Cykl Martin Servaz. H - Bernard Minier

Reflow text when sidebars are open.
"La Dép?che" z 28 lipca 2022:
SERYJNY MORDERCA JULIAN HIRTMANN WCIĄŻ NIE ZOSTAŁ ODNALEZIONY
Julian Alois Hirtmann, szwajcarski seryjny morderca, wciąż nie został odnaleziony po ucieczce z więziennego szpitala w Leoben w Austrii. Czy opuścił Austrię? Wrócił do Szwajcarii czy też przebywa gdzieś indziej w Europie lub poza nią? Podejrzany o porwanie i zamordowanie około czterdziestu kobiet w swoim kraju, ale też w Austrii, w Bawarii, na północy Włoch i w Alpach Francuskich i skazany za kilka z tych zbrodni, były prokurator genewskiego sądu po raz pierwszy zbiegł czternaście lat temu z Ośrodka Psychiatrii Penitencjarnej dr. Charles'a Wargniera, znajdującego się w Pirenejach, w pobliżu miasta Saint-Martin-de-Comminges. Udało się go ująć po długim pościgu. W ubiegłym miesiącu zdołał jednak znowu uciec, tym razem symulując chorobę serca. Od tego momentu wszelki ślad po nim zaginął. Jest poszukiwany na podstawie czerwonej noty Interpolu. Według ostatnich doniesień [...].
"Fakt", Polska, 1 lipca 2022:
HIRTMANN WIDZIANY W POLSCE?
Kilkoro studentów z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, spacerujących we wtorek wieczorem po Starym Rynku, twierdzi, że przechodził tamtędy słynny seryjny morderca ze Szwajcarii, Julian Hirtmann. Studenci widzieli go też później siedzącego w ogródku restauracji przy ulicy Woźnej. Młodzi ludzie zdecydowanie twierdzą, że w tamtej chwili nie mieli jeszcze w ustach ani kropli alkoholu i że nie jest to z ich strony żaden głupi dowcip. Jak utrzymują, rozpoznali go dzięki licznym publikacjom kanałów true crime oglądanych w Internecie.
"La Garonne", 7 lipca 2022:
JULIAN HIRTMANN WIDZIANY BYŁ PODOBNO NA POKŁADZIE SAMOLOTU LECĄCEGO Z MONACHIUM DO TULUZY
Pewien pasażer lotu Lufthansy z Monachium do Tuluzy jest przekonany, że w miniony czwartek, 30 czerwca, siedział obok szwajcarskiego seryjnego mordercy Juliana Hirtmanna, poszukiwanego przez wszystkie policje Europy. Zdaniem rzeczonego pasażera, ów mężczyzna podczas lotu nie wypowiedział ani jednego słowa, nie odpowiedział nawet stewardesie. Cały czas czytał książkę, której tytuł zauważył wspomniany pasażer; była to bestsellerowa powieść kryminalna Bielszy odcień bieli. Mężczyzna nosił czapkę i okulary, ale pasażer twierdzi, że go rozpoznał. Jego świadectwo staje się jeszcze bardziej niepokojące, jeśli przypomnimy sobie, że to policjant z Tuluzy umożliwił aresztowanie Hirtmanna w Austrii w 2017 roku.
"La Dép?che", 3 października 2022:
KTO ZAATAKOWAŁ HILMĘ I NIKLASA EIDINGERÓW?
29 września żandarmeria z Bagn?res-de-Luchon zaalarmowana przez mieszkającego w sąsiedztwie rolnika, wczesnym rankiem odkryła przerażającą scenę w domku wynajmowanym przez parę niemieckich turystów w dolinie Lys: szczeniak należący do wynajmujących wisi na barierce tarasu, mężczyzna leży na środku pokoju w kałuży krwi, niemowlę płacze w łóżeczku. Młoda kobieta zniknęła. Hilma i Niklas Eidingerowie spędzali w Pirenejach urlop. Przyjechali z Saary, kraju związkowego w południowo-zachodnich Niemczech. Pobrali się w ubiegłym roku.
"La Garonne", 14 listopada 2022:
ZNIKNIĘCIE NOÉMIE COLIN W SAINT-GAUDENS
W ubiegły czwartek siedemnastoletnia Noémie Colin, uczennica ostatniej klasy liceum Bagatelle w Saint-Gaudens, wracała pieszo po zajęciach do domu. Ostatni raz była widziana około godziny siedemnastej na avenue François-Mitterrand, w grupie innych uczniów, z którymi rozstała się na wysokości rue du Docteur-Olle. Potem wszelki ślad po niej zaginął: nastolatka zniknęła. Nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, przez co przechodzą jej rodzice. Wszyscy utrzymują, że Noémie Colin to dobra uczennica, niesprawiająca żadnych problemów, lubiana zarówno przez kolegów z klasy, jak i przez nauczycieli. Rodzice wykluczają ucieczkę. Co się wydarzyło w Saint-Gaudens w ten listopadowy czwartek po wyjściu ze szkoły? Co spotkało Noémie? "La Garonne" będzie oczywiście na bieżąco informować o postępach w śledztwie.
Drogi Komendancie,
Nazywam się Emmanuel Sachs. Być może moje nazwisko coś Panu mówi. Chciałbym się z Panem spotkać i porozmawiać na temat, który niezmiernie Pana interesuje, a w związku z którym dysponuję pewną wiedzą, jak sądzę - nieznaną Panu. Chciałbym mianowicie pomówić o Julianie Hirtmannie. Od lat obserwuję Pańską pracę śledczego, zbieram wszystkie artykuły z prasy drukowanej poświęcone Panu. A ponieważ sam udzielałem wielu wywiadów, wiem, jak bardzo nasze słowa mogą być zniekształcane.
Gdy mówię, że mam pewne nowe informacje, jestem przekonany, że uzna je Pan za niezwykle interesujące. Ja, a także kilka innych osób, chcemy tak samo jak Pan dowiedzieć się, gdzie Hirtmann się ukrywa. Jeśli chodzi o mnie, powód jest prosty: 13 kwietnia 2003 roku na kempingu Les Gravi?res w Alpach Wysokich potwór ten porwał, zgwałcił i zamordował moją dwudziestoletnią siostrę Camille, a jej ciało porzucił na brzegu Drac Noir. Został za tę zbrodnię skazany. Był to dla niego tylko jeden z całej serii podobnych czynów, ale ja - co Pan doskonale zrozumie - nigdy się z tego nie otrząsnąłem. Tak więc świadomość, że przebywa on znowu na wolności, jest dla mnie nie do zniesienia. Mam zamiar napisać o tym książkę - to jest mój zawód - ale powziąłem też stanowczą decyzję, aby odnaleźć Hirtmanna. Sądzimy zresztą, że niektóre zaginięcia, do jakich doszło w ostatnich miesiącach na południowym zachodzie kraju, mają związek z jego powrotem w te okolice. Policja nie potwierdza, że Szwajcar przebywa w tej części kraju, ale my mamy nieco inne metody śledztwa, o których opowiem w odpowiednim czasie, metody, które doprowadziły nas do odmiennych wniosków.
Drogi Komendancie, wiem o Panu wszystko lub prawie wszystko. Wiem, że urodził się Pan 31 grudnia 1968 roku, że jest Pan ostrożny, wytrwały i opanowany. Krótko mówiąc, jest Pan osobą poważną, której można zaufać. Może też czasami trochę nudnawą... Ma Pan na klatce piersiowej bliznę - pamiątkę po kuli, która w 2017 roku przebiła serce i omal nie spowodowała zgonu. Doszyto Panu również kciuk lewej ręki po tym, jak w czerwcu ubiegłego roku niemal urwała go świnia w tych strasznych okolicznościach, które doprowadziły do śmierci Pańskiego kolegi. Proszę przyjąć wyrazy współczucia w związku z tym. Jest Pan wielbicielem muzyki Mahlera - co Pana łączy z Hirtmannem. A jeśli już o nim mówimy, to bez wątpienia jest Pan - oprócz mnie - człowiekiem, który zna go najlepiej.
Po jego ucieczce w czerwcu został Pan wysłany na tymczasowy urlop i wraz z rodziną umieszczony w bezpiecznym, utajnionym miejscu.
Spotkajmy się. Mamy sobie wiele do powiedzenia i jestem pewien, że będę mógł Panu pomóc.
Pozostaję do dyspozycji,
Emmanuel Sachs
Servaz przez dłuższy czas wpatrywał się w tę wiadomość. Na jej końcu widniał adres pocztowy autora.
Zamyślił się.
Sachs raz pisał "ja", a raz "my". Co to za "my"? Mail był wysłany o 4.15 nad ranem. Kto wysyła wiadomości o takiej godzinie? I, do cholery, jak ten pisarz zdobył jego adres mailowy? Poczuł, że wprost krew go zalewa ze złości: jakim prawem Sachs grzebie w jego prywatnym życiu?
