Rozdział 5
5
Joy Springtoe wyjechała i chateau rozbrzmiewał teraz echem jej
nieobecności. Moje serce było ociężałe ze smutku i tęsknoty. Włóczyłem
się po ogrodzie i winnicy i bezmyślnie wrzucałem kamienie do strumyka,
nawet nie starając się, aby podskoczyły na powierzchni. Całymi godzinami
wpatrywałem się w żółtego citroena, podnosiłem i opuszczałem maskę, i przypominałem sobie twarz Joy i jej zapach. Nawet Pistou nie potrafił
poprawić mojego nastroju. Byłem niepocieszony. Ludzie sądzą, że ktoś tak
młody nie jest zdolny do prawdziwie głębokich uczuć (ostatecznie miałem
zaledwie sześć lat i dziewięć miesięcy), ale Joy Springtoe wzięła moje
serce w dłonie i potraktowała je z czułością, dlatego postanowiłem
zostawić je tam na zawsze.
Monsieur Duval zabronił mi pomagać Lucie, lecz jego decyzja nie mogła
mnie już dotknąć. Nie widziałem najmniejszego sensu w kręceniu się po
hotelu, skoro Joy tam nie było, a poza tym Lucie zrobiła się okropnie
humorzasta. Bażancice nadal cieszyły się moją sympatią, ale popołudnia
spędzane na obserwacji ich postępów w sztuce malarstwa także przestały
mnie pociągać. Chodziłem dookoła zamku, trzymając w ręku piłeczkę, która
teraz zyskała w moich oczach dodatkową wartość, ponieważ zwróciła mi ją
właśnie Joy.
Często chowałem się w piwnicy pod chateau, gdzie zawsze było wilgotno
i zimno. Spoczywające na specjalnych stojakach rzędy butelek kojarzyły
mi się ze złożonymi w katakumbach zwłokami. Mur był tu wiecznie mokry,
pokryty pleśnią, powietrze zatęchłe i nieruchome. Biegałem między
stojakami, aż pewnego dnia natknąłem się na małe, ciasne pomieszczenie.
Było w nim coś niesamowitego, niewytłumaczalnie tajemniczego. Stało tu
tylko jedno krzesło, lecz ja natychmiast wyczułem dziwne ciepło,
zupełnie jakby ktoś kiedyś mieszkał w tym niepokojącym miejscu.
Zaciekawiony, wszedłem do środka i usiadłem. Rozejrzałem się dookoła.
Zacząłem się właśnie zastanawiać, w jakim celu wykorzystywano tę dziwną
klitkę, kiedy dostrzegłem kilka imion, wyrytych obok siebie na kamiennej
ścianie. Wstałem, żeby przyjrzeć się im z bliska. Leon, Marthe, Felix,
Benjamin, Oriane - przeczytałem. Przesunąłem palcami po zagłębieniach w murze. Krawędzie liter wydawały się ostre, wydrapano je chyba stosunkowo
niedawno. Pomyślałem, że może niegodziwy monsieur Duval przetrzymywał tu
więźniów, i nagle zrobiło mi się lżej na sercu. Ogarnięty poczuciem
wspólnoty przeżyć, znalazłem mały kamyk i obok tamtych drukowanymi
literami wyryłem swoje imię, Mischa. Ja także byłem przecież więźniem,
niewolnikiem miłości i milczenia.
Nie miałem już gorączki, ale nadal byłem osłabiony. Matka obserwowała
mnie czujnie, a w nocy przytulała mocno do siebie, jakby w obawie, że
jakiś demon wyłoni się z ciemności i wyrwie mnie z jej ramion. Koszmary
senne nękały mnie teraz częściej niż kiedykolwiek, tyle że zamiast
twarzy matki, widywałem w nich twarz Joy. Budziłem się zlany potem,
przestraszony i zapłakany. Ulgę przynosiła mi dopiero świadomość, że co
prawda Joy zostawiła mnie, ale mama nadal jest obok.
Pewnej nocy obudził mnie odgłos świszczącego za oknem wiatru. Wichura
szarpała drzewa i siekła wszystko dookoła ulewnym, zimnym deszczem. Jak
na lato, było to zjawisko dość niezwykłe. Mama także się obudziła i oboje usiedliśmy na parapecie okna, przyglądając się rozszalałej burzy.
- Wiesz, Mischa, moja matka, a twoja babka, zawsze powtarzała, że
gwałtowna letnia burza zwiastuje zmiany... - Przechyliła głowę na ramię
i spojrzała na mnie z dziecinnym uśmiechem. - Była bardzo przesądna i oczywiście zwykle miała rację... Bardzo rzadko się myliła - westchnęła,
jej brązowe oczy pociemniały od łez. - Ciekawe, co by powiedziała, gdyby
mnie teraz zobaczyła... Myślisz, że widzi mnie stamtąd, z nieba?
Wyobrażam sobie, jak splata ramiona na piersi i cmoka z niezadowoleniem... Ale ty na pewno od razu podbiłbyś jej serce, mój mały
chevalier... Och, tak, byłaby z ciebie bardzo dumna! - Wyciągnęła rękę
i dotknęła mojej. - Wiem, że pokochałeś Joy Springtoe, skarbie. Ja też
bardzo żałuję, że wyjechała. Wniosła do tego domu dużo słońca. Pamiętaj,
że cię rozumiem. Miłość boli, kochanie. Boli, kiedy ukochana osoba jest
z tobą, boli, kiedy jej nie ma, a najdotkliwiej boli wtedy, gdy wiesz,
że już nigdy nie ujrzysz ukochanej czy ukochanego... Mimo tego warto
płacić cierpieniem za te kilka chwil szczęścia. Za jakiś czas będziesz
wspominał Joy bez bólu, wierz mi. Poza tym bardzo możliwe, że ona
przyjedzie tu znowu w przyszłym roku. Jej narzeczony zginął, wyzwalając
nasze miasto. Był bohaterem, a Joy przyjeżdża, żeby uczcić jego pamięć.
Myślę, że ona też zatęskni za tobą...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Od Autora
Ze wszystkich książek, które napisałam, właśnie ta okazała się dla mnie
największym wyzwaniem. Jednak dzięki mojemu mężowi Sebagowi,
wspólnikowi, któremu całkowicie ufam i który pomógł mi zaplanować wątek
nad szklaneczką różowego wina w czasie naszych corocznych wakacji we
Francji, jej pisanie dało mi także najwięcej radości. Dwa umysły
działają znacznie lepiej niż jeden i muszę przyznać, że bez Sebaga nie
zdołałabym stworzyć tej powieści.
Kiedy stanęłam wobec konieczności sięgnięcia do wojennej historii
Bordeaux, zwróciłam się do moich drogich przyjaciół, Sue i Alana
Johnson-Hilla, którzy mieszkają w najpiękniejszym chateau pod słońcem
i z niezwykłą serdecznością podzielili się ze mną swoimi
doświadczeniami, chociaż, co śpieszę dodać, żadne z nich nie jest w takim wieku, aby mogli pamiętać czasy drugiej wojny światowej. Alan
chętnie poprawiał moje błędy we francuskim, a Sue stale utrzymywała ze
mną kontakt e-mailowy, podsuwając mi rozmaite sugestie i cierpliwie
odpowiadając na niekończące się pytania. Dziękuję im obojgu.
Pragnę również podziękować jeszcze jednemu przyjacielowi, Ericowi
Villainowi, który wychował się w Bordeaux. Zależało mi, żeby zobaczyć
ten region oczami dziecka, więc zaprosiłam go na lunch, nalałam mu dużą
szklaneczkę wina (francuskiego, naturalnie) i wyjęłam notes, a on zaczął
snuć wspomnienia z okresu dzieciństwa. Eric jest chodzącą encyklopedią,
jeśli chodzi o Bordeaux, a poza tym bardzo sympatycznym, błyskotliwym
rozmówcą. Dziękuję ci, Ericu.
W czasie pisania książki odwiedziłam nie tylko Bordeaux, ale także Nowy
Jork i Wirginię. Oczywiście na przewodnika wybrałam najprzystojniejszego
Amerykanina, jakiego znam, Gordona Raineya. Dziękuję ci, Gordonie, za
pomoc i zabawne e-maile, dzięki którym praca z tobą była także przyjemną
rozrywką.
Pisząc o nagłym pojawieniu się na rynku obrazu Tycjana, poprosiłam o wskazówki najbardziej kompetentnych pracowników National Gallery. Jestem
bezgranicznie wdzięczna zarówno Colinowi McKenzie, dyrektorowi
muzealnego działu rozwoju, jak i Davidowi Jaffe, głównemu kustoszowi, za
ich rady, anegdoty, wsparcie, błyskotliwy dowcip i wspaniałe
towarzystwo, które stały się moim udziałem w czasie pracy nad Cygańską
Madonną. Pisanie tej części książki, której najbardziej się obawiałam,
dzięki nim stało się najprzyjemniejszym doświadczeniem.
Dziewczyna, która spędza większość dnia zgarbiona nad laptopem, musi
dbać o formę, prawda? Dlatego chciałabym skorzystać z tej okazji, aby
podziękować mojemu trenerowi kick-boxingu, Stewartowi Taylorowi, ze
studia fitness Body-architecture.co.uk, który ćwiczył ze mną ciosy i uniki na sali gimnastycznej, ale także w przerwach wysłuchiwał moich
wątpliwości co do niektórych zwrotów akcji i cech bohaterów powieści.
Dziękuję moim rodzicom, Charliemu i Patty Palmer-Tomkinson, za
nieustające wsparcie oraz zachętę, a zwłaszcza mojej mamie, która
przeczytała pierwszy szkic książki i udzieliła mi bardzo potrzebnych rad
i wskazówek. Dziękuję też moim teściom, Stephenowi i April
Sebag-Montefiore, za ogromne zainteresowanie moimi książkami, entuzjazm
oraz pochwały, które dodają mi sił do pracy.
Jestem także wciąż tak samo wdzięczna Kate Rock, która przed pięciu laty
pomogła mi wystartować, oraz Jo Frank, która sprzedała moją pierwszą
powieść wydawnictwu Hodder&Stoughton. Dziś pragnę również
podziękować wydawnictwu Hodder&Stoughton za publikację mojej szóstej
książki i podpisanie ze mną umowy na cztery następne. Bóg zapłać za
wszystko!
Serdecznie dziękuję Lindzie Shaughnessy, która sprzedaje moje powieści
na całym świecie, i Robertowi Kraittowi, mojemu agentowi filmowemu,
wiecznemu optymiście.
Sheila Crowley, moja agentka literacka, jest najbardziej dynamiczną,
kompetentną i pozytywnie nastawioną do świata i ludzi osobą, jaką znam.
Sheila nie zna takiego pojęcia jak "zbyt wielkie wyzwanie". Moja droga,
z całego serca dziękuję ci za to, że mnie reprezentujesz - proszę,
opiekuj się mną także i w czasie pisania czterech następnych książek!
I wreszcie dziękuję mojej redaktorce, Susan Fletcher, za ciężką pracę i olbrzymią cierpliwość. Twoje krytyczne uwagi, Susan, są po prostu
nieocenione, a pochwały stają się paliwem, które napędza moją pracę. Oby
nasze wielce produktywne partnerstwo trwało jak najdłużej!
Prolog
Prolog
Nowy Jork, 1985
Byłem równie zdziwiony jak wszyscy, kiedy, na krótko przed śmiercią moja
matka oddała obraz Tycjana. W pierwszej chwili wydawało się, że jest to
posunięcie osoby, która już nie do końca panuje nad swoim umysłem. Z wiekiem matka stawała się coraz bardziej uparta i apodyktyczna, więc po
prostu przekazała obraz do Metropolitan Museum i oświadczyła, że nie
chce o tym rozmawiać z nikim, nawet ze mną. Taka była. Pozornie chłodna
i energiczna, całkowicie opanowana i trochę wyniosła, co przypisywano
często jej francuskiemu pochodzeniu, jednak jeżeli ktoś zadał sobie trud
i zdobył jej zaufanie, pod kolcami znajdował rzadki, delikatny kwiat,
podobny do dzikiej róży. Tak czy inaczej, mimo wszystkich wysiłków,
każdy dziennikarz, który zwracał się do niej z prośbą o wywiad, spotykał
się ze zdecydowaną odmową. Naciski rosły, lecz ona nie ustępowała, nawet
odrobinę.
Nie była szalona, lecz oszalała. W tych gorączkowo błyszczących,
niespokojnych oczach ujrzałem głęboką, drążącą potrzebę, której nie
byłem w stanie zrozumieć. Umierała. Wiedziała, że ma niewiele czasu.
Umierających często ogarnia pragnienie załatwienia niezałatwionych
spraw, aby mogli umrzeć w spokoju, z czystym sumieniem, lecz potrzeba
mojej matki była czymś więcej niż dążeniem do zakończenia ziemskich
przedsięwzięć przed wyruszeniem w podróż.
- Nie rozumiesz, Mischa - powiedziała dziwnie udręczonym głosem. - Ja
muszę zwrócić ten obraz...
Miała rację, nie rozumiałem jej. Jak miałem ją zrozumieć?
Byłem wściekły. Dzieliliśmy w życiu wszystko, moja mama i ja. Byliśmy
sobie bliżsi niż inni synowie i matki, ponieważ tak dużo przeżyliśmy
razem, tylko we dwoje. My przeciwko całemu światu, maman i jej mały
rycerz. Naprawdę, jako dziecko marzyłem, aby mieć miecz na tyle wielki i potężny, żebym mógł zabić wszystkich jej wrogów. Jednak nigdy nie
powiedziała mi o Tycjanie.
Teraz nie żyje, jej wargi pozostaną na wieki zamknięte i opieczętowane,
jej oddech porwał wiatr, słowa są szeptami, które wracają do mnie w snach. Pewnej nocy odeszła, zabierając ze sobą wszystkie swoje sekrety,
w każdym razie tak mi się wydawało. Dopiero później, wracając ścieżką
pamięci do lat dzieciństwa, odkrywałem jej tajemnice, jedną po drugiej.
Czekały tam na mnie, musiałem tylko zdobyć się na to, aby przejść przez
ogień i je odnaleźć. W tej podróży doświadczyłem cierpienia i radości,
lecz najczęściej doznawałem zdumienia. Jako mały chłopiec
interpretowałem wszystko młodym, niewinnym umysłem; teraz, jako
mężczyzna po czterdziestce, uzbrojony w mądrość zdobytą w ciągu wielu
lat, widzę rzeczy takimi, jakimi naprawdę były. Oczekiwałem, że znajdę
świadectwo pochodzenia obrazu Tycjana, lecz nigdy nie spodziewałem się,
że znajdę siebie.
Rozdział 1
1
Wszystko zaczęło się pewnego śnieżnego styczniowego dnia. W Nowym Jorku
styczeń jest ponury i mroczny. Drzewa są nagie, świętowanie już się
skończyło, z choinek zdejmuje się lampki i chowa do pudełek, aby wyjąć
je dopiero przed następnym Bożym Narodzeniem. Gnający ulicami wiatr
tchnie lodem. Szedłem szybko, z rękami wciśniętymi w kieszenie, ze
spuszczoną głową i oczami wbitymi w trotuar, zamyślony. Nie myślałem o niczym szczególnym, ot, po prostu o codziennych zajęciach. Starałem się
nie wspominać matki. Jestem "unikaczem". Jeżeli coś sprawia mi ból, nie
zajmuje się tym, a jeśli się czymś nie zajmuje, to tego czegoś nie ma,
prawda? Mama zmarła tydzień wcześniej, było już po pogrzebie. Tylko
dziennikarze kręcili się wokół mnie jak natrętne muchy, koniecznie chcąc
się dowiedzieć, dlaczego nieuwzględniony w żadnym katalogu, nieznany
Tycjan takiej wagi dopiero teraz ujrzał światło dzienne. Nie rozumieli,
że ja wiem równie mało jak oni? Jeżeli oni poruszali się w ciemności, to
ja błądziłem w przestrzeni kosmicznej.
Dotarłem do biura. Zajmowałem budynek z czerwonej cegły w West Village,
ze sklepem z antykami na parterze. Zebedee Halpstein, ekscentryczny
zegarmistrz, pracował w swoim warsztacie w sąsiednim domu wśród
niestrojnej orkiestry tykania. Z trudem wyłowiłem klucz z kieszeni, bo
palce zupełnie mi zgrabiały. Zapomniałem włożyć rękawiczki. Chwilę
wpatrywałem się w swoje odbicie w szybie. Udręczona twarz mężczyzny,
który wyglądał na starszego, niż był, patrzyła na mnie ponuro.
Otrząsnąłem się ze smutku i wszedłem do środka, strząsając śnieg z ramion. Stanley jeszcze nie przyszedł, nie było też Esther, która
odbierała telefony i sprzątała. Wspiąłem się na piętro, ciężko stąpając.
W półmroku wyraźnie czułem zapach starego drewna i politury do mebli.
Otworzyłem drzwi do mojego gabinetu. W kącie siedział na krześle jakiś
włóczęga.
O mało nie wyskoczyłem ze skóry. Z wściekłością w głosie zapytałem, co
tu robi i jak dostał się do budynku. Okna były przecież zamknięte,
frontowe drzwi także. Na moment ogarnął mnie strach, lecz wtedy
nieznajomy odwrócił się ku mnie z lekkim uśmiechem. Od razu zwróciłem
uwagę na niezwykły kolor jego oczu, które lśniły w pobrużdżonej i zarośniętej twarzy jak dwa kawałki akwamaryny osadzone w skale.
Zmarszczyłem brwi, pewny, że kiedyś już widziałem te oczy, ale to
wrażenie szybko minęło. Mężczyzna siedział otulony paltem, na głowie
miał filcowy kapelusz. Zauważyłem, że buty były zabłocone i zniszczone,
na jednym palcu ziała dziura. Zmierzył mnie taksującym spojrzeniem, a ja
z trudem pohamowałem furię, jaką wzbudziła we mnie jego impertynencja.
- Wyrosłeś na przystojnego młodego człowieka. - Z uznaniem pokiwał
głową.
Milczałem. Nie miałem pojęcia, jak zareagować.
- Nie wiesz, kim jestem? - zapytał.
Pod warstwą uśmiechu dostrzegłem wtedy cień smutku.
- Oczywiście, że nie - odparłem. - Proszę stąd wyjść. - Skinął głową i wzruszył ramionami.
- Cholera, nie ma przecież powodu, dlaczego miałbyś pamiętać. Miałem
nadzieję. No, cóż. Mogę zapalić, zanim wyjdę na ten ziąb?
Miał południowy akcent. Brzmienie jego głosu nie wiadomo dlaczego
przyprawiło mnie o gęsią skórkę.
Zanim zdążyłem zaprotestować, wyjął gauloise'a i zapalił. Od zapachu
dymu zakręciło mi się w głowie. Nie mogłem powstrzymać fali wspomnień,
która mnie nagle zalała. Popatrzyłem na niego uważnie, lecz zaraz
odrzuciłem tę myśl jako absurdalną. Zdjąłem płaszcz i powiesiłem go na
drzwiach, aby ukryć twarz i zyskać na czasie. Potem usiadłem za
biurkiem. Stary mężczyzna z wyraźną przyjemnością zaciągał się dymem,
ale ani na chwilę nie spuszczał ze mnie wzroku. Ani na chwilę.
- Kim pan jest? - zapytałem, gotowy usłyszeć odpowiedź, której mimo
wszystko się spodziewałem.
Niemożliwe, powtarzałem sobie. Nie po tylu latach. Nie chciałem, żeby to
był on, nie ten tramp, cuchnący starym papierosowym dymem i potem.
Uśmiechnął się i dmuchnął dymem z kącika ust.
- Jack Magellan. Mówi ci to coś?
Zawahałem się. W gardle zaschło mi ze zdenerwowania. Uniósł strzępiastą
brew i pochylił się nad blatem biurka.
- A może mówi ci coś imię Coyote, Juniorze?
Szczęka mi opadła, dosłownie. Wbiłem spojrzenie w jego twarz, szukając w niej człowieka, który kiedyś trzymał moją miłość na otwartej dłoni, ale
zobaczyłem tylko ciemną, miejscami siwiejącą brodę i głębokie zmarszczki
w grubej, ogorzałej skórze. Nie dostrzegłem nic, co stanowiłoby dowód
jego niegdysiejszej młodości i magii. Przystojny Amerykanin, który
obiecywał nam szczęście, umarł dawno temu. Musiał umrzeć, bo przecież
inaczej na pewno wróciłby o wiele wcześniej, wtedy, gdy wciąż na niego
czekaliśmy.
- Czego pan chce?
- Przeczytałem w gazetach o twojej matce. Przyjechałem się z nią
zobaczyć.
- Umarła - powiedziałem brutalnie, wypatrując jego reakcji.
Chciałem go zranić. Miałem nadzieję, że będzie cierpiał. Nic nie byłem
mu winien, absolutnie nic, natomiast on był mi winien wyjaśnienie i trzydzieści lat. Z satysfakcją patrzyłem, jak jego oczy wypełniają się
łzami, jak ze smutkiem pochyla głowę. Zaraz jednak podniósł ją i spojrzał na mnie z przerażeniem. Obserwowałem go, a on obserwował mnie.
Nie próbowałem ignorować szarpiących nim emocji, po prostu zostawiłem go
jak miotającą się na piasku rybę, która z trudem chwyta powietrze.
- Umarła - powtórzył łamiącym się głosem. - Kiedy?
- W zeszłym tygodniu.
- W zeszłym tygodniu... - Pokręcił głową. - Gdyby tylko...
Znowu zaciągnął się i wypuścił dym z ust - jego zapach otoczył mnie ze
wszystkich stron jak ruchome piaski pamięci. Zmarszczyłem brwi i odwróciłem się. Oczami wyobraźni ujrzałem długie, zielone szeregi
krzewów winorośli i cyprysów oraz nagrzane słońcem mury chateau, który
kiedyś był moim domem. Jasnoniebieskie okiennice były otwarte, wiatr
niósł zapach sosny i jaśminu, a gdzieś daleko, na obrzeżach mojej
pamięci, piękny, nietuzinkowy głos śpiewał Laredo.
- Twoja matka była wyjątkową kobietą - powiedział tramp ze smutkiem. -
Bardzo żałuję, że nie zobaczyłem się z nią przed śmiercią...
Miałem ogromną ochotę uświadomić mu, że prawie do końca życia trzymała
się nadziei, iż on pewnego dnia wróci. I że w ciągu trzech
dziesięcioleci, które minęły od jego odejścia, nigdy w niego nie
zwątpiła. Dopiero u kresu swojej drogi z rezygnacją przyjęła prawdę -
nabrała pewności, że jednak już go nie zobaczy. Chciałem nawrzeszczeć na
niego, chwycić go za kołnierz palta i poderwać na nogi, ale nie zrobiłem
tego. Zachowałem spokój. Patrzyłem tylko na niego z twarzą pozbawioną
wyrazu.
- Jak mnie znalazłeś? - zapytałem.
- Przeczytałem o Tycjanie - odrzekł.
Ach, Tycjan, pomyślałem. To o to mu chodzi...
Zdusił papierosa i zaśmiał się cicho.
- Podobno przekazała obraz miejskiemu muzeum...
- Co cię to obchodzi?
Wzruszył ramionami.
- Jest wart fortunę.
- Więc dlatego tu jesteś... - mruknąłem. - Dla pieniędzy...
Znowu pochylił się do przodu i utkwił we mnie przenikliwe spojrzenie
hipnotycznie niebieskich oczu.
- Nie przyszedłem prosić o pieniądze - oburzył się. - O nic nie proszę.
Szczerze mówiąc, jestem starym idiotą i sam się dziwię, że przyszedłem.
Nie ma tu już nic, na czym mogłoby mi zależeć.
- Więc po co przyszedłeś?
Teraz uśmiechnął się, odsłaniając poczerniałe, zżarte przez próchnicę
zęby. Poczułem się nieswojo, bo jego uśmiech do złudzenia przypominał
grymas bólu.
- Gonię za tęczą, Juniorze, ot, co. Zawsze goniłem za tęczą, ale ty tego
nie zrozumiesz.
Patrzyłem przez okno, jak utykając, idzie ulicą, przygarbiony, w kapeluszu zsuniętym nisko na czoło. Podrapałem się po brodzie i poczułem
pod palcami sztywne włoski. Przez chwilę wydawało mi się, że on śpiewa,
że wiatr niesie jego głos. Kiedy szedłem ulicami Laredo...
Nie mogłem tego wytrzymać. Zdarłem płaszcz z wieszaka na drzwiach i zbiegłem na dół. Drzwi się otworzyły, dosłownie centymetr przed moim
nosem, i do środka wszedł Stanley. Zdziwił się na mój widok.
- Wychodzę - rzuciłem, nie siląc się na wyjaśnienia.
Wybiegłem na jezdnię. Sypał śnieg, gęsty i mokry. Ruszyłem przed siebie
po jego śladach. Nie wiedziałem, co mu powiem, kiedy go dogonię,
rozumiałem jednak, dlaczego mój gniew został pokonany przez coś, co
tkwiło na dnie serca, coś, co można by określić mianem pierwotnego
uczucia. Trudno to wytłumaczyć, ale ten człowiek przekazał mi dar,
jedyny w swoim rodzaju. Dar, którego nie mógłbym otrzymać od nikogo
innego, nawet od matki. I mimo bólu, jaki z sobą przyniósł, łącząca nas
więź była wyjątkowo trwała, nierozerwalna.
Przez pewien czas widziałem przed sobą jego ślady, lecz wkrótce szlak
zniknął, zatarł się wśród milionów innych, pozostawionych przez
anonimowych mieszkańców Nowego Jorku. Nagle na samym dnie mojej duszy
narodził się ostry ból, żal za czymś, co bezpowrotnie stracone.
Rozglądałem się dookoła, szukając starego, kulejącego mężczyzny, ale w gruncie rzeczy pragnąłem znaleźć kogoś zupełnie innego. Tamten był
przystojny, miał jasne włosy i przenikliwe błękitne oczy koloru
tropikalnego morza. Kiedy się uśmiechał, oczy połyskiwały żartobliwie, a uśmiech rozciągał i wydłużał białe kurze stopki, wyraźnie rysujące się
na tle opalonej skóry. Kąciki jego ust były lekko uniesione nawet wtedy,
gdy był poważny, zupełnie jakby uśmiech był naturalnym, przyrodzonym
wyrazem jego twarzy i jakby powaga sporo go kosztowała. Poruszał się
lekkim, sprężystym krokiem, z wysoko uniesionym podbródkiem,
wyprostowany, roztaczając wokół chłopięcy, łobuzerski urok, dość silny,
aby zmiękczyć serce nawet najbardziej zdeterminowanego cynika. Taki był
Coyote, którego znałem. Mój Coyote nie miał nic wspólnego z tym starym,
śmierdzącym włóczęgą, który jak sęp przyleciał rozgrzebywać dziobem
szczątki kochającej go kobiety.
Długą chwilę tępo wpatrywałem się w śnieg, wreszcie odwróciłem się i poszedłem do sklepu. Moje wcześniejsze ślady prawie zasypało. A odciski
jego butów? Także znikły, jakby w ogóle ich nie było, jakby tramp nigdy
się nie pojawił.
Rozdział 2
2
Bordeaux, Francja, 1948
- Och, Diane, popatrz, to znowu ten uroczy chłopaczek!
Joy Springtoe schyliła się i pieszczotliwie uszczypnęła mnie w policzek.
Poczułem słodki zapach jej perfum i zaczerwieniłem się. Była
najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem. Jej włosy były
grzywą jasnych loków, oczy miały kolor piór synogarlic, które gruchały
na dachu chateau, skóra wydawała się miękka i delikatna jak najdroższy
zamsz. Elegancka w tym nieco przesadnym amerykańskim stylu, który
Francuzki uważają za wulgarny, mnie bardzo się jednak podobała. Była
barwna. Kiedy się śmiała, miałem ochotę jej wtórować, tyle że nigdy tego
nie robiłem. Nie mogłem. Uśmiechałem się tylko nieśmiało i pozwalałem,
aby głaskała mnie po głowie, a moje młode serce wzbierało uczuciem
wielkiej wdzięczności.
- Jesteś bardzo przystojny jak na tak małego chłopca. Masz najwyżej
sześć, no, może siedem lat, prawda? Gdzie twoi rodzice? Bardzo
chciałabym ich poznać! Czy są równie urodziwi jak ty?
Podeszła do nas jej przyjaciółka Diane. Była krępa i przysadzista jak
czajnik do herbaty, miała różowe policzki i łagodne brązowe oczy. Choć
ubrana w bluzkę w czerwone kwiaty, w porównaniu z Joy wyglądała dziwnie
szaro i niepozornie, jakby Bóg, malując Joy, trochę się zagalopował i zużył na nią prawie wszystkie farby.
- Ma na imię Mischa - powiedziała Diane. - Jest Francuzem.
- Nie wyglądasz na Francuza, mały... - zamruczała Joy. - Nie z tymi
jasnymi włosami i pięknymi niebieskimi oczami. Nie, wcale nie wyglądasz
na Francuza.
- Jego matka pracuje w hotelu - dodała Diane.
Joy pytająco uniosła brwi.
- Byłam ciekawa, więc zapytałam. - Diane wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się do mnie przepraszająco.
- Nie chodzisz do szkoły, mały? - zapytała Joy. - Estce que tu ne vas
pas a l'ecole?
- Chłopiec jest niemową, Joy.
Joy wyprostowała się i obrzuciła przyjaciółkę przerażonym spojrzeniem.
Kiedy odwróciła się do mnie, na jej twarzy malowało się ogromne
współczucie.
- Nie mówi? - powtórzyła, gładząc mój policzek. - Kto ukradł ci głos,
mały?
W tym momencie, w chwili, gdy delektowałem się nieskrywaną czułością
Joy, zza rogu wyłoniła się madame Duval. Na mój widok jej twarz stała
się mroczna niczym burzowa chmura, lecz madame błyskawicznie się
opanowała.
- Bonjour... - zwróciła się do swoich gości uprzejmym, ociekającym
słodyczą głosem.
Zamarłem, zupełnie jak schwytana w pułapkę mysz.
- Mam nadzieję, że dobrze panie spały?
Joy podniosła głowę i przeczesała włosy palcami.
- Och, tak - odparła. - Jest tu tak pięknie. Moje okno wychodzi na
winnicę i dziś rano krzewy po prostu lśniły w promieniach słońca.
- Bardzo się cieszę, że są panie zadowolone. - Uśmiechnęła się madame
Duval. - W jadalni właśnie podają śniadanie...
Joy spojrzała na mnie. Z wyrazu jej twarzy wyczytałem, że dostrzegła
moje przerażenie. Poklepała mnie po głowie i mrugnęła, potem razem z Diane ruszyły korytarzem w kierunku schodów. Kiedy zniknęły, twarz
madame Duval zlodowaciała w jednej chwili, jak ogarnięta mroźnym
podmuchem woda.
- Co robisz w tej części domu? - syknęła. - Zmiataj stąd, ale już!
Natychmiast!
Przegoniła mnie machnięciem dłoni. Moje serce, chwilę wcześniej tak
otwarte, teraz się zatrzasnęło. Rzuciłem się do ucieczki, zanim madame
zdążyła mnie uderzyć.
Matka czyściła srebra w spiżarni i kiedy stanąłem w drzwiach,
niespokojnie podniosła głowę znad wielkiej tacy.
- Och, Mischa! - zawołała, chwytając mnie w ramiona i całując w skroń. -
Wszystko w porządku? Nikt cię nie skrzywdził? - Zajrzała mi w twarz i zrozumiała, co się stało. - Kochanie, nie możesz chodzić do tamtej
części zamku, teraz jest tam hotel, to nie twój dom...
Moje łzy powoli wsiąkały w jej fartuch.
- Wiem, że trudno ci to zrozumieć - ciągnęła. - Ale teraz po prostu tak
jest, musisz się z tym pogodzić i zachowywać jak należy, ze względu na
nas oboje. Madame Duval okazała nam dużo serca...
Odsunąłem się i gniewnie pokręciłem głową. Ku mojemu zawstydzeniu znowu
się rozpłakałem. Kiedy mama próbowała mnie objąć, strząsnąłem jej ręce z ramion i tupnąłem nogą. Nienawidzę jej, nienawidzę, nienawidzę,
krzyczałem, świadomy, że nawet matka nie jest w stanie usłyszeć mojego
wewnętrznego głosu.
- Uspokój się, kochanie - szepnęła. - Rozumiem cię. Maman wie, co
czujesz...
Niezdolny oprzeć się kojącej mocy jej pocałunków, pozwoliłem, aby
posadziła mnie sobie na kolanach i przytuliłem się do niej. Zamknąłem
oczy, oddychałem cytrynowym zapachem jej skóry. Jej wargi spoczywały na
moim policzku, czułem jej oddech na twarzy i miłość, która ogarniała
mnie całego. To uczucie było gorące i bezwarunkowe, a ja piłem je,
spragniony czułości i uwagi.
Matka była moim najlepszym przyjacielem, lecz tamten okropny epizod,
który miał miejsce pod koniec wojny, dał mi jeszcze kogoś, kogoś
wyjątkowego, kto należał wyłącznie do mnie. Nosił imię Pistou i był
niewidzialny dla wszystkich poza mną. Był mniej więcej w moim wieku,
lecz zupełnie do mnie niepodobny - miał ciemne, niesforne włosy,
oliwkową skórę i głęboko osadzone brązowe oczy. Słyszał mój wewnętrzny
głos, więc nie musiałem mu nic tłumaczyć. Jak na małego chłopca, był
bardzo mądry.
Pierwszy raz zobaczyłem go w nocy. Od zakończenia wojny sypiałem z matką. Przytulaliśmy się do siebie mocno i czułem się wtedy
bezpieczniejszy niż kiedykolwiek. Miewałem koszmarne sny. Straszne sny,
po których budziłem się zapłakany i przerażony. Mama gładziła wtedy moje
czoło i całowała mnie sennie. Nie umiałem jej wyjaśnić charakteru tych
snów i później długo leżałem, wpatrując się w ciemność, pełen obaw, że
jeśli tylko zamknę oczy, straszne obrazy powrócą i pochłoną mnie całego.
Właśnie w takim momencie pojawił się Pistou. Usiadł na brzegu łóżka i uśmiechnął się do mnie. Jego buzia była tak pogodna, a w oczach ujrzałem
tyle ciepłego zrozumienia, że od razu odgadłem, iż zostaniemy
przyjaciółmi. Zorientowałem się też, że Pistou zna dręczące mnie
koszmary i lęki. Matka spała, a ja leżałem spokojnie i rozmawiałem z Pistou, aż wreszcie zmęczenie pokonało strach i znowu zapadłem w sen.
Po pierwszych spotkaniach w środku nocy Pistou zaczął pojawiać się także
za dnia. Szybko zdałem sobie sprawę, że widzę go tylko ja - inni
patrzyli poprzez niego, jakby był szklaną taflą. Pistou biegał między
dorosłymi i pozwalał sobie na drobne żarciki. Czasami szczypał starsze
panie w pośladki, przekrzywiał im kapelusze i pokazywał język. Nawet
moja mama pocierała czoło i marszczyła brwi, kiedy bawiłem się z przyjacielem w naszym małym pokoju nad stajniami. Oczywiście nie mogłem
opowiedzieć jej o Pistou, nawet gdybym bardzo chciał.
Nie chodziłem do szkoły. Nie dlatego, że byłem niemową, ale dlatego, że
nie chcieli mnie przyjąć. Mama próbowała mnie uczyć, lecz było jej
naprawdę ciężko. Do późna pracowała w chateau i wracała wieczorem
kompletnie wyczerpana. Mimo tego, zwykle poświęcała jeszcze trochę
czasu, aby nauczyć mnie pisać. Z powodu mojej niemożności porozumiewania
się był to bardzo frustrujący proces, ale jakoś dawaliśmy sobie radę.
Zawsze my dwoje, tylko my - no i Pistou.
Wiedziałem, że matka się martwi, iż nie mam żadnych kolegów. Wiedziałem
wiele rzeczy, a ona nawet nie podejrzewała, że o nich wiem. Często
myślała na głos, zupełnie jakbym nie tylko nie mówił, ale też nie
słyszał. Siadała przy toaletce, aby wyszczotkować długie, brązowe włosy,
i wpatrywała się w odbicie swojej poważnej twarzy, gdy ja tymczasem
udawałem, że śpię w żelaznym łóżku, chociaż tak naprawdę słuchałem
uważnie wszystkiego, co mówiła.
- Tak się o ciebie boję, Mischa... - mówiła. - Wydałam cię na ten świat,
ale nie mogę cię przed nim ochronić. Robię, co mogę, lecz to nie
wystarczy.
Czasami kładła się obok mnie i szeptała mi do ucha.
- Jesteś wszystkim, co mam, skarbie... Mamy tylko siebie, jesteśmy sami.
Maman i jej mały chevalier.
Dorastałem wśród wrogów. Mama i ja byliśmy jak wyspa na morzu pełnym
rekinów, jednak w moich oczach żaden wróg nie był równie przerażający
jak madame Duval.
Właśnie z powodu madame Duval musieliśmy wyprowadzić się z chateau do
pokoju nad stajniami. Matka mawiała, że madame była dla nas dobra,
zawsze odnosiła się do niej z szacunkiem i wdzięcznością, całkiem
jakbyśmy zawdzięczali jej życie, ale ona nigdy się do nas nie uśmiechała
ani nawet nie odzywała się do mamy w uprzejmy sposób. Patrzyła na moją
matkę spod zmrużonych powiek, z nieukrywaną wyższością, mnie zaś uważała
za stworzenie jeszcze gorszego gatunku niż szczury, na które zastawiano
pułapki w piwnicy. Byłem dla niej czymś w rodzaju robaka budzącego
najgłębszą odrazę. Już sam widok madame Duval wywoływał we mnie
przerażenie. Kiedy otwarto hotel, wyszedłem przed wejście, zachwycony
lśniącymi samochodami, które zatrzymywały się na żwirowanym podjeździe,
prowadzone przez poważnych, dostojnych kierowców w kapeluszach i rękawiczkach. Madame złapała mnie wtedy za ucho, zawlokła do kuchni i tam zbiła po głowie tak mocno, że upadłem na podłogę. Jej ostry głos
przyciągnął uwagę kucharki Yvette oraz jej małej armii - wszyscy
stłoczyli się dookoła, żeby zobaczyć, co się dzieje, lecz nikt nie
pośpieszył mi na pomoc. Leżałem skulony ze strachu, tak jak kiedyś
wcześniej, ponieważ ich twarze były takie jak wtedy: pełne nienawiści.
Tylko matka przytuliła mnie do siebie, łzami udowadniając swoją miłość
na przekór wszystkiemu.
Nie byłem w stanie porozumieć się z ludźmi i bałem się ich, więc
zamknąłem się w sobie, w swoim tajemnym święcie. Razem z Pistou całymi
godzinami bawiłem się w chowanego między długimi rzędami winnych
krzewów. Pistou często wyskakiwał nagle zza krzaków, a potem śmiał się
aż do bólu brzucha. Widok jego trzęsących się ramion bardzo mnie bawił,
dlatego zaczynałem go naśladować, co sprawiało, że śmiał się jeszcze
mocniej. Siadaliśmy na kamiennym mostku i rzucaliśmy kamyki do wody.
Pistou umiał rzucać je w taki sposób, aby wielokrotnie podskakiwały,
odbijając się od powierzchni na podobieństwo gumowej piłeczki, którą
nosiłem w kieszeni.
Tę piłeczkę podarował mi ojciec, dlatego była moim największym skarbem,
jedyną pamiątką, jaka mi po nim została. Pistou i ja rzucaliśmy ją do
siebie, i bawiliśmy się nią jak małe foki. Raz z donośnym pluskiem
wpadła do wody, ale w przeciwieństwie do kamieni nie poszła na dno,
tylko zaczęła podskakiwać na powierzchni, podtrzymywana siłą prądu.
Natychmiast skoczyłem za nią i dopiero w wodzie przypomniałem sobie, że
przecież nie umiem pływać. Ciężko dysząc z przerażenia, złapałem piłkę i przez szlam i wodorosty przedarłem się na brzeg. Pistou bynajmniej się
tym nie przejął. Oparł ręce na biodrach i śmiał się z mojej głupoty.
Wyczołgałem się na trawę, ociekający wodą i wciąż jeszcze wystraszony,
ale szczęśliwy. Odzyskałem piłkę. Uczucie ulgi napełniło mnie dziką
radością. Aby uczcić mój wyczyn, odtańczyliśmy na trawie indiański
taniec, wymachując rękami i wybijając stopami szybki rytm. Mocno
zacisnąłem piłkę w dłoni i przysiągłem sobie, że już nigdy nie będę tak
nieostrożny.
Kiedy Duvalowie kupili zamek i przerobili go na hotel, zaczęliśmy
podglądać gości. Sam budynek i teren wokół chateau znałem jak własną
kieszeń, z pewnością lepiej niż nowi właściciele. Spędziłem tam całe
dzieciństwo, zamek był moim domem. Znałem wszystkie kryjówki,
wiedziałem, za którymi drzwiami można się ukryć i którędy uciekać przed
ewentualną pogonią. Nie chowałem się przed takimi gośćmi jak Joy
Springtoe, która umiała dochować tajemnicy. Ukrywałem się przed madame
Duval i jej podobnym do ropuchy mężem, który palił cygara i za plecami
żony obcałowywał pokojówki. Pistou także nie znosił Duvalow. Jego
ulubioną zabawą było ukrywanie rozmaitych rzeczy. Chował cygara monsieur
Duvala czy okulary do czytania madame, a potem obserwowaliśmy z ukrycia,
jak miotają się ze złością w poszukiwaniu zguby.
Moje zauroczenie Joy Springtoe przemogło strach przed madame Duval.
Miałem zaledwie sześć lat i dziewięć miesięcy, kiedy zakochałem się bez
pamięci. Tak bardzo pragnąłem chociaż raz dziennie popatrzeć na Joy, że
wciąż podejmowałem ryzyko. Zakradałem się do hotelu i ukrywałem między
meblami i roślinami doniczkowymi. W zamku było mnóstwo wąskich
korytarzyków, zakamarków i kątów, idealnych dla takiego dziecka jak ja.
W ciągu dnia madame Duval spędzała dużo czasu w swoim biurze na
parterze. Na dużych, kwadratowych kamiennych płytach, po których
skakałem jako zupełny malec, położyli paskudny niebiesko-złocisty dywan,
którego nienawidziłem z całego serca. Hol był jaskinią madame - niczym
wielki pająk czyhała tam na gości, którzy przyjeżdżali z Anglii i Ameryki z kieszeniami wypchanymi pieniędzmi. Podczas gdy ona rozsnuwała
przed nimi swój fałszywy urok, ja zakradałem się na górę, żeby chociaż
chwilę popatrzeć na Joy Springtoe.
Obserwowałem gości zza szerokiego oparcia krzesła, stojącego w kącie pod
oknem. Był ranek. Jasny blask letniego słońca zalewał przykrytą dywanem
posadzkę i białe ściany, na zewnątrz ptaki śpiewały ze wszystkich sił.
Pierwsze pojawiały się Trzy Bażancice, jak nazywała je mama - trzy
starsze damy z Anglii, które przyjeżdżały do chateau, aby malować.
Lubiłem cudzoziemców, natomiast nienawidziłem Francuzów, wszystkich
Francuzów poza Jakiem Reynardem, który zarządzał winnicą, jedynym, który
był dla mnie dobry. Świetnie się bawiłem, obserwując Trzy Bażancice,
ponieważ zawsze się spierały. Przyjeżdżały na kilka tygodni. Wyobrażałem
sobie, że ich pokoje są pełne rozmaitych obrazów. Najwyższa miała na
imię Gertie, była Bażancicą o długiej szyi i bardzo starała się
upodobnić do łabędzia. Miała siwe włosy, pociągłą, chudą twarz i małe
czarne oczka. Jej obfity biust kołysał się, kiedy szła, co zawsze
przywodziło mi na myśl trzęsące się jajka "w koszulkach". Wąską talię
ściskała paskiem, a niżej ciało rozlewało się szeroko, zupełnie jakby
cała masa tłuszczu ze środkowej części ciała przemieściła się niżej, w biodra i pośladki. Długie, białe palce bawiły się perłowym naszyjnikiem,
który sięgał jej aż do pasa. Gertie wygłaszała swoje opinie jako
pierwsza, bez chwili wahania.
Moją ulubienicą była Daphne, kobieta z piórami we włosach. Daphne była
ekscentryczką. Jej suknie sprzeciwiały się obowiązującej modzie;
niektóre były ozdobione koronką, inne czymś, co do złudzenia
przypominało frędzle do obszywania zasłon. Twarz miała okrągłą i różową
jak dojrzała brzoskwinia, pełne wargi zawsze skore do uśmiechu, jakby
spierała się z przyjaciółkami wyłącznie dla zabawy. Ciągle dźwigała na
rękach małego, kudłatego pieska, którego jakimś sposobem przeszmuglowała
do Francji. Jasnobrązowa sierść zupełnie zasłaniała mu mordkę, więc
nigdy nie wiedziałem, gdzie jest głowa, a gdzie zadek. Kiedyś pomachałem
przed nim ciastkiem i wtedy okazało się, że to, co uważałem za głowę,
jest tyłeczkiem. Daphne miała niski, gęsty, przydymiony głos i mówiła
powoli, żebym mógł ją zrozumieć, chociaż nie było to potrzebne, bo
osłuchałem się z angielskim od pierwszych lat życia. Najbardziej ze
wszystkiego podobały mi się pantofle Daphne. Wydawało mi się, że ma ich
tyle, iż mogłaby codziennie wkładać inną parę, przy czym każda była
bardziej kolorowa od poprzedniej. Nosiła różowe aksamitne pantofelki,
fioletowe czółenka z satyny, buciki na niskim obcasie, na zupełnie
płaskim, z ostrymi, lekko zadartymi czubami, z paskami zapinanymi w kostce i na podbiciu, z klamerkami ozdobionymi koralikami i piórkami.
Daphne była pulchna i krągła, a jej stopy były drobniutkie.
Następna była Dębo, smukła i wiotka, w sukniach z cienkich, kwiecistych
materiałów. Czarne, lśniące włosy nosiła przycięte do ucha - ta fryzura
podkreślała ostrą linię szczęki i piękny rysunek zawsze starannie
umalowanych szkarłatną szminką ust. Miała szeroko osadzone oczy w najjaśniejszym odcieniu zieleni. Wciąż jeszcze była piękna. Mama mówiła,
że Dębo farbuje włosy, bo kobieta w tym wieku po prostu musi siwieć.
Kilka razy powiedziała też, że trzy Angielki ubierają się w stylu innej
epoki, lecz ja miałem dopiero niecałe siedem lat i nie wiedziałem, o jaką epokę jej chodzi. Tak czy inaczej, zdawałem sobie sprawę, że damy z Anglii ubierały się inaczej. Dębo ciągle paliła. Zasysała dym przez
cygarniczkę z kości słoniowej i wtedy koniuszek papierosa rozżarzał się
jak robaczek świętojański. Potem albo powoli wypuszczała dym kącikiem
ust, albo wydmuchiwała go jednym długim strumieniem. Zawsze bawiła się
dymem i sprawiało jej to widoczną przyjemność. Głos miała dość piskliwy,
w przeciwieństwie do Daphne, a śmiech dziwnie gdaczący. Kiedy mówiła,
można było odnieść wrażenie, że ma pełne usta, ponieważ jej szczęka była
sztywna i nieruchoma.
- Nie zaglądajcie za krzesła, dziewczęta! - ostrzegała Daphne donośnym
szeptem. - Ten miły chłopiec znowu się tam chowa.
- Przed nami nie musi się przecież ukrywać... - chichotała Dębo. - Czy
nikt nie powiedział mu, że nie gryziemy?
- On się chowa przed tą okropną "panią Danvers" - wyjaśniła Daphne. - I wcale mu się nie dziwię. Zauważyłyście, że ona naprawdę przypomina panią
Danvers z Rebeki Daphne du Maurier?
- Moim zdaniem to urocza kobieta! - zaprotestowała Gertie.
- Byłam pewna, że tak uważasz. - Kąciki szkarłatnych warg Dębo uniosły
się w uśmiechu.
- Zupełnie nie znasz się na ludziach, Gertie! - wykrzyknęła Daphne. - To
okropna baba, nie urocza kobieta!
Kiedy znikły za rogiem, usadowiłem się wygodniej i postanowiłem zaczekać
na Joy Springtoe. Obok przeszło dwóch mężczyzn, ale nie zauważyli mnie.
Po pewnym czasie zacząłem już tracić nadzieję, ale właśnie wtedy Joy
wyszła ze swego pokoju i ruszyła w moją stronę. Poruszała się tak, jakby
na jej barkach spoczywał niewidzialny ciężar, zauważyłem też, że
płakała. Poruszony jej łzami, zaryzykowałem spotkanie z madame Duval i opuściłem kryjówkę.
- Och, przestraszyłeś mnie, Mischa! - Poderwała rękę do piersi,
uśmiechnęła się słabo i pośpiesznie osuszyła oczy chusteczką. - Czekałeś
na mnie, naprawdę? - Lekko ściągnęła brwi. - Chodźmy stąd, chciałabym ci
coś pokazać.
Wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do swojego pokoju. Serce biło mi z podniecenia jak szalone, bo nigdy wcześniej mnie nie dotykała.
Powietrze w pokoju przesycone było jakąś słodką nutą. Szeroko otwarte
okna wychodziły na ogród i winnicę, wiatr niósł zapach świeżo skoszonej
trawy. Na przykrytym narzutą szerokim łóżku leżała koszula nocna z różowego jedwabiu, poduszka nadal miała zagłębienie w miejscu, gdzie
opierała się głowa Joy. Dziewczyna zamknęła za mną drzwi i podeszła do
nocnej szafki, na której stała fotografia w ramce. Joy wzięła ją,
usiadła na brzegu łóżka i wskazała mi miejsce obok siebie. Nieśmiało
spełniłem jej prośbę. Nigdy wcześniej nie przebywałem w sypialni
kobiety, oczywiście nie licząc matki, i nagle ogarnął mnie lęk, jakby
ktoś miał wtargnąć do pokoju, złapać mnie za ucho i zbić.
Zdjęcie przedstawiało mężczyznę w mundurze.
- To był mój ukochany, wiesz? - Joy westchnęła, pieszcząc wzrokiem twarz
mężczyzny. - Marzyłam, że wyjdę za niego i urodzę chłopca, takiego jak
ty. - Zaśmiała się cicho. - Pewnie nie rozumiesz, co mówię, prawda? Mój
francuski jest raczej marny, ale jakie to ma znaczenie. - Objęła mnie i pocałowała w głowę.
Na moje policzki natychmiast wypełzł krwisty rumieniec. Miałem nadzieję,
że Joy go nie widzi.
- Zginął tutaj, w Bordeaux, pod koniec wojny - ciągnęła. - Był dzielnym
człowiekiem. Obyś ty nigdy nie musiał iść na wojnę, bo to naprawdę
straszna rzecz. Walczył o życie i wszystko stracił, wyobrażasz sobie?
Okropne. Mój Billy zginął w walce, bijąc się za wolność obcego kraju.
Czasami myślę jednak, że może jego ofiara ocaliła ciebie, kto wie. Gdyby
Ameryka nie włączyła się do wojny, Niemcy mogliby wygrać i co stałoby
się z takimi dziećmi jak ty? Bardzo chciałabym mieć kiedyś takiego
synka, ślicznego małego chłopca z jasnymi włosami i niebieskimi oczami.
Pieszczotliwie potargała mi włosy nad czołem i pociągnęła nosem.
Poczułem jej wzrok na swojej twarzy i zaczerwieniłem się jeszcze
mocniej. Rozbawiło ją to chyba, bo uśmiechnęła się lekko. Z wrażenia
zaparło mi dech w piersiach - nawet gdybym nagle odzyskał głos, i tak
nie byłbym w stanie wykrztusić ani słowa.
Kiedy zeszła na dół, do jadalni, już nie płakała. Wróciłem do pokoju nad
stajnią. Była niedziela, dla mojej matki dzień wolny od pracy. W każdą
niedzielę chodziłem z mamą na mszę do kościoła. Nienawidziłem tego
obowiązku, lecz wrogość, jaką darzyli nas mieszkańcy miasteczka, była
tak wielka, że bałem się puścić matkę samą.
Znalazłem ją przy toaletce, piękną i elegancką w czarnej sukni oraz
rozpinanym swetrze, w czarnym kapeluszu na głowie. Od razu poczuła
zapach Joy Springtoe - chwyciła mnie w ramiona i żartobliwie obwąchała
szyję.
- Masz inną kobietę? - zawołała z rozbawieniem. - Jestem zazdrosna!
Uśmiechnąłem się szeroko, a ona znowu mnie powąchała, tym razem głośno
wciągając powietrze.
- Jest ładna. Pachnie kwiatami, chyba gardenią. To nie Francuzka -
zawahała się, żeby mnie rozśmieszyć. - Nie, to Amerykanka! Ma szare
oczy, jasne włosy i bardzo zaraźliwy śmiech. Wydaje mi się, że jesteś w niej zakochany, Mischa.
Spuściłem oczy, przekonany, że naprawdę straciłem serce, tak jak zdarza
się to dorosłym mężczyznom.
- Czy ona o tym wie?
Bezradnie wzruszyłem ramionami.
- Och, język miłości przekracza granice słów. - Mama musnęła mi wargami
czoło. - Myślę, że ona wie i chyba bardzo cię lubi.
Kiedy schodziliśmy do miasta ścieżką przez pola, moje serce było tak
lekkie, że prawie unosiłem się nad ziemią. Myśli o Joy Springtoe pomogły
mi pokonać strach przed pójściem na mszę. Wciąż miałem przed oczyma jej
zapłakaną twarz i powtarzałem sobie, że to moja obecność i bliskość
osuszyły jej łzy. Mama miała rację, Joy naprawdę mnie lubiła.
Drobne muszki fruwały w gorącym powietrzu, łowiąc skrzydełkami promienie
słońca i odbijając je. Lekki wiatr przemykał między cyprysami,
wprawiając je w taneczny ruch. Trzymałem w ręku kij i waliłem nim w leżące na ścieżce kamienie. Szliśmy w milczeniu, słuchając śpiewu ptaków
i szelestu liści. Niebo było pogodne, słońce świeciło jasno, lecz
jeszcze nie nazbyt intensywnie. Nagle usłyszałem smętny odgłos
kościelnych dzwonów i zza drzew wyłoniły się różowawe dachy miasta.
Wziąłem matkę za rękę.
Kościół św. Wincentego a Paulo górował nad miasteczkiem Mauriac. Moim
zdaniem był to jak najbardziej odpowiedni dom dla księdza Abla-Louisa,
którego surowe, oskarżycielskie spojrzenie prześladowało mnie w okropnych snach, ale nie dla Boga. Jeżeli nawet kiedyś Bóg tam mieszkał,
wyprowadził się już dawno, a jego gniazdo zawłaszczył podobny do kukułki
ksiądz Abel-Louis. Kościół był zbudowany z tego samego jasnego kamienia
co większość domów w mieście, miał dach kryty różowawopomarańczową
dachówką, wyblakłą na słońcu oraz wysoką, wąską wieżę. Nieco niżej
rozpościerał się place de l'Eglise, wokół którego zbudowano miasto. Przy
placu znajdował się sklep mięsny, boucherie z czerwonymi i białymi
markizami oraz podłogą z błyszczących kafelków, gdzie długie sznury
kiełbasek zwisały z sufitu obok wędzonych połci mięsa, na których z rozkoszą sadowiły się tłuste muchy. Piekarnia i ciastkarnia,
boulangerie patisserie, roztaczała zapachy świeżo upieczonego chleba i ciastek, kusząco wystawionych w oknie. Gdybym był taki jak inne dzieci,
pędem zbiegłbym na plac i wydał parę franków od matki na chocolatine
oraz tourtiere, lecz nie zrobiłem tego, ponieważ nie byłem mile
widziany w miasteczku. W pobliżu była także apteka, pharmacie, gdzie
mama kupowała dla mnie maść na egzemę, oraz mała kawiarnia i trzy
restauracje, które wylewały się na chodnik, osłonięte markizami w kolorach francuskiej flagi. Jestem pewny, że Bażancice nieraz wpadały
tam na lunch złożony z pieczonej kaczki i foie gras, popijając te
smakołyki winem z zamku; całkiem możliwe też, że Joy Springtoe kupowała
pyszną szarlotkę w piekarni, wyglądała bowiem na kobietę, która przepada
za słodyczami.
Zeszliśmy w dół ocienioną stroną ulicy, jakby mama miała ochotę ukryć
się przed zaciekawionymi i wrogimi spojrzeniami. Kiedy weszliśmy na
plac, mocniej ścisnęła mi rękę. Chociaż nie odrywałem oczu od chodnika
oraz maminych czarnych bucików z klamerkami i białych skarpetek, czułem
na sobie spojrzenia ludzi z miasteczka. Gardło ściskało mi się ze
strachu i nawet myśli o Joy Springtoe nie mogły pomóc. Przysunąłem się
do matki i zerknąłem na nią ostrożnie. Głowę uniosła wysoko, dumnie,
mimo że mięśnie szyi miała napięte i oddychała szybko, płytko.
Wszystko to dla mnie było przykre i przerażające, ale, o ile pamiętam,
mama opuściła tylko jedną niedzielną mszę - kiedy zachorowałem i miałem
wysoką gorączkę. Poza tym zawsze była na mszy, tak samo jak przed wojną
i w czasie jej trwania. Mawiała, że w kościele czuje się bezpieczna i że
nic nie powstrzyma ją przed oddawaniem czci Bogu. Czyżby nie wiedziała,
że Boga tam nie ma?
Weszliśmy do środka i ruszyliśmy w kierunku ołtarza po ułożonych w szachownicę kamiennych płytach, mijając wrogo do nas nastawionych
wiernych oraz figury świętych o surowych, zimnych twarzach, i jak zwykle
usiedliśmy na krzesłach z przodu. Matka od razu osunęła się na kolana i ukryła twarz w dłoniach, natomiast ja ośmieliłem się rozejrzeć dookoła.
Ludzie szeptali i gapili się na nas, a starsze kobiety kiwały głowami,
jakby chciały otwarcie potwierdzić, że moja mama rzeczywiście powinna na
kolanach błagać o przebaczenie. Gdy jedna z nich pochwyciła moje
spojrzenie, szybko odwróciłem głowę, ponieważ ich oczy były kłujące jak
żądła os.
Przed ołtarzem pojawił się ksiądz Abel-Louis i szepty ucichły. Ubrany w szkarłatny ornat, przypominał mi jakiegoś przerażającego ptaka.
Skrzywiłem się, bo wiedziałem, że wcześniej czy później jego wzrok
spocznie na nas i wtedy w pełni odczuję ciężar dezaprobaty. Mama
usiadła. Jej ruch wśród tłumu nieruchomych wiernych na pewno
przyciągnąłby uwagę księdza, gdyby nie to, że zawsze siedzieliśmy w tym
samym miejscu, pod figurą Dziewicy Maryi o poważnej, skupionej twarzy.
Ksiądz Abel-Louis zwrócił na nas swoje płonące oczy dopiero po chwili, a gdy przemówił, po plecach przebiegł mi dreszcz. Wciąż zadawałem sobie
pytanie, dlaczego moja matka nie widzi, że ten kościół już od dawna nie
jest Domem Bożym.
Wyjąłem z kieszeni gumową piłeczkę i zacząłem obracać ją w ręku. Tylko w ten sposób potrafiłem oderwać się od swoich lęków - kiedy czułem ją na
dłoni, myślałem o ojcu. Gdyby żył, nigdy by nie dopuścił, żebym się bał.
Kazałby przywiązać księdza do słupa na placu i wybatożyć go za złe
uczynki. Nikt nie był ważniejszy od mojego ojca, nawet ksiądz
Abel-Louis, który uważał się za Boga. Jakże pragnąłem, aby ojciec mógł
nas obronić. Nie śmiałem podnieść wzroku, żeby ksiądz nie odczytał moich
myśli, poza tym nie chciałem widzieć pogardy, malującej się na jego
twarzy. Najlepszym wyjściem było omijanie go wzrokiem. Jeżeli go nie
widziałem, to przecież nie mógł mi wyrządzić żadnej krzywdy. Jeżeli nie
dopuszczałem jego głosu do świadomości, mogłem udawać, że nie ma go w kościele. Prawie.
W końcu zegar wybił dwunastą i ksiądz zaczął udzielać komunii. W tym
momencie zawsze wychodziliśmy. Zerwałem się z krzesła i ruszyłem za
matką do wyjścia. Obcasy jej bucików głośno stukały o posadzkę. Zawsze
pragnąłem, żeby wychodziła w bardziej dyskretny sposób, najlepiej
niezauważona przez nikogo, tymczasem ona zachowywała się tak, jakby
chciała, żeby wszyscy słyszeli jej kroki. Czułem oczy księdza,
wwiercające się w moje plecy. Jego gniew przesycał powietrze jak gęsty
dym, lecz mimo tego szedłem za mamą i nie oglądałem się. Uparcie
wpatrywałem się w jej białe skarpetki, w których wyglądała bardziej na
młodą dziewczynę niż kobietę.
W drodze powrotnej szalałem z radości jak pies wypuszczony na
rozsłonecznione pole z ciemnej klatki. Msza się skończyła, następna była
dopiero za tydzień. Uganiałem się za motylami, kopałem kamienie,
przeskakiwałem cienie rzucane przez wysokie cyprysy. Kiedy wreszcie
ujrzeliśmy przed sobą zamek, moje serce zalała fala ulgi. Te mury z piaskowca, wysokie połyskujące szyby i jasnoniebieskie okiennice były
dla mnie symbolem miejsca, które uważałem za dom. Imponująca żelazna
brama i milczące lwy na niskich kolumnach po obu jej stronach chroniły
nas przed nieprzyjaznym światem. To był jedyny dom, jaki miałem.
Rozdział 3
3
Yvette była niemiła dla wszystkich. W jej oczach zawsze kłębiła się
wściekłość, szerokie czoło było zmarszczone, a wąskie, wysuszone wargi
przecinały twarz bezbarwną jak gruda surowego ciasta. Jako kobieta
pokaźnych kształtów, dominowała w kuchni z determinacją sadystki
spragnionej widoku cierpienia innych. Wrzeszczała, waliła pięścią w stół
i dyszała jak rozwścieczony buhaj, aż niemal dymiło jej z nozdrzy. Tylko
w obecności madame Duval Yvette chyliła głowę przed większą siłą i nerwowo wykręcała palce, ale i tak nigdy się nie uśmiechała. Nigdy,
przenigdy. Byłem ulubionym celem jej ataków furii, a ponieważ byłem
mały, stałem się wręcz kozłem ofiarnym.
Nie lubiłem zaglądać do kuchni, lecz często było to nie do uniknięcia.
Madame Duval uważała, że chłopiec w moim wieku nie powinien całymi
dniami biegać po posiadłości i kazała Yvette znaleźć odpowiednie dla
mnie zajęcia. Tak to zostałem zapędzony do pracy. Na czworakach
szorowałem kamienną podłogę w kuchni, aż z podrapanych kolan zaczynała
mi się sączyć krew. Pomagałem wycierać naczynia, bardzo starając się nic
nie stłuc, bo silne uderzenie ręki Yvette było dużo dotkliwsze niż klaps
wymierzony przez madame Duval. Płukałem warzywa, obierałem je i kroiłem,
podbierałem jajka kurom i doiłem krowy. Pracowałem dużo i pilnie, a jednak tamtego lata stałem się niezastąpiony z trudnego do wyobrażenia
powodu. Kara stała się nieoczekiwaną nagrodą.
Kuchnia w zamku była duża i wysoko sklepiona, z miedzianymi garnkami,
rondlami i przyborami wieszanymi pod sufitem i na ścianach, ze
zwisającymi przy oknach warkoczami cebuli, czosnku oraz bukiecikami
suszonych ziół. Aby ich dosięgnąć, Yvette musiała wchodzić na drabinę,
ponieważ mimo całej zajadłości swego charakteru, nie należała do osób
wysokich. Prawdziwym cudem było to, że szczeble drabiny nie popękały pod
jej ciężarem. Yvette była stara - w każdym razie w moich oczach - i stawy jej dokuczały, a obrączki tłuszczu na kostkach nóg dygotały już na
pierwszym szczeblu. Co więcej, Yvette cierpiała na lęk wysokości i często wołała na pomoc Armande'a lub Pierre'a. Jednak pewnego dnia jej
oczy spoczęły na mnie i nagle rozjarzyły się błyskiem inspiracji.
- Chodź tutaj, chłopcze! - zawołała.
Podbiegłem, przestraszony, że może podłoga nie jest wystarczająco
lśniąca, albo że oskrobałem nie te marchewki co trzeba. Yvette tłustą
dłonią schwyciła mnie za kołnierz koszuli, z tyłu, i podniosła w górę.
Trzymała mnie nad ziemią niczym kurczaka, któremu należy jak najszybciej
skręcić kark, ja zaś wiłem się jak wąż i kopałem na oślep.
- Przestań, głupku! - warknęła Yvette. - Chcę tylko, żebyś ściągnął mi
tamten rondel!
Posłusznie zdjąłem rondel z haka na ścianie i odetchnąłem z ulgą, kiedy
moje stopy dotknęły podłogi. Wtedy kucharka położyła mi rękę na głowie i w geście wdzięczności, który najprawdopodobniej zaskoczył ją tak samo
jak mnie, delikatnie mnie poklepała. Od tej chwili przestałem być
harującym w mroku niewolnikiem i przeistoczyłem się w użyteczne
narzędzie. Yvette była bardzo zadowolona ze swojego pomysłu i ciągle
mnie używała, szczerze mówiąc częściej, niż było to konieczne. Ja ze
swej strony polubiłem te nagłe wycieczki w powietrze i byłem dumny z nowej roli. Yvette już mnie nie biła, nawet jeżeli coś upadło mi na
podłogę, ponieważ byłem jej specjalnym "łapaczem". Kilka razy wydawało
mi się nawet, że słyszałem jej cichy śmiech, kiedy wyciągałem ramiona i machałem nogami, sięgając po najwyżej zawieszone przedmioty.
Moim ulubionym zajęciem było pomaganie Lucie w sprzątaniu pokojów. Hotel
był niewielki, piętnastopokojowy, a niektórzy goście, na przykład
Bażancice, przyjeżdżali na długie tygodnie. Nie wiedziałem, od jak dawna
Joy Springtoe spędza u nas wakacje. Matka powiedziała mi, że Joy zjawia
się w Mauriac co roku, bo jej narzeczony zginął tu w walce już po
wyzwoleniu miasteczka. Joy nie mogła pogodzić się z faktem, że Billy
poległ pod sam koniec wojny, kiedy Niemcy wycofywali się z Francji.
Lucie nie była tak ładna jak Joy. Miała ciemnobrązowe włosy, które
splatała w warkocz, a jej okrągła twarz była przeciętna i bezbarwna jak
nieudekorowane ciasto. Nie była rozmowna, a ponieważ ja w ogóle nie
mówiłem, prawdopodobnie przyjęła, podobnie jak wiele innych osób, że
również nie słyszę. Pomagałem jej słać łóżka i sprzątać łazienki.
Przydzielała mi zajęcia, których sama nie lubiła, lecz mnie wcale to nie
przeszkadzało, gdyż przebywając w tej części chateau, zawsze miałem
szansę niby przypadkiem wpaść na Joy Springtoe oraz wiarygodną wymówkę
dla swojej obecności.
Jednak pewnego ranka monsieur Duval pewnym krokiem wszedł do pokoju,
który właśnie sprzątaliśmy. Pośpiesznie cofnąłem się do łazienki,
przerażony, że na mój widok właściciel hotelu wpadnie w złość. Przez
szczelinę w drzwiach ujrzałem wtedy zupełnie niezwykły obraz. Lucie
stała przy łóżku. Oboje nie odezwali się do siebie ani słowem. Monsieur
Duval popchnął pokojówkę na materac i rzucił się na nią. Chwilę gmerał
przy pasku od spodni, wtulając twarz w szyję kobiety. Lucie odwróciła
głowę w moją stronę - wydawało mi się, że patrzy na mnie. Cofnąłem się
głębiej, zawstydzony, że przyłapała mnie na podglądaniu, ale ciekawość
kazała mi znowu wyjrzeć z łazienki. Lucie wciąż wpatrywała się w drzwi
łazienki, lecz oczy miała teraz lekko przymknięte, a zwykle blade
policzki pokryły się gorączkowym rumieńcem. Monsieur Duval pompował
biodrami, zupełnie jak psy na chwilę przed tym, zanim ktoś rozdzieli je
mocnym kopniakiem. Jęczał i pomrukiwał, mamrotał jakieś niezrozumiałe
słowa, Lucie zaś leżała z szeroko rozłożonymi nogami, gładząc dłonią
jego sztywne włosy. Nie przeszkadzało jej, że wszystko widzę, bo
przecież nie miałem głosu i nikomu nie mogłem nic powiedzieć. Lucie nie
zdawała sobie tylko sprawy, że potrafię pisać.
Tego wieczoru opisałem matce, co mi się przydarzyło. Kiedy przeczytała o Lucie, nie wydawała się zaskoczona. Uniosła brwi i pokręciła głową.
- Są rzeczy, których taki mały chłopiec nie powinien oglądać -
powiedziała, odgarniając mi włosy z czoła. - To nie był akt miłości,
skarbie, raczej coś takiego, jakby pies obsikał drzewo. Lucie była
najbliższym drzewem, to wszystko. - Delikatnie ujęła moje dłonie i jej
brązowe oczy wypełniły się łzami. - Kiedy mężczyzna naprawdę kocha
kobietę, tak jak twój ojciec kochał mnie, a ja jego, obejmują się,
całują i przytulają z czułością, bo nie chcą się rozstać i pragną na
zawsze pozostać blisko siebie. Wtedy akt miłości jest czymś wyjątkowym,
a serca przepełnia miłość... Jest jej tyle, że prawie nie możesz
oddychać... - nagle parsknęła drwiącym śmiechem. - Monsieur Duval jest
gorszy niż pies, to najzwyklejsza świnia.
Chrząknęła kilka razy, zmarszczyła nos i połaskotała mnie w brzuch, aż
zacząłem zwijać się ze śmiechu.
- Czy ten chłopiec ma ojca? - zapytała Dębo.
Pędzel w jej dłoni wisiał nad czystą kartką już co najmniej piętnaście
minut. W drugiej ręce trzymała papierosa w cygarniczce z kości
słoniowej; co jakiś czas podnosiła go do ust i zaciągała się dymem.
- Widziałam jego matkę - dodała. - To prawdziwa, naturalna piękność.
- Ojciec prawdopodobnie zginął na wojnie - powiedziała Daphne, której
krajobraz był już na etapie kolorowania drzew i winnic. - Tylu mężczyzn
poległo.
Leżałem na ziemi, przeglądając książkę z fotografiami, którą przyniosła
mi Daphne, a obok mnie drzemał jej pies Rex. Kilka dni wcześniej Daphne
i Rex znaleźli mnie na mostku, kiedy bawiłem się z Pistou, i zabrali ze
sobą na piknik. Polubiłem ich oboje, najbardziej zaś spodobała mi się
książka ze zdjęciami Anglii. Teraz z zaciekawieniem zerkałem na stopy
Daphne, obute w pantofelki z ciemnozielonego, mięsistego zamszu, z malutkimi złocistymi dzwoneczkami przyszytymi do sznurowadeł.
- Dziwny sposób wychowania dziecka. - mruknęła Gertie, mierząc odległość
pędzlem i mrużąc oczy przed słońcem.
Miała na głowie słomiany kapelusz, a jej upięte w kok włosy wymykały się
spod spinek drobnymi kosmykami, które tańczyły na wietrze.
- Chłopiec nie mówi, więc raczej nie może uczyć się w normalnej szkole -
odparła Dębo. - Poza tym Francja to nie Anglia, prawda?
- Sugerujesz, że Francja jest zacofana? - zapytała złośliwie Daphne. -
Osobiście nie sądzę, aby nieme dziecko miało większe szanse na
przyzwoite wykształcenie właśnie w Anglii, na przykład w Devonie.
- Nie bądź śmieszna! - zawołała Gertie. - Nie zamierzasz chyba
porównywać Mauriac z Devonem, co?
- Mały raczej nie zostanie wziętym prawnikiem - rzekła Dębo. -
Najprawdopodobniej całe życie będzie pracował w tutejszej winnicy, a do
tego nie trzeba wyższego wykształcenia...
- Naturalnie ty wiesz wszystko o winnicach, Dębo! - prychnęła Daphne. -
Taka praca to nie tylko wygniatanie winogron i przelewanie
sfermentowanego soku do butelek!
- Źle mnie zrozumiałaś. Mam na myśli zbieranie winogron, nie sztukę
przeistaczania ich w wino.
- To urocze miejsce do wychowywania dzieci - podjęła Daphne. - Wielka
winnica, piękny zamek nad strumieniem, cudne miasteczko. No i oczywiście
ludzie tacy jak my, którzy przyjeżdżają tu na jakiś czas...
Powiedziałabym, że życie tego chłopca jest dosyć barwne.
Na moment zapadła cisza, gdyż wszystkie trzy skupiły uwagę na swoich
obrazach. W końcu Daphne odchyliła się do tyłu i uśmiechnęła do mnie
spod ronda zielonego kapelusza.
- Taki z niego miły dzieciak. - westchnęła. - W jego oczach jest jednak
coś dziwnego.
Odwróciłem głowę i pogłaskałem Reksa.
- Są pełne smutku - dokończyła.
- Cóż, mały urodził się w czasie wojny, biedactwo - odezwała się Dębo. -
Francja była wtedy okupowana. Wyobraźcie sobie tylko, co musieli
przeżywać tutejsi ludzie, gdy patrzyli na tych okropnych Niemców,
maszerujących przez ich kraj i wywrzaskujących: "Heil Hitler". Coś
strasznego, słowo daję!
- Niemcy zabrali im wszystko, co najlepsze. - Daphne pokiwała głową,
zupełnie jakby mówiła do siebie. - Najlepsze wina, najwspanialsze dzieła
sztuki, po prostu wyssali krew z Francji... I jakby tego było mało,
biedni młodzi Francuzi musieli walczyć za Niemcy. Ojca tego
nieszczęsnego chłopca na pewno spotkał właśnie taki los...
- Wiecie, że podobno właściciele najsławniejszych winnic zamurowywali
najlepsze wina? - rzekła Gertie. - Czytałam gdzieś o tym... Łapali
pająki i wpuszczali je do piwnic, aby pokrywały świeżo wymurowane ściany
swoimi sieciami, nadając im w ten sposób patynę wieku... Sprytne,
prawda?
- Jednak takie sztuczki nie powstrzymały Hitlera przed wywiezieniem stąd
naprawdę wspaniałych obrazów - powiedziała Dębo. - Może Francuzi nie
zdążyli ich zamurować.
- Kiedy alianci weszli do Orlego Gniazda, znaleźli tam pół miliona
butelek najlepszych francuskich win i szampana! - zawołała Gertie. - A przecież Hitler w ogóle nie pił alkoholu! Francuzi znosili je z góry na
noszach, wyobrażacie sobie? Cóż, dla nich wino jest ważniejsze niż
ludzie.
Siedziały tak, malując i dyskutując, aż do podwieczorku. Potem rozłożyły
wełniany koc w szkocką kratę i otworzyły kosz z jedzeniem, w którym były
herbatniki, ciasteczka i termos z herbatą. Pomyślałem o piekarni w miasteczku, gdzie na wystawie można było zwykle zobaczyć najbardziej
smakowite wypieki, i nagle poczułem głód. Daphne trafnie odczytała wyraz
mojej twarzy i podsunęła mi talerz.
- Poczęstuj się, skarbie - powiedziała po francusku.
Wyciągnąłem rękę i wziąłem brioszkę. Daphne uśmiechnęła się do mnie z zadowoleniem. Patrzyła trochę tak jak matka, z czułością i smutkiem.
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi, pośpiesznie przełykając kawałek
drożdżowego ciasta.
Rozdział 4
4
Joy Springtoe była moją pierwszą miłością. Błąkałem się po korytarzach
chateau niczym zagubiony psiak, z nadzieją, że znowu uda mi się ją
zobaczyć, że Joy weźmie mnie za rękę i jeszcze raz zaprosi do swojego
pokoju. Moja szansa pojawiła się pewnego wieczoru, gdy mama poszła do
miasteczka, a ja zakradłem się do hotelu od strony ogrodu. Mogłem tam
wchodzić jedynie wtedy, gdy pomagałem Lucie - kiedy indziej ciągle się
bałem, że madame Duval zauważy mnie i wyrzuci. Tamtego dnia, ukryty w swoim zwykłym miejscu za krzesłem, uważnie obserwowałem korytarz,
nasłuchując głosów i kroków. Co jakiś czas ogarniała mnie radość, bo
wydawało mi się, że słyszę Joy, ale zaraz potem znowu chowałem się za
oparciem.
Kiedy w końcu pojawiła się, razem ze swoją przyjaciółką Diane, szybko
wyczołgałem się zza krzesła.
- Ach, to mój mały przyjaciel! - roześmiała się Joy.
Ku mojemu wielkiemu zadowoleniu wręczyła torby z zakupami Diane i wzięła
mnie za rękę.
- Chodź, pokażę ci, co kupiłam - powiedziała. - Bardzo przyda mi się
opinia mężczyzny.
Znowu zaczerwieniłem się i uśmiechnąłem. W podnieceniu rozluźniłem pięść
i gumowa piłeczka potoczyła się po podłodze, znikając pod komodą.
Chciałem rzucić się za nią, ale było mi strasznie wstyd, że ją
upuściłem. Pomyślałem, że następnego dnia rano wrócę tu z Lucie i wyciągnę piłkę spod komody. Z moim sercem sprawa wyglądała zupełnie
inaczej - Joy Springtoe trzymała je w dłoni, a ja wcale nie pragnąłem go
odzyskać. Nigdy.
Następnego ranka, po niespokojnej nocy pełnej męczących snów o zgubionej
piłeczce, poszedłem za Lucie do hotelu. Pokój Joy Springtoe znajdował
się na samym końcu korytarza, natomiast my zaczęliśmy od części tuż przy
schodach. Bałem się, że Yvette zawoła mnie do kuchni, żebym zdjął dla
niej jakiś rondel, zanim uda mi się odzyskać piłkę, która naprawdę była
najcenniejszą rzeczą, jaką posiadałem. Tego dnia Lucie była wyjątkowo
niechętnie nastawiona do świata; powarkiwała na mnie i z irytacją
cmokała. Zależało mi, żeby jak najszybciej przejść do następnego pokoju,
podczas gdy Lucie bynajmniej się nie śpieszyło. Wreszcie dotarliśmy do
pokoju Joy Springtoe. Już miałem zajrzeć pod komodę, kiedy nagle drzwi
się otworzyły i w progu stanął monsieur Duval, cuchnący tytoniem i potem.
Na mój widok na jego twarzy pojawił się wyraz przerażenia i niedowierzania.
- Co on tutaj robi?! - szczeknął, wskazując mnie palcem. - Wynoś się
stąd, gówniarzu! No, już, wynocha!
Ruszył ku mnie z podniesioną ręką, skuliłem się więc i wypadłem na
korytarz, zostawiając piłeczkę w pokoju Joy. Biegłem przed siebie, a w uszach dzwonił mi ich drwiący śmiech. Nienawidziłem ich. Nienawidziłem z całego serca.
W naszym pokoju nad stajnią rzuciłem się na łóżko i przykryłem głowę
poduszką, żeby dłużej nie słyszeć ich śmiechu. Niestety, to nie
wystarczyło. Ich drwiny wciąż tkwiły w mojej głowie, w mojej pamięci,
przeistaczając się w gromki śmiech, wydobywający się z wielu gardeł.
Rozbolała mnie głowa, serce dudniło w piersi, a miłość, która je
przepełniała, zmieniła się w lęk. Dygotałem z wysiłku, starając się
uciec przed tym ogłuszającym śmiechem, ale wciąż go słyszałem. Kiedy
zrozumiałem, że nie zniosę go ani chwili dłużej, ktoś wyrwał mi poduszkę
z rąk i zobaczyłem pochyloną nade mną zatroskaną matkę. Chwyciła mnie w objęcia, głaskała po włosach i całowała.
- Wszystko w porządku, kochanie. Maman jest tutaj, nigdy cię nie
opuści... Nigdy, skarbie. Nigdy nie zostawię mojego małego chevalier.
Jesteś mi potrzebny. Oddychaj, kochanie, oddychaj głęboko, no, już.
Moje ciało płonęło, mama także to poczuła, gdy tuliła mnie do siebie.
Coś takiego zdarzyło mi się już wcześniej, więc obydwoje wiedzieliśmy,
że czeka mnie tydzień dziwnej choroby, charakteryzującej się wysoką
gorączką i ostrym bólem głowy.
- Co się stało? - cicho zapytała matka. - Kto skrzywdził cię tym razem?
Ale ja nie mogłem odpowiedzieć. Oczy paliły mnie od łez bezsilności. Tak
bardzo pragnąłem wyjaśnić jej, co się zdarzyło...
Następny tydzień minął mi jak w gęstych oparach mgły. Pociłem się, potem
robiło mi się zimno, a czasami, kiedy z trudem podnosiłem powieki,
miałem wrażenie, że pokój rozciągnął się i przeciwległy róg dziwnie
oddalił się i zmalał. Pamiętam, że matka ciągle była przy mnie, gładziła
po głowie i opowiadała bajki. Pamiętam także, jak płakała z twarzą
wtuloną w moją szyję.
- Jesteś wszystkim, co mam, synku - szlochała. - Nie zostawiaj mnie.
Nie jestem jednak do końca pewny, czy to nie był sen.
Wreszcie gorączka minęła i mogłem usiąść na łóżku. Mama weszła do
pokoju, a jej poszarzała z niepokoju twarz teraz jaśniała wielką
radością.
- Przyprowadziłam ci kogoś, kto bardzo chce się z tobą zobaczyć -
powiedziała.
Odsunęła się i do mojego łóżka podeszła Joy Springtoe w ślicznej
różowo-niebieskiej sukience, z małą torebką w ręku.
- Słyszałam, że zachorowałeś. - Uśmiechnęła się, siadając na łóżku.
Poczułem zapach jej perfum i odpowiedziałem szerokim uśmiechem,
szczęśliwy jak nigdy dotąd.
- Mam tu coś, co zgubiłeś, i coś, co chciałabym ci podarować.
Podała mi torebkę, a ja długą chwilę wpatrywałem się w nią w oszołomieniu. Prezent dla mnie? Zajrzałem do środka. Na dnie, ku mojemu
ogromnemu zdziwieniu, leżała mała gumowa piłeczka. Wyjąłem ją i mocno
zacisnąłem w dłoni. Nikt poza mamą nie wiedział, jak bardzo była dla
mnie cenna. Ścisnąłem ją, czując, jak fragmenty mojego potrzaskanego na
kawałki świata znowu układają się w zrozumiałą całość. Potem jeszcze raz
zajrzałem do torebki. Mama stała przy drzwiach z założonymi rękami,
promieniejąca miłością i dumą. Z zapartym tchem, zachwycony i poruszony,
powoli wyciągnąłem z torby miniaturkę samochodu Citroën Beux Chevaux,
żółciutką jak cytryna. Koła obracały się, a pod podnoszoną klapą maski
był maleńki srebrzysty silnik. Dotknąłem go drżącymi palcami i nagle
ogarnęło mnie gorączkowe pragnienie, aby kamienna podłoga w holu nie
była przykryta dywanem, bo wtedy mógłbym swobodnie puszczać tam swojego
citroëna. Z sercem przepełnionym wdzięcznością i miłością zarzuciłem
ramiona na szyję Joy, kładąc głowę na jej ramieniu. Objęła mnie mocno.
Wydawało mi się, że trwało to długo, ale wcale nie miałem ochoty uwolnić
się z jej ramion i ona chyba także nie szukała pretekstu, aby odejść.
- Jesteś wyjątkowym małym chłopcem - powiedziała, przesuwając palcem po
moim policzku. - Nie zapomnę o tobie.
Jej oczy lśniły od łez.
Nigdy więcej nie zobaczyłem Joy Springtoe.