PRZEDMOWA
Trzymasz w ręku książkę, która prawdopodobnie nie chce być czytana na smartfonie. I to jest pierwszy paradoks, z jakim się tu zmierzysz - ale bynajmniej nie ostatni.
Kiedy kilkanaście lat temu zacząłem badać wpływ technologii cyfrowych na ludzką psychikę, miałem poczucie, że zajmuję się zjawiskiem marginalnym - ciekawostką naukową, niszowym tematem konferencyjnym, problemem kilku procent populacji. Myliłem się. Zjawisko, które opisuję w niniejszej pracy, nie jest marginalne. Jest centralne. Dotyczy niemal każdego człowieka na tej planecie, który posiada prostokąt szkła i metalu w kieszeni - a takich ludzi jest dziś prawie siedem miliardów. Dotyczy naszych oczu, które tracą ostrość. Naszych kręgosłupów, które się degenerują. Naszych mózgów, które oduczają się głębokiego myślenia. Naszych dzieci, które nie znają świata bez algorytmu. Naszych relacji, które rozpadają się w ciszy pełnej powiadomień. Naszych społeczeństw, które polaryzują się w rytm kliknięć. I naszych dusz - jeśli wolno mi użyć tego staromodnego słowa - które gubią się w nieskończonym przewijaniu, szukając czegoś, czego żaden ekran nie jest w stanie dostarczyć.
Ta książka powstała z potrzeby powiedzenia na głos tego, co wielu ludzi czuje, ale czego nie potrafi zwerbalizować. Powstała z rozmów z nastolatkami, które trzęsły się z lęku, gdy zabierano im telefon. Z rozmów z rodzicami, którzy nie wiedzieli, co robić, bo sami byli uwięzieni w tych samych pętlach co ich dzieci. Z rozmów z terapeutami, którzy mówili mi, że widzą w gabinetach coraz młodszych pacjentów z coraz poważniejszymi problemami - i że nie mają narzędzi, bo nikt ich tego nie uczył. Z rozmów z inżynierami z Doliny Krzemowej, którzy projektowali mechanizmy uzależniające za dnia, a wieczorem konfiskowali iPady własnym dzieciom. Z lektury tysięcy stron badań naukowych, raportów, zeznań sygnalistów i anonimowych wyznań na forach internetowych. I z mojego własnego doświadczenia - bo byłbym hipokrytą, gdybym udawał, że problem mnie nie dotyczy. Dotyczy mnie jak każdego.
Książka ta nie jest manifestem luddysty. Nie wzywam do wyrzucenia smartfonów, spalenia serwerów ani powrotu do ery telegramów. Technologia mobilna jest jednym z największych osiągnięć ludzkiej cywilizacji - dała miliardom ludzi dostęp do edukacji, bankowości, telemedycyny i komunikacji, który jeszcze pokolenie temu był nieosiągalny. Nie chcę tego negować. Chcę natomiast powiedzieć coś, co powinno być oczywiste, ale w ferworze technologicznego entuzjazmu umknęło naszej uwadze: że narzędzie zaprojektowane przez najzdolniejszych inżynierów na świecie, finansowane przez setki miliardów dolarów i zoptymalizowane przez algorytmy karmione danymi miliardów użytkowników - takie narzędzie wymaga od nas czegoś więcej niż bezrefleksyjne kliknięcie "akceptuję".
Starałem się, żeby ta książka łączyła rzetelność naukową z przystępnością języka. Każde twierdzenie jest poparte badaniami, danymi statystycznymi lub wiarygodnymi źródłami. Jednocześnie chciałem, żeby była to lektura, która angażuje emocjonalnie, która nie pozwala odłożyć się na półkę po pierwszym rozdziale, która dotyka czytelnika tam, gdzie dotyka go jego własne doświadczenie z ekranem. Dlatego obok meta-analiz i współczynników korelacji znajdziesz tu ludzkie głosy - historie Kasi z Krakowa, Tomasza z Warszawy, Kenjiego z Tokio, Anny z Manchesteru. Historie, które nie są statystykami, lecz ludźmi. Ludźmi, którzy mieli odwagę powiedzieć: straciłem kontrolę. I którzy - każdy na swój sposób - próbowali ją odzyskać.
Pisząc tę książkę, podróżowałem po kontynentach i dyscyplinach. Od neurobiologii dopaminy po teologię szabatu. Od koreańskich obozów odwykowych po amiszowskie wspólnoty bez smartfonów. Od sekcji 230 amerykańskiego prawa telekomunikacyjnego po algorytmy TikToka. Od gabinetów psychiatrycznych po sale sądowe, w których prokuratorzy czterdziestu jeden stanów pozywali firmę wartą bilion dolarów za celowe uzależnianie dzieci. Każdy z tych tematów zasługuje na osobną książkę - i wiele takich książek zostało napisanych. Moją ambicją było połączenie tych perspektyw w jedną spójną narrację, która pokaże problem w jego pełnym wymiarze - nie jako kwestię technologiczną, medyczną czy prawną, lecz jako kwestię ludzką. Bo to jest kwestia ludzka. Kwestia tego, jak chcemy żyć, jak chcemy wychowywać dzieci, jak chcemy ze sobą rozmawiać i jak chcemy pamiętać swoje życie - jako ciąg przeżytych chwil czy jako ciąg zescrollowanych ekranów.
Nie mam złudzeń, że ta książka rozwiąże problem. Problem jest zbyt wielki, zbyt złożony i zbyt głęboko wpleciony w strukturę współczesnego świata, żeby jedna książka mogła go rozwiązać. Ale wierzę, że może pomóc go zobaczyć. A widzenie jest pierwszym krokiem do zmiany. Kiedy Zoey z Dallas zobaczyła swój raport Screen Time - dziewięć godzin i dwadzieścia trzy minuty dziennie - powiedziała: "Nie wiedziałam, że aż tyle". Kiedy Sean Parker, współtwórca Facebooka, powiedział publicznie, że firma celowo projektowała pętle dopaminowe, wiedząc, że eksploatują słabości ludzkiej psychologii, miliony ludzi po raz pierwszy usłyszały to, co podświadomie czuły od lat. Kiedy Ian Russell zobaczył szesnaście tysięcy treści o samobójstwie na koncie Instagrama swojej czternastoletniej córki Molly, zrozumiał coś, czego żaden rodzic nie powinien musieć rozumieć - ale co każdy rodzic powinien wiedzieć.
Ta książka jest próbą powiedzenia: widzę to. Widzę, co się dzieje. I opisuję to najuczciwiej, jak potrafię - z szacunkiem dla złożoności problemu, z empatią dla ludzi, których dotyka, i z nadzieją, że wiedza jest bronią, której potrzebujemy.
Chciałbym podziękować wszystkim, którzy pomogli mi w napisaniu tej pracy. Pacjentom i ich rodzinom, którzy zgodzili się opowiedzieć swoje historie. Terapeutom i psychiatrom, którzy dzielili się swoim doświadczeniem klinicznym. Nauczycielom, którzy opowiadali o swoich klasach z pasją i frustracją. Menedżerom, którzy przyznawali się do problemów, o których ich firmy wolałyby milczeć. Badaczom, których prace cytowane na stronach tej książki stanowią fundament, na którym budowałem. I mojej rodzinie, która cierpliwie znosiła moje wielomiesięczne zanurzenie w temacie - i która, nie bez ironii, kilkakrotnie musiała mi przypomnieć, żebym odłożył telefon i porozmawiał z nimi przy kolacji.
Jeśli po przeczytaniu tej książki spojrzysz na smartfon w swojej dłoni i przez chwilę - choćby przez jedną chwilę - zadasz sobie pytanie: "Czy to ja trzymam ten telefon, czy on trzyma mnie?" - to znaczy, że ta książka spełniła swoje zadanie.
Reszta należy do Ciebie.
Rozdział 5: Konsekwencje zdrowotne - psychika
Dwunastego stycznia 2022 roku Andrew Walker, starszy koroner okręgu North London, zakończył trwające ponad rok dochodzenie w sprawie śmierci czternastoletniej Molly Russell i ogłosił werdykt, jakiego w historii brytyjskiego prawa koronerskiego jeszcze nie było. Molly nie popełniła samobójstwa w klasycznym, prawnym rozumieniu tego słowa, oświadczył koroner. Molly zmarła w wyniku aktu samookaleczenia, do którego przyczyniły się depresja oraz negatywny wpływ treści internetowych. Walker powiedział to spokojnym, wyważonym tonem, jakiego wymaga powaga sali sądowej, ale jego słowa były rewolucyjne. Po raz pierwszy w historii prawnej organ państwowy oficjalnie uznał, że algorytm platformy społecznościowej przyczynił się do śmierci dziecka.
Molly Russell miała czternaście lat, kiedy w listopadzie 2017 roku odebrała sobie życie w swoim domu w Harrow, na przedmieściach Londynu. Była dobrą uczennicą, miała przyjaciółki, kochającą rodzinę. Nic w jej zewnętrznym życiu nie wskazywało na to, co działo się w jej głowie i na ekranie jej smartfona. Po jej śmierci ojciec, Ian Russell, uzyskał dostęp do jej kont w mediach społecznościowych i odkrył coś, co zmieniło jego życie - i ostatecznie przyczyniło się do zmiany brytyjskiego prawa. Na koncie Instagrama Molly znajdowało się ponad szesnaście tysięcy treści - zdjęć, memów, filmików - dotyczących depresji, samookaleczenia, samobójstwa i beznadziejności. Treści te nie były wynikiem aktywnego wyszukiwania. Były wynikiem działania algorytmu rekomendacyjnego Instagrama, który rozpoznał, że Molly zatrzymuje się dłużej na tego typu materiałach, i systematycznie dostarczał jej ich coraz więcej.
- Algorytm Instagrama nie pchnął mojej córki na krawędź - powiedział Ian Russell w rozmowie z dziennikarzem BBC, stojąc przed budynkiem sądu po ogłoszeniu werdyktu. - Algorytm wziął ją za rękę i prowadził w ciemność, krok po kroku, przez tygodnie i miesiące. A nikt - żaden człowiek w firmie Meta - nie zapytał, dlaczego czternastoletnie dziecko ogląda tysiące obrazków o tym, jak się zabić.
Sprawa Molly Russell jest jednym z najbardziej wstrząsających, ale bynajmniej nie odosobnionych przypadków, które ilustrują wpływ smartfona na zdrowie psychiczne. Nie jest nawet najnowszym. Jest jednak przypadkiem, od którego warto zacząć ten rozdział, ponieważ łączy w sobie wszystkie wątki, o których będziemy mówić: depresję, algorytmy, samookaleczenie, bezradność rodziców i systemową odmowę firm technologicznych do wzięcia odpowiedzialności. Historia Molly jest jak soczewka, przez którą można zobaczyć cały krajobraz zniszczeń, jakie smartfon i media społecznościowe potrafią wyrządzić ludzkiej psychice.
Wielka debata - czy smartfon łamie psychikę pokolenia
Od połowy drugiej dekady XXI wieku trwa w naukach społecznych i psychiatrii debata, którą bez przesady można nazwać największą kontrowersją naukową naszych czasów w dziedzinie zdrowia psychicznego. Debata dotyczy pozornie prostego pytania: czy smartfony i media społecznościowe są przyczyną gwałtownego pogorszenia zdrowia psychicznego wśród młodzieży, które obserwujemy od około 2012 roku? Pytanie brzmi prosto, ale odpowiedź jest wszystkim tylko nie prosta, a naukowcy zajmujący się tą kwestią są podzieleni w sposób, który przypomina linie frontu.
