Cygański Diabeł - Melisa Bel

Kup ebooka

29.90 zł
23.92 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Układy z Dia­błem

[...]

- Je­śli to znowu hra­bina Thomp­son, prze­każ jej ode mnie, że je­stem za­szczy­cony jej pro­po­zy­cją, ale grzecz­nie od­ma­wiam. I nic nie wpły­nie na zmianę mo­jej de­cy­zji, na­wet je­śli bę­dzie so­bie urzą­dzać co­dzienne piel­grzymki do mo­jego klubu. Nie mam czasu na ko­biece gierki - po­wie­dział sta­now­czo i już za­mie­rzał odejść do swo­jego pod­ziem­nego kró­le­stwa, gdy Amar znów się ode­zwał:

- Ale to ra­czej nie jest ona. - Po­dra­pał się po po­liczku do reszty zmie­szany. Nie lu­bił wpra­wiać swego pana w zły na­strój. Do­brze wie­dział, że Hun­ter nie apro­bo­wał ko­biet w klu­bie, gdyż są­dził, że tylko roz­pra­szają ćwi­czą­cych. Chyba że sam je do sie­bie za­pra­szał. To zu­peł­nie co in­nego.

- Nie ona? - Mar­cus za­trzy­mał się. - Przed­sta­wiła się?

- Tak. Tak zro­biła. - Amar ski­nął za­pal­czy­wie głową i za­milkł.

De­vil uniósł do góry ciemną brew.

- Czyli? Jak się na­zywa? - spy­tał znie­cier­pli­wiony.

- Ach! No... eee.... Sara... ja­kaś tam... Nie pa­mię­tam już. Wy An­glicy ma­cie ta­kie skom­pli­ko­wane na­zwi­ska. - Za­śmiał się, lecz wi­dząc nie­za­do­wo­loną minę pra­co­dawcy, prze­stą­pił nie­spo­koj­nie z nogi na nogę. - Ale tam sie­dzi! - Wska­zał ręką, jakby to miało w czymś po­móc. - W tym po­ko­iku, zna­czy się w biu­rze. Musi pan do niej pójść, bo ina­czej bę­dzie tam cze­kać w nie­skoń­czo­ność!

Mar­cus wes­tchnął prze­cią­gle.

Miał dzi­siaj ochotę po­tre­no­wać, jed­nak naj­wi­docz­niej musi zmie­nić swoje plany.

Sara, Sara... Nie przy­po­mi­nał so­bie, by znał ko­go­kol­wiek o tym imie­niu.

Bez słowa ru­szył do nie­wiel­kiego po­miesz­cze­nia, w któ­rym spo­rzą­dzał wszyst­kie re­je­stry i spo­ty­kał się z no­wymi klien­tami. Kim­kol­wiek była ta "Sara", za­mie­rzał po­zbyć się jej jak naj­szyb­ciej. Je­śli to ko­lejna ślicz­notka, która chciała za­znać dresz­czyku emo­cji z Czar­nym Dia­błem, to szybko ostu­dzi jej za­pały.

Już od dawna prze­stały go ba­wić prze­lotne zna­jo­mo­ści z przed­sta­wi­ciel­kami płci pięk­nej. Więk­szość ko­biet trak­to­wała go jak ja­kieś eg­zo­tyczne cudo, które do­star­czy im, znu­dzo­nym wdo­wom czy żo­nom, roz­rywki. Jemu jed­nak tego typu za­bawy się znu­dziły. Oczy­wi­ście wciąż po­do­bał się ko­bie­tom, miał za­le­d­wie trzy­dzie­ści dwa lata i był w do­sko­na­łej for­mie, lecz z cza­sem wszystko zda­wało mu się nie­warte wy­siłku.

Kiedy wszedł do środka, za­uwa­żył, jak dziew­czyna drgnęła nie­spo­koj­nie.

Nie na­le­żała do wy­so­kich, wy­star­czył je­den rzut oka, by to stwier­dzić. Sie­działa na sa­mym brzegu wy­słu­żo­nego krze­sła, jej syl­wetka była wy­pro­sto­wana i smu­kła. Na ra­miona opa­dały ja­sne, gę­ste włosy, które były dłu­gie aż do pasa. Sam ich po­ły­skliwy, złoty ko­lor spra­wiał, że chciało się za­głę­bić w nich dło­nie i spraw­dzić, czy rze­czy­wi­ście są tak je­dwa­bi­ste, na ja­kie wy­glą­dają.

De­vil dawno nie po­my­ślał cze­goś tak ab­sur­dal­nego. Na­tych­miast przy­wo­łał się do po­rządku.

- Po­chle­bia mi pani przy­by­cie, jed­nak z ja­ką­kol­wiek pro­po­zy­cją pani przy­szła, nie je­stem za­in­te­re­so­wany - po­wie­dział su­ro­wym to­nem, otwie­ra­jąc drzwi na oścież, tak by mo­gła jak naj­szyb­ciej wyjść z jego biura.

Do­strzegł, że jej plecy się usztyw­niły. Wciąż sie­działa do niego ty­łem, lecz cała jej po­stawa świad­czyła o tym, jak bar­dzo jest spięta.

Je­śli zra­nił jej dumę, miał tylko na­dzieję, że nie za­cznie pła­kać lub krzy­czeć. Nie zno­sił hi­ste­ry­czek.

- Kilka lat temu po­wie­dział mi pan, że je­śli będę po­trze­bo­wała po­mocy, mogę się o nią do pana zwró­cić - usły­szał jej głos. Czy­sty, bar­dzo ko­biecy i za­ska­ku­jąco miły dla ucha.

Za­wa­hał się. O czym ona mó­wiła?

- Kilka lat temu? - spy­tał, bo choć jego pa­mięć nie na­le­żała do naj­gor­szych, nie przy­po­mi­nał so­bie ta­kiej sy­tu­acji.

- Tak. Przy­cho­dzi­łam tu­taj cza­sem z... moim ku­zy­nem. On... - za­częła, lecz po chwili urwała, jakby z tru­dem przy­cho­dziło jej o tym mó­wić.

De­vil po­czuł się za­in­try­go­wany. Je­śli to była ja­kaś zmyślna gra, dziew­czyna z pew­no­ścią wy­róż­niała się na tle in­nych ko­biet, które za­zwy­czaj ocze­ki­wały, że sa­mym swoim za­in­te­re­so­wa­niem spo­wo­dują, że z wdzięcz­no­ści pad­nie przed nimi na ko­lana.

Wszedł do środka i za­mknął za sobą drzwi. Był bar­dzo cie­kaw wy­glądu jej twa­rzy, a ona spra­wiała wra­że­nie, jakby nie­ko­niecz­nie chciała mu ją po­ka­zać.

Sta­nął przy jej krze­śle, chcąc zo­ba­czyć ją z bli­ska, lecz ko­bieta tylko łyp­nęła na niego wzro­kiem, po czym opu­ściła wzrok na sple­cione na po­dołku ręce.

Mu­siała być młod­sza, niż po­cząt­kowo są­dził, ale w po­miesz­cze­niu nie było na tyle ja­sno, by mógł do­strzec wiele wię­cej. Wi­dział je­dy­nie za­rys jej po­liczka, nie­wielki, zgrabny nos i smu­kłą szyję.

Nie uznałby też, że jest wy­zy­wa­jąco ubrana. Jej suk­nia była ładna, ciem­no­zie­lona, lecz bar­dzo skromna.

Je­śli przy­szła tu­taj, by go uwieść, bez wąt­pie­nia ro­biła to w nie­kon­wen­cjo­nalny spo­sób.

Pod­czas gdy ona mil­czała, on oce­niał krzy­wi­znę jej piersi, zde­cy­do­wa­nie peł­nej, choć ukry­tej pod zgrzeb­nym ma­te­ria­łem bez ozdób.

Być może wła­śnie ten skromny ubiór i ta­jem­ni­czość nie­zna­jo­mej obu­dziły w nim eks­cy­ta­cję. Dziew­czyna z pew­no­ścią wie­działa, jak za­in­try­go­wać męż­czy­znę!

- Wspo­mniała pani o po­mocy... - zni­żył głos, ob­ser­wu­jąc jej pro­fil. - Ja­kiego ro­dzaju mia­łaby to być po­moc?

Doj­rzał, jak z tru­dem prze­łyka ślinę. Ta roz­mowa mu­siała ją wiele kosz­to­wać, ale skoro chciała zo­stać jego ko­chanką, to chyba wie­działa, na co się de­cy­duje?

- Chcia­ła­bym, aby... - od­chrząk­nęła - aby na­uczył mnie pan sa­mo­obrony - wy­krztu­siła w końcu.

Znów go za­sko­czyła. Przy­po­mniał so­bie jed­nak, że już kie­dyś sły­szał po­dobne oświad­cze­nie i wcale nie było ono praw­dziwe.

Uśmiech­nął się szy­der­czo i przy­siadł na brzegu biurka.

- Wy­bacz mi, ko­cha­nie, ale nie brzmisz zbyt prze­ko­nu­jąco. Poza tym nie uczę ko­biet. To klub dla męż­czyzn, a ja nie mam czasu na ko­biece in­trygi. - Kiedy wy­ko­nał gest, jakby za­mie­rzał wstać, dziew­czyna zła­pała go za rę­kaw i unio­sła ku niemu twarz.

- Pro­szę - po­wie­działa tylko bła­gal­nym, peł­nym roz­pa­czy gło­sem. Jed­nak to nie jej słowa spra­wiły, że Mar­cus zu­peł­nie osłu­piał.

To jej twarz o de­li­kat­nych ry­sach, drżące, zmy­słowe usta i fioł­kowe oczy, tak nie­zwy­kłe, że nie spo­sób było je wy­ma­zać z pa­mięci.

Pa­mię­tał ją! Nie spo­dzie­wał się tylko, że kie­dy­kol­wiek się jesz­cze spo­tkają. Przy­po­mi­nała mu za­gu­bioną wróżkę, nie­re­al­nie piękną i ete­ryczną, która przez po­myłkę tra­fiła do bru­tal­nego świata lu­dzi. Sa­mym swoim spoj­rze­niem ła­mała jego nie­chęć i ocza­ro­wy­wała swym uro­kiem.

Była tak uro­dziwa, że na­wet duży si­niak wid­nie­jący na jej po­liczku nie zdo­łał jej oszpe­cić. Mar­cus mo­men­tal­nie przy­po­mniał so­bie ten smutny dzień, w któ­rym ich ścieżki się skrzy­żo­wały. Za­ci­snął dło­nie w pię­ści na myśl o jej opie­ku­nie, We­sleyu Crum­pie. Ten su­kin­syn naj­wi­docz­niej nie wziął so­bie do serca lek­cji otrzy­ma­nej lata temu.

Wez­brała w nim złość tak wielka, że na­wet nie sta­rał się jej stłu­mić.

Jego spoj­rze­nie zsu­nęło się na szyję dziew­czyny. Zo­ba­czył ko­lejne sińce, ich kształt do złu­dze­nia przy­po­mi­nał od­cisk du­żej dłoni.

Te­raz ro­zu­miał, dla­czego była taka roz­trzę­siona. Mu­siała wiele przejść i naj­wy­raź­niej nie miała do kogo zwró­cić się o po­moc. Nie mie­ściło mu się w gło­wie, jak można krzyw­dzić ko­goś tak de­li­kat­nego i nie­win­nego. Naj­chęt­niej udu­siłby każ­dego, kto był na tyle podły, by pod­no­sić rękę na bez­bronną ko­bietę.

Zdzi­wiła go gwał­tow­ność tych my­śli, więc szybko od­su­nął je na dal­szy plan.

Nie zda­jąc so­bie sprawy, że wszyst­kie emo­cje ma wy­pi­sane na twa­rzy, na po­wrót spoj­rzał przy­by­łej w oczy, a wtedy doj­rzał w nich strach i nie­pew­ność. Pod wpły­wem im­pulsu uniósł dłoń, chcąc ją po­cie­szyć, lecz wtedy ona szarp­nęła się do tyłu i osło­niła dłońmi.

De­vil za­marł w pół ru­chu prze­ra­żony. Dziew­czyna są­dziła, że i on za­mie­rza ją ude­rzyć!

- Na li­tość bo­ską, prze­cież nie zro­bię pani krzywdy! - wark­nął ro­ze­źlony do­dat­kowo tym, że na­wet nie jest w sta­nie za­pew­nić jej zwy­kłego, ludz­kiego po­cie­sze­nia.

Od­szedł parę kro­ków i zmierz­wił dło­nią opa­da­jące na czoło ciemne włosy. Czuł się jak zwie­rzę w klatce. Bu­rzyło się w nim od emo­cji, ale nie mógł roz­ła­do­wać ich w zwy­cza­jowy spo­sób.

Ta młoda ko­bieta ewi­dent­nie po­trze­bo­wała te­raz de­li­kat­nego trak­to­wa­nia, a on nie na­wykł do tego typu za­cho­wa­nia. Nie znał się na dam­skich uczu­ciach. Wie­dział je­dy­nie, że temu by­dla­kowi Crum­powi na­leży się na­uczka.

Spoj­rzał ką­tem oka na dziew­czynę. Wi­dział, z ja­kim tru­dem przy­cho­dzi jej za­cho­wa­nie spo­koju. Co po­wi­nien z nią zro­bić?

- Ile ma pani lat? - spy­tał bar­dziej szorstko, niż za­mie­rzał.

Unio­sła głowę.

- Nie­długo skoń­czę dwa­dzie­ścia je­den - od­parła po chwili.

- Naj­le­piej by było, gdyby wy­szła pani za mąż - do­dał, choć z nie­wia­do­mego po­wodu wi­zja tej dziew­czyny u boku ja­kie­goś mło­dzika nie bar­dzo mu od­po­wia­dała. Dys­kret­nie prze­biegł wzro­kiem po jej ciele. Ubie­ra­jąc się w sa­tyny i mięk­kie fu­terka, wy­glą­da­łaby zja­wi­skowo. Była zbyt piękna, by no­sić ce­ro­wane i wy­tarte ubra­nia; za­słu­gi­wała na klej­noty, które pod­kre­śli­łyby ko­lor jej oczu, i ma­te­riały naj­wyż­szej ja­ko­ści. Gdyby na­le­żała do niego, otu­lałby ją nimi każ­dego dnia i roz­bie­rał każ­dej nocy.

Ta ostat­nia wi­zja nieco go za­sko­czyła i roz­ba­wiła. Skąd u niego ta­kie ab­sur­dalne fan­ta­zje? Chyba sta­rzał się szyb­ciej, niż mu się wy­da­wało... Od­chrząk­nął zmie­szany.

- A pan ile ma lat? - Jej głos wy­rwał go z za­my­śle­nia.

- Ja?

- Nie ma tu ni­kogo in­nego - mruk­nęła kwa­śno.

- Oczy­wi­ście. - Zmarsz­czył brwi. - Mam trzy­dzie­ści dwa lata, je­śli ko­niecz­nie musi pani wie­dzieć.

- W ta­kim ra­zie pan też po­wi­nien się już oże­nić - stwier­dziła lekko i jak gdyby ni­gdy nic, za­częła ukła­dać poły spód­nicy.

- Że co, pro­szę? - zdzi­wił się.

Unio­sła na niego nie­winny wzrok.

- Panu wolno czy­nić uwagi o moim za­mąż­pój­ściu, a mnie już nie?

- Za­raz, za­raz - wy­pro­sto­wał ręce. - To pani przy­szła pro­sić mnie o po­moc, więc znaj­duję naj­prost­sze roz­wią­za­nie.

Po jej twa­rzy prze­mknął nie­smak, który za­raz ukryła pod ma­ską obo­jęt­no­ści. Jej nie­śmia­łość i wra­że­nie kru­cho­ści gdzieś znik­nęły.

- Ach, więc jest pan tego typu osobą, która idzie po li­nii naj­mniej­szego oporu i za­do­wala się byle czym - od­parła su­cho.

- Byle czym? Gdyby miała pani męża, wszyst­kie pani pro­blemy zo­sta­łyby roz­wią­zane - za­czął się iry­to­wać.

- A pan dla­czego wciąż nie ma żony? - Sara im­per­ty­nencko unio­sła brew.

- Bo ta­ko­wej nie po­trze­buję. Do­brze mi z tym, jak żyję, dzię­kuję bar­dzo - od­parł bez cie­nia uśmie­chu. Nie po­do­bało mu się, że ta smar­kula po­zwala so­bie na ta­kie ko­men­ta­rze wzglę­dem jego osoby.

- No wła­śnie - kla­snęła w dło­nie - mnie także. - Chyba nie uważa pan, że to działa tylko w jedną stronę?

- Co działa w jedną stronę?

- Że je­dy­nie męż­czy­zna wy­biera nie­za­leż­ność i wol­ność?

Mar­cus za­mru­gał kom­plet­nie zbity z tropu. Panna wróżka ja­kimś spo­so­bem za­mie­niła się w wiedźmę.

- Nie wy­gląda mi pani na ko­goś, kto byłby w sta­nie... - za­czął się tłu­ma­czyć, lecz za­raz urwał, do­my­śliw­szy się, jak bar­dzo roz­zło­ści­łyby ją jego słowa.

- Kto nie jest w sta­nie co? Po­ra­dzić so­bie bez męż­czy­zny, tak? - No cóż, wście­kła się i tak, w mig od­ga­du­jąc jego nie­wy­po­wie­dziane my­śli. De­vil po­krę­cił głową z kon­ster­na­cją. Gdzie się po­działo to de­li­katne, prze­ra­żone dziew­czę, które przed chwilą bła­gało go o po­moc?

Te­raz pa­trzyła na niego ko­bieta pełna de­ter­mi­na­cji i we­wnętrz­nej siły. Gdyby wszy­scy jego ucznio­wie mieli choć po­łowę jej hartu du­cha, od­no­si­liby znacz­nie więk­sze suk­cesy w spo­rcie!

Z ro­snącą fa­scy­na­cją Mar­cus przy­glą­dał się roz­iskrzo­nym od gniewu fioł­ko­wym oczom. Nie­spo­dzie­wana prze­miana w jej za­cho­wa­niu i na niego po­dzia­łała za­ska­ku­jąco. Ką­tem oka wy­ła­pał uno­szące się pod znisz­czo­nym ma­te­ria­łem pełne piersi. Usta, z któ­rych już znik­nęła bla­dość, roz­chy­lały się za­chę­ca­jąco w cięż­kim od­de­chu.

Nie­ocze­ki­wa­nie po­czuł na­pię­cie w lę­dź­wiach. Miał nie­od­partą chęć przy­lgnąć do jej warg, a po­tem... Jego spoj­rze­nie ucie­kło w stronę pu­stego biurka. Za­klął w my­ślach.

Niech to dia­bli! Co w niego wstą­piło!?

Ode­tchnął po­woli i głę­boko, pró­bu­jąc ze­brać te nie­cnie roz­bie­gane my­śli.

- Taki układ mię­dzy ko­bietą a męż­czy­zną byłby dla pani ko­rzystny... - po­wie­dział, chwy­ta­jąc się bez­piecz­nego te­matu.

- Nie są­dzę - ucięła ostro. - Na­wet je­śli kie­dyś wyjdę za mąż, nie bę­dzie to czyn po­dyk­to­wany stra­chem i ucieczką przed in­nym męż­czy­zną. Poza tym, jaką da mi pan gwa­ran­cję, że po­dobna krzywda nie spo­tka mnie z rąk męża? - przy­szpi­liła go sen­sow­nym ar­gu­men­tem.

- To po pro­stu mu­siałby być ktoś, kogo zna pani od lat, kto po­siada nie­zszar­ganą re­pu­ta­cję i kto brzy­dzi się prze­mocą - wy­ja­śniał w po­śpie­chu. Sam nie wie­dział, od kiedy stał się ta­kim en­tu­zja­stą mał­żeń­stwa. Czuł się jak ja­kaś cho­lerna swatka!

- Och, ktoś taki jak pan? - Za­śmiała się szy­der­czo, wy­rzu­ca­jąc dłoń w po­wie­trze.

- Jak... Słu­cham??? - Mar­cus aż cof­nął się o krok, zda­jąc so­bie sprawę, że w za­sa­dzie opi­sał sam sie­bie. Spoj­rzał na nią, jakby na po­waż­nie to roz­wa­żał, i przez uła­mek se­kundy wy­obra­ził so­bie, jak świet­nie by­łoby po­skro­mić tę se­kut­nicę w prze­bra­niu wróżki. Och, zro­biłby to z wielką przy­jem­no­ścią!

Po­trzą­snął głową, chcąc wy­rzu­cić z głowy te głu­pie my­śli.

- Oczy­wi­ście, że nie! Jak już wspo­mnia­łem, nie in­te­re­suje mnie stały zwią­zek. - Od­chrząk­nął.

- A nie­stały już tak? Ja­kie to ty­powe dla męż­czyzn pana po­kroju - od­parła ką­śli­wie.

Mar­cus za­czer­wie­nił się nie­znacz­nie.

- Nie to mia­łem na my­śli, pro­szę mi wy­ba­czyć... - Już był w po­ło­wie ukłonu, gdy do­tarł do niego sens jej słów. Męż­czy­zna jego po­kroju? Co to ma zna­czyć?!, de­ner­wo­wał się w du­chu.

- Jak na czło­wieka o "nie­zszar­ga­nej" re­pu­ta­cji mówi pan wiele rze­czy, któ­rych nie ma pan na my­śli - do­cięła mu.

Mo­men­tal­nie się wy­pro­sto­wał.

- A pani jest bar­dziej zło­śliwa, niż można by się było spo­dzie­wać po tej słod­kiej apa­ry­cji wróżki - wy­pa­lił, chcąc się szybko od­gryźć, jed­nak po­nie­wcza­sie zdał so­bie sprawę z wła­snej lek­ko­myśl­no­ści.

Słod­kiej apa­ry­cji? Był skoń­czo­nym idiotą!

Ja­sne brwi wy­strze­liły w górę i już tam zo­stały.

Dziew­czyna zda­wała się zszo­ko­wana jego wy­po­wie­dzią.

- Wróżki? - upew­niła się. - Przy­po­mi­nam panu wróżkę?

Mar­cus od­chrząk­nął i zro­bił po­ważną minę.

- Jest pani tro­chę... Pani oczy są dość nie­zwy­kłe... i przez to ca­ło­kształt... spra­wia ta­kie wra­że­nie - wy­mam­ro­tał nie­skład­nie, z każ­dym sło­wem co­raz bar­dziej się po­grą­ża­jąc.

- Aha - po­wie­działa tylko. Zda­wała się skon­ster­no­wana jego wy­po­wie­dzią, jakby nie na­wy­kła do tego, by ją kom­ple­men­to­wano. Po­tem zro­biła coś, czego Mar­cus się nie spo­dzie­wał.

Wy­bą­kała ci­che "dzię­kuję", po czym za­ru­mie­niła się uro­czo.

Męż­czy­zna po­trze­bo­wał chwili, by zdać so­bie sprawę, że wła­śnie roz­broił tę prze­klętą, słodką se­kut­nicę naj­bar­dziej nie­udol­nym kom­ple­men­tem w ca­łym swoim ży­ciu.

Dziew­czyna była wy­raź­nie za­wsty­dzona. Przy­gry­zała nie­śmiało usta i pa­trzyła wszę­dzie, tylko nie na niego. Mu­siała bar­dzo rzadko sły­szeć po­chwały.

Ale... jak to było moż­liwe?! Prze­cież każdy głu­piec do­strzegłby, że ta młoda ko­bieta po­siada urodę nie z tej ziemi!

Prze­tarł dło­nią twarz, po­czuł się na­gle bar­dzo zmę­czony.

- Nie zna więc pani ni­kogo, kto nada­wałby się na męża? - spy­tał. - Prócz mnie, oczy­wi­ście - do­dał zna­cząco.

Dziew­czyna wstała. Wes­tchnęła ciężko, po czym unio­sła dłoń do ust i w za­my­śle­niu za­częła stu­kać w nie pal­cem.

Mar­cus zsu­nął spoj­rze­nie na jej wargi i prze­łknął z wy­sił­kiem ślinę. Na Boga, czy ona zda­wała so­bie sprawę z tego, jak ku­sząco te­raz wy­gląda? Cze­ka­jąc na jej od­po­wiedź, za­czął so­bie wy­obra­żać jej re­ak­cję, gdyby ją te­raz po­ca­ło­wał. Czy w ogóle do­strze­gała go jako męż­czy­znę, czy może wi­działa w nim tylko star­szego wu­jaszka? Osta­tecz­nie róż­niło ich je­de­na­ście lat...

- Jest ktoś taki, ale nie są­dzę, że­bym ja... To chyba nie naj­lep­szy mo­ment - po­wie­działa w końcu z wa­ha­niem.

- Jest? - Po­ru­szył się nie­spo­koj­nie, jakby nie po­do­bała mu się ta od­po­wiedź.

- Neil i ja je­ste­śmy w tym sa­mym wieku, znamy się nie­mal od chwili, gdy mój ku­zyn wziął mnie do sie­bie. Jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, ufam mu i wiem, że ni­gdy by mnie nie skrzyw­dził. - Ostat­nie słowa do­dała tro­chę gło­śniej, jakby sama chciała się w tym utwier­dzić. - Są­dzę, że on... któ­re­goś dnia chciałby się ze mną oże­nić.

- Przy­ja­ciel? - Zęby De­vila bły­snęły w nie­przy­jem­nym uśmie­chu. - Ko­cha­nie, ty po­trze­bu­jesz cze­goś wię­cej niż przy­jaźni. - Pod­szedł do niej nie­spiesz­nie i uniósł pal­cami jej pod­bró­dek.

Sara spoj­rzała za­sko­czona w jego twarz. Przy­po­mniał jej się mo­ment, gdy kilka lat temu przy­glą­dał jej się z bli­ska, a ona czuła się taka mała i za­gu­biona. Zda­wał jej się wtedy bo­giem i wy­ba­wi­cie­lem.

Te­raz jed­nak czuła coś zu­peł­nie in­nego. Coś, czego nie po­tra­fiła na­wet do­brze na­zwać.

Pa­trzyła w jego oczy, szu­ka­jąc cie­pła w ciem­nych źre­ni­cach, ale te błysz­czały ta­jem­ni­czo, jakby nie chciały, by od­ga­dła, co się za nimi kryje.

- Nie ro­zu­miem, o czym pan mówi - wy­mam­ro­tała, usi­łu­jąc po­wstrzy­mać drże­nie ko­lan. Samo to, że od­wa­żyła się pro­sić o po­moc Czar­nego Dia­bła, kosz­to­wało ją wiele od­wagi. Jed­nak to jego bli­skość dzia­łała na nią za­ska­ku­jąco in­ten­syw­nie.

Kiedy jego wzrok zsu­nął się na jej usta, ciało Sary prze­szedł na­gły dreszcz.

Co się z nią działo?

- Nie ro­zu­miesz, że zwią­zek mał­żeń­ski nie po­wi­nien opie­rać się je­dy­nie na przy­jaźni? - za­mru­czał ni­skim to­nem, od czego mo­men­tal­nie za­schło jej w gar­dle.

Na­raz zdała so­bie sprawę z tego, że wcale nie czuje się przy nim bez­piecz­nie. On jest dziki i nie­prze­wi­dy­walny, prze­mknęło jej przez myśl. Wra­że­nia z dzie­ciń­stwa gdzieś się ulot­niły na rzecz cze­goś, czego nie mo­gła do końca roz­szy­fro­wać. Ni­czym zła­pane... zwie­rzę. I choć prze­cież trzy­mał ją lekko, nie była w sta­nie się od­su­nąć, co wię­cej, miała ochotę zro­bić krok w przód, pro­sto w jego ra­miona.

Za­częły na­pły­wać do niej co­raz to now­sze wra­że­nia, sub­telny za­pach wody ko­loń­skiej, szorstka fak­tura pal­ców na jej pod­bródku i za­pra­sza­jące cie­pło jego ciała.

Stał tak bli­sko, że nie­mal sty­kali się czub­kami bu­tów.

- Przy­jaźń... - szep­nęła, lecz za­raz urwała, by prze­łknąć ślinę. - Przy­jaźń to naj­lep­sza pod­stawa do mał­żeń­stwa, sta­bilna i... - ucięła, by wcią­gnąć gwał­tow­nie po­wie­trze, gdy bez ostrze­że­nia prze­je­chał kciu­kiem po jej dol­nej war­dze.

Za­dy­go­tała bez­wied­nie. Szu­kała w jego oczach od­po­wie­dzi na tra­wiące ją py­ta­nia.

- Je­steś pewna? - spy­tał ci­cho, za­trzy­mu­jąc kciuk na jej roz­chy­lo­nych war­gach i piesz­cząc kra­wędź, która pro­wa­dziła do cie­płego wnę­trza.

Sara za­marła w bez­ru­chu, gdy na­chy­lił się ku niej nie­znacz­nie. Jej od­dech stał się ciężki, piersi uno­siły się jakby z tru­dem. Choć w po­miesz­cze­niu było chłodno, ogar­niała ją dziwna go­rączka.

Wi­działa, że przy­gląda się jej ba­daw­czo, le­ni­wie, jakby chciał prze­nik­nąć na wskroś jej my­śli.

Te­raz już ro­zu­miała, dla­czego mó­wią na niego Czarny Dia­beł. Tkwiło w nim coś grzesz­nego, ciem­nego i nie­od­gad­nio­nego. Był jak za­gadka, któ­rej nikt ni­gdy nie zdo­łał roz­wią­zać.

Jako dziecko pa­trzyła na niego z uwiel­bie­niem i po­dzi­wem. Te­raz, w tym mo­men­cie był dla niej po pro­stu męż­czy­zną.

Nie chłop­cem, jak jej przy­ja­ciel Neil, lecz doj­rza­łym męż­czy­zną. Kon­trast mię­dzy tym dwoj­giem po­ra­ził ją na­głym zro­zu­mie­niem.

Miała chęć przy­lgnąć do jego du­żej dłoni i po­czuć szorst­kie cie­pło na po­liczku.

- Nie - ode­zwała się, od­naj­du­jąc w so­bie resztki roz­sądku.

Nie wy­ko­nała jed­nak żad­nego ru­chu, a on uśmiech­nął się ze znaw­stwem.

- Nie? - za­mru­czał przej­mu­jąco, nie prze­ry­wa­jąc piesz­czoty.

Zni­żyła wzrok na jego usta. Jakby to było, gdyby po­ca­ło­wał mnie sam Dia­beł, po­my­ślała.

Prze­łknęła z tru­dem ślinę i spoj­rzała mu z wy­rzu­tem w oczy. Z pew­no­ścią miał wiele ko­biet, więc do­sko­nale wie­dział, jak owi­nąć ją so­bie wo­kół palca. A ona nie miała w za­sa­dzie żad­nego do­świad­cze­nia.

- Ro­zu­miem, co ma pan na my­śli, jed­nak przy­jaźń to coś wię­cej niż... niż... - za­jąk­nęła się.

- Niż co? - Jego dłoń zsu­nęła się piesz­czo­tli­wie z ust na szyję. Była de­li­katna ni­czym ła­bę­dzie piórko, a jej zdra­dliwe ciało wy­gięło się ku niemu w od­ru­cho­wym po­szu­ki­wa­niu za­spo­ko­je­nia.

- Niż co? - do­py­ty­wał.

- Niż prze­lotne... prze­lotne... - wy­mam­ro­tała, nie mo­gąc ze­brać my­śli.

Za­gląd­nął jej głę­boko w oczy.

- Po­żą­da­nie? - do­koń­czył le­d­wie sły­szal­nie.

Oczy Sary roz­sze­rzyły się gwał­tow­nie, a kiedy przy­cią­gnął ją do sie­bie, krzyk­nęła za­sko­czona.

Och, jak bar­dzo my­liła się w jego oce­nie. Był znacz­nie bar­dziej nie­bez­pieczny niż jej ku­zyn. Nie zmu­szał, nie do­pusz­czał się prze­mocy, lecz wa­bił i ku­sił. A ro­bił to tak prze­ko­nu­jąco, że ła­two było mu ulec.

Pa­trzyła na niego oszo­ło­miona. Czarne ko­smyki opa­dły mu na czoło i choć zda­wały się mięk­kie, ani tro­chę nie ła­go­dziły twar­dego ob­li­cza.

Je­śli wcze­śniej czuła przy­spie­szone bi­cie serca, to te­raz wa­liło w jej piersi ni­czym młot.

Pa­trzyła ku gó­rze, zda­jąc so­bie nie­ja­sno sprawę, że sięga mu le­d­wie pod­bródka.

- Nic nie wiem o... po­żą­da­niu - zdo­łała wy­szep­tać - i nie chcę wie­dzieć - za­koń­czyła sta­now­czo, usi­łu­jąc wy­rwać się spod uroku Dia­bła.

Za­uwa­żyła, że wstrzy­mał od­dech i na­prę­żył wszyst­kie mię­śnie, jakby się za­sta­na­wiał, czy po­zwo­lić jej na od­wrót. Po chwili jego ra­miona roz­luź­niły się. Zwa­żyw­szy na jego nie­wąt­pli­wie bo­gate do­świad­cze­nie z ko­bie­tami, pew­nie wy­dała mu się zbyt ła­twą ofiarą, nie­wartą uwagi.

- Ktoś po­wi­nien cię na­uczyć... Ale z pew­no­ścią nie będę to ja, tylko twój przy­szły mąż - po­wie­dział i pu­ścił ją tak na­gle, że le­d­wie zdo­łała utrzy­mać się na wła­snych no­gach.

- Dla mnie naj­waż­niej­sze są te­raz prze­trwa­nie i bez­pie­czeń­stwo - od­parła. Unio­sła głowę, usi­łu­jąc ze­brać resztki god­no­ści. Co też w nią wstą­piło, żeby dać się w ten spo­sób oma­mić? - I nie za­mie­rzam w naj­bliż­szym cza­sie wy­cho­dzić za mąż. Już mi wy­star­czy pro­po­zy­cji mał­żeń­stwa.

- Ja­kich pro­po­zy­cji? - Dia­beł groź­nie zmarsz­czył brwi. - Czyżby ten twój przy­ja­ciel tak się spie­szył?

- Nie, mój ku­zyn - wy­znała kwa­śno.

Głu­cha ci­sza za­pa­dła w po­koju. Po chwili wy­peł­nił go pod­nie­siony głos męż­czy­zny:

- Ten stary idiota pro­po­nuje pani mał­żeń­stwo?! - Mar­cus wy­glą­dał na au­ten­tycz­nie zszo­ko­wa­nego.

- Nie pro­po­nuje. On po pro­stu to po­sta­no­wił. Zu­peł­nie nie ro­zu­miem dla­czego... On ni­gdy wcze­śniej... - Opu­ściła wzrok na dło­nie, nie­spo­koj­nie za­częła sku­bać brzeg wy­strzę­pio­nego rę­kawka. - ...tak się nie za­cho­wy­wał, do­piero dziś...

- Jak się nie za­cho­wy­wał? - do­cie­kał Dia­beł, a ona bar­dziej wy­czuła, niż usły­szała, że znów le­d­wie wstrzy­my­wał wy­buch gniewu.

- On... dzi­siaj... on chciał... pró­bo­wał... - wy­rzu­cała z sie­bie nie­skład­nie. Jej ra­miona za­częły się trząść, w pier­siach na­gle za­bra­kło tchu. Gar­dło miała cał­ko­wi­cie za­ci­śnięte, gdy przy­po­mniała so­bie, co się wy­da­rzyło, gdy wró­ciła z za­ku­pów do domu.

- Czy on pró­bo­wał pa­nią... - spy­tał ci­cho Mar­cus, a ona po­ki­wała głową, nie mo­gąc wy­do­być z sie­bie słowa.

De­vil nie mu­siał koń­czyć swo­jej wy­po­wie­dzi, by ro­zu­mieć, w jak roz­pacz­li­wej sy­tu­acji zna­la­zła się dziew­czyna.

Ob­cho­dził się z nią tak szorstko, pod­czas gdy ona nie tylko była ofiarą prze­mocy, ale nie­mal zo­stała zgwał­cona przez wła­snego ku­zyna!

Mar­cus naj­chęt­niej od­na­la­złby tego opa­słego dur­nia i za­strze­lił go na miej­scu.

Tacy lu­dzie jego zda­niem nie po­winni w ogóle cho­dzić po ziemi. Zmełł w ustach prze­kleń­stwo i za­ci­snął dło­nie w pię­ści. Z ja­kie­goś po­wodu sprawa stała się dla niego per­so­nalna, a on bar­dzo po­waż­nie trak­to­wał oso­bi­ste po­ra­chunki.

- Pro­szę się nie mar­twić - po­wie­dział przez za­ci­śnięte zęby. - Za­ła­twię sprawę, jak na­leży.

Dziew­czyna po­krę­ciła głową.

- Nie. Nie o to pana pro­szę - za­opo­no­wała, ścią­ga­jąc na sie­bie jego wzrok. - Ze­msta na­leży do mnie, nie może mi pan jej ode­brać.

Mar­cus przy­glą­dał się przez chwilę dziew­czy­nie, do­strze­ga­jąc w jej ślicz­nej twa­rzy sta­now­czy upór.

- I jak za­mie­rza pani tego do­ko­nać? - prych­nął nie­za­do­wo­lony. - Gro­żąc mu pal­cem?

- Jesz­cze tego nie wiem - przy­znała spo­koj­nie. - Jed­nak to nie jest pań­ska sprawa.

- Ko­cha­nie, w chwili gdy przy­szłaś po­pro­sić mnie o po­moc, ta sprawa stała się moją. - Pod­szedł do niej, pa­trząc na nią z góry.

- Nie wi­dzę po­wodu, by zwra­cał się pan do mnie tak fa­mi­liar­nie, tak na­prawdę le­d­wie się znamy. - Sara zu­chwale od­wza­jem­niła jego spoj­rze­nie.

- Wszystko może się zmie­nić - do­dał nieco ci­szej, pa­rząc na jej usta.

- Nie są­dzę. Tak jak wspo­mi­na­łam, po­trze­buję te­raz przede wszyst­kim bez­pie­czeń­stwa. Są­dzi­łam, że bę­dzie mnie pan mógł wes­przeć w tej kwe­stii, jed­nak je­śli się my­li­łam, znajdę drogę do wyj­ścia. - Dziew­czyna po­ru­szyła się nie­znacz­nie.

- Jest pani bar­dzo dumna jak na tak młodą osobę. - Mar­cus za­trzy­mał ją ru­chem dłoni.

- Cza­sem duma to je­dyne, co nam po­zo­staje - stwier­dziła smutno.

Dia­beł uśmiech­nął się pod no­sem. Ta wa­leczna i za­twar­działa osóbka bar­dzo przy­po­mi­nała mu jego sa­mego sprzed lat. Mu­siał przy­znać, że dziew­czyna miała za­sady, a on, czy tego chciał, czy nie, szcze­rze ją za to po­dzi­wiał.

- Po­mogę pani - po­wie­dział, do­sko­nale wie­dząc, że już wcze­śniej pod­jął taką de­cy­zję.

- Na­prawdę? - Sara unio­sła brwi.

- Wy­gląda pani na au­ten­tycz­nie zdzi­wioną - skrzy­wił się Mar­cus. - Prze­cież nie je­stem po­two­rem.

- Prze­pra­szam - zmie­szała się. - Chyba zbyt dużo czasu spę­dzi­łam z jed­nym.

Ski­nął głową, nie było sensu za­prze­czać.

- Czy po­siada pani ja­kieś lo­kum? Chyba nie za­mie­rza pani wró­cić do swo­jego opie­kuna? - spy­tał, bio­rąc sprawy w swoje ręce.

- Nie... ni­gdy tam nie wrócę. - Za­ci­snęła dło­nie w pię­ści i wy­glą­dała przy tym tak bez­bron­nie, że Mar­cus mu­siał po­wstrzy­mać chęć wzię­cia jej w ra­miona.

- Wy­gląda na to, że je­stem w tej chwili bez­domna. - Wzru­szyła ra­mio­nami i za­śmiała się gorzko. - Ale by­łam przy­go­to­wana na tę chwilę. Mam pewne oszczęd­no­ści i przy­ja­ciół, któ­rzy po­mogą mi coś zna­leźć - tłu­ma­czyła po­spiesz­nie.

- Ma pani na my­śli tego Ne­ila? - De­vil uniósł brew.

Spoj­rzała na niego zdzi­wiona szorstką nutą w jego gło­sie.

- Tak. Neil wie, jaka jest moja sy­tu­acja w domu...

- I nic z tym nie zro­bił? - prych­nął z od­razą. - Też mi obrońca.

- To nie ta­kie pro­ste - bro­niła go. - Dla mnie za­wsze naj­waż­niej­sze było to, że mogę na niego li­czyć. Do­brze zna oko­licę i lu­dzi, po­może mi zna­leźć ja­kiś po­kój - za­koń­czyła sta­now­czo.

- Wy­star­czy jedno słowo, a sam je dla pani znajdę - za­ofe­ro­wał się. Nie wie­dzieć czemu draż­niło go, że dziew­czyna nie za­mie­rza po­le­gać tylko na nim.

- To nie wcho­dzi w grę. - Sara po­krę­ciła głową. - Tak jak mó­wię, pra­gnę po­zo­stać nie­za­leżna, na ile tylko bę­dzie to moż­liwe.

Dia­beł nie był za­do­wo­lony z tego ob­rotu spraw.

- A co, je­śli We­sley bę­dzie pani szu­kał? Ra­czej nie zre­zy­gnuje tak ła­two ze swo­jego planu ma­try­mo­nial­nego?

Dziew­czyna prze­stą­piła z nogi na nogę i za­mil­kła.

- Czy cze­goś mi pani nie mówi? - spy­tał, kie­ru­jąc się in­stynk­tem. Wy­czu­wał, że coś jest nie tak.

- Cóż... wła­śnie w tej kwe­stii przy­szłam pana pro­sić o po­moc. Żeby na­uczył mnie pan się bro­nić, je­śli zaj­dzie taka po­trzeba - po­wie­działa nie­pew­nym gło­sem.

- Co on pani po­wie­dział? Do­kład­nie - na­ci­skał Mar­cus, czu­jąc, że znów wzbiera w nim gniew. Na Boga, niech tylko ten drań wpad­nie w jego ręce...

- Wła­ści­wie to nic - wes­tchnęła. - Jed­nak mam pewne prze­czu­cia... Znam go na tyle, że po tym, co mu zro­bi­łam, nie od­pu­ści mi tak ła­two. Wi­dzi pan, oba­wiam się, że zra­ni­łam jego dumę.

Mar­cus osłu­piał, sły­sząc to tłu­ma­cze­nie.

- Zra­niła pani jego dumę, nie da­jąc się zgwał­cić? - do­py­tał dla pew­no­ści.

- To też, jed­nak ja go... ude­rzy­łam. Dość mocno, a ni­gdy wcze­śniej tego nie ro­bi­łam.

- No tak, do tej pory tylko on pa­nią bił i to było w po­rządku - mruk­nął z prze­ką­sem.

Dziew­czyna znów wzru­szyła ra­mio­nami.

- To była moja co­dzien­ność od kilku lat, wie­dzia­łam, że nie mogę się z nim mie­rzyć.

- I co pani ta­kiego zro­biła? - spy­tał, spo­dzie­wa­jąc się, że taka de­li­katna ko­bieta spo­licz­ko­wała męż­czy­znę lub zro­biła coś rów­nie nie­efek­tyw­nego.

- Chcia­łam ude­rzyć go w po­ty­licę, tam gdzie jest punkt wi­talny, jed­nak nie je­stem na tyle wy­soka i tra­fi­łam go złą­czo­nymi pię­ściami w kark. Sztuczka za­dzia­łała i na chwilę stra­cił rów­no­wagę, a ja zdo­ła­łam ode­pchnąć go od drzwi i uciec - zre­la­cjo­no­wała z prze­ję­ciem.

Mar­cus za­mru­gał osłu­piały.

- Skąd pani wie­działa...? - wy­mam­ro­tał tylko.

- Z "Uży­tecz­nej sztuki o obro­nie" God­frey'a oczy­wi­ście - po­wie­działa, jakby ten ro­dzaj lek­tury na­le­żał do stan­dar­do­wego re­per­tu­aru każ­dej mło­dej ko­biety.

- Czy­tała pani ten trak­tat? - zdzi­wił się.

- Czy czy­ta­łam? - prych­nęła. - Znam go pra­wie na pa­mięć! Może być pan z sie­bie dumny, że rada, którą dał mi pan lata temu, dzi­siaj ura­to­wała mi skórę. Cóż, chyba panu nie po­dzię­ko­wa­łam. - Przy­tknęła pa­lec do ust, jakby do­piero te­raz przy­szło jej to do głowy. - W ta­kim ra­zie dzię­kuję. - Uśmiech­nęła się pro­mien­nie i wtedy Dia­beł wstrzy­mał od­dech.

Twarz dziew­czyny zu­peł­nie się od­mie­niła. Pa­trzyła na niego tak szcze­rze i otwar­cie, jak gdyby to on ją uszczę­śli­wił. Jej uśmiech zu­peł­nie go ocza­ro­wał. Zmarsz­czył brwi, bo­wiem zdał so­bie sprawę, że gdyby chciała, zdo­ła­łaby owi­nąć go so­bie wo­kół palca.

Całe szczę­ście, że nie miała ta­kich pla­nów...

- Nie po­doba mi się pani po­mysł - do­dał twardo, usi­łu­jąc zdu­sić w so­bie dziwne uczu­cie od­po­wie­dzial­no­ści za tę dziew­czynę. - Sama, na uli­cach Soho nie bę­dzie pani bez­pieczna.

- Nie będę sama, a poza tym nie py­ta­łam pana o radę - za­cie­trze­wiła się. - Nie szu­kam opie­kuna, tylko po­mocy w na­uce sa­mo­obrony.

- Cóż... wielka szkoda - mruk­nął, przy­glą­da­jąc jej się za­gad­kowo.

Dziew­czyna od­wró­ciła wzrok. Pa­trzył na nią w taki spo­sób, że nie mo­gła spo­koj­nie od­dy­chać. Chyba bar­dzo się de­ner­wo­wała.

- To jak bę­dzie? - spy­tała, prze­łknąw­szy z wy­sił­kiem ślinę.

- Czy zdaje so­bie pani sprawę, jak wy­ma­ga­jące są tre­ningi, o które pani za­biega?

- Nie - po­wie­działa szcze­rze. - Ale je­stem w sta­nie zro­bić wszystko, by uwol­nić się od swego ku­zyna i od­zy­skać swoją god­ność.

Dia­beł przy­glą­dał się jej chwilę w mil­cze­niu.

- Wszystko? - Prze­chy­lił nie­znacz­nie głowę.

- Tak - od­parła gor­li­wie, nie ma­jąc po­ję­cia, co wła­śnie cho­dzi męż­czyź­nie po gło­wie.

- Niech więc tak bę­dzie - zgo­dził się i wy­cią­gnął ku niej mocną dłoń.

Za­mru­gała i spoj­rzała na niego py­ta­jąco.

- To na po­twier­dze­nie na­szej umowy.

- W ten spo­sób pie­czę­tuje pan umowy? - po­de­szła bli­żej.

- Z męż­czy­znami za­zwy­czaj tak - przy­tak­nął.

Sara ujęła jego dużą dłoń.

- A z ko­bie­tami?

- Z ko­bie­tami ro­bię to ina­czej - do­dał i jed­nym ru­chem przy­cią­gnął ją do sie­bie.

[...]

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki