Cukiernica pani Kirsch - Artur Daniel Liskowacki

Kup ebooka

26.25 zł
21.00 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

MUSZLA OD UZDROWICIELA

Muszla: łagodne echo, spokojna fala. Ten sam, niezmienny motyw. Połysk słońca na ogorzałej solą i wiatrem skórze, cekiny leniwie wygarniane z piasku. Aż tyle przyzwolenia na błahe, kiczowate szczęście, czy podświadomej pewności, że innego szczęścia nie ma? Pewnie stąd ów nawyk, aby zbierać na nie dowody. Pudełka, koperty, woreczki pełne chrzęszczących skorupek. I uczucie zażenowania, gdy już później, dużo później, trafi się na nie w głębi szuflady. Blade i zbyteczne, jak strużyny paznokci, które od tamtego czasu odrosły już tyle razy.

Czy godzi się więc nazywać muszlą ten kamienny, kredowobiały czerep, wypełniający moją dłoń tak szczelnie, jakby to ona go ukształtowała?

Dobrze pamiętam uśmiech, z jakim S. zjawił się u mnie, aby mi tę kamienną muszlę podarować. Właśnie uśmiech, a nie dzień czy porę roku. Bo to był taki mocny, jasny uśmiech, na który nieczęsto możemy sobie pozwolić. A on obnosił się z tym uśmiechem, jakby miał do tego niezbywalne prawo. To musiało drażnić. Chyba w tym czasie dyrektor PGR-u, gdzie S. był zatrudniony jako mechanik, wyrzucił go z pracy. Oczywiście, argumenty nie dotyczyły uśmiechu. Ale też dla żadnej ze stron jakiekolwiek argumenty nie miały wtedy znaczenia. Argumenty to dystans. A oni żyli blisko, obok siebie.

No więc pamiętam uśmiech, gdy kazał mi otworzyć dłoń; poczułem w ręku obły, chłodny ciężar. To była skamieniała muszla. Twarda, gładka i biała.

Powiedział, że mam ją brać do ręki, ilekroć opuszczą mnie siły. Że mam ją ściskać mocno, ilekroć odejdzie mi ochota na ciąg dalszy. To jest energia, powiedział, niezniszczalna, wieczna. Uśmiechał się, był wtedy w pełni swego życia. Niski, niepozorny mężczyzna. Musiał mieć wówczas trzydzieści parę lat, ale żywe, chłopackie spojrzenie odejmowało mu ich trochę i rozpraszało pierwsze wrażenie pospolitości. To dla takich jak on, na użytek socjalistycznej socjologii, ukuto miano: chłoporobotnik. Żaden tam centaur, ot, dwie połówki zlepione w jedno klejem do wszystkiego: do tektury, ziemi, szkła, człowieka i historii.

Ale S. był inny. Właśnie dlatego, że starał się być. Nie: być inny. Być.

Kiedy go poznałem - rok, może dwa lata wcześniej nim darował mi tę muszlę - mieszkał z żoną, drobną, pogodną kobietą, w jednym z szarych, pegeerowskich osiedli na obrzeżach Szczecina. Swą kawalerkę dzielili z Tomkiem, przybranym synem. W pokoju było jeszcze miejsce na akordeon i psa. Na Biblię, sztandar Zjednoczonego Świata i perpetuum mobile.

S. grał na akordeonie ze szczerością samouka: głośno i bez szczególnej troski o czystość tonu. Pies - duża, życzliwa suka - ogrzewał mi stopy, warując przy krześle. Biblia pęczniała od fiszek, zakładek i podkreśleń. Sztandar, przypięty do słomianki na ścianie, namalowany był kredkami na zeszytowym papierze w kratkę. A perpetuum mobile, które mnie tam przywiodło, na razie nie chciało działać.

To nic, mówił S., to niedługo ruszy, zobaczy pan. Tylko coś jeszcze muszę sprawdzić i trochę części przynieść z zakładu. Bo samą zasadę to już znam.

Ta zasada była wspólna dla wszystkiego, co robił. Tworzyła pewien system, o którym rozprawiał z gorączkowym ożywieniem, ilekroć się spotkaliśmy. Siła jest w nas, powtarzał, każdy ją ma. Tylko trzeba ją z siebie wydostać. Wskazywał mi fragmenty Biblii, zaznaczone obficie ołówkiem. Na dowód. O Bogu mówił: ta Moc. Perpetuum mobile miało uwolnić ludzkość od jątrzącego wojnami pościgu za energią, a sztandar Zjednoczonego Świata miał załopotać ponad triumfem spełnionego snu.

Sąsiadów S. interesowały namacalne dowody tej wyzwolonej przezeń siły. Wskazywali na jego rodzinę. Ożenił się z poważnie chorą, a teraz, proszę, kwitnie mu żonka. Dzieci mieć nie mogli, prawda. Ale gdy brali Tomka z sierocińca, było to dziecko, jak orzekli lekarze, ociężałe umysłowo. I co? Dziś Tomka na wywiadówkach wychwalają. Ludzie powtarzali między sobą: ten nasz S. ma dar. Dobrą rękę. Uleczył swoich, niech i nam swego daru użyczy.

Pokazywał mi te pierwsze listy pełne dziękczynnych błogosławieństw za przywrócone zdrowie. Jeszcze nie był Uzdrowicielem, do którego ustawiały się kolejki. Ale i wtedy, gdy już był, upierał się przy swoim: oni sami się leczą, ja ich tylko przekonałem, że mogą... Skamieniała muszla i ze mnie miała dobyć tę moc, tę iskrę, która drzemie w każdym okruchu życia.

Znalazł ją w polu, w czarnej, wzruszonej pługiem ziemi. To, że ją znalazł, nie było przecież wcale prostym zbiegiem okoliczności. Białoszara, oblepiona gruda mogła być w końcu czymkolwiek: wapiennym łupkiem, kamieniem najpospolitszym, kawałkiem bydlęcej kości. To, że rozpoznał w niej muszlę, czyniło z przypadku Spotkanie. Jak większość naszych prawdziwych spotkań nieplanowane, trochę nagłe, ale przecież na swój sposób konieczne.

Lubił i potrafił szukać. Znosił do domu pełne kieszenie skarbów. Zaśniedziałych, okrytych gliną sreber, mosiężnych guzików, monet, które już po pierwszym roztarciu między palcami ukazywały oblicza dumnych niewiast, laurowe gałązki, szpony drapieżnych ptaków. Zgromadził w ten sposób u siebie wiele przedmiotów niegdyś pospolitych - rogowy grzebień, kostki do gry, pokrywkę puderniczki, kieliszek do jaj na miękko - które dopiero wydobyte z wilgotnego mroku stawały w niepokojącym blasku Tajemnicy.

Czasem obdarowywał mnie którymś z tych skarbów, wiedząc, że sprawia mi to radość. Skamieniała muszla jest wśród tych podarunków najcenniejszym.

To całkiem spora muszla, ledwie obejmują ją palce zamkniętej dłoni. Zdumiewająca w swojej wierności temu, czym była. Gładka, jakby jeszcze wczoraj szlifowało ją morze. Przypomina raczej precyzyjny, artystyczny odlew niż to, co kojarzy się z szorstką repliką w kamieniu. Jej wnętrze - ta łagodna wklęsłość, którą tak chętnie odnajdują w każdej muszli opuszki palców - pozostało niemal równie delikatne i kuszące dotyk.

Sława, którą zdobywać zaczął S. jako Uzdrowiciel, rosła jak fala; im bliżej była brzegu, tym stawała się wyższa. Ani ja, ani on nie wiedzieliśmy wówczas, że ten brzeg jest wyjątkowo blisko.

Przez mały pokój przechodziły tłumy. Pielgrzymki pokorne, nadziei pełne. Przyjmował grupami. Po kilkanaście osób naraz. Tylko w ten sposób miał możność przyjęcia wszystkich. Siedział przy stole, ledwie widoczny, trącając nogami upchnięty pod stołem akordeon. Zaczynał od wyjaśniania: każdą Moc, z nas, trzeba wydobyć... Czekali cierpliwie, aż skończy. I położy na nich wreszcie swe błogosławione Mocą ręce. Dyrektor PGR-u, który kiedyś wyrzucił go z pracy, też był między tymi ludźmi. Zasłuchany w swoją bolącą trzustkę.

Pod dwupiętrowym blokiem na pegeerowskim osiedlu zatrzymywały się autobusy z całego kraju. Nie brakło też barwnych, lśniących samochodów na zachodnich, głównie niemieckich, rejestracjach. Listonoszka dźwigała pękatą torbę: dzięki uleczonych, pytania wątpiących, prośby bezradnych. To była połowa lat osiemdziesiątych. Wielki wybuch wiary w energoterapeutów. Znak czasu, ślad innej, budzącej się właśnie wiary w Cud. W inne, a rychłe i nagłe uzdrowienie? Właśnie wtedy S. zaczął budować dom. Fortuna, rzymska pani Szczęścia, pomykała chyżo na rydwanie z muszli. Muszla, najdelikatniejszy klejnot Natury, a zarazem najtrwalsze z jej kruchych cacek. Czyż mogła nie stać się symbolem?

Macica morskiej piany, matka Afrodyty Anadyomene i Wenus wynurzającej się ze snu Botticellego. Wilgotne, różowe usta, vulga, naczynie zapłodnione perłą oceanu, koncha nawołująca plejady spragnionych kresu wędrowców. Amulet, który matki przekazywały córkom w dniu ich zamążpójścia. W obfitości wezbranej piany bywała też muszla talizmanem bogaczy. Rozmnażać się i pomnażać; soczysta sakwo, alabastrowy mieszku.

Swój dom wznosił S. z dala od osiedla, na zielonym wzgórzu, które dobrze było widać z okien podmiejskich autobusów. Ludzie pokazywali sobie palcami: Uzdrowiciel się buduje.

Dychawiczne autobusy i śmigłe delfiny - ciągnące łodzie z muszli. Tam nosy przylepione do szarych szyb, tu Neptun i Galatea owiewani rześką bryzą. Kurz biegnącej pod górkę szosy i oceaniczny pył, świetlisty od promieni. W ich centrum muszla, łoże, łono, słone od miłości. Blask wschodzącego życia.

To się podobno właśnie tak, właśnie tam zaczynało. W głębi wód. W ich martwym mroku.

Choć przecież nie tak znów martwym, jeśli w chemicznym tyglu wodoru, węgla i azotu rozniecona została iskra. Całkiem zresztą dosłownie, jeżeli uwierzyć w naukę. Całkiem zresztą poetycką, jeżeli pominąć białe kitle (czy zresztą były białe i czy biel też nie byłaby barwą symboliczną, dziewiczą?) i sterylność laboratorium.

Rok 1953, Chicago. Fatalna sceneria, jak na opis prapoczątku. Bo choć już nie prohibicja, nie spluwy pod płaszczem, nie Johny Wykałaczka dobijany w podziemiach garażu, to przecież - z perspektywy świtu ludzkości wstającego znad Moskwy ("Jutrzenka różanopalca o dumnej twarzy robotnicy" - jak pisał Konstanty Ildefons już po swym skończonym romansie ze Szczecinem) - Chicago mogło być tylko brudem świata.

Wprawdzie mijał już rok od śmierci pewnego niewychrzczonego gruzińskiego popa, ale od żelaznej kurtyny wciąż wiało chłodem. Czy dlatego eksperyment chicagowskiego naukowca Stanleya Millera - w gruncie rzeczy tak bardzo będący na rękę materialistom dziejów - nie doczekał się większego zainteresowania naszej prasy? W nagłówkach królowały wodorowe lęki, a tam, w Chicago, wodór odpytywano na okoliczność życia. Szklane kolby i eksperyment o boskiej proweniencji.

Było tak: para krążyła po zamkniętym obiegu przez mieszaninę amoniaku, metanu i wodoru. Poddawano ją co jakiś czas mocnym elektrycznym wyładowaniom.

Mimo woli nasuwa się porównanie do elektrowstrząsów, którymi budzi się z martwych stygnące serce. Ale Miller (swoją drogą, co za nazwisko dla kogoś, kto zapragnął powtórzyć dzieło Stwórcy) budził z martwych Nicość. Skutecznie. Po tygodniu para skroplona w aparaturze zmętniała, potem stała się czerwona. Dokonano gorączkowych analiz: woda barwy krwi zawierała aminokwasy, jednostki strukturalne białka.

A więc naprawdę było tak? Błyskawice rozdzierające atmosferę jako praprzyczyna?

Dom nie był jeszcze gotowy, gdy pies, którego S. miał od zawsze, wielka suka, daleka krewna alzackiego owczarka, zdechła na raka macicy. Po betonowych, surowych labiryntach budowanego domu snuły się dwa syjamskie koty. Błękitnooka namiastka tamtej wierności.

Zwierzęcy trop biegnący wstecz, aż do źródeł.

W nauce przysługuje im zresztą termin cokolwiek gastronomiczny: rozcieńczony bulion pierwotny. Nieskończone wody obsiane ziarnem aminokwasów. Co jednak sprawiło, że lgnęły do siebie i łączyły w złożone białka, że poczęły się mnożyć?

S. otwiera Biblię: a Duch unosił się nad wodami. S. puka palcem: i stała się jasność. Jego roześmiana żona kładzie przed nami drożdżowy placek. Akordeon wydobyty spod stołu, fale Amuru. Odpływy i przypływy: naukowego błogosławienia, że już wszystko wiemy, naukowej grozy, grozy ciemnej, zaplątanej, że im więcej wiemy, tym wiemy mniej.

Teoria Haladane'a i Oparina o życiu powstającym z prebiotycznych związków w oceanicznym bulionie zanegowana zostaje z nagłą, ekstatyczną determinacją. Przez najświatlejszych. Crick, laureat Nobla za współudział w odkryciu DNA, nie ma wątpliwości: życie na Ziemi nie mogło powstać samorzutnie. Fizyka i chemia kłamią. Życie na Ziemi zostało zasiane. Przez innych, obcych, przez przybyszów. Radosne hosanna astrofizyków, astrobiologów, astroarcheologów, astromagów. Nauka jest z nami, bo nic nie wie. Stajemy na powrót u bram ciemności.

Można nic nie wiedzieć, wtedy przemówią kamienie. Czy nie jest paradoksem, że właśnie one, które zwykliśmy uważać za constans wszelkiej martwoty - przekazują nam najdawniejsze sygnały życia? Bo to przecież skamieliny stanowią jedyne tego życia świadectwo. Pierwszymi historykami życia byli i są geologowie.

Kusząca herezja: uwierzyć w życie kamieni. Ale może nie wiary tu trzeba, tylko szacunku? Tej mieszczańskiej namiastki uwielbienia. Dla ewolucji materii zapisanej w minerałach, głazach, skałach. Materia. Matr sanskrytu. Mutter. Matka.

Gunfilt w Ontario i Fig Tree w RPA; prawdziwi odkrywcy gotowi są wielbić imiona odkrytych przez siebie lądów. To właśnie tam przemówiły kamienie. W łonie kanadyjskiej i południowoafrykańskiej skały odkryto skamieniałe praziarna życia. 1900 i 3200 milionów lat temu. Liczby, których nie sposób pojąć. Ale patrzę przecież na powiększone dwa tysiące razy zdjęcie spokrewnionego ze współczesnymi bakteriami Prokaryota. Kłębuszek bytu. A więc tak wyglądaliśmy u zarania? My, ludzie, i brzozowy zagajnik pełen wilgotnych maślaków, i wielbłądy, i gruźlica, i foki, i uchatki, i Niepylak apollo, i syjamskie koty w betonowym labiryncie nowego domu S., i małże, ukryte w ciepłej ciemności swej skorupy?

Kiedy S. przyszedł do mnie znowu, powiedział, że jego żona spodziewa się dziecka. Już przestali wierzyć, a przecież. Nie pytał o muszlę. O to, czy zaciskałem na niej dłoń. Biegł do swoich spraw. W głąb swojego czasu, który dopiero miał rozbłysnąć, otworzyć się. I nieważne: w efekcie jednego oślepiającego wybuchu, pod ciepłem boskiego tchnienia, czy jako owoc panspermii kierowanej, jak nazwał ową kosmiczną ingerencję Francis Crick.

A potem było wzgórze Ediacara w południowej Australii. Raptem siedemset milionów lat temu. Najstarsze z odnalezionych skamieniałości świata zwierząt. Organizmów na tyle już złożonych, że się składały we wzory i desenie będące głodem żywej formy, osobności, jedyności, jestestwa. Krąg z zarysem krzyża, wiotkie niby pióro: muśnięcie wieczności, i ten kształt, tak podobny do śladu, jaki zostawia w mokrym piasku meduza.

Skok przez kolejne dwieście milionów lat i nagłe zachłyśnięcie bujnością prekambryjskich wód: gąbki, mięczaki, trylobity, rozgwiazdy, ramienionogi. Gdyby kolana nie miękły przed świętością tych narodzin, można by zażartować z naukowców. Był rozcieńczony bulion pierwotny, jest: zupa z frutti di mare. Właśnie wtedy nastaje trwające długo królestwo skamieniałych muszli. Pięćset milionów lat od dnia, gdy S. dał mi zmienioną w kamień skorupę.

Muszla: szkielet zewnętrzny mięczaków wytwarzany przez nabłonek płaszcza, który je okrywa. Najlepszy budulec dla kamienia. Węglan wapnia występujący pod dwoma postaciami - jak Ciało w chlebie i winie? - kalcytu i aragonitu. A potem przemienienie wtóre: w żywy kamień.

Muszle, chemia organiczna na służbie pulsującego coraz gwałtowniej oceanu. Jedna z koncepcji nagłego skoku zakłada, że pojawienie się w okresie kambryjskim znacznej ilości stworzeń okrytych muszlą świadczy o tym, że woda kipiała już wtedy od walki o byt. Muszla stawała się twierdzą życia.

Zamykam dłoń na mojej muszli. Czy można sobie wyobrazić jej świat? Jej czas? Tę niepojętą czeluść?

Pytania retoryczne, infantylne. Zbędna jest zresztą łaska takiej wyobraźni, kiedy trzymasz w ręku skamieniałą obecność w abstrakcyjnym pędzie liczb i światów. Naoczność ślepą, lecz może przez to bardziej wiarygodną? Jak sprawiedliwość?

S. odnalazł ją gdzieś w pobliżu swojego domu, tego na osiedlu, na polu obumierającego PGR. W przestrzeni coraz bardziej niczyjej, pomiędzy pordzewiałymi częściami maszyn, czarnymi kręgami zużytych opon moknących na deszczu...

Beseritz, późniejsze Brunn. Świat jeziora Glambeck. I dalej przez Wołczkowo, aż po las zwany kiedyś Günitz. I dalej, aż po jego dom. I bliżej, wcześniej, głębiej. Dobra von Eickstedta, a potem księcia kanclerza von Ramin. Gmina Dobra. Taka sobie. Takie imię. Taka gmina? Tu żył. W tej ziemi znalazł muszlę. W ziemi, która była jeszcze bezimienna. Jej pierwsi mieszkańcy, wytwórcy łupków krzemiennych, drapaczy i liściaków paleolitu, tylczaków łukowych, mówią do nas wyłącznie językiem kamienia. Nie zostawili po sobie nawet własnych kości. Ale byli tu bardziej niż my. A już na długo przed nimi, pod nimi, w glebie gleby, rosło, pęczniało to, co było ziarnem czasu.

Muszla w tej ziemi: słonej ziemi odebranej pramorzu? Kiedy? Gdy przelewały się przez nią nieskończone prawody? Czy już za naszej, geologicznej pamięci? Kiedy czoło ostatniego skandynawskiego lodowca, jakieś piętnaście tysięcy lat temu, utrwaliło się na linii dzisiejszego polskiego wybrzeża? Czy później jeszcze, w holocenie, gdy lądolód umierał, cofał się, a jego martwy jęzor zostawiał za sobą tundrę? I wylizywał skamieniałe muszle wryte w piach, co był niegdyś dnem karbońskiego oceanu?

Narodziny Bałtyku, pulsowanie lodowatego jeziora, to wszystko stało się raptem tuzin tysięcy lat przed naszą erą. A więc jakie wznoszenie się i opadanie wód wcisnęło moją muszlę w morenową glinę, namuł żyzny, fundament tego świata, w pole, na którym znalazł ją S.?

Na długo przedtem, nim mi ją podarował (oto nasze jedyne na długo - krawiecki centymetr do pomiarów wszechświata), trafiły do mych rąk pachnące świątecznym igliwiem prezenty. Wielkie, barwne albumy autorstwa Josefa Augusty i Zdenka Buriana. Fantastyczny fotoplastikon rzeczywistości, której istnienia, dziesięcioletni chłopiec, nie mogłem podejrzewać nawet. To nie był czas, w którym gumowe Spielbergowskie dinozaury stawały się maskotką dołączaną do hamburgerów McDonalda. To nie był świat, w którym kolorowa ilustracja mogła być powszechnym nośnikiem wiedzy i źródłem zachwytu. Do tej pory pochylałem się nad burymi brązami reprodukcji bitwy pod Grunwaldem, nad karykaturą czarnego Prusaka w pikielhaubie szturmującego bramy Paryża dyszącego komuną, zanurzałem się w szarościach i sepii rodzinnych fotografii, w ołowianym, mętnym nurcie zdjęć z pierwszomajowych pochodów, nad którymi czerwieniły się tylko tytuły gazet.

Księgi kipiącej kolorami, baśniowej przeszłości były mi więc Księgami Objawienia. Smoki i jaskiniowi ludzie wyroili się w moim świecie, a przeszłość zapisana na murach i przedmiotach wyblakłym niemieckim gotykiem stała się bardziej jeszcze nierealna niż dewon, jura, perm. Królestwo paleontologii, poszerzane kolejnymi księgami, zapanowało nad mym życiem.

I moje oczy spotykały złe spojrzenia łypiących z sylurskiego morza głowonogów. I ujrzałem paproć z karbonu odciśniętą w skale tak wyraźnie jak ślad stopy Piętaszka w morskim piasku. I poznałem płazy wychodzące na ląd z hardością konkwistadorów, i usłyszałem zaklęcie, które i dziś mógłbym powtórzyć przez sen: Ichtiostega, której szczątki znaleziono na Grenlandii, jednoczy w sobie cechy ryby i płaza, i uwielbiłem cytrynowo malowaną, krwiożerczą inostrancevię, w którą się zamieniałem w zabawach, by dławić mego przyjaciela, dimetrodona, i obejrzałem dokładnie swój kciuk przeciwstawny, od którego zaczął się marsz triumfalny homo erectus, i czciłem dumną postawę starca z Cro-Magnon, gdy krzepki i pewny swej władzy nad światem wracał do obozowiska objuczony upolowaną zwierzyną.

Wiara w naukę zdzierającą kolejne zasłony uderzała we mnie stokroć silniej niż śpiew kobiet w chłodnych wnętrzach kościołów, złamany promień światła na nagich stopach Ukrzyżowanego, słony smak święconej wody, która zostawała na opuszkach palców.

Wielkie, pachnące mirrą domy, o imionach, które nie były mi znane ani wtedy, ani też przez wiele późniejszych lat, monumentalny St. Jakobskirche, Garnisonkirche, potężny jak bunkier, strzelisty Bugenhagenkirche, i mój wielkanocny, rozsiewający woń jaj na twardo i bukszpanu, ale zimny swą ascetyczną architekturą Kreuzeskirche, nie miały szans wobec rytów skalnych w Font-de-Gaume, Altamiry, Lascaux i Les Combarelles, pochówków z Dolnych V?stonic czy Grotte des Enfants.

Stawałem przed lustrem okryty skórą jelenia, w naszyjnikach z niedźwiedzich zębów, z paletą mineralnych farb rozrobionych tłuszczem na łosiowej łopatce. Byłem sobą tak mocno, że aż bolało.

Skąd mogłem wiedzieć, że już niebawem zakiełkuje zwątpienie, że australopitek, mój praprzodek, utraci pozycję pierwszego na liście, że wykopaliska z Tanzaniki wydłużą bieg ludzkich dziejów, że poddadzą ostrej krytyce klasyfikacje dotychczas odkrytych szczątków, że brakujące ogniwo będzie coraz bardziej brakujące, tak brakujące, że zasłony spadną na nowo. Czyż zresztą mogło to dla mnie mieć wtedy jakiekolwiek znaczenie? Przecież byłem. Od samego początku, od zarania. Ja.

Żona S. zmarła w szpitalu w ósmym miesiącu ciąży. Zupełnie nagle. Bez lęku, jaki niesie ze sobą choroba. Jeszcze rano jadła kompot z wiśni, rozmawiała z kobietami na sali. Przedwcześnie urodzony chłopiec - zmarł wkrótce po niej. S. usłyszał potem od lekarza, że on i jego żona nie powinni byli podejmować tego ryzyka. Nie z jej zdrowiem. S. rzadko był widywany w kościele. Dziecko nie było ochrzczone. Ksiądz bardzo długo nie godził się, aby je pochować na cmentarzu. Zaglądam jeszcze czasem do albumu Augusty i Buriana. Groby ludów pierwotnych, pochówki mieszkańców jaskiń, poruszają mnie niemal tak samo jak kiedyś. Te ciała ułożone na boku, podkulone nogi, dłonie pod głową, ułożone jak do snu. Sen kończy przebudzenie. A więc i dla nich było ono oczywiste?

Pomiędzy kośćmi zmarłych przed tysiącami lat, u ich ostatniego wezgłowia, późniejsi odkrywcy znajdywali muszelki. Bardzo wiele muszli i muszelek. I powiedzieli sobie, ci odkrywcy, że owe muszle znaczą na pewno wiarę w nieśmiertelność ciała.

Naukowcy twierdzą, że muszla i u chrześcijan widniała jako znak nagrobny. Dom duszy, koncha dla perły. Ziemska powłoka.

S. nie dokończył stawiania domu. Po prostu przestał. W środku i tak dawało się żyć. Chociaż chłodno od betonu - to przecież był dach. I schody na piętro. Którego nie było. Czas jakiś ludzie przychodzili do niego jeszcze, by im pomógł. Na ból krzyża, wodę w kolanie, rwanie w piersi, wrzód żołądka. A może bardziej po to, aby go zobaczyć. Uzdrowiciela, co nie uzdrowił swoich. Nie szydzili wprost. Nie pokazywali palcami. Patrzyli i odchodzili. Syci nowej mocy. Mocy życia, które zostało przy nich. Nawet wtedy, gdy byli chromi, cierpiący i starzy. Ale byli. Oni byli.

Widywałem go potem jeszcze; czas jakiś chodził nieogolony, z niechlujną ostentacją świeżego wdowca. Któregoś razu wyznał jednak, że rają mu żonę. Ale on jej nie chce, bo młoda i nic nie rozumie. Nie zapytałem, co znaczy owo nic. Jego własne nic, czy może Nic Wszechrzeczy? Nic tajemnic odebranych ziemi? Nic ziemi, która przyjmuje i oddaje? Powiedziałem tylko, że wciąż mam tę jego muszlę. Że takie to niby życie. Ale życie. Słuchał nieuważnie. Z wyrozumiałością, jaką mamy wobec dzieci.

Ostatni raz spotkałem go parę lat temu, na ulicy, w przelocie. Powiedział, że Tomek, jego przybrany syn, jego syn, chce się żenić. Był gładko ogolony. Pachniał wodą kolońską. Pytał, czy zbieram jeszcze stare przedmioty? Nie odpowiedziałem. Jak mógłbym. Tym samym pytaniem.

Było dalej. I osobno.

Niedawno natrafiłem na jeszcze jeden, nieznany mi dotąd wątek symboliki związanej z muszlą. W średniowieczu, jako czarkę na wodę, uważano ją za atrybut pielgrzymów. Łączono więc z uczniami, którzy szli do Emaus. Tyle że oni nie rozpoznali Tego, którego spotkali na swej drodze.

Niechże jednak będzie: czarka na wodę. Od wód praoceanu po wodę, której łakną wędrowcy. Odległość spora. Lecz to może być i całkiem blisko. Kwestia miary. I pragnienia.

w serii piętnastka ukazały się:

Andrzej Ballo „Albowiem”

Henryk Bereza „Względy”, „Zgłoski”, „Zgrzyty”

Kazimierz Brakoniecki „Dziennik berliński”

Maciej Cisło „Błędnik”

Wojciech Czaplewski „Książeczka rodzaju”, „Książeczka wyjścia”

Marek Czuku „Róbta, co chceta”, „Stany zjednoczone”

Jan Drzeżdżon „Łąka wiecznego istnienia”

Anna Frajlich „Czesław Miłosz. Lekcje”, „Laboratorium”

Paweł Gorszewski „Niecierpiące zwłoki”

Małgorzata Gwiazda-Elmerych „Czy Bóg tutaj”

Tomasz Hrynacz „Noc czerwi”

Lech M. Jakób „Ćwiczenia z nieobecności”, „Do góry nogami”, „Poradnik grafomana”, „Poradnik złych manier”, „Rzeczy”,

Paweł Jakubowski „Kopuła”

Zbigniew Jasina „Drzewo oliwne”, „Inaczej przemijam”

Jolanta Jonaszko „Bez dziadka. Pamiętnik żałoby”, „Portrety”

Gabriel Leonard Kamiński „Pan Swen (albo wrocławska abrakadabra)”

Piotr Kępiński „Po Rzymie. Szkice włoskie”

Bogusław Kierc „Cię-mność”, „Płomiennie obojętny (o chłopcu, który chciał być Bogiem)”

Kazimierz Kyrcz Jr „Punk Ogito”

Artur Daniel Liskowacki „Brzuch Niny Conti”, „Capcarap”, „Cukiernica pani Kirsch”, „Kronika powrotu”, „Ulice Szczecina”, „Ulice Szczecina (ciąg bliższy)”

Krzysztof Lisowski „Czarne notesy (o niekonieczności)”, „Motyl Wisławy. I inne podróże”

Krzysztof Maciejewski „Dziewięćdziesiąt dziewięć”, „Osiem”

Tomasz Majzel „Opowiadania w liczbie pojedynczej”, „Treny Echa Tropy”

Piotr Michałowski „Cisza na planie”

Mirosław Mrozek „Odpowiedź retoryczna”

Ewa Elżbieta Nowakowska „Merton Linneusz Artaud”

Halszka Olsińska „Bliskie spotkania”, „Małostki”, „Złota żyła”

Paweł Orzeł „Cudzesłowa”

Mirosława Piaskowska-Majzel „(Po)między”

Karol Samsel „Jonestown”, „Prawdziwie noc”, „Więdnice”

Bartosz Sawicki „Krucha wieczność”

Eugeniusz Sobol „Killer”

Ewa Sonnenberg „Wiersze dla jednego człowieka”

Wojciech Stamm „Pieśni i dramaty patriotyczne i osobiste”

Grzegorz Strumyk „Re _ le rutki”

Leszek Szaruga „Kanibale lubią ludzi”

Wiesław Szymański „Skrawki”

Michał Tabaczyński „Legendy ludu polskiego. Eseje ojczyźniane”

Paweł Tański „Glinna”, „Kreska”

Maria Towiańska-Michalska „Akrazja”, „Engram”, „Z Ameryką w tle”

Andrzej Turczyński „Źródła. Fragmenty, uwagi i komentarze”

Miłosz Waligórski „Długopis”

Henryk Waniek „Notatnik i modlitewnik drogowy (1984-1994)”, „Notatnik i modlitewnik drogowy II (1994-2004)”

Sławomir Wernikowski „Passacaglia”

Leszek Żuliński „Suche łany”