chętnie przyjęła.
- Decyzja o wspólnych wakacjach była dość nagła i nie zdążyłyśmy nic zarezerwować. Gdyby nie pani, tułałybyśmy się w pojedynkę po pensjonatach i szukały po całym mieście. - Anna również zdobyła się na kilka słów wdzięczności.
- No to dobrze - oznajmiła z zadowoleniem Rozalia Ogonek. - Jak chcą zostać, to ja się cieszę. Jak by coś chciały, to niech mówią od razu. A teraz może jedna panieneczka by zeszła i napiszemy, co trzeba? Bo ja tam nic nie potrzebuję, ale jak kontrola mi wejdzie, to muszę mieć porządek. Weźmie dowód osobisty. Jeden wystarczy.
Natalia odetchnęła z ulgą. Miały dość wmawiania wszystkim, że to tradycja rodzinna. Znaczy to, że nosiły takie samo imię, a nie że bigamia miałaby być tradycją w ich rodzinie. Przecież do końca życia nie będzie tłumaczyć obcym ludziom, co i jak, dlaczego i jak może z tym żyć. A może z tym żyć. I to całkiem dobrze. Mąż rzucił ją dla młodszej kochanki, ojciec okazał się łajdakiem i bigamistą, a po jego śmierci dowiedziała się, a właściwie wszystkie dowiedziały się o istnieniu sióstr, a także o odziedziczonym spadku z liczbą zer, jaką widziała tylko w filmach. Miała dom. Miała zabezpieczenie finansowe. Miała dzieci i perspektywę na przyszłość. Nikomu nie potrzebowała się tłumaczyć. Choć czasami musiała. Głównie z tego, że ma kilka sióstr o tym samym imieniu i nazwisku.
Zeszły na parter budynku, gdzie w jednym z pokoi znajdowało się biuro pani Ogonek. Właścicielka spisała numer jej dowodu osobistego i sama Natalia musiała go podyktować, bo starsza pani gdzieś zapodziała okulary.
- Jak się panieneczka nazywa? - zapytała jeszcze.
- Natalia Sucharska - odpowiedziała. Gdyby zameldowały się w pensjonacie jako panie Smith, kobiecie też by to nie zrobiło różnicy.
- A pozostałe siostry?
- Anna, Anastazja, Nata i Magdalena - rzuciła na poczekaniu Natalia, niemal mówiąc prawdę.
Skoro pani Ogonek nie potrzebowała dowodów osobistych pozostałych letniczek, to dane osobowe też nie muszą być kompletne, uznała buntowniczo. Jakkolwiek by na to spojrzeć, to nie skłamała. Anna jako Natalia Anna używała na co dzień drugiego imienia, tak samo jak Magda, czyli Natalia Magdalena. Natka się wyłamała, bo jako Natalia Anastazja nie wyraziła zgody na bycie Anastazją, toteż została Natką, ale nie Nastką, bo to za bardzo by jej przypominało o Anastazji, a tego imienia serdecznie nie znosiła. Z kolei Nata i ona były po prostu Nataliami, toteż jedyne, co im pozostało, to wprowadzić lekkie rozróżnienie poprzez skrót imienia, używanego przez Natę, Natalia zaś pozostała po prostu Natalią. Dzięki obojętności pani Ogonek co do ich pełnych personaliów nie musiała teraz tłumaczyć, dlaczego wszystkie mają to samo imię.
Ojciec tak zdecydował, żeby się nie pomylić. Ostatecznie pomyłka w postaci nazwania własnej córki innym imieniem może rodzić pytania u małżonki, która nie dość, że żyła w przekonaniu, że jest jedyną żoną, to jeszcze uważała się za jedyną matkę jego jedynego dziecka. Jarosław Sucharski całkiem sprytnie wywinął się z całej afery, strzelając sobie w łeb. Inaczej pięć niewinnych kobiet zostałoby oskarżonych o popełnienie straszliwej zbrodni, która zdaniem ich córek byłaby całkowicie usprawiedliwiona. Gdy po śmierci ojca poznały się u notariusza, same miały ochotę go zabić. Jedyne, co go wówczas uratowało, to fakt, że wtedy już od kilku dni nie żył.
- Złotko, masz tu kalkulator i policz, ile płacicie, co? - poprosiła pani Rozalia. - Pamiętaj tylko policzyć połowę stawki za wolne łóżka i dwa złote taksy klimatycznej od osoby za każdy dzień pobytu.
- Dlaczego my? - irytowała się Natka, ciągnąc z przechowalni ciężką walizę zapakowaną diabli wiedzą czym.
- Anna pojechała po zakupy. Natalia nas melduje. Magda pojechała po kasę do banku, bo takiej gotówki przy sobie nie miałyśmy. Każda z nas dostała inne zadanie. Nie marudź. - Nata zasapała się, wyciągając z szafki ogromny oliwkowy plecak, do którego Magda wrzuciła swoje rzeczy. Żadna z pozostałych sióstr, łącznie z nią samą, nie dotknęłaby czegoś takiego. Plecak należał prawdopodobnie do Adriana i pamiętał chyba jeszcze czasy obowiązkowej służby wojskowej, którą komisarz niewątpliwie odbył, ale Magdzie nie przeszkadzał wygląd. Obwąchała brezent, sprawdzając, czy nie śmierdzi, i stwierdziła, że może być. Jej tam wszystko jedno, byle rzeczy się zmieściły.
A w coś musiały się spakować. Po wyprowadzce dziewczyn z domu zniknęła wraz z nimi większość walizek, na szczęście każda z sióstr miała trochę ciuchów na różne okazje w swoim pokoju, żeby nie wozić ubrań za każdym razem, gdy przyjeżdżały do Mechlina. Wystarczyło więc wsiąść w samochód, dotrzeć na dworzec PKP w Poznaniu, złapać pociąg i pojechać.
- To wiem. Ale dlaczego dźwiganie padło na nas? - Natka się zasapała, spociła, okulary jej zaparowały, nic dziwnego więc, że głośno manifestowała swoje niezadowolenie.
- Boże, jakaś ty marudna! Anna nie będzie przecież nosić ciężkich rzeczy. Jest w ciąży - zawstydziła ją Nata.
- To ona tak twierdzi...
- Myślisz, że przeszła załamanie nerwowe z powodu urojonej ciąży?! - Nata podniosła głos.
- Nie krzycz na mnie. Marudzę sobie tylko. A co? Nie można? - zapytała zaczepnie Natka, zakładając wymykające się z ogonka jasne włosy za uszy.
- Nie, nie można. Nie życzę sobie wysłuchiwać twoich labidzeń. Narzekasz jak jakieś stare babsko. Natalia nas melduje, Magda pojechała po kasę, bo jej nikt nie okradnie. Wszystko! A teraz zbieraj te manele, bo mnie szlag jasny zaraz trafi, a jak mnie trafi, to ciebie też! - zagroziła siostrze, choć sama nie była zadowolona z powierzonego im zadania. Patrząc na trzy spore walizki, wspomniany już plecak, dwie torby turystyczne i dwa laptopy, jeden jej, a drugi Anny, trudno byłoby skakać z radości.
- Chce mi się pić - mruknęła tylko Natka, ale posłusznie wzięła jedną z walizek, na szczęście na kółkach, i zaczęła ją ciągnąć za sobą w stronę postoju taksówek, gdzie czekał już zamówiony przez nie busik. Do zwykłego samochodu za nic by się nie zmieściły.
- Pomogę paniom - zaoferował się kierowca, gdy klientki pojawiły się przy aucie. Chwycił ciężkie walizy i bez wysiłku wrzucił je na tył samochodu.
- I to jest powód, żeby na wakacje zabierać jednak facetów - skomentowała kwaśno Natka, ściągając okulary i czyszcząc je rąbkiem bluzki.
- A co ty taka mimoza się zrobiłaś?
- Chce mi się pić. Idę do kawiarni. - Natka nie zaszczyciła jej odpowiedzią, tylko odwróciła się na pięcie i pomaszerowała.
Nata ze zdumieniem patrzyła na oddalającą się siostrę. Wcisnęła taksówkarzowi dwadzieścia złotych do ręki i rzucając w locie:
- Niech pan zapakuje resztę do samochodu i czeka! - popędziła za siostrą.
- Co z tobą? - zapytała, gdy dogoniła młodą już przy kontuarze, i przyglądała się jej raczej ze zdziwieniem niż złością. Natka z zaciśniętymi wargami patrzyła na ścianę, na której wisiało ogromne menu.
- A co ma być? - odpowiedziała pytaniem na pytanie i wzruszyła ramionami.
- Gdybym wiedziała, tobym nie pytała. No więc? Mam lecieć do wróżki? - ironizowała Nata. Młoda miała focha i tyle, ale lepiej dociec przyczyny, nim dojdzie do jakiejś mniej lub bardziej nieprzyjemnej wymiany zdań.
- Jestem brudna, zmęczona, spocona, głodna, nieszczęśliwa i nie mam samochodu - wybuchnęła dziewczyna, patrząc na nią z rozpaczą.
Dzieliło je kilka lat, jakieś pięć, jeśli Nata dobrze pamiętała, ale taka różnica to nie powód, by miała matkować najmłodszej siostrze, która przecież jest już dorosłą kobietą. Może należałoby potrząsnąć nią zdrowo i przywołać młodą do porządku, powołując się na jej rzekomą dorosłość.
- Ile ty właściwie masz lat? - zapytała Natkę.
- Dwadzieścia trzy, a co?
- To najwyższa pora, żebyś zaczęła zachowywać się jak osoba dorosła! - pouczyła ją surowo. - Kaprysisz jak małe dziecko i...
- Proszę, proszę, kto to mówi! - zadrwiła Natka, wciskając okulary na zaczerwieniony od słońca nos. - Jaka dorosła nagle się zrobiłaś. Anielka jest poważniejsza od ciebie.
- I powinna grać główną rolę w filmie "Omen". Nie wiem, dlaczego uznali, że antychrystem musi być chłopiec - zaczęła zastanawiać się na głos pisarka, której słowa Natki nie obraziły, bo tak nie do końca przyjęła je do wiadomości.
- Właśnie cię obraziłam - zdenerwowała się Natka, niecierpliwym gestem wciskając niesforne włosy za ucho.
- Żeby to pierwszy raz - skomentowała filozoficznie Nata. - Zamawiamy coś czy jak? Ta pani za kontuarem dziwnie nam się przygląda.
- Zamawiamy. - Natka wzięła się w garść. - Największe lody z sosem malinowym, ale bez kulki miętowej - zwróciła się do kelnerki.
- Przecież nie mamy miętowych - zdziwiła się dziewczyna.
- Nie szkodzi. Ja na wszelki wypadek. Gdyby były. I do tego kawę mrożoną z bitą śmietaną. A ty? Chcesz coś? - zwróciła się do Naty. Może i miała focha, ale dobre maniery też. Przynajmniej jakieś resztki.
- Może być to samo. Tylko bitą śmietanę niech pani da do lodów. Nie do kawy. Dla mnie to dużo za dużo. Siadamy?
Nie czekając na odpowiedź Natki, która wyjęła portfel, by uregulować rachunek, zajęła miejsce w kąciku, tuż za dwiema dziewczynami, dyskutującymi cicho między sobą i kreślącymi na serwetce jakieś cyfry. Nata nie zwracała uwagi na ich obliczenia. Matematyka nie należała do jej mocnych stron ani nie interesowała jej zbytnio, przynajmniej od czasu, gdy debet na koncie stał się tylko wspomnieniem.
- No to mów, o co chodzi - zażądała Nata. - Jeszcze piętnaście minut temu byłaś szczęśliwa jak skowronek, a teraz czepiasz się ludzi i przechodzisz załamanie nerwowe z powodu samochodu, który skasowałaś wczoraj.
- Skasowałam auto! Według ciebie to nie jest powód do zmartwień?
- Najważniejsze, że tobie nic się nie stało... Ani nikomu innemu - dodała po chwili namysłu. - Tak, to też jest ważne. A teraz mów prawdę. Na pewno nie chodzi o samochód. - Zmierzyła ją badawczym spojrzeniem.
Natka skrzywiła się z niezadowoleniem i spytała żałośnie:
- Tak łatwo mnie rozgryźć?
- Jestem wnikliwą obserwatorką - oświadczyła z dumą pisarka, po czym udając, że nie widzi powątpiewającego spojrzenia siostry, uśmiechnęła się pocieszająco, przynajmniej we własnym mniemaniu, i ponagliła ją: - No dalej, młoda. Mów. Aż tak przenikliwa nie jestem, żeby czytać w cudzych myślach.
Natka pociągnęła nosem i nieoczekiwanie się rozkleiła.
- Dzieci do mnie napisały - wyznała, patrząc ze łzami w oczach na siostrę. - Pytają, gdzie mama. - Znów pociągnęła nosem, tym razem mocniej. Nie widząc sceptycznego spojrzenia Naty, sięgnęła po torebkę i wyjęła z niej chusteczki higieniczne. Otwartą torebkę zostawiła na stoliku.
- Akurat! - Ktokolwiek cokolwiek napisał do Natki, z pewnością nie był dzieckiem. - Podszywają się padalce i tyle.
- Skąd wiesz? - Natka popatrzyła na nią z nadzieją w niebieskich oczach, aktualnie zaczerwienionych, diabli wiedzą, czy od kolejnej alergii, czy od łez.