Zmniejszył okienko poczty i wpisał w Google'a "Emmanuel Sachs". Wyskoczyło mu kilkadziesiąt stron wyników. Zdjęcia przedstawiały mężczyznę około czterdziestki o dość szczególnej twarzy: szerokie usta, trochę dziwaczny, jednostronny uśmiech, okulary w cienkiej oprawce, niebieskie oczy. Twarz młoda, ale włosy siwe. Servaz kliknął szybko stronę Wikipedii:
WIKIPEDIA
https://fr.wikipedia.org > wiki > Emmanuel Sachs
Emmanuel Sachs, urodzony 21 czerwca 1976 w Paryżu, francuski pisarz, dziennikarz, krytyk filmowy, reporter sądowy, podróżnik, poeta, eseista i scenarzysta. Zasłynął w 2003 roku swoją pierwszą powieścią Trois vies, nagrodzoną Prix Octobre. Jest autorem około dwudziestu książek łączących rzeczywistość i fikcję, literaturę piękną i eseje. Jest jednym z pionierów tego, co w krajach anglojęzycznych nazywa się creative non-fiction, a we Francji littérature du réel. Pisze także na potrzeby kina, relacjonuje dla prasy głośne procesy, a niektóre z nich dostarczają mu materiału do książek.
Servaz poszedł zrobić sobie kawy do wychodzącej na werandę kuchni. Był sam w tym drewnianym domu, który znaleziono dla niego, Léi i Gustava po ucieczce Juliana Hirtmanna; nie tyle po to, żeby ich ukryć, ile żeby uchronić przed ciekawością prasy i opinii publicznej. Gustav pojechał do szkoły, a Léa do szpitala (nie zgodziła się na zmianę miejsca pracy).
On zaś, odkąd przebywał na tymczasowym urlopie, chwytał się wszystkiego, żeby wypełnić czas. Podszedł do wieży hi-fi i położył na talerzu gramofonu winylową płytę: V Symfonia cis-moll Gustava Mahlera. Kiedy odezwały się blachy i zabrzmiały pierwsze takty marsza żałobnego, wrócił do stron internetowych poświęconych Emmanuelowi Sachsowi. Było tego trochę. Zadowolił się przejrzeniem kilku pierwszych, próbując nakreślić osobowość pisarza.
Jego pisarstwo było określane jako "hybrydowe, połączenie fikcji z literaturą faktu", ale także "przykładowo wręcz przejrzyste i klarowne", "łączące wewnętrzne doświadczenie i dociekliwość, wykorzystujące szczególnie takie formy jak reportaż, biografia, pamiętnik, a nawet poezja", "inspirowane pragnieniem zrozumienia i wyjaśnienia". Niektórzy krytycy zarzucali mu "kompulsywne stawianie siebie na pierwszym planie", "tendencję do zapominania o głównym wątku". Inni przeciwnie, chwalili "siłę i przenikliwość analiz, głębię erudycji" i stawiali go na równi z Kesselem, Cendrarsem, Trumanem Capote'em (Z zimną krwią), Gide'em (Wspomnienia z sali sądowej) i Virginią Woolf. Servaz wszystkich tych autorów czytał. Nigdy jednak nie czytał Sachsa. Nie przepadał za współczesnymi autorami, wolał poczekać, aż oceni ich potomność. Przypomniał sobie jednak, że widział jedną z jego książek w rękach Léi, ale nie pamiętał ani tytułu, ani okoliczności. W każdym razie nazwisko autora regularnie pojawiało się na listach bestsellerów, choć Servaz odniósł wrażenie - trochę czytając między wierszami - że nie zdarzało się to już od jakiegoś czasu. Może właśnie dlatego Sachs postanowił zainteresować się true crime... Może pisząc o swojej siostrze, był szczery. A może chciał tylko popłynąć na tej fali, żeby znów odnieść sukces. Bo true crime jest teraz wszędzie: w książkach, w telewizji, na YouTubie oraz na platformach streamingowych. Ta fascynacja sensacją nie jest niczym nowym. Kiedy Servaz był dzieckiem, starsi panowie kupowali w salonach prasowych czasopisma z okładkami przedstawiającymi kobiety krzyczące z przerażenia. Dziś, w epoce podcastów i Netflixa, zainteresowanie zbrodniami i programami śledczymi osiągnęło poziom, który Servaz uważał za zdecydowanie przesadny.
Zamierzał odrzucić zaproszenie - jeśli facet ma jakieś informacje, niech pokaże, z czym chce wejść do gry, zanim usiądą do stołu, ale Servaz sądził, że tamten blefuje - gdy na jego małym drewnianym biurku zadzwonił telefon stacjonarny. Servaz spojrzał na wyświetlacz. Numer nieznany. Momentalnie stał się czujny. Ostatnio często się tak zdarzało, gdy dzwonił telefon.
- Pan komendant?
Głos po drugiej stronie był tylko trochę głośniejszy od szeptu. Servaz nie znał go.
- Kto mówi?
- Emmanuel Sachs.
Servaz zesztywniał. Nie lubił, gdy ktoś go do czegoś zmuszał. Nie lubił tych, którzy domagali się czyjejś uwagi i nie odpuszczali - aż do skutku. W swojej karierze poznał sporo osób, które uważały, że to, co mają do powiedzenia, jest ważniejsze niż wszystko inne.
- Skąd pan ma mój numer?
Zdawał sobie sprawę z oschłości swojego tonu. Nie miał jednak zamiaru załatwiać tej sprawy w rękawiczkach, niezależnie od tego, czy rozmawiał ze znanym pisarzem, czy też nie.
- Spokojnie, komendancie. Wyjaśnię to, kiedy się zobaczymy.
Głos brzmiał łagodnie, niemal kobieco, był trochę nosowy. Servaz westchnął.
- Proszę posłuchać, panie Sachs. To się nie zdarzy. Nie wiem, jakie są pana intencje, ale ja nie mam zamiaru przyjmować pańskiego zaproszenia. Może dla pana jest to sprawa osobista, może jest pan przyzwyczajony, że nikt panu nie odmawia, ale tu traci pan czas. Ja do tej grupy nie należę.
Cisza po drugiej stronie linii trwała na tyle długo, że wzbudziła w nim oczekiwanie, a wówczas uświadomił sobie, że Sachs właśnie do tego dążył.
- Komendancie, jestem przekonany, że sprawa wygląda wręcz przeciwnie. Daję panu wyjątkową okazję. Zapewniam, że mamy bardzo przekonujące informacje. Oceni je pan sam. Nie powie mi pan, że nie chce odnaleźć Juliana Hirtmanna...
- Co to za "my"?
- Powiem panu, kiedy się zobaczymy.
Servaz westchnął głośno. Facet działał mu na nerwy tą nieugiętą pewnością siebie.
- Nie, panie Sachs, proszę nie nalegać.
- Myślę, że pański umysł próbuje uniknąć wszystkiego, co mogłoby doprowadzić pana do konfrontacji z Hirtmannem, ale wcześniej czy później będzie pan musiał uznać fakt, że póki on jest na wolności, ani pan, ani pańska rodzina nie będziecie bezpieczni.
- Nie siedzi pan w moim umyśle, panie Sachs - przerwał mu zirytowany. - Żegnam!
Już miał się rozłączyć, gdy usłyszał, jak pisarz nabiera powietrza, niczym ktoś, kto napełnia płuca przed skokiem.
- Znam pana lepiej, niż się panu wydaje, komendancie. I jeśli moje informacje o Hirtmannie pana nie interesują, to może zainteresują pana te dotyczące pana partnerki, Léi Delambre.
Servaz znieruchomiał. Poczuł, że brakuje mu tchu.
- Co pan powiedział?
Jego głos był ostry jak piła do drewna.
- Że mam również informacje dotyczące pana przyjaciółki, Léi Delambre. Myślę, że zasługuje pan na to, żeby zapoznać się z rozmaitymi faktami na jej temat, o których ja dowiedziałem się w sposób, powiedzmy... przypadkowy. Faktów tych najwyraźniej pan nie zna. A niektóre z nich mogłyby się panu nie spodobać.
Tym razem to Sachs przerwał połączenie.
13 grudnia 2022. 15.00. Col de l'Ours, Górna Garonna. Wysokość: 1725 metrów n.p.m. Temperatura: minus pięć stopni Celsjusza. Niebo bezchmurne, nasłonecznienie dobre, wiatr północny.
Po wyjeździe z ostatniego tunelu Servaz zobaczył na zlodowaciałym zboczu duży dom. Była to masywna konstrukcja z kamienia, drewna i łupka, typowa dla okolic górskich, wzniesiona w odległości około stu metrów od urwiska. Poniżej, po lewej stronie rozciągał się widok na dolinę, a w dali, na tle oślepiającej bieli, widać było zwarte skupisko dachów Saint-Martin-de-Comminges.
Wciąż czuł wściekłość, ale paradoksalnie - odzyskał zimną krew. Na ogół nie reagował w ten sposób, najwyraźniej więc pisarz dotknął czułej struny. Albo może od wydarzeń minionego lata Martin mniej kontrolował własne emocje. Zastanawiał się, skąd Sachs wie o Léi i jakie ma informacje na jej temat. No i jak je zdobył.
Mimo wszystko wahał się, czy pojechać. Dalej przeszukiwał sieć pod kątem informacji o pisarzu. Sachs lubił być w centrum uwagi, lubił, gdy się o nim mówi, obracał się zarówno wśród celebrytów, jak i zwykłych ludzi. W drodze Servaz próbował się do niego dodzwonić, ale za każdym razem włączała się poczta głosowa.
Jeszcze ostatni zakręt i zatrzymał się u podnóża dużego, murowanego tarasu górującego nad drogą. Wyłączył silnik, zapalił papierosa i wypalił go bez pośpiechu, przyglądając się budynkowi. Sachs był w domu, a w każdym razie ktoś był w środku, ponieważ trzy metry dalej stał zaparkowany Jeep Wrangler.
"Myślę, że zasługuje pan na to, żeby zapoznać się z rozmaitymi faktami na jej temat, o których ja dowiedziałem się w sposób, powiedzmy... przypadkowy".
Léa. Po raz setny powrócił myślami do chwili, kiedy w czerwcu ubiegłego roku weszła do jego mieszkania po powrocie z Afryki1. Dwa lata spędzone w Republice Konga zostawiły na jej twarzy opaleniznę, podkreślającą zielony kolor jej oczu i płowe włosy. Miała na sobie jasne dżinsy, podkoszulek écru i kamizelkę w kolorze antycznego różu. Servaz pamiętał wszystkie te szczegóły. Była bezsprzecznie piękna. Tylko że krył się w tym jakiś cień, który nie pozwalał mu kochać tego piękna tak jak wcześniej. Który nawet temu pięknu przydawał okrucieństwa. Bo w oczach Servaza Léa straciła niewinność, a to jest coś, czego nigdy całkowicie nie da się odzyskać, choćby nie wiem co robić.
Czy Léa zdawała sobie z tego sprawę? Servaz był przekonany, że tak.
Afryka...
Była tam, między Léą a nim, od chwili jej powrotu z misji humanitarnej. Od chwili, gdy już od progu oświadczyła: "Muszę ci coś powiedzieć". Miał ochotę prosić, żeby milczała. Wiedział, co się wydarzy, był na to przygotowany. Na zbyt wielu zdjęciach w Internecie widział ich razem, tego młodego doktorka i ją, na tle krwistoczerwonych zachodów słońca na czymś, co uważał za sawannę. Czy w Kongu jest sawanna? Zachody słońca niczym w Pożegnaniu z Afryką. Wszystkie te stereotypy, w których przygoda miesza się z romansem, cała ta hollywoodzka scenografia, tak odległa od rzeczywistości. Wolałby nic nie wiedzieć, ale było za późno. Léa już zaczęła mówić. Na pewno się do tego przygotowywała, dobierała słowa, powtarzała je, niektóre wyrzucała.
Czuła potrzebę, żeby je wypowiedzieć.
Servaz uważał to za przejaw egoizmu.
Zapewniała, że tamtego już nie ma w jej życiu, że to była tylko "przelotna znajomość", "błąd" - to jej słowa. Te też musiała wybrać spośród tylu innych: "przygoda", "związek", "zdrada"? Nie, na pewno nie pomyślała o zdradzie. A przecież to była zdrada. I bolała. Bardzo bolała.
Bo wraz ze słowami przyszły obrazy.
Szczególnie jeden: Léa w ramionach tamtego przystojnego doktorka. Servaz wyszukał jego profil na Instagramie. Nie powinien był: przez to obraz stał się jeszcze wyraźniejszy.
Wrócił też wspomnieniami do tego, co było przedtem, kiedy kilka godzin wcześniej dowiedział się, że Julian Hirtmann uciekł z więzienia w Leoben w Austrii. I kiedy oczekując w każdej chwili powrotu Léi, usłyszał dzwonek do drzwi.
Poczuł, jak puls mu przyspiesza, jak coś uciska go w żołądku.
Kiedy tylko dowiedział się o Hirtmannie, poprosił o ochronę policyjną - nie tyle dla siebie, ile dla Gustava - ale tego czerwcowego wieczoru jakoś się spóźniali. A przecież jego syn był w mieszkaniu obok, bawił się z córką sąsiada. Drżącą ręką otworzył drzwi, w drugiej trzymał pistolet.
Kiedy policjanci się zjawili, pomogli im się spakować i zawieźli w bezpieczne miejsce. Servaz miał pozostać na urlopie, dopóki nie otrzyma innego rozkazu. Taka była decyzja szefostwa. Miał ochotę odmówić, upierać się, że nie mogą go do tego zmuszać, ale pomyślał o synu. Był początek lata, Léa i on mieliby czas na znalezienie Gustavowi nowej szkoły. Miejsca, gdzie nikt by nie wiedział, kim jest jego ojciec, gdzie żaden uczeń nie mógłby rozpowiadać plotek na jego temat.
Wysiadając z samochodu u stóp tarasu, stwierdził, że tu jest co najmniej o dziesięć stopni zimniej niż tam, skąd przyjechał.
Przeszedł powoli po pokrytej warstewką lodu jezdni, przekroczył półmetrowy zwał śniegu zalegający wzdłuż fundamentów tarasu i wszedł po schodach. Drzwi wejściowe się otworzyły.
Stanął w nich Sachs.
Ta sama młodzieńcza twarz, te same siwiejące włosy co na zdjęciach. Tylko jednego szczegółu nie było na nich widać: jego wysportowanej sylwetki. Pisarz dbał o formę. Na zgrabnym torsie niebieski sweter, na wąskich biodrach dżinsy, do tego solidne buty.
