Rozdział 1
Restauracja Dorsia, Göteborg, piątek, 23 sierpnia 2019
Sofia Hallgren popełniła błąd. Uzmysłowiła to sobie w chwili, w której zobaczyła schody. To nie były wysokie schody, wcześniej wbiegała na nie wielokrotnie. Pokonywała je w sandałkach na cienkich, dziesięciocentymetrowych szpilkach czy zimowych botkach ze szpiczastymi czubkami, na ośmiocentymetrowych obcasach.
A teraz? Stojąc, przyglądała się schodom i nagle zrozumiała, jak czują się wspinacze u podnóża K2. Przed nimi stroma ściana. Szczyt, który wydaje się nie do zdobycia. Ostrożnie postawiła stopę na najniższym stopniu i zebrała siły przed kolejnym krokiem. Następnie cofnęła stopę i zerknęła w kierunku szatni. Może powinna? Wprawdzie była przed chwilą w toalecie, ale może byłoby dobrze wstąpić jeszcze raz? Profilaktycznie, czy raczej dlatego, że obecnie zachowywała się jak pies, który znaczy moczem teren, kiedy tylko ma okazję.
Stała w miejscu i rozglądała się, poszukując wzrokiem szerpy, który mógłby jej pomóc. Nie było jednak nikogo, a jedyny mężczyzna na horyzoncie przemknął, mijając ją jak kelnerzy miewają w zwyczaju, z trzema talerzami piętrzącymi się elegancko na lewym przedramieniu. Nie wyglądało na to, że zamierza wziąć Sofię pod rękę i pomóc jej wspiąć się po schodach.
Kobieta z determinacją postawiła ponownie stopę na najniższym stopniu schodów i rozpoczęła wspinaczkę, strofując się w duchu. Wiedziała doskonale, dlaczego schody w Dorsi nagle wydały się przeszkodą nie do pokonania.
Sofia całe przedpołudnie spędziła w pośpiechu, chodząc po sklepach. Kupowała ubrania. Dużo ubrań. Przeszła całą drogę od eleganckiego domu towarowego NK do butiku z artykułami dla dzieci na końcu reprezentacyjnej Alei Bramy Królewskiej, gdzie spędziła dwie godziny. I przez cały czas nosiła dwoje najmłodszych dzieci - które jeszcze nawet się nie urodziły.
Sofia wspięła się na trzy kolejne stopnie. Przed nią zamajaczył szczyt K2, w myślach poszukiwała już flagi, którą mogłaby zatknąć przy najbliższym stoliku. Flagi Sofii, może z widniejącą na niej torbą z zakupami i parą szpilek.
Wtedy usłyszała głosy. W jej uszach zabrzmiały jak muzyka, pobudzająca niczym główny motyw z filmu Rocky.
- O, tam jest!
- Chodź, pozwól, że ci pomogę.
Ktoś uwolnił ją od toreb, ktoś inny chwycił pod rękę, jakby była staruszką na chudych nóżkach. Sofia uśmiechnęła się do Jenny i Jessiki.
- Dziękuję, jesteście kochane.
- Nie powinnaś... - zaczęła Jenny z wyrzutem.
- Oczywiście, że powinnam. Muszę korzystać z okazji.
- Z okazji, żeby znowu publicznie zemdleć? - odpowiedziała Jessika z jeszcze większym wyrzutem. Pamiętała, jak Sofia zasłabła na rynku w Mölndal w styczniu. Wyglądało to dość dramatycznie, wśród śniegowej brei. Jessika uważała, że takie sceny najlepiej wyglądają w filmie. Wtedy można tylko westchnąć "och!" i dalej jeść popcorn, nie podejmując żadnego działania.
- Przestań! - burknęła Sofia bez humoru. Uwolniła się od pomocnego ramienia przyjaciółki i kołysząc się, zmierzała do ich ulubionego stolika, gdzie na oparciu jednego z krzeseł przyjaciółka powiesiła już swoją kurtkę. U celu, po siedmiometrowej wędrówce, Sofia opadła na najbliższe krzesło, ciężko dysząc, co zupełnie nie pasowało do jej wcześniejszego, pewnego siebie tonu.
Szerpa Jenny postawiła torby z zakupami na krześle obok Sofii i usiadła naprzeciwko.
- No proszę, Vivian. Sporo tych zakupów - zauważyła Jessika.
- Vivian? - zdziwiła się Sofia.
- Vivian, z Pretty Woman.
Jessika uniosła lekko trzy z toreb Sofii.
- Big mistake. Huge - powiedziała głosem Julii Roberts i lekko wzruszyła ramionami.
Sofia uśmiechnęła się potulnie.
- Otwierasz butik? - spytała Jessika wskazując na trzy torby, z których każda wielkością przypominała torby z Ikei. - Zamierzasz sprzedawać ubranka dla dzieci?
- Będę mieć dwójkę - odparła Sofia, głaszcząc się po brzuchu. - W poniedziałek mam wizytę kontrolną i wiem, co mi powiedzą.
- Co ci powiedzą?!
- Że mam leżeć na szezlongu i odpoczywać. Z uniesionymi nogami.
- Uważam, że to brzmi całkiem sensownie - odparła Jessika. - Powinnaś być okrąglutka, różowa i zachwycająca, ale...
- Jestem tylko gruba, twoim zdaniem. Gruba i wymęczona, i... - Sofia zrobiła krótką przerwę. - Płaczliwa - dodała w przypływie samokrytycyzmu.
- Moja droga. - Jessika położyła dłoń na ręce przyjaciółki. - Uważam tylko, że nie wyglądasz jak chodząca reklama ubrań dla przyszłych matek. Wyglądasz jak kobieta, która naprawdę spodziewa się dzieci, a nie chodzi z poduszką na brzuchu.
- Oczywiście, że spodziewam się dzieci. Wieczorami przyglądamy się z Henrikiem, jak bawią się w brzuchu.
Wykonała kilka nieokreślonych gestów, naśladując ruchy dzieci widoczne przez skórę brzucha. Wyglądało to, jakby chciała pokazać, co czuje ktoś dotykający gumową piankę.
Jessika roześmiała się i podsunęła przyjaciółce menu, ale Sofia jeszcze nie skończyła. Nalała sobie wody i ciągnęła dalej:
- Co mam zrobić? Nie jestem typem kobiety, która leżałaby na szezlongu. Mimo że naprawdę mamy szezlong. I łóżeczko ze szczebelkami, i przewijak, ale trzeba je jeszcze zmontować.
- A ty, zgodnie z oczekiwaniami, powinnaś leżeć na szezlongu i szyć lub robić szydełkiem małe dziecięce ubranka, a nie je kupować - zauważyła Jenny.
Sofia uśmiechnęła się ponuro.
- Jesteś niemiła dla moich nienarodzonych dzieci, żałujesz im nawet ubranek. Raz zrobiłam sweterek dla niemowlaka. Dla Chloe. Moja teściowa bardzo naciskała. Kupiła włóczkę oraz wzór i ciągle opowiadała, jak szydełkowanie wspaniale odpręża. Moja mama, wiecie, jaka zawsze jest taktowna, kiedy zobaczyła ten sweterek, musiała się zamknąć w łazience, tak bardzo się śmiała. - Sofia przyglądała się Jenny i Jessice, które nie mogły powstrzymać chichotu. - Tak, śmiejcie się, męczyłam się z tym sweterkiem przez dwa miesiące.
- Już dobrze, już dobrze - powiedziała Jessika, ukradkiem ocierając łzy ze śmiechu. - Najpierw zamówimy jedzenie, a potem dokonamy inspekcji twoich zakupów.
Zamówiły po sałatce, Jenny i Jessika wzięły białe wino, a Sofia wodę.
- Nawet gazowanej wody już nie toleruję - zamruczała. Ożywiła się, pokazując swoje zakupy. - Jest taki butik tuż obok Claesa - zwróciła się do Jessiki. - To znaczy obok jego sklepu. Nazywa się Nasi Milusińscy. Tam jest wszystko, czego potrzebujesz.
- I o wiele więcej - stwierdziła Jenny, stawiając parę białych bucików na stole. Były prześliczne i całkowicie niepraktyczne.
- Wiem - odparła Jessika, trzymając w górze body w ptaszki. - Zamierzałam tam coś kupić, później. Dla tej dwójki - dodała, wskazując brzuch Sofii, który wyglądał, jakby miał przewrócić stolik przy najmniejszym nieostrożnym ruchu.
- Masz na myśli, kiedy przyjdą nowe dostawy - odparła Jenny. - Bo dzisiaj jest tam raczej pusto?
- Prawdopodobnie pocałowałabyś klamkę, bo dziewczyna, która tam sprzedaje, wypadła ze sklepu i pobiegła kupić szampana. - Jessika uśmiechnęła się z przekąsem.
- Wyczuwam delikatną ironię - zauważyła Sofia.
- Ależ skąd - odparła przyjaciółka. - Nie żałujemy twoim dzieciom ubranek. Lubimy cię. I wiemy, jak bardzo lubisz zakupy. - Czy one naprawdę są aż tak małe? - zdziwiła się, trzymając w górze malutkie śpioszki ze stopkami.
- To dla wcześniaków - odparła Sofia. - Nawet nie liczę, że będą miały po pięćdziesiąt centymetrów.
- Co za ceny! - kontynuowała Jessika. - Tak, wiem, że nie musisz o tym myśleć, ale mimo wszystko. Tu nie chodzi tylko o ilość koron za centymetr kwadratowy materiału, ale o ilość koron za godzinę noszenia takiego ciuszka przez dzieciaka. Pamiętam, że Wiliam wyrastał z kolejnych rozmiarów co drugi dzień. - Odłożyła ubranko z westchnieniem. - Nadal tak robi. Jest najwyższy w rodzinie. Domyślacie się, jak to irytuje jego ojca - dodała.
Kelner pojawił się z zamówionym winem i koszykiem pieczywa. Zatrzymał się, spoglądając na ubranka rozłożone na stole. Nie musiał być astrofizykiem, aby się zorientować w sytuacji. Brzuch Sofii był naprawdę... wyraźny.
Jenny i Sofia spakowały ubranka, a Jessika przejęła chleb i postawiła go przed Sofią, która natychmiast wzięła kromkę i obficie posmarowała ją masłem.
- Macie pozdrowienia od Molly - powiedziała Sofia, zjadłszy połowę kromki. -Pomogła mi. Potrzebowałam przypudrować nos i wstąpiłam do Claesa. - Wzięła kolejną kromkę i posmarowała ją masłem. Grubą warstwą masła. Roześmiała się nagle. - Molly siedziała w kuchni. Wydaje mi się, że metkowała bransoletki. Nagle Lena zawołała, żeby wyszła do sklepu. Wtedy Molly włożyła biżuterię do plastikowego pojemnika na żywność i schowała go do lodówki, jakby nie było innych miejsc!
- Ciii, nie mówcie nikomu - powiedziała Jessika. - Robimy tak, bo nie chcemy, aby Molly znała kod do sejfu.
- Chloe była dość oburzona. Uważała, że trzymanie wartościowych rzeczy w lodówce to idiotyczny pomysł, ale Molly zapewniła, że zazwyczaj przechowujecie je w sejfie.
- Gdzie jest teraz Chloe? - zapytała Jessika.
- Umówiła się z Madeleine i Michelle - odparła Sofia.
- Siostrami Melanii?
- Tak, najwyraźniej Chloe wróciła do łask i jej wybaczono.
- Wybaczono?
- Za imprezę. To małe przyjęcie, kiedy goście wypili dwunastoletnią whisky Aberfeldy Henrika, mimo że próbował ją schować.
- Rozcieńczoną coca-colą?
- Nie, to mąż Tammy tak zrobił. Henryk o mało nie dostał zawału, jak to zobaczył. A propos, Tammy się odezwała i chciałaby wiedzieć, jaka jest płeć dzieci i na kiedy masz termin porodu. Ale pewnie jeszcze nie wiesz.
- Jeszcze nie. Ale Tammy uważa, że powinnam zrobić planowane cesarskie cięcie, najlepiej trzy-cztery tygodnie przed terminem, żeby uniknąć rozstępów na brzuchu. I w innych miejscach. - Sofia połknęła ostatnie kęsy chleba, zanim podjęła wątek: - Ona jest nieco szurnięta, nasza droga Tammy. Opowiadała, że jej przyjaciółki robią sobie waginoplastykę. Ujędrniają, zacieśniają. Niektóre mają nawet odlew małżonka, rozumiecie, o co chodzi, tak aby wszystko doskonale pasowało.
- Niektóre motyle też tak mają - wtrąciła Jenny. - Żeby pasowały do siebie nawzajem.
Zdezorientowana Sofia spojrzała na przyjaciółkę. Jessika wybuchnęła śmiechem, a ten dość pechowo zakończył się atakiem kaszlu z powodu kawałka chleba, który miała w ustach. Tak energicznie machała rękami, że kelner chwycił serwetę i ruszył w ich kierunku. Dyskretnie się odwrócił i poczekał, aż klientka dojdzie do siebie.
- Widziałam w telewizji. W filmie Davida Attenborough - powiedziała po chwili Jessika.
- Nie chcę już nic więcej słyszeć - przerwała Sofia. - Ani o motylach, ani o Tammy. Ani o waginoplastyce. O, nasze jedzenie! Fantastycznie, jestem strasznie głodna! A za chwilę pewnie będę objedzona już po trzech kęsach. No cóż, trudno się dziwić.
- Molly ma chłopaka - zmieniła zręcznie temat Jessika. Miała już dość ciążowego utyskiwania Sofii. Słyszała to wszystko wiele razy. - Nazywa się Gösta.
Jenny stłumiła chichot na dźwięk staromodnego imienia, wyobrażając sobie siedemdziesięciosiedmiolatka.
- Jest uroczy - kontynuowała Jessika. - I szaleńczo zakochany. Molly jest nieco bardziej zdystansowana, ale podoba jej się, że jest adorowana. Wypiła łyk wina, zanim dodała: - Moja mama jest zaszokowana, a Claes rozbawiony. - Jest dobry dla Molly - ciągnęła. - Kiedyś ciągle siedziała w domu, teraz chodzi po lesie.
- Po lesie? Zbierają grzyby?
- Nie, nie. Uprawiają geocaching.
Sofia spojrzała oszołomiona na przyjaciółkę.
- Chodzi się po lesie albo w mieście. W parku. Za pomocą aplikacji szuka się ukrytych skarbów, zostawionych przez kogoś innego - tłumaczyła Jenny, która chciała dać do zrozumienia, że orientuje się, o co chodzi.
- Mniej więcej - odparła Jessika, która uważała, że ten temat jednak należy do niej. - Właściwie nie chodzi o żadne skarby. To może być ludzik Lego albo jakieś piękne guziki. Albo nawet zwykła karteczka.
- W takim razie nie ma po co łazić po lesie - zawyrokowała Sofia. - Rozumiem, żeby zbierali kurki, ale guziki?
- Ale chodzi o to, że to jest takie ekscytujące! - wtrąciła Jenny, która znów chciała zaznaczyć, że rozumie, na czym polega zabawa.
- Już ciekawej brzmi to, że Molly ma chłopaka - stwierdziła Sofia.
- Właściwie ona nie chciałaby, żebym o nim zbyt dużo opowiadała - odpowiedziała niemrawo Jessika, która z kolei chciała zmienić temat rozmowy. - Macie coś ciekawego do opowiedzenia? - zapytała.
- Jakbym słyszała siebie co poniedziałek - zauważyła Jenny. - Zebranie z dziećmi po weekendzie.
- Ale masz coś ciekawego?
- Moja mama też ma chłopaka - odparła Jenny. - W zasadzie mówi, że ma sympatię. Tak mówiono w ubiegłym stuleciu. Albo jeszcze w poprzednim.
- Takiego miłego chłopaka typu ciacho? Wysportowanego faceta po trzydziestce?
- Raczej w typie podstarzałego wyczynowego sportowca. Po pięćdziesiątce.
Jessika spojrzała na Jenny.
- Nie lubisz go - stwierdziła.
- Ma zaczątki łysiny, resztę włosów związaną w kucyk, trochę żałośnie to wygląda. Ale cieszy się dobrą kondycją. Biega na przykład w Maratonie Göteborgskim i bierze udział w Biegu Wazów. W każdym razie w wersji dla amatorów, czy jakoś tak.
Wypiła łyk wina. Jessika i Sofia czekały. Wiedziały, że najważniejsze ma właśnie nastąpić.
- Chodzi o to, że mama jest tak bardzo zadurzona. Jest taaak zakochana, że to jest... wręcz dziecinne. Patrzy na niego maślanymi oczyma, głaszcze go i całują się, kiedy myślą, że nikt nie widzi. I to z języczkiem!
- Tak - stwierdziła poważnie Jessika. - To rzeczywiście przerażające, kiedy matki uprawiają seks. Szczególnie jeśli partner wygląda na mężczyznę z kondycją.
Sofia zachichotała, ale Jenny tylko się wzdrygnęła.
- Tak - przyznała. - Ale najgorsze jest to, że on jakby tylko czerpie z tego związku. Siedzi i pozwala, aby matka go wielbiła. - Spojrzała na przyjaciółki i pokręciła głową. - Wiem. To brzmi, jakbym była zazdrosna. Ale... - Machnęła ręką i wypiła ostatni łyk wina. - I jeszcze na wszystkim się zna - dodała. - Mnóstwo przeczytał, wiele widział i wypowiada się o wszystkim z taką pewnością siebie. Besserwisser po prostu!
- Słuchaj, to brzmi świetnie - stwierdziła Jessika.
Jenny prychnęła.
- Magnus go lubi - odparła. - Facet ma dużo pieniędzy, a takie rzeczy imponują Magnusowi. A na dodatek jest jeszcze wegetarianinem. Nie jada nawet ryb, je natomiast jajka, sery i tego typu rzeczy. Więc mama robi tak samo jak on. Jutro przyjdą na obiad. Na inaugurację naszego nowego grilla. - Skrzywiła się, lustrując swoją sałatkę. - Powinnam była wziąć tatara - stwierdziła i nadziała na widelec krewetkę.
Kontynuowały rozmowę o zwyczajach żywieniowych, dziecięcych ubrankach i pracy. Jessika opowiadała o semestrze, który się właśnie rozpoczął.
- Dostałam zastępstwo, jako wychowawczyni. Na cały rok szkolny. Za nauczycielkę, która rodzi w październiku. Będę uczyć historii i religioznawstwa. Będzie fantastycznie! Och! - Przełknęła łyk wina. - Przerażające. Co zrobię, jak będą mi dokuczać?
- Zdzielisz ich linijką - zaproponowała Sofia. - Takie oldskulowe metody w klasie zawsze się sprawdzają.
- O Boże! - Jenny była autentycznie przestraszona.
- Moja mama twierdzi - ciągnęła Sofia - że swoją znakomitą francuską wymowę zawdzięcza temu, że jej nauczycielka zaopatrzona była w wąską drewnianą linijkę. Prask! po łapie, jeśli coś źle wymówiłaś albo pomieszałaś w gramatyce.
- Na niektórych uczniów musiało to działać zupełnie odwrotnie - odparła Jessika. - Chyba nie skorzystam z tej rady. Marchewki są lepsze.
- Masz uczyć dzieci, nie konie - powiedziała poważnie Sofia.
Jenny roześmiała się posłusznie, Jessika też się uśmiechnęła.
- A jak plany wspólnego zamieszkania z Claesem? - zainteresowała się Jenny.- Nawet nie pytaj! Znaleźliśmy jedyne mieszkanie, w którym chcielibyśmy zamieszkać, ale nic z tego nie wyszło, bo bank się nie zgodził. To było, zanim otrzymałam pracę. Obsługujący nas młody chłopak, wystrojony w Tigera, z wypasionym zegarkiem na ręce, po prostu powiedział nie. Nie odważył się udzielić mi kredytu, ponieważ nie miałam żadnego dochodu.
- Wystrojony w Tigera? - zdziwiła się Jenny. - No, nie w kostium w żółto-czarne paski, z ogonem i uszami, tylko w garnitur od Tiger of Sweden. Taki drogi, za siedem-osiem tysięcy koron.
- Rozumiem - potwierdziła Jenny, która jednak nie mogła się uwolnić od wyobrażenia mężczyzny w pręgowanym, pluszowym kostiumie tygrysa.
- Później już nie udało nam się znaleźć niczego, co by nam odpowiadało. Chcieliśmy, aby dzieci mogły chodzić do swoich dotychczasowych szkół i dojeżdżać tramwajem do Roberta. I tak będzie tyle innych zmian.
- A twoja mama? Czy przestała ci podsuwać propozycje znakomitych okazji mieszkaniowych i tanich ofert weselnych?
- O Boże, nie, tylko mi o tym nie wspominaj! - wykrzyknęła Jessika tak dramatycznie, że kelner aż się wstrząsnął i zaczął zmierzać w ich kierunku.
Powstrzymał się, kiedy kobieta podjęła opowieść.
- Ciągle przegląda ogłoszenia. Chciałaby, żebyśmy zamieszkali w śródmieściu, blisko niej, najchętniej w tej samej kamienicy. W budynku po drugiej stronie ulicy zwolnił się siedmiopokojowy apartament. Właściciel zmarł, jego żona zamieszkała w domu opieki. Pewnie mieli tapety w medaliony.
- Znów stają się modne - zauważyła Sofia.
- Siedemnaście milionów - odparła Jessika.
- Trochę na granicy waszych możliwości? - dopytywała Sofia. I chyba tak było.
- Trochę na granicy naszych możliwości - zgodziła się przyjaciółka.
- Ponadto musielibyście zmienić tapety, a przecież wszyscy wiedzą, jakie to drogie - oznajmiła Jenny tak poważnym głosem, że Jessika nie wiedziała, czy przyjaciółka żartuje, czy nie.
Rozmawiały jeszcze chwilę, po czym Jenny skinęła na kelnera i uregulowała rachunek.
- Muszę pędzić. Mam odebrać mostek u protetyka, ma zakład na Hadze. Zawsze muszę na niego czekać, ale nie daj Boże, żebym to ja się spóźniła. Zamyka zakład na cztery spusty, a wtedy Magnus musi wisieć u jego klamki w poniedziałek rano, co dla nikogo nie jest miłe.
- Nie da się tego mostka wysłać?
- Można przesyłką Postnord, ale Magnus nie ma do nich zaufania. Wyroby ze złota wysyłamy kurierem. A ten pacjent jest umówiony na poniedziałek rano.
Przyjaciółki się uściskały, a Jenny pogłaskała Sofię po brzuchu.
- Bądźcie grzeczne dla mamusi! - powiedziała upominającym tonem. - Przede wszystkim zostańcie w środku! - dodała niemal groźnie. - Wsadź Sofię do taksówki - poprosiła Jenny, żegnając się z Jessiką, po czym się oddaliła.
Sofia odprowadziła przyjaciółkę wzrokiem.
- Nie mam ochoty jeszcze iść. Herbata?
- Dla mnie kawa - odparła Jessika i skinęła na kelnera.