- Gdyby dzieci chciały wiedzieć, gdzie jest ich matka, napisałyby do niej, a nie do ciebie. Myślisz, że Natalia własnym dzieciom by nie odpisała? Chłopaki próbują i tyle. Poza tym Natalia już się skontaktowała z Anielką i Przemkiem. Ustalili kontakt przez e-maile. Po jaką cholerę bliźnięta miałyby pisać esemesy? Mówię ci, że to te padalce. - Nata nie miała co do tego wątpliwości.
- A dlaczego napisali właśnie do mnie? - powątpiewała Natka.
- Bo jesteś najłatwiejszym celem i łatwo tobą manipulować. - Co do tego Nata też nie miała wątpliwości. - Dawaj ten telefon! No dalej - ponagliła ją, gdy dziewczyna się ociągała. Najwyraźniej argumentacja starszej siostry nie tylko jej nie przekonała, lecz także, sądząc po złym spojrzeniu, które młoda rzuciła jej zza okularów, nie przypadła do gustu.
- Proszę, proszę - mamrotała do siebie Nata, odczytując błagalny esemes od Anielki. Rzeczywiście, wiadomość była wysłana z numeru dziewczynki, ale jaki to problem dla dorosłego faceta odebrać dziecku telefon? Dla padalca salonowego żaden, a do takiego właśnie gatunku ci trzej panowie zostali zaliczeni przez Natę. Żadna z sióstr nie odbierała od nich telefonów ani nie odpisywała na wiadomości, więc posłużyli się dziećmi, które doskonale wiedziały, że mają się kontaktować wyłącznie drogą e-mailową, a gdyby było coś naprawdę, ale to naprawdę pilnego, miały wysłać ustalone hasło. Wprawdzie Nata nie wiedziała jakie, ale było i w razie potrzeby miało zostać wysłane do matki, a nie do najmłodszej ciotki.
- "Dzieci kochane, mamusia kocha was bardzo, bardzo, i na pewno do was wróci. Musi przemyśleć parę spraw, więc lepiej, żeby tata zajął się wami jak należy - czytała głośno to, co napisała - bo zdaje się, że jest jedną z tych spraw do przemyślenia". - Uśmiechnęła się do Natki i zapytała: - I jak? Niezłe, nie?
- Ale co? - Tamta nie zrozumiała.
- Jak to co? Teraz chłopaki dwa razy się zastanowią, zanim coś zakombinują. - Nata siorbnęła z zadowoleniem kawę przyniesioną chwilę wcześniej przez kelnerkę, nie zwracając uwagi na to, że umoczyła czubek nosa w bitej śmietanie, która trafiła i do lodów, i do kawy.
Natka tylko zamknęła oczy i jęknęła w duchu. Oby Nata miała rację co do Adriana i reszty!
- Przemyśleć? - zdenerwował się Potocki, gdy Marcin odczytał na głos wiadomość przesłaną przez Natkę. - Nad czym ona chce myśleć? Tosia, jajka wkłada się do buzi - pouczył dziewczynkę, która rozsmarowywała je po całym talerzu.
- Może chce cię rzucić? - podpowiedział Marian. Widząc złość na twarzy kolegi, dodał obronnym tonem: - No co? Mnie Anna zostawiła, to ciebie Natalia nie może?
- Ja nie jestem idiotą, który powątpiewał we własne ojcostwo. I to jeszcze w przypadku Anny - prychnął gniewnie Adrian.
- Pewnie. Kto by ją chciał poza tobą? - dodał Marcin Kurek, odkładając komórkę na blat stołu. - To znaczy, chodziło mi o to, że wszyscy wiemy, jaka Anna potrafi być dominująca. Nie każdy facet miałby jaja, żeby choć na nią spojrzeć - dodał szybko na widok wstającego z krzesła Jagleckiego, który po tych słowach wprawdzie nadal patrzył podejrzliwie, ale przynajmniej usiadł.
- Tata! Jaja! - zawołała dziewczynka, nabierając w rączkę jajecznicę i rzucając nią w Marcina.
- Ja pier... to znaczy... Ty mała czarownico! Kto ci tyłek wycierał, co? - zawołał z pretensją w głosie, ścierając zawartość talerza z koszuli. - Chciałbym wiedzieć, ile potrwa ten proces zastanawiania się. Jestem tu dopiero pierwszy dzień, i to tylko kilka godzin, a mam ochotę się wykastrować... - Ugryzł się w język na widok Anielki, która stanęła w drzwiach kuchni i spojrzała na niego poważnymi, szarymi oczami.
- Wujku, czy ty masz mój telefon? - zapytała.
- E, tak, bo widzisz... - zająknął się Marcin.
- Musiałeś coś sprawdzić? - podpowiedziała mu dziewczynka.
- O, właśnie, tak. Dokładnie. - Pokiwał gorliwie głową.
- Czy to znaczy, że do ukończenia osiemnastu lat nie mam prawa do prywatności? - Anielka uśmiechnęła się do niego.
- E...
- Anielko, to, że masz własny telefon, nie znaczy, że nie będzie on kontrolowany - surowo interweniował Adrian. - Musimy wiedzieć, z kim się kontaktujesz i czy wszystko w porządku. Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o różnych osobach, które możesz spotkać nie tylko na ulicy, ale także w Internecie?
- Pamiętam, tato. Ale wystarczyło powiedzieć, że potrzebny ci mój telefon. Nie musieliście go kraść - zauważyła całkiem rozsądnie dziewczynka.
- Dziecko... - Nabrał powietrza i dokończył spokojniej, niż zamierzał: - Możesz zabrać ten telefon.
- Dziękuję, ale ja przyszłam do kuchni w sprawie kolacji. Dostaniemy coś do jedzenia? Przemek też jest już głodny.
- Kolacja. No tak. - Adrian tak był zaabsorbowany Tosią, która skończyła właśnie jeść, choć nie miał pojęcia, ile jajecznicy trafiło do buzi dziecka, i namierzaniem Natalii, że zupełnie zapomniał o pozostałej dwójce. - Zaraz coś wam zrobię. Może być jajecznica?
- Na kolację? - zdziwiła się Anielka. - To niezdrowo.
Mężczyźni z poczuciem winy popatrzyli na najmłodsze dziecko, które uśmiechało się radośnie i szczerbato. Nie wyglądało na chore. Wyglądało tylko na brudne.
- To co ma być? - zapytał bezradnie Adrian. - Pizza?
- Ja poproszę sałatkę owocową i herbatę, a dla Przemka dwie kanapki z sałatą i pomidorem i sok - wyrecytowała.
- Dobra, coś jeszcze?
- To wszystko. Dziękuję - powiedziała grzecznie i wyszła z kuchni.
- Zostałem kelnerem - stwierdził z rezygnacją Adrian. - Musimy się jakoś podzielić obowiązkami. - Spojrzał z nadzieją na kolegów.
- Ja odpadam - powiedział szybko Marcin. - Po tym, co mi zafundowałeś dzisiejszego popołudnia w łazience, nie licz na nic więcej.
- Jesteś mi coś winien. Odzyskałem twoje dokumenty i klucze od tej panienki, którą poderwałeś i...
- Dobra, dobra, nie przy Tosi - przerwał mu Kurek, rumieniąc się gwałtownie i zerkając z zażenowaniem na przyglądającego mu się z zaciekawieniem Mariana. - Mogę Anielkę i Przemka zawozić do szkoły i przywozić. A po drodze mogę robić zakupy - dodał z zastanowieniem. - Ale musisz mi na kartce napisać, co mam kupować. Nie wiem, co jedzą małe dzieci.
- Chipsy i piwo - zakpił z niego Jaglecki.
- Lepiej powiedz, co ty będziesz robił - zirytował się Marcin. - Głupie uwagi każdy potrafi wtrącać!
- Wystarczy! - przerwał im Potocki. - Musimy podzielić się obowiązkami. Co do szkoły, ofertę przyjmuję, ale w przyszły piątek koniec roku, więc się nie napracujesz. Listę zakupów zrobi pani Fela w poniedziałek. Głównie chodzi o opiekę nad Tosią i niepozostawianie dzieciaków samych w domu. Razem poradzimy sobie ze wszystkim. Jest nas trzech. Nie może być źle, prawda?
Odpowiedziało mu milczenie. Jeśli to miała być mowa motywująca, to zdecydowanie mu nie wyszła.
- No co wy, chłopaki, przecież to tylko małe dzieci... W tygodniu jest pani Felicja. Zostają nam tylko wieczory i weekendy - przekonywał ich.
- Niby racja - odezwał się Jaglecki. - Gdyby to tylko nie były ICH dzieci. To małe Sucharskie. Wszyscy wiemy, co to znaczy.
- Nie tak dawno sam takie chciałeś. Inteligentne, błyskotliwe i...
- Chcieć a mieć to nie to samo. Jak będziesz w mojej sytuacji, to zobaczysz różnicę...
- Jestem w twojej sytuacji! - zdenerwował się znowu Potocki. - Ta sytuacja siedzi teraz u Marcina na kolanach! - Podniósł głos, wskazując palcem na Tosię, która właśnie wcierała żółtko we włosy na dłoni jego przyjaciela.
- Przestańcie! Co z wami jest, chłopaki? Mieliśmy się podzielić obowiązkami, a wy wciąż się kłócicie - interweniował Kurek. - Jesteśmy kumplami, co nie? Musimy trzymać się razem. Inaczej czarownice wygrają.
- To jest argument - wymamrotał Marian, przeczesując palcami szpakowate włosy. I pomyśleć, że jeszcze dwa lata temu był prawie brunetem!
- Dajcie mi swoje grafiki, rozdzielę zajęcia. Komuś się nie podoba? - zapytał Adrian, przesuwając dokoła groźnym wzrokiem. Odpowiedziało mu wzruszenie ramionami i pełne urazy milczenie. Zdecydowanie za dużo czasu spędzali z siostrami Sucharskimi.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł. - Natka sceptycznie podeszła do rozwiązania proponowanego przez siostrę.
A jeśli Nata nie miała racji i to naprawdę dzieci się z nią kontaktowały, a nie Adrian i reszta? Dała głośno wyraz swoim wątpliwościom.
- Głupia jesteś i tyle - skomentowała kwaśno Nata. - Matka własne dzieci by olała? Może twoja, moja pewnie też, ale nie Natalia. Podpucha i tyle. Zobaczysz, jak tylko powiemy o tym dziewczynom, przyznają mi rację, a ty zdobędziesz pewność.
- Co do czego? Własnej naiwności? - westchnęła ciężko Natka.
- Daj sobie na luz, dziewczyno. - Mrugnęła do niej i wstała od stolika. - Zbierajmy się, bo zaczną nas szukać.
Nie czekając na siostrę, ruszyła przodem. Natka z ociąganiem podniosła się z krzesła, zarzuciła torebkę na ramię i ruszyła za Natą. Niemal w tej samej chwili wstały dziewczyny siedzące przy stoliku przed nimi. Zderzenie było nieuniknione. Natka zachwiała się, niezapięta torebka runęła na posadzkę, wyleciały portfel, kalendarz z serią luźnych kartek, tusz do rzęs, pomadka, kilka cieni i cała masa szpargałów: paragonów, samoprzylepnych karteczek, wydruków z bankomatu i tym podobnych rzeczy.
Do tego dołączyły teczka, którą jedna z dziewczyn trzymała pod pachą, i torebka drugiej z nich, skąd również wysypały się kartki, choć trzeba było przyznać, że tamta miała znacznie mniejszy bałagan w torbie.
- Niech to diabli! - zaklęła Natka. Uklękła, by pozbierać rozsypane drobiazgi.
- Ale syf - jęknęła Nata. - Robisz czasami porządek w torebce? - Pochyliła się i zaczęła pomagać siostrze. - Bardzo przepraszamy - zwróciła się do wzburzonych dziewczyn. - Siostra niedowidzi i czasami zdarzają jej się takie sytuacje.
- Dobrze widzę, tylko mało dokładnie - oburzyła się Natka, podnosząc głowę i spoglądając na potrąconą dziewczynę.
- Jasne. Nie ma sprawy - odrzekła tamta. Na jej twarzy pojawił się lekki uśmieszek pełen ironii i trudnego do ukrycia niesmaku, gdy spojrzała na przekrzywione okulary na nosie drobnej blondynki, która wpadła na nią z impetem. Jedno jej oko wyglądało normalnie, drugie - powiększone przez szkło grubości denka od butelki - jakby mniej.
- Dobra. Nic nikomu się nie stało. Spadamy stąd. - Nata chwyciła Natkę za rękę i pociągnęła za sobą. Ta usiłowała protestować, oburzona tak bezceremonialnym traktowaniem, ale siostra nie dopuściła jej do głosu: - Weź się w końcu ogarnij, dziewczyno, bo nad morzem staniesz i wody będziesz szukać. Nie rozumiem tylko, po jaką cholerę grasz w totolotka. Za mało kasy masz czy jak? A do tego kasyna lepiej nie łaź. Ślepa jesteś jak kret, to nie odróżnisz ruletki od bakarata. Nie wiem, w kogo ty się wdałaś. Ojciec był łajdakiem, ale nie hazardzistą. Choć, biorąc pod uwagę jego lewe interesy na czarnym rynku, jakąś skłonność do ryzyka musiał mieć, a pięciokrotna bigamia to dużo więcej adrenaliny niż w kasynie, ale i prosta droga do autodestrukcji...
Natka w oszołomieniu słuchała wywodu siostry, który - utrzymany w podobnym tonie - ciągnął się aż do chwili, gdy wsiadły do busa. Nata podała adres i dopiero wówczas się uciszyła. Ale Natka nie miała zielonego pojęcia, o co właściwie chodziło siostrze i skąd to jej przekonanie, że ona, Natka, ma w sobie jakieś upodobanie do hazardu, ryzyka i autodestrukcji.
Matylda ze zdumieniem patrzyła na porozrzucane rzeczy. Wnętrze pokoju wyglądało, jakby przeszło tędy tornado. Szuflady były pootwierane, szafa świeciła pustkami, wieszaki walały się na dywanie. Zawartość kosmetyczki leżała wysypana na łóżku. W środku tego bałaganu stała jej przyjaciółka, Sylwia, i patrzyła na nią ze złością.
- Co ty wyprawiasz? - zawołała Matylda, bardziej zdziwiona niż zła. - Grzebałaś w moich rzeczach?
- Dawaj! - Mężczyzna, który nagle pojawił się za nią, chwycił jej torebkę.
Matylda odruchowo przytrzymała torebkę i zawołała, teraz już ze strachem:
- Co wy wyprawiacie?! Oszaleliście?!
- Dawaj torebkę! - Złapał za pasek i mocno pociągnął. Matylda chciała mu go wyrwać, ale Sylwia odciągnęła ją na bok.
- Uspokój się, to nic ci się nie stanie - powiedziała, trzymając ją mocno za ramię, gdy Matylda próbowała się wyrwać. Nie wiedziała, czego chcą tamci dwoje, ale wiedziała, że Sylwia kłamie. Takiej jej nie znała. Nawet twarz przyjaciółki wydawała się teraz jakaś inna, obca. Matylda nie rozumiała, o co im chodzi, ale czuła, że zamierzają zrobić coś złego.
- Gdzie to masz? - Piotr rzucił torebkę na podłogę i ruszył w kierunku dziewczyny.
Przerażona, wyrwała się Sylwii i chciała wybiec z pokoju. Nie zdołała jednak ominąć Piotra. Mężczyzna pchnął ją na powrót do środka. Zaplątała się w leżące wokół rzeczy i runęła jak długa. Leżała skulona na boku, zwrócona twarzą w stronę podłogi. Nie poruszała się.
- Wstawaj! - Sylwia bezceremonialnie szarpnęła ją za ramię. Spojrzały na nią puste oczy koleżanki. Na skroni Matyldy widniała niewielka rana, z której sączyła się krew. Krew kapała też z rogu szafki nocnej, o którą uderzyła dziewczyna, upadając.
- O mój Boże - jęknęła Sylwia, prostując się gwałtownie, i spojrzała z przerażeniem na swojego chłopaka. - Ona nie żyje!
- Jebać sukę! - zaklął ze złością.
- Ale, Piotrek... - protestowała.
- Zamknij się! Myślałaś, że co? Obrobimy ją, a ona nam podziękuje?
- Ale to moja przyjaciółka - protestowała, załamując ręce.
- Jak wywracałaś jej pokój do góry nogami, to jakoś o tym nie myślałaś - odparł z ironią. Chwycił Sylwię za ramiona i patrząc jej w oczy, powiedział, już łagodniej: - Nie bój się, niunia. Zajmę się tym. Będziemy mieć kasę i polecimy, dokąd zechcemy. Spierdolimy z tego zakichanego kraju i będziemy imprezować. To jak, mała? Wszystko gra?
Sylwia pokiwała głową, nie do końca świadoma jego słów. Czuła, jak spływa na nią jakieś dziwne odrętwienie. Chyba była w szoku.
- Sprawdź jej torebkę, a ja zajmę się ciałem. Potem tu posprzątaj, żeby ślad nie został. I... niunia! - Chwycił ją za brodę i zmusił, żeby Sylwia na niego spojrzała: - Morda w kubeł.
Sylwia była zdolna tylko do potulnego kiwnięcia głową. To nie tak miało być. Przecież chcieli tylko ukraść los. Piotrek zapewniał ją, że Matylda nawet się nie zorientuje. Dlaczego wróciła wcześniej? Dlaczego? Objęła się ramionami, stojąc nad ciałem przyjaciółki, i patrzyła tępo na krew na podłodze. Mogła myśleć tylko o tym, że gdyby leżał tu dywan, plama nigdy by nie zeszła.
Nie zauważyła wyjścia ani powrotu Piotra. Jego nieobecność nie mogła trwać długo. Rzucił na podłogę folię malarską i przetoczył na nią ciało Matyldy. Dziewczyna była jeszcze ciepła i miękka.
- Sprawdziłaś torebkę? - zapytał, owijając zwłoki folią. Wyjął z szuflady szarą taśmę klejącą i nożyczki.
- Nie - odpowiedziała Sylwia tak cicho, że nie była pewna, czy ją usłyszał. Musiała jednak mówić głośniej, niż jej się wydawało, bo nad jej głową rozległ się wrzask:
- To na co czekasz?! Rusz dupę!
Opadła na kolana i zbliżyła się do leżącej na dywanie brązowo-czarnej torebki. Wytrząsnęła całą jej zawartość. Portfel, dokumenty, karty kredytowe, wyciągi z bankomatu, paragony, turystyczna mapa Międzyzdrojów i druga - Świnoujścia. Do tego tusz do rzęs, dezodorant w kulce, chusteczki higieniczne i nawilżające, płatki kosmetyczne, pilnik do paznokci, klucze od mieszkania, kilka tamponów i wkładki, ale tego, czego szukali, dla czego zginęła Matylda, nie było.
- Masz? - zapytał, przerywając na chwilę oklejanie taśmą zawiniętych w folię zwłok.
- Nie.
- Jak to, nie?! - Zdenerwowany podszedł do Sylwii.
- Nie patrz tak na mnie! - krzyknęła, zanosząc się płaczem. - Nie ma! Sam zobacz!
Piotr przerzucał po kolei wszystkie leżące na podłodze przedmioty. Wyrwał Sylwii z rąk pustą torebkę i zanurzył w niej rękę, przeszukując dokładnie całe wnętrze, jednak bez rezultatu. Chwycił nożyczki i rozciął podszewkę, którą niemal wyrwał ze środka. Ale i tam nie znalazł tego, czego szukał. Torebka była pusta.
- I co teraz? - zapytała dziewczyna, ocierając palcami płynące ciurkiem łzy.
- Sprawdziłaś dokładnie wszystkie rzeczy?
- Tak.
- A torba na laptop?
- Też. Nie ma nigdzie tego kuponu.
- Szlag! - zaklął, kopiąc zawinięte w folię zwłoki. - Czekaj! - opamiętał się. - Jeśli Matylda nie ma tego kuponu, to jest tylko jedna możliwość. Musiała już go im przekazać. Wiesz, gdzie się zatrzymali?
Sylwia pokiwała głową. W oczach dziewczyny zabłysła nadzieja. Może jeszcze nie wszystko stracone.
Marcin, zgodnie z obietnicą, urwał się z komisariatu, by zawieźć dzieciaki do szkoły. Na szczęście bliźniaki potrafiły ubrać się same, a wcześniej Adrian wręczył im po dziesięć złotych na śniadanie. Zdaniem Mariana była to zdecydowana przesada, ale ostatecznie jako przyszywany wujek, a nie wychowujący bliźnięta ojczym, nie miał nic do powiedzenia. Zwinął się tylko jak najprędzej, by nie uczestniczyć w karmieniu Tosi, która w nocy spała jak aniołek, za to rano bardziej przypominała małe diablątko, grymasiła przy jedzeniu i pluła na wujka Marcina, który niemal ze łzami w oczach usiłował wcisnąć w nią jakąś papkę.
Pani Felicja, która kierowana szóstym zmysłem przyszła wcześniej do pracy, wzniosła tylko oczy ku niebu i widząc bałagan panujący w kuchni, oświadczyła:
- No, jak pani Natalia wróci i zobaczy coś takiego, to ja wam, chłopcy, nie zazdroszczę...
Adrian usiłował ją błagać, przekonywać, namawiać i przekupywać, by nie porzucała ich w weekend, ale kobieta tylko zmierzyła go surowym wzrokiem, pogroziła mu palcem i podsumowała krótko:
- Jakże to tak? Od własnych dzieci pan chce się wymigać? - Po czym równie surowo spojrzała na Mariana i dodała: - A tu następny! Jak się dzieci nie chce, to się rozporek trzyma zapięty! Ja wiem, że kiedyś o tych sprawach wcale nie uczyli, ale ja swoje dzieci inaczej wychowywałam. Bo gdyby moi rodzice byli bardziej światli, to ja bym nie tylko pięciu wałkoni nie miała, ale jeszcze lepszego męża sama bym sobie znalazła. A tak to poszłam, za kogo ojciec kazał, a potem... Szkoda gadać! - Machnęła ręką i zanim którykolwiek zdołał cokolwiek odpowiedzieć, wyszła z kuchni i ruszyła na górę, słusznie przypuszczając, że czeka tam na nią spora porcja prania. Mężczyźni popatrzyli na siebie stropieni, jednak życie pod jednym dachem z Nataliami nauczyło ich, że z kobietami nie warto dyskutować, bo i tak ich się nie przegada.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI