MUSZLA
OD UZDROWICIELA
Muszla:
łagodne echo, spokojna fala. Ten sam, niezmienny motyw. Połysk słońca
na ogorzałej solą i wiatrem skórze, cekiny leniwie wygarniane z
piasku. Aż tyle przyzwolenia na błahe, kiczowate szczęście, czy
podświadomej pewności, że innego szczęścia nie ma? Pewnie stąd ów
nawyk, aby zbierać na nie dowody. Pudełka, koperty, woreczki pełne
chrzęszczących skorupek. I uczucie zażenowania, gdy już później, dużo
później, trafi się na nie w głębi szuflady. Blade i zbyteczne, jak
strużyny paznokci, które od tamtego czasu odrosły już tyle razy.
Czy
godzi się więc nazywać muszlą ten kamienny, kredowobiały czerep,
wypełniający moją dłoń tak szczelnie, jakby to ona go ukształtowała?
Dobrze
pamiętam uśmiech, z jakim S. zjawił się u mnie, aby mi tę kamienną
muszlę podarować. Właśnie uśmiech, a nie dzień czy porę roku. Bo to
był taki mocny, jasny uśmiech, na który nieczęsto możemy sobie
pozwolić. A on obnosił się z tym uśmiechem, jakby miał do tego
niezbywalne prawo. To musiało drażnić. Chyba w tym czasie dyrektor
PGR-u, gdzie S. był zatrudniony jako mechanik, wyrzucił go z pracy.
Oczywiście, argumenty nie dotyczyły uśmiechu. Ale też dla żadnej ze
stron jakiekolwiek argumenty nie miały wtedy znaczenia. Argumenty to
dystans. A oni żyli blisko, obok siebie.
No
więc pamiętam uśmiech, gdy kazał mi otworzyć dłoń; poczułem w ręku
obły, chłodny ciężar. To była skamieniała muszla. Twarda, gładka i
biała.
Powiedział,
że mam ją brać do ręki, ilekroć opuszczą mnie siły. Że mam ją ściskać
mocno, ilekroć odejdzie mi ochota na ciąg dalszy. To jest energia,
powiedział, niezniszczalna, wieczna. Uśmiechał się, był wtedy w pełni
swego życia. Niski, niepozorny mężczyzna. Musiał mieć wówczas
trzydzieści parę lat, ale żywe, chłopackie spojrzenie odejmowało mu
ich trochę i rozpraszało pierwsze wrażenie pospolitości. To dla
takich jak on, na użytek socjalistycznej socjologii, ukuto miano:
chłoporobotnik. Żaden tam centaur, ot, dwie połówki zlepione w jedno
klejem do wszystkiego: do tektury, ziemi, szkła, człowieka i
historii.
Ale
S. był inny. Właśnie dlatego, że starał się być. Nie: być inny. Być.
Kiedy
go poznałem - rok, może dwa lata wcześniej nim darował mi tę
muszlę - mieszkał z żoną, drobną, pogodną kobietą, w jednym z
szarych, pegeerowskich osiedli na obrzeżach Szczecina. Swą kawalerkę
dzielili z Tomkiem, przybranym synem. W pokoju było jeszcze miejsce
na akordeon i psa. Na Biblię, sztandar Zjednoczonego Świata i
perpetuum mobile.
S.
grał na akordeonie ze szczerością samouka: głośno i bez szczególnej
troski o czystość tonu. Pies - duża, życzliwa suka -
ogrzewał mi stopy, warując przy krześle. Biblia pęczniała od fiszek,
zakładek i podkreśleń. Sztandar, przypięty do słomianki na ścianie,
namalowany był kredkami na zeszytowym papierze w kratkę. A perpetuum
mobile, które mnie tam przywiodło, na razie nie chciało działać.
To
nic, mówił S., to niedługo ruszy, zobaczy pan. Tylko coś jeszcze
muszę sprawdzić i trochę części przynieść z zakładu. Bo samą zasadę
to już znam.
Ta
zasada była wspólna dla wszystkiego, co robił. Tworzyła pewien
system, o którym rozprawiał z gorączkowym ożywieniem, ilekroć się
spotkaliśmy. Siła jest w nas, powtarzał, każdy ją ma. Tylko trzeba ją
z siebie wydostać. Wskazywał mi fragmenty Biblii, zaznaczone obficie
ołówkiem. Na dowód. O Bogu mówił: ta Moc. Perpetuum mobile miało
uwolnić ludzkość od jątrzącego wojnami pościgu za energią, a sztandar
Zjednoczonego Świata miał załopotać ponad triumfem spełnionego snu.
Sąsiadów
S. interesowały namacalne dowody tej wyzwolonej przezeń siły.
Wskazywali na jego rodzinę. Ożenił się z poważnie chorą, a teraz,
proszę, kwitnie mu żonka. Dzieci mieć nie mogli, prawda. Ale gdy
brali Tomka z sierocińca, było to dziecko, jak orzekli lekarze,
ociężałe umysłowo. I co? Dziś Tomka na wywiadówkach wychwalają.
Ludzie powtarzali między sobą: ten nasz S. ma dar. Dobrą rękę.
Uleczył swoich, niech i nam swego daru użyczy.
Pokazywał
mi te pierwsze listy pełne dziękczynnych błogosławieństw za
przywrócone zdrowie. Jeszcze nie był Uzdrowicielem, do którego
ustawiały się kolejki. Ale i wtedy, gdy już był, upierał się przy
swoim: oni sami się leczą, ja ich tylko przekonałem, że mogą...
Skamieniała muszla i ze mnie miała dobyć tę moc, tę iskrę, która
drzemie w każdym okruchu życia.
Znalazł
ją w polu, w czarnej, wzruszonej pługiem ziemi. To, że ją znalazł,
nie było przecież wcale prostym zbiegiem okoliczności. Białoszara,
oblepiona gruda mogła być w końcu czymkolwiek: wapiennym łupkiem,
kamieniem najpospolitszym, kawałkiem bydlęcej kości. To, że rozpoznał
w niej muszlę, czyniło z przypadku Spotkanie. Jak większość naszych
prawdziwych spotkań nieplanowane, trochę nagłe, ale przecież na swój
sposób konieczne.
Lubił
i potrafił szukać. Znosił do domu pełne kieszenie skarbów.
Zaśniedziałych, okrytych gliną sreber, mosiężnych guzików, monet,
które już po pierwszym roztarciu między palcami ukazywały oblicza
dumnych niewiast, laurowe gałązki, szpony drapieżnych ptaków.
Zgromadził w ten sposób u siebie wiele przedmiotów niegdyś
pospolitych - rogowy grzebień, kostki do gry, pokrywkę
puderniczki, kieliszek do jaj na miękko - które dopiero
wydobyte z wilgotnego mroku stawały w niepokojącym blasku Tajemnicy.
Czasem
obdarowywał mnie którymś z tych skarbów, wiedząc, że sprawia mi to
radość. Skamieniała muszla jest wśród tych podarunków najcenniejszym.
To
całkiem spora muszla, ledwie obejmują ją palce zamkniętej dłoni.
Zdumiewająca w swojej wierności temu, czym była. Gładka, jakby
jeszcze wczoraj szlifowało ją morze. Przypomina raczej precyzyjny,
artystyczny odlew niż to, co kojarzy się z szorstką repliką w
kamieniu. Jej wnętrze - ta łagodna wklęsłość, którą tak chętnie
odnajdują w każdej muszli opuszki palców - pozostało niemal
równie delikatne i kuszące dotyk.
Sława,
którą zdobywać zaczął S. jako Uzdrowiciel, rosła jak fala; im bliżej
była brzegu, tym stawała się wyższa. Ani ja, ani on nie wiedzieliśmy
wówczas, że ten brzeg jest wyjątkowo blisko.
Przez
mały pokój przechodziły tłumy. Pielgrzymki pokorne, nadziei pełne.
Przyjmował grupami. Po kilkanaście osób naraz. Tylko w ten sposób
miał możność przyjęcia wszystkich. Siedział przy stole, ledwie
widoczny, trącając nogami upchnięty pod stołem akordeon. Zaczynał od
wyjaśniania: każdą Moc, z nas, trzeba wydobyć... Czekali cierpliwie,
aż skończy. I położy na nich wreszcie swe błogosławione Mocą ręce.
Dyrektor PGR-u, który kiedyś wyrzucił go z pracy, też był między tymi
ludźmi. Zasłuchany w swoją bolącą trzustkę.
Pod
dwupiętrowym blokiem na pegeerowskim osiedlu zatrzymywały się
autobusy z całego kraju. Nie brakło też barwnych, lśniących
samochodów na zachodnich, głównie niemieckich, rejestracjach.
Listonoszka dźwigała pękatą torbę: dzięki uleczonych, pytania
wątpiących, prośby bezradnych. To była połowa lat osiemdziesiątych.
Wielki wybuch wiary w energoterapeutów. Znak czasu, ślad innej,
budzącej się właśnie wiary w Cud. W inne, a rychłe i nagłe
uzdrowienie? Właśnie wtedy S. zaczął budować dom. Fortuna, rzymska
pani Szczęścia, pomykała chyżo na rydwanie z muszli. Muszla,
najdelikatniejszy klejnot Natury, a zarazem najtrwalsze z jej
kruchych cacek. Czyż mogła nie stać się symbolem?
Macica
morskiej piany, matka Afrodyty Anadyomene i Wenus wynurzającej się ze
snu Botticellego. Wilgotne, różowe usta, vulga, naczynie zapłodnione
perłą oceanu, koncha nawołująca plejady spragnionych kresu wędrowców.
Amulet, który matki przekazywały córkom w dniu ich zamążpójścia. W
obfitości wezbranej piany bywała też muszla talizmanem bogaczy.
Rozmnażać się i pomnażać; soczysta sakwo, alabastrowy mieszku.
Swój
dom wznosił S. z dala od osiedla, na zielonym wzgórzu, które dobrze
było widać z okien podmiejskich autobusów. Ludzie pokazywali sobie
palcami: Uzdrowiciel się buduje.
Dychawiczne
autobusy i śmigłe delfiny - ciągnące łodzie z muszli. Tam nosy
przylepione do szarych szyb, tu Neptun i Galatea owiewani rześką
bryzą. Kurz biegnącej pod górkę szosy i oceaniczny pył, świetlisty od
promieni. W ich centrum muszla, łoże, łono, słone od miłości. Blask
wschodzącego życia.
To
się podobno właśnie tak, właśnie tam zaczynało. W głębi wód. W ich
martwym mroku.
Choć
przecież nie tak znów martwym, jeśli w chemicznym tyglu wodoru, węgla
i azotu rozniecona została iskra. Całkiem zresztą dosłownie, jeżeli
uwierzyć w naukę. Całkiem zresztą poetycką, jeżeli pominąć białe
kitle (czy zresztą były białe i czy biel też nie byłaby barwą
symboliczną, dziewiczą?) i sterylność laboratorium.
Rok
1953, Chicago. Fatalna sceneria, jak na opis prapoczątku. Bo choć już
nie prohibicja, nie spluwy pod płaszczem, nie Johny Wykałaczka
dobijany w podziemiach garażu, to przecież - z perspektywy
świtu ludzkości wstającego znad Moskwy ("Jutrzenka różanopalca
o dumnej twarzy robotnicy" - jak pisał Konstanty Ildefons
już po swym skończonym romansie ze Szczecinem) - Chicago mogło
być tylko brudem świata.
Wprawdzie
mijał już rok od śmierci pewnego niewychrzczonego gruzińskiego popa,
ale od żelaznej kurtyny wciąż wiało chłodem. Czy dlatego eksperyment
chicagowskiego naukowca Stanleya Millera - w gruncie rzeczy tak
bardzo będący na rękę materialistom dziejów - nie doczekał się
większego zainteresowania naszej prasy? W nagłówkach królowały
wodorowe lęki, a tam, w Chicago, wodór odpytywano na okoliczność
życia. Szklane kolby i eksperyment o boskiej proweniencji.
Było
tak: para krążyła po zamkniętym obiegu przez mieszaninę amoniaku,
metanu i wodoru. Poddawano ją co jakiś czas mocnym elektrycznym
wyładowaniom.
Mimo
woli nasuwa się porównanie do elektrowstrząsów, którymi budzi się z
martwych stygnące serce. Ale Miller (swoją drogą, co za nazwisko dla
kogoś, kto zapragnął powtórzyć dzieło Stwórcy) budził z martwych
Nicość. Skutecznie. Po tygodniu para skroplona w aparaturze
zmętniała, potem stała się czerwona. Dokonano gorączkowych analiz:
woda barwy krwi zawierała aminokwasy, jednostki strukturalne białka.
A
więc naprawdę było tak? Błyskawice rozdzierające atmosferę jako
praprzyczyna?
Dom
nie był jeszcze gotowy, gdy pies, którego S. miał od zawsze, wielka
suka, daleka krewna alzackiego owczarka, zdechła na raka macicy. Po
betonowych, surowych labiryntach budowanego domu snuły się dwa
syjamskie koty. Błękitnooka namiastka tamtej wierności.
Zwierzęcy
trop biegnący wstecz, aż do źródeł.
W
nauce przysługuje im zresztą termin cokolwiek gastronomiczny:
rozcieńczony bulion pierwotny. Nieskończone wody obsiane ziarnem
aminokwasów. Co jednak sprawiło, że lgnęły do siebie i łączyły w
złożone białka, że poczęły się mnożyć?
S.
otwiera Biblię: a Duch unosił się nad wodami. S. puka palcem: i stała
się jasność. Jego roześmiana żona kładzie przed nami drożdżowy
placek. Akordeon wydobyty spod stołu, fale Amuru. Odpływy i
przypływy: naukowego błogosławienia, że już wszystko wiemy, naukowej
grozy, grozy ciemnej, zaplątanej, że im więcej wiemy, tym wiemy
mniej.
Teoria
Haladane'a i Oparina o życiu powstającym z prebiotycznych
związków w oceanicznym bulionie zanegowana zostaje z nagłą,
ekstatyczną determinacją. Przez najświatlejszych. Crick, laureat
Nobla za współudział w odkryciu DNA, nie ma wątpliwości: życie na
Ziemi nie mogło powstać samorzutnie. Fizyka i chemia kłamią. Życie na
Ziemi zostało zasiane. Przez innych, obcych, przez przybyszów.
Radosne hosanna astrofizyków, astrobiologów, astroarcheologów,
astromagów. Nauka jest z nami, bo nic nie wie. Stajemy na powrót u
bram ciemności.
Można
nic nie wiedzieć, wtedy przemówią kamienie. Czy nie jest paradoksem,
że właśnie one, które zwykliśmy uważać za constans wszelkiej martwoty
- przekazują nam najdawniejsze sygnały życia? Bo to przecież
skamieliny stanowią jedyne tego życia świadectwo. Pierwszymi
historykami życia byli i są geologowie.
Kusząca
herezja: uwierzyć w życie kamieni. Ale może nie wiary tu trzeba,
tylko szacunku? Tej mieszczańskiej namiastki uwielbienia. Dla
ewolucji materii zapisanej w minerałach, głazach, skałach. Materia.
Matr
sanskrytu. Mutter.
Matka.
Gunfilt
w Ontario i Fig Tree w RPA; prawdziwi odkrywcy gotowi są wielbić
imiona odkrytych przez siebie lądów. To właśnie tam przemówiły
kamienie. W łonie kanadyjskiej i południowoafrykańskiej skały odkryto
skamieniałe praziarna życia. 1900 i 3200 milionów lat temu. Liczby,
których nie sposób pojąć. Ale patrzę przecież na powiększone dwa
tysiące razy zdjęcie spokrewnionego ze współczesnymi bakteriami
Prokaryota. Kłębuszek bytu. A więc tak wyglądaliśmy u zarania? My,
ludzie, i brzozowy zagajnik pełen wilgotnych maślaków, i wielbłądy, i
gruźlica, i foki, i uchatki, i Niepylak
apollo,
i syjamskie koty w betonowym labiryncie nowego domu S., i małże,
ukryte w ciepłej ciemności swej skorupy?
Kiedy
S. przyszedł do mnie znowu, powiedział, że jego żona spodziewa się
dziecka. Już przestali wierzyć, a przecież. Nie pytał o muszlę. O to,
czy zaciskałem na niej dłoń. Biegł do swoich spraw. W głąb swojego
czasu, który dopiero miał rozbłysnąć, otworzyć się. I nieważne: w
efekcie jednego oślepiającego wybuchu, pod ciepłem boskiego
tchnienia, czy jako owoc panspermii kierowanej, jak nazwał ową
kosmiczną ingerencję Francis Crick.
A
potem było wzgórze Ediacara w południowej Australii. Raptem siedemset
milionów lat temu. Najstarsze z odnalezionych skamieniałości świata
zwierząt. Organizmów na tyle już złożonych, że się składały we wzory
i desenie będące głodem żywej formy, osobności, jedyności, jestestwa.
Krąg z zarysem krzyża, wiotkie niby pióro: muśnięcie wieczności, i
ten kształt, tak podobny do śladu, jaki zostawia w mokrym piasku
meduza.
Skok
przez kolejne dwieście milionów lat i nagłe zachłyśnięcie bujnością
prekambryjskich wód: gąbki, mięczaki, trylobity, rozgwiazdy,
ramienionogi. Gdyby kolana nie miękły przed świętością tych narodzin,
można by zażartować z naukowców. Był rozcieńczony bulion pierwotny,
jest: zupa z frutti di mare. Właśnie wtedy nastaje trwające długo
królestwo skamieniałych muszli. Pięćset milionów lat od dnia, gdy S.
dał mi zmienioną w kamień skorupę.
Muszla:
szkielet zewnętrzny mięczaków wytwarzany przez nabłonek płaszcza,
który je okrywa. Najlepszy budulec dla kamienia. Węglan wapnia
występujący pod dwoma postaciami - jak Ciało w chlebie i winie?
- kalcytu i aragonitu. A potem przemienienie wtóre: w żywy
kamień.
Muszle,
chemia organiczna na służbie pulsującego coraz gwałtowniej oceanu.
Jedna z koncepcji nagłego skoku zakłada, że pojawienie się w okresie
kambryjskim znacznej ilości stworzeń okrytych muszlą świadczy o tym,
że woda kipiała już wtedy od walki o byt. Muszla stawała się twierdzą
życia.
Zamykam
dłoń na mojej muszli. Czy można sobie wyobrazić jej świat? Jej czas?
Tę niepojętą czeluść?
Pytania
retoryczne, infantylne. Zbędna jest zresztą łaska takiej wyobraźni,
kiedy trzymasz w ręku skamieniałą obecność w abstrakcyjnym pędzie
liczb i światów. Naoczność ślepą, lecz może przez to bardziej
wiarygodną? Jak sprawiedliwość?
S.
odnalazł ją gdzieś w pobliżu swojego domu, tego na osiedlu, na polu
obumierającego PGR. W przestrzeni coraz bardziej niczyjej, pomiędzy
pordzewiałymi częściami maszyn, czarnymi kręgami zużytych opon
moknących na deszczu...
Beseritz,
późniejsze Brunn. Świat jeziora Glambeck. I dalej przez Wołczkowo, aż
po las zwany kiedyś Günitz. I dalej, aż po jego dom. I bliżej,
wcześniej, głębiej. Dobra von Eickstedta, a potem księcia kanclerza
von Ramin. Gmina Dobra. Taka sobie. Takie imię. Taka gmina? Tu żył. W
tej ziemi znalazł muszlę. W ziemi, która była jeszcze bezimienna. Jej
pierwsi mieszkańcy, wytwórcy łupków krzemiennych, drapaczy i
liściaków paleolitu, tylczaków łukowych, mówią do nas wyłącznie
językiem kamienia. Nie zostawili po sobie nawet własnych kości. Ale
byli tu bardziej niż my. A już na długo przed nimi, pod nimi, w
glebie gleby, rosło, pęczniało to, co było ziarnem czasu.
Muszla
w tej ziemi: słonej ziemi odebranej pramorzu? Kiedy? Gdy przelewały
się przez nią nieskończone prawody? Czy już za naszej, geologicznej
pamięci? Kiedy czoło ostatniego skandynawskiego lodowca, jakieś
piętnaście tysięcy lat temu, utrwaliło się na linii dzisiejszego
polskiego wybrzeża? Czy później jeszcze, w holocenie, gdy lądolód
umierał, cofał się, a jego martwy jęzor zostawiał za sobą tundrę? I
wylizywał skamieniałe muszle wryte w piach, co był niegdyś dnem
karbońskiego oceanu?
Narodziny
Bałtyku, pulsowanie lodowatego jeziora, to wszystko stało się raptem
tuzin tysięcy lat przed naszą erą. A więc jakie wznoszenie się i
opadanie wód wcisnęło moją muszlę w morenową glinę, namuł żyzny,
fundament tego świata, w pole, na którym znalazł ją S.?
Na
długo przedtem, nim mi ją podarował (oto nasze jedyne na długo -
krawiecki centymetr do pomiarów wszechświata), trafiły do mych rąk
pachnące świątecznym igliwiem prezenty. Wielkie, barwne albumy
autorstwa Josefa Augusty i Zdenka Buriana. Fantastyczny fotoplastikon
rzeczywistości, której istnienia, dziesięcioletni chłopiec, nie
mogłem podejrzewać nawet. To nie był czas, w którym gumowe
Spielbergowskie dinozaury stawały się maskotką dołączaną do
hamburgerów McDonalda. To nie był świat, w którym kolorowa ilustracja
mogła być powszechnym nośnikiem wiedzy i źródłem zachwytu. Do tej
pory pochylałem się nad burymi brązami reprodukcji bitwy pod
Grunwaldem, nad karykaturą czarnego Prusaka w pikielhaubie
szturmującego bramy Paryża dyszącego komuną, zanurzałem się w
szarościach i sepii rodzinnych fotografii, w ołowianym, mętnym nurcie
zdjęć z pierwszomajowych pochodów, nad którymi czerwieniły się tylko
tytuły gazet.
Księgi
kipiącej kolorami, baśniowej przeszłości były mi więc Księgami
Objawienia. Smoki i jaskiniowi ludzie wyroili się w moim świecie, a
przeszłość zapisana na murach i przedmiotach wyblakłym niemieckim
gotykiem stała się bardziej jeszcze nierealna niż dewon, jura, perm.
Królestwo paleontologii, poszerzane kolejnymi księgami, zapanowało
nad mym życiem.
I
moje oczy spotykały złe spojrzenia łypiących z sylurskiego morza
głowonogów. I ujrzałem paproć z karbonu odciśniętą w skale tak
wyraźnie jak ślad stopy Piętaszka w morskim piasku. I poznałem płazy
wychodzące na ląd z hardością konkwistadorów, i usłyszałem zaklęcie,
które i dziś mógłbym powtórzyć przez sen: Ichtiostega, której
szczątki znaleziono na Grenlandii, jednoczy w sobie cechy ryby i
płaza, i uwielbiłem cytrynowo malowaną, krwiożerczą inostrancevię, w
którą się zamieniałem w zabawach, by dławić mego przyjaciela,
dimetrodona, i obejrzałem dokładnie swój kciuk przeciwstawny, od
którego zaczął się marsz triumfalny homo erectus, i czciłem dumną
postawę starca z Cro-Magnon, gdy krzepki i pewny swej władzy nad
światem wracał do obozowiska objuczony upolowaną zwierzyną.
Wiara
w naukę zdzierającą kolejne zasłony uderzała we mnie stokroć silniej
niż śpiew kobiet w chłodnych wnętrzach kościołów, złamany promień
światła na nagich stopach Ukrzyżowanego, słony smak święconej wody,
która zostawała na opuszkach palców.
Wielkie,
pachnące mirrą domy, o imionach, które nie były mi znane ani wtedy,
ani też przez wiele późniejszych lat, monumentalny St. Jakobskirche,
Garnisonkirche, potężny jak bunkier, strzelisty Bugenhagenkirche, i
mój wielkanocny, rozsiewający woń jaj na twardo i bukszpanu, ale
zimny swą ascetyczną architekturą Kreuzeskirche, nie miały szans
wobec rytów skalnych w Font-de-Gaume, Altamiry, Lascaux i Les
Combarelles, pochówków z Dolnych V?stonic czy Grotte des
Enfants.
Stawałem
przed lustrem okryty skórą jelenia, w naszyjnikach z niedźwiedzich
zębów, z paletą mineralnych farb rozrobionych tłuszczem na łosiowej
łopatce. Byłem sobą tak mocno, że aż bolało.
Skąd
mogłem wiedzieć, że już niebawem zakiełkuje zwątpienie, że
australopitek, mój praprzodek, utraci pozycję pierwszego na liście,
że wykopaliska z Tanzaniki wydłużą bieg ludzkich dziejów, że poddadzą
ostrej krytyce klasyfikacje dotychczas odkrytych szczątków, że
brakujące ogniwo będzie coraz bardziej brakujące, tak brakujące, że
zasłony spadną na nowo. Czyż zresztą mogło to dla mnie mieć wtedy
jakiekolwiek znaczenie? Przecież byłem. Od samego początku, od
zarania. Ja.
Żona
S. zmarła w szpitalu w ósmym miesiącu ciąży. Zupełnie nagle. Bez
lęku, jaki niesie ze sobą choroba. Jeszcze rano jadła kompot z wiśni,
rozmawiała z kobietami na sali. Przedwcześnie urodzony chłopiec -
zmarł wkrótce po niej. S. usłyszał potem od lekarza, że on i jego
żona nie powinni byli podejmować tego ryzyka. Nie z jej zdrowiem. S.
rzadko był widywany w kościele. Dziecko nie było ochrzczone. Ksiądz
bardzo długo nie godził się, aby je pochować na cmentarzu. Zaglądam
jeszcze czasem do albumu Augusty i Buriana. Groby ludów pierwotnych,
pochówki mieszkańców jaskiń, poruszają mnie niemal tak samo jak
kiedyś. Te ciała ułożone na boku, podkulone nogi, dłonie pod głową,
ułożone jak do snu. Sen kończy przebudzenie. A więc i dla nich było
ono oczywiste?
Pomiędzy
kośćmi zmarłych przed tysiącami lat, u ich ostatniego wezgłowia,
późniejsi odkrywcy znajdywali muszelki. Bardzo wiele muszli i
muszelek. I powiedzieli sobie, ci odkrywcy, że owe muszle znaczą na
pewno wiarę w nieśmiertelność ciała.
Naukowcy
twierdzą, że muszla i u chrześcijan widniała jako znak nagrobny. Dom
duszy, koncha dla perły. Ziemska powłoka.
S.
nie dokończył stawiania domu. Po prostu przestał. W środku i tak
dawało się żyć. Chociaż chłodno od betonu - to przecież był
dach. I schody na piętro. Którego nie było. Czas jakiś ludzie
przychodzili do niego jeszcze, by im pomógł. Na ból krzyża, wodę w
kolanie, rwanie w piersi, wrzód żołądka. A może bardziej po to, aby
go zobaczyć. Uzdrowiciela, co nie uzdrowił swoich. Nie szydzili
wprost. Nie pokazywali palcami. Patrzyli i odchodzili. Syci nowej
mocy. Mocy życia, które zostało przy nich. Nawet wtedy, gdy byli
chromi, cierpiący i starzy. Ale byli. Oni byli.
Widywałem
go potem jeszcze; czas jakiś chodził nieogolony, z niechlujną
ostentacją świeżego wdowca. Któregoś razu wyznał jednak, że rają mu
żonę. Ale on jej nie chce, bo młoda i nic nie rozumie. Nie zapytałem,
co znaczy owo nic.
Jego
własne nic, czy może Nic Wszechrzeczy? Nic tajemnic odebranych ziemi?
Nic ziemi, która przyjmuje i oddaje? Powiedziałem tylko, że wciąż mam
tę jego muszlę. Że takie to niby życie. Ale życie. Słuchał
nieuważnie. Z wyrozumiałością, jaką mamy wobec dzieci.
Ostatni
raz spotkałem go parę lat temu, na ulicy, w przelocie. Powiedział, że
Tomek, jego przybrany syn, jego syn, chce się żenić. Był gładko
ogolony. Pachniał wodą kolońską. Pytał, czy zbieram jeszcze stare
przedmioty? Nie odpowiedziałem. Jak mógłbym. Tym samym pytaniem.
Było
dalej. I osobno.
Niedawno
natrafiłem na jeszcze jeden, nieznany mi dotąd wątek symboliki
związanej z muszlą. W średniowieczu, jako czarkę na wodę, uważano ją
za atrybut pielgrzymów. Łączono więc z uczniami, którzy szli do
Emaus. Tyle że oni nie rozpoznali Tego, którego spotkali na swej
drodze.
Niechże
jednak będzie: czarka na wodę. Od wód praoceanu po wodę, której łakną
wędrowcy. Odległość spora. Lecz to może być i całkiem blisko. Kwestia
miary. I pragnienia.
w serii piętnastka
ukazały się:
Andrzej Ballo „Albowiem”
Henryk
Bereza
„Względy”, „Zgłoski”, „Zgrzyty”
Kazimierz
Brakoniecki
„Dziennik berliński”
Maciej
Cisło
„Błędnik”
Wojciech
Czaplewski
„Książeczka rodzaju”, „Książeczka wyjścia”
Marek
Czuku
„Róbta, co chceta”, „Stany zjednoczone”
Jan
Drzeżdżon
„Łąka wiecznego istnienia”
Anna
Frajlich
„Czesław Miłosz. Lekcje”, „Laboratorium”
Paweł
Gorszewski
„Niecierpiące zwłoki”
Małgorzata
Gwiazda-Elmerych
„Czy Bóg tutaj”
Tomasz
Hrynacz
„Noc czerwi”
Lech
M. Jakób
„Ćwiczenia z nieobecności”, „Do góry nogami”,
„Poradnik grafomana”, „Poradnik złych manier”,
„Rzeczy”,
Paweł
Jakubowski
„Kopuła”
Zbigniew
Jasina
„Drzewo oliwne”, „Inaczej przemijam”
Jolanta
Jonaszko
„Bez dziadka. Pamiętnik żałoby”, „Portrety”
Gabriel
Leonard Kamiński
„Pan Swen (albo wrocławska abrakadabra)”
Piotr Kępiński „Po Rzymie.
Szkice włoskie”
Bogusław
Kierc
„Cię-mność”, „Płomiennie obojętny (o chłopcu, który
chciał być Bogiem)”
Kazimierz
Kyrcz Jr
„Punk Ogito”
Artur
Daniel Liskowacki
„Brzuch Niny Conti”, „Capcarap”, „Cukiernica
pani Kirsch”, „Kronika powrotu”, „Ulice
Szczecina”, „Ulice Szczecina (ciąg bliższy)”
Krzysztof
Lisowski
„Czarne
notesy (o niekonieczności)”, „Motyl Wisławy. I inne
podróże”
Krzysztof
Maciejewski
„Dziewięćdziesiąt dziewięć”, „Osiem”
Tomasz
Majzel
„Opowiadania
w liczbie pojedynczej”, „Treny Echa Tropy”
Piotr
Michałowski
„Cisza na planie”
Mirosław
Mrozek
„Odpowiedź retoryczna”
Ewa
Elżbieta Nowakowska
„Merton Linneusz Artaud”
Halszka
Olsińska
„Bliskie spotkania”, „Małostki”, „Złota
żyła”
Paweł
Orzeł
„Cudzesłowa”
Mirosława
Piaskowska-Majzel
„(Po)między”
Karol
Samsel
„Jonestown”, „Prawdziwie noc”, „Więdnice”
Bartosz
Sawicki
„Krucha wieczność”
Eugeniusz
Sobol
„Killer”
Ewa
Sonnenberg
„Wiersze dla jednego człowieka”
Wojciech
Stamm
„Pieśni i dramaty patriotyczne i osobiste”
Grzegorz
Strumyk
„Re _ le rutki”
Leszek
Szaruga
„Kanibale lubią ludzi”
Wiesław
Szymański
„Skrawki”
Michał
Tabaczyński
„Legendy ludu polskiego. Eseje ojczyźniane”
Paweł
Tański
„Glinna”, „Kreska”
Maria
Towiańska-Michalska
„Akrazja”, „Engram”, „Z Ameryką w tle”
Andrzej
Turczyński
„Źródła. Fragmenty, uwagi i komentarze”
Miłosz
Waligórski
„Długopis”
Henryk
Waniek
„Notatnik i modlitewnik drogowy (1984-1994)”, „Notatnik
i modlitewnik drogowy II (1994-2004)”
Sławomir Wernikowski
„Passacaglia”
Leszek Żuliński „Suche
łany”