Po jednej stronie stoi Jonathan Haidt, psycholog społeczny z New York University, który w 2024 roku opublikował książkę "The Anxious Generation", argumentując z pełnym przekonaniem, że smartfon i media społecznościowe są główną przyczyną tego, co nazywa "wielkim przewartościowaniem dzieciństwa". Haidt przytacza dane, które rzeczywiście robią wrażenie. Między rokiem 2010 a 2015 - dokładnie w okresie, gdy smartfony osiągnęły masowe nasycenie rynku wśród nastolatków - wskaźniki depresji, lęku, samookaleczenia i samobójstw wśród młodzieży w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Kanadzie i Australii wzrosły w tempie, które epidemiolodzy określają jako bezprecedensowe. Badania Jean Twenge z San Diego State University, opublikowane w "Clinical Psychological Science" w 2018 roku, wykazały, że nastolatki spędzające pięć lub więcej godzin dziennie na urządzeniach elektronicznych miały 66 procent wyższe ryzyko co najmniej jednego czynnika ryzyka samobójstwa niż nastolatki spędzające na nich godzinę dziennie. Dane Centers for Disease Control and Prevention pokazują, że w latach 2010-2020 odsetek nastolatek w USA diagnozowanych z poważnym epizodem depresyjnym wzrósł z dwunastu do dwudziestu procent. Wskaźnik samobójstw wśród dziewcząt w wieku od dziesięciu do czternastu lat wzrósł o sto pięćdziesiąt procent.
- Dowody są spójne i przekonujące - pisał Haidt w "The Anxious Generation". - Upowszechnienie smartfonów i mediów społecznościowych przyczyniło się do spadku zdrowia psychicznego nastolatków. To nie jest korelacja, którą można wyjaśnić innymi zmiennymi. To jest zmiana, która zaczyna się dokładnie w momencie, gdy smartfony stały się powszechne, i dotyczy dokładnie tych grup, które korzystają z mediów społecznościowych najintensywniej - dziewcząt bardziej niż chłopców, młodszych nastolatków bardziej niż starszych.
Po drugiej stronie debaty stoi Candice Odgers, profesorka psychologii na University of California w Irvine, która w 2024 roku opublikowała w prestiżowym czasopiśmie "Nature" ostry artykuł polemiczny, w którym zarzuciła Haidtowi selektywne dobieranie dowodów i budowanie narracji opartej na panice moralnej, a nie na rzetelnej nauce. Odgers argumentowała, że korelacja między używaniem smartfona a depresją jest statystycznie istotna, ale słaba - znacznie słabsza niż korelacja między depresją a ubóstwem, przemocą w rodzinie czy dyskryminacją.
- Robimy z technologii kozła ofiarnego - mówiła Odgers w podcaście "Wired" - zamiast zmierzyć się z prawdziwymi przyczynami kryzysu zdrowia psychicznego: niedofinansowaną opieką psychiatryczną, rosnącymi nierównościami, presją ekonomiczną na rodziny i zmianami klimatycznymi, które budzą w młodych ludziach egzystencjalny lęk.
Kto ma rację? Prawdopodobnie oboje, w różnym stopniu. Meta-analiza Huanga i współpracowników z 2022 roku, opublikowana w "Journal of Affective Disorders", objęła ponad sto badań i wykazała umiarkowaną korelację między problematycznym używaniem smartfona a depresją, ze współczynnikiem korelacji wynoszącym 0,34. To nie jest korelacja słaba, ale nie jest też druzgocząco silna. Oznacza to, że smartfon nie jest jedyną przyczyną depresji wśród młodzieży - ale jest jednym z istotnych czynników, który w interakcji z innymi czynnikami ryzyka może przechylić szalę.
Być może najbardziej uczciwy głos w tej debacie należy do Amy Orben, psycholożki z Uniwersytetu w Cambridge, która w 2019 roku opublikowała w "Nature Human Behaviour" przełomową analizę dużych zbiorów danych, obejmującą ponad 350 tysięcy nastolatków. Orben wykazała, że negatywny wpływ czasu ekranowego na dobrostan jest realny, ale niewielki - porównywalny z wpływem jedzenia ziemniaków lub noszenia okularów. Jednocześnie zastrzegła, że jej analiza dotyczyła czasu ekranowego jako takiego, a nie konkretnych typów użytkowania, i że wpływ mediów społecznościowych na najbardziej podatne jednostki może być znacznie silniejszy niż wynikałoby ze średnich populacyjnych.
Innymi słowy - dla przeciętnego nastolatka smartfon prawdopodobnie nie jest katastrofą psychiczną. Ale dla nastolatka z predyspozycją do depresji, niską samooceną, lękiem społecznym lub trudną sytuacją rodzinną smartfon może być zapalnikiem, który uruchamia spiralę, z której trudno się wydostać. I takich nastolatków jest miliony.
Uwaga w strzępach - jak smartfon kradnie zdolność myślenia
Jeśli wpływ smartfona na depresję jest przedmiotem debaty, jego wpływ na zdolność koncentracji jest przedmiotem konsensusu. Niemal wszyscy badacze zgadzają się, że chroniczne, intensywne korzystanie ze smartfona pogarsza zdolność do skupienia uwagi, głębokiego myślenia i efektywnego przetwarzania informacji.
W 2017 roku Adrian Ward i współpracownicy z University of Texas w Austin opublikowali w "Journal of the Association for Consumer Research" badanie, którego wyniki przeszły do kanonu literatury na ten temat. Badanie to nosiło sugestywny tytuł "Brain Drain" - dosłownie "drenaż mózgu" - i wykazało coś zdumiewającego: sama fizyczna obecność smartfona w zasięgu wzroku lub w kieszeni obniża pojemność poznawczą jego właściciela, nawet jeśli telefon jest wyłączony.
Ward podzielił uczestników na trzy grupy. Pierwsza grupa miała smartfon na biurku, ekranem do dołu. Druga miała smartfon w kieszeni lub torbie. Trzecia zostawiła smartfon w innym pokoju. Następnie wszystkie grupy rozwiązywały testy mierzące pojemność pamięci roboczej i zdolność do płynnego myślenia. Wyniki były jednoznaczne. Grupa, której telefon leżał na biurku, wypadła istotnie gorzej niż grupa, której telefon był w innym pokoju. Grupa z telefonem w kieszeni wypadła gdzieś pośrodku. Im bliżej był telefon, tym gorzej działał mózg. I co kluczowe - efekt ten występował niezależnie od tego, czy uczestnicy świadomie myśleli o swoim telefonie. Nie musieli sprawdzać powiadomień. Nie musieli nawet chcieć sprawdzać powiadomień. Sam fakt, że telefon był w pobliżu, wystarczał, żeby część zasobów poznawczych mózgu została przechwycona przez podświadomą konieczność powstrzymywania się od sięgnięcia po urządzenie.
- To jest jak mieć przed sobą talerzyk z czekoladkami, gdy próbujesz się odchudzać - wyjaśniał Ward w wywiadzie dla "The Atlantic". - Nawet jeśli nie jesz, sam fakt opierania się pokusie zużywa energię mentalną. Twój smartfon robi to samo z twoją uwagą. Jest tam. Wiesz, że jest tam. I ta wiedza kosztuje cię więcej, niż myślisz.
Problem jest głębszy niż jednorazowe rozproszenie. Maryanne Wolf, neurobiolożka z UCLA i autorka książki "Reader, Come Home", argumentuje, że chroniczne korzystanie ze smartfona zmienia sam sposób, w jaki mózg przetwarza informacje. Wolf rozróżnia dwa tryby czytania i myślenia: płytki i głęboki. Tryb płytki to szybkie skanowanie tekstu, wyławianie słów kluczowych, przeskakiwanie między fragmentami - dokładnie to, co robimy, scrollując media społecznościowe. Tryb głęboki to powolne, uważne czytanie, w którym mózg angażuje wyobraźnię, empatię, myślenie krytyczne i zdolność do syntezy - to, co robimy, czytając powieść lub złożony artykuł naukowy.
Wolf argumentuje, że mózg jest plastyczny i adaptuje się do dominującego trybu użytkowania. Jeśli przez lata dominującym trybem jest płytkie skanowanie krótkich treści na ekranie smartfona, mózg "oducza się" głębokiego czytania. Obwody neuronalne odpowiedzialne za głębokie przetwarzanie - te same, które umożliwiają empatię, refleksję i krytyczne myślenie - słabną z braku użycia, jak mięśnie, których się nie ćwiczy.
- Martwię się - pisała Wolf w "Reader, Come Home" - że wychowujemy pokolenie, które potrafi przeczytać post na Instagramie, ale nie potrafi przeczytać rozdziału książki. Nie dlatego, że jest mniej inteligentne. Dlatego, że jego mózg został ukształtowany przez środowisko, które nigdy nie wymagało od niego głębokiego myślenia.
Fragmentacja uwagi jest zjawiskiem, które badacze mierzą precyzyjnie. Gloria Mark, profesorka informatyki na University of California w Irvine i autorka książki "Attention Span", przez dwadzieścia lat prowadziła badania nad przełączaniem uwagi w środowisku cyfrowym. W 2004 roku średni czas, jaki pracownik biurowy spędzał na jednym zadaniu przed przełączeniem się na inne, wynosił dwie i pół minuty. W 2012 roku spadł do siedemdziesięciu pięciu sekund. W 2023 roku wynosił czterdzieści siedem sekund. Czterdzieści siedem sekund - mniej niż minuta - to średni czas, przez jaki ludzki mózg potrafi utrzymać uwagę na jednej rzeczy, zanim przeskoczy do innej. Mark podkreśla, że każde przełączenie kontekstu wiąże się z kosztem poznawczym. Mózg potrzebuje od piętnastu do dwudziestu trzech minut, żeby w pełni powrócić do stanu głębokiej koncentracji po rozproszeniu. Jeśli rozproszenie następuje co czterdzieści siedem sekund, stan głębokiej koncentracji nigdy nie zostaje osiągnięty.
Związek między smartfonem a ADHD jest dwukierunkowy i tworzy szczególnie podstępne błędne koło. Osoby z ADHD - zaburzeniem charakteryzującym się trudnościami z koncentracją, impulsywnością i nadaktywnością - są bardziej podatne na uzależnienie od smartfona, ponieważ ich mózg ma naturalnie niższy poziom dopaminy i desperacko szuka stymulacji, którą smartfon dostarcza w obfitości. Jednocześnie chroniczne korzystanie ze smartfona nasila objawy ADHD nawet u osób, które nie mają tego zaburzenia, tworząc stan, który niektórzy klinicyści nazywają cyfrowym ADHD lub pseudo-ADHD. Rozróżnienie między prawdziwym ADHD a pseudo-ADHD indukowanym przez smartfon jest klinicznie trudne i staje się jednym z najpoważniejszych wyzwań diagnostycznych współczesnej psychiatrii dziecięcej.
Lustro, które kłamie - obraz ciała i zaburzenia odżywiania
Jeśli istnieje jeden obszar, w którym dowody na szkodliwość smartfona i mediów społecznościowych są szczególnie mocne, to jest to wpływ na obraz ciała, zwłaszcza u nastolatek. Badania są tu mniej kontrowersyjne niż w przypadku depresji, ponieważ mechanizm jest bardziej bezpośredni i łatwiejszy do wyizolowania.
Instagram, TikTok i Snapchat są platformami wizualnymi. Ich centralną walutą jest obraz - zdjęcie, filmik, selfie. Filtry rozszerzonej rzeczywistości pozwalają w czasie rzeczywistym modyfikować wygląd: wygładzić skórę, powiększyć oczy, zmniejszyć nos, wyszczuplić twarz, wydłużyć nogi. Miliony dziewcząt codziennie widzą na ekranie ulepszoną wersję siebie i porównują ją z prawdziwym odbiciem w lustrze. Prawdziwe odbicie przegrywa. Zawsze przegrywa, ponieważ nie ma filtra, który sprawi, że rzeczywistość dorówna cyfrowej iluzji.
Jasmine Fardouly z Macquarie University w Sydney opublikowała w 2018 roku w "Body Image" serię badań, w których wykazała, że ekspozycja na zdjęcia atrakcyjnych rówieśniczek w mediach społecznościowych - nawet krótkotrwała, pięciominutowa - istotnie pogarsza samoocenę wyglądu u młodych kobiet. Efekt ten był silniejszy w przypadku zdjęć rówieśniczek niż zdjęć celebrytek, ponieważ rówieśniczki są postrzegane jako bardziej realistyczny punkt odniesienia. Kiedy modelka z okładki magazynu wygląda perfekcyjnie, mózg tłumaczy to profesjonalnym makijażem i retuszem. Kiedy koleżanka z klasy wygląda perfekcyjnie na Instagramie, mózg interpretuje to jako dowód na to, że koleżanka naprawdę tak wygląda, a ty naprawdę jesteś gorsza.
Wewnętrzne badania Mety, ujawnione przez Frances Haugen w 2021 roku, potwierdziły te akademickie ustalenia z brutalną dosadnością. Jedna z wewnętrznych prezentacji firmy zawierała slajd, który stał się symbolem całej afery: "Trzydzieści dwa procent nastolatek twierdzi, że kiedy czuły się źle ze swoim ciałem, Instagram sprawiał, że czuły się jeszcze gorzej". Inny slajd dokumentował, że wśród nastolatków w Wielkiej Brytanii, którzy zgłaszali myśli samobójcze, trzynaście procent wiązało je bezpośrednio z Instagramem. Meta wiedziała o tym. Miała dane. Miała wykresy. Miała prezentacje PowerPoint. I nie zrobiła nic.
Związek między mediami społecznościowymi a zaburzeniami odżywiania jest szczególnie niepokojący. Algorytmy TikToka i Instagrama promują treści, które generują zaangażowanie, a treści dotyczące ekstremalnych diet, "transformacji ciała" i kultury fitnessu generują ogromne zaangażowanie. Na TikToku hashtagi takie jak #WhatIEatInADay (co jem w ciągu dnia), #CalorieDeficit (deficyt kaloryczny) czy #SkinnCheck (sprawdzanie szczupłości) mają miliardy wyświetleń. Wśród tych treści, jak chwasty w ogrodzie, rosną materiały promujące anoreksję i bulimię - tak zwane treści pro-ana i pro-mia. Platformy oficjalnie zabraniają takich treści, ale zakaz jest łatwy do obejścia: wystarczy zmienić hashtag, użyć kodu lub emotikonów, a algorytm i tak dotrze do odbiorcy, ponieważ rozpoznaje wzorce zaangażowania, nie treść moralną.
Samotność w tłumie cyfrowym
Jest pewien paradoks, który socjologowie opisują od lat, a który w erze smartfona osiągnął swoje apogeum. Im więcej narzędzi do komunikacji mamy, tym bardziej się czujemy samotni. Im więcej "przyjaciół" na Facebooku, im więcej obserwujących na Instagramie, im więcej kontaktów na WhatsAppie - tym głębsza staje się przepaść między cyfrową łącznością a prawdziwą bliskością.