Cykl Martin Servaz. H - Bernard Minier

-
Proszę czekać

***

"La Dép?che" z 28 lipca 2022:

SERYJNY MOR­DERCA JULIAN HIRT­MANN WCIĄŻ NIE ZOSTAŁ ODNA­LE­ZIONY

Julian Alois Hirt­mann, szwaj­car­ski seryjny mor­derca, wciąż nie został odna­le­ziony po ucieczce z wię­zien­nego szpi­tala w Leoben w Austrii. Czy opu­ścił Austrię? Wró­cił do Szwaj­ca­rii czy też prze­bywa gdzieś indziej w Euro­pie lub poza nią? Podej­rzany o porwa­nie i zamor­do­wa­nie około czter­dzie­stu kobiet w swoim kraju, ale też w Austrii, w Bawa­rii, na pół­nocy Włoch i w Alpach Fran­cu­skich i ska­zany za kilka z tych zbrodni, były pro­ku­ra­tor genew­skiego sądu po raz pierw­szy zbiegł czter­na­ście lat temu z Ośrodka Psy­chia­trii Peni­ten­cjar­nej dr. Char­les'a War­gniera, znaj­du­ją­cego się w Pire­ne­jach, w pobliżu mia­sta Saint-Mar­tin-de-Com­min­ges. Udało się go ująć po dłu­gim pościgu. W ubie­głym mie­siącu zdo­łał jed­nak znowu uciec, tym razem symu­lu­jąc cho­robę serca. Od tego momentu wszelki ślad po nim zagi­nął. Jest poszu­ki­wany na pod­sta­wie czer­wo­nej noty Inter­polu. Według ostat­nich donie­sień [...].

"Fakt", Pol­ska, 1 lipca 2022:

HIRT­MANN WIDZIANY W POL­SCE?

Kil­koro stu­den­tów z Uni­wer­sy­tetu im. Adama Mic­kie­wi­cza w Pozna­niu, spa­ce­ru­ją­cych we wto­rek wie­czo­rem po Sta­rym Rynku, twier­dzi, że prze­cho­dził tam­tędy słynny seryjny mor­derca ze Szwaj­ca­rii, Julian Hirt­mann. Stu­denci widzieli go też póź­niej sie­dzą­cego w ogródku restau­ra­cji przy ulicy Woź­nej. Mło­dzi ludzie zde­cy­do­wa­nie twier­dzą, że w tam­tej chwili nie mieli jesz­cze w ustach ani kro­pli alko­holu i że nie jest to z ich strony żaden głupi dow­cip. Jak utrzy­mują, roz­po­znali go dzięki licz­nym publi­ka­cjom kana­łów true crime oglą­da­nych w Inter­ne­cie.

"La Garonne", 7 lipca 2022:

JULIAN HIRT­MANN WIDZIANY BYŁ PODOBNO NA POKŁA­DZIE SAMO­LOTU LECĄ­CEGO Z MONA­CHIUM DO TULUZY

Pewien pasa­żer lotu Lufthansy z Mona­chium do Tuluzy jest prze­ko­nany, że w miniony czwar­tek, 30 czerwca, sie­dział obok szwaj­car­skiego seryj­nego mor­dercy Juliana Hirt­manna, poszu­ki­wa­nego przez wszyst­kie poli­cje Europy. Zda­niem rze­czo­nego pasa­żera, ów męż­czy­zna pod­czas lotu nie wypo­wie­dział ani jed­nego słowa, nie odpo­wie­dział nawet ste­war­de­sie. Cały czas czy­tał książkę, któ­rej tytuł zauwa­żył wspo­mniany pasa­żer; była to best­sel­le­rowa powieść kry­mi­nalna Biel­szy odcień bieli. Męż­czy­zna nosił czapkę i oku­lary, ale pasa­żer twier­dzi, że go roz­po­znał. Jego świa­dec­two staje się jesz­cze bar­dziej nie­po­ko­jące, jeśli przy­po­mnimy sobie, że to poli­cjant z Tuluzy umoż­li­wił aresz­to­wa­nie Hirt­manna w Austrii w 2017 roku.

"La Dép?che", 3 paź­dzier­nika 2022:

KTO ZAATA­KO­WAŁ HILMĘ I NIKLASA EIDIN­GE­RÓW?

29 wrze­śnia żan­dar­me­ria z Bagn?res-de-Luchon zaalar­mo­wana przez miesz­ka­ją­cego w sąsiedz­twie rol­nika, wcze­snym ran­kiem odkryła prze­ra­ża­jącą scenę w domku wynaj­mo­wa­nym przez parę nie­miec­kich tury­stów w doli­nie Lys: szcze­niak nale­żący do wynaj­mu­ją­cych wisi na barierce tarasu, męż­czy­zna leży na środku pokoju w kałuży krwi, nie­mowlę pła­cze w łóżeczku. Młoda kobieta znik­nęła. Hilma i Niklas Eidin­ge­ro­wie spę­dzali w Pire­ne­jach urlop. Przy­je­chali z Saary, kraju związ­ko­wego w połu­dniowo-zachod­nich Niem­czech. Pobrali się w ubie­głym roku.

"La Garonne", 14 listo­pada 2022:

ZNIK­NIĘ­CIE NOÉMIE COLIN W SAINT-GAU­DENS

W ubie­gły czwar­tek sie­dem­na­sto­let­nia Noémie Colin, uczen­nica ostat­niej klasy liceum Baga­telle w Saint-Gau­dens, wra­cała pie­szo po zaję­ciach do domu. Ostatni raz była widziana około godziny sie­dem­na­stej na ave­nue François-Mit­ter­rand, w gru­pie innych uczniów, z któ­rymi roz­stała się na wyso­ko­ści rue du Docteur-Olle. Potem wszelki ślad po niej zagi­nął: nasto­latka znik­nęła. Nie jeste­śmy w sta­nie wyobra­zić sobie, przez co prze­cho­dzą jej rodzice. Wszy­scy utrzy­mują, że Noémie Colin to dobra uczen­nica, nie­spra­wia­jąca żad­nych pro­ble­mów, lubiana zarówno przez kole­gów z klasy, jak i przez nauczy­cieli. Rodzice wyklu­czają ucieczkę. Co się wyda­rzyło w Saint-Gau­dens w ten listo­pa­dowy czwar­tek po wyj­ściu ze szkoły? Co spo­tkało Noémie? "La Garonne" będzie oczy­wi­ście na bie­żąco infor­mo­wać o postę­pach w śledz­twie.

1

Słowa

Drogi Komen­dan­cie,

Nazy­wam się Emma­nuel Sachs. Być może moje nazwi­sko coś Panu mówi. Chciał­bym się z Panem spo­tkać i poroz­ma­wiać na temat, który nie­zmier­nie Pana inte­re­suje, a w związku z któ­rym dys­po­nuję pewną wie­dzą, jak sądzę - nie­znaną Panu. Chciał­bym mia­no­wi­cie pomó­wić o Julia­nie Hirt­man­nie. Od lat obser­wuję Pań­ską pracę śled­czego, zbie­ram wszyst­kie arty­kuły z prasy dru­ko­wa­nej poświę­cone Panu. A ponie­waż sam udzie­la­łem wielu wywia­dów, wiem, jak bar­dzo nasze słowa mogą być znie­kształ­cane.

Gdy mówię, że mam pewne nowe infor­ma­cje, jestem prze­ko­nany, że uzna je Pan za nie­zwy­kle inte­re­su­jące. Ja, a także kilka innych osób, chcemy tak samo jak Pan dowie­dzieć się, gdzie Hirt­mann się ukrywa. Jeśli cho­dzi o mnie, powód jest pro­sty: 13 kwiet­nia 2003 roku na kem­pingu Les Gravi?res w Alpach Wyso­kich potwór ten porwał, zgwał­cił i zamor­do­wał moją dwu­dzie­sto­let­nią sio­strę Camille, a jej ciało porzu­cił na brzegu Drac Noir. Został za tę zbrod­nię ska­zany. Był to dla niego tylko jeden z całej serii podob­nych czy­nów, ale ja - co Pan dosko­nale zro­zu­mie - ni­gdy się z tego nie otrzą­sną­łem. Tak więc świa­do­mość, że prze­bywa on znowu na wol­no­ści, jest dla mnie nie do znie­sie­nia. Mam zamiar napi­sać o tym książkę - to jest mój zawód - ale powzią­łem też sta­now­czą decy­zję, aby odna­leźć Hirt­manna. Sądzimy zresztą, że nie­które zagi­nię­cia, do jakich doszło w ostat­nich mie­sią­cach na połu­dnio­wym zacho­dzie kraju, mają zwią­zek z jego powro­tem w te oko­lice. Poli­cja nie potwier­dza, że Szwaj­car prze­bywa w tej czę­ści kraju, ale my mamy nieco inne metody śledz­twa, o któ­rych opo­wiem w odpo­wied­nim cza­sie, metody, które dopro­wa­dziły nas do odmien­nych wnio­sków.

Drogi Komen­dan­cie, wiem o Panu wszystko lub pra­wie wszystko. Wiem, że uro­dził się Pan 31 grud­nia 1968 roku, że jest Pan ostrożny, wytrwały i opa­no­wany. Krótko mówiąc, jest Pan osobą poważną, któ­rej można zaufać. Może też cza­sami tro­chę nud­nawą... Ma Pan na klatce pier­sio­wej bli­znę - pamiątkę po kuli, która w 2017 roku prze­biła serce i omal nie spo­wo­do­wała zgonu. Doszyto Panu rów­nież kciuk lewej ręki po tym, jak w czerwcu ubie­głego roku nie­mal urwała go świ­nia w tych strasz­nych oko­licz­no­ściach, które dopro­wa­dziły do śmierci Pań­skiego kolegi. Pro­szę przy­jąć wyrazy współ­czu­cia w związku z tym. Jest Pan wiel­bi­cie­lem muzyki Mah­lera - co Pana łączy z Hirt­man­nem. A jeśli już o nim mówimy, to bez wąt­pie­nia jest Pan - oprócz mnie - czło­wie­kiem, który zna go naj­le­piej.

Po jego ucieczce w czerwcu został Pan wysłany na tym­cza­sowy urlop i wraz z rodziną umiesz­czony w bez­piecz­nym, utaj­nio­nym miej­scu.

Spo­tkajmy się. Mamy sobie wiele do powie­dze­nia i jestem pewien, że będę mógł Panu pomóc.

Pozo­staję do dys­po­zy­cji,

Emma­nuel Sachs

Servaz przez dłuż­szy czas wpa­try­wał się w tę wia­do­mość. Na jej końcu wid­niał adres pocz­towy autora.

Zamy­ślił się.

Sachs raz pisał "ja", a raz "my". Co to za "my"? Mail był wysłany o 4.15 nad ranem. Kto wysyła wia­do­mo­ści o takiej godzi­nie? I, do cho­lery, jak ten pisarz zdo­był jego adres mailowy? Poczuł, że wprost krew go zalewa ze zło­ści: jakim pra­wem Sachs grze­bie w jego pry­wat­nym życiu?

Zmniej­szył okienko poczty i wpi­sał w Google'a "Emma­nuel Sachs". Wysko­czyło mu kil­ka­dzie­siąt stron wyni­ków. Zdję­cia przed­sta­wiały męż­czy­znę około czter­dziestki o dość szcze­gól­nej twa­rzy: sze­ro­kie usta, tro­chę dzi­waczny, jed­no­stronny uśmiech, oku­lary w cien­kiej oprawce, nie­bie­skie oczy. Twarz młoda, ale włosy siwe. Servaz klik­nął szybko stronę Wiki­pe­dii:

WIKI­PE­DIA

https://fr.wiki­pe­dia.org > wiki > Emma­nuel Sachs

Emma­nuel Sachs, uro­dzony 21 czerwca 1976 w Paryżu, fran­cu­ski pisarz, dzien­ni­karz, kry­tyk fil­mowy, repor­ter sądowy, podróż­nik, poeta, ese­ista i sce­na­rzy­sta. Zasły­nął w 2003 roku swoją pierw­szą powie­ścią Trois vies, nagro­dzoną Prix Octo­bre. Jest auto­rem około dwu­dzie­stu ksią­żek łączą­cych rze­czy­wi­stość i fik­cję, lite­ra­turę piękną i eseje. Jest jed­nym z pio­nie­rów tego, co w kra­jach anglo­ję­zycz­nych nazywa się cre­ative non-fic­tion, a we Fran­cji littérature du réel. Pisze także na potrzeby kina, rela­cjo­nuje dla prasy gło­śne pro­cesy, a nie­które z nich dostar­czają mu mate­riału do ksią­żek.

Servaz poszedł zro­bić sobie kawy do wycho­dzą­cej na werandę kuchni. Był sam w tym drew­nia­nym domu, który zna­le­ziono dla niego, Léi i Gustava po ucieczce Juliana Hirt­manna; nie tyle po to, żeby ich ukryć, ile żeby uchro­nić przed cie­ka­wo­ścią prasy i opi­nii publicz­nej. Gustav poje­chał do szkoły, a Léa do szpi­tala (nie zgo­dziła się na zmianę miej­sca pracy).

On zaś, odkąd prze­by­wał na tym­cza­so­wym urlo­pie, chwy­tał się wszyst­kiego, żeby wypeł­nić czas. Pod­szedł do wieży hi-fi i poło­żył na tale­rzu gra­mo­fonu winy­lową płytę: V Sym­fo­nia cis-moll Gustava Mah­lera. Kiedy ode­zwały się bla­chy i zabrzmiały pierw­sze takty mar­sza żałob­nego, wró­cił do stron inter­ne­to­wych poświę­co­nych Emma­nu­elowi Sach­sowi. Było tego tro­chę. Zado­wo­lił się przej­rze­niem kilku pierw­szych, pró­bu­jąc nakre­ślić oso­bo­wość pisa­rza.

Jego pisar­stwo było okre­ślane jako "hybry­dowe, połą­cze­nie fik­cji z lite­ra­turą faktu", ale także "przy­kła­dowo wręcz przej­rzy­ste i kla­rowne", "łączące wewnętrzne doświad­cze­nie i docie­kli­wość, wyko­rzy­stu­jące szcze­gól­nie takie formy jak repor­taż, bio­gra­fia, pamięt­nik, a nawet poezja", "inspi­ro­wane pra­gnie­niem zro­zu­mie­nia i wyja­śnie­nia". Nie­któ­rzy kry­tycy zarzu­cali mu "kom­pul­sywne sta­wia­nie sie­bie na pierw­szym pla­nie", "ten­den­cję do zapo­mi­na­nia o głów­nym wątku". Inni prze­ciw­nie, chwa­lili "siłę i prze­ni­kli­wość ana­liz, głę­bię eru­dy­cji" i sta­wiali go na równi z Kes­se­lem, Cen­drar­sem, Tru­ma­nem Capote'em (Z zimną krwią), Gide'em (Wspo­mnie­nia z sali sądo­wej) i Vir­gi­nią Woolf. Servaz wszyst­kich tych auto­rów czy­tał. Ni­gdy jed­nak nie czy­tał Sachsa. Nie prze­pa­dał za współ­cze­snymi auto­rami, wolał pocze­kać, aż oceni ich potom­ność. Przy­po­mniał sobie jed­nak, że widział jedną z jego ksią­żek w rękach Léi, ale nie pamię­tał ani tytułu, ani oko­licz­no­ści. W każ­dym razie nazwi­sko autora regu­lar­nie poja­wiało się na listach best­sel­le­rów, choć Servaz odniósł wra­że­nie - tro­chę czy­ta­jąc mię­dzy wier­szami - że nie zda­rzało się to już od jakie­goś czasu. Może wła­śnie dla­tego Sachs posta­no­wił zain­te­re­so­wać się true crime... Może pisząc o swo­jej sio­strze, był szczery. A może chciał tylko popły­nąć na tej fali, żeby znów odnieść suk­ces. Bo true crime jest teraz wszę­dzie: w książ­kach, w tele­wi­zji, na YouTu­bie oraz na plat­for­mach stre­amin­go­wych. Ta fascy­na­cja sen­sa­cją nie jest niczym nowym. Kiedy Servaz był dziec­kiem, starsi pano­wie kupo­wali w salo­nach pra­so­wych cza­so­pi­sma z okład­kami przed­sta­wia­ją­cymi kobiety krzy­czące z prze­ra­że­nia. Dziś, w epoce pod­ca­stów i Net­flixa, zain­te­re­so­wa­nie zbrod­niami i pro­gra­mami śled­czymi osią­gnęło poziom, który Servaz uwa­żał za zde­cy­do­wa­nie prze­sadny.

Zamie­rzał odrzu­cić zapro­sze­nie - jeśli facet ma jakieś infor­ma­cje, niech pokaże, z czym chce wejść do gry, zanim usiądą do stołu, ale Servaz sądził, że tam­ten ble­fuje - gdy na jego małym drew­nia­nym biurku zadzwo­nił tele­fon sta­cjo­narny. Servaz spoj­rzał na wyświe­tlacz. Numer nie­znany. Momen­tal­nie stał się czujny. Ostat­nio czę­sto się tak zda­rzało, gdy dzwo­nił tele­fon.

- Pan komen­dant?

Głos po dru­giej stro­nie był tylko tro­chę gło­śniej­szy od szeptu. Servaz nie znał go.

- Kto mówi?

- Emma­nuel Sachs.

Servaz zesztyw­niał. Nie lubił, gdy ktoś go do cze­goś zmu­szał. Nie lubił tych, któ­rzy doma­gali się czy­jejś uwagi i nie odpusz­czali - aż do skutku. W swo­jej karie­rze poznał sporo osób, które uwa­żały, że to, co mają do powie­dze­nia, jest waż­niej­sze niż wszystko inne.

- Skąd pan ma mój numer?

Zda­wał sobie sprawę z oschło­ści swo­jego tonu. Nie miał jed­nak zamiaru zała­twiać tej sprawy w ręka­wicz­kach, nie­za­leż­nie od tego, czy roz­ma­wiał ze zna­nym pisa­rzem, czy też nie.

- Spo­koj­nie, komen­dan­cie. Wyja­śnię to, kiedy się zoba­czymy.

Głos brzmiał łagod­nie, nie­mal kobieco, był tro­chę nosowy. Servaz wes­tchnął.

- Pro­szę posłu­chać, panie Sachs. To się nie zda­rzy. Nie wiem, jakie są pana inten­cje, ale ja nie mam zamiaru przyj­mo­wać pań­skiego zapro­sze­nia. Może dla pana jest to sprawa oso­bi­sta, może jest pan przy­zwy­cza­jony, że nikt panu nie odma­wia, ale tu traci pan czas. Ja do tej grupy nie należę.

Cisza po dru­giej stro­nie linii trwała na tyle długo, że wzbu­dziła w nim ocze­ki­wa­nie, a wów­czas uświa­do­mił sobie, że Sachs wła­śnie do tego dążył.

- Komen­dan­cie, jestem prze­ko­nany, że sprawa wygląda wręcz prze­ciw­nie. Daję panu wyjąt­kową oka­zję. Zapew­niam, że mamy bar­dzo prze­ko­nu­jące infor­ma­cje. Oceni je pan sam. Nie powie mi pan, że nie chce odna­leźć Juliana Hirt­manna...

- Co to za "my"?

- Powiem panu, kiedy się zoba­czymy.

Servaz wes­tchnął gło­śno. Facet dzia­łał mu na nerwy tą nie­ugiętą pew­no­ścią sie­bie.

- Nie, panie Sachs, pro­szę nie nale­gać.

- Myślę, że pań­ski umysł pró­buje unik­nąć wszyst­kiego, co mogłoby dopro­wa­dzić pana do kon­fron­ta­cji z Hirt­man­nem, ale wcze­śniej czy póź­niej będzie pan musiał uznać fakt, że póki on jest na wol­no­ści, ani pan, ani pań­ska rodzina nie będzie­cie bez­pieczni.

- Nie sie­dzi pan w moim umy­śle, panie Sachs - prze­rwał mu ziry­to­wany. - Żegnam!

Już miał się roz­łą­czyć, gdy usły­szał, jak pisarz nabiera powie­trza, niczym ktoś, kto napeł­nia płuca przed sko­kiem.

- Znam pana lepiej, niż się panu wydaje, komen­dan­cie. I jeśli moje infor­ma­cje o Hirt­man­nie pana nie inte­re­sują, to może zainte­re­sują pana te doty­czące pana part­nerki, Léi Delam­bre.

Servaz znie­ru­cho­miał. Poczuł, że bra­kuje mu tchu.

- Co pan powie­dział?

Jego głos był ostry jak piła do drewna.

- Że mam rów­nież infor­ma­cje doty­czące pana przy­ja­ciółki, Léi Delam­bre. Myślę, że zasłu­guje pan na to, żeby zapo­znać się z roz­ma­itymi fak­tami na jej temat, o któ­rych ja dowie­dzia­łem się w spo­sób, powiedzmy... przy­pad­kowy. Fak­tów tych naj­wy­raź­niej pan nie zna. A nie­które z nich mogłyby się panu nie spodo­bać.

Tym razem to Sachs prze­rwał połą­cze­nie.

2

Na wspak

13 grud­nia 2022. 15.00. Col de l'Ours, Górna Garonna. Wyso­kość: 1725 metrów n.p.m. Tem­pe­ra­tura: minus pięć stopni Cel­sju­sza. Niebo bez­chmurne, nasło­necz­nie­nie dobre, wiatr pół­nocny.

Po wyjeź­dzie z ostat­niego tunelu Servaz zoba­czył na zlo­do­wa­cia­łym zbo­czu duży dom. Była to masywna kon­struk­cja z kamie­nia, drewna i łupka, typowa dla oko­lic gór­skich, wznie­siona w odle­gło­ści około stu metrów od urwi­ska. Poni­żej, po lewej stro­nie roz­cią­gał się widok na dolinę, a w dali, na tle ośle­pia­ją­cej bieli, widać było zwarte sku­pi­sko dachów Saint-Mar­tin-de-Com­min­ges.

Wciąż czuł wście­kłość, ale para­dok­sal­nie - odzy­skał zimną krew. Na ogół nie reago­wał w ten spo­sób, naj­wy­raź­niej więc pisarz dotknął czu­łej struny. Albo może od wyda­rzeń minio­nego lata Mar­tin mniej kon­tro­lo­wał wła­sne emo­cje. Zasta­na­wiał się, skąd Sachs wie o Léi i jakie ma infor­ma­cje na jej temat. No i jak je zdo­był.

Mimo wszystko wahał się, czy poje­chać. Dalej prze­szu­ki­wał sieć pod kątem infor­ma­cji o pisa­rzu. Sachs lubił być w cen­trum uwagi, lubił, gdy się o nim mówi, obra­cał się zarówno wśród cele­bry­tów, jak i zwy­kłych ludzi. W dro­dze Servaz pró­bo­wał się do niego dodzwo­nić, ale za każ­dym razem włą­czała się poczta gło­sowa.

Jesz­cze ostatni zakręt i zatrzy­mał się u pod­nóża dużego, muro­wa­nego tarasu góru­ją­cego nad drogą. Wyłą­czył sil­nik, zapa­lił papie­rosa i wypa­lił go bez pośpie­chu, przy­glą­da­jąc się budyn­kowi. Sachs był w domu, a w każ­dym razie ktoś był w środku, ponie­waż trzy metry dalej stał zapar­ko­wany Jeep Wran­gler.

"Myślę, że zasłu­guje pan na to, żeby zapo­znać się z roz­ma­itymi fak­tami na jej temat, o któ­rych ja dowie­dzia­łem się w spo­sób, powiedzmy... przy­pad­kowy".

Léa. Po raz setny powró­cił myślami do chwili, kiedy w czerwcu ubie­głego roku weszła do jego miesz­ka­nia po powro­cie z Afryki1. Dwa lata spę­dzone w Repu­blice Konga zosta­wiły na jej twa­rzy opa­le­ni­znę, pod­kre­śla­jącą zie­lony kolor jej oczu i płowe włosy. Miała na sobie jasne dżinsy, pod­ko­szu­lek écru i kami­zelkę w kolo­rze antycz­nego różu. Servaz pamię­tał wszyst­kie te szcze­góły. Była bez­sprzecz­nie piękna. Tylko że krył się w tym jakiś cień, który nie pozwa­lał mu kochać tego piękna tak jak wcze­śniej. Który nawet temu pięknu przy­da­wał okru­cień­stwa. Bo w oczach Servaza Léa stra­ciła nie­win­ność, a to jest coś, czego ni­gdy cał­ko­wi­cie nie da się odzy­skać, choćby nie wiem co robić.

Czy Léa zda­wała sobie z tego sprawę? Servaz był prze­ko­nany, że tak.

Afryka...

Była tam, mię­dzy Léą a nim, od chwili jej powrotu z misji huma­ni­tar­nej. Od chwili, gdy już od progu oświad­czyła: "Muszę ci coś powie­dzieć". Miał ochotę pro­sić, żeby mil­czała. Wie­dział, co się wyda­rzy, był na to przy­go­to­wany. Na zbyt wielu zdję­ciach w Inter­ne­cie widział ich razem, tego mło­dego dok­torka i ją, na tle krwi­sto­czer­wo­nych zacho­dów słońca na czymś, co uwa­żał za sawannę. Czy w Kongu jest sawanna? Zachody słońca niczym w Poże­gna­niu z Afryką. Wszyst­kie te ste­reo­typy, w któ­rych przy­goda mie­sza się z roman­sem, cała ta hol­ly­wo­odzka sce­no­gra­fia, tak odle­gła od rze­czy­wi­sto­ści. Wolałby nic nie wie­dzieć, ale było za późno. Léa już zaczęła mówić. Na pewno się do tego przy­go­to­wy­wała, dobie­rała słowa, powta­rzała je, nie­które wyrzu­cała.

Czuła potrzebę, żeby je wypo­wie­dzieć.

Servaz uwa­żał to za prze­jaw ego­izmu.

Zapew­niała, że tam­tego już nie ma w jej życiu, że to była tylko "prze­lotna zna­jo­mość", "błąd" - to jej słowa. Te też musiała wybrać spo­śród tylu innych: "przy­goda", "zwią­zek", "zdrada"? Nie, na pewno nie pomy­ślała o zdra­dzie. A prze­cież to była zdrada. I bolała. Bar­dzo bolała.

Bo wraz ze sło­wami przy­szły obrazy.

Szcze­gól­nie jeden: Léa w ramio­nach tam­tego przy­stoj­nego dok­torka. Servaz wyszu­kał jego pro­fil na Insta­gra­mie. Nie powi­nien był: przez to obraz stał się jesz­cze wyraź­niej­szy.

Wró­cił też wspo­mnie­niami do tego, co było przed­tem, kiedy kilka godzin wcze­śniej dowie­dział się, że Julian Hirt­mann uciekł z wię­zie­nia w Leoben w Austrii. I kiedy ocze­ku­jąc w każ­dej chwili powrotu Léi, usły­szał dzwo­nek do drzwi.

Poczuł, jak puls mu przy­spie­sza, jak coś uci­ska go w żołądku.

Kiedy tylko dowie­dział się o Hirt­man­nie, popro­sił o ochronę poli­cyjną - nie tyle dla sie­bie, ile dla Gustava - ale tego czerw­co­wego wie­czoru jakoś się spóź­niali. A prze­cież jego syn był w miesz­ka­niu obok, bawił się z córką sąsiada. Drżącą ręką otwo­rzył drzwi, w dru­giej trzy­mał pisto­let.

Kiedy poli­cjanci się zja­wili, pomo­gli im się spa­ko­wać i zawieźli w bez­pieczne miej­sce. Servaz miał pozo­stać na urlo­pie, dopóki nie otrzyma innego roz­kazu. Taka była decy­zja sze­fo­stwa. Miał ochotę odmó­wić, upie­rać się, że nie mogą go do tego zmu­szać, ale pomy­ślał o synu. Był począ­tek lata, Léa i on mie­liby czas na zna­le­zie­nie Gusta­vowi nowej szkoły. Miej­sca, gdzie nikt by nie wie­dział, kim jest jego ojciec, gdzie żaden uczeń nie mógłby roz­po­wia­dać plo­tek na jego temat.

Wysia­da­jąc z samo­chodu u stóp tarasu, stwier­dził, że tu jest co naj­mniej o dzie­sięć stopni zim­niej niż tam, skąd przy­je­chał.

Prze­szedł powoli po pokry­tej war­stewką lodu jezdni, prze­kro­czył pół­me­trowy zwał śniegu zale­ga­jący wzdłuż fun­da­men­tów tarasu i wszedł po scho­dach. Drzwi wej­ściowe się otwo­rzyły.

Sta­nął w nich Sachs.

Ta sama mło­dzień­cza twarz, te same siwie­jące włosy co na zdję­ciach. Tylko jed­nego szcze­gółu nie było na nich widać: jego wyspor­to­wa­nej syl­wetki. Pisarz dbał o formę. Na zgrab­nym tor­sie nie­bie­ski swe­ter, na wąskich bio­drach dżinsy, do tego solidne buty.

Sachs patrzył na niego wzro­kiem łowcy motyli, który wła­śnie doj­rzał jakiś piękny okaz. W jego oczach Servaz wyczy­tał ostroż­ność i cie­ka­wość, ale też prze­bie­głość.

- Dzień dobry, komen­dan­cie. - Cie­pły uśmiech na ustach, obło­czek pary z odde­chu w zim­nym powie­trzu. - To się nazywa spo­tka­nie na szczy­cie.

Servaza znów ogar­nęła wście­kłość. Nie przy­je­chał tutaj, żeby prze­ści­gać się w dow­ci­pach i grzecz­nost­kach.

- Sachs - zaczął ostrym tonem. - Nie wiem, za kogo pan się uważa ani za kogo pan mnie bie­rze, ale winien mi pan jest wyja­śnie­nie!

W tej chwili uświa­do­mił sobie, że połowę jego słów zagłu­szył szum wia­tru.

- Wła­śnie zamie­rzam je panu przed­sta­wić - odparł pisarz.

- Naprawdę? No to zamie­niam się w słuch. Jedna rada: pro­szę nie owi­jać w bawełnę.

Sachs wciąż mu się przy­glą­dał.

- Pozwoli pan, komen­dan­cie - rzekł z nie­za­chwia­nym spo­ko­jem. - Tu jest zimno. Daję słowo, że już nie­długo uzy­ska pan odpo­wie­dzi na wszyst­kie pyta­nia. I zoba­czy pan, że nie mam złych zamia­rów. Zechce pan wejść? Bar­dzo pro­szę.

Servaz musiał przy­znać, że od tego czło­wieka pły­nął relak­su­jący spo­kój, który mógł zała­go­dzić nie­je­den kon­flikt - choć jego aku­rat złość nie opu­ściła.

Sachs się odwró­cił i poli­cjant ruszył w ślad za nim. Weszli do obszer­nego salonu o wyso­kim skle­pie­niu, co było zgodne z wyobra­że­niem, jakie można mieć o "domu pisa­rza": półki z książ­kami cią­gnące się przez całą dłu­gość pokoju, boaze­ria z jasnego drewna i meble z litego dębu, kolo­rowe dywany, liczne pamiątki z podróży - maski afry­kań­skie, sta­tu­etki egip­skie i grec­kie, lampy, ryciny, akwa­rele, dwie skó­rzane sofy naprze­ciwko sie­bie i sto­lik kawowy pomię­dzy nimi, w pobliżu nowo­cze­śnie zapro­jek­to­wa­nego kominka. Na fote­lach i małych sto­likach też pię­trzyły się książki w arty­stycz­nym nie­ła­dzie. Z trzech okien podzie­lo­nych na małe, kwa­dra­towe szybki roz­po­ście­rał się widok na zaśnie­żone szczyty. Trwała zima, a w tym roku eks­tre­malne opady śniegu odcięły doliny Pire­ne­jów od reszty świata.

Gospo­darz wska­zał jedną z sof. Sam znik­nął i pra­wie natych­miast wró­cił z kawiarką i por­ce­la­no­wymi fili­żan­kami na tacy, którą posta­wił na sto­liku. Servaz usiadł, nie zdjąw­szy płasz­cza.

- Przejdźmy do rze­czy, Sachs. Skąd pan zna Léę?

Jego głos wciąż brzmiał tak samo szorstko.

- Nie znam jej - odpo­wie­dział pisarz, nale­wa­jąc kawę. - W każ­dym razie nie oso­bi­ście.

Servaz spoj­rzał na niego gniew­nie. Pisarz usiadł na dru­giej sofie z fili­żanką w ręce.

- No a pan? Czy pan ją naprawdę zna? Czy ona nie bywa czę­sto poza domem, odkąd wró­ciła z Afryki? Czy się zmie­niła?

Servaz odchy­lił się jak bok­ser, który otrzy­mał cios z zasko­cze­nia. Miał ochotę sko­czyć do gar­dła temu imper­ty­nen­towi.

- A co to pana obcho­dzi? - zapy­tał ostro.

- Co pan o niej wie? O jej rodzi­nie?

Wła­ści­wie wie­dział nie­wiele. Léa zawsze uni­kała odpo­wie­dzi na te pyta­nia. Wie­dział, że jej rodzice miesz­kają na pół­nocy Fran­cji, że są eme­ry­tami. Ni­gdy ich jed­nak nie poznał.

- No dobrze. - Sachs odsta­wił fili­żankę. - Nie będę owi­jał w bawełnę. Pro­szę nie myśleć, komen­dan­cie, że pro­wa­dzę z panem jakąś grę. By­naj­mniej nie mam takiego zamiaru. Infor­ma­cje te dotarły do mnie przy­pad­kowo. Pośred­nio, w pew­nym sen­sie. Oto one: pod­czas swo­jej misji w Afryce pana part­nerka była, jak się wydaje, bar­dzo bli­sko z pew­nym leka­rzem, który pra­co­wał dla tej samej orga­ni­za­cji poza­rzą­do­wej...

Servaz poczuł rosnącą w gar­dle gulę. Odchy­lił się głę­biej na sofie, jakby chciał zwięk­szyć dystans mię­dzy nimi.

- Ten... lekarz - cią­gnął Sachs, nie spusz­cza­jąc poli­cjanta z oczu - wró­cił do Fran­cji kilka tygo­dni przed Léą i razem z żoną i dziec­kiem zamiesz­kał w oko­li­cach Tuluzy, choć przed wyjaz­dem do Afryki miesz­kali na jed­nym z pary­skich przed­mieść. Tyle mogę panu powie­dzieć. Czy wie­dział pan o tym?

Servaz poczuł, że robi mu się zimno. Nie był na to przy­go­to­wany.

- Jak... jak się pan o tym dowie­dział? Skąd pan ją zna?

- Powie­dzia­łem panu, że jej nie znam.

- Więc skąd, do cho­lery, wie pan o tym?

Servaz nie­mal krzy­czał. Miał wra­że­nie, że tem­pe­ra­tura jego ciała spa­dła, że w pomiesz­cze­niu jest tak zimno jak na dwo­rze.

Sachs wciąż się w niego wpa­try­wał zza oku­la­rów.

- Sły­szał pan kie­dyś o czymś takim jak web sleu­thing?

Zob. Ber­nard Minier, Spi­rala zła, przeł. Monika Szewc-Osiecka, Dom Wydaw­ni­czy REBIS, Poznań 2024. [wróć]

3

Głębokie wody

- Pro­szę iść ze mną - rzu­cił Sachs.

Wstał i popro­wa­dził Servaza do pokoju na pod­da­szu. To tu, w tym gabi­ne­cie, na pewno pisał: na ścia­nach zamon­to­wano półki, na któ­rych stały teczki, grube segre­ga­tory, leżały cza­so­pi­sma i naj­roz­ma­it­sze książki - Servaz oce­nił je, rzu­ciw­szy tylko okiem: od powie­ści rosyj­skich przez słow­niki i pod­ręcz­niki po książki w stylu La Science a la pour­su­ite du crime czy Les Secrets du dark­net. Jeśli był w tym jakiś zamysł, to głę­boko ukryty.

Okienko, wykute w gru­bym murze, za któ­rym wisiały gir­landy lodo­wych sta­lak­ty­tów, na biurku wielki, zakrzy­wiony ekran kom­pu­tera - Servaz kom­plet­nie się na tym nie znał, ina­czej roz­po­znałby pięć­dzie­się­cio­pię­cio­ca­lowy model Sam­sung Odys­sey Ark, na matrycy VA, z pod­świe­tle­niem LED, podzie­lony na dwa­na­ście mniej­szych ekra­nów.

Gospo­darz usiadł w gamin­go­wym fotelu na wprost ekranu, ple­cami do Servaza. Pod biur­kiem masa splą­ta­nych kabli i roz­dzie­la­czy. Servaz pomy­ślał, że w wol­nych chwi­lach facet z pew­no­ścią oddaje się grom wideo.

Jed­nak to, co było widoczne na ekra­nach, mniej przy­po­mi­nało świat gier, a bar­dziej reży­serkę tele­wi­zyjną: twa­rze w zbli­że­niu, wyraź­nie komu­ni­ku­jące się ze sobą, ale bez dźwięku, roz­mowy na forach spo­łecz­no­ścio­wych, zdję­cia auto­strad i ulic uchwy­cone przez kamery moni­to­ringu, por­trety prze­stęp­ców na tle tablic pomia­ro­wych, a także jakieś cyfry i dane prze­su­wa­jące się z dużą pręd­ko­ścią.

- Web sleu­thing - powtó­rzył Sachs, wska­zu­jąc na ekrany. - Od angiel­skiego sleuth, czyli detek­tyw, i web, sieć. W skró­cie cho­dzi o tysiące począt­ku­ją­cych detek­ty­wów, spo­łecz­no­ści ner­dów mają­cych obse­sję na punk­cie sen­sa­cji, true crime i cold cases, łączą­cych siły, żeby roz­wi­kłać nie­roz­wią­zane zagadki kry­mi­nalne. Całe zastępy nie­dziel­nych Sher­loc­ków Hol­me­sów, któ­rych nie ogra­ni­cza prawo i któ­rzy "pra­cują" dzień i noc. Pro­szę sobie wyobra­zić, że ma pan do dys­po­zy­cji nie dzie­się­ciu czy dwu­dzie­stu śled­czych, ale kil­ku­set, nie­zwy­kle zmo­ty­wo­wa­nych, w każ­dym miej­scu na Ziemi. A oni mają do dys­po­zy­cji naj­więk­szą skarb­nicę wie­dzy w całej histo­rii ludz­ko­ści, nie­mal nie­skoń­czone źró­dło infor­ma­cji o wszyst­kim i wszyst­kich: Inter­net. To wła­śnie jest web sleu­thing. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych pomo­gło to już roz­wią­zać przy­padki, w któ­rych poli­cja dawno się pod­dała. Czy nazwi­sko Luka Rocco Magnotta coś panu mówi?

Servaz pokrę­cił głową.

- Jaki to ma zwią­zek z Léą?

- Zaraz do tego doj­dziemy. Ale naj­pierw niech mi będzie wolno wyznać, że przy­kro mi z powodu tych infor­ma­cji o pana part­nerce. Pro­szę mi wie­rzyć. Wła­ści­wie to nie ja, ale jeden z tych geeków z naszej spo­łecz­no­ści na nie tra­fił. Ci mło­dzi ludzie, z któ­rych więk­szość led­wie wyro­sła z wieku dzie­cię­cego, mają nie­praw­do­po­dobne zdol­no­ści do wyszu­ki­wa­nia wszel­kich infor­ma­cji z samego dna sieci, cza­sem spraw bar­dzo... oso­bi­stych. - Wska­zał kilka twa­rzy widocz­nych w małych okien­kach na wiel­kim ekra­nie. Wszyst­kie - a przy­naj­mniej pra­wie wszyst­kie - były młode. - Fak­tycz­nie pro­si­łem ich, żeby zain­te­re­so­wali się panem, wszyst­kim, co pana doty­czy, a, pro­szę mi wie­rzyć, kiedy się biorą do pracy, to nie mar­kie­rują. Przy­kro mi z tego powodu, ale przez całe tygo­dnie zasta­na­wia­łem się nad tym, jak pana prze­ko­nać, żeby pan do nas dołą­czył. Pro­ble­mem oka­zało się to, że zaczęli się inte­re­so­wać pana... hmmm... oto­cze­niem. Jak zwy­kle wty­kali nosy wszę­dzie i zna­leźli zdję­cia pań­skiej part­nerki z pew­nym leka­rzem w Afryce, zdję­cia, na któ­rych wyglą­dali na... no, powiedzmy, bar­dzo sobie bli­skich... To oczy­wi­ście przy­cią­gnęło uwagę moich detek­ty­wów. Przej­rzeli więc dokład­nie konto tego leka­rza na Insta­gra­mie i na innych por­ta­lach. Prze­śle­dzili całą jego aktyw­ność, podróże, wszystko...

- Chwi­leczkę - prze­rwał Servaz. - Jak mogli śle­dzić jego podróże?

Sachs wzru­szył ramio­nami.

- Mówi­łem już, oni są naprawdę zdolni. Pro­szę sobie wyobra­zić, że nagle sto lub tysiąc osób zain­te­re­so­wało się panem, sku­pia­jąc uwagę na każ­dym aspek­cie pań­skiego życia. Jak się panu zdaje, ile czasu zaj­mie im natknię­cie się na sprawy, o któ­rych nie chce pan, żeby wie­dziano? Więc naj­pierw przej­rzeli wszyst­kie zdję­cia, jakie ostat­nio publi­ko­wał, na któ­rych widać go z rodziną koło przy­do­mo­wego basenu albo w salo­nie z przy­ja­ciółmi. Ludzie naprawdę nie powinni tak odda­wać swo­jej pry­wat­no­ści na żer innym. Zdję­cie zro­bione apa­ra­tem cyfro­wym może skry­wać wiele infor­ma­cji, meta­da­nych takich jak model apa­ratu, data, godzina, ale też współ­rzędne GPS miej­sca wyko­na­nia zdję­cia. Jeśli się nie jest ostroż­nym, można poin­for­mo­wać cały świat o miej­scu zamiesz­ka­nia i ujaw­nić wiele innych danych oso­bo­wych. To są tak zwane dane EXIF. No dobrze, ser­wisy spo­łecz­no­ściowe usu­wają je przed publi­ka­cją. Ist­nieją jed­nak strony inter­ne­towe, które na pod­sta­wie tych samych danych okre­ślają dokładną loka­li­za­cję. Potem moja grupa użyła PimEyes, strony do roz­po­zna­wa­nia twa­rzy, która na pod­sta­wie jed­nego zdję­cia wyszu­kuje w Inter­ne­cie wszyst­kie inne zdję­cia danej osoby. Śle­dzili go też przy uży­ciu Stravy.

- Stravy?

- To apli­ka­cja reje­stru­jąca wyniki spor­towe, kon­tak­tu­jąca ze sobą bie­ga­czy, rowe­rzy­stów i miło­śni­ków pie­szych wędró­wek. Zresztą apli­ka­cja ta wywo­łała wiele pole­mik: wyśle­dziła mię­dzy innymi ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy w Syrii czy Fran­cu­zów w ope­ra­cji Bar­chan, a nawet głowy państw. Krótko mówiąc, tak wła­śnie namie­rzono tego leka­rza: obec­nie mieszka w Tulu­zie, w dziel­nicy Pur­pan, czyli w pobliżu szpi­tala. Chyba tam wła­śnie pra­cuje pań­ska part­nerka?

Servaz zady­go­tał.

- Ty dra­niu, naj­chęt­niej bym cię wsa­dził za kraty za naru­sza­nie pry­wat­no­ści!

Sachs obró­cił się na fotelu. Pod­niósł wzrok na Servaza.

- Naj­moc­niej pana prze­pra­szam, komen­dan­cie. Naprawdę szcze­rze. Rozu­miem pana wście­kłość. Na pana miej­scu zare­ago­wał­bym tak samo. Te dzie­ciaki posu­nęły się za daleko, to jasne. Kaza­łem im prze­rwać te prze­szu­ki­wa­nia.

- Jak mi pan udo­wodni, że to prawda?

- Nijak.

- A co z Hirt­man­nem?

Sachs odwró­cił się do ekranu.

- Nie okła­ma­łem pana, mówiąc, że mamy nie­znane nikomu innemu infor­ma­cje na jego temat, i to infor­ma­cje naj­wyż­szej wagi...

Po tych sło­wach zamilkł, jak gdyby były rzu­coną Serva­zowi przy­nętą.

Ten jed­nak nie był jesz­cze gotów połknąć haczyka, to nie miało pójść tak łatwo - choć jego cie­ka­wość rosła w postę­pie geo­me­trycz­nym.

- Mamy infor­ma­cje, które upo­waż­niają nas do twier­dze­nia, że prze­bywa w tym regio­nie - dodał pisarz. - To naprawdę poważne infor­ma­cje. Nawet wię­cej niż infor­ma­cje, powie­dział­bym: dowody. - Wystu­kał coś na kla­wia­tu­rze. - No dobrze - powie­dział po krót­kiej chwili. - Czas, żebym przed­sta­wił panu elitę tych inter­ne­to­wych szpe­ra­czy. Nazwa­łem ich Klu­bem Nie­sa­mo­wi­tych Detek­ty­wów. Wśród naszych człon­ków jest bowiem czte­rech naprawdę nie­zwy­kłych. Naprawdę. A raczej czte­rech i pół, bo jest ich piątka, ale dwie osoby spo­śród nich to jedna. Zaraz pan to zro­zu­mie...

Klub Nie­sa­mo­wi­tych Detek­ty­wów. Nie­zbyt ory­gi­nalna nazwa jak na wzię­tego pisa­rza, pomy­ślał Servaz. Potem jego myśli poże­glo­wały w stronę Léi. Nie mógł uwie­rzyć, że go okła­mała.

No to jak nazwiesz to, co się wyda­rzyło w Afryce?

Przed oczami sta­nął mu obraz pew­nej twa­rzy, który przez długi czas prze­śla­do­wał go nocami, zanim zatarł się i pozo­stał po nim jedy­nie nikły blask w zaka­mar­kach pamięci. Zda­niem Sachsa i tej jego bandy nawie­dzo­nych geeków od true crime ten obraz teraz powró­cił. I bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem wbił się w jego umysł.

Cha­ry­zma­tyczny. Inte­li­gentny. Prze­ra­ża­jący.

Naj­nie­bez­piecz­niej­szy czło­wiek, jakiego spo­tkał.

Julian Hirt­mann.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki