Cukierek albo psikus - Mia Ahl

Kup ebooka

19.90 zł
14.93 zł (7,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Re­stau­ra­cja Dor­sia, Göte­borg, pią­tek, 23 sierp­nia 2019

So­fia Hal­l­gren po­peł­niła błąd. Uzmy­sło­wiła to so­bie w chwili, w któ­rej zo­ba­czyła schody. To nie były wy­so­kie schody, wcze­śniej wbie­gała na nie wie­lo­krot­nie. Po­ko­ny­wała je w san­dał­kach na cien­kich, dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wych szpil­kach czy zi­mo­wych bot­kach ze szpi­cza­stymi czub­kami, na ośmio­cen­ty­me­tro­wych ob­ca­sach.

A te­raz? Sto­jąc, przy­glą­dała się scho­dom i na­gle zro­zu­miała, jak czują się wspi­na­cze u pod­nóża K2. Przed nimi stroma ściana. Szczyt, który wy­daje się nie do zdo­by­cia. Ostroż­nie po­sta­wiła stopę na naj­niż­szym stop­niu i ze­brała siły przed ko­lej­nym kro­kiem. Na­stęp­nie cof­nęła stopę i zer­k­nęła w kie­runku szatni. Może po­winna? Wpraw­dzie była przed chwilą w to­a­le­cie, ale może by­łoby do­brze wstą­pić jesz­cze raz? Pro­fi­lak­tycz­nie, czy ra­czej dla­tego, że obec­nie za­cho­wy­wała się jak pies, który zna­czy mo­czem te­ren, kiedy tylko ma oka­zję.

Stała w miej­scu i roz­glą­dała się, po­szu­ku­jąc wzro­kiem szerpy, który mógłby jej po­móc. Nie było jed­nak ni­kogo, a je­dyny męż­czy­zna na ho­ry­zon­cie prze­mknął, mi­ja­jąc ją jak kel­ne­rzy mie­wają w zwy­czaju, z trzema ta­le­rzami pię­trzą­cymi się ele­gancko na le­wym przed­ra­mie­niu. Nie wy­glą­dało na to, że za­mie­rza wziąć So­fię pod rękę i po­móc jej wspiąć się po scho­dach.

Ko­bieta z de­ter­mi­na­cją po­sta­wiła po­now­nie stopę na naj­niż­szym stop­niu scho­dów i roz­po­częła wspi­na­czkę, stro­fu­jąc się w du­chu. Wie­działa do­sko­nale, dla­czego schody w Dorsi na­gle wy­dały się prze­szkodą nie do po­ko­na­nia.

So­fia całe przed­po­łu­dnie spę­dziła w po­śpie­chu, cho­dząc po skle­pach. Ku­po­wała ubra­nia. Dużo ubrań. Prze­szła całą drogę od ele­ganc­kiego domu to­wa­ro­wego NK do bu­tiku z ar­ty­ku­łami dla dzieci na końcu re­pre­zen­ta­cyj­nej Alei Bramy Kró­lew­skiej, gdzie spę­dziła dwie go­dziny. I przez cały czas no­siła dwoje naj­młod­szych dzieci - które jesz­cze na­wet się nie uro­dziły.

So­fia wspięła się na trzy ko­lejne stop­nie. Przed nią za­ma­ja­czył szczyt K2, w my­ślach po­szu­ki­wała już flagi, którą mo­głaby za­tknąć przy naj­bliż­szym sto­liku. Flagi So­fii, może z wid­nie­jącą na niej torbą z za­ku­pami i parą szpi­lek.

Wtedy usły­szała głosy. W jej uszach za­brzmiały jak mu­zyka, po­bu­dza­jąca ni­czym główny mo­tyw z filmu Rocky.

- O, tam jest!

- Chodź, po­zwól, że ci po­mogę.

Ktoś uwol­nił ją od to­reb, ktoś inny chwy­cił pod rękę, jakby była sta­ruszką na chu­dych nóż­kach. So­fia uśmiech­nęła się do Jenny i Jes­siki.

- Dzię­kuję, je­ste­ście ko­chane.

- Nie po­win­naś... - za­częła Jenny z wy­rzu­tem.

- Oczy­wi­ście, że po­win­nam. Mu­szę ko­rzy­stać z oka­zji.

- Z oka­zji, żeby znowu pu­blicz­nie ze­mdleć? - od­po­wie­działa Jes­sika z jesz­cze więk­szym wy­rzu­tem. Pa­mię­tała, jak So­fia za­sła­bła na rynku w Möln­dal w stycz­niu. Wy­glą­dało to dość dra­ma­tycz­nie, wśród śnie­go­wej brei. Jes­sika uwa­żała, że ta­kie sceny naj­le­piej wy­glą­dają w fil­mie. Wtedy można tylko wes­tchnąć "och!" i da­lej jeść po­pcorn, nie po­dej­mu­jąc żad­nego dzia­ła­nia.

- Prze­stań! - burk­nęła So­fia bez hu­moru. Uwol­niła się od po­moc­nego ra­mie­nia przy­ja­ciółki i ko­ły­sząc się, zmie­rzała do ich ulu­bio­nego sto­lika, gdzie na opar­ciu jed­nego z krze­seł przy­ja­ciółka po­wie­siła już swoją kurtkę. U celu, po sied­mio­me­tro­wej wę­drówce, So­fia opa­dła na naj­bliż­sze krze­sło, ciężko dy­sząc, co zu­peł­nie nie pa­so­wało do jej wcze­śniej­szego, pew­nego sie­bie tonu.

Szerpa Jenny po­sta­wiła torby z za­ku­pami na krze­śle obok So­fii i usia­dła na­prze­ciwko.

- No pro­szę, Vi­vian. Sporo tych za­ku­pów - za­uwa­żyła Jes­sika.

- Vi­vian? - zdzi­wiła się So­fia.

- Vi­vian, z Pretty Wo­man.

Jes­sika unio­sła lekko trzy z to­reb So­fii.

- Big mi­stake. Huge - po­wie­działa gło­sem Ju­lii Ro­berts i lekko wzru­szyła ra­mio­nami.

So­fia uśmiech­nęła się po­tul­nie.

- Otwie­rasz bu­tik? - spy­tała Jes­sika wska­zu­jąc na trzy torby, z któ­rych każda wiel­ko­ścią przy­po­mi­nała torby z Ikei. - Za­mie­rzasz sprze­da­wać ubranka dla dzieci?

- Będę mieć dwójkę - od­parła So­fia, głasz­cząc się po brzu­chu. - W po­nie­dzia­łek mam wi­zytę kon­tro­lną i wiem, co mi po­wie­dzą.

- Co ci po­wie­dzą?!

- Że mam le­żeć na szez­longu i od­po­czy­wać. Z unie­sio­nymi no­gami.

- Uwa­żam, że to brzmi cał­kiem sen­sow­nie - od­parła Jes­sika. - Po­win­naś być okrą­glutka, ró­żowa i za­chwy­ca­jąca, ale...

- Je­stem tylko gruba, twoim zda­niem. Gruba i wy­mę­czona, i... - So­fia zro­biła krótką prze­rwę. - Płacz­liwa - do­dała w przy­pły­wie sa­mo­kry­ty­cy­zmu.

- Moja droga. - Jes­sika po­ło­żyła dłoń na ręce przy­ja­ciółki. - Uwa­żam tylko, że nie wy­glą­dasz jak cho­dząca re­klama ubrań dla przy­szłych ma­tek. Wy­glą­dasz jak ko­bieta, która na­prawdę spo­dziewa się dzieci, a nie cho­dzi z po­duszką na brzu­chu.

- Oczy­wi­ście, że spo­dzie­wam się dzieci. Wie­czo­rami przy­glą­damy się z Hen­ri­kiem, jak ba­wią się w brzu­chu.

Wy­ko­nała kilka nie­okre­ślo­nych ge­stów, na­śla­du­jąc ru­chy dzieci wi­do­czne przez skórę brzu­cha. Wy­glą­dało to, jakby chciała po­ka­zać, co czuje ktoś do­ty­ka­jący gu­mową piankę.

Jes­sika ro­ze­śmiała się i pod­su­nęła przy­ja­ciółce menu, ale So­fia jesz­cze nie skoń­czyła. Na­lała so­bie wody i cią­gnęła da­lej:

- Co mam zro­bić? Nie je­stem ty­pem ko­biety, która le­ża­łaby na szez­longu. Mimo że na­prawdę mamy szez­long. I łó­żeczko ze szcze­bel­kami, i prze­wi­jak, ale trzeba je jesz­cze zmon­to­wać.

- A ty, zgod­nie z ocze­ki­wa­niami, po­win­naś le­żeć na szez­longu i szyć lub ro­bić szy­deł­kiem małe dzie­cięce ubranka, a nie je ku­po­wać - za­uwa­żyła Jenny.

So­fia uśmiech­nęła się po­nuro.

- Je­steś nie­miła dla mo­ich nie­na­ro­dzo­nych dzieci, ża­łu­jesz im na­wet ubra­nek. Raz zro­bi­łam swe­te­rek dla nie­mow­laka. Dla Chloe. Moja te­ściowa bar­dzo na­ci­skała. Ku­piła włóczkę oraz wzór i cią­gle opo­wia­dała, jak szy­deł­ko­wa­nie wspa­niale od­pręża. Moja mama, wie­cie, jaka za­wsze jest tak­towna, kiedy zo­ba­czyła ten swe­te­rek, mu­siała się za­mknąć w ła­zience, tak bar­dzo się śmiała. - So­fia przy­glą­dała się Jenny i Jes­sice, które nie mo­gły po­wstrzy­mać chi­chotu. - Tak, śmiej­cie się, mę­czy­łam się z tym swe­ter­kiem przez dwa mie­siące.

- Już do­brze, już do­brze - po­wie­działa Jes­sika, ukrad­kiem ocie­ra­jąc łzy ze śmie­chu. - Naj­pierw za­mó­wimy je­dze­nie, a po­tem do­ko­namy in­spek­cji two­ich za­ku­pów.

Za­mó­wiły po sa­łatce, Jenny i Jes­sika wzięły białe wino, a So­fia wodę.

- Na­wet ga­zo­wa­nej wody już nie to­le­ruję - za­mru­czała. Oży­wiła się, po­ka­zu­jąc swoje za­kupy. - Jest taki bu­tik tuż obok Cla­esa - zwró­ciła się do Jes­siki. - To zna­czy obok jego sklepu. Na­zywa się Nasi Mi­lu­siń­scy. Tam jest wszystko, czego po­trze­bu­jesz.

- I o wiele wię­cej - stwier­dziła Jenny, sta­wia­jąc parę bia­łych bu­ci­ków na stole. Były prze­śliczne i cał­ko­wi­cie nie­prak­tyczne.

- Wiem - od­parła Jes­sika, trzy­ma­jąc w gó­rze body w ptaszki. - Za­mie­rza­łam tam coś ku­pić, póź­niej. Dla tej dwójki - do­dała, wska­zu­jąc brzuch So­fii, który wy­glą­dał, jakby miał prze­wró­cić sto­lik przy naj­mniej­szym nie­ostroż­nym ru­chu.

- Masz na my­śli, kiedy przyjdą nowe do­stawy - od­parła Jenny. - Bo dzi­siaj jest tam ra­czej pu­sto?

- Praw­do­po­dob­nie po­ca­ło­wa­ła­byś klamkę, bo dziew­czyna, która tam sprze­daje, wy­pa­dła ze sklepu i po­bie­gła ku­pić szam­pana. - Jes­sika uśmiech­nęła się z prze­ką­sem.

- Wy­czu­wam de­li­katną iro­nię - za­uwa­żyła So­fia.

- Ależ skąd - od­parła przy­ja­ciółka. - Nie ża­łu­jemy twoim dzie­ciom ubra­nek. Lu­bimy cię. I wiemy, jak bar­dzo lu­bisz za­kupy. - Czy one na­prawdę są aż tak małe? - zdzi­wiła się, trzy­ma­jąc w gó­rze ma­lut­kie śpioszki ze stop­kami.

- To dla wcze­śnia­ków - od­parła So­fia. - Na­wet nie li­czę, że będą miały po pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów.

- Co za ceny! - kon­ty­nu­owała Jes­sika. - Tak, wiem, że nie mu­sisz o tym my­śleć, ale mimo wszystko. Tu nie cho­dzi tylko o ilość ko­ron za cen­ty­metr kwa­dra­towy ma­te­riału, ale o ilość ko­ron za go­dzinę no­sze­nia ta­kiego ciuszka przez dzie­ciaka. Pa­mię­tam, że Wi­liam wy­ra­stał z ko­lej­nych roz­mia­rów co drugi dzień. - Odło­żyła ubranko z wes­tchnie­niem. - Na­dal tak robi. Jest naj­wyż­szy w ro­dzi­nie. Do­my­śla­cie się, jak to iry­tuje jego ojca - do­dała.

Kel­ner po­ja­wił się z za­mó­wio­nym wi­nem i ko­szy­kiem pie­czywa. Za­trzy­mał się, spo­glą­da­jąc na ubranka roz­ło­żone na stole. Nie mu­siał być astro­fi­zy­kiem, aby się zo­rien­to­wać w sy­tu­acji. Brzuch So­fii był na­prawdę... wy­raźny.