Sachs patrzył na niego wzrokiem łowcy motyli, który właśnie dojrzał jakiś piękny okaz. W jego oczach Servaz wyczytał ostrożność i ciekawość, ale też przebiegłość.
- Dzień dobry, komendancie. - Ciepły uśmiech na ustach, obłoczek pary z oddechu w zimnym powietrzu. - To się nazywa spotkanie na szczycie.
Servaza znów ogarnęła wściekłość. Nie przyjechał tutaj, żeby prześcigać się w dowcipach i grzecznostkach.
- Sachs - zaczął ostrym tonem. - Nie wiem, za kogo pan się uważa ani za kogo pan mnie bierze, ale winien mi pan jest wyjaśnienie!
W tej chwili uświadomił sobie, że połowę jego słów zagłuszył szum wiatru.
- Właśnie zamierzam je panu przedstawić - odparł pisarz.
- Naprawdę? No to zamieniam się w słuch. Jedna rada: proszę nie owijać w bawełnę.
Sachs wciąż mu się przyglądał.
- Pozwoli pan, komendancie - rzekł z niezachwianym spokojem. - Tu jest zimno. Daję słowo, że już niedługo uzyska pan odpowiedzi na wszystkie pytania. I zobaczy pan, że nie mam złych zamiarów. Zechce pan wejść? Bardzo proszę.
Servaz musiał przyznać, że od tego człowieka płynął relaksujący spokój, który mógł załagodzić niejeden konflikt - choć jego akurat złość nie opuściła.
Sachs się odwrócił i policjant ruszył w ślad za nim. Weszli do obszernego salonu o wysokim sklepieniu, co było zgodne z wyobrażeniem, jakie można mieć o "domu pisarza": półki z książkami ciągnące się przez całą długość pokoju, boazeria z jasnego drewna i meble z litego dębu, kolorowe dywany, liczne pamiątki z podróży - maski afrykańskie, statuetki egipskie i greckie, lampy, ryciny, akwarele, dwie skórzane sofy naprzeciwko siebie i stolik kawowy pomiędzy nimi, w pobliżu nowocześnie zaprojektowanego kominka. Na fotelach i małych stolikach też piętrzyły się książki w artystycznym nieładzie. Z trzech okien podzielonych na małe, kwadratowe szybki rozpościerał się widok na zaśnieżone szczyty. Trwała zima, a w tym roku ekstremalne opady śniegu odcięły doliny Pirenejów od reszty świata.
Gospodarz wskazał jedną z sof. Sam zniknął i prawie natychmiast wrócił z kawiarką i porcelanowymi filiżankami na tacy, którą postawił na stoliku. Servaz usiadł, nie zdjąwszy płaszcza.
- Przejdźmy do rzeczy, Sachs. Skąd pan zna Léę?
Jego głos wciąż brzmiał tak samo szorstko.
- Nie znam jej - odpowiedział pisarz, nalewając kawę. - W każdym razie nie osobiście.
Servaz spojrzał na niego gniewnie. Pisarz usiadł na drugiej sofie z filiżanką w ręce.
- No a pan? Czy pan ją naprawdę zna? Czy ona nie bywa często poza domem, odkąd wróciła z Afryki? Czy się zmieniła?
Servaz odchylił się jak bokser, który otrzymał cios z zaskoczenia. Miał ochotę skoczyć do gardła temu impertynentowi.
- A co to pana obchodzi? - zapytał ostro.
- Co pan o niej wie? O jej rodzinie?
Właściwie wiedział niewiele. Léa zawsze unikała odpowiedzi na te pytania. Wiedział, że jej rodzice mieszkają na północy Francji, że są emerytami. Nigdy ich jednak nie poznał.
- No dobrze. - Sachs odstawił filiżankę. - Nie będę owijał w bawełnę. Proszę nie myśleć, komendancie, że prowadzę z panem jakąś grę. Bynajmniej nie mam takiego zamiaru. Informacje te dotarły do mnie przypadkowo. Pośrednio, w pewnym sensie. Oto one: podczas swojej misji w Afryce pana partnerka była, jak się wydaje, bardzo blisko z pewnym lekarzem, który pracował dla tej samej organizacji pozarządowej...
Servaz poczuł rosnącą w gardle gulę. Odchylił się głębiej na sofie, jakby chciał zwiększyć dystans między nimi.
- Ten... lekarz - ciągnął Sachs, nie spuszczając policjanta z oczu - wrócił do Francji kilka tygodni przed Léą i razem z żoną i dzieckiem zamieszkał w okolicach Tuluzy, choć przed wyjazdem do Afryki mieszkali na jednym z paryskich przedmieść. Tyle mogę panu powiedzieć. Czy wiedział pan o tym?
Servaz poczuł, że robi mu się zimno. Nie był na to przygotowany.
- Jak... jak się pan o tym dowiedział? Skąd pan ją zna?
- Powiedziałem panu, że jej nie znam.
- Więc skąd, do cholery, wie pan o tym?
Servaz niemal krzyczał. Miał wrażenie, że temperatura jego ciała spadła, że w pomieszczeniu jest tak zimno jak na dworze.
Sachs wciąż się w niego wpatrywał zza okularów.
- Słyszał pan kiedyś o czymś takim jak web sleuthing?
Zob. Bernard Minier, Spirala zła, przeł. Monika Szewc-Osiecka, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2024. [wróć]
- Proszę iść ze mną - rzucił Sachs.
Wstał i poprowadził Servaza do pokoju na poddaszu. To tu, w tym gabinecie, na pewno pisał: na ścianach zamontowano półki, na których stały teczki, grube segregatory, leżały czasopisma i najrozmaitsze książki - Servaz ocenił je, rzuciwszy tylko okiem: od powieści rosyjskich przez słowniki i podręczniki po książki w stylu La Science a la poursuite du crime czy Les Secrets du darknet. Jeśli był w tym jakiś zamysł, to głęboko ukryty.
Okienko, wykute w grubym murze, za którym wisiały girlandy lodowych stalaktytów, na biurku wielki, zakrzywiony ekran komputera - Servaz kompletnie się na tym nie znał, inaczej rozpoznałby pięćdziesięciopięciocalowy model Samsung Odyssey Ark, na matrycy VA, z podświetleniem LED, podzielony na dwanaście mniejszych ekranów.
Gospodarz usiadł w gamingowym fotelu na wprost ekranu, plecami do Servaza. Pod biurkiem masa splątanych kabli i rozdzielaczy. Servaz pomyślał, że w wolnych chwilach facet z pewnością oddaje się grom wideo.
Jednak to, co było widoczne na ekranach, mniej przypominało świat gier, a bardziej reżyserkę telewizyjną: twarze w zbliżeniu, wyraźnie komunikujące się ze sobą, ale bez dźwięku, rozmowy na forach społecznościowych, zdjęcia autostrad i ulic uchwycone przez kamery monitoringu, portrety przestępców na tle tablic pomiarowych, a także jakieś cyfry i dane przesuwające się z dużą prędkością.
- Web sleuthing - powtórzył Sachs, wskazując na ekrany. - Od angielskiego sleuth, czyli detektyw, i web, sieć. W skrócie chodzi o tysiące początkujących detektywów, społeczności nerdów mających obsesję na punkcie sensacji, true crime i cold cases, łączących siły, żeby rozwikłać nierozwiązane zagadki kryminalne. Całe zastępy niedzielnych Sherlocków Holmesów, których nie ogranicza prawo i którzy "pracują" dzień i noc. Proszę sobie wyobrazić, że ma pan do dyspozycji nie dziesięciu czy dwudziestu śledczych, ale kilkuset, niezwykle zmotywowanych, w każdym miejscu na Ziemi. A oni mają do dyspozycji największą skarbnicę wiedzy w całej historii ludzkości, niemal nieskończone źródło informacji o wszystkim i wszystkich: Internet. To właśnie jest web sleuthing. W Stanach Zjednoczonych pomogło to już rozwiązać przypadki, w których policja dawno się poddała. Czy nazwisko Luka Rocco Magnotta coś panu mówi?
Servaz pokręcił głową.
- Jaki to ma związek z Léą?
- Zaraz do tego dojdziemy. Ale najpierw niech mi będzie wolno wyznać, że przykro mi z powodu tych informacji o pana partnerce. Proszę mi wierzyć. Właściwie to nie ja, ale jeden z tych geeków z naszej społeczności na nie trafił. Ci młodzi ludzie, z których większość ledwie wyrosła z wieku dziecięcego, mają nieprawdopodobne zdolności do wyszukiwania wszelkich informacji z samego dna sieci, czasem spraw bardzo... osobistych. - Wskazał kilka twarzy widocznych w małych okienkach na wielkim ekranie. Wszystkie - a przynajmniej prawie wszystkie - były młode. - Faktycznie prosiłem ich, żeby zainteresowali się panem, wszystkim, co pana dotyczy, a, proszę mi wierzyć, kiedy się biorą do pracy, to nie markierują. Przykro mi z tego powodu, ale przez całe tygodnie zastanawiałem się nad tym, jak pana przekonać, żeby pan do nas dołączył. Problemem okazało się to, że zaczęli się interesować pana... hmmm... otoczeniem. Jak zwykle wtykali nosy wszędzie i znaleźli zdjęcia pańskiej partnerki z pewnym lekarzem w Afryce, zdjęcia, na których wyglądali na... no, powiedzmy, bardzo sobie bliskich... To oczywiście przyciągnęło uwagę moich detektywów. Przejrzeli więc dokładnie konto tego lekarza na Instagramie i na innych portalach. Prześledzili całą jego aktywność, podróże, wszystko...
- Chwileczkę - przerwał Servaz. - Jak mogli śledzić jego podróże?
Sachs wzruszył ramionami.
- Mówiłem już, oni są naprawdę zdolni. Proszę sobie wyobrazić, że nagle sto lub tysiąc osób zainteresowało się panem, skupiając uwagę na każdym aspekcie pańskiego życia. Jak się panu zdaje, ile czasu zajmie im natknięcie się na sprawy, o których nie chce pan, żeby wiedziano? Więc najpierw przejrzeli wszystkie zdjęcia, jakie ostatnio publikował, na których widać go z rodziną koło przydomowego basenu albo w salonie z przyjaciółmi. Ludzie naprawdę nie powinni tak oddawać swojej prywatności na żer innym. Zdjęcie zrobione aparatem cyfrowym może skrywać wiele informacji, metadanych takich jak model aparatu, data, godzina, ale też współrzędne GPS miejsca wykonania zdjęcia. Jeśli się nie jest ostrożnym, można poinformować cały świat o miejscu zamieszkania i ujawnić wiele innych danych osobowych. To są tak zwane dane EXIF. No dobrze, serwisy społecznościowe usuwają je przed publikacją. Istnieją jednak strony internetowe, które na podstawie tych samych danych określają dokładną lokalizację. Potem moja grupa użyła PimEyes, strony do rozpoznawania twarzy, która na podstawie jednego zdjęcia wyszukuje w Internecie wszystkie inne zdjęcia danej osoby. Śledzili go też przy użyciu Stravy.
- Stravy?
- To aplikacja rejestrująca wyniki sportowe, kontaktująca ze sobą biegaczy, rowerzystów i miłośników pieszych wędrówek. Zresztą aplikacja ta wywołała wiele polemik: wyśledziła między innymi amerykańskich żołnierzy w Syrii czy Francuzów w operacji Barchan, a nawet głowy państw. Krótko mówiąc, tak właśnie namierzono tego lekarza: obecnie mieszka w Tuluzie, w dzielnicy Purpan, czyli w pobliżu szpitala. Chyba tam właśnie pracuje pańska partnerka?
Servaz zadygotał.
- Ty draniu, najchętniej bym cię wsadził za kraty za naruszanie prywatności!
Sachs obrócił się na fotelu. Podniósł wzrok na Servaza.
- Najmocniej pana przepraszam, komendancie. Naprawdę szczerze. Rozumiem pana wściekłość. Na pana miejscu zareagowałbym tak samo. Te dzieciaki posunęły się za daleko, to jasne. Kazałem im przerwać te przeszukiwania.
- Jak mi pan udowodni, że to prawda?
- Nijak.
- A co z Hirtmannem?
Sachs odwrócił się do ekranu.
- Nie okłamałem pana, mówiąc, że mamy nieznane nikomu innemu informacje na jego temat, i to informacje najwyższej wagi...
Po tych słowach zamilkł, jak gdyby były rzuconą Servazowi przynętą.
Ten jednak nie był jeszcze gotów połknąć haczyka, to nie miało pójść tak łatwo - choć jego ciekawość rosła w postępie geometrycznym.
- Mamy informacje, które upoważniają nas do twierdzenia, że przebywa w tym regionie - dodał pisarz. - To naprawdę poważne informacje. Nawet więcej niż informacje, powiedziałbym: dowody. - Wystukał coś na klawiaturze. - No dobrze - powiedział po krótkiej chwili. - Czas, żebym przedstawił panu elitę tych internetowych szperaczy. Nazwałem ich Klubem Niesamowitych Detektywów. Wśród naszych członków jest bowiem czterech naprawdę niezwykłych. Naprawdę. A raczej czterech i pół, bo jest ich piątka, ale dwie osoby spośród nich to jedna. Zaraz pan to zrozumie...
Klub Niesamowitych Detektywów. Niezbyt oryginalna nazwa jak na wziętego pisarza, pomyślał Servaz. Potem jego myśli pożeglowały w stronę Léi. Nie mógł uwierzyć, że go okłamała.
No to jak nazwiesz to, co się wydarzyło w Afryce?
Przed oczami stanął mu obraz pewnej twarzy, który przez długi czas prześladował go nocami, zanim zatarł się i pozostał po nim jedynie nikły blask w zakamarkach pamięci. Zdaniem Sachsa i tej jego bandy nawiedzonych geeków od true crime ten obraz teraz powrócił. I bardziej niż kiedykolwiek przedtem wbił się w jego umysł.
Charyzmatyczny. Inteligentny. Przerażający.
Najniebezpieczniejszy człowiek, jakiego spotkał.
Julian Hirtmann.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki