Cykada - Tomasz Grzegrzółka
2.02 zł
1.68 zł
(1,72 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Droga koło Wyszewa pod Koszalinem
Polska Rzeczpospolita Ludowa
Niebieski Fiat 132 szybko połykał kolejne kilometry czarnego asfaltu, który prowadził wprost do Warszawy, stolicy niezwykle dumnego kraju, lata wcześniej przekazanemu w dzierżawę władzom podupadającego reżimu komunistycznego.
W środku auta słychać było szum powietrza, warkot wentylatora nawiewu i równy odgłos pracy rzędowego silnika, zaś kierowca i pasażerka nie odzywali się ani słowem, tylko leniwie obserwowali drogę i okolicę po lewej i prawej stronie szosy.
Zrelaksowani małżonkowie czuli się wprost znakomicie. Mieli za sobą udany urlop w luksusowej rządowej daczy i wspaniały postój nad przepięknym jeziorem, do tego pogoda wręcz zachęcała do szybkiej jazdy. Było ciepło, ale bez prażącego słońca i deszczu, na dodatek doświadczony kierowca nie musiał się przejmować nielicznymi pojazdami, które wymijał sprawnie i wręcz od niechcenia.
Wiedział, że jego wóz przyspieszeniem i mocą przewyższa Żuki, Nyski, Syrenki, Wartburgi, Skody i inne wynalazki z demoludów bloku wschodniego, i nie spodziewał się problemów również wtedy, gdy zobaczył przed sobą kolejnego zawalidrogę. Byli od niego oddaleni o jakieś kilkaset metrów, gdy ten nagle i bez wyraźnego powodu zaczął zwalniać. Kierowca Fiata nie widział wprawdzie zapalonego światła stopu, ale jego wprawne oko od razu wychwyciło, że hamowanie Nyski było dosyć gwałtowne.
- Cholera jasna - rzucił przez lekko zaciśnięte zęby i ścisnął mocniej czarne koło cienkiej kierownicy.
Nie widział problemu. Z lewej strony nic nie jechało, a daleko na poboczu stała wprawdzie grupka kilku osób, ale wyglądali oni na typowych zbieraczy grzybów, jagód czy malin, którzy rozmawiają czekając na klientów.
Milicja powinna się nimi zająć, nieroby jedne - pomyślał kierowca, i równocześnie spojrzał w lusterko, zredukował bieg, wcisnął gaz w podłogę i z gracją skierował auto na przeciwległy pas.
Miriafori zbliżał się coraz szybciej z lewej strony Nyski i prawie się z nią zrównał, gdy ludzie z pobocza niespodziewanie wtargnęli na jezdnię.
Nie było czasu nawet na trąbienie. Kierowca Fiata odruchowo wdepnął hamulec i gwałtownie skręcił kierownicę, po chwili kontrując, żeby utrzymać w ryzach uciekającą na boki maszynę.
Pojazd przejechał w poślizgu na pobocze z prawej, gdzie do pisku hamulców dołączyło staccato małych kamyczków, z pasją masakrujących całe podwozie.
Sto trzydziestka dwójka już zwalniała, gdy nagle z prawej strony dało się słyszeć huk pękającej opony.
Auto skręciło w stronę rowu. Rozpaczliwa kontra kierownicą nic nie dała i przepiękny wóz projektu Marcello Gandiniego przeleciał nad płytkim rowem, ściął bokiem drewniany słup telefoniczny, młodą brzózkę i zatrzymał się dopiero na kolejnym drzewie.
Uszkodzenia były dosyć poważne. Rozbity przód i lewy bok, zaklinowane drzwi, pobite szyby, do tego wbity w kabinę silnik i kierownica, która uderzyła starszego pana w głowę i klatkę piersiową.
Generał siedział uwięziony w śmiertelnej pułapce, rozpaczliwie łapał powietrze przez przebite płuco i patrzył gasnącym wzrokiem na fotel pasażera, gdzie bezwładnie leżała jego ukochana kobieta.
Zielono-niebieska Nyska nie zatrzymała się, tylko przyspieszyła i odjechała w siną dal.
Minęły długie minuty, zanim przerażeni ludzie z pobocza byli w stanie znaleźć działający telefon i zawiadomić Pogotowie Ratunkowe i najbliższy posterunek Milicji Obywatelskiej.
Paryż
Tysiące ludzi patrzyło na rozpaczliwą walkę strażaków, którzy za wszelką cenę usiłowali spowolnić niepowstrzymany pochód nienasyconego żywiołu.
Doświadczeni fachowcy i bohaterscy herosi nie zważali na ołów i setki toksycznych substancji, a mieszkańcy stolicy stali w milczeniu i zadumie, płakali i modlili się albo tak mocno grozili bliżej nieokreślonym winnym, że po chwili tracili siły i popadali w całkowite odrętwienie.
Te samo widać było na wszystkich okolicznych mostach, ulicach i skwerach. Francuzi nie kryli wzruszenia i emocji, i chociaż widok był niesamowity, to o wiele bardziej niesamowite było to, jak ludzie na całym świecie jednoczyli się z nimi i potępiali nielicznych szaleńców, którzy śmiali się z całej tragedii.
W tym wszystkim było wiele czegoś dzikiego i pierwotnego, wręcz demonicznego, niemniej jednak "Nasza pani" walczyła i wyraźnie nie chciała poddać się zniszczeniu. Zdjęcia z dronów jasno pokazywały, że to niestety za mało. Cały dach w kształcie krzyża objęty był dziełem zniszczenia, a zwęglone szczątki lasu i sklepienia cały czas spadały do środka wiekowej świątyni.
Nikt nie wiedział, czy ocalały bezcenne relikwie i czy przetrwają chociaż mury, a przygnębienie było jeszcze większe, gdyż bezpowrotnie stracono prawie stumetrową iglicę i w każdej sekundzie znikał kolejny fragment ponad osiemsetletniej historii.
"Upada kultura europejska. To koniec. Bóg nie chce już mieszkać we Francji". - Pojawiały się setki nieśmiałych tweetów o dosyć podobnej do siebie treści.
"Odbudujemy ją w pięć lat". - Deklarował Emmanuel Macron, któremu marzyło się odzyskanie zaufania społecznego.
Wielu ludzi nie wierzyło w te słowa, widząc nieszczery uśmieszek i słysząc opinie fachowców, jednym zgodnym głosem mówiących, że podobna operacja musi potrwać dziesiątki lat.
Prezydent nie wspomniał, że w dwa tysiące dziewiętnastym to był jedenasty pożar kościoła we Francji, a miesiąc wcześniej celowo podpalono drugi co do wielkości w Paryżu kościół Saint-Sulprice.
Zapewnienia głowy państwa były wiarygodne tyle co profesjonalizm Donalda Trumpa. Przez lata republika nie znajdowała pieniędzy na ratowanie swojego najcenniejszego skarbu. Ludzie pamiętali, jak politycy debatowali, mury kruszyły się i odpadały, a ogromne środki z prywatnych zbiórek z drobnymi sumami z budżetu ledwo starczały na bieżące wydatki i doraźne zabezpieczenia.
"Francja umiera. To wymowne widzieć tak straszną tragedię w Wielkim Tygodniu". - Tak widziały to niektóre zagraniczne dzienniki, przytaczając statystyki z ostatnich lat, gdzie dochodziło do setek przypadków zbezczeszczania albo zburzenia świątyń katolickich.
"Zamach. Na dachu było dwóch mężczyzn. Z boku chodził ktoś w turbanie". - Inni szukali wszystkich możliwych wskazówek i wspominali, że w dwa tysiące szesnastym w pobliżu katedry planowano wysadzić samochód pułapkę i że było wiele innych prób zniszczenia najbardziej znanego symbolu Paryża, Francji i chrześcijańskich korzeni kultury europejskiej.
Ludzie byli zagubieni i nie wiedzieli, co o tym wszystkim myśleć.
Wskazywano na zbieżność dnia z datą zatonięcia Titanica i przytaczano przepowiednie Nostradamusa. Wspominano słynny film Illuminati i mówiono o takiji. Wymieniano operacje fałszywej flagi i wszystkie dzieła, gdzie można było dopatrzeć się podobieństwa z tym, co się działo.
Oficjalna narracja od pierwszych minut tragedii mówiła o nieszczęśliwym zaprószeniu podczas remontu, niemniej jednak dziwnym trafem niezawodne algorytmy Google od razu połączyły te wydarzenia z wypadkami komunikacyjnymi jedenastego września.
Nikt tego dnia nie zwrócił uwagi na pożar na terenie meczetu Al-Aksa w Jerozolimie i przegłosowanie cenzury prewencyjnej w całej Unii Europejskiej, przycichła również dyskusja na temat żółtych kamizelek.
Tragedia tysięcy dopiero się rozpoczynała, podobnie jak wcześniej w Nowym Yorku.
Orbita okołoziemska
- Śruba wkręcona. Kabel na miejscu. - Guan Suo zameldował krótko i zwięźle, równocześnie odsuwając końcówkę klucza od czarnego błyszczącego panelu.
Elektryczne narzędzie wielkości małej ręcznej wiertarki znajdowało się na końcu teleskopowego uchwytu, który przymocowany został do ogromnego plecaka chińskiego tajkonauty.
Uchwyt mógł obracać się praktycznie w każdym kierunku. Mężczyzna powoli pchnął go w prawą stronę, energicznie wcisnął przycisk blokady na ramieniu sterującym, i dopiero wtedy spojrzał na panel, który w końcu powinien działać jak należy, uzupełniając nadwyrężony główny reaktor stacji.
Choć Suo był niesamowicie zmęczony, to nie okazywał tego w najmniejszym stopniu. Skupiał się na misji i tylko na misji, bo wiedział, że piętnaście procent wypadków wydarzało się w ostatnich minutach spacerów kosmicznych i nieuwaga groziła uszkodzeniem nie tylko osobistego sprzętu, ale również jedynego w okolicy schronienia. Miał niezwykle otwarty umysł. Przepełniało go poczucie dobrze wypełnionego obowiązku, duma i zadowolenie, bez uprzedzenia do czego czy kogokolwiek.
- Poczekaj... tak. Potwierdzam. Doskonała robota - odpowiedział jego kolega Jiang Wei, który kilka ostatnich godzin kilkanaście metrów dalej wpatrywał się w ekrany z obrazami z hełmu Suo i zewnętrznych kamer stacji, a teraz puścił drążek joysticka, pozwalający manipulować ich położeniem, i zaczął ćwiczyć bolącą od ściskania szorstkiego plastiku dłoń.
- Wycofuję się... - Mężczyzna zwolnił blokadę napędu na opuszczonym do poziomu ramieniu przy lewej dłoni, ścisnął manipulator i pchnął go delikatnie do tyłu na dwie sekundy.
Dysze z boku jego plecaka z ledwie wyczuwalnym sykiem wypuściły trochę gazu w przód, a po chwili inne dysze zrobiły to samo, ale w przeciwnym kierunku.
Mężczyzna przesunął się około pięć metrów do tyłu i zatrzymał w miejscu, następnie wypił łyk wody ze słomki w hełmie i dodał przez radio:
- Jestem bezpieczny, można włączyć.
- Diagnostyka za trzy, dwa, jeden... - Wei powoli odepchnął się od ściany, przesunął do panelu zasilania, wcisnął kilka guzików i potwierdził pełnym zadowolenia tonem, widząc start martwego od tygodni systemu. - Już.
Sekundy dłużyły się, gdy drobiazgowy komputer wykonywał setki tysięcy testów, w końcu jednak po kilku tygodniach pracy, wielu nieudanych próbach napraw i jednym niegroźnym pożarze dowódca misji mógł odetchnąć i podsumować:
- Wszystko działa. Potwierdzam pełną moc. Gratulacje towarzyszu.
Suo uśmiechnął się i odpowiedział skromnie:
- Na chwałę partii. Wracam do śluzy.
- Zrozumiałem.
"Tlen: sześćdziesiąt jeden procent, czas: cztery godziny piętnaście minut, pozostało: sześć godzin trzydzieści pięć minut". - Mężczyzna nie bez cienia satysfakcji przeczytał wskazania przyrządów z wizjera w hełmie. To był ponadprzeciętnie dobry wynik, nawet jak na tak prostą misję. Niewątpliwie pomogło tu ogromne doświadczenie Suo. Miał on za sobą wiele podobnych spacerów i od dawna za każdym razem skupiał się na pracy, nie rozpraszając na myślenie o cudach, które właśnie przeżywa. Przyjmował bez głębszej refleksji, że nie ma wokół powietrza, a mimo to żyje i ma tak wspaniałe możliwości. Przyzwyczaił się, że wszystko tu na zewnątrz jest tak blisko, bo prawie na wyciągnięcie ręki, i tak daleko, bo każdy ruch musi być dokładnie przemyślany i wymaga tlenu, paliwa, wody i sprawnego sprzętu.
Życie w kosmosie wymagało wielu wyrzeczeń i zmiany absolutnie wszystkich znanych z ziemi przyzwyczajeń. Ciągłe planowanie, życie w strachu i uzależnienie od innych były koszmarem dla każdego, kto znalazł się tu po raz pierwszy. Wiele prostych czynności stawało się śmiertelną pułapką albo komplikowało na tyle, że ludzie potrzebowali długich procedur i miesięcy szkoleń. Tajkonautom pomagała oczywiście świadomość bliskości doświadczonych kolegów, ale tylko trochę, bo nawet oni nie gwarantowali bezpieczeństwa.
W środku stacji Tiangong 2 nie było wcale łatwiej. Wszechobecna ciasnota, wydzielanie zasobów, wstrętne ohydne przetworzone jedzenie i filtrowana woda bez smaku, utrudniona higiena, a przede wszystkim nieustanna walka z ograniczeniami słabych ludzkich organizmów, takimi jak brak naturalnej pracy mięśni czy sprzeczne informacje z różnych zmysłów.
Suo dawno temu przeszedł etapy niewiedzy, fascynacji i lęku. Jego światopogląd po latach był prosty aż do bólu. Mężczyzna bezgranicznie ufał partii i robił swoje, całkowicie odrzucając kapitalistyczną propagandę ze strony państw, które popadły w chaos. Nie wierzył również w plotki wichrzycieli mające na celu osłabienie potęgi państwa środka, takie jak bzdury słyszane w centrum kosmicznego imienia Jung Jan, w którym miał trzy lata treningów.
Plotki krążyły tam od lat. Według nich w magazynach służby bezpieczeństwa znajdowały się setki godzin nagrań z więźniami, których zamykano w komorze próżniowej w celowo uszkadzanych skafandrach. Według wersji przekazywanej po kryjomu, z ust do ust, ludzie ginęli w męczarniach, a ich śmierć służyła wyższym celom. Miało to być tańsze niż testy sprzętu z użyciem automatów, do tego podobno eliminowało potrzebę bezproduktywnego utrzymywania wrogów systemu, wzmacniało dyscyplinę i pozwalało na tak szybki rozwój jak niegdyś przełomowe badania w niemieckich i japońskich placówkach.
Suo wiedział, że to tylko złośliwe pomówienia, plotki mające służyć celom znanym tylko najbardziej zaufanym członkom partii. Choć komora istniała i trenowano w niej tajkonautów, to równocześnie niezwykle rygorystycznie podchodzono do kwestii bezpieczeństwa. Partia okiem dobrego troskliwego gospodarza szukała nawet najmniejszych niedopatrzeń i problemów ze sprzętem, których przy odrobinie dobrej woli można było uniknąć. Za rzetelną pracę sowicie nagradzano, za niedbalstwo karano surowo wszystkich wokół, a czasem wręcz urządzano pokazowe samokrytyki, na których winni karali siebie nawzajem.
Pieniędzy nigdy nie brakowało. Już w dwa tysiące siedemnastym wydatki Chin na badania wyniosły dwieście dziewięćdziesiąt siedem miliardów dolarów, a od tamtego czasu kwota ta rosła z roku na rok i pozwalała na robienie eksperymentów z humanitaryzmem niedostępnym w trakcie drugiej wojny światowej.
Suo podejrzewał, że cała historia powstała, bo jacyś mało zdolni robotnicy mieli zbyt bujną wyobraźnię. To musiało stać się przed epoką komputerów i elektronicznych asystentów, była jednak w tym tylko i wyłącznie wina oficerów prowadzących. Uświadomieni politycznie funkcjonariusze powinni monitorować sytuację i zapobiegać podobnym incydentom, w razie jej wystąpienia we właściwym czasie pokazać biedakom odpowiednią drogę, a przy braku posłuszeństwa wymierzyć surową karę i dać wspaniałomyślną szansę na rehabilitację.
Niefortunne było to, że w komorze musiał przebywać element niskiego szczebla. Przynajmniej dwa razy w roku trenowali tam wszyscy pracownicy obsługi naziemnej. Robili oni różne ćwiczenia po to, aby poczuć na własnej skórze, jak niegościnne jest to środowisko i z jakimi problemami borykają się ludzie w górze.
Decyzję o tym podjęto wiele lat wcześniej. Była bardzo trafna. Jak dotąd to dzięki tym ćwiczeniom pracownicy byli w stanie wymyślać różne sprytne ulepszenia, dające Chinom tak potrzebną przewagę w kosmosie.
Dzięki ich wysiłkom Suo ubrany był w bardzo wygodny kombinezon piątej generacji, miał również znakomity plecak z napędem, przewyższający znacznie rozwiązania amerykańskie, i mógł bez najmniejszych przeszkód bezpiecznie wrócić do śluzy powietrznej stacji Tiangong 2. Była ona kolejnym osiągnięciem zaplanowanego na wiele lat chińskiego programu kosmicznego i wielkim marzeniem partii, które zostało zrealizowane w wyniku ciężkiej pracy i wyrzeczeń dziesiątek tysięcy bezimiennych inżynierów ogromnego programu kosmicznego. Sześćdziesięciotonowa konstrukcja składała się z trzech elementów, czyli mieszkalnego i technicznego modułu Tianhe i specjalistycznych laboratoriów Wentian i Mengtian. Od początku do końca projektowano ją z myślą o ciągłym zamieszkaniu i na kartach historii dołączyła do MIRa i Europejskiej Stacji Kosmicznej jako pierwsze miejsce do wieloletnich badań, stworzone całkowicie przez państwo środka.
Nie był to oczywiście jedyny sukces partii. Przepowiadaną i pokazaną w "Grawitacji" konstrukcję wysłano w kosmos cztery lata po sondzie Chang'e 4, która poleciała na ciemną stronę Księżyca i wylądowała, będąc pierwszym obiektem stworzonym przez człowieka.
To budziło podziw, taki jak sam jak hodowanie jedwabników i organizmów na martwej od wieków skale. Nikt na świecie od dawna nie śmiał się już z niskiej jakości chińskiej elektroniki, w niepamięć odeszła walka z wróblami czy rewolucja kulturowa, całkowicie zaczęto ignorować wichrzycieli mówiących o łamaniu praw człowieka, wydarzeniach na placu Tienanmen czy Ministerstwie Bezpieczeństwa Chińskiej Republiki Ludowej.
Azjatycki tygrys po raz kolejny uderzył i po raz kolejny odniósł pełen sukces...
Czwarta RP
- Załogi do maszyn! Załogi do maszyn! - Zabrzmiało w dyżurnej sali modlińskiego lotniska.
- Kiego chuja... - Zaczął litanię pułkownik Skalski, nerwowo gasząc peta w szklance z fusami, ale zagłuszył go dyżurny, który wbiegł do sali i wrzeszczał, jakby go ze skóry obdzierali:
- Co do kurwy? Szlachta nie pracuje? Wyższa szkoła opierdalania? Zaproszenie dla jaśniepaństwa? Bamboszki na nóżki? Kawusia do jasnej cholery? Wy-pier-da-lać, miguniem i w podskokach. Ruchy, koty, ruchy... - Tu gwałtownie przestał gestykulować i obrócił głową. - wrrrróć... obrońcy ładu, porządku i całego wolnego świata.
- Taaa jest, panie chorąży! - Skalski krzyknął energicznie z innymi, gdy tamten głosił kazanie, i nie czekając na koniec złapał hełm i ruszył biegiem ku maszynie, przy której czekali już mechanicy.
- Wszystko gotowe, paliwo w całości. - Szef zmiany składał mu raport, gdy wskakiwał do kabiny.
- Odpalam. - Zrobił młynka palcami, równocześnie pstrykając na przyciskach tablicy przyrządów, niczym wirtuoz na klawiaturze dobrze nastrojowego fortepianu.
Drobiazgowo przygotowana polska wersja F-16 po wielokrotnych modernizacjach zawierała w sobie masę drobnych ulepszeń specjalistów z WAT i wciąż dawała cień szansy na wygranie potyczki z agresorami, gdy ci nie używali dronów najnowszej generacji.
Przyrządy i silnik błyskawicznie budziły się do życia. Mężczyzna zapiął maskę, zasalutował szefowi i zaczął zamykać owiewkę, równocześnie kierując samolot na pas startowy. Skupił się na zadaniu. Mieli przechwycić intruzów, a on był drugi. Mrugał oczami, żeby przyzwyczaić się do mroku, gdy jego kolega już rozpędzał swoją maszynę i zaraz po starcie włączył dopalacz.
- Orzeł jeden, na awaryjnej, kurs trzy pięć siedem. - Głos z radia był tak czysty i wyraźny, że Skalski aż się wzdrygnął.
Odczekał kilka sekund i ruszył w ślady kolegi. Leciał za skrzydłowym, a tymczasem w komputerze widać było, że mają przechwycić nieznane maszyny lecące od strony niemieckiej.
- Siedem dziewięć siedem po lewej na tysiącu i się zniża, Airbus na wprost dziesięć tysięcy. - Kontrola lotów wychodziła z siebie, żeby niezależnie od odczytów przyrządów mieli pełen komplet informacji o wszystkich cywilach w okolicy.
- Dziesięć kilometrów, trzy sekundy - zameldował, a potem uzbroił działka i zaczął rozgrzewać rakiety. - Pięć kilometrów.
- Kontakt - wrzeszczał kolega Skalskiego z pierwszego myśliwca. - To myśliwce. Z prawej, bierz z prawej.
- Orzeł jeden, orzeł jeden, potwierdź. - Głos kontrolera z lotniska nie zdradzał emocji, chociaż na pewno go znali i na pewno wychodził z siebie.
Przelecieli obok intruzów i zawrócili. Maszyny były widoczne w noktowizorach i również wyglądały na F-16.
- Myśliwce. Kurwy mają barwy ruskich. F-35, dajcie F-35 - krzyczał prowadzący przez radio.
- Nie otwieraj ognia. - Odpowiedź z lotniska była błyskawiczna. - Nie otwieraj ognia. Mają zacząć.
Wieczorne niebo nagle rozświetliły wybuchy, na lewo, na prawo, z przodu i tyłu, on zaś usłyszał serię krytycznych alarmów i maszyna zaczęła zwalniać.
- Co jest? Mayday, mayday, mayday. - Chwycił mocniej drążek, gdy po chwili wysiadł mu silnik.
Lotnisko milczało, a on zaczął spadać w korkociągu płaskim. Próbował chwycić uchwyt katapulty między nogami, ale początkowe przeciążenie nie pozwalało mu tam sięgnąć. W końcu złapał za rączkę i pociągnął, ale to nic nie dało. Strach sparaliżował go od stóp do głów, a jego umysł nie zarejestrował nawet spadającego obok Dreamlinera, w którym dwustu trzydziestu pięciu pasażerów krzyczało z przerażenia.
Boże wybacz mi, że zgrzeszyłem. - Tylko tyle zdążył pomyśleć, zanim myśliwiec uderzył w ziemię, błyskawicznie zamieniając się w kulę ognia.
Eksplozja była przez chwilę jedynym jasnym punktem w okolicy, potem dołączyły do niej eksplozje kolejnych samolotów, aut, autobusów i pociągów, które prawie równocześnie miały wypadki na ziemi. Wokół nich gasły światła dróg i szlaków podróżnych, i całe oświetlenie miast i wiosek. Planeta pogrążała się w ciemnościach i w końcu wyglądała jak tysiące lat wcześniej.
Kraków
- Serce moje ledwo żyje, czuję firmę z nóg po szyję, dziś dostałam objawienie, teraz czeka mnie spełnienie. - Zjawiskowa dwudziestopięcioletnia blond piękność wypowiedziała znane słowa przysięgi w obecności przynajmniej kilkudziesięciu świadków.
Zrobiła to z niezwykłą powagą i namaszczeniem, potem spojrzała z czułością na swojego managera i rozpięła z przodu biały koronkowy stanik Triumpha.
Była kształtna niczym Monica Bellucci, Jessica Alba czy Jennifer Connelly. Miała twarz niewinnego anioła, cherubinka niesplamionego kłamstwem, oszustwem i zazdrością, nie dotkniętego przez narkotyki, dopalacze i używki. Zawsze dbała o swój wygląd i przez to sprawiała wrażenie młodszej co najmniej o dziesięć lat. Teraz była ubrana tylko w skąpe majtki i pasy od pończoch, a wiele pań patrzyło z wyraźną zazdrością na nią i na jej pełne kształtne piersi, które grzechem byłoby zakrywać.
Na tym oczywiście się nie skończyło. Wszyscy w salce wstali i zaczęli klaskać, potem złożyli plastikowe krzesełka i otoczyli małżeńskie łoże wielkości king-size, na którym miała się dokonać ceremonia spłodzenia nowego członka ich elitarnej wspólnoty.
Szklana miłość - pomyślał Karol patrząc na nich, i w końcu przyznał się przed samym sobą, że normalnie byłby podniecony. Tak by było normalnie, teraz poczucie obowiązku nie pozwalało mu się cieszyć, i chociaż jego drugie ja zaczęło budzić się do życia, to on próbował patrzeć na wszystko chłodnym okiem profesjonalisty.
Awans koleżanki był niespodziewany. Nikt nie domyślał się, że to ją spotka korporacyjny zaszczyt i że za partnera dostanie przystojnego szefa działu. Wszyscy obstawiali młodsze i jeszcze piękniejsze kandydatki, które poza pracą cały czas spędzały w klinikach urody i miały znacznie większe szanse na zrobienie czegoś wielkiego w swoim uporządkowanym, acz ekscytującym korporacyjnym życiu.
Karol czuł się niezręcznie. Cała sytuacja była komiczna, wierszyk kiepski, musiał jednak wkupić się w łaski tych dziwaków i robić to, co oni, bo tylko tak mógł się dowiedzieć, co zamierzają zniszczyć w Warszawie. Mężczyzna nie miał wyboru, i dlatego stał i klaskał ze wszystkimi na dwudziestym piętrze szkieletora.
Szkło weneckie od podłogi do sufitu przepuszczało do środka wiosenne słońce. Było jasno, zaś para na łóżku przeszła w końcu do namiętnej i ostrej gry wstępnej.
Kobieta przypieczętowała swój los, on zaś poczuł na plecach niepokojący chłód metalu.
- Idziesz z nami kochasiu - szepnął mu do ucha lizus Kazański. - Tylko powoli, bo się zaraz coś spierdoli.
Jezu, jaki z ciebie idiota - pomyślał, odwracając się posłusznie z rękami w górze.
Przed nim oczywiście stał jego ulubieniec. Zaskoczeniem była obecność drugiego mężczyzny, którego nie znał, i który celował do niego z paskudnie wyglądającego plastikowego pistoletu. Napastnik pokazał jednoznacznym ruchem, żeby szedł pierwszy, i warknął:
- Do gabinetu szefa. Już.
No tak. Wypadłem z łask i korporacyjne szmaty mają mnie w dupie. Co ma być, to będzie. - Karol zrezygnował z oporu widząc, że wszyscy wokół odwrócili głowy i ostentacyjnie pokazali, że nie obchodzi ich nic oprócz pary na łóżku, która przeszła do właściwego akcji kopulacyjnej.
Cała trójka wyszła z salki, minęła plakat z angielską sentencją "Talent does not exist, we are all equals as human beings. You could be anyone if you put in the time. You will reach the top, and that's that. I am not talented. I am obsessed"[1] i kilku zaskoczonych pracowników, i przeszła do pokoju, gdzie Karol zobaczył na stole pas z modułami swojego multi-telefonu i siedzącą za stołem nieznaną kobietę.
Niedobrze. - Zdążył pomyśleć, zanim lekko się zatoczył, gdy któryś z drabów pchnął go do środka.
Poczuł, że drzwi do gabinetu zostały za nim zamknięte. Lizus szefa stanął teraz z tyłu, zaś nieznajomy naprzeciwko.
- O ile nie masz lewych interesów na boku, to tego nie powinno tu być - przemówiła zachrypniętym przepitym basem niewiasta. - Sprawdziliśmy, nie masz. Wygląda na to, że jesteś pieprzonym szpiegiem. Dla kogo pracujesz? Dla Niemców? Ruskich? Angoli?
Twarz anioła, serce diablicy. - Urosła mu gula w gardle, ale przemógł się i spojrzał bez zainteresowania na kilkanaście połączonych modułów telefonicznych, z których składał co kilka dni raport. Było ich tyle, że nikt nie mógł wychwycić właściwej wiadomości wśród szumu generowanego na różnych kanałach radiowych. Urządzenia te były ulubionym narzędziem co sprytniejszych biznesmenów, wielu polityków czy służb, ich obecność działała teraz jednak na jego niekorzyść. Moduły były wszyte w kurtkę i nikt nie miał szansy ich wykryć ani zobaczyć. Z prostej dedukcji wynikało, że musieli mieć jakiś specjalistyczny skaner w rodzaju Pegasusa, a skoro mieli skaner, to wiedzieli, czego szukać, i nie było sensu wciskać im żadnej łzawej bajeczki.
Pierwszy cios był niespodziewany.
Nawet nie jęknął, gdy dostał od nieznajomego w twarz. Poczuł słony smak krwi, którą powoli oblizał w milczeniu. Spojrzał hardo, co tylko rozjuszyło mężczyznę. Ciosy pięścią zaczęły spadały z lewej i prawej, ale stał dalej, niewzruszony niczym posąg i dumny, że to jego skierowano do tej misji. W końcu poczuł uderzenie w plecy, zupełnie jakby Kazański przyłożył mu młotkiem.
Zamknął oczy.
Żebym zginął, żebym...
Dostał po nogach.
Upadł na kolana.
Wtedy przyszedł decydujący cios w potylicę i nastała błogosławiona ciemność...
Wiedeń
Izolda spojrzała ponownie na chłopaka naprzeciwko, potem umoczyła croissanta w gorzkiej, czarnej jak smoła, kawie i delikatnie go ugryzła.
Był taki chrupki. Croissant niestety, bo na chłopaka nie miała szansy. Patrzył na nią z wyższością i politowaniem. Wyraźnie oceniał ją po sportowej opasce na ręku i nie dawał nadziei, że się do niej odezwie, nawet gdyby podeszła.
Ciekawe, bo elegancki styl, zgodnie z najnowszą modą, złamała wyłącznie jednym jedynym elementem, czyli sportową opaską na ręce.
Wiedziała, że jej bluzka była przepiękna, niesymetryczne wydatne piersi układały się idealnie równo, szklane serce na szyi komponowało z chokerem, a fryzura przypominała klasyczne fryzury francuskich dam z osiemnastego wieku z ulubionego serialu "Outlander".
Do niczego nie można było się przyczepić, i była tego pewna, bo chwilę wcześniej przeglądała się w telefonie.
Pomimo jej walorów chłopak nie zwrócił na nią w ogóle uwagi...
Trzeba to zaakceptować.
Zjadła mokrego croissanta, potem delikatnie podniosła ze stolika papierową chusteczkę i przytknęła ją dwa razy do ust, czekając cierpliwie, aż nasiąknie wilgocią.
To był nawyk, który wypracowała przez lata. Nauczyła się go od znajomego Francuza i jak dotąd sprawdzał się znakomicie, pozwalając na niebrudzenie kieliszków.
"Dhę mordę" byli może strachliwi i w trakcie wojen zawsze udawali się na z góry upatrzone pozycje, ale na szyku, modzie i elegancji znali się jak nikt... no może poza Polakami.
Tak w ogóle to można mówić, że Wiedeń to wioska, ale co jak co, maniery zawsze były tam bardzo ważne. Nie uważała się wprawdzie za damę, ale zawsze próbowała zachowywać się jak człowiek na pewnym poziomie, i dbała o różne takie szczegóły.
Powoli podniosła filiżankę i dopiła kawę, a następnie spojrzała w stronę jeziora i fontanny.
Kochała ten raj, gdzie ludzie byli zawsze mili i uśmiechnięci, gdzie zawsze było ciepło i gdzie każdy wiódł beztroskie życie bogacza, a jak nie bogacza, to przynajmniej szczęśliwego człowieka.
Tego dnia była w podwójnie dobrym humorze. W przedszkolu zakończyła pierwszy etap przygotowań do przedstawienia na koniec roku, a do tego dzisiaj udało się jej wyspać.
Mężczyzna dalej nie zwracał na nią żadnej uwagi, w końcu zapłacił pokazując swój natryskowy tatuaż i wyszedł.
Wzruszyła ramionami, a potem zamówiła lody waniliowe. Dzień zapowiadał się niezwykle interesująco. Obiecała sobie, że absolutnie nic nie zepsuje jej dobrego humoru.
Warszawa
"Na potęgę posępnego czerepu... Bum bum bum bum ruchają się bez gum biegają po chałupie... i klepią się po dupie"
Na ściennych ekranach reklamowych wokół siebie widziałem He-Mana. Całość animacji zrobiona była w stylu lat osiemdziesiątych, miała celowe artefakty i szumy, i idealnie naśladowała klimaty, którymi wszyscy zachwycali się na archaicznych kasetach VHS. Wyglądało na to, że ktoś się włamał do systemu wideo albo zrobił wyjątkowo głupi dowcip.
Może to pracownik, który właśnie odszedł? Albo ktoś załamał się nerwowo?
Tego nie wiedziałem, ale kabaret był nieprzeciętny. Managerowie biegali z przerażeniem w oczach, podczas gdy ludzie nie kryli ironicznych uśmieszków.
Siedziałem właśnie w biurze w Warszawie, a disco polo słychać było dosłownie wszędzie. Znajdowałem się w szklanym domu, miałem na sobie znienawidzony garnitur i patrzyłem na lewo i prawo, mając pod sobą szklaną podłogę. Gdy otwierano ten budynek, to właśnie ta podłoga stała się źródłem niekończących się sporów, gdyż pozwalała na patrzenie z dołu do góry i z góry do dołu.
Czy ludzie powinni być oglądani z tych stron? Czy powinni mieć świadomość, że ktoś ciągle patrzy na to, co robią?
Niektórzy rozpatrywali to filozoficznie, inni patrzyli pod kątem wycieku informacji, a kolejni mieli głęboko w czterech literach. Każda strona miała swoje oczywiste racje, ostatecznie jednak ustalono, że normalne podłogi będą tylko w toaletach.
Przyzwyczajenie do wszechobecnych kamer powodowało, że temat szybko spowszedniał. Ktoś zrobił nawet statystyki i wielu zaskoczył wynik, że najwięcej obiekcji miały dystyngowane paniusie, które nagle musiały zacząć nosić porządne majtki i ukrywać co bardziej odważne zabawki erotyczne.
Sam nie lubiłem takich biur, bo nie można było siedzieć w nich z koleżanką kolano w kolano i słuchać muzyki z jednego zestawu słuchawek. Niewątpliwy minus.
Żeromski miałby używanie opisując to wszystko. Szklane, nowoczesne budynki, wykorzystujące wszystkie zdobycze najnowszej techniki nie potrzebowały klasycznej klimatyzacji i często miały własną elektrownię i pełen recycling wody.
Samowystarczalność i wygoda w bryle prostokąta. Nawiązanie do kloców stawianych na polskich wsiach. Piękno i funkcjonalność, i na dodatek kicz w jednym.
Takie klocki powstawały masowo w Warszawie i okolicach. W większości pracowali tam fachowcy od IT, w wielu uprawiano warzywa i owoce, a kolejne bez szklanych podłóg były mieszkaniami. Sprawdzało się to znacznie lepiej niż Mega City One, a ja byłem dumny, że wymyślono to właśnie w Polsce.
Moi rodzice patrzyli z przerażeniem na upadek World Trade Center. Na pewno nie myśleli, że ich syn będzie w czymś takim mieszkał.
Najlepsze w tym wszystkim było jednak jedzenie. Każdy posiłek w systemie bufetów kosztował jedyne trzy złote warszawskie, ale był urozmaicony i całkiem zdrowy.
Nie miałem ze swojej wieży daleko do domu, bo tylko dwadzieścia minut kolejką średnicową. Wygodne rozwiązanie, a na pewno lepsze niż przestarzałe metro. Wielka tuba została poprowadzona na poziomie drugim między kolejnymi wieżami i działała praktycznie tak samo jak przereklamowany Hyperloop. Nie było w niej zbyt dużo powietrza, więc wagoniki mogły poruszać się bardzo szybko. Było cicho i ekologicznie, nikt nie martwił się również o korki.
Ile razy w weekend odwiedzałem Stare Miasto i Śródmieście, to nie mogłem się nadziwić, jak też ludzie w dawnych mogli korzystać z tak nieoptymalnych rozwiązań. Kamienice. Też mi coś. Małe, ciasne, śmierdzące, umieszczone przy uliczkach, gdzie wylewano całe gówno świata. Albo te całe wielkie arterie komunikacyjne w Śródmieściu, gdzie dzień w dzień stało morze smrodliwych aut, ciężarówek i autobusów, które bezsensownie emitowały masę energii w powietrze.
Nieraz się cieszyłem, że Warszawa pozostała łącznikiem między Azją i korporacjami na zachodzie. Znaleźliśmy swoją niszę. Księgowość. Programowanie. Security. Testowanie. Ciekawe, że udało się to nawet w epoce po globalizacji. Jedna wieża zazwyczaj pracowała dla jednego dużego korpo, którego nie było stać na własnych ludzi, i nikt nie robił z tego wielkiego halo. Po epidemiach byliśmy wyspecjalizowani jak cholera, i inne korporacje biły się o naszych informatyków, z kolei nasi managerowie wręcz wychodzili z siebie, żeby przestrzegać ustaleń berlińskich z trzydziestego i niewielkiej ilości transferów.
W tym roku padło właśnie na mnie. Entliczek, pentliczek, bęc. Małpa chciała, to dostała. Strzelczyk znów pokazał, że jest dzieckiem szczęścia.
Tutaj takie wieści rozchodziły się dosyć szybko. Moi koledzy już zaczęli bezwzględną wojnę o projekty po mnie. Widziałem to chociażby rano, gdy kilka osób próbowało mi się podlizać. Wyścig szczurów, który mnie już nie interesował. Celowały w nim zwłaszcza panny, które kiedyś mnie nie zauważały, a teraz wychodziły z siebie, żeby zwrócić moją uwagę.
Mój humor najbardziej jednak poprawił manager, który wezwał mnie na dywanik i śmiertelnie poważnym tonem wygłosił umoralniającą mowę tronową:
- Masz problem z autorytetami. Uważasz, że jesteś wyjątkowy, że w jakiś sposób zasady nie dotyczą ciebie. Oczywiście jesteś w błędzie. Ta firma jest jedną z najlepszych firm programistycznych na świecie, ponieważ każdy pracownik rozumie, że jest częścią całości. Tak więc, jeśli pracownik ma problem, firma ma problem. Nadszedł czas, aby dokonać wyboru. Albo zdecydujesz się być przy biurku na czas od tego dnia, albo zdecydujesz się znaleźć samodzielnie inną pracę. Czy wyraziłem się jasno?[1]
- Tak, perfekcyjnie jasno[2] - odpowiedziałem, bo z leśnym dziadkiem nie było sensu się spierać.
Czułem, że czekają mnie trzy ciekawe miesiące, tymczasem szyfrowane połączenia sieciowe na piętrze szlag trafił, i dlatego wyciągnąłem telefon i zacząłem przeglądać apki.
Ładne kolorki. - Kliknąłem bez zastanowienia na "Pięć".
Dobre opinie. - Znów "Pięć".
Nieaktualne dane. Popatrzmy. Koleś najwyraźniej nie ma czasu na aktualizacje i pewnie dlatego pisze, że zrobi to za tydzień. Kiepska wymówka. Niech się nie opierdala. Co z tego, że się stara i przeprasza. - Nie miałem oporów przez postawieniem pały.
Znudziło mi się to i przeszedłem na JoeMonsteraMax, gdzie poczytałem masę śmiesznych obrazków... i artykuł, jak znani ludzie są wcieleniami dusz sprzed wieków.
Idiotami są ci, którzy wierzą w coś takiego - pomyślałem patrząc na Nikolasa Cage i przeszedłem do newsów.
"Katedra będzie miała szklane wstawki".
Mowa była oczywiście o pożarze sprzed wielu lat, przed którym przestrzegano już trzy lata wcześniej. Przy okazji rozważań o Notre Dam wielokrotnie zastanawiałem się nad tym, co to właściwie znaczy stworzyć dobre dzieło.
Jeśli autor napisze książkę, to która wersja jest tą właściwą? Czy ta przed poprawkami korektora? Konkretne wydanie? A inne wydania stają się już nowym dziełem? A czy dodanie komentarza od jakiegoś redaktora to już zmienia wszystko?
Od zawsze uważałem, że ludzie na ogół nielogicznie traktują wiele rzeczy. Dla mnie było dziwne, jak kucharze są nagradzani za coś, co po chwili ulega zniszczeniu. Dziwniejsze było jeszcze to, że w restauracjach oczekuje się pełnej powtarzalności przepisu, a to przecież oznaka ordynarnego rzemieślnika, a nie artysty, którego każde dzieło powinno być inne i niepowtarzalne. Śmiać mi się bardzo chciało z tego, że mężowie chwalą żony za obiad, a żony się cieszą. Podobny ubaw miałem z baristów, którzy robią zawody i oceniają wygląd kaw o absurdalnie krótkim żywocie.
Ale nie tylko to. Ludzie cieszą się, gdy w muzeum zobaczą samochód czy samolot. Nikt nie chce nawet myśleć, że większość z nich wykastrowana jest z silnika albo przykryta grubą warstwą szpachli. Wszyscy zapominają, że każdy z tych pojazdów w trakcie eksploatacji miał wielokrotnie zmieniane części i kolejne egzemplarze dzięki temu są unikalne i niepowtarzalne i nie mogą równać się z innymi.
Tak samo z kościołami. Wielokrotnie odnawiane i przerabiane przez lata traciły oryginalne elementy, ale od zawsze traktowano je tak, jakby od wieków były zamrożone w czasie.
Czy to nie dziwne?
[1] Proszę poczekać tu na moich kolegów.
[2] Proszę usiąść i czekać. Mamy informację dla pana z pańskiej firmy.
[3] Pan Gniazdowski? Prosimy z nami.
[4] "Cudowna broń" niem.
[5] "But there's one more thing" Steve Jobs
[6] Ojciec Klimuszko
[7] Prawo Melvina Conwaya mówi, że organizacje projektujące systemy są zmuszane do przygotowywanie projektów, które kopiują struktury komunikacji wewnątrz organizacji.
[8] "ciało najwyższe" - "Interregnum" Przemysław Karda
[9] Cytat z któregoś filmu polskiego.
[10] "Rok 2012 antologia" (opowiadanie Joanny Łukowskiej)
[11] "Tekst" Glukhovsky
[12] Słowa Roberta Brunnera z Apple, książka "Jony Ive Geniusz, który zaprojektował najsłynniejsze produkty Apple" Leandera Kahney.