Jenny i So­fia spa­ko­wały ubranka, a Jes­sika prze­jęła chleb i po­sta­wiła go przed So­fią, która na­tych­miast wzięła kromkę i ob­fi­cie po­sma­ro­wała ją ma­słem.

- Ma­cie po­zdro­wie­nia od Molly - po­wie­działa So­fia, zjadł­szy po­łowę kromki. -Po­mo­gła mi. Po­trze­bo­wa­łam przy­pu­dro­wać nos i wstą­pi­łam do Cla­esa. - Wzięła ko­lejną kromkę i po­sma­ro­wała ją ma­słem. Grubą war­stwą ma­sła. Ro­ze­śmiała się na­gle. - Molly sie­działa w kuchni. Wy­daje mi się, że met­ko­wała bran­so­letki. Na­gle Lena za­wo­łała, żeby wy­szła do sklepu. Wtedy Molly wło­żyła bi­żu­te­rię do pla­sti­ko­wego po­jem­nika na żyw­ność i scho­wała go do lo­dówki, jakby nie było in­nych miejsc!

- Ciii, nie mów­cie ni­komu - po­wie­działa Jes­sika. - Ro­bimy tak, bo nie chcemy, aby Molly znała kod do sejfu.

- Chloe była dość obu­rzona. Uwa­żała, że trzy­ma­nie war­to­ścio­wych rze­czy w lo­dówce to idio­tyczny po­mysł, ale Molly za­pew­niła, że za­zwy­czaj prze­cho­wu­je­cie je w sej­fie.

- Gdzie jest te­raz Chloe? - za­py­tała Jes­sika.

- Umó­wiła się z Ma­de­le­ine i Mi­chelle - od­parła So­fia.

- Sio­strami Me­la­nii?

- Tak, naj­wy­raź­niej Chloe wró­ciła do łask i jej wy­ba­czono.

- Wy­ba­czono?

- Za im­prezę. To małe przy­ję­cie, kiedy go­ście wy­pili dwu­na­sto­let­nią whi­sky Aber­feldy Hen­rika, mimo że pró­bo­wał ją scho­wać.

- Roz­cień­czoną coca-colą?

- Nie, to mąż Tammy tak zro­bił. Hen­ryk o mało nie do­stał za­wału, jak to zo­ba­czył. A pro­pos, Tammy się ode­zwała i chcia­łaby wie­dzieć, jaka jest płeć dzieci i na kiedy masz ter­min po­rodu. Ale pew­nie jesz­cze nie wiesz.

- Jesz­cze nie. Ale Tammy uważa, że po­win­nam zro­bić pla­no­wane ce­sar­skie cię­cie, naj­le­piej trzy-cztery ty­go­dnie przed ter­mi­nem, żeby unik­nąć roz­stę­pów na brzu­chu. I w in­nych miej­scach. - So­fia po­łknęła ostat­nie kęsy chleba, za­nim pod­jęła wą­tek: - Ona jest nieco szur­nięta, na­sza droga Tammy. Opo­wia­dała, że jej przy­ja­ciółki ro­bią so­bie wa­gi­no­pla­stykę. Ujędr­niają, za­cie­śniają. Nie­które mają na­wet od­lew mał­żonka, ro­zu­mie­cie, o co cho­dzi, tak aby wszystko do­sko­nale pa­so­wało.

- Nie­które mo­tyle też tak mają - wtrą­ciła Jenny. - Żeby pa­so­wały do sie­bie na­wza­jem.

Zdez­o­rien­to­wana So­fia spoj­rzała na przy­ja­ciółkę. Jes­sika wy­buch­nęła śmie­chem, a ten dość pe­chowo za­koń­czył się ata­kiem kaszlu z po­wodu ka­wałka chleba, który miała w ustach. Tak ener­gicz­nie ma­chała rę­kami, że kel­ner chwy­cił ser­wetę i ru­szył w ich kie­runku. Dys­kret­nie się od­wró­cił i po­cze­kał, aż klientka doj­dzie do sie­bie.

- Wi­dzia­łam w te­le­wi­zji. W fil­mie Da­vida At­ten­bo­ro­ugh - po­wie­działa po chwili Jes­sika.

- Nie chcę już nic wię­cej sły­szeć - prze­rwała So­fia. - Ani o mo­ty­lach, ani o Tammy. Ani o wa­gi­no­pla­styce. O, na­sze je­dze­nie! Fan­ta­stycz­nie, je­stem strasz­nie głodna! A za chwilę pew­nie będę ob­je­dzona już po trzech kę­sach. No cóż, trudno się dzi­wić.

- Molly ma chło­paka - zmie­niła zręcz­nie te­mat Jes­sika. Miała już dość cią­żo­wego uty­ski­wa­nia So­fii. Sły­szała to wszystko wiele razy. - Na­zywa się Gösta.

Jenny stłu­miła chi­chot na dźwięk sta­ro­mod­nego imie­nia, wy­obra­ża­jąc so­bie sie­dem­dzie­się­cio­sied­mio­latka.

- Jest uro­czy - kon­ty­nu­owała Jes­sika. - I sza­leń­czo za­ko­chany. Molly jest nieco bar­dziej zdy­stan­so­wana, ale po­doba jej się, że jest ad­o­ro­wana. Wy­piła łyk wina, za­nim do­dała: - Moja mama jest za­szo­ko­wana, a Claes roz­ba­wiony. - Jest do­bry dla Molly - cią­gnęła. - Kie­dyś cią­gle sie­działa w domu, te­raz cho­dzi po le­sie.

- Po le­sie? Zbie­rają grzyby?

- Nie, nie. Upra­wiają geo­ca­ching.

So­fia spoj­rzała oszo­ło­miona na przy­ja­ciółkę.

- Cho­dzi się po le­sie albo w mie­ście. W parku. Za po­mocą apli­ka­cji szuka się ukry­tych skar­bów, zo­sta­wio­nych przez ko­goś in­nego - tłu­ma­czyła Jenny, która chciała dać do zro­zu­mie­nia, że orien­tuje się, o co cho­dzi.

- Mniej wię­cej - od­parła Jes­sika, która uwa­żała, że ten te­mat jed­nak na­leży do niej. - Wła­ści­wie nie cho­dzi o żadne skarby. To może być lu­dzik Lego albo ja­kieś piękne gu­ziki. Albo na­wet zwy­kła kar­teczka.

- W ta­kim ra­zie nie ma po co ła­zić po le­sie - za­wy­ro­ko­wała So­fia. - Ro­zu­miem, żeby zbie­rali kurki, ale gu­ziki?

- Ale cho­dzi o to, że to jest ta­kie eks­cy­tu­jące! - wtrą­ciła Jenny, która znów chciała za­zna­czyć, że ro­zu­mie, na czym po­lega za­bawa.

- Już cie­ka­wej brzmi to, że Molly ma chło­paka - stwier­dziła So­fia.

- Wła­ści­wie ona nie chcia­łaby, że­bym o nim zbyt dużo opo­wia­dała - od­po­wie­działa nie­mrawo Jes­sika, która z ko­lei chciała zmie­nić te­mat roz­mowy. - Ma­cie coś cie­ka­wego do opo­wie­dze­nia? - za­py­tała.

- Jak­bym sły­szała sie­bie co po­nie­dzia­łek - za­uwa­żyła Jenny. - Ze­bra­nie z dziećmi po week­en­dzie.

- Ale masz coś cie­ka­wego?

- Moja mama też ma chło­paka - od­parła Jenny. - W za­sa­dzie mówi, że ma sym­pa­tię. Tak mó­wiono w ubie­głym stu­le­ciu. Albo jesz­cze w po­przed­nim.

- Ta­kiego mi­łego chło­paka typu cia­cho? Wy­spor­to­wa­nego fa­ceta po trzy­dzie­stce?

- Ra­czej w ty­pie pod­sta­rza­łego wy­czy­no­wego spor­towca. Po pięć­dzie­siątce.

Jes­sika spoj­rzała na Jenny.

- Nie lu­bisz go - stwier­dziła.

- Ma za­czątki ły­siny, resztę wło­sów zwią­zaną w ku­cyk, tro­chę ża­ło­śnie to wy­gląda. Ale cie­szy się do­brą kon­dy­cją. Biega na przy­kład w Ma­ra­to­nie Göte­borg­skim i bie­rze udział w Biegu Wa­zów. W każ­dym ra­zie w wer­sji dla ama­to­rów, czy ja­koś tak.

Wy­piła łyk wina. Jes­sika i So­fia cze­kały. Wie­działy, że naj­waż­niej­sze ma wła­śnie na­stą­pić.

- Cho­dzi o to, że mama jest tak bar­dzo za­du­rzona. Jest ta­aak za­ko­chana, że to jest... wręcz dzie­cinne. Pa­trzy na niego ma­śla­nymi oczyma, głasz­cze go i ca­łują się, kiedy my­ślą, że nikt nie wi­dzi. I to z ję­zycz­kiem!

- Tak - stwier­dziła po­waż­nie Jes­sika. - To rze­czy­wi­ście prze­ra­ża­jące, kiedy matki upra­wiają seks. Szcze­gól­nie je­śli part­ner wy­gląda na męż­czy­znę z kon­dy­cją.

So­fia za­chi­cho­tała, ale Jenny tylko się wzdry­gnęła.

- Tak - przy­znała. - Ale naj­gor­sze jest to, że on jakby tylko czer­pie z tego związku. Sie­dzi i po­zwala, aby matka go wiel­biła. - Spoj­rzała na przy­ja­ciółki i po­krę­ciła głową. - Wiem. To brzmi, jak­bym była za­zdro­sna. Ale... - Mach­nęła ręką i wy­piła ostatni łyk wina. - I jesz­cze na wszyst­kim się zna - do­dała. - Mnó­stwo prze­czy­tał, wiele wi­dział i wy­po­wiada się o wszyst­kim z taką pew­no­ścią sie­bie. Bes­ser­wis­ser po pro­stu!

- Słu­chaj, to brzmi świet­nie - stwier­dziła Jes­sika.

Jenny prych­nęła.

- Ma­gnus go lubi - od­parła. - Fa­cet ma dużo pie­nię­dzy, a ta­kie rze­czy im­po­nują Ma­gnu­sowi. A na do­da­tek jest jesz­cze we­ge­ta­ria­ni­nem. Nie jada na­wet ryb, je na­to­miast jajka, sery i tego typu rze­czy. Więc mama robi tak samo jak on. Ju­tro przyjdą na obiad. Na in­au­gu­ra­cję na­szego no­wego grilla. - Skrzy­wiła się, lu­stru­jąc swoją sa­łatkę. - Po­win­nam była wziąć ta­tara - stwier­dziła i na­działa na wi­de­lec kre­we­tkę.

Kon­ty­nu­owały roz­mowę o zwy­cza­jach ży­wie­nio­wych, dzie­cię­cych ubran­kach i pracy. Jes­sika opo­wia­dała o se­me­strze, który się wła­śnie roz­po­czął.

- Do­sta­łam za­stęp­stwo, jako wy­cho­waw­czyni. Na cały rok szkolny. Za na­uczy­cielkę, która ro­dzi w paź­dzier­niku. Będę uczyć hi­sto­rii i re­li­gio­znaw­stwa. Bę­dzie fan­ta­stycz­nie! Och! - Prze­łknęła łyk wina. - Prze­ra­ża­jące. Co zro­bię, jak będą mi do­ku­czać?

- Zdzie­lisz ich li­nijką - za­pro­po­no­wała So­fia. - Ta­kie old­sku­lowe me­tody w kla­sie za­wsze się spraw­dzają.

- O Boże! - Jenny była au­ten­tycz­nie prze­stra­szona.

- Moja mama twier­dzi - cią­gnęła So­fia - że swoją zna­ko­mitą fran­cu­ską wy­mowę za­wdzię­cza temu, że jej na­uczy­cielka za­opa­trzona była w wą­ską drew­nianą li­nijkę. Prask! po ła­pie, je­śli coś źle wy­mó­wi­łaś albo po­mie­sza­łaś w gra­ma­tyce.

- Na nie­któ­rych uczniów mu­siało to dzia­łać zu­peł­nie od­wrot­nie - od­parła Jes­sika. - Chyba nie sko­rzy­stam z tej rady. Mar­chewki są lep­sze.

- Masz uczyć dzieci, nie ko­nie - po­wie­działa po­waż­nie So­fia.

Jenny ro­ze­śmiała się po­słusz­nie, Jes­sika też się uśmiech­nęła.

- A jak plany wspól­nego za­miesz­ka­nia z Cla­esem? - za­in­te­re­so­wała się Jenny.- Na­wet nie py­taj! Zna­leź­li­śmy je­dyne miesz­ka­nie, w któ­rym chcie­li­by­śmy za­miesz­kać, ale nic z tego nie wy­szło, bo bank się nie zgo­dził. To było, za­nim otrzy­ma­łam pracę. Ob­słu­gu­jący nas młody chło­pak, wy­stro­jony w Ti­gera, z wy­pa­sio­nym ze­gar­kiem na ręce, po pro­stu po­wie­dział nie. Nie od­wa­żył się udzie­lić mi kre­dytu, po­nie­waż nie mia­łam żad­nego do­chodu.

- Wy­stro­jony w Ti­gera? - zdzi­wiła się Jenny. - No, nie w ko­stium w żółto-czarne pa­ski, z ogo­nem i uszami, tylko w gar­ni­tur od Ti­ger of Swe­den. Taki drogi, za sie­dem-osiem ty­sięcy ko­ron.

- Ro­zu­miem - po­twier­dziła Jenny, która jed­nak nie mo­gła się uwol­nić od wy­obra­że­nia męż­czy­zny w prę­go­wa­nym, plu­szo­wym ko­stiu­mie ty­grysa.

- Póź­niej już nie udało nam się zna­leźć ni­czego, co by nam od­po­wia­dało. Chcie­li­śmy, aby dzieci mo­gły cho­dzić do swo­ich do­tych­cza­so­wych szkół i do­jeż­dżać tram­wa­jem do Ro­berta. I tak bę­dzie tyle in­nych zmian.

- A twoja mama? Czy prze­stała ci pod­su­wać pro­po­zy­cje zna­ko­mi­tych oka­zji miesz­ka­nio­wych i ta­nich ofert we­sel­nych?

- O Boże, nie, tylko mi o tym nie wspo­mi­naj! - wy­krzyk­nęła Jes­sika tak dra­ma­tycz­nie, że kel­ner aż się wstrzą­snął i za­czął zmie­rzać w ich kie­runku.

Po­wstrzy­mał się, kiedy ko­bieta pod­jęła opo­wieść.

- Cią­gle prze­gląda ogło­sze­nia. Chcia­łaby, że­by­śmy za­miesz­kali w śród­mie­ściu, bli­sko niej, naj­chęt­niej w tej sa­mej ka­mie­nicy. W bu­dynku po dru­giej stro­nie ulicy zwol­nił się sied­mio­po­ko­jowy apar­ta­ment. Wła­ści­ciel zmarł, jego żona za­miesz­kała w domu opieki. Pew­nie mieli ta­pety w me­da­liony.

- Znów stają się modne - za­uwa­żyła So­fia.

- Sie­dem­na­ście mi­lio­nów - od­parła Jes­sika.

- Tro­chę na gra­nicy wa­szych moż­li­wo­ści? - do­py­ty­wała So­fia. I chyba tak było.

- Tro­chę na gra­nicy na­szych moż­li­wo­ści - zgo­dziła się przy­ja­ciółka.

- Po­nadto mu­sie­li­by­ście zmie­nić ta­pety, a prze­cież wszy­scy wie­dzą, ja­kie to dro­gie - oznaj­miła Jenny tak po­waż­nym gło­sem, że Jes­sika nie wie­działa, czy przy­ja­ciółka żar­tuje, czy nie.

Roz­ma­wiały jesz­cze chwilę, po czym Jenny ski­nęła na kel­nera i ure­gu­lo­wała ra­chu­nek.

- Mu­szę pę­dzić. Mam ode­brać mo­stek u pro­te­tyka, ma za­kład na Ha­dze. Za­wsze mu­szę na niego cze­kać, ale nie daj Boże, że­bym to ja się spóź­niła. Za­myka za­kład na cztery spu­sty, a wtedy Ma­gnus musi wi­sieć u jego klamki w po­nie­dzia­łek rano, co dla ni­kogo nie jest miłe.

- Nie da się tego mostka wy­słać?

- Można prze­syłką Po­st­nord, ale Ma­gnus nie ma do nich za­ufa­nia. Wy­roby ze złota wy­sy­łamy ku­rie­rem. A ten pa­cjent jest umó­wiony na po­nie­dzia­łek rano.

Przy­ja­ciółki się uści­skały, a Jenny po­gła­skała So­fię po brzu­chu.

- Bądź­cie grzeczne dla ma­musi! - po­wie­działa upo­mi­na­ją­cym to­nem. - Przede wszyst­kim zo­stań­cie w środku! - do­dała nie­mal groź­nie. - Wsadź So­fię do tak­sówki - po­pro­siła Jenny, że­gna­jąc się z Jes­siką, po czym się od­da­liła.

So­fia od­pro­wa­dziła przy­ja­ciółkę wzro­kiem.

- Nie mam ochoty jesz­cze iść. Her­bata?

- Dla mnie kawa - od­parła Jes­sika i ski­nęła na kel­nera.

Roz­dział 10

Ma­gnus rów­nież sie­dział na ta­ra­sie. Po­ma­chał we­soło, kiedy Jenny i Clara po­ja­wiły się w jego polu wi­dze­nia. Przed nim stała puszka z pi­wem.

- Hej! - po­wie­dział tak cie­pło, że Jenny pra­wie się zdzi­wiła.

Ko­bieta prze­lot­nie po­ca­ło­wała męża. Zrzu­ciła mo­ka­syny i boso prze­szła przez dom, wy­szła przez prze­szklone drzwi i sta­nęła na cie­płym drew­nia­nym po­mo­ście ta­rasu. Zer­k­nęła ku kwia­tom. Na­le­żało je oczy­ścić z prze­kwi­tłych czę­ści, praw­do­po­dob­nie także pod­lać, bo ostat­nie dwa dni były cie­płe.

- Mogę wziąć loda? - za­py­tała Clara re­to­rycz­nie.

- Tak, oczy­wi­ście - od­po­wie­działa Jenny, nieco roz­ko­ja­rzona.

- Je za dużo lo­dów i sło­dy­czy - za­uwa­żył Ma­gnus.

- Tak my­ślisz? - Jenny po­wstrzy­mała się od ko­men­ta­rza: "Pi­jesz za dużo al­ko­holu", po­nie­waż ta uwaga ude­rzy­łaby w nią ry­ko­sze­tem. Za­miast tego oświad­czyła: - We­zmę kie­li­szek wina. Miał­byś ochotę na jesz­cze jedno piwo?

Ma­gnus po­twier­dził. Kiedy Jenny po­sta­wiła przed nim oszro­nioną puszkę, wy­mru­czał: - Dzię­kuję. - A na­stęp­nie za­py­tał: - Wi­dzia­łaś wóz Bjar­nego?

Jenny się za­sta­no­wiła. Wi­działa sa­mo­chody na par­kingu przy domu, ale nie wie­działa, który na­le­żał do Bjar­nego.

- Nie wiem. To zna­czy, je­śli stał przed do­mem, to pew­nie go wi­dzia­łam, ale nie wiem, który to był.

- Po­rsche. Po­rsche GT3. Ja­sno­nie­bie­skie.

Jenny za­mru­czała i po­cią­gała drob­nymi łycz­kami swoje wino z ga­tunku tych, które sprze­dają w kar­to­nie. Sma­ko­wało tak, jak zwy­kle sma­ko­wały tego typu wina wy­cią­gnięte z lo­dówki.

- Wziął je na firmę - cią­gnął Ma­gnus. -Pół­to­rej bańki.

- Coś po­dob­nego - pod­su­mo­wała uprzej­mie Jenny. Wie­działa, że moż­li­wość ku­po­wa­nia rze­czy na firmę była po­cią­ga­jąca dla wielu osób. W szcze­gól­no­ści dla tych, któ­rzy nie mieli wła­snej firmy i nie za­sta­na­wiali się nad tym, że każda wy­dana ko­rona musi naj­pierw zo­stać za­ro­biona. Wie­działa rów­nież bar­dzo do­brze, że Ma­gnus nie miał prze­strzeni fi­nan­so­wej na za­kup sa­mo­chód w ra­mach swo­jej prak­tyki.

- Do­brze za­ra­bia na tej swo­jej zdro­wej żyw­no­ści - kon­ty­nu­ował mąż Jenny.

- On tak twier­dzi - przy­znała ko­bieta. Na­gle przy­po­mniała so­bie to­rebkę z pro­duk­tami Bjar­nego, którą zo­sta­wiła w przed­po­koju.

- Może to by­łoby coś dla cie­bie?

- Co? - Jenny za­krztu­siła się ły­kiem wina. Ka­słała i pluła, a do oczu na­pły­nęły jej łzy.

Ma­gnus od­cze­kał. Jenny do­szła do sie­bie i wy­krztu­siła:

- Żar­tu­jesz, prawda? Po­czę­sto­wał mnie smo­othie. Wy­glą­dało jak woda z bło­tem. I tak też sma­ko­wało.

- Ta­kie rze­czy mają dzia­ła­nie proz­dro­wotne.

- Jak ma­ri­hu­ana. Po­do­bno rów­nież do­brze działa w nie­któ­rych przy­pad­kach.

- Ci­cho, po­myśl o Cla­rze.

- Nie ma jej tu­taj. Sie­dzi w środku i ogląda te­le­wi­zję. Poza tym sły­szała gor­sze rze­czy, ta­kie jak he­ro­ina, bzy­ka­nie i pe­do­fil.

- Ogląda za dużo te­le­wi­zji.

- Zga­dzam się z tobą. Dziś za to była na spa­ce­rze z moją mamą, od­wie­dzała są­sia­dów Bjar­nego i ska­kała na tram­po­li­nie przez pół po­po­łu­dnia.

Jenny są­czyła wino. To po­zwo­liło Ma­gnu­sowi cią­gnąć swój wy­wód.

- Ale słu­chaj, na pewno by­łoby fan­ta­stycz­nie su­nąć po oko­licy w ta­kim wo­zie. - Prze­su­nął bro­szurkę w kie­runku żony.

Przyj­rzała się ob­raz­kowi, po­cią­gnęła jesz­cze łyk wina i na­stęp­nie spy­tała:

- Kiedy mia­ła­bym w nim su­nąć? A może to ty byś w nim su­nął, pod­czas gdy ja zaj­mo­wa­ła­bym się sprze­dażą błot­ni­stej wody? - Jenny do­sko­nale ro­zu­miała, że ta roz­mowa nie to­czy się po my­śli Ma­gnusa. Nie­stety, nie to­czyła się także po jej my­śli. Znów po­cią­gnęła łyk wina, nie zdra­dza­jąc, co o tym wszyst­kim są­dzi. Za­miast tego po­wie­działa: - Słu­chaj, może by­śmy za­pro­sili do nas Jes­sikę i Cla­esa oraz So­fię i Hen­rika? Urzą­dzimy małe spo­tka­nie przy grillu. Mamy prze­cież nowy grill i w ogóle. - Przed­ło­żyła swoją pro­po­zy­cję umiar­ko­wa­nie en­tu­zja­stycz­nym to­nem, a Ma­gnus na­tych­miast po­łknął ha­czyk.

- Tak, ja­sne. Za­pro­simy także twoją mamę i Bjar­nego. Może...

Tro­chę o tym roz­ma­wiali, ale po­tem po­ja­wiło się coś no­wego i po­mysł spa­lił na pa­newce. Tak jak wiele razy wcze­śniej, kiedy Jenny pró­bo­wała zmo­bi­li­zo­wać Ma­gnusa, aby zro­bili coś ra­zem.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 2

Jes­sika za­mknęła drzwi sa­mo­chodu i unio­sła dłoń na po­że­gna­nie. Od­pro­wa­dziła wzro­kiem tak­sówkę, która la­wi­ru­jąc, włą­czyła się do ru­chu i znik­nęła w głębi alei. Na­stęp­nie prze­szła pe­dan­tycz­nie środ­kiem pa­sów do przy­stanku tram­wa­jo­wego. Wkrótce sie­działa w czwórce ja­dą­cej w kie­runku dziel­nicy Möln­dal. Wy­jęła te­le­fon i włą­czyła dźwięk. Sy­gnał po­łą­cze­nia usły­szała już w chwili, kiedy tram­waj mi­jał rzeźbę mi­tycz­nych za­pa­śni­ków, zu­peł­nie jakby jej matka, Bir­gitta, była ob­da­rzona da­rem ja­sno­wi­dze­nia. Jes­sika spoj­rzała prze­cią­gle na po­sąg przed­sta­wia­jący dwóch męż­czyzn po­łą­czo­nych so­lid­nym pa­sem, któ­rzy wal­czyli na noże. Cza­sami miała wra­że­nie, jakby rzeźba przed­sta­wiała ją i jej matkę. Zwią­zane ze sobą, ale wal­czące. Zda­wała so­bie jed­nak sprawę, że jej matka ma inną opi­nię na ten te­mat. Na­ci­snęła zie­loną słu­chawkę.

- Jes­siko, mówi twoja matka.

- Tak, mamo, wi­dzia­łam na wy­świe­tla­czu, że to ty.

- Tak? Aha. Hm.

Jes­sika cze­kała.

- Co ro­bi­łaś przez cały dzień? - spy­tała matka oskar­ży­ciel­skim to­nem. My­śla­łam, że masz wolne.

- Roz­po­czął się se­mestr - od­parła Jes­sika, mimo że naj­chęt­niej po­wie­dzia­łaby, że jest do­ro­słym czło­wie­kiem i nie musi się spo­wia­dać ze swo­jego ży­cia. - Mia­łam lek­cje do wpół do pierw­szej. Po­tem by­łam w Dorsi z Jenny i So­fią.

- Ach tak - od­po­wie­działa matka. - Ale dla­czego nie od­bie­rasz te­le­fonu?

- Nikt nie może ko­rzy­stać z te­le­fonu pod­czas lek­cji, a ja szcze­gól­nie po­win­nam świe­cić przy­kła­dem wo­bec dzieci. Na­to­miast pod­czas spo­tka­nia chcia­łam całą swoją uwagę po­świę­cić Jenny i So­fii.

- Tym­cza­sem ja nie mogę li­czyć na twoją uwagę.

- Oczy­wi­ście, że mo­żesz. Te­raz masz moją uwagę, no może nie nie­po­dzielną, po­nie­waż je­stem w tram­waju.

Nie­kiedy Jes­sika czuła się jak człon­kini ak­tor­skiej trupy da­ją­cej tram­wa­jowe przed­sta­wie­nia z ga­tunku sit down co­medy. Cza­sami ob­ser­wo­wała współ­pa­sa­że­rów, za­sta­na­wia­jąc się, ilu z nich pod­słu­chuje jej roz­mowy. Naj­go­rzej było, kiedy roz­po­zna­wała by­wal­ców, któ­rzy każ­dego dnia mieli oka­zję przy­słu­chi­wać się jej roz­mo­wom z Bir­gittą. Mo­gli się oni zo­rien­to­wać w ko­lej­nych eta­pach ży­cia Jes­siki, od fazy roz­wódka-w-cał­ko­wi­tej-roz­sypce przez dość-za­do­wo­lona-sin­gielka aż po okres świeżo-za­ko­chana-z-dziećmi, by osią­gnąć obecne sta­dium szu­ka­jąca-miesz­ka­nia-z-no­wym-part­ne­rem. Kiedy bo­wiem dzwo­niła jej matka, a zda­rzało się to ostat­nio je­dy­nie trzy razy w ty­go­dniu, z całą pew­no­ścią cho­dziło o miesz­ka­nia w śród­mie­ściu Göte­borga.

Bir­gitta uwa­żała, że by­łoby nie­zwy­kle prak­tycz­nie, gdyby Claes, Jes­sika i dzieci prze­nie­śli się do mia­sta. Naj­le­piej, żeby za­miesz­kali prze­cznicę lub dwie od jej miesz­ka­nia. Zwy­kła przy tym pod­kre­ślać, że rów­nież Claes miałby wtedy bli­sko do pracy. Męż­czy­zna pro­wa­dził sklep ju­bi­ler­ski w ga­le­rii han­dlo­wej na po­czątku alei.

- Jes­sika, wi­dzia­łam ogło­sze­nie!

- O tym, jak schud­nąć dzie­sięć kilo w ty­dzień? Czy może o miesz­ka­niu? - za­cie­ka­wiła się i zer­k­nęła na współ­pa­sa­żerkę. - Nie, mamo. Nie!

Ko­bieta sie­dząca na ukos na­prze­ciwko Jes­siki drgnęła. Praw­do­po­dob­nie uznała, że córka za­cho­wuje się wręcz opry­skli­wie wo­bec matki. No, ale sama nie mu­siała pro­wa­dzić tej dys­ku­sji z Bir­gittą przez ostat­nie cztery ty­go­dnie.

- Nie w śród­mie­ściu, mamo. Nie chcemy, na­wet gdyby było nas na to stać.

- Mo­gła­bym wam po­móc. Po­ży­czyć wam tro­chę pie­nię­dzy. Albo pod­ży­ro­wać kre­dyt.

Bir­gitta igno­ro­wała tę część prze­kazu, która była dla niej nie­wy­godna. Jes­sika wie­działa, że przy­szłoby jej spła­cać po­życzkę wła­snym cia­łem, jak kup­cowi w dra­ma­cie Szek­spira, to­też od­parła:

- Dzię­kuję, mamo, to bar­dzo miłe z two­jej strony, ale nie. Po­zwól, że za­ła­twimy to sami.

Ko­bieta na­prze­ciwko lu­stro­wała in­ten­syw­nie park roz­rywki Li­se­berg, więc Jes­sika zo­rien­to­wała się, że słu­cha.

- Mamo, i tak się nie po­bie­rzemy.

Bir­gitta za­mru­czała, a Jes­sika po­sta­no­wiła zmie­nić te­mat:

- Mamo, do­brze się ba­wi­łaś na spo­tka­niu bry­dżo­wym? To chyba było wczo­raj, prawda?

To był bar­dzo do­bry te­mat. Bir­gitta roz­pra­wiała o tar­tin­kach, wi­nie i grze bez atu, kon­wen­cjach li­cy­ta­cyj­nych, ko­lo­rach nie­li­cy­to­wa­nych, wi­stach, in­wi­tach oraz in­nych śmiesz­nych i nie­zro­zu­mia­łych ter­mi­nach bry­dżo­wych, aż Jes­sika do­je­chała do rynku w Krok­slätt.

Matka prze­rzu­ciła się na­stęp­nie w swo­jej opo­wie­ści na brata Jes­siki, na wskroś po­rząd­nego i nie­spra­wia­ją­cego kło­po­tów syna, który miesz­kał w Lon­dy­nie, miał żonę zaj­mu­jącą się do­mem i ro­dziną oraz troje dzieci w szkol­nych mun­dur­kach. Mieli na­wet po­moc do­mową, i to aku­rat spra­wiało, że Jes­sika nieco za­zdro­ściła swo­jej bra­to­wej. Poza tym ko­bieta była jed­nak dość za­do­wo­lona, że za­mie­niła swoją eg­zy­sten­cję kury do­mo­wej na ży­cie na peł­nych ob­ro­tach.

Roz­mowa z matką trwała od­po­wied­nio długo, a kiedy Bir­gitta się roz­łą­czyła, Jes­sika do­tarła wła­śnie do drzwi wej­ścio­wych swo­jego domu. Scho­wała te­le­fon do to­rebki i wy­brała kod przy wej­ściu. Ma­newr był wy­ma­ga­jący, po­nie­waż trzy­mała jed­no­cze­śnie torbę z książ­kami i duży bru­lion. Wcho­dziła wła­śnie do przed­po­koju, kiedy Agneta, od któ­rej wy­naj­mo­wała miesz­ka­nie, otwo­rzyła swoje ku­chenne drzwi i wy­szła na ko­ry­tarz.

- Dzień do­bry - za­ga­iła. - Sły­sza­łam, że przy­szłaś. Wstą­pisz do mnie na chwilę?

Agneta ski­nęła za­pra­sza­jąco dło­nią, a Jes­sika po­dą­żyła za nią scho­dami na górę i we­szła do jej kuchni. Jak zwy­kle uno­sił się tam za­pach czy­sto­ści. Te­raz do­szła do niego jesz­cze nuta sło­dy­czy. Jes­sika wcią­gnęła po­wie­trze.

- Kon­fi­tura z je­żyn. Chcia­ła­byś słoik? - spy­tała go­spo­dyni.

- Chęt­nie - od­po­wie­działa Jes­sika.

- To prze­cież także twój ogród. W pew­nym sen­sie. Masz ochotę na kawę? I bu­łeczkę?

Ko­bieta po­krę­ciła prze­cząco głową.

- Wra­cam z praw­dzi­wego lun­chu z So­fią i Jenny.

- Skoro tak. - Agneta usia­dła na­prze­ciwko Jes­siki.

Sie­działy tak już kilka razy wcze­śniej, pierw­szym ra­zem przy pod­pi­sy­wa­niu umowy najmu. Wtedy Jes­sika była na gra­nicy pła­czu i było jej nie­do­brze. Obec­nie czuła lekki lęk.

- Słu­chaj, przy­kro mi, ale mu­szę nieco pod­nieść czynsz.

Jes­sika ode­tchnęła z ulgą. Czyli nie cho­dziło o nic gor­szego?

- I jesz­cze się za­sta­na­wia­łam... - Agneta za­wie­siła głos.

- Ni­czego nie pla­nu­jemy - wy­ja­śniła Jes­sika, zro­zu­miaw­szy nie­wy­po­wie­dziane py­ta­nie. - Szu­kamy, ale sprawa wy­gląda bez­na­dziej­nie. W tej chwili pra­cuję, ale wła­ści­wie chcia­ła­bym ukoń­czyć na­ukę i zo­stać dy­plo­mo­waną na­uczy­cielką.

Jes­sika za­mil­kła. Nie chciała opo­wia­dać, nie mo­gła wy­ja­śnić, że przy­się­gła so­bie ni­gdy wię­cej nie być za­leżną fi­nan­sowo od męż­czy­zny. Kre­dyt stu­dencki nie wy­star­czał jed­nak na utrzy­ma­nie dzieci. Wo­la­łaby nie na­ru­szać pie­nię­dzy, które otrzy­mała, kiedy Ro­bert spła­cił ją w związku z jej wy­pro­wadzką ze wspól­nego domu w Ho­v?s. Domu, który miał bar­dziej ob­cią­żoną hi­po­tekę, niż wie­działa.

- Jest mi tu do­brze. Wiesz, Agneto, jest mi do­brze z tym, jak te­raz żyję. - Wzięła głę­boki od­dech. Wła­ści­wie nie za­mie­rzała tego po­wie­dzieć. Prawdę mó­wiąc, na­wet nie miała w pełni świa­do­mo­ści, że tak się czuje.

- Czyli nie miesz­ka­jąc z Cla­esem? - Agneta jak zwy­kle była de­li­katna i tak­towna.

Jes­sika ode­tchnęła. To mu­siało wy­star­czyć za od­po­wiedź. Go­spo­dyni cze­kała. Jes­sika uśmiech­nęła się i po­wie­działa ci­cho:

- Ależ ja ko­cham Cla­esa.

- Wy­dru­kuję nową umowę i wrzucę do skrzynki - po­in­for­mo­wała Agneta. - Na­dal masz trzy­mie­sięczny okres wy­po­wie­dze­nia.

- Dzię­kuję - od­po­wie­działa Jes­sika i wstała. Na­gle po­czuła, że bę­dzie wspa­niale wejść do domu, zdjąć buty, zro­bić so­bie ku­bek her­baty i usiąść przy uchy­lo­nych drzwiach bal­ko­no­wych, żeby po­czy­tać wy­po­ży­czoną książkę. Pla­no­wała zro­bić so­bie wolne do końca dnia, a do dzia­ła­nia na wy­so­kich ob­ro­tach wró­cić w so­botę.

Agneta po­da­ro­wała jej słoik kon­fi­tur je­ży­no­wych. Na­dal był cie­pły i Jes­sika zdała so­bie sprawę, że bę­dzie miała kło­pot, otwie­ra­jąc drzwi. Uznała, że le­piej po­sta­wić słoik na pod­ło­dze u szczytu scho­dów.

- Cie­szę się, że zo­sta­jesz - stwier­dziła Agneta. - Je­ste­ście do­brymi na­jem­cami, spo­koj­nymi i ci­chymi, żad­nych im­prez, żad­nych sza­leństw.

- Dzię­kuję - od­parła Jes­sika, my­śląc o swo­jej córce Molly. Dziew­czynka była w wieku, kiedy można się spo­dzie­wać róż­nych wy­sko­ków.

Roz­dział 3

So­fia oparła się wy­god­nie w fo­telu sa­mo­cho­do­wym i za­mknęła oczy. Była ogrom­nie zmę­czona. Jak mo­gła się tak zmę­czyć, je­dy­nie ro­biąc za­kupy i je­dząc lunch? Po­czuła w brzu­chu ja­kiś ruch i za­dała so­bie py­ta­nie, czy to ro­dzeń­stwo kłóci się ze sobą. Wy­obra­że­nie dwojga dzieci, które mają dzie­wię­cio­mie­sięczną wprawę we wza­jem­nej walce, na­pa­wała ją prze­ra­że­niem. Ale prze­cież bliź­niaki zwy­kle do­brze się do­ga­dują, prawda? Czyż czę­sto nie jest tak, że two­rzą wręcz wspólny front prze­ciwko resz­cie ro­dziny? Myśl o ży­ciu w sa­mym środku ro­bin­so­now­skiego dra­matu także nie była zbyt po­cią­ga­jąca. So­fia wpa­try­wała się w kark kie­rowcy tak­sówki, który miała przed oczyma. Ża­ło­wała, że nie zna­la­zła czasu, aby za­dzwo­nić po Glenna. Był spe­cjal­nym kie­rowcą jej i jej przy­ja­ció­łek. I jako je­dyny wno­sił torby z za­ku­pami So­fii do domu. Za­wsze przy­trzy­my­wał drzwi sa­mo­chodu, a ostat­nio kiedy się wi­dzieli, po­dał So­fii ra­mię, aby mo­gła się wes­przeć, uśmie­chał się i zwra­cał się do niej per "wy", bio­rąc pod uwagę jej .

Po­my­ślała o szez­longu. To była nie­zmier­nie miła myśl. Już sama na­zwa ko­ja­rzyła się z wy­po­czyn­kiem bar­dziej niż słowo ka­napa. So­fia po­sia­dała dość mętne wy­obra­że­nie o ko­bie­tach z mi­nio­nych cza­sów, ale uwa­żała, że daw­niej, sto albo dwie­ście lat temu, kiedy było się damą z to­wa­rzy­stwa w sta­nie bło­go­sła­wio­nym, le­żało się na szez­longu. Po­nadto szyło się ubranka. Nie ku­po­wało się ich. Zaj­rzała do jed­nej z to­reb, od­chy­liła de­li­katną bi­bułkę i wy­jęła śpioszki ze stop­kami. Uśmiech­nęła się. Były na­prawdę ma­lut­kie i miały ta­kie za­bawne pro­por­cje, długi tu­łów, a no­gawki i rę­kawy krót­kie. Po­gła­skała pal­cem za­jączka zdo­bią­cego przód śpiosz­ków. Wy­brała wer­sję żółtą i zie­loną, po­nie­waż nie chciała po­pa­dać w zwy­cza­jowe ku­po­wa­nie ró­żo­wych i nie­bie­skich rze­czy dla dzieci. Wie­działa, że i tak do­sta­nie ta­kie ubranka. Pod­czas ostat­niego USG nie­cier­pliwa jak zwy­kle So­fia za­py­tała po­łoż­nej, czy wi­dzi płeć dzieci. Za chwilę jed­nak po­ża­ło­wała swo­jej prośby i po­pro­siła:

- Nie, nie, pro­szę nic nie mó­wić. Nie chcę wie­dzieć.

- Oczy­wi­ście, że chcemy wie­dzieć! - za­opo­no­wał Hen­rik. Znał swoją żonę.

Wtedy po­łożna spoj­rzała naj­pierw na So­fię, a po­tem na jej męża.

- Bę­dzie­cie za­do­wo­leni - po­wie­działa ta­jem­ni­czo.

So­fia zro­zu­miała to w ten spo­sób, że spo­dziewa się dzieci róż­nej płci - chłopca i dziew­czynki. Te­raz jed­nak, sie­dząc w sa­mo­cho­dzie, za­częła się za­sta­na­wiać, czy po­łożna nie po­wie­działa tego ra­czej fi­lo­zo­ficz­nie, jakby du­chowo. Może miała na my­śli, że So­fia i Hen­rik będą za­do­wo­leni, po­nie­waż za­wsze jest się za­do­wo­lo­nym z dzieci, które przy­cho­dzą na świat. O ile nie uro­dzi się ośmiu chłop­ców z rzędu. So­fia w ta­kiej sy­tu­acji nie by­łaby za­do­wo­lona.

Spoj­rzała przez okno tak­sówki. Wzdłuż ulicy Möln­dal­svägen utwo­rzył się ko­rek. Usły­szała zgrzyt prze­jeż­dża­ją­cego obok tram­waju i po­my­ślała, że w jed­nym z ta­kich tram­wa­jów je­dzie wła­śnie Jes­sika, która praw­do­po­dob­nie bę­dzie w domu o wiele wcze­śniej, niż So­fia otwo­rzy swoje drzwi wej­ściowe. Miała wra­że­nie, że mi­nęła cała wiecz­ność, za­nim tak­sów­karz za­trzy­mał się pod jej do­mem. Od­wró­cił się i po­dał cenę za kurs. So­fia była wstrzą­śnięta. Za­sta­na­wiała się, czy kie­rowca przy­pad­kiem nie po­li­czył opłaty za trzech pa­sa­że­rów, a nie za jedną osobę, za­nim zdała so­bie sprawę, że musi za­pła­cić za sta­nie w korku i na czer­wo­nym świe­tle, oraz za to, że kie­rowca nie mógł zna­leźć ad­resu, mimo na­wi­ga­cji. Zde­ner­wo­wała się, za­pła­ciła tak­sów­ka­rzowi żą­daną kwotę co do jed­nego öre i na­dal nie­wzru­szona sie­działa w sa­mo­cho­dzie.

- Może pani już wy­sia­dać - za­uwa­żył kwa­śno.

- Nie otwo­rzy mi pan drzwi?

Za­wa­hał się. Wolno wy­szedł z auta, okrą­żył je i otwo­rzył tylne drzwi. So­fia była zmu­szona prze­su­wać się po tyl­nym sie­dze­niu, cią­gnąc za sobą torby z za­ku­pami. Jedna z nich upa­dła na pod­łogę, więc mu­siała przy­siąść i się po­chy­lić, aby ją wy­do­być.

W końcu, ko­ły­sząc się, do­tarła do drzwi wej­ścio­wych swo­jego domu. Upew­niła się sta­ran­nie, czy alarm jest wy­łą­czony, za­nim wnio­sła torby z za­ku­pami do środka. Prze­mie­rzyła od­le­głość pię­ciu kro­ków w prze­stron­nym, ja­snym holu i opa­dła na sto­jące w nim krze­sło. Usi­ło­wała zdjąć buty, które cia­sno obej­mo­wały stopy. So­fia miała wra­że­nie, że uwal­niane z bu­tów stopy wy­da­dzą gło­śne "puf", jak strze­la­jący ko­rek szam­pana. Na obo­la­łych no­gach ci­chutko prze­szła do sa­lonu i osu­nęła się na sofę.

- Ooch! - ode­tchnęła i po­cią­gnęła ku so­bie pled, mimo że nie było jej zimno, po czym za­mknęła oczy.

- Mamo!

- Cześć, ko­cha­nie.

Chloe usia­dła na so­fie do­bry metr od matki. Cała jej po­stać i za­cho­wa­nie ja­sno sy­gna­li­zo­wały So­fii, że córka za­raz ją o coś po­prosi. Nie my­liła się.

- Mogę do­stać ty­siąc pięć­set ko­ron?

- Na co?

Chloe lekko się skrzy­wiła.

- Na parę bu­tów.

- Aha.

So­fia przy­glą­dała się córce. Na­gle po­czuła zmę­cze­nie, nie tylko ciała, ale i du­szy.

- Mia­ły­śmy umowę - za­częła. - Mia­łaś do­sta­wać do swo­jej dys­po­zy­cji do­da­tek dla uczniów...

- Nie my. Wy mie­li­ście umowę. Ty i tata stwier­dzi­li­ście, że te pie­nią­dze mają mi wy­star­czyć. Ale to jest okrop­nie mało. Ni­gdy nie do­staję no­wych ubrań. Wszy­scy inni do­stają. Moje ko­le­żanki do­stają nowe ciu­chy każ­dego ty­go­dnia, a ja ni­gdy nic nie do­staję.

- Tylko w sierp­niu ku­pi­łaś dwie pary dżin­sów i bi­kini, kilka blu­zek i parę bu­tów. Je­śli pa­mięć cię za­wo­dzi, to przy­po­mi­nam, że do­sta­łaś jesz­cze nowy biu­sto­nosz. Nie póź­niej niż dziś przed po­łu­dniem.

- Tak? A ty ku­pi­łaś so­bie mnó­stwo bie­li­zny. Ubrań do kar­mie­nia! A te­raz w holu stoi pięć to­reb z ciu­chami dla nie­mow­la­ków. Tylko cią­gle ku­pu­jesz i ku­pu­jesz rze­czy dla sie­bie i dla bliź­nia­ków, a ja nie do­staję nic.

- Do­sta­jesz do­dat­kowo mnó­stwo rze­czy, któ­rych ni­gdy nie bie­rzesz pod uwagę w swo­ich wy­li­cze­niach. Do­sta­łaś pie­nią­dze na uro­dziny i za do­bre świa­dec­two. Bar­dzo do­bre. Za­równo bab­cia, jak i dzia­dek dali ci pie­nią­dze za wy­niki w szkole. Otrzy­ma­łaś su­kienkę na ślub ku­zynki. Pła­cimy za twoją kartę miej­ską, te­le­fon ko­mór­kowy i Spo­tify. Także za je­dze­nie i miesz­ka­nie.

- Za je­dze­nie i miesz­ka­nie. Je­steś moją mamą, a tata jest moim tatą, i po­win­ni­ście pła­cić za ta­kie rze­czy.

- Tata pro­po­no­wał ci pracę w wa­ka­cje.

- Dla­czego mia­ła­bym pra­co­wać w wa­ka­cje? Prze­cież ty nie pra­cu­jesz.

- Masz cał­ko­witą ra­cję. Nie pra­cuję. Je­stem luk­su­sową żoną. Zo­sta­łam z tobą w domu, kiedy się uro­dzi­łaś, bo uwa­ża­łam, że je­steś taka cu­do­wna. Nie chcia­łam cię zo­sta­wiać pod opieką in­nych osób. To rze­czy­wi­ście było sa­mo­lubne. A po kilku la­tach nikt nie chciał mnie za­trud­nić.

So­fia nie chciała zdra­dzać, że usi­ło­wała zo­sta­wić córkę pod­czas spo­tkań dla naj­młod­szych dzieci w ko­ściele czy go­dziny z baj­kami or­ga­ni­zo­wa­nej w bi­blio­tece. Za każ­dym ra­zem Chloe pod­no­siła krzyk, wo­łała matkę, pła­kała i nie dało jej się uspo­koić. Poza tymi ra­zami, kiedy dla od­miany biła inne dzieci albo gry­zła opie­kunki. So­fia była prze­ra­żona zło­ścią ku­mu­lu­jącą się w Chloe. Nie ro­zu­miała, skąd się ona bie­rze u jej có­reczki, która otrzy­my­wała wszystko, czego za­pra­gnęła, a na­wet wię­cej.

So­fia po­czuła, że ból głowy na­pływa nową falą. Pra­gnęła je­dy­nie oprzeć się wy­god­nie, za­mknąć oczy i mieć wo­kół ci­szę. Wie­działa, że je­śli tylko przy­sta­nie na prośbę Chloe - czy ra­czej do­ma­ga­nie się pie­nię­dzy - do­sta­nie upra­gnioną ci­szę i spo­kój. Per­spek­tywa była bar­dzo ku­sząca. Jedna je­dyna krótka sy­laba, może z kil­koma ko­lej­nymi. Obiet­nica prze­lewu i córka by­łaby za­do­wo­lona. Nie byłby to zresztą pierw­szy raz tego lata. So­fia za­ci­snęła palce na te­le­fo­nie, który le­żał obok niej na ka­na­pie.

- Ty­siąc pięć­set ko­ron - wy­mam­ro­tała. - Za parę bu­tów.

- Tak - po­twier­dziła gor­li­wie Chloe. Za­częła opi­sy­wać buty, ale So­fia unio­sła tylko dłoń w po­wstrzy­mu­ją­cym ge­ście.

- Nie mam siły tego słu­chać - po­wie­działa nie­wy­raź­nie. - Czy mo­gła­byś przy­nieść mi szklankę wody?

Chloe uci­chła.

- Wody? A dla­czego?

- Chce mi się pić i boli mnie głowa.

So­fia też chęt­nie wzię­łaby ta­bletkę prze­ciw­bó­lową. A może na­wet dwie, ale nie miała od­wagi. Już jedną wzięła na śnia­da­nie, a nie wie­działa, jaka ilość leku może się prze­do­stać do dzieci. Nie chciała prze­cież, żeby z jej brzu­cha wy­sko­czyły ja­kieś na­fa­sze­ro­wane pi­guł­kami nie­mow­laki. Chloe przy­glą­dała się matce wy­cze­ku­jąco.

- To prze­le­jesz te pie­nią­dze?

I wła­śnie wtedy za­szła w So­fii ja­kaś zmiana. Spoj­rzała uważ­nie na córkę i po­wie­działa:

- Nie.

Słowo wy­dało się So­fii wiel­kie i cięż­kie, i jakby pełne mocy. Zda­wało się, jakby za­wi­sło mię­dzy nimi, gra­na­towe jak bu­rzowa chmura, jed­nak ze zło­ci­stym brze­giem. Przy­naj­mniej z punktu wi­dze­nia So­fii.

- Boże, ale ty je­steś okropna!

Chloe pła­kała. Część So­fii chciała po­cie­szać córkę, ro­zu­miała, że Chloe jest za­gu­biona i boi się, że jej ro­dzeń­stwo ze­pchnie ją na drugi plan. Matka wie­działa, że dziew­czyna ma ra­cję. Mimo że bliź­niaki za­pewne będą mieć słabe gło­siki, ich naj­lżej­sze kwi­le­nie po­stawi So­fię na równe nogi. Cały dom bę­dzie za­rzu­cony ich ubran­kami, pie­lu­chami, ko­ły­skami i wóz­kiem. Za mniej wię­cej rok będą wrzesz­czeć gło­śniej, a do tego za­czną się prze­miesz­czać. Chloe nie sta­nie się mniej ważna dla swo­ich ro­dzi­ców, ale bę­dzie mu­siała zro­bić miej­sce - za­równo fi­zycz­nie, jak i psy­chicz­nie. So­fia miała tego świa­do­mość, i Chloe miała tego świa­do­mość. Nie wy­star­czyło po­wie­dzieć, że mi­ło­ści star­czy dla wszyst­kich. Nie przy­bę­dzie jej czasu, nie bę­dzie go już miała dla córki tyle co kie­dyś.

Pa­trzyła na Chloe i na­gle zdała so­bie sprawę, że naj­więk­szym wy­ra­zem mi­ło­ści bę­dzie na­dal mó­wie­nie jej: nie. Po­winna być kon­se­kwentna. Cho­ciaż przez pięt­na­ście lat przy­sta­wała na wszystko, czego tylko za­ży­czyła so­bie córka. Uży­cie słowa nie było no­wym wy­na­laz­kiem.

Matka cze­kała. Chloe wyła i wy­rzu­ca­jąc z sie­bie bar­dzo wiele słów, tłu­ma­czyła, że So­fia jest złym czło­wie­kiem. W końcu ko­bieta nie wy­trzy­mała:

- Czy mo­gła­byś mi pro­szę przy­nieść wody? I zo­staw mnie póź­niej w spo­koju. Strasz­nie boli mnie głowa.

Dziew­czyna wpa­try­wała się w matkę, jakby w nią wstą­piła ja­kaś zło­śliwa po­za­ziem­ska istota. Na­stęp­nie wstała i so­bie po­szła. Gdyby miała buty na no­gach, tu­pa­łaby gło­śno, te­raz jed­nak mu­siała się za­do­wo­lić za­mknię­ciem drzwi. Zwy­kle były otwarte, po­nie­waż były lekko spa­czone, te­raz po­now­nie się otwo­rzyły, kiedy wy­szła, i wy­dały przy tym ża­ło­sny jęk. So­fia na­dal le­żała i słu­chała, jak córka wbiega po scho­dach i wpada do swo­jego po­koju. Te drzwi były lep­sze, można było nimi trza­snąć. Dźwięk eks­plo­do­wał w gło­wie So­fii. Po­tem na­stą­piła cu­do­wna ci­sza, do chwili kiedy Chloe pod­krę­ciła gło­śność w swoim te­le­fo­nie. Mu­zyka prze­do­sta­wała się przez pod­łogę i strop. Do uszu So­fii do­cie­rały naj­gor­sze z moż­li­wych dźwię­ków - je­dy­nie dud­nie­nie i rytm, ale nie mu­zyka jako taka. Ko­bieta po­czuła, jak po jej po­liczku spływa łza. Za­równo ona, jak i Chloe wie­działy, że nie bę­dzie miała siły, aby wdra­pać się na schody, i że to i tak nic by nie dało. To był po­kaz siły. Je­śli So­fia wzię­łaby te­le­fon i prze­lała pie­nią­dze, Chloe ła­ska­wie ze­szłaby na dół, a może na­wet przy­nio­sła matce wodę. So­fia wzięła te­le­fon i na­pi­sała SMS do Hen­rika.

Czy mógł­byś być tak miły i ku­pić po dro­dze do domu ja­kieś go­towe je­dze­nie? Tylko nie pizzę.

Roz­dział 4

So­bota, 24 sierp­nia

Bjarne i Britt-Ma­rie się spóź­niali. Tego Jenny się nie spo­dzie­wała. Jej matka za­wsze przy­cho­dziła wcze­śniej, kiedy była za­pro­szona. Za­zwy­czaj pro­po­no­wała po­moc w przy­go­to­wa­niach i świet­nie jej szło kro­je­nie sa­łaty czy wy­kła­da­nie ziem­nia­ków.

Jenny zdą­żyła tym­cza­sem zro­bić dwie sa­łatki, po­kroić ba­gietki i po­sma­ro­wać je ma­słem czosn­ko­wym, oczy­wi­ście do­mo­wej ro­boty, pięk­nie na­kryć stół na ta­ra­sie, a na­wet wzmoc­nić się lampką bia­łego wina.

Wcze­śniej tego dnia, tak jak zwy­kle, kiedy miała wolne, opła­ciła ra­chunki, zmie­niła po­ściel, wsta­wiła kilka prań i od­ku­rzyła dom. Gdy usły­szała kroki na żwi­ro­wej alejce przed do­mem, po­śpie­szyła przy­wi­tać go­ści. Uści­skała matkę, ale cof­nęła się o krok, kiedy Bjarne wy­cią­gnął do niej ra­miona.

- Zjemy na ta­ra­sie - oznaj­miła. - Bę­dziemy gril­lo­wać.

- Fan­ta­stycz­nie. Jak się spra­wuje nowy grill? - za­in­te­re­so­wała się Britt-Ma­rie.

Jenny lekko wes­tchnęła. Naj­chęt­niej od­pu­ści­łaby so­bie my­śle­nie o no­wym grillu. Stał się przy­czyn­kiem do dys­ku­sji o pie­nią­dzach.

Pew­nego dnia na po­czątku lipca Jenny, Ma­gnus i Clara byli za­pro­szeni do domu Hen­rika i So­fii. Jak zwy­kle zor­ga­ni­zo­wali grilla. Męż­czyźni stali przy urzą­dze­niu i roz­pra­wiali o ga­zie, pal­ni­kach i ak­ce­so­riach, So­fia z ko­lei ze swo­jego miej­sca na krze­śle dy­ry­go­wała swoją matką i Jenny, które mie­szały sa­łatki i sosy. Clara i Chloe uda­wały, że spę­dzają ze sobą czas, mimo trzy­ma­nych w dło­niach iPa­dów.

Pro­ble­mem stał się na­to­miast grill Hen­rika. Był nowy. Now­szy i więk­szy niż grill Ma­gnusa. Zna­ko­mite prze­dłu­że­nie pe­nisa, Jenny po­jęła to, wi­dząc ma­lu­jące się w oczach Ma­gnusa po­żą­da­nie. Po spo­tka­niu Ma­gnus zrzę­dził o grillu przez trzy dni. Ich wła­sne urzą­dze­nie było zde­cy­do­wa­nie niż­szej klasy, Jenny zro­zu­miała prze­kaz. Uwa­żała, że ku­po­wa­nie no­wego grilla jest zbędne, ale czwar­tego dnia Ma­gnus po­je­chał do mar­ketu Bau­haus, wy­na­jął przy­czepkę i ku­pił nowy sprzęt. Stary mógł zo­sta­wić w skle­pie. Ze­zło­mują go, po­in­for­mo­wał. Tak jakby cho­dziło o wy­słu­żony po­jazd.

Jenny nie była za­do­wo­lona z no­wego na­bytku, który spo­wo­do­wał zna­czącą wy­rwę w re­zer­wach fi­nan­so­wych ro­dziny. Wcze­śniej miała na­dzieję na ja­kiś mały wy­jazd w miłe miej­sce. Do grilla - jak do wszyst­kich no­wych urzą­dzeń - trzeba się było przy­zwy­czaić. No i na­le­żało się na­uczyć go ob­słu­gi­wać. Te­raz, po czte­rech ty­go­dniach, Ma­gnus już cał­kiem nie­źle so­bie ra­dził.

- Gril­lo­wa­nie. Jak miło - orzekł Bjarne.

W tej chwili Jenny uzmy­sło­wiła so­bie, co ozna­cza przy­miot­nik "dziar­ski".

- Masz ochotę na piwo? - za­py­tał Ma­gnus.

- Bez­al­ko­ho­lowe po­pro­szę - od­parła Britt-Ma­rie.

Ma­gnus skrzy­wił się w trudny do zin­ter­pre­to­wa­nia spo­sób. Jenny po­śpie­szyła po piwo, po dro­dze zła­pała jesz­cze bu­telkę wina.

- Nie dla mnie - za­zna­czyła Britt-Ma­rie, kiedy Jenny pod­nio­sła bu­telkę. - Czy masz może wodę? Bez gazu?

Za­sko­czona Jenny za­ci­snęła usta i po­wstrzy­mała się przed wy­ra­że­niem zdzi­wie­nia: "Ależ, mamo, prze­cież za­wsze pi­jesz wino, kiedy u nas je­steś".

Nie mó­wiąc słowa, od­nio­sła bu­telkę do domu, po­nie­waż zro­zu­miała, że bę­dzie mu­siała prze­cier­pieć ten wie­czór przy grillu na trzeźwo, nie mo­gła prze­cież sie­dzieć i pić wina, kiedy go­ście byli trzeźwi. Miała na­dzieję, że kie­li­szek trunku, który zdą­żyła wy­pić, przy­go­to­wu­jąc sa­łatkę i na­kry­wa­jąc do stołu, wy­star­czy, aby ostre kon­tury rze­czy­wi­sto­ści stały się odro­binę mięk­sze.

Ma­gnus tym­cza­sem był już nieco roz­mięk­czony. Opi­sy­wał Bjar­nemu wa­lory swo­jego no­wego grilla, sze­roko ge­sty­ku­lu­jąc. Gość słu­chał uprzej­mie, po­pi­ja­jąc piwo bez­al­ko­ho­lowe. Britt-Ma­rie po­ło­żyła dłoń na ra­mie­niu córki.

- Prze­pra­szam, że się spóź­ni­li­śmy. Za­dzwo­niła jedna z re­pre­zen­tan­tek han­dlo­wych Bjar­nego.

- Ach tak - od­parła Jenny, si­ląc się na uprzej­mość. Nie ob­cho­dziły jej in­te­resy Bjar­nego.

- Po­ja­wił się ja­kiś pro­blem - do­dała Britt-Ma­rie.

- Aha - od­po­wie­działa Jenny. - Mamo, czy mo­gła­byś, pro­szę, za­wo­łać Clarę? Ja tym­cza­sem włożę chleb do pie­kar­nika, a Ma­gnus bę­dzie gril­lo­wał ser i we­ge­bur­gery.

- Mu­siał z nią dłu­uugo roz­ma­wiać - kon­ty­nu­owała Britt-Ma­rie, prze­cią­ga­jąc słowo.

- Mhm - od­parła Jenny i otwo­rzyła pie­kar­nik.

- On ma wo­bec nich tyle cier­pli­wo­ści. Cią­gle ktoś dzwoni.

- Pójdę po Clarę.

- Ale prze­cież to ja mia­łam ją za­wo­łać.

- Usiądź, pro­szę, w końcu je­steś moim go­ściem - od­parła Jenny.

Kiedy po­ja­wiła się z chle­bem i Clarą, Ma­gnus zdą­żył już przy­pa­lić trzy we­ge­bur­gery, ale po­zo­stałe były do­sko­nałe.

- Po­win­ni­śmy mieć też mię­sne bur­gery - stwier­dził Ma­gnus. - Dla nas, je­dzą­cych nor­malne je­dze­nie.

Wo­kół stołu za­pa­no­wała głę­boka ci­sza i po­wiało ja­kimś chło­dem. Bjarne i Britt-Ma­rie się ro­ze­śmiali.

- Bab­ciu, prze­cież ty wcze­śniej ja­da­łaś mięso - za­uwa­żyła Clara.

- Nie­zbyt czę­sto. Wła­ści­wie tylko wtedy, kiedy twoja mama przy­go­to­wy­wała je­dze­nie - od­parła Britt-Ma­rie i od­kro­iła ka­wa­łek osma­lo­nego gril­lo­wa­nego sera. Ostroż­nie wsu­nęła go wi­del­cem pod liść ka­pu­sty.

- Za­wsze trudno jest go­to­wać we­dług no­wych prze­pi­sów - stwier­dziła Jenny, aby uspra­wie­dli­wić Ma­gnusa. - Sama nowe da­nia zwy­kle naj­pierw przy­rzą­dzam na próbę.

- To jest na­prawdę bar­dzo smaczne! - za­uwa­żył Bjarne, a Jenny za te słowa skłonna była spoj­rzeć na niego ła­skaw­szym okiem.

Na­stęp­nie Bjar­nemu udało się prze­kie­ro­wać roz­mowę z gril­lów na sa­mo­chody. Otóż ku­pił nowe auto. Po­rsche.

- Och! - za­wo­łała Jenny.

Bjarne długo roz­pra­wiał o no­wym na­bytku. Ma­gnus był za­fa­scy­no­wany, Britt-Ma­rie pod wra­że­niem, a Clara tak samo znu­dzona jak Jenny. Kiedy wszyst­kie za­lety sa­mo­chodu zo­stały już omó­wione, mu­sieli wy­słu­chać, jak to się stało, że Bjarne ma tyle pie­nię­dzy.

Był wdow­cem, jak opo­wia­dał, a Jenny w głębi du­szy za­sta­na­wiała się, czy może ku­pił wóz za ubez­pie­cze­nie na ży­cie żony, któ­rej mor­der­stwo wcze­śniej skru­pu­lat­nie za­pla­no­wał. Prawda jed­nak wy­glą­dała ina­czej - Bjarne był wła­ści­cie­lem firmy han­dlu­ją­cej ko­sme­ty­kami i zdrową żyw­no­ścią. Or­ga­ni­zo­wał spo­tka­nia han­dlowe w do­mach klien­tek, pra­co­wało dla niego wiele ko­biet.

- Ko­sme­tyki eko­lo­giczne - tłu­ma­czył dum­nie, prze­ły­ka­jąc ostatni kęs czosn­ko­wego chleba. - Britt-Ma­rie roz­waża pod­ję­cie pracy u mnie. Może ty też byś spró­bo­wała, Jenny? Do­bre za­robki, cie­kawa praca.

- Czas na sa­łatkę ar­bu­zową! - oznaj­miła Jenny, które nie miała ochoty roz­ma­wiać o do­dat­ko­wych pra­cach i pie­nią­dzach.

- Ko­sme­tyki eko­lo­giczne - po­wta­rzał upar­cie Bjarne. - Może mia­ła­byś ochotę spró­bo­wać, Jenny? Twoja cera wy­daje się nieco... zmę­czona.

Jenny czuła, że nie tylko jej cera jest zmę­czona. Była na wskroś wy­czer­pana ty­ra­dami Bjar­nego. Spoj­rzała na matkę i za­sta­na­wiała się, jak się wy­brnąć z tej sy­tu­acji.

- Jenny czę­sto jest zmę­czona - stwier­dził nie­lo­jal­nie Ma­gnus. - Pra­cuje do­dat­kowo w pie­karni, to wię­cej, niż na­prawdę może udźwi­gnąć.

Jenny była wstrzą­śnięta. Miała ochotę za­ri­po­sto­wać, że w rze­czy­wi­sto­ści nie ma siły na zu­peł­nie inne rze­czy niż praca w pie­karni. Ale mil­czała. Nie miała ochoty kłó­cić się z Ma­gnu­sem w obec­no­ści matki i Bjar­nego. Wstała i chwy­ciła mi­skę z sa­łatką ziem­nia­czaną.

- To ważne, żeby dbać o cerę, kiedy czło­wiek staje się nieco star­szy - cią­gnął Bjarne, sub­telny jak słoń w skła­dzie por­ce­lany. - Kiedy się skoń­czyło czter­dziestkę i tak da­lej.

- Ważne, aby trzy­mać formę - wtrą­ciła Britt-Ma­rie. - Po­win­naś wię­cej ćwi­czyć, a nie tylko sie­dzieć w domu.

- Mam dużo ru­chu w pracy - prych­nęła Jenny. - Je­stem przed­szko­lanką - zwró­ciła się do Bjar­nego.

- Tak, sły­sza­łem. Stre­su­jący za­wód, prawda?

Jenny po­czuła przy­pływ sym­pa­tii wzglę­dem swo­jego go­ścia. Nie trwało to jed­nak długo. Uczu­cie to ulot­niło się bły­ska­wicz­nie, kiedy Bjarne stwier­dził:

- Wi­dać, jak je­steś ze­stre­so­wana. Na przy­kład te­raz. Le­dwo zje­dli­śmy, a ty już chcesz sprzą­tać ze stołu. Za­nim usie­dli­śmy, też cały czas bie­ga­łaś. To wszystko od­bija się na two­jej skó­rze.

- Może je­stem ze­stre­so­wana, po­nie­waż mam dużo do zro­bie­nia - za­częła Jenny. Rzu­ciła Ma­gnu­sowi twarde spoj­rze­nie i cią­gnęła: - Nikt mi nie po­maga w pra­cach do­mo­wych.

Ma­gnus spoj­rzał na żonę.

- Ale prze­cież gril­lo­wa­łem - po­wie­dział ura­żo­nym gło­sem. - I od­ku­rzam.

- Sprzątnę ze stołu - ucięła Jenny i opu­ściła to­wa­rzy­stwo.

Britt-Ma­rie po­śpie­szyła za nią.

- Jenny! - upo­mniała córkę. - Nie mo­żesz być taka draż­liwa. I nie­grzeczna.

Jenny opa­dła na naj­bliż­sze krze­sło. Na środku stołu stały dwa kie­liszki, w jed­nym było jesz­cze tro­chę al­ko­holu na dnie.

- Mamo, je­stem zmę­czona. Je­stem zmę­czona na­rze­ka­niem Ma­gnusa, że je­stem zmę­czona. Gdyby tylko mógł... - umil­kła, szu­ka­jąc wła­ści­wego sfor­mu­ło­wa­nia - ...nie po­ma­gać, ale po pro­stu wy­ko­ny­wać swoją część pracy.

- Prze­cież to nie­spra­wie­dliwe. On pra­cuje na cały etat, a na­wet wię­cej. A praca w przed­szkolu jest tylko na pół etatu. A wiesz, ta hi­sto­ria z pie­kar­nią to tylko... To jest tylko jakby hobby.

Jenny spoj­rzała z re­zy­gna­cją na matkę. Na Bru­tusa.

- W po­rządku, skoro tak uwa­żasz. Z dru­giej strony, skoro Ma­gnus może w każdą nie­dzielę grać pięć go­dzin w golfa, to ja chyba mam prawo za­jąć się ciast­kami przez cztery go­dziny w co drugą so­botę!

Britt-Ma­rie nie była za­chwy­cona.

- Golf to sport - stwier­dziła su­cho. - A ciastka tu­czą.

Jenny po­wstrzy­mała się od uwagi, że ona jest ra­czej szczu­pła, Ma­gnus na­to­miast ma lekko wy­sta­jący brzu­szek. Za­miast tego za­rzą­dziła:

- Bądź tak miła, mamo, i za­nieś ta­le­rze, a ja za­raz przyjdę z sa­łatką ar­bu­zową.

Britt-Ma­rie znik­nęła. Jenny wy­jęła sa­łatkę ar­bu­zową z lo­dówki i po­sta­wiła ją na stole. Za­nim za­mknęła drzwi lo­dówki, chwy­ciła jesz­cze bu­telkę bia­łego wina, wy­cią­gnęła ko­rek i wy­piła so­lidny łyk z gwinta.

Roz­dział 5

Nie­dziela, 25 sierp­nia

Była nie­dziela, kiedy Ve­ro­nica Sjöö wstą­piła po Jenny.

- Jaka cudna po­goda - stwier­dziła. - Chodźmy na spa­cer.

Jenny zaj­rzała do domu i za­wo­łała w kie­runku scho­dów:

- Wy­cho­dzę, Clara, sły­szysz?

Z po­koju Clary do­cho­dziły nie­okre­ślone ryt­miczne od­głosy, świad­czące o tym, że na­sto­latka w bez­prze­wo­do­wych słu­chaw­kach w uszach ćwi­czyła kroki ta­neczne. Jenny za­pu­kała do mę­skiej ja­skini Ma­gnusa, po­miesz­cze­nia, które na­zy­wał swoim biu­rem, otwo­rzyła drzwi i po­wtó­rzyła ko­mu­ni­kat. Mąż spoj­rzał na nią znad kom­pu­tera, uśmie­cha­jąc się z roz­tar­gnie­niem. Jenny wło­żyła kurtkę i wy­szła.

Rambo jak zwy­kle nie po­sia­dał się z ra­do­ści, wi­dząc Jenny. Ko­bieta była prze­ko­nana, że nie tyle cie­szy się z jej wi­doku jako ta­kiego, a ra­czej ze zwią­za­nej z nim per­spek­tywy praw­dzi­wego spa­ceru, a nie tylko krót­kiej rundki wo­kół osie­dla w celu ozna­cze­nia przy­droż­nych krzacz­ków.

Rambo był rot­twe­ile­rem. Czar­nym i bu­dzą­cym spory re­spekt. Grzecz­nym, jak twier­dziła Ve­ro­nica, z czym Jenny się zga­dzała, mimo że So­fia uwa­żała, że pies przy­po­mina ra­czej wy­ta­tu­owa­nego i ogo­lo­nego na łyso członka gangu mo­to­cy­klo­wego.

- Lu­bię je­sień! - roz­ko­szo­wała się Ve­ro­nica. - A ty?

- Sama nie wiem - od­rze­kła Jenny. - Obec­nie mam wra­że­nie, jakby wszystko po pro­stu prze­my­kało obok mnie w wiel­kim pę­dzie, a ja nie mogę na­dą­żyć, aby się za­trzy­mać i co­kol­wiek po­czuć.

- Masz za dużo na gło­wie - orze­kła Ve­ro­nica.

- Wiem, wiem. Wszy­scy to mó­wią. Ale nie ma chęt­nych, żeby mnie od­cią­żyć. - Jenny prze­szła kilka kro­ków. - Ma­gnus to mówi. Mama to mówi. A jej nowy part­ner twier­dzi, że moja cera wy­gląda na zmę­czoną i za­nie­dbaną. Ale oni wszy­scy uwa­żają, że po­win­nam rzu­cić to, co spra­wia mi ra­dość. Pie­kar­nię. Tak jakby Ma­gnus miał zre­zy­gno­wać z golfa, bo ma za dużo pracy...

Prze­rwała, bo zdała so­bie sprawę, ile zło­ści jest w jej gło­sie. Była nie­spra­wie­dliwa. Ve­ro­nica wcale nie po­wie­działa, że po­winna skoń­czyć pracę w pie­karni. Mil­czały chwilę, idąc da­lej ulicą.

- Wy­pro­wa­dzam się - oznaj­miła na­gle Ve­ro­nica.

- Wy­pro­wa­dzasz się?! Do­kąd?

- Do mniej­szego domu. Sze­re­gowca, który będę w sta­nie sprząt­nąć w jedno przed­po­łu­dnie i który ma taki ogró­dek, że dam radę od­gar­nąć śnieg w zi­mie, żeby prze­bić się do furtki.

- Co Bir­ger mówi na to, że się prze­pro­wa­dzasz?

- Nic mu do tego. Poza tym dawno się do mnie nie od­zy­wał. Ostat­niej wio­sny wy­dzwa­niał bez prze­rwy. A to coś za­po­mniał, a to chciał mi w czymś po­móc.

- W czym chciał ci po­móc?

- W zło­że­niu ze­zna­nia po­dat­ko­wego!

- Można się było tego spo­dzie­wać - za­uwa­żyła ostro Jenny.

Bir­ger Sjöö i jego re­wi­dentka vel ko­chanka "po­ma­gała" Ma­gnu­sowi wio­sną przy kilku trans­ak­cjach fi­nan­so­wych. Nie oka­zało się to spe­cjal­nie ko­rzystne dla Ma­gnusa. Jenny po­dej­rze­wała, że Bir­ger miał bar­dzo ela­styczne su­mie­nie w kwe­stii ze­znań po­dat­ko­wych.

- Pew­nego ma­jo­wego dnia wpadł do mnie z ku­pio­nym w skle­pie spo­żyw­czym wiech­ciem uda­ją­cym bu­kiet i za­py­tał, czy nie po­trze­buję po­mocy przy ko­sze­niu traw­nika. - Ve­ro­nica się ro­ze­śmiała. - Kiedy jesz­cze by­li­śmy mał­żeń­stwem, od­ma­wiał ko­sze­nia traw­nika. Wtedy bo­lały go plecy, miał do prze­czy­ta­nia ja­kiś ważny ar­ty­kuł albo wy­my­ślał jesz­cze coś in­nego.

- Ale prze­cież masz au­to­ma­tyczną ko­siarkę, prawda?

- Te­raz tak. Więc mu po­wie­dzia­łam: "Ku­pi­łam ko­siarkę au­to­ma­tyczną". Wtedy się za­in­te­re­so­wał, skąd mia­łam na to pie­nią­dze.

- To chyba nie jego sprawa?

- Też mu tak po­wie­dzia­łam. Prawda jest taka, że sprze­da­łam kilka sztuk bi­żu­te­rii, którą mi po­da­ro­wał. Parę sze­ro­kich bran­so­let i pier­ścio­nek z dia­men­tem. Brzmi uro­czo, ale co ro­bić w ta­kiej sy­tu­acji? - Ve­ro­nica spoj­rzała na Jenny. - Nie do­sta­łam tyle, na ile li­czy­łam. Bran­so­letki nie miały tylu ka­ra­tów, a dia­ment oka­zał się fał­szywy. Jak wiele in­nych rze­czy zwią­za­nych z Bir­ge­rem.

Jenny po­my­ślała o Jes­sice, która sprze­dała swoją ob­rączkę, aby ku­pić dzie­ciom pre­zenty pod cho­inkę. Nie po­dzie­liła się jed­nak tą my­ślą, tylko za­uwa­żyła:

- Za­tem w pew­nym sen­sie Bir­ger i tak kosi ci trawę, można tak po­wie­dzieć.

Ve­ro­nica uśmiech­nęła się po­gar­dli­wie. Jenny się za­my­śliła, a za­raz po­tem za­py­tała:

- A Siv? Już nie miesz­kają ra­zem?

- Nie, ni­gdy ze sobą nie miesz­kali. To nie miało zna­cze­nia, to był tylko seks. Chwilę wy­trzy­mali, ale tak to już bywa. Ot nic nie­zna­czący seks.

Szły da­lej obok sie­bie.

- Bę­dzie mi cie­bie bra­ko­wało! - za­wo­łała na­gle Jenny.

- Moja droga, to tylko ki­lo­metr stąd. Na­dal bę­dziemy mo­gły cho­dzić ra­zem na spa­cery. Prawda, Ram­bu­siu? Oczy­wi­ście bę­dziemy da­lej wy­cho­dzić ra­zem na spa­cerki z Jenny.

Rambo od­wró­cił się, sły­sząc swoje imię. Spoj­rzał na swoją pa­nią i na Jenny, która mo­głaby przy­siąc, że wi­działa, jak pies z za­do­wo­le­niem ski­nął głową. Nie­za­le­że­nie, czy był człon­kiem gangu, czy też nie.

- To miło - ucie­szyła się Jenny. Gdy­bym już te­raz nie miała zbyt wielu rze­czy na gło­wie, też ku­pi­łaby so­bie psa. Cho­ciaż Ma­gnus oczy­wi­ście byłby prze­ciwny. - Mil­czała przez ko­lejne trzy­dzie­ści me­trów, za­nim znów się ode­zwała: - Wiesz, my­ślę so­bie, że kiedy masz psa, za­wsze jest ktoś, kto cie­szy się na twój wi­dok, gdy wra­casz do domu.

- Ojej! - wy­krzyk­nęła Ve­ro­nica. - To brzmi na­prawdę strasz­nie smutno.

- Mhm - mruk­nęła Jenny.

Znowu chwilę mil­czały, a Jenny zo­rien­to­wała się, że jest bli­ska po­peł­nie­nia faux pas.

- Za­czę­łam ro­bić po­rządki w sza­fach - oznaj­miła na­raz z za­do­wo­le­niem Ve­ro­nica zde­cy­do­wa­nym gło­sem. - Wy­rzu­ci­łam już sporo rze­czy, kiedy Bir­ger się wy­pro­wa­dził, ale na­dal wiele zo­stało. - Przy­sta­nęła, aby Rambo mógł ob­wą­chać krzak, a na­stęp­nie pod­nieść łapę i zo­sta­wić na nim swoją wi­zy­tówkę. - Część rze­czy, które te­raz wy­rzu­cam, spa­ko­wa­łam do kar­to­nów, jesz­cze za­nim się tu spro­wa­dzi­li­śmy - za­chi­cho­tała Ve­ro­nica. - Le­żały w pu­dłach przez pięt­na­ście lat i ani razu do nich nie zaj­rza­łam. A Bir­ge­rowi naj­wi­docz­niej też ich nie bra­ko­wało.

- Co to było? - za­cie­ka­wiła się Jenny, która wy­obra­ziła so­bie brzyd­kie wa­zony albo starą, wy­szczer­bioną por­ce­lanę.

Bab­cia Ma­gnusa zja­wiła się w dniu ich ślubu z ca­łym kar­to­nem wy­szczer­bio­nych ta­le­rzy. "Za­stawa na co dzień" - wy­ja­śniła, wi­dząc zdzi­wioną minę panny mło­dej. Dość szybko po­zbyli się tej por­ce­lany, choć Jenny cza­sem ża­ło­wała, że nie zo­sta­wiła jed­nak kilku ta­le­rzy. Żeby miała czym rzu­cać, kiedy bę­dzie wście­kła.

- Na przy­kład al­bum ze zdję­ciami z na­szego ślubu - od­po­wie­działa Ve­ro­nica. - Al­bum opra­wiony w czer­wona skórę z ser­cami na okładce i zdję­ciami z na­szego ślubu w środku.

- Też taki mamy - przy­znała Jenny. - Są tam zdję­cia ca­łej ro­dziny, zdję­cia, jak tań­czymy swo­jego pierw­szego walca, jak sie­dzę u fry­zjera i....

Na­gle wró­ciła my­ślami do tam­tego dnia. Miała piękną suk­nię, bar­dzo pro­stą. Do tego była tak szczu­pła, że na­wet jej matka była za­do­wo­lona.

Ve­ro­nica od­chrząk­nęła ci­cho, tak że Jenny zo­rien­to­wała się, że przy­ja­ciółka chcia­łaby zmie­nić te­mat.

- Zna­la­złam także ślady po po­my­śle, który oka­zał się kom­plet­nym nie­wy­pa­łem - cią­gnęła Ve­ro­nica.

- Co ta­kiego? - za­in­te­re­so­wała się Jenny, która przez krótką chwilę wy­obra­ziła so­bie, że przy­ja­ciółka za­pa­ko­wała męża do szafy, a na­stęp­nie za­mknęła ją z ze­wnątrz.

- Całą torbę środ­ków czy­sto­ści - wes­tchnęła Ve­ro­nica. - A w za­sa­dzie na­wet nie torbę, tylko wa­li­ze­czkę. Spe­cjalną drogą wa­li­ze­czkę z prze­gród­kami.

- Pra­co­wa­łaś jako sprzą­taczka? - za­py­tała zdu­miona Jenny.

- Tylko w domu. I w kli­nice! - stwier­dziła gorzko Ve­ro­nica.

- Mhm - po­tak­nęła Jenny. - Też to ro­bię. - Przy­sta­nęła i wy­bu­chła: - Nie­na­wi­dzę tego! Nie­na­wi­dzę tego, że przyj­muje się w za­sa­dzie za oczy­wi­stość, że gdy na­sza sprzą­taczka - te­raz, kiedy już ją mamy - bie­rze zwol­nie­nie na opiekę nad dziec­kiem, jest chora czy ma wolne, co dzieje się na okrą­gło, wtedy au­to­ma­tycz­nie ocze­kuje się ode mnie, że to ja będę sprzą­tać.

- Pew­nie je­steś w tym do­bra - za­uwa­żyła Ve­ro­nica. - Lep­sza niż Ma­gnus.

- Prze­cież nie uro­dzi­łam się ze ścierką w dłoni! - Jenny czuła na­ra­sta­jącą złość. - Na­uczy­łam się sprzą­tać. Od matki i od... ży­cia.

- Czyli uwa­żasz, że Ma­gnus też mógłby się na­uczyć?

Jenny przy­tak­nęła.

- Na pewno to zrobi, kiedy bę­dzie mu­siał.

- Prze­pra­szam - po­wie­działa Jenny. - Czyli na czym on po­le­gał? Ten nie­wy­pał, o któ­rym wspo­mnia­łaś?

- No wła­śnie. Pra­co­wa­łam dla Bir­gera jako pie­lę­gniarka, ale pew­nego dnia moja szwa­gierka, jego sio­stra, wpa­dła do nas z po­my­słem, do któ­rego się za­pa­lił. By­łam bar­dziej... - Ve­ro­nice głos uwiązł w gar­dle.

- Sprzą­ta­nie? - pod­chwy­ciła Jenny.

- Nie, środki czy­sto­ści. Mia­łam or­ga­ni­zo­wać spo­tka­nia w do­mach. Wiesz, ta­kie tam...

- Jak sprze­daż ak­ce­so­riów ku­chen­nych Tup­per­ware?

- Albo ko­sme­ty­ków czy za­ba­wek ero­tycz­nych.

Jenny po­my­ślała o kra­snalu eks­hi­bi­cjo­ni­ście, ale nic nie po­wie­działa.

- Czyli przy ka­wie i cia­stecz­kach mia­łaś sprze­da­wać płyn do WC i pro­szek do szo­ro­wa­nia!

Ve­ro­nica się ro­ze­śmiała.

- Pro­szek do szo­ro­wa­nia. Boże, ależ to sta­ro­modne!

- Ale sku­teczne. Uży­wam też my­dła. Ale opo­wia­daj.

Usia­dły na ławce w ogro­dzo­nym parku prze­zna­czo­nym dla psów. Ve­ro­nica spu­ściła Rambo ze smy­czy i wy­do­była z torby jego piłkę.

- Czy to nie oszu­ki­wa­nie? - po­wąt­pie­wała Jenny. - Ba­wić się z psem na sie­dząco?

- Je­śli masz ochotę bie­gać, to pro­szę bar­dzo - od­rze­kła Ve­ro­nica. - Ja za­słu­ży­łam na to, żeby po­sie­dzieć. No­si­łam pu­dła przez trzy dni.

- I wa­li­ze­czkę ze środ­kami czy­sto­ści.

- Tak. Więc Anette przy­je­chała z Up­psali z tą wa­li­ze­czką i miała pro­wa­dzić pre­zen­ta­cję pod­czas im­prezy dla mo­ich przy­ja­ció­łek. Cały czas ga­dała i glę­dziła, ja­kie świetne są te wszyst­kie środki, wszystko było czy­ste i pięk­nie pach­niało. Moje ko­le­żanki ku­piły pro­dukty, a po­tem mo­głam jej to­wa­rzy­szyć, kiedy li­czyła utarg. - Ve­ro­nica zmarsz­czyła brwi, sta­ra­jąc się przy­po­mnieć so­bie szcze­góły tam­tego spo­tka­nia. - Do­sta­łam też upo­minki. Ście­reczkę i szczotkę. A może ku­pi­łam je ra­zem z bu­telką cze­goś?

Rambo przy­biegł z pi­łeczką w py­sku, a Ve­ro­nica rzu­ciła ją po raz czwarty.

- Na do­da­tek te środki nie były ani lep­sze, ani tań­sze od in­nych - kon­ty­nu­owała. -Ra­czej o wiele droż­sze. Ale Anette na­le­gała. Prze­ko­ny­wała mnie do dwóch rze­czy. Mia­łam za­ła­twić so­bie ja­kiś ro­dzaj pre­nu­me­raty i otrzy­my­wać do domu środki czy­sto­ści raz w mie­siącu. Och! - Tu Ve­ro­nica prze­rwała opo­wia­da­nie i zwró­ciła się do Jenny. - Mia­łam rów­nież sama za­cząć sprze­da­wać. To miały być ła­two za­ro­bione pie­nią­dze, jak za­pew­niała, obie­cała mi za­ła­twić sta­łych klien­tów. Część za­ro­bio­nych przeze mnie pie­nię­dzy miała iść na jej konto.

- To z da­leka śmier­dzi pi­ra­midą - mruk­nęła Jenny.

- Pro­blem po­le­gał na tym, że wy­lą­do­wa­łam na sa­mym dole tej cho­ler­nej pi­ra­midy, a w za­sa­dzie pod nią - ucięła Ve­ro­nica, a po­tem wstała i za­ko­men­de­ro­wała: - Do dia­bła, idziemy do mnie, na­pi­jemy się wina.

- Chęt­nie - od­rze­kła Jenny.

- Trzy ty­siące! - wy­bu­chła Ve­ro­nica. - I to pięt­na­ście lat temu. Trzy ty­siące za­pła­ci­łam za wa­lizkę ze skaju i kilka ża­ło­snych, ma­łych pró­bek.

Jenny mruk­nęła.

- Słu­chaj! - po­wie­działa na­gle. - Prze­cież je­steś re­ha­bi­li­tantką.

- By­łam w trak­cie stu­diów, kiedy wy­cho­dzi­łam za mąż. A po­tem... Tak, pla­no­wa­li­śmy dzieci. Bir­ger chciał, aby jego żona była go­spo­dy­nią do­mową. I...

- Pie­nią­dze zo­sta­łyby w domu, gdy­byś była pie­lę­gniarką i sprzą­taczką. Układ, który znam aż za do­brze.

Jenny spoj­rzała na przy­ja­ciółkę, która przy­tak­nęła.

- A da­lej? Nie mia­łam dzieci. Nie udało mi się zajść w ciążę. Nie mie­li­śmy po­ję­cia, z ja­kiego po­wodu, za­nim matka Bir­gera nie wy­du­siła z sie­bie, że prze­szedł świnkę w wieku szes­na­stu lat. Wtedy prze­sta­łam pra­co­wać dla Bir­gera i za­czę­łam się uczyć, żeby zo­stać re­ha­bi­li­tantką. Od­sta­wi­łam sprzą­ta­nie. I wy­pi­sa­łam się z udziału w pi­ra­mi­dzie. - Ve­ro­nica się ro­ze­śmiała i spu­ściła Rambo ze smy­czy, aby ostatni od­ci­nek spa­ceru mógł prze­biec swoim wła­snym tem­pem.

Roz­dział 6

Po­nie­dzia­łek, 2 wrze­śnia, i so­bota, 7 wrze­śnia

So­fia cza­sami opo­wia­dała, jak z matką, De­si­rée z domu von H., mają zwy­czaj wy­bie­rać się na wspólny lunch na mie­ście. Zwy­kle cha­dzają do Ko­mety albo do Ritza. So­fia za­wsze się uśmie­chała, gdy wspo­mi­nała o tych lun­chach.

- Jest miło - ma­wiała. - Nic nad­zwy­czaj­nego, ale jest to czas jakby tylko dla nas. Na­wet wy­łą­czam wtedy te­le­fon.

Jenny my­ślała o tym przez pe­wien czas, aż w końcu dru­giego wrze­śnia za­dzwo­niła do swo­jej mamy.

- Mamo - za­częła po zwy­kłych po­wi­ta­niach. - Chcia­ła­bym za­pro­sić cię na lunch.

- A co się stało? - za­py­tała Britt-Ma­rie, co było nieco przy­gnę­bia­jące.

- Po­my­śla­łam po pro­stu, że by­łoby miło, nie są­dzisz? - W gło­sie córki po­brzmie­wała prośba.

Britt-Ma­rie mil­czała.

- Ty i ja - kon­ty­nu­owała Jenny. - Za­pra­szam cię.

- Stać cię na to? Prze­cież za­wsze na­rze­kasz, że nie ma­cie pie­nię­dzy.

- Naj­czę­ściej na­rzeka Ma­gnus - od­po­wie­działa Jenny, nieco na­cią­ga­jąc fakty.

Britt-Ma­rie tro­chę się ocią­gała z od­po­wie­dzią, a Jenny nie mo­gła się prze­móc, aby pro­sić ją jesz­cze raz, więc mil­czała.

- Bar­dzo dzię­kuję - od­rze­kła w końcu. - W ta­kim ra­zie pójdę z tobą.

- W so­botę? Znam ta­kie jedno miej­sce na Ha­dze. Mają kuch­nię we­ge­ta­riań­ską. Mo­żemy się tam spo­tkać, kiedy skoń­czę pracę w pie­karni.

- W so­botę? Ale prze­cież wtedy Bjarne ma wolne.

Jenny szybko przy­szły do głowy ko­biety, które bar­dzo szybko od­sta­wiają swoje przy­ja­ciółki na boczny tor, kiedy tylko za­czy­nają się spo­ty­kać z no­wym part­ne­rem.

- Mamo, prze­cież mo­żesz się z nim spo­tkać póź­niej. I w nie­dzielę - za­pro­po­no­wała Jenny i po­my­ślała o na­mięt­no­ści. Nie mo­gła po­skła­dać w jedną ca­łość hi­sto­rii mię­dzy Bjar­nem a Britt-Ma­rie.

Matka mil­czała chwilę, po czym od­rze­kła:

- Ale prze­cież nie cho­dzimy na lun­che do re­stau­ra­cji, ty i ja.

- Nie. Wła­śnie dla­tego po­win­ny­śmy pójść - stwier­dziła Jenny.

Britt-Ma­rie za­sta­na­wiała się jesz­cze przez mo­ment, a w końcu po­wie­działa:

- No do­brze, do­brