ROZDZIAŁ II
PANNA BASIEŃKA
Wolno płynął panu Williamowi Murrayowi czas w Sikawcu. Leniwie i monotonnie przemykał, znaczony zwyczajną, wiejską codziennością. Nużył jednostajnością, która uświadamiała jałowość ludzkiej egzystencji. Czymże bowiem były dawne zasługi i przygody cudzoziemskiego oficera wobec obecnej martwoty? Jedynie wspomnieniem ulotnej chwały, równie pięknym, jak smutnym. A teraz co pozostało szkockiemu zawadiace? Siana i słomy w stodołach doglądać, pszenicę mierzyć korcami, sprawdzać, czy bydło wydojone, pilnować strzyży. I tak wkoło. Przy tym z chłopami się wykłócać o wolniznę, karbowego nadzorować, żeby się z parobkami za pańskimi plecami nie układał, i godzić powaśnione dziewki, co się w jakimś Jaśku czy Iwanie kochają. Na dodatek jesień nadeszła, a z nią oblepiające buty ciężkie błoto oraz przenikliwa wilgoć i chłód. Pożółkły liście na bukach, zszarzała trawa, powiędły malwy zasadzone pod oknami dworku. Przygnębiała pana Murraya ta pozorna, wiejska sielanka i coraz częściej popadał w melancholię. Myśl, że tak ma być już do końca jego dni, pogłębiała jeszcze te przykre odczucia. Najsmutniejsze zaś było to, iż zaczynał uznawać samego siebie za starego, choć przecież ledwie czwarty krzyżyk dźwigał.
Codzienna martwota sprawiała, że coraz dotkliwiej dawał mu się we znaki brak saksońskiego druha, zmarłego zimą Wernera Stillera. Z nostalgią wspominał kamrata, wspólną służbę u lwowskiego metropolity i wszelkie drobne zdarzenia, które kiedyś nieważne, teraz przywoływały tęsknotę za wesołą, choć ryzykowną przeszłością. Z trudem godził się świeżo upieczony hreczkosiej, iż to wszystko minęło i nigdy nie wróci. Nie usłyszy już chropawego głosu kuternogi, nie wypije z nim piwa, nie zawalczy przeciw wrogom z tego i nie z tego świata. Odszedł dokądś tam, w nieznane, wierny przyjaciel i na zawsze skończyła się jego wspólna z Williamem historia. Ta nowa zaś, która się rozpoczęła dla Murraya, choć kusiła przytulną wygodą i bezpieczeństwem, wcale mu się nie podobała. Cóż bowiem mógłby z niej zapisać w pamięci prócz nudnych, bliźniaczo do siebie podobnych dni? Jaką radość miał czerpać z życia, skoro zaprzęgnięty w kierat wiejskich obowiązków czuł się na wpół martwy? Nie takiego losu się dawniej spodziewał, a fortuna, rzucając go ze Lwowa do leżącego w głuszy Sikawca, zakpiła z niego w okrutny sposób.
Siedział tedy dawny oficer w swym odziedziczonym po Zatwarnickich domostwie. Przez okno wyglądał i tęskno mu było za dawnym, utraconym życiem. Nawet służebne panny, co o porządek we dworze dbały, ucichły, poznawszy, że dzierżawca jest mało wrażliwy na ich zaczepki. Może też przez to się spłoszyły, iż dość często z sąsiedniej Zatwarnicy w gości przyjeżdżała panna Barbara Trelówna, która krzywym okiem spoglądała na niewieścią obecność w pobliżu pana Murraya. Nawet nie bardzo się kryła, że sama ostrzyła pazurki na niedawno uszlachconego cudzoziemca i nie zniosłaby w tym żadnej, tym bardziej chłopskiej, konkurencji. Dzielnie sekundował jej w tych planach pan Jeremi Winnicki, rządca w Zatwarnicy, który kiedy tylko mógł, zachwalał sąsiadowi przymioty krewniaczki. Ot, do jednych zmartwień los dodał Williamowi kolejne, bo choć łasy był onegdaj na wdzięki niewieście, to zabiegi panny Basi i wizja małżeństwa z nią zdały mu się przerażające. Czuł się jak mysz uwięziona w klatce, do której co rusz zagląda wygłodniała kocica.
Nie to, by sąsiadka była lichej urody. Wręcz przeciwnie. Młoda, zgrabna, zdrowa, niejednemu mogłaby w głowie zawrócić. Cóż jednak poradzić, skoro parol zagięła właśnie na bezrękiego, dwa razy od niej starszego Murraya.
Twardo stąpała po ziemi panna Barbara. Wiedziała, iż bez posagu mało który kawaler ją zechce. Jeśli zaś trafi się jakiś, to albo taki sam jak ona hołysz, albo też inne ladaco. A tu, tuż obok nadzorowanego przez wuja majątku, miała mężczyznę statecznego, doświadczonego, ani hulakę, ani awanturnika czy pijaka. Na dodatek, jak mniemała, musiał William cieszyć się względami pana Herburta, skoro mu dał w dzierżawę Sikawiec. Powiadano nawet, że po śmierci kulawego kompana z Saksonii proponował mu pan Eryk zasobną Beniową, lecz Szkot odmówił. Na swój sposób zinterpretowała to młoda Trelówna, biorąc za dobrą monetę. Bo jakiż inny powód mógłby mieć William, by zostać w Sikawcu, niż ją? Ucieszona, podwoiła swe starania i zabiegi o względy sąsiada. Ten zaś, osowiały i uległy, pokornie znosił to wszystko, czym jeszcze bardziej utwierdzał pannę w trafności dokonanego wyboru. Lubiła bowiem rządzić młoda białogłowa i z trudem znosiła sprzeciw. Z pewnością potulny małżonek odpowiadałby jej najbardziej, a gdyby jakimś cudem nie był potulny, to z pewnością potrafiłaby to zmienić kobiecymi sposobami.
Niewesołe były rozmyślania sikawieckiego dzierżawcy o przyszłości. Te zaś o rodzinie i dzieciach mroziły mu wręcz krew w żyłach. Jakże to, miałby być ojcem? Huśtać na kolanach małe Murrayątka, za konika robić, zamartwiać się ich zdrowiem, gromadzić grosz na ich przyszłe uposażenie, kształcić. Gdzie dawna swoboda? Gdzie wolność od trosk i chwytanie każdego dnia, jakby miał być ostatnim? Do tego wszak przywykł od chwili, kiedy dawno temu opuścił ojczyznę i wysiadł ze statku w Gdańsku. Tak przez lata żył ze swym saksońskim kompanem. Jakoś nie mógł William pogodzić się z myślą, że mogłoby być inaczej. Wiek zaś, zamiast skłaniać go do innego spojrzenia na świat, przynosił refleksję, że przecież mając ponad czterdzieści sześć lat na karku, bardziej godzi się o zbawieniu duszy myśleć niż o ożenku i dzieciach.
Na chwilę rozweselił latem szkockiego oficera przyjazd kamrata z rodzinnych stron, wielkoluda Camerona, co prowadził swoje interesy w Zamościu. Pobawili się, popili, kilkakroć byli na łowach. Prędko minęło. Potem, jeszcze w sierpniu, odwiedził Sikawiec Żegota Nadolski, który wracał z Fulsztyna. Oznajmił, dając Williamowi chwilową nadzieję na odmianę losu, że może uda się pojechać na Krym, dołączywszy do hetmańskiego poselstwa pod komendą pana Oświęcima. Ale kolejne tygodnie mijały od jego odjazdu i nic się nie działo. Zaczynał więc wątpić pan Murray w to, iż kiedykolwiek zdoła wymknąć się ze swego dworku i na nowo wyruszyć w świat. Jesienna plucha i smętne kikuty ogołoconych z liści drzew tylko umacniały go w tym ponurym przekonaniu.
Popołudnie już było, a w dawnym domostwie Zatwarnickich panowała cisza jak makiem zasiał. Czasem tylko przerywało ją skrzypnięcie drewna, trzask ognia w kominie albo też odległe, niezrozumiałe wołanie któregoś z parobków spod stajni. Na małych gomółkach szyb dzielonych na czworo okienek skraplała się wilgoć, znacząc ślady zsuwającymi się leniwie kroplami.
Siedział za stołem smętny William Murray, mając naprzeciw siebie jedynie na wpół opróżnioną butelczynę wina. Czasem wzdychał w zamyśleniu, czasem pokiwał głową. Nawet dopić trunku mu się nie chciało, taka naszła go apatia. Rankiem, w desperacji, próbował zająć się czyszczeniem pistoletów. Leżały teraz na blacie na wpół oporządzone i swym widokiem tylko umacniały w dawnym oficerze przygnębiające poczucie, że wszystko minęło. Co najwyżej postrzela z nich do sęków drzew albo butelek i na tym skończy się ich przydatność. Tak samo jak wiszącego od dawna na ścianie toledańskiego rapiera.
Kiedy tak zatwarnicki dzierżawca oddawał się niemej rozpaczy, nagle doszedł jego uszu niemiły dźwięk z majdanu. Bez trudu rozpoznał w nim skrzypnięcie zawiasów starej bramy. Mężczyzna skrzywił się, od razu domyślając, co może oznaczać. O tej porze bowiem zwykła nawiedzać go panna Basieńka.
Zajeżdżała zazwyczaj wujową kolebką w towarzystwie jedynie powożącego fornala. Za nic miała obyczajną praktykę nakazującą samemu nie odwiedzać domu kawalera. Zresztą któż mógłby grać rolę przyzwoitki, skoro w Zatwarnicy mieszkała tylko z panem Winnickim? A może i celowo młoda niewiasta nie szukała opieki? Znać było, że burzyła się w niej młoda krew i czas jej był najwyższy do zamęścia.
Pochowali się po kątach parobcy, świadomi, iż zaraz panna Trelówna zacznie w Sikawcu wprowadzać swoje porządki. Niepomna, kto jest tu panem, jak fryga oblatywała zwykle tuż po przyjeździe gospodarskie budynki, a jeśli dojrzała jakieś niedopatrzenie, krzykiem goniła ludzi do roboty. Tak samo we dworze bały się jej służki i kucharki, bo dla nich była jeszcze surowsza niż dla folwarcznych chłopów. Wręcz szukała okazji, aby coś wytknąć, zrugać za coś, albo też zbesztać grubym słowem. Niespecjalnie politycznym językiem potrafiła się wyrażać panna Basieńka, gdy przyszło jej wprowadzać swój rygor. Do pana Murraya miała potem pretensje, że chłopom pozwala się lenić, porządku nie pilnuje i zbytnią łaskawością rozpuszcza służbę. Początkowo William oponował przeciw jej praktykom, lecz później machnął na nie ręką, bo jakoś nie potrafił przegadać rezolutnej dziewczyny, a nawet trochę jej się lękał. Myśląc o niej, za coraz słuszniejsze miał znane sobie polskie powiedzenie, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Wolałby bowiem nieraz, jak w przeszłości, z diabłami mieć do czynienia pan Murray, niż narazić się młodej sąsiadce.
Tym razem szczęście uśmiechnęło się jednak do folwarcznych robotników. Może przez siąpiącą mżawkę i błoto na dziedzińcu, a może z innej racji, panienka zamiast do obór, kurników i stajni natychmiast skierowała swe kroki do dworku. Odetchnęli z ulgą parobcy oraz dziewki, łypiąc z ukrycia, co też dziś wymyśliła młoda złośnica. Bo tego, iż tylko na chwilę im się upiekło, byli pewni.
Jak do siebie weszła do dworu młoda panna. Ani się krygowała, przekraczając próg szybkim krokiem. Ubrana schludnie, w codzienną suknię, wysokie, sznurowane buciki, półkożuszek i filcowy toczek, raźno zatupała w sieni, otrzepując błoto z obcasów. Rumiana z zimna na ładnej, nieco okrągłej twarzy, z wymykającym się spod nakrycia głowy grubym warkoczem jasnych włosów, wyglądała naprawdę rześko i... powabnie. Pasek opięty w talii podkreślał jej wąską kibić i dość pokaźny biust. Tchnął z niej urok nieposkromionej, żywej młodości, jakże odmiennej od żałosnego nastroju, w którym pogrążał się pan Murray.
- Waszmość sąsiedzie! - krzyknęła, zła, że jej nikt nie powitał. Nie czekając na odpowiedź, dorzuciła: - Jest tu kto?!
Głos miała dźwięczny i nawet miły. Śpiewny, z wyraźnym rusińskim akcentem.
Chcąc nie chcąc, William wstał z krzesła. Wzdychając ciężko, jedyną ręką wygładził fałdy skórzanego kaftana. Palcami przeciągnął po nieogolonej brodzie, uświadamiając sobie, że jego niedbały wygląd nie ujdzie uwagi dziewczyny. Podszedł do drzwi, uchylił je i wyjrzał ostrożnie. Na jego widok panna uśmiechnęła się radośnie, odsłaniając równe, bielutkie zęby.
- O! Tu się jegomość skrywa! Niech będzie pochwalony!
- Na wieki wieków. A cóż to waćpanna tak...
Nawet nie czekała, o co chciał spytać, przerywając mu w pół zdania:
- Pierogów przywiozłam. Wczoraj kazałam narobić, sama, nie chwaląc się, też lepiłam. Będą acanowi smakować. - Spojrzała w lewo i prawo, marszcząc brwi. - Ale przywitać mnie to jakoś nikt nie wyszedł! Znowu rozlazły się te waszmości kozy! Nawet zapachu obiadu nie czuję! Jadł co waćpan? - Pokręciła głową z potępiającym wyrazem w oczach i sama sobie odrzekła: - Pewnie nie, bo gdzie by tam kto pamiętał upilnować! Ale ja zaraz - żwawo ruszyła przed siebie, niosąc w ręce tobołek - wszystkiego dopatrzę!
Prędko zniknęła za drzwiami wiodącymi do kuchni, pozostawiając za sobą Szkota z rozdziawioną gębą. Zaraz też dosłyszał naglące pokrzykiwanie, szczęk garnków i tupot nóg kucharek rozbudzonych przez pannę Basię. Wszystko to trwało ledwie trzy pacierze, nim gospodarna młódka znów pojawiła się przed oficerem. Zadowolona z siebie, z tryumfalnym uśmiechem na ustach, oznajmiła:
- No! Będzie zaraz posiłek dla waszeci! A i ja chętnie zjem, bom zgłodniała w drodze!
Bez skrępowania minęła wciąż stojącego w drzwiach mężczyznę, niby przypadkiem ocierając się przy tym o niego. Kiedy weszła do pokoju, załamała ręce.
- Olaboga! Jak zwykle! Pewnie ze śniadania albo i z wieczerzy wszystko na stole stoi! Chleb już suchy, mięso zielenieje, mleko pewnie skwaszone! - Odwróciła się w stronę gospodarza. - Co to? Myszy acan chcesz dokarmiać? Pleśń hodować? Nie masz jakiej dziewki, żeby wszystko w porę zebrała? Hę?
- No ja...
- Tak, wiem - perorowała dalej, sprawnie zbierając naczynia. - Kazał pan, musiał sam. Takie tu u waszmości porządki. Posłuchu żadnego, służki rozpuszczone pańską łaskawością jak dziadowskie bicze. Oj, przydałaby się tu niewieścia ręka, przydała... - Łypnęła znacząco znad stołu, co jeszcze bardziej zmieszało Murraya, którego ogarnęło niejasne poczucie winy.
- Właśnie miałem...
- Właśnie, właśnie! - powtarzając złośliwie, nie pozwoliła mu skończyć. - Za każdym razem to samo!
Przeszła obok Williama, niosąc misy i talerze. Po chwili znów słychać było z kuchni jej podniesiony głos. Wróciła ze ścierką w ręku. Fuknęła z niesmakiem, odstawiając na bok niedopitą butelczynę. Wskazując na broń, poleciła:
- Zabierzże to waćpan, bo tu chyba nie obóz wojskowy, prawda? Tatarów się spodziewasz, że tak się z półhakami gotujesz? Wojna idzie?
- Pistoletami - poprawił nieśmiało Szkot.
- A tam! - Machnęła dłonią. - Jedno i drugie strzela. Co za różnica?
Ani myśląc wdawać się w jakieś żołnierskie wyjaśnienia, posłusznie zabrał oręż i rozejrzał się bezradnie. Od razu to zauważyła. Wskazując palcem w kąt, gdzie stała skrzynia, zaproponowała:
- Może niech tam acan odłoży. Lepsze to niż na stole, wśród jadła.
Gdy posłusznie ruszył w tamtą stronę, Basieńka zabrała się do wycierania blatu. Siłą rzeczy oglądał William jej zgrabną postać, gdy pochylała się, prężąc swe wdzięki. W duchu musiał przyznać, iż panna jest niczego sobie. Zaraz jednak przyszło opamiętanie, kiedy znów pomyślał o żeniaczce, dzieciach i całym tym korowodzie. Wiedział, że szybko wzięłaby go obrotna panna pod pantofel i skapcaniałby do reszty. Aż wzdrygnął się na tę myśl. Prędko odwrócił wzrok, aby odegnać pokusę.
Panna Basia tymczasem zakończyła pobieżne porządki i znów zniknęła za drzwiami. Kręcąc głową na swój los, Murray usiadł na krześle. Podrapał się po czuprynie, rozejrzał, westchnął kilkakroć. Wciąż jednak nie mógł odegnać z umysłu obrazu hożej dziewczyny. Unoszący się wkoło ulotny zapach, jaki ze sobą przyniosła, ni to drażnił, ni uwodził. Nie pierwszy raz odczuł szkocki oficer wahanie i chęć, by ulec przeznaczeniu. Choćby dla tych drobin alkowianych rozkoszy, jakie miał w wyobraźni. Przynajmniej nabrałoby sensu jego puste życie samotnego dzierżawcy Sikawca. Mając zaś taką gospodynię, na pewno mógłby się oderwać od codziennych nużących obowiązków w folwarku i swarów z chłopami. Jej bali się jak ognia. No i praktyczniejszej od niej niewiasty nigdy William nie poznał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki