Rozdział 1Synowie anarchii
Puste perony dworca PKP w Świdniku prezentowały się niczym zawieszona w czasie fotografia z końca XX wieku. Pozbawiona życia konstrukcja z betonu i stali straszyła w nocy widmowymi światłami padającymi na szare ściany upstrzone bazgrołami, górnolotnie tylko nazywanymi graffiti. Biegnąc w ciemność, zdawały się cicho i z cierpliwością nieboszczyka oczekiwać na choćby jeden pociąg, który mógłby tędy przejeżdżać w kierunku Lublina.
Konrad Harkov stał na środku peronu numer jeden, bezwiednie patrząc w przestrzeń. Starał się odtworzyć w pamięci widok tego miejsca sprzed lat, zanim postawiono tu wiaty czy zamontowano rzędy lamp rzucających światło zimne niczym to w kostnicy. Przywoływał swoje pierwsze wspomnienie, zastanawiając się, ile tak naprawdę mógł zapomnieć w ciągu niemal trzech dekad tej dziwnej egzystencji.
Nie pamiętał dzieciństwa ani rodziców. Nie miał również pojęcia na temat swojej dorosłości ani tego, kim był za życia. Nie odnajdywał w sobie żadnego śladu tamtych czasów, nieważne, jakie scenariusze by układał w głowie. Nic oprócz smutnego uśmiechu kobiety o imieniu Anna - tej, którą widział w majakach, kiedy na kilka dni został zakopany w grobie gdzieś w bieszczadzkich lasach.
Jego historia rozpoczęła się właśnie tutaj. Na zimnym, cuchnącym szczynami kawałku betonu. Bez życia, bez pamięci. Kompletnie nigdzie.
Dworzec tonął wtedy we mgle. Konrad wyłonił się z niej, zupełnie jakby go zrodziła. Nie wiedział, co tam właściwie robił, lecz czuł, że instynkt lub jakaś inna niepojęta siła przyprowadziła go w to miejsce. Może to echo jakiegoś szczególnie silnego wspomnienia ciągnęło go na dworzec kolejowy? Uciekał? Szykował się do podróży? Co do jednego zawsze miał pewność - dworzec w Świdniku nadawał się co najwyżej, by rzucić się pod pociąg, a nie rozpocząć nowe życie. O ile jakiś pociąg tędy w ogóle przejeżdżał...
W kieszeni znalazł wtedy kilka wymiętych banknotów i nic więcej. Na ramieniu niósł pokrowiec skrywający kosztowny samurajski miecz. Z tym jednym przedmiotem czuł prawdziwą więź. Na dłoniach miał zgrubienia w idealny sposób zgrywające się z pokrytą jedwabnymi splotami rękojeścią. Kiedy dobywał miecza, po prostu wiedział, jak go używać. W jego rękach ta broń z muzealnego eksponatu stawała się śmiercionośnym narzędziem łaknącym krwi nie mniej niż on sam.
Właśnie ten miecz spoczywał teraz przytroczony do bagażu na motocyklu zaparkowanym tuż za betonowym klockiem kasy biletowej. Miecz, który niósł śmierć i budził w nim demona. Jego najprawdziwsze przekleństwo i jedyny łącznik z przeszłością. Artefakt, z którym nie potrafił się rozstać, a który zdolny był zesłać szaleństwo na każdego, kto nieopatrznie go dotknął.
Konrad doskonale pamiętał to przejmujące uczucie, które wywołało w nim potrzebę działania. Umierał. Nie tak, jak może tego doświadczać człowiek leżący na łożu śmierci czy żołnierz ranny podczas potyczki. To było coś o wiele głębszego. Przemożne wrażenie kończącego się czasu. Życia umykającego z niego niczym powietrze z przebitego balonu. Zupełnie jakby w tej właśnie chwili miał stracić wszystko, opuścić jakichś abstrakcyjnych bliskich i odejść na zawsze ku zapomnieniu. Lecz instynkt przetrwania drapieżcy oraz jakaś nieokreślona, wszechogarniająca tęsknota trzymały go na tym świecie. Kazały konsumować cudze życie, aby podtrzymać własne. Kazały pić krew.
Życie płynące w ludziach otaczało go z każdej strony. Tu, na tym dworcu i dalej, gdzieś na ulicy oraz w znajdujących się w pobliżu domach. Jedni mieli go w sobie więcej, a inni zdecydowanie mniej. Koszmarnie ekstatyczna muzyka, w rytmie serc odmierzających czas do śmierci, grała melodię jego wybawienia.
Pragnienie krwi obezwładniało. Odbierało rozum. Pożądał jej jak narkoman kolejnej dawki cudownego leku na codzienność. Czuł, jak w ustach robi mu się wilgotno, a w klatce piersiowej budzi się nieprzyjemna lekkość. Posilić się oznaczało doznać najwyższego spełnienia, ekstazy niemogącej równać się z niczym innym. Po raz kolejny zakpić ze śmierci.
Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, na dworcu znajdowała się wtedy młoda kobieta. Krucha i zziębnięta. Spoglądała na niego ukradkiem, a w myślach raz po raz błagała, by pociąg wreszcie przyjechał. Pachniała strachem, żelazem i kwiatami. Każdy jej oddech wypuszczał na świat powietrze, które jeszcze przed chwilą wypełniało soczyście ukrwione płuca okalające trzepoczące z niepokojem serce.
Zdecydowanie za późno wracała z pracy. Zapach młodzieńczego potu i papierosów, niedbale przysłonięty mgiełką perfum, jedynie wzmagał pożądanie. Kręciła się nerwowo i przestępowała z nogi na nogę, coraz mocniej otulając się płaszczykiem zbyt cienkim jak na tę porę roku. Pociągi nigdy nie przyjeżdżały wcześniej. Jeżeli już, to tragicznie się spóźniały.
Rozmowa z kobietami zawsze przychodziła mu gładko. Jego niezwykły wygląd przykuwał uwagę i intrygował. Z początku nieco przerażał, ale zarówno przystojne oblicze, jak i świdrujące spojrzenie wpadających w upiorną zieleń, szaroniebieskich oczu szybko sprawiały, że długowłosy albinos zdobywał zainteresowanie płci przeciwnej. Do tego mówił z wyraźnym francuskim akcentem, od czasu do czasu mimowolnie wplatając w zdania miękko brzmiące słowa języka miłości.
Tym razem jednak nie poszło mu zbyt łatwo. Być może okrutna desperacja i pożądanie za mocno malowały się na jego bladym obliczu. Język mu się plątał, a usta drżały.
Młoda kobieta nie słuchała, tylko czym prędzej się oddaliła. Zamiast skierować się tam, gdzie mogli być jeszcze jacyś ludzie, ku swojemu nieszczęściu postanowiła uciec do przejścia podziemnego. Jej fatalny wybór mógłby usprawiedliwiać fakt, że w godzinach nocnych Świdnik i tak był praktycznie wymarłym miastem.
Wampir dopadł ją w podziemiach. Bezceremonialnie chwycił od tyłu, odciągnął głowę i zatopił kły w szyi. Rozdarł ją brutalnie, by dostać się do tętnic skrywanych przez napięte mięśnie. Pił łapczywie i bez opamiętania. Szybko poczuł, jak wraz z pożeranymi siłami witalnymi konsumuje coś jeszcze. Przez kilka ostatnich uderzeń serca ofiary doświadczał jej wspomnień. Uśmiech matki. Kłótnię z chłopakiem. Trudne i nudne chwile w pracy. Marzenia o karierze po studiach. Troski i nadzieje. A potem nie było już nic.
Kiedy skończył, ona już nie żyła. Jej pozbawione ducha ciało opadło bezwładnie na zaszczany chodnik. Krucha powłoka opuszczona przez nieoczywiste piękno wraz z wyssaną przez tętnice duszą.
Satysfakcja okazała się równie gorzka, co upajająca. W bolesny sposób zrozumiał wtedy, jakiej potworności się dopuścił. Niby wbrew własnej woli, lecz całkiem świadomie stał się mordercą. Przestraszył się tego, ponieważ gdzieś głęboko tkwiła w nim potrzeba pomocy, wyrażana przez natrętną myśl: Przede wszystkim nie szkodzić...
Dźwięk nadjeżdżającego pociągu brzmiał jak zbawienie. Wbiegając po schodach, zauważył wciśniętego w kąt nędzarza kulącego się w głębi archaicznego wózka inwalidzkiego. Otulony starymi kocami patrzył zza zasłony brudnych włosów oblepiających pomarszczoną twarz.
Człowiek ten nie był przerażony ani pijany. Nie spał. Wielkimi oczyma patrzył na krwiopijcę wycierającego krew z twarzy. Świdrował go wzrokiem, a jednocześnie zaczynał drżeć. Jego oblicze wykrzywiło się, a paskudnie popękane usta ujawniły rzędy czarnych pokruszonych zębów. Szaleńczo chichotał, a z jego oczu płynęły wielkie czarne łzy. W końcu przestał się kontrolować i zaczął zanosić się histerycznym śmiechem. Przecierał twarz brudnymi dłońmi, rwał włosy z głowy, wył i krzyczał jak opętany. Konrad mógł tylko patrzeć na niego z coraz większą odrazą i przerażeniem.
Dźwięk hamującego pociągu obudził wampira ze stuporu. Albinos otrząsnął się i porzucił bezdomnego szaleńca. Wbiegł na peron, by wskoczyć do najbliższego wagonu. Pojechał, byle dalej od tego przeklętego miejsca. Ten histeryczny śmiech prześladował go już zawsze...
Często wracał tu myślami. Odebrał niejedno życie, ale w swej wypaczonej moralności tłumaczył sobie, że potrafi jeszcze odróżnić dobro od zła. Jeżeli w ogóle miał sumienie, to musiało ono przypominać spalony obraz, który malarz próbował naprawić, oszukując się, że farbą pokryje zwęglone i podziurawione płótno.
Teraz zaś, niemal trzy dekady później, znowu stał na tym samym peronie. Nie wiedział, czemu nigdy wcześniej go nie odwiedził. Dlaczego nie badał swojej przeszłości. Może dlatego, że przywołując wspomnienia tej przeklętej nocy, zawsze widział obraz młodej kobiety otoczonej przez zimny i wilgotny opar.
Kiedy tylko zamykał oczy, widział jej oblicze i słyszał ostatnie myśli. Pamiętał doskonale oczy jej matki. Kojarzył, dlaczego pokłóciła się z chłopakiem oraz czemu tego żałowała. Tak właśnie działo się z ofiarami, z których wysysał życie do cna. Pozostawały one już na zawsze we krwi i w pamięci. Przypominały o sobie i nie dawały spokoju niczym natrętne upiory. Być może takie piekło właśnie przygotowano dla przeklętych? On zaś był przeklęty po wielokroć. Zbyt wiele głosów zawodziło w jego głowie.
Niedawno zakończony pobyt w Bieszczadach miał za zadanie ostatecznie odciąć go od świata i przynieść upragniony spokój. Niestety przeszłość dogoniła go nawet na odludziu.
Może to przeznaczenie, a może jedynie zrządzenie złośliwego losu, lecz to właśnie osoby, których samo istnienie doprowadziło do decyzji o odsunięciu się na bok, sprawiły, że Konrad znalazł się dokładnie w tym miejscu. Kilkanaście lat temu skrzywdził ludzi pragnących zrobić coś dobrego. Zniszczył ich życie i już na zawsze naznaczył je nieszczęściem. Zrobił to tylko dlatego, że mu kazano. To był test. Miał wykazać się lojalnością. Zrobił to, a kiedy zrozumiał, co się stało, skonfrontował się ze swoim zleceniodawcą. Upokorzył go.
Wiele rzeczy w sposób naturalny miał w głowie. Należały do niego, a nie do jego ofiar. Zdobyta za życia wiedza oraz umiejętności pozostawały instynktowne jak chodzenie czy mycie zębów. Tyle że nie pamiętał, jak i kiedy się ich nauczył. To samo dotyczyło tego, że potrafił posługiwać się mieczem, prowadzić samochód czy motocykl. Nie wiedział też, skąd ma tak rozległą wiedzę medyczną. Przydała mu się ona nie tylko po to, by znaleźć mizerny substytut ludzkiej krwi, ale i pomogła wykreować alter ego niezbędne, by poruszać się wśród żywych.
Nie miał również pojęcia, jak się nazywał w poprzednim życiu. Wydawało mu się, że pochodzi z Belgii lub Francji. Choć często szukał, nie potrafił znaleźć imienia, które cokolwiek by dla niego znaczyło. Jacques, Pierre, Jules, Hugo... Wszystkie brzmiały tak obco. Nic więc dziwnego, że kiedy za pierwszym razem przyjechał do Warszawy, osoby - które poznał - szybko nadały mu pseudonim odnoszący się do osobliwego koloru jego oczu. Nawet wśród swoich był odmieńcem. Wyprowadzając się na ubocze, postanowił przyjąć jakieś prawdziwe imię i nazwisko. Tak zatem narodził się Konrad Harkov.
Paradoksalnie to osoby napotkane w skrytym w Bieszczadach Jagniątkowie sprawiły, że niemal zaakceptował swoją wampirzą naturę. Być może zostałby tam razem z nimi, gdyby nie fakt, że przeszłość przyciągała go niczym wir. Szalony policjant, skrzywdzona kobieta i jej chore dziecko, barman z altruistycznymi ciągotami. Pojawili się i namieszali w jego mizernej egzystencji. Być może to przeznaczenie, jakieś mistyczne wezwanie, któremu się poddał. Niezależnie od przyczyn po raz kolejny udowodniono mu truizm mówiący, że czyny odbijają się echem w wieczności.
Wieczorny powiew rozwiał jego pozbawione pigmentu włosy. Zimne powietrze niosło mdłe dźwięki miasta. Trzask przewodów elektrycznych, szum znajdującej się niedaleko trasy tranzytowej. Gdzieś pomiędzy tymi jakże znajomymi odgłosami cywilizacji Konradowi grała jedna fałszywa nuta, na którą składało się odległe wycie silników i nieregularne huki wystrzałów.
* * *
Artur mordował swój leciwy motocykl. Sporadycznie mijane na skrzyżowaniach samochody migały światłami i gniewnie atakowały go pohukiwaniem klaksonów. On jednak nie zwalniał, nie patrzył nawet w ich stronę. Skrywany przez skorupę kasku szalony uśmiech nie schodził mu z twarzy. Zdecydowanymi ruchami nadgarstka sprawiał, że honda super magna desperacko krzesała kolejne pokłady mocy, niosąc go arteriami przedmieść Lublina.
Poprzez warkot silnika i buczenie pustych wydechów nie słyszał wiele ponad szum krwi w uszach i urywany oddech świszczący w ustach. Przygryzał wargi i spinał się, przerzucając ciężar ciała to na prawo, to na lewo, by zwinnie lawirować między pojazdami.
Trzy potężne harleye mknęły tuż za nim. Ich wzbogacone halogenami światła uderzały prosto w hondę. Choć przy pierwszej okazji odgiął lusterka tak, żeby go nie oślepiały, wiedział, że cały czas pozostaje w świetle reflektorów.
Motocykl Artura był lżejszy od maszyn prześladowców i tylko dlatego jeszcze go nie dopadli. Przynajmniej tak mu się wydawało. Co chwilę słyszał głośne huknięcia, lecz nie zastanawiał się, czy ktoś do niego strzela, czy to tylko wystrzały z pustych rur zmodyfikowanych bestii. Gnał przed siebie. Mijał industrialne magazyny i biurowce, by za moment wpaść w gąszcz ciasnych uliczek osiedla domków jednorodzinnych.
Przeciął małe rondo i wskoczył na długą prostą prowadzącą w kierunku Lublina. Widząc pustą drogę, odkręcił manetkę do oporu i przytulił się do zbiornika, byleby zmniejszyć opór powietrza. Przeciążony do granic możliwości silnik wył wniebogłosy.
Wskazówka prędkościomierza mozolnie opadała w kierunku zamykającej go liczby 200, kiedy konsolka hondy zamigotała czerwonymi i żółtymi światłami. Maszyna zaczęła charczeć, krztusić się i tracić moc. Wibracje silnika momentalnie zrobiły się tak mocne, że utrzymanie kierownicy stało się niemal niemożliwe.
- Kuurrrwa mać! - Artur zawył z wściekłości.
Motocykl toczył się chwiejnie przez kilkaset metrów, lecz walka została już przegrana. Silnik umarł pośród duszącego smrodu gumy i zgrzytu metalu.
Siłą rozpędu zjechał na szutrową ścieżkę prowadzącą do lasu. Trzy harleye toczyły się za nim, a kiedy się zatrzymał, kierowcy zaparkowali w pewnym oddaleniu i wyłączyli bulgoczące maszyny.
Ogłuszające dudnienie przesyconej adrenaliną krwi mieszało się z piskiem będącym pozostałością wygasłej już kakofonii. Do nozdrzy Artura docierały wyraźny zapach wymieszanego z benzyną oleju skwierczącego na obudowie silnika oraz smród przypiekanego plastiku - efekt przegrzania sprzęgła.
Nie mając już nadziei na ucieczkę, zacisnął zęby i uniósł ręce do góry, lecz wewnątrz kasku wciąż szczerzył się do siebie. Pośród mieszaniny ekscytujących emocji na wierzch świadomości, niczym natrętne dziecko, przepychała się duma. Oto on, prospect1 White Eagles MC, zainteresował swoją osobą trzech Ravensów i przegonił ich po Świdniku.
Zsiadł z motocykla i odwrócił się w kierunku ścigających go motocyklistów.
- O ho, ho! - usłyszał rozbawiony głos. - Orzełek bez skrzydełek nam się poddaje! Chyba już nie chce się bawić.
Oczy Artura przyzwyczajały się do ciemności. Widział już całkiem wyraźnie mężczyzn stojących obok lśniących maszyn. Mieli na sobie skórzane kurtki, na które narzucili kamizelki z barwami Black Ravens MC. Przy ich pasach połyskiwały zwisające do kolan łańcuchy i pochwy z wojskowymi nożami.
O cie chuj... - pomyślał, kiedy zauważył, że mieli również pistolety.
Uśmiech znikł z jego twarzy, a po plecach przebiegły zimne mrówki. Czy oni naprawdę do niego strzelali?
- Gadaj - odezwał się najniższy z grupy. - Po cholerę kręciłeś się po naszym terenie?
Przełknął ślinę.
- Przejeżdżałem tylko. Ciotka mieszka w Świdniku. Odwiedzałem ją. Nie wiedziałem, że to wasz teren - wypluł z siebie stek kłamstw z pewnością godną zdolnego aktora.
- To czemu uciekałeś?
- Bo mnie, kurwa, goniliście! Ja tam wiem, o chuj wam chodzi?
Słysząc to, biker parsknął szyderczo i niedbale wycelował pistolet w jego stronę.
- Pierdolisz jak potłuczony. Młot cię wysłał na zwiady, czy ta jego wredna picza?
Arturowi zrobiło się słabo. Zabawa w berka z Ravensami to jedno, ale na to by grożono mu bronią, chyba się nie przygotował. Widział takie rzeczy w filmach i serialach, ale kiedy po raz pierwszy przekroczył próg clubhouse'a2 White Eagle MC, nie robił sobie złudzeń, że trafił do jaskini żyjących na luzie, rubasznych fascynatów dwóch kółek, a nie gangsterów. Mimo wszystko jakaś racjonalna część umysłu kazała mu oszukiwać się, że wycelowany teraz w niego pistolet jest na gaz lub gumowe kulki, a nie jest bronią z ostrą amunicją.
- Nie, panowie. Ja...
Niższy mężczyzna podszedł trochę bliżej i popatrzył mu w oczy.
- Zdejmij kask - polecił spokojnie. Zupełnie jakby podpowiadał mu, co ma robić, żeby wyjść z tego cało.
- Po co?
- Zdejmij, kurwa, kask, bo chcę widzieć, z kim rozmawiam.
Chłopak niechętnie rozpiął wysoki kołnierz kurtki i górne napy kamizelki. Sięgnął do opinającego się na brodzie paska, poluzował zapięcie i zdjął kask.
- Ja pierdolę, Taran - dało się słyszeć od strony motocykli. - To jeszcze dzieciak.
Mężczyzna zwany Taranem popatrzył głęboko w oczy Artura i zapytał:
- Jak się nazywasz?
- Art... no, Artur.
- Robiłeś zwiad.
- Ja...
- Zamknij ryj i słuchaj! Masz jaja i to widać. Naprawdę to doceniam. Zapierdalałeś jak dziki na tym swoim osiołku, aż go zajechałeś. Nawet teraz myślisz, że się wyłgasz bezczelną gadką. Ale ja widzę, coś za jeden. Nie masz jeszcze orzełka na plecach, a to znaczy, że chcesz się wykazać.
Chłopak nabrał powietrza i niechętnie przytaknął. Nie było chyba sensu ich oszukiwać.
- Wiesz, że mamy kosę z White Eagle - kontynuował Taran. - Chciałeś zobaczyć, co u nas słychać i zdać raport Młotowi... Po prostu się przyznaj. Każdy z nas to kiedyś przechodził.
Choć Artur wytrzymywał spojrzenie błyszczących oczu bikera, jego wargi zadrżały. Myśli gnały przez głowę chłopaka nie wolniej niż on sam jeszcze niedawno po ulicach Świdnika. Przez chwilę żałował nawet, że sprzedał swoją plastikową CBR-kę i kupił coś, co bardziej pasowało do rasowego klubu MC. Mając litrowy silnik między nogami, mógłby objechać te harleye bez mrugnięcia okiem... Tak przynajmniej uważał.
- No dobra... - jęknął. - Chciałem zobaczyć, co kombinujecie. Kręciłem się przy waszym clubhousie cały wieczór. Ktokolwiek tam u was na bramie stoi, jest ślepy albo niedorozwinięty... Pewnie jedno i drugie.
Taran zrobił wielkie oczy. Wyglądał, jakby miał zaraz urwać Arturowi głowę. Zamiast tego wybuchnął śmiechem i pokiwał głową z uznaniem.
- Zuch chłopak. Odważny, przedsiębiorczy i bezczelny. Marnujesz się w White Eagle. Może chciałbyś zobaczyć, jak to jest w prawdziwym klubie? Zastanów się. To jednorazowa propozycja.
Artur odparł prawie bez namysłu:
- Nie skorzystam. - W głowie ciągle miał obraz spokojnego klubu pielęgnujących nadwagę i marskość wątroby harleyowców. Jeżdżącego po zlotach i robiącego zakrapiane imprezy przy dźwiękach zapomnianych dawno hitów. Gangsterka nie była niczym, czego by w życiu szukał. - Słuchajcie, miło się gada, ale ja muszę lecieć...
Taran wzruszył ramionami i wrócił do swoich towarzyszy.
- Powinniśmy teraz zabrać ci kapotę i kazać po nią przyjechać z tymi patafianami z WEMC. - Kiedy odwrócił się w stronę Artura, przyjazny uśmiech zniknął z jego nieco bladej twarzy. - Tak byłoby w każdej innej sytuacji... Ale niestety, Arturku, dzisiaj masz pecha. Ja i chłopaki jeszcze nic nie jedliśmy.
- No i?
Artur wzdrygnął się, słysząc huk wystrzału, a natychmiastowe uderzenie w brzuch sprawiło, że się skulił. Naprzemienne zimne i gorące fale wywołane szokiem rozlały się po jego ciele, a rozgorączkowany umysł starał się ogarnąć to, co właśnie miało miejsce. Dopiero kiedy zobaczył krew na przyciśniętych do brzucha dłoniach, zrozumiał, że został postrzelony. Nogi miał jak z waty.
- No i - mruknął Taran - podałeś nam się na tacy.
- Co ty... - Chłopak nie dokończył, ponieważ jego ciało spinało się tak mocno, że zabrakło mu tchu.
- Na początku myślałem, że jak cię nastraszymy, to będziesz lepiej smakował. A tu się okazuje, że trafiliśmy na jebanego bohatera. No to powiedz mi... jak się teraz czujesz, bohaterze? - Oczy Tarana zalśniły czerwienią.
Słabość ogarnęła Artura, rzucając go na kolana. Piekący ból obezwładniał, a świat zaczynał wirować. Tak jak na filmach mocno przyciskał dłonie do rany, lecz widział, jak gorąca krew przesiąka przez ubranie i przecieka między palcami. W spanikowanym umyśle rozpętała się szaleńcza burza złożona ze strachu, żalu i woli przetrwania.
- Oooo tak! - Taran ucieszył się, szczerząc kły. - Tak jest, dziecino! To są aromaty, jakie lubimy!
Odległy warkot silnika sprawił, że mężczyźni obejrzeli się w kierunku drogi. Zobaczyli szybko zbliżający się pojedynczy snop światła.
- Jeden z naszych?
Mknący w ich stronę motocykl zwolnił, zjechał z trasy i zatrzymał się nieopodal. Zsiadł z niego wysoki albinos w skórzanej kurtce, na którą miał narzuconą wytartą i podziurawioną kamizelkę pozbawioną naszywek. Nie nosił kasku, a jego długie włosy spływały luzem na plecy.
- Dobry wieczór, panowie. - Konrad skinął do zdębiałych bikerów. W zimnym uśmiechu zaprezentował kły, by wiedzieli, że mają do czynienia ze "swoim". Bez dalszych ceregieli skierował się ku rannemu.
- A co ty, typie, odpierdalasz? - warknął Taran. - Wchodzisz między Ravensów a ich zdobycz?
Konrad nawet na niego nie spojrzał.
- Ta wasza zdobycz to przerażony dzieciak, nad którym się znęcacie... Pomijając kwestie marnotrawstwa krwi, to cokolwiek obrzydliwe. Równie dobrze moglibyście kopać skamlącego szczeniaka.
- Pojebało cię? Po pierwsze, chuj ci do tego. Po drugie, to nasz teren i nasze polowanie.
Artur nie miał nawet siły protestować, kiedy nieznajomy przykląkł przy nim i rozpiął mu kurtkę, żeby zbadać ranę.
- Kula weszła ponad biodrem, ale nie widzę rany wylotowej... Merde3.
Uwagę Konrada przykuła zakrwawiona koszulka, jaką ranny miał na sobie. Napis na niej głosił "Support WEMC", a motyw graficzny przedstawiał dumnego i gniewnie spoglądającego przed siebie białego orła. Trudno było pomylić ten wzór z czymkolwiek innym. Dreszcz ekscytacji przebiegł po plecach albinosa.
- Z kolacji nici, panowie - powiedział do Tarana. - Lepiej, żebyście stąd już odjechali.
Jak na komendę trzej członkowie Black Ravens MC unieśli broń. Widząc to, Konrad wstał szybko. Jego upiorne oczy lśniły gniewem i groźbą.
Nawet liche zmysły Tarana wyczuwały, że oto ma przed sobą przeciwnika, któremu trudno będzie sprostać. Jego instynkt przetrwania aktywował się niczym kiepski strażnik wyrwany ze snu, by w popłochu zacząć ostrzegać przed drapieżnikiem.
Taran skulił się w sobie. Wyciągnął rękę, aby pokazać towarzyszom, żeby nie strzelali, lecz ci najwyraźniej odczuli dokładnie to samo, bo zdążyli już opuścić broń.
- WYPIERDALAĆ - syknął Konrad, wkładając w słowa resztki mocy, jakie zdołał z siebie wykrzesać.
- Miałeś szczęście, dzieciaku, że to kupili. - Albinos uśmiechnął się do na wpół przytomnego Artura.
Przezornie odprowadzał wzrokiem odjeżdżających Ravensów. Spodziewał się salwy na pożegnanie, ale nic takiego nie nastąpiło, nawet nie puścili wiązanki przekleństw. Światła ich maszyn skierowały się w stronę Świdnika, by po paruset metrach zniknąć za zakrętem.
- Znamy się? - wyszeptał chłopak, bezskutecznie próbując się podnieść.
- Nie. I leż spokojnie. Załatam cię i wzywamy karetkę.
Kiedy ranny jęczał, próbując znaleźć pozycję, w której będzie go mniej bolało, Harkov zdjął kurtkę i podłożył mu ją pod głowę. Czuł, jak jego własne wnętrzności skręcają się w skurczach. Zapach przesyconej adrenaliną krwi i bezbronna ofiara znajdująca się tuż obok pobudzały zmysły. Czuł, jak kły powoli się wysuwają, a jego język robi się coraz bardziej suchy.
Nie posilał się od czasu opuszczenia Bieszczad. Choć nie było to dawno, nieumarłe ciało i przeklęta dusza ziarenko po ziarenku natrętnie odliczały drobinki życia bezpowrotnie umykające w nicość.
- Nie! - Artur zaprotestował. - Musimy ich ostrzec... Te zjeby się szykują...
Konrad gestem uciszył rannego i skoczył do motocykla, by wysupłać z bagażu torbę lekarską.
- O czym ty mówisz?
- Ravensi. Chcą najechać nasz clubhouse. Wiedzą... że dzisiaj jest duże zebranie. Szykują się... i jest ich więcej, niż myśleliśmy.
Intencje chłopaka były nieprzyzwoicie szczere. W tej gorącej głowie iskrzyła się troska o ludzi, których darzył lojalnością. Wierzył w nich i w więź z nimi. Konrad obawiał się, że rozumie, co to może zwiastować.
- W bójce im nie pomożesz. - Konrad ukląkł i zaczął wyjmować opatrunki z torby lekarskiej.
- Jakiej, kurwa, bójce? - wzburzył się Artur. - Ty ślepy jesteś? Przecież oni do mnie strzelali... Myślisz, że przyjadą tam napierdalać sarkazmem?
Choć niechętnie, Konrad musiał przyznać mu rację.
- Ja myślałem - kontynuował Artur - że kosa z innym klubem skończy się na niepodawaniu ręki na zlocie czy jakichś przepychankach... Ale widziałem ich dzisiaj. Zbierają się. Mają w cholerę sprzętu i nawet się z tym nie kryją. Noże, maczety, klamki... To będzie masakra.
- Dużo jest tych Ravensów? - zapytał Konrad, rozrywając zębami opakowanie z gazą.
- Co najmniej dwa razy tyle co naszych.
Albinos warknął niezadowolony. Pamiętał doskonale, do czego doszło, kiedy ostatni raz zignorował wolę pacjenta.
- Słuchaj, to naprawdę ryzykowne. Zrozum, że zostałeś postrzelony. To nie film. Krwawisz i bez pomocy lekarskiej będzie z tobą krucho. Jeżeli nie chcesz robić pod górę klubowi, to po prostu schowaj kamizelkę, a ja podrzucę cię do szpitala. Policji powiesz, że ktoś chciał ci... - Konrad bez przekonania zerknął na zajechaną, starą hondę - ukraść motocykl...
W odpowiedzi Artur pokręcił tylko głową. Jego myśli zdradzały, że jest zdecydowany jechać, ostrzec przyjaciół. Ten cholerny upór irytował, ale budził również podziw. Choć Konrad oklejał ranę, wiedział, że opatrunek za chwilę przesiąknie. Dzieciak potrzebował, by go zbadać, przetoczyć krew, wyjąć kulę i zobaczyć, jakich szkód narobiła.
Ostrożnie pomógł podnieść się Arturowi i zaczął ciasno owijać jego brzuch bandażem.
- Jak się nazywasz? - zapytał, chcąc odwrócić uwagę rannego od bólu.
- Artur...
- Enchanté4. Ja jestem Konrad. Wołają na ciebie jakoś w tym klubie?
- Nie. - Artur zaśmiał się i natychmiast tego pożałował. Zaniósł się bolesnym kaszlem. - Nie miałem szansy... jeszcze niczego odpierdolić... więc nie zdążyli mi przypiąć nic głupiego.
Albinos parsknął rozbawiony, po czym pomógł chłopakowi wstać i poprowadził go do motocykla.
- No to szykuj się, bo po dzisiejszej akcji raczej coś wymyślą.
- No, nie żartuj...
- Bebech... Kulka... Zwiad...
- Ja pierdolę...
- Tarcza, Postrzał, Pestka...
- Przestań, bo nie mogę się śmiać... - stęknął Artur. - Serio liczyłem, że będzie to coś mocnego. Coś jak... Wariat albo Twardy. Kurwa... nawet Młody byłoby lepsze...
- Wszystko, co zrobisz, zostanie wykorzystane przeciwko tobie, dzieciaku. - Konrad dosyć dobrze znał te środowiska. Mili, prości ludzie, ale pokręceni i zawsze szukający sposobności, żeby drzeć z kogoś łacha. - Bien5. Słuchaj mnie teraz uważnie. Ten orzeł na koszulce to symbol waszego klubu, prawda?
Artur pokiwał głową.
- OK. A czy tam, gdzie jest to zebranie, jest taka laska...
- Ja tu zdycham, a ty myślisz o dupach? To nie burdel. To męski klub motocyklowy. Prawdziwe MC!
- Skup się, jeune6. Kręci się tam taka dziewczyna? Blondynka, średniego wzrostu. Z twarzy ładna, nawet bardzo. Jak się wkurzy, to rozstawia wszystkich po kątach. Ma takiego samego orła wytatuowanego na szyi. Jeździ customowym harleyem. Oczy demona, ciało bogini i zawsze wie, kiedy gapisz się na jej tyłek...
- Magda - potwierdził mocno zdziwiony Artur. - Skąd wiedziałeś?
Harkovowi nagle zrobiło się spieszno, żeby jechać do siedziby klubu.
- Dzwoniłeś do nich?
Ranny zaprzeczył.
- To zrób to teraz. Niech się przygotują. Odstawię cię do szpitala, dasz mi adres i pojadę tam. Myślę, że jeżeli jest tam Magda, to raczej trzeba będzie pomagać tym całym Ravensom niż waszym. Ale wolę dmuchać na zimne.
Artur skrzywił się, najwyraźniej nie bardzo wiedząc, o co chodzi jego wybawcy.
- Nie... muszę tam być.
Konrad pomógł mu usiąść na bagażniku choppera.
- Czemu, kurwa, tak ci zależy, żeby tam jechać? Chcesz się wykazać, czy co?
- A tobie? - Chłopak uśmiechnął się krzywo. Jego twarz powoli zaczynała blednąć, a oczy już się szkliły. - Nigdy nie widziałem cię w klubie.
Po raz kolejny przebiegło Konradowi przez głowę, że ostatnim razem, kiedy zignorował prośby pacjenta, wynikły z tego ogromne kłopoty.
- Bo nigdy w nim nie byłem - odparł zgodnie z prawdą. - Znam Magdę i tyle. Dawne czasy. Pewnie bawiłeś się wtedy jeszcze drewnianymi konikami czy innym badziewiem...
- Magda nie jest członkiem klubu - powiedział Artur i jęknął, kiedy Konrad usadowił się w siodle tuż przed nim. - Nie może przecież...
- Ale założę się, że zawsze z wami jest. Prawda?
- Prawie zawsze... ale tak. Myślałem, że to groupie czy coś... Dupa Młota...
- Nie. - Albinos zaśmiał się szczerze i odpalił silnik motocykla. - Myślę, że jest trochę na odwrót. A teraz trzymaj się mocno. Niestety będzie trzęsło, a to znaczy, że będzie bolało.
- Wytrzymam - zapewnił Artur i zacisnął zęby.
Twardy dzieciak - wampir usłyszał myśl drapieżcy. - Dobra, silna krew. Szkoda, żeby tak się marnowała...
Ulice Lublina umykały pod szerokimi kołami warczącego choppera. Senne miasto witało Konrada pełnymi przyćmionej zieleni, złota i czerwieni jesiennymi przestrzeniami tchnącymi niepowtarzalnym urokiem. On jednak widział to miejsce zupełnie inaczej niż ktokolwiek inny. Dla niego było ono puste i mroczne. Wisiało nad nim widmo śmierci i bólu, jakim zostało bezpowrotnie naznaczone poprzez cierpienie tysięcy więźniów obozu koncentracyjnego oraz bestialstwem czynów dokonywanych w więzieniu umieszczonym w tutejszym zamku. Tym samym, który wystawiał dla zwiedzających przeklęty stół z odciskiem czarciej łapy. Zbrodniarze i demony. Ludzie starali się o nich nie pamiętać, ale to niewiele zmieniało w mistycznej konstrukcji świata.
Obóz oraz zamek były zatem miejscami, których Konrad unikał. Obawiał się tego, co jako istota krocząca na krawędzi śmierci i życia mógłby tam napotkać, oraz tego, co mogłoby się tam kiedyś przebudzić.
Lublin wydawał się przeklętym miastem i choć jego wampirzy rezydenci zwykli powtarzać, że od dawna nic ciekawego się tu nie działo, to Konrad wiedział, że jest ono jak tykająca bomba założona na ryglach wrót do piekła. Uśpione niczym piękny, lecz zwodniczy owad zdawało się czekać na jakiś znak lub wydarzenie. Gotowe zaatakować i oddać światu ogrom zła, jakie sprowadzili na niego ludzie.
Mijając wzgórze, na którym spokojnie spoczywał średniowieczny żydowski cmentarz, Harkov poczuł zimny dreszcz. To miejsce akurat znał nazbyt dobrze. Wejście na jego teren zawsze sprawiało mu spory kłopot. Już dawno nauczył się odróżniać zabobony od prawdziwego mistycyzmu. W tym konkretnym wypadku miał poczucie, jakby święta ziemia naprawdę nie chciała, by deptał ciemne alejki między rozpadającymi się macewami.
W swojej krótkiej karierze zmuszony był tam zagościć już zbyt wiele razy. Oprócz zagadkowego mauzoleum żydowskiego mistyka zwanego Widzącym z Lublina cmentarz ten miał jeszcze jedną, o wiele mroczniejszą tajemnicę. Niezbyt często zdarzało się, aby starsi członkowie wampirzej społeczności umierali śmiercią ostateczną. Kiedy jednak miało to miejsce, a oni cieszyli się jakąkolwiek estymą, społeczność chowała ich szczątki właśnie na tym wzgórzu.
Mieli coraz mniej czasu. Artur nadal krwawił, a wrogi klub motocyklowy mógł już szykować się do ataku na miejsce, gdzie prawdopodobnie znajdowała się przedstawicielka szybko topniejącej grupy osób, którym Konrad jeszcze ufał.
Zimny powiew rozwiewał włosy albinosa. Pachniał zielenią, tajemnicą, starym drewnem i betonem. Lublin miał wonie jak żadne inne miasto.
- WITAJ Z POWROTEM. - Konrad usłyszał delikatny kobiecy głos mknący na wietrze. - PRZYBĄDŹ DO MNIE. - Słowa przyciągały i odurzały. - CZEKAM.
Nostalgiczny uśmiech wykwitł na bladej twarzy wampira. Niektórym osobom nie wypadało odmawiać.
Jego rozmyślania przerwał pełen pretensji jęk siedzącego za nim Artura:
- Czy mógłbyś... coś zrobić z tymi cholernymi włosami?
Industrialny budynek z czerwonej cegły sprawiał wrażenie, jakby starsza część miasta wypchnęła go gdzieś na ubocze i zostawiła w samotności, by rozpadł się z czasem od wstrząsów przejeżdżających nieopodal pociągów. Otoczony ogrodzeniem z siatki przyozdobionej banerami reklamowymi, doskonale eksponował warsztat motocyklowy znajdujący się na parterze. Okna powyżej dokładnie zamalowano i zabezpieczono grubymi kratami przyprószonymi brązowym nalotem rdzy.
Zbliżając się do wjazdu na posesję, Konrad zauważył ubranego na czarno mężczyznę pilnującego bramy. Człowieka o ogromnej wręcz tuszy, którego podbródki ginęły gdzieś pod kołnierzem skórzanej kamizelki nieposiadającej jeszcze pełnych barw klubu.
Na widok nadjeżdżającego motocykla wartownik zaparł się i szarpnął skrzydło bramy, po czym, sapiąc, odsunął je na bok. Na czerwonym z wysiłku obliczu malował się wyraz determinacji i obawy. Jego niespokojne myśli rozlewały się dookoła niczym tłuszcz zza paska workowatych spodni. Pragnął jak najszybciej zamknąć wjazd i wrócić do wnętrza budynku, gdzie chroniły go stare mury.
Na parkingu przed warsztatem zebrało się kilku mężczyzn. Kręcili się w oczekiwaniu i kiedy tylko Konrad zatrzymał swoją maszynę, podbiegli, żeby pomóc zsiąść rannemu koledze. Wzięli go pod ramiona i poprowadzili do stalowych drzwi znajdujących się kilkanaście metrów na prawo od podwójnych wrót warsztatu.
Korzystając z faktu, że chwilowo wszyscy bardziej przejęli się Arturem, albinos zajrzał do warsztatu. Skąpana w ciemności hala kryła rzędy ciasno upchanych obok siebie motocykli. Wszystkie połyskujące i kompletne. Nie wyglądały jak ekspozycja czy sprzęty do naprawy.
- Schowaliśmy je. - Tuż za plecami Konrad usłyszał skrzeczący głos.
Odwróciwszy się, zobaczył mężczyznę o okrągłej twarzy naznaczonej pierwszymi zmarszczkami. Jak nakazywał obyczaj, Harkov przybił z nim piątkę, patrząc mu w oczy.
- Jestem Konrad.
- Adam, member7 White Eagle MC Lublin - przedstawił się biker. - Słuchaj, dzięki, że odwiozłeś młodego, ale jak widzisz, mamy tu mały problem i dla własnego bezpieczeństwa...
W tym momencie ciężkie drzwi prowadzące do budynku trzasnęły, a Adam stanowczo, acz delikatnie został odsunięty na bok przez niższą od siebie kobietę. Jej długie włosy koloru złota splecione były w ciasny, gruby warkocz. Podkreślone czarną kredką oczy spoglądały z wyrazem przejęcia i nadziei, lecz tlił się w nich żar zdolny spopielić niejedno serce. Nosiła obcisłą skórzaną kamizelkę bez naszywek, a jej wyrzeźbione ramiona i smukłą szyję pokrywały liczne tatuaże, w tym ten, który został odwzorowany jako barwy White Eagle MC. Bezceremonialnie złapała Konrada za rękę i pociągnęła za sobą.
- Chodź! - rzuciła. - Będziesz potrzebny.
- Ech... witaj, Magdo... - wydukał albinos po drodze. - Fajnie cię widzieć. - Nigdy nie potrafił się jej przeciwstawić, nawet gdyby bardzo tego chciał.
Weszli na piętro po betonowych schodach podświetlonych białymi i czerwonymi ledami. Ściany przyozdobiono tam wszelkiego typu częściami motocyklowymi, poczynając od plastikowych owiewek, przez starannie wykonane przekroje silników, na kołach zębatych kończąc. Nad wejściem do znajdującej się na górze sali zawieszono wielki baner z barwami klubu.
Wnętrze głównego pomieszczenia śmierdziało tytoniem, alkoholem i skisłym mopem. Szara mgła papierosowego dymu unosiła się dokładnie na wysokości wzroku, jakby jej głównym zadaniem było ograniczanie widoczności. Po lewej stronie od wejścia stał murowany bar, za którym krzątało się dwóch młodych mężczyzn. Podświetlane półki za ich plecami dość chaotycznie zastawiono wszelkiej maści butelkami. Ściany dookoła ozdabiały dziesiątki zdjęć, tabliczek oraz różnorakich prezentów upamiętniających wizyty innych klubów, imprezy czy wyjazdy.
Przy barze, tak samo jak i przy kilku drewnianych stołach ustawionych pod oknami, siedzieli przedstawiciele tej części społeczeństwa, która miała w naturze kipienie testosteronem. Choć pozornie różnili się od siebie wyglądem, wszystkich łączyła wspólna cecha - skórzane kamizelki. Większość z nich miała mniej lub bardziej znoszone naszywki z nazwą klubu oraz barwy naszyte na plecach. Ich twarze wyrażały niepokój i napięcie, które leczyli aktualnie przy pomocy wódki.
- Idziemy do kaplicy8. - Magda, nie zważając na oburzone spojrzenia, poprowadziła Harkova ku drzwiom znajdującym się w drugim krańcu sali, na których widniał napis MEMBERS ONLY.
Wewnątrz niewielkiego pomieszczania ustawiono skórzane kanapy i fotele, a na środku stał ogromny stół z wyrytymi na nim barwami klubu. Artura położono na blacie. Chłopak z każdą chwilą robił się bledszy, a jego brzuch i spodnie błyszczały od świeżej krwi. Obraz ten wywołał w Konradzie znajome dreszcze drapieżnego pragnienia i ekscytacji, powodujące mimowolne napieranie kłów na dziąsła.
- Zamknijcie drzwi - rzucił nieco automatycznie, skupiając całą uwagę na rannym. - Każcie przynieść najmocniejszy spirytus, jaki macie. Na dole przy motocyklu jest mój bagaż, w środku mam torbę lekarską. Niech ktoś szybko po nią leci.
Odpowiedziała mu cisza. Uniósł wzrok i rozejrzał się po pokoju. Oprócz Magdy dookoła znajdowało się sześciu bikerów. Ich marsowe oblicza mierzyły go krytycznymi spojrzeniami. Poza zapachem skór, papierosów i alkoholu nie wydzielali niemal żadnych woni. Tylko dwóch z nich w ogóle oddychało. Pozostali nie mieli nawet pulsu.
- Czy ja mówię niewyraźnie? - warknął Konrad poirytowany. - Próbuję coś dla niego zrobić.
Jeden z żywych mężczyzn wstał, podszedł do drzwi i zawołał kogoś, by wydać polecenia. Tymczasem Artur jęknął żałośnie i się skulił. Ból wywołany ruchem sprawił, że chłopak wyprężył się, narażając się na kolejny atak niewyobrażalnego cierpienia. W rezultacie wił się i jęczał, szukając pozycji, w której mógłby znaleźć choć odrobinę ukojenia.
- Przyjadą tu... - stękał. - Jeszcze dzisiaj... widziałem, jak się zbierają.
- Ilu? - Z najdalszej części pokoju dało się słyszeć pomruk potężnego mężczyzny. Widać było, że starał się nie patrzeć w kierunku rannego. Spuszczał oczy, szukając czegokolwiek, na czym mógłby zaczepić głodny wzrok. Dłonią zasłonił usta. Gdyby mógł, prawdopodobnie wyszedłby z pokoju.
- Trzydziestu. Może więcej... - odpowiedział Artur, a w jego słowach dał się słyszeć ogrom szacunku, jakim darzył rozmówcę. Niemal bał się do niego odzywać, a jednocześnie ekscytował się faktem, że w ogóle rozmawiają. Zupełnie jakby na chwilę zapomniał, że ktoś go postrzelił.
- Mieli sprzęt?
- Maczety... pistolety, butelki z benzyną...
Wśród obecnych nastąpiło chwilowe poruszenie. Nie zdążyli zapoczątkować żadnej dyskusji, ponieważ Artur zaniósł się bolesnym kaszlem.
- Uspokój się, dzieciaku, bo zrobisz sobie krzywdę. - Konrad położył mu dłoń na czole. Kiedy to nie pomogło, popatrzył mu w oczy i delikatnie, acz stanowczo wyszeptał zaklęcie:
- COMA...
Ranny zwiotczał. Oddychał już spokojniej, choć jego oczy nadal wyrażały przerażenie i ból.
- Do roboty - mruknął albinos pod nosem, akurat kiedy przyniesiono mu butelkę ze spirytusem i przybory medyczne. - Nie widziałem rany wylotowej. Pocisk małego kalibru, wystrzelony z niewielkiej odległości. Tym bardziej dziwi mnie, że kula nie wyszła. Minęła kręgosłup, ale mogła zahaczyć o wątrobę. Trudno ocenić. Zaraz się wszystko okaże, kiedy spróbuję ją usunąć.
Jeden z nieumarłych wstał z kanapy i zwrócił się do klubowych braci:
- Jaki jest sens go łatać? Na jaką cholerę nam ranny prospect? Wszyscy doskonale wiemy, że jego krew bardziej się teraz przyda. Silny jest, gnojek, nadal soczysty. Ciągle może pomóc, tyle że no... trochę inaczej. - Oblizał się, a jego oczy zalśniły czerwienią.
Potężnie zbudowany biker zgromił go wzrokiem. Zmarszczył czoło, co zniekształciło tatuaże pokrywające łysą głowę. Mówił wolno, a w tym basowym pomruku czaiła się oczywista groźba.
- Co ty, Majcher, pierdolisz?
- A to, co słyszałeś. Potrzebujemy sprawnych ludzi, a nie kaleki. Niech się poświęci dla klubu. Powiemy, że zeszło mu się od ran...
Łysol zerwał się z kanapy. Jego imponująca budowa i wzrost nie szły w parze z inteligentnym, pełnym emocji spojrzeniem. Już nie wyglądał, jakby chciał opuścić pomieszczenie, w którym na podłogę lała się żywa krew. Zrobił krok w kierunku Majchra. Sprawiał wrażenie, jakby mógł go chwycić i złamać wpół.
- Szanuj swojego prospecta - mruknął. - Bo kiedyś może zostać twoim bratem.
- Ale Pierwszy...
- Ani słowa.
Wykonując znane sobie czynności, Konrad przysłuchiwał się tej wymianie zdań z zaciekawieniem. Określenie "Pierwszy" oznaczało, że potężny łysol jest prezydentem9 tego klubu. Podobał mu się ten osobnik. Stoicki, silny, konkretny. Tatuaże na jego głowie mieszały symbole narodowe i słowiańskie motywy. Choć nie dało się przeoczyć napięcia między nim a Majchrem, trudno było ocenić, czy czuli do siebie prawdziwą niechęć lub rywalizowali.
Konrad pożałował, że nie może wyczuć, co chodziło mężczyznom po głowach. Niestety nieumarli nie mieli pulsu, nie pocili się, nie wydzielali zapachu ani nie emitowali fal mózgowych. To zaś potwornie utrudniało wyczucie ich emocji. Kiedy tego nie chcieli, słuchanie ich myśli również nie należało do łatwych zadań, a ci mający odpowiednie przeszkolenie potrafili się kompletnie odgrodzić od nadnaturalnych zmysłów.
Prezydent ukradkiem zerknął na Magdę. Nie umknęło to uwadze Konrada, tak samo jak ta delikatna iskierka potrzeby akceptacji, którą wyrażało owo spojrzenie. Kobieta w odpowiedzi niemal niezauważalnie potaknęła głową. Ta pozbawiona słów konwersacja potwierdziła przypuszczenia Konrada - Młot był potomkiem Magdy.
- Nie chcę się wtrącać w wasze sprawy - powiedziała. - Ale Młot ma rację. Chyba nie potrzebujecie tu zgonu. Dzieciak przyjął dla was kulę, prawda? Co więcej, zrobił, co tylko mógł, żeby tu z wami być i was ostrzec... niezależnie od tego, jak bardzo byłoby to głupie. W czasach, kiedy trudno komukolwiek zaufać, to powinno coś znaczyć, prawda?
Konrad syknął przeciągle. Choć skupiał się jak mógł, nie potrafił zlokalizować kuli w ranie wlotowej.
- Nie jest dobrze - zwrócił się do Młota. - Nie wiem, gdzie jest pocisk. Młody potrzebuje szpitala, ale jebany uparł się, żeby go tu przywieźć. Traci coraz więcej krwi.
- A może go przemienić? - rzucił Majcher. - Przyda się dodatkowa para rąk do pomocy.
- Nie - uciął Młot. - Po pierwsze, jest tylko prospectem. Oberwał dla nas, ale nawet roku go nie znamy. Jest na dobrej drodze, ale to nie wystarczy. Takie są zasady. Po drugie... to wszystko właśnie przez takie, kurwa, eksperymenty.
- Nie chcę być niemiły. - Konrad zdusił w zalążku rodzącą się dyskusję. - Ale czy moglibyście na razie zachować ciszę? Nie chcę się pomylić, a pacjent jest w naprawdę kiepskim stanie.
- Chyba cię pojebało - parsknął biker siedzący obok Majchra. - Nie będziesz w naszej własnej kaplicy mówił nam, co możemy, a czego nie! - Mężczyzna miał kwadratową szczękę i nonszalancko palił śmierdzącą cygaretkę. Na klapie jego kamizelki widniała dodatkowa naszywka z napisem Sergeant10.
- Jak na razie to wydaje mi się, że wam pomagam - mruknął Harkov, nie odrywając wzroku od pacjenta. - Beze mnie wasz najlepszy pomysł na obejście się z rannym to pizgnięcie go na stół i zastanawianie się, czy zdołacie sobie z niego zrobić przekąskę, zanim zdechnie.
Sierżant warknął i zerwał się w kierunku albinosa. Wystarczyło jednak, aby Konrad podniósł na niego wzrok, by mężczyzna zatrzymał się w miejscu jak wryty, a nawet cofnął o krok.
Ciągle stojący z boku Młot parsknął rozbawiony.
- Siadaj, Dante, i się nie wygłupiaj. Za młody jesteś, żeby wiedzieć, do kogo mówisz. To jest Cyjan. Magda przygarnęła go kiedyś pod swoje skrzydła. Prawie zrobiła go członkiem naszego rodu. Pracował dla Miłosza Klimowskiego. Kiedyś pojechał z nim na rozmowy do Krakowa. Podali mu rozwodnioną krew, więc chlusnął nią w twarz gospodarzowi...
- Nie w twarz, tylko na dywan... - poprawił go Konrad.
Młot wzruszył ramionami, po czym kontynuował z cieniem drapieżnego rozbawienia na twarzy.
- Tej samej nocy do jego pokoju zakradli się siepacze. Jeszcze przed świtem Cyjan podrzucił gospodarzowi ich ciała. Ładnie złożone, zapakowane w worki na śmieci, z przebitymi sercami. Po tym popisie rozmowy podobno szły już całkiem nieźle.
Dante nadal stał kilka metrów od Harkova, gotowy w każdej chwili udowodnić, że się nie boi. Choć kipiał gniewem, każda komórka nieumarłego ciała krzyczała, aby nie zbliżał się do istoty, w której szarozielonych oczach tliła się niewypowiedziana, lecz bardzo realna groźba. On również wyczuwał drapieżnika.
- Ten skurwiel zabijał takich jak my - syknął do Młota. - Czuję to... Pożerał ich...
- Więc go nie wkurwiaj. Ja nie mam zamiaru się z nim szarpać, a Magda... go lubi. - Głos potężnego mężczyzny przybrał ton pełen nieskrywanej niechęci.
W sali zapadła martwa cisza. Spojrzenia zebranych skupiły się na Konradzie. Nie potrzebował czytać w ich myślach, by wyczuć nie tylko odrazę, ale i strach. Jeżeli w świecie wampirów istniała gorsza zbrodnia niż zabójstwo innego członka społeczności, to było nią skonsumowanie jego duszy.
Do kaplicy zajrzał jeden z członków klubu.
- Jest problem - sapnął. - Na ulicy mamy całe stado Ravensów. Właśnie otwierają bramę... Do tego w całej okolicy wyją syreny.
- Pewnie coś odjebali, żeby odwrócić od nas uwagę - syknął Dante.
- Pójdę sprawdzić, co się dzieje - rzucił Młot i nie czekając na czyjąkolwiek reakcję, wymaszerował z pomieszczenia.
Zebrani spojrzeli po sobie.
- No, co tak siedzicie jak tępe pizdy? - warknęła Magda, aż zebrani się skulili. - Idźcie za nim. Nie pozwólcie wychodzić na zewnątrz reszcie chłopaków. Nie wiadomo, co tamci przygotowali.
Po chwili liczba osób w pomieszczeniu znacznie się zmniejszyła. Konrad rozluźnił się nieco, choć uwijał się jak w ukropie. Bezskutecznie starał się opanować krwawienie.
Już sama bliskość krwi dekoncentrowała go. Nie wywoływała mdłości czy zawrotów głowy jak kiedyś. Bezdusznie kusiła. Budziła w nim trudne do opanowania pragnienie, zdolne nakłonić go do zrobienia rzeczy, których by potem żałował.
Powiedz, że nic nie da się zrobić - usłyszał w myślach drapieżcę. - Sami chcą go zeżreć. Taka silna krew... Tak silny charakter... młody, pełen życia...
Zaklął pod nosem, próbując ignorować podszepty drapieżnej jaźni. Miał na głowie ważniejsze rzeczy. Co więcej, zdążył polubić tego chłopaka. Czuł, że Artur zasługuje na to, by żyć, lecz nadzieja z każdą chwilą topniała, a poczucie bezsilności wzrastało.
- Cyjan? Co się dzieje? - zapytała Magda spokojnie, niemal z troską.
- Coś jest nie tak. Nie przestaje krwawić. Jego brzuch robi się twardy... Obawiam się... że kula trafiła w miednicę lub żebro i rozpadła się w środku. Odłamki mogły dosłownie zmasakrować organy wewnętrzne. Jeżeli tak się stało, raczej go nie odratujemy.
- Jesteś tego pewny?
- To najbardziej prawdopodobne. Bez otwierania go nic nie wskóramy, a tutaj nie mamy absolutnie żadnych możliwości i warunków przeprowadzenia takiego zabiegu. Jedyne, co możemy zrobić, to przewieźć chłopaka do szpitala i liczyć na to, że tam coś wymyślą.
- Nie da rady.
- Chuja tam! - Konrad spojrzał na wampirzycę. - W szpitalu mają leki, narzędzia, aparaturę. Zawsze jest jakaś szansa.
- Nie o to chodzi. - Magda westchnęła. - Posłuchaj...
Harkov zamilkł i skupił myśli. Jego nadnaturalne zmysły czytały najbliższe otoczenie. Podpowiadały, że w sali obok siedzi kilkunastu zestresowanych mężczyzn. Na dole Młot zatrzaskiwał drzwi wejściowe, kiedy jego towarzysze wbiegali już po schodach. Na parking zaś z hukiem wtaczało się właśnie kilkadziesiąt grzmiących maszyn. Gdzieś daleko płonął budynek, wyły syreny straży pożarnej i policji.
- Mamy gości. - Magda położyła szczupłą dłoń na ramieniu albinosa. - Słuchaj, widzę, że go lubisz...
Konrad pochylił głowę z rezygnacją.
- To dobry dzieciak jest, czuję to - szepnął. - Cholernie mi go żal. Nawet teraz pozostaje przytomny. Słucha nas, ale nie użala się nad sobą. Myśli... o klubie. O ludziach, których wybrał na swoją rodzinę. Jedyne, czego pragnie, to...
- Wiem - odparła, pochylając się nad rannym i patrząc mu w oczy. - Stracimy go, ale nie zapomnimy.
Harkov odłożył na bok narzędzia i przycisnął dłoń do rany na brzuchu Artura. Niewiele mógł już zrobić. Czuł, jak chłopak z każdą chwilą słabnie.
Do pokoju wpadł Młot. Skrzywił się, widząc, jak blisko Konrada znajdowała się Magda, lecz chwilowo miał ważniejsze sprawy na głowie.
- Musicie to zobaczyć. Idźcie lepiej na dach, a ja z nim zostanę.
Pełny uwielbienia i szacunku wzrok Artura śledził Młota. Tymczasem Harkov wstał, zdjął rękawiczki i ruszył do wyjścia. W ostatniej chwili zatrzymał się i zwrócił do rannego:
- Możesz mówić.
Odczynił zaklęcie.
Przeszli na klatkę schodową, oboje wspięli się po metalowej drabince i wyszli na pokryty papą stary dach. Niespokojny wiatr ocierał się o nich zimnym powiewem, niosąc znad miasta jesienny chłód, smród spalenizny i wycie syren. Gdzieś w dali dało się zauważyć łunę płonącego budynku.
Kiedy zbliżyli się do gzymsu, ich oczom ukazała się płyta parkingu. Zajechały tam maszyny każdej maści, poczynając od ciężkich cruiserów, przez plastikowe turystyki, na smukłych nakedach kończąc. Ich kierowcy stanowili równie zróżnicowaną zbieraninę. Ubrani w kolorowe skóry lub tekstylia, nosili kamizelki z barwami Black Raven MC. Pomiędzy nimi Konrad zauważył znajomą sylwetkę Tarana i dwóch bikerów, którzy zaatakowali dziś Artura. W tej jednej chwili zapragnął skoczyć tam i rozerwać ich na strzępy.
W tłumie błyszczała przygotowana broń, płonęły już koktajle Mołotowa. Ktoś poniżej zajadle walił w stalowe drzwi prowadzące do klubu.
Nagłe olśnienie sprawiło, że Konrad zaklął siarczyście pod nosem. Widział przecież, jak Ravensi się poruszali, jak patrzyli. Część z nich oddychała miarowo, lecz jedynie z przyzwyczajenia. Bladzi, o gorejących pragnieniem oczach i drapieżnych spojrzeniach nie potrafili zbyt dobrze ukryć swojej nowej natury.
- Zgadza się - mruknęła Magda z niesmakiem. - Wszyscy są przemienieni... Co do jednego.
- Inacceptable11... To... szalone...
Kwaśny uśmiech wykwitł na zmysłowych ustach wampirzycy.
- Wojna. Chcą nas zniszczyć i wykorzystali największą broń, jaką dostali do rąk. Własną krew.
- Dwanaście lat... - Konrad westchnął. - Sporo się zmieniło przez ten czas.
- Nie tak znowu sporo...
- Żartujesz? Patronujesz klubowi motocyklowemu. Rozbudowałaś swój ród.
- Nieco za szybko...
- Zastanawiam się tylko, kto... - Konrad uciął w pół zdania. - To wy stworzyliście Ravensów.
- Black Raven to konkurencyjny klub - poprawiła go Magda. - Założony przez byłych członków White Eagle... nie byli zbyt kreatywni, kiedy wymyślali nazwę.
- Domyślam się, że byłych członków zarządu.
- Tak - przyznała, choć niechętnie. - Nie rozstali się w dobrych stosunkach. Chcieli kręcić interesy, dominować tereny, konkurować z gangsterami... i rozdawać naszą krew, żeby braki intelektualne zastąpić brutalną siłą.
Konrad nie wierzył w to, co słyszy. Nawet on miał tyle zdrowego rozsądku, by nie pochwalać mnożenia się wampirów na prawo i lewo.
- I ty o tym wiedziałaś? Przecież tworzenie nowych...
- Tworzenie nowych i oddawanie im nieśmiertelności to mistyczny rytuał, żeby nie powiedzieć, że kurewsko wielka odpowiedzialność - rzuciła tonem wiekowej mentorki. - Tajemnica, którą nie każdy zna i mało kto opanuje. Jak widzisz, nie bez powodu.
- Zgadza się. Nieudane próby mogą prowadzić w najlepszym wypadku do zerowych efektów albo do produkowania cienkokrwistych. A to jest degenerowanie naszej społeczności.
- Tak... i dlatego Młot nie zgodził się na ich żądania. Oni za to nie usłuchali. Próbowali, eksperymentowali, ale nie wychodziło im. Kiedy przesadzili i kolejna osoba umarła, Młot nałożył na nich bad standing: odebrał im barwy i prawo pokazywania się w siedzibie klubu, tym samym wykluczając z naszej społeczności. Liczył, że pójdą po rozum do głowy i w końcu skruszeni wrócą do rodziny. A oni zamiast tego przejęli dwie grupy motocyklowe z Lublina i na ich bazie założyli kompletnie nową strukturę.
Walenie do drzwi poniżej nabierało na sile.
- Magda, wiesz, że musisz to załatwić. - Harkov westchnął ciężko.
Kobieta oparła się na jego ramieniu i popatrzyła mu w oczy.
- Ja nic nie muszę. Temat ma ogarnąć ten, który dał im swoją krew. Chyba nie myślisz, że cały zarząd WEMC to moje dzieło? Młot jest tu moim jedynym bezpośrednim potomkiem, a zarząd to wyłącznie jego twór. Majcher, Dante, Zodiak to jego... dzieci. Ale tak, masz trochę racji. Wieści o tym gównie nie mogą dotrzeć do Warszawy. Nie chcę tu piesków Walońskiego.
- Długo mnie nie było. - Konrad zreflektował się po chwili. - Dowiedziałem się, że obecnie takie sprawy załatwia dla niego Tropiciel.
- Wiem - oznajmiła spokojnie. - Tym bardziej wieści nie mogą się rozejść. Nie mam zamiaru walczyć z kimś, kogo cenię.
- Musimy im pomóc. Młot i trzech jego synków kontra trzydziestu uzbrojonych zjebów... Nie mają szans.
- To tylko cienkokrwiści. - Wampirzyca wskazała zbieraninę pod budynkiem. - Taran i Grisza są potomkami Młota i mogą stanowić jakiś problem, ale nawet oni nie poznali sekretu prawdziwej przemiany. Reszta to męty. Odpady, które chodzą o własnych siłach tylko za sprawą jakiegoś niepojętego cudu.
Konrad zacisnął zęby. Szukał sposobu, jak dotrzeć do Magdy, ale miał wrażenie, że kobieta go nie słucha. Wiedział doskonale, że pomoc wampirzycy może by nie przeważyła szali na ich stronę, ale stanowiłaby wsparcie większe niż dziesięciu silnych mężczyzn. On sam zaś nie czuł się na siłach, by odstawiać bohatera. Gdyby jednak ich przemogli, być może udałoby się przetransportować Artura do szpitala.
- To nic nie zmienia - wskazał parking - tam jest krew z twojej krwi. Za darmo rozdana, jakby była niczym. Czy tylko ja uważam to za jebane świętokradztwo? Rozumiem, że chcesz karać Młota za pochopne tworzenie potomków przy pomocy wiedzy, którą mu ofiarowałaś, ale skala już was przerosła. Masz zamiar patrzeć, jak będą masakrować wszystko, co tu zbudowałaś?
Magda obdarzyła rozmówcę badawczym spojrzeniem.
- Zmieniłeś się - stwierdziła, mrużąc oczy. - Kiedyś rzuciłbyś się na nich, tylko by pomachać tym swoim mieczykiem. Ale teraz... troszczysz się o nas. O mnie. O mój ród. O tego umierającego dzieciaka. Jasne, chcesz go pomścić, może i uratować, ale... - W jej oczach błysnęło zrozumienie. - Ty zwyczajnie nie chcesz więcej wampirów na tym świecie. Obawiasz się o ludzi.
- To źle? Oni byli tu przed nami.
- Nie wiesz tego.
- Może... Ale żyją, kochają, mają rodziny. A my? Jesteśmy pasożytami. Wegetujemy, żywiąc się na nich. Jak szczury chowamy się po miastach i przemykamy w cieniu. Spójrz tu na dół. Zgraja bestii stworzona przez zjebów nieznających ograniczeń. Ilu może przez nich jeszcze umrzeć? Jaka jest szansa, że żaden nie oszaleje i nie sprawi, że ludzie się o nas dowiedzą?
- Mylisz się. Żyjemy obok nich, ale pod żadnym względem nie jesteśmy gorsi. Spójrz na mnie, Młota czy jego dzieciaki. Stworzyliśmy rodzinę. Wierzymy w coś. Ufamy sobie. Przyjęliśmy własny styl życia. Odseparowani od większości wymysłów ludzkiej cywilizacji jesteśmy prawdziwie wolni, a to czyni nas bardziej żywymi niż większość tych szaleńców, którzy marnują żywoty, wypalając sobie oczy przed ekranami telefonów. Nie wiem, za kogo nas bierzesz, ale żadne nie odpuści, bo jesteśmy w tym razem. A to, co zrobili Ravensi, jest niewybaczalne. Niestety mają przewagę. - Magda zamilkła na chwilę, po czym dokończyła. - Nie czas na dyskusje filozoficzne. Chodź.
Idąc za nią, Konrad triumfalnie uśmiechnął się do siebie. Wiedział, że jakimś cudem zmobilizował ją do działania. Nie powstrzymał się również i zerknął, jak dobrze dżinsy wampirzycy dopasowują się do jej kształtów.
- Jak dziecko... - mruknęła Magda z cieniem zażenowania w głosie.
Zeszli na dół. W głównej sali członkowie zarządu próbowali łagodzić emocje śmiertelnych braci. Nie używali wampirzych mocy ani zaklęć, a zwyczajnie z nimi rozmawiali.
Kompletnie bez ostrzeżenia walenie do drzwi zmieniło się w kanonadę, kiedy wyposażeni w broń palną najeźdźcy otworzyli ogień. Szkło zaczęło sypać się do środka sali, a członkowie klubu zebrali się skuleni przed barem.
Magda z Konradem wpadli do kaplicy. Młot siedział tam obok Artura. Oddech chłopaka stawał się coraz płytszy, a jego oczy zdawały się już nieruchome, wpatrzone w otchłań gdzieś ponad sufitem. Mówił do swojego prezydenta, ale słowa opuszczające jego sine usta stały się już prawie niesłyszalne.
W tym momencie Konrad odniósł wrażenie, że na jego skórze pojawił się zimny pot. Jednak nie było to możliwe, dyskomfort bardziej przypominał chwilę, gdy ktoś przechodził po jego grobie. Niemal poczuł na ramieniu ciężki oddech jakiejś nierealnej istoty, zwiastowanie obecności czegoś, co sprawiało, że nawet jego wewnętrzny drapieżca kulił się i skamlał.
Nie miał czasu rozważać owego dziwnego wrażenia, gdyż naraz wśród kanonady dał się słyszeć dźwięk tłuczonej butelki. Wnętrze głównej sali oświetliła ognista łuna, kiedy rozlana po zewnętrznej ścianie benzyna zapaliła się z hukiem.
- Idź tam i zrób coś! - ryknęła Magda na Młota. - Zdobądź nam trochę czasu.
Potężny mężczyzna wstał, skinął głową i bez słowa wymaszerował z pomieszczenia. Wyraz bezpardonowej determinacji na jego obliczu byłby w stanie przerazić każdego.
- I co on niby ma zrobić? - Konrad skrzywił się z wyrzutem. - Pogrozić im palcem? Opowiedzieć parę dowcipów?
Kobieta wzruszyła ramionami.
- Taran i Grisza nienawidzą go. Może będą chcieli nasycić się triumfem.
- A my?
Magda nie odpowiedziała, tylko zamknęła drzwi. Zostali sami w kaplicy razem z umierającym Arturem, choć albinos miał poczucie, że towarzyszy im coś jeszcze...
* * *
Konrad ponownie znalazł się na dachu. Nie chciał być zauważony, jeszcze nie teraz. Klęczał tuż przy krawędzi, uważnie obserwując scenę rozgrywającą się na parkingu.
Benzyna, którą oblano ceglaną ścianę, zdążyła się dopalić i pozostał po niej tylko smród. Nikt już nie strzelał. Młot razem z nieumarłymi członkami zarządu WEMC wyszli na zewnątrz i prowadzili właśnie zażartą dyskusję z Taranem i jego poplecznikami. Wygrażali sobie, obrażali się, ale nikt jeszcze nie zaatakował. Może dlatego, że Magda stała za ich plecami. Nonszalancko oparła się o poznaczoną dziurami po kulach ścianę. Ze splecionymi rękoma spokojnie obserwowała sytuację, nic nie robiąc sobie z uzbrojonej po zęby hordy wrogich bikerów.
Tuż obok Konrada leżało nieruchome ciało. Zapach świeżej krwi nadal unosił się w powietrzu. Jej smak pozostawał na ustach albinosa, wywołując w nim smutek, ale i odrazę do samego siebie. Istotnie była ona silna. Niosła nadzieję, odwagę, szczeniacką wiarę w swoje możliwości. Przepełniały ją również ból i tęsknota w zadziwiający sposób wymieszane z buntem tak bardzo naturalnym dla młodych ludzi.
- Wypij jego krew - powiedziała mu Magda, jeszcze zanim wyszli z kaplicy.
Odmówił, lecz ona nalegała.
- Nie każ się prosić. Chłopak jest już jedną nogą po tamtej stronie.
Wiedział to. Ktoś już tu na niego czekał.
- Nie chcę - powtórzył z ciężkim sercem.
Magda zbliżyła się i czule przytuliła się do jego ramienia.
- Polubiłeś go... To zrozumiałe, masz do tego prawo. Ale on wybrał. Chciałeś mu pomóc, lecz on zażądał, żebyś go tu przywiózł. Może myślał, że jest niezniszczalny, że przeżyje, jak to w filmach bywa... Ale to nie jest film. Przędza jego losu właśnie pękła. Teraz idziemy walczyć, a z tobą jest coś nie tak. Jeżeli mamy tam na sobie polegać, to potrzebuję cię w pełni sił. - Nachyliła się do nieprzytomnego już Artura. Podniosła jego rękę, przegryzła nadgarstek i podsunęła Konradowi. - Pij zatem. Już czas.
Harkov niechętnie przyjął dar. Zamknął oczy i przycisnął wargi do skóry niedoszłego pacjenta. Smakował krew. Życiodajny płyn rozlewał się po wnętrznościach, napełniając martwe ciało nowymi siłami. Gdzieś wewnątrz drapieżna część jego osobowości wiła się i mruczała z rozkoszy.
- Powstrzymaj się... zrób to teraz! - szepnęła mu do ucha. - Zanim dotkniesz jego duszy. Poczuj ten moment, kiedy stanie na krawędzi. Znajdź to miejsce, gdy będzie tam gdzie my.
Ten stan był doskonale znany Konradowi. Wielokrotnie oscylował niebezpiecznie blisko podczas długich sesji medytacyjnych. Granica pomiędzy śmiercią a życiem, gdzie stawało się twarzą w twarz z nieznanym. Kiedy tam dotarł, wysiłkiem woli oderwał się od zimnej już ręki chłopaka.
- Każdy by umarł od takiej utraty krwi - powiedziała, gładząc Artura po bladym czole. - Ale kiedy robimy to my... może to nasze przekleństwo, ale ofiary na chwilę zawieszają się w tym dziwnym stanie. Zupełnie jakby Charon patrzył nam na ręce, zastanawiając się, czy i jak odbierzemy mu zdobycz. W tych kilku ulotnych chwilach powstaje luka. Szansa na powrót z tamtej strony. Jeżeli w odpowiednim czasie i z konkretnymi intencjami podamy umierającemu własną krew, a on zaskoczy i zacznie ją pić... Wtedy jest szansa.
Konrad patrzył na nią zafascynowany.
- Jak wszystko, ma to swoją cenę - kontynuowała. - Przekazujemy potomkowi część własnej duszy, a on wraca... nie do końca martwy, ale nie żywy... jest inaczej. Zastępujemy zatem krew ofiary naszą i odpędzamy śmierć, powołując do życia nowego krwiopijcę.
Konrad nie mógł oderwać wzroku od przyjaciółki. Westchnął i podwinął rękaw, szykując się do otwarcia własnych żył. Magda chwyciła go za rękę. Jej dłoń była zimna, smukła, a skóra cudownie gładka. Pokręciła głową i odsunęła go na bok. Usiadła na stole obok Artura, po czym przegryzła własny nadgarstek i uniosła go tuż nad głową chłopaka. Gęsta brunatna krew spadała wielkimi kroplami na sine usta umierającego.
- W tym rytuale - kontynuowała - liczy się wyczucie, ale jak sam pewnie wiesz, mistyka opiera się na czystych i silnych intencjach. Zarówno twoich, jak i w tym wypadku umierającego. Wiesz, że część z nich godzi się ze śmiercią, a rytuał się nie udaje? Większość jednak nie chce umierać. Dokonują wyboru i od tej pory granica, na której stoją, zmienia bieguny. Stają się nieumarli i zaczynają kroczyć razem z nami, lawirując między światami śmierci oraz życia.
- To dlaczego powstają cienkokrwiści? - zapytał Konrad, wypatrując w napięciu reakcji Artura, lecz chłopak zdawał się już kompletnie martwy.
- Jeżeli zabijasz kogoś, lecz pozostanie w nim za dużo żywej krwi lub intencje są nie takie, jak trzeba... wtedy to, co przekazujesz, rozmywa się. Zmieszana z ludzką krew rzednie i traci moc lub zwyczajnie umiera i zamienia się w proch. Cienkokrwiści to błędy w procesie. Wypadki. Abominacje. Nie wszyscy mają problem ze słońcem, ale nadal potrzebują krwi do życia lub jedynie tak myślą. Prawda jest taka, że to oni są prawdziwie przeklęci. Umierają znacznie łatwiej. Nie są nieśmiertelni, a co najwyżej długowieczni. Mają wady, czasami nawet widoczne gołym okiem. Jedni z czasem rozpadają się sami, a inni tracą moce. Ci, którzy przetrwają dostatecznie długo, prędzej czy później popadają w szaleństwo.
- Ja też byłem cienkokrwisty...
- Byłeś. - Magda oblizała ranę na nadgarstku. - Choć w tobie jest coś więcej. Masz w sobie tyle samo dobra, co i zła. Może ta zła część kazała ci zapolować na inne wampiry, a może instynkt kazał ci urosnąć w siłę, żeby samemu nie stać się ofiarą. Żeby nie postradać zmysłów... do końca.
Konrad nie rozumiał tego, lecz myśl o skonsumowanych duszach innych wampirów nie powodowała odrazy. Nie wstydził się owych czynów, choć wiedział, że pośród swoich jest przez to postrzegany jako potwór, morderca.
- Oni byli złymi istotami...
- Czyżby? - Niepokojące iskry zagościły w niebieskich oczach kobiety. - A ja jestem zła? Całe wieki żerowałam na ludzkości. I wiesz co? Nie żałuję. Przebyłam długą drogę od prostej służki, którą dobry pan traktował jak przedmiot i gwałcił, kiedy mu się podobało. Uciekłam, a gdy ubóstwo doprowadziło mnie prawie do śmierci, odnalazł mnie mój mentor... dostrzegł coś we mnie. Uczył, a w końcu widząc, że nie odnajdę się w świecie żywych, dał mi noc na wieczność. Od tamtej pory zabijałam, żeby przetrwać, i byłam w tym cholernie dobra. Czy to czyni ze mnie potwora?
- Zabijałaś, bo musiałaś. Teraz żyje się inaczej...
- A jaka jest różnica? Masz jakąś definicję?
Konrad spuścił wzrok. Nie potrafił wytrzymać spojrzenia przyjaciółki.
- Jak sądzisz, ile zła, a ile dobra wyrządziłam w ciągu wieków? Czy mogłam mieć wpadkę? Pomyliłam się? A może na jakiś czas zmieniłam się i z nudów urządzałam rzezie, pławiłam się we krwi? Może dla przyjemności odbierałam matkom noworodki, żeby smakować najczystszej formy krwi? Nie wiesz tego, a oceniasz mnie po tym, jaka jestem teraz, bo znasz mnie parę lat.
- Znam cię, Magdo. Wierzę w ciebie i wiem, że nie byłabyś zdolna do takich czynów.
- A ja wierzę w ciebie, idioto... I tylko dlatego jeszcze żyjesz. Ale musisz być ze sobą szczery. Przyznaj w końcu, że masz w sobie pragnienie mocy. Lubisz to. Od zawsze lubiłeś zwyciężać. Potrzebowałeś się wybić ponad cienkokrwistych. Zatem kiedy tylko nadarzyła się okazja, pożarłeś duszę tego, którego uznałeś za odpowiedniego. Oceniłeś go wedle swojego pokręconego spojrzenia na dobro i zło, po czym wydałeś wyrok. A potem był kolejny. Myślisz, że dlaczego uznajemy ten czyn za zbrodnię? Czemu nas brzydzi? Bo to faux pas jest? Nie, Cyjan. Pożarłeś nieśmiertelną duszę kogoś, komu dano moc i prawo, by trwać wieki!
Sina twarz Artura, powoli zastygająca w objęciach śmierci, przypomniała Konradowi o błędach przeszłości. Obiecywał sobie żyć tak, aby niczego nie żałować, lecz zwyczajnie nie potrafił.
- Dlaczego go przemieniłaś?
- Potrzebujemy go. - Magda uśmiechnęła się smutno i czule odgarnęła włosy oblepiające czoło chłopaka.
- Ale czy to nie wymaga czasu?
- Jest prostsze, niż ci się zdaje. Nasze nowe dziecię nocy... to naczynie, które ty opróżniłeś, a ja napełniłam, niedługo się przebudzi. Na początku będzie, łagodnie rzecz ujmując, skołowany. Taka jest właśnie cena pełnej przemiany. Widzisz, świeży nieumarły jest prawdziwie pusty. Ma w sobie tylko duszę wyrwaną ze szponów śmierci i głód tak silny, że odbiera zmysły. W noc przemiany mój mentor zabrał mnie do domu, w którym niegdyś służyłam. Pamiętam tylko, że kiedy umierałam, powiedział, żebym była silna... Obudziłam się nad ranem, pośród sterty ciał. Większość była tak zmasakrowana, że nie potrafiłam ich rozpoznać, ale gdzieś tam wystawała ręka, której oślizgłego dotyku nie zapomnę, dopóki jest we mnie choć odrobina życia. Teraz robi się to inaczej. Przygotowuje zapasy, poi nieszczęśnika, aż powróci mu świadomość i będzie w stanie odpowiadać za swoje czyny. Niektórzy twierdzą, że to tłumi charakter. Upośledza. Dla mnie jest to ważna inwestycja, poświęcenie przekraczające nawet wybór między śmiercią a wiecznością, bo aby powstał nowy krwiopijca, trzeba wielu ofiar.
Konrad w pełnym napięcia oczekiwaniu wpatrywał się w istoty zebrane na płycie parkingu. Od kiedy sięgał pamięcią, nie widział chyba tak wielu wampirów w jednym miejscu. Widok ten wywoływał w nim mieszaninę przerażenia i odrazy, choć poniekąd bawiło go, że patrzy przecież na jedną, wielką rodzinę.
Wrażenie dziwnej obecności nie znikło, choć jakby się oddaliło. Konrad nadal wyczuwał, że jakaś istota, jakiś byt czai się pośród cieni. Być może nie na niego lub już nie na Artura, lecz na tych, którzy wkrótce odejdą w zaświaty.
Naliczył ponad trzydziestu bikerów z Black Raven MC. Nie mógł się nadziwić, jak to się stało, że wszyscy zostali przemienieni. Nawet jeżeli stworzono ich cienkokrwistymi, ktoś musiał wyjawić tajemnicę istnienia takich istot jak wampiry, przekonać ich, że nie oszalał, a następnie oddać im krew. Zdawało się to karkołomnym, niemożliwym wręcz i ze wszech miar świętokradczym wyczynem. Posunięciem godnym desperata lub szaleńca.
- Zrobiłeś, co chciałeś! - Młot z odległości krzyczał do Tarana. - Tylko nie wiem po co. Czemu skazałeś tych ludzi na coś, czego sam jeszcze nie rozumiesz?
- To ty nie rozumiesz! - wrzeszczał Taran. - Nie ogarniasz tym swoim małym móżdżkiem, co to jest wolność i prawdziwa siła. Ty i ta mała suka tylko nas ograniczaliście!
Maska stoicyzmu na chwilę opadła, a w oczach Młota zatańczył płomień gniewu.
- Powiedz to jeszcze raz...
W odpowiedzi Taran podniósł pistolet i niedbale wycelował w swego stwórcę. Jego kilkunastu uzbrojonych w broń palną towarzyszy zrobiło to samo.
- No i co? - Taran zaśmiał się szyderczo. - Co zrobisz? Zanim się ruszysz, tak cię podziurawimy, że dziecko będzie w stanie naszczać ci na ten łysy łeb, a ty nic na to nie poradzisz. Ani ty, ani ta stara sucz! Zrozum, bracie... - powiedział przeciągle, by podkreślić obelżywy wydźwięk tego słowa. - Jesteście teraz na naszej łasce.
- I niby co masz zamiar z tym zrobić? - Nieco z boku dał się słyszeć głos Magdy.
Konrad zadawał sobie dokładnie to samo pytanie. Do czego miała prowadzić ta dyskusja? Weszli z buta, zrobili pokazówkę, po czym dali się wciągnąć w bezsensowną gadkę, która była przecież graniem na zwłokę, żeby mieli czas przemienić Artura.
Dopiero teraz zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że wyraźnie czuje bicie swego serca. Cień strachu padł na jego umysł. Działo się to przecież tylko w momentach, kiedy zbliżało się zagrożenie. Może to jego wewnętrzny drapieżca się poruszał, a może jakiś duch się go uczepił i ostrzegał; ważne, że sprawdzało się niemal za każdym razem.
- Coś jest bardzo nie tak - myśli skierował do Magdy. - Po co to wszystko?
- Wiem, teraz to oni grają na zwłokę - usłyszał w głowie głos wampirzycy. - Miej oczy otwarte.
Konrad skulił się, mając nadzieję, że nie zostanie zauważony. Poza zgromadzonymi na parkingu nie dostrzegał żadnego poruszenia w okolicy. Wyraźnie słyszał dźwięki syren, a nawet widział łunę pożaru szalejącego kilka kilometrów dalej. Zaspane oczy tej części miasta skierowane były właśnie w tamtą stronę.
Obrócił się błyskawicznie, rejestrując poruszenie za plecami. Spostrzegł sylwetkę wyłaniającą się z ciemności, ubranego w skóry bikera wdrapującego się na przeciwległy kraniec dachu. Mężczyzna dyszał ciężko, choć nie miał pulsu, co jasno dawało do zrozumienia, że nie zdążył jeszcze oswoić się ze śmiercią.
Biker podciągnął się i stanął na krawędzi. Szybkim spojrzeniem przeczesał okolicę. Z zadowoleniem wyszczerzył kły, kiedy jego wzrok wychwycił plamę światła wylewającego się z otwartego włazu prowadzącego na klatkę schodową klubu.
- CHCĄ DOSTAĆ SIĘ DO LUDZI! - wrzasnął Konrad w myślach, licząc na to, że Magda go usłyszy.
Porzucając bezwładne ciało Artura, ruszył biegiem w stronę Ravensa. Jeżeli wampirzyca odpowiedziała, to już tego nie usłyszał. Kilkoma błyskawicznymi susami przemierzył kilkunastometrowy dach i wbił się w zaskoczonego bikera, by razem z nim runąć w dół.
Obaj ciężko uderzyli w betonowy chodnik na tyłach budynku. Nieumarłe ciało Konrada wysyłało mdłe impulsy bólu, ledwie cząstkę tego, co czułby, gdyby spadł z tego dachu za życia. Wstał, przeklinając pod nosem. Krew spływała mu po dłoniach poharatanych odłamkami szkła i gruzu zalegającymi dookoła. Jego przeciwnik, jęcząc i sapiąc, gramolił się na nogi.
- Strzelaj! Kurwa, strzelaj! - dobiegło gdzieś z boku.
Zanim pierwsza kula uderzyła, Konrad zdołał zauważyć dwóch innych Ravensów stojących pod ścianą. Zaskoczenie nie przeszkodziło im w oddaniu kilku strzałów. Większość z nich chybiła, ale Konrad i tak oberwał w ramię, brzuch i głowę. Zamroczyło go na chwilę, a kolejne impulsy bólu dały znać, że nie jest tak do końca martwy. Całe szczęście kipiący w nim gniew okazał się silniejszy niż zwykłe pociski.
Napędzany dziką furią uśmiechnął się nieżyczliwie i wysyczał:
- Macie przejebane.
Ruszył w kierunku bikerów. W biegu kopnął głowę podnoszącego się mężczyzny, z którym przed chwilą spadł z dachu. Następnie skoczył do przodu, kolanem wbijając się w jednego z agresorów. Żebra Ravensa ugięły się i chrupnęły, kiedy ten uderzył plecami o ceglaną ścianę.
Ciężka pięść wylądowała na szczęce Konrada, wysadzając ją ze stawów. Albinos zachwiał się zamroczony. Trzeci biker nie tracił czasu. Drugie uderzenie uzbrojonej w masywny kastet pięści trafiło w bok głowy. Chrupnęła kość czaszki. Chwiejąc się, Harkov postąpił kolejny krok do tyłu.
- TIMERE...12 - wypluł słowo zaklęcia wraz z krwią cieknącą z ust.
Uzbrojony w kastet Ravens spiął się, jakby trafił go piorun. Rażony falą wątpliwości zwyczajnie się zawahał. To najzupełniej wystarczyło.
Konrad natychmiast zmniejszył dystans. Dopadł przeciwnika, frontalnie uderzył łokciem, miażdżąc mu nos. Następnie chwycił jego głowę i z potworną siłą wcisnął ją w ceglaną ścianę budynku. Czaszka bikera pękła niczym rozbite jajko, bryzgając dookoła krwią i szarą materią mózgu.
- Trochę wam zajmie dojście do siebie - mruknął Konrad, nastawiając bolącą szczękę.
Całe ciało go rwało. Rany postrzałowe, dłonie, zęby. Dopiero kiedy emocje opadły na tyle, by mógł chwycić się nadnaturalnych zmysłów, zdał sobie sprawę, że po drugiej stronie budynku trwa najprawdziwsza bitwa.
Huk wystrzałów i nieludzkie ryki dochodziły jego uszu. Mógł sobie tylko wyobrażać skalę rozgorzałego tam szaleństwa. Piątka wampirów stawiająca opór trzydziestce uzbrojonych po zęby nieumarłych.
Patrzył na nieruchome ciała przeciwników i starał się zrozumieć, co sprawiło, że jego serce waliło tak mocno. Przecież to nie fakt, że miał do czynienia z niedoświadczonymi młodzikami, którzy nie wiedzieli nawet, że zwykłe kule nie wyrządzą starszemu wampirowi znacznej krzywdy. Nie była to też świadomość, że nadal pozostawali niewolnikami ludzkich odruchów, takich jak oddychanie czy spazmy strachu. Chodziło o ich szybkość i siłę. Coś, co było osiągalne dla cienkokrwistych, ale nie od razu. Wymagało wysiłku, poznawania własnej natury i przede wszystkim czasu.
- To nie są cienkokrwiści - syknął do siebie. - Magda! To nie są cienkokrwiści! - wołał w myślach, lecz wampirzyca nie odpowiadała.
Serce znowu zabiło mocniej.
Uniósł wzrok i szybko zlustrował najbliższą okolicę. Stare tory kolejowe, dalej budynki fabryczne i magazyny oblane mdłym światłem lamp. Na pierwszy rzut oka nie było tam żywego ducha, lecz Konrad wyraźnie wyczuwał, że ktoś go obserwuje. To nie była żadna istota z innego świata ani duch. Niemal czuł między oczami wiązkę lasera wyznaczającego cel dla karabinu snajperskiego. Zamarł, oczekując świstu nadlatującego pocisku, lecz ten się nie pojawił. Wolał nie czekać, aż to nastąpi.
Od szczytu budynku dzieliła go pionowa ściana z zakratowanymi oknami na parterze i pierwszym piętrze. Czym prędzej zaczął się wspinać. Kiedyś wskoczyłby na górę bez najmniejszego problemu. Dzisiaj jednak nie był w stanie. Przynajmniej jeszcze nie.
To nie są cienkokrwiści! - krzyczał w myślach w nadziei, że nie jest za późno.
Ciągle słyszał rumor potyczki rozgrywającej się niedaleko, a to dawało mu cień szansy. Nie znał Młota ani jego synów, ale wiedział na pewno, że Magda miała potencjał, by zgotować napastnikom istne piekło. Nieważne, czy byli bandą cienkokrwistych, czy mieszaniną mętów i prawdziwych wampirów. Nie mieli pojęcia, na kogo się porwali.
Gdy znalazł się na dachu, podbiegł w miejsce, gdzie zostawił Artura i szybko rozeznał się w sytuacji. Na parkingu panował istny chaos. Ravensi strzelali praktycznie we wszystkich kierunkach, starając się trafić śmigającą między nimi Magdę. Tam, gdzie wampirzyca się pojawiała, ktoś tracił kończynę, jego głowa eksplodowała lub leciał w losowym kierunku z gracją manekina do crash testów.
Młot poruszał się o wiele wolniej. Choć co chwilę kule darły jego ciało, metodycznie zajmował się przeciwnikami, dopadając ich po kolei i za pomocą brutalnej siły dosłownie miażdżąc. Majcher radził sobie nieco gorzej. Klęczał właśnie nad upadłym Ravensem i zapalczywie dźgał go bagnetem.
Niewiele myśląc, Konrad schylił się nad martwym ciałem Artura i wyszarpnął kołek wbity w jego serce. Przez ułamek sekundy czuł żal. Miał wrażenie, że zna tego chłopaka od zawsze. Może to skonsumowana krew, ale wiedział, że sam kiedyś był równie gorliwy i szalony. Nie dbając o konsekwencje, rzucał się na oślep w wir wydarzeń, czyniąc rzeczy, które uważał za słuszne, a inni za co najmniej nierozsądne lub szalone. Tylko wtedy czuł, że żyje.
Nabiegłe nienaturalną purpurą oczy chłopaka rozwarły się szeroko, emanując tak zażartym gniewem i żądzą krwi, że nawet Konrad wzdrygnął się, ukłuty lodowatą igłą strachu. Z gardła Artura wydobył się potworny ryk, a twarz zamieniła się w demoniczną maskę głodu i szaleństwa.
Konrad miał tylko ułamki sekund, żeby działać. Złapał młodego za ubranie, podniósł i z całej siły cisnął w tłum na dole. Ciało nowo powstałego wampira poszybowało bezwładnie, po czym upadło na płytę parkingu. Zajęci walką Ravensi nawet nie zwrócili na niego uwagi. Nie zauważył tego pierwszy z nich, do którego Artur dopadł, zaciskając szczęki na jego karku. Prawdopodobnie nawet nie poczuł, jak zębami wyrwano mu kawałek kręgosłupa, jak prędko wyssano z niego krew, życie i duszę. Po chwili padły kolejne ofiary.
Dookoła wrzała walka. Imponujące wysiłki Magdy i Młota zdawały się przynosić coraz mniej efektów. Wampirzyca zaczęła popełniać błędy. Czas nie grał na jej korzyść. Z każdą chwilą robiła się wolniejsza, a kolejne rany szpeciły jej ponętne ciało.
Pozostali członkowie zarządu White Eagle sami walczyli o życie. Dante został brutalnie pozbawiony głowy. Kolejny, którego spotkał podobny los, zalegał przygnieciony przez podziurawiony kulami motocykl Harkova. Stojący nad nim Ravens gmerał właśnie przy przytroczonym do maszyny bagażu.
Konrad poczuł gniew na widok bikera sięgającego do znajdującego się tam samurajskiego miecza. Warknął, zmarszczył nos i skoczył w dół, ciężko lądując na płycie parkingu.
- Zostaw to! - wrzasnął, lecz było już za późno.
Motocyklista ze znakiem czarnego kruka na kamizelce wyszarpnął właśnie katanę z drewnianej pochwy. Jego oczy zalśniły złowrogim blaskiem, a na twarzy zagościła upiorna fascynacja, która momentalnie przerodziła się w skrajne przerażenie. Nogi się pod nim ugięły i wrzeszcząc jak opętany, padł na ziemię, bezskutecznie próbując wypuścić z dłoni przeklętą broń. Ta jednak zdawała się przylgnąć do niego, jakby jakaś niepojęta siła nie pozwalała mu rozluźnić palców. Konrad podbiegł i odebrał mu miecz. Drapieżna część jego duszy jęknęła z rozkoszy, czując nagły przypływ sił.
Oszalały Ravens nadal wrzeszczał, rwąc struny głosowe. Jego rozczapierzone palce drapały twarz, zdzierając zeń skórę i próbując wyłupić oczy. Konrad patrzył na nieszczęśnika z przerażeniem i współczuciem. Po chwili wahania uderzył go rękojeścią między oczy. Coś chrupnęło w czaszce i biker padł na ziemię nieprzytomny.
Walczący nie potrafili opędzić się od Artura. Odważniejsi rzucili się na chłopaka, próbując go przemóc, lecz myśląca część z nich odsunęła się, woląc walczyć z Młotem, niż stanąć na drodze krwiożerczej bestii. Magdę opadło kilku bikerów, próbując odciąć jej drogę i uniemożliwić szybkie przemieszczanie się. Płacili ciężką cenę za swoje starania.
Zauważywszy Tarana stojącego na uboczu, Konrad poczuł, że krew w nim zawrzała. Ruszył w jego kierunku, przeciskając się między walczącymi.
- Taran! - krzyknął, chcąc zwrócić uwagę wampira.
Na jego drodze stanęło dwóch uzbrojonych w długie noże Ravensów. Walcząc z nimi, Konrad miał wrażenie, jakby próbował płynąć przez rzekę smoły. Jego ruchy zdawały się powolne i ociężałe. Rozprawienie się z dwoma słabszymi i mniej doświadczonymi wampirami zajęło mu stanowczo zbyt wiele czasu.
Na widok zbliżającego się albinosa Taran sięgnął po nóż, lecz niewiele zdołał nim zdziałać. Nie zarejestrował momentu utraty dłoni. Wrzasnął z bólu i przerażenia. Ten sam krzyk ugrzązł mu w gardle, kiedy Konrad ciął od góry do dołu. Ostrze katany przeszło płytko przez kości czaszki, szyję i mostek, aż do krocza.
Niczym porażony Taran upadł na kolana, nie wierząc w to, co właśnie miało miejsce. Kaszlnął krwią, której fontanna wzbiła się w nocne powietrze. Wlepiał przerażone spojrzenie w wykrzywioną gniewem twarz albinosa, kiedy ten wznosił miecz do ostatecznego ciosu.
Konrad zawahał się. Oto miał przed sobą tego samego wampira, który doprowadził do śmierci Artura i poprowadził atak na siedzibę klubu, którym opiekowała się Magda. Rzecz w tym, że to właśnie jej słowa wywołały owo wahanie. Czy Konrad na pewno wiedział, kto w tej sytuacji ma rację? Czy istniało coś tak abstrakcyjnego jak dobro lub zło? Mógł zakończyć całą sprawę tu i teraz. Odciąć głowę Tarana, by skończyć jego pożałowania godną egzystencję. Nie potrafił.
Chwycił bikera za gardło i podniósł go wysoko. Następnie odwrócił się i potrząsając nim jak trofeum, wrzasnął z całych sił, a swój krzyk wzmocnił impulsem mentalnym:
- KONIEC!
Zdawać by się mogło, że niewiele to dało, lecz rumor w końcu ustał, a wystrzały ucichły. Wszyscy zebrani skupili wzrok na nim i na Taranie zwisającym bezwładnie tuż nad ziemią.
Jeden z bardziej zapalczywych Ravensów warknął i wycelował pistolet w kierunku Konrada. Nie zdążył wystrzelić, ponieważ jego ręka pękła niczym sucha zapałka, a broń z brzękiem upadła na ziemię. Wzrok Magdy, która pojawiła się tuż przed nim, wystarczył, żeby młody wampir porzucił wszelkie próby ratowania swojego przywódcy.
Konsternacja nie trwała długo. Ci Ravensi, którzy byli w stanie ustać na nogach, całkiem przytomnie rzucili się do ucieczki. Część wskoczyła na motocykle, a ci, których ogarnęła prawdziwa panika, rozpierzchli się jak spłoszone zwierzęta. Ponad pobojowiskiem unosiły się jęki rannych i upiorny dźwięk chłeptania świeżej krwi przez pastwiącego się nad kolejną ofiarą Artura.
Konrad cisnął rannego Tarana pod nogi Młota, jakby rzucał na ziemię brudną szmatę.
- To koniec. - Młot obdarzył swego potomka pełnym politowania spojrzeniem. - Teraz odpowiesz za to wszystko.
Taran spróbował coś wychrypieć przez przecięte gardło, lecz jedyne, co z niego się wydostało to krwawy bulgot.
Konrad zbliżył się do Magdy, która stała nieco na uboczu. Rany na jej ciele znikały, jakby nigdy ich tam nie było, nie pozostawiając po sobie ani zaczerwienień, ani nawet kropli krwi. Jedynie rozdarcia ubrania czy dziury po kulach świadczyły, że brała udział w walce. Nawet jej warkocz w cudowny sposób nie był już potargany, a włosy zdawały się w jak najlepszym porządku.
- Nie wszyscy byli cienkokrwiści - stwierdził Konrad, oglądając swoje rany. Wiedział, że powrót do formy zajmie mu zdecydowanie więcej czasu niż przyjaciółce.
- Wiem - odparła. - Zbadamy to. Dlatego Taran dzisiaj nie umrze.
Nie patrząc na nią, Młot pochylił się nad swoim potomkiem. Podniósł z ziemi jego własny nóż ściskany przez odciętą dłoń. Wbił go głęboko w klatkę piersiową Tarana. Zrobił to powoli i z namaszczeniem.
- Dante nie żyje - oznajmiła Magda, rozglądając się po pobojowisku. - Zodiak jest poraniony, ale się z tego wyliże. Tak samo Majcher. Trzeba sprawdzić, którzy Ravensi przetrwali, a resztę ciał...
Nagłe poruszenie sprawiło, że cała trójka spięła się, ale jedynie Magda zachowała zimną krew. Jakby przewidując, co się za chwilę stanie, wyciągnęła smukłą rękę w bok idealnie w czasie, by złapać skaczącego ku niej Artura. Oszalały z żądzy mordu wykrzywiał zdeformowaną twarz, a jego nieobecne oczy lśniły szaleństwem. Szarpał się i wierzgał, lecz nie był w stanie przemóc o wiele starszej i silniejszej wampirzycy.
- Musisz to zakończyć - szepnęła.
- Ale to nie jest wściekły pies - zaprotestował Młot. - Ciągle możemy...
- Nic nie możemy! Przemieniliśmy go z Cyjanem, a teraz jedyne, co zna, to smak krwi i dusz innych wampirów. Chcesz kogoś takiego wprowadzić do naszej społeczności? Weźmiesz za niego odpowiedzialność?
Młot spuścił wzrok na nieruchomego Tarana, po czym przeniósł go na kilkanaście zmasakrowanych ciał zalegających na parkingu.
- Nie... pani... Tyle że ja... nie dam rady...
- Dlatego nie mówiłam do ciebie.
Konrad poczuł myśli pukające do jego umysłu.
Poznałeś dziś sekret. Musisz znać też konsekwencje.
Pokręcił głową w niemym przeczeniu. Nie chciał tego. Nie znał długo tego dzieciaka, ale szczerze mu współczuł i z całych sił nadal chciał mu pomóc.
To na nic. - Magda wyczuła jego intencje. - On jest stracony.
Ale jeżeli ja mogę żyć z tym brzemieniem... - Nadzieja przysłaniała mu rozsądek i wiedział o tym doskonale. Twór, który miotał się w nieludzko silnym uścisku Magdy, był potężniejszy niż jakikolwiek cienkokrwisty. Podczas przemiany Magda oddała Arturowi część własnej duszy, a teraz prosiła, by go uśmiercić, ponieważ sama nie potrafiła tego zrobić. Nie chciała przyznać się do słabości przed Młotem. Jedyne, co jej zostało, to prosić, aby zabito część jej samej.
Ręka Konrada zadrżała, więc poprawił chwyt na rękojeści miecza. Zamknął oczy, by uspokoić emocje, wziął głęboki wdech. Choć martwe ciało wcale tego nie potrzebowało, wydech na sekundę oddalił go od współczucia, żalu i tęsknoty. Ta sekunda wystarczyła.
Miecz ciął szybko i czysto. Przeszedł gładko przez mięśnie, tętnice i przesmyknął się między kręgami tak, by nie uszkodzić na pozór delikatnej dłoni Magdy trzymającej Artura za szyję. Ciało niedoszłego wampira padło bezwładnie na ziemię, a głowa pozostała w dłoniach kobiety. Skóra jego twarzy wygładziła się, maska demona zniknęła. Pozostało tylko oblicze młodego chłopaka. Nie miał nawet dwudziestu lat.
Szybkim ruchem Konrad strzepnął krew z klingi i obrócił miecz, tak by schować go za ramieniem. Pragnął ukryć poczucie winy, ale twarde spojrzenie Młota zniweczyło wszelkie próby.
- Teraz to naprawdę koniec... - Magda uniosła wzrok ponad ramieniem Konrada i zmarszczyła się paskudnie. - Żeż kurwa mać...
W wybitych oknach budynku i w otwartych drzwiach pojawiły się liczne twarze ludzkich członków klubu. Biły od nich groza i niedowierzanie.
- To będzie długa noc... - mruknął Młot, ruszając w kierunku siedziby White Eagle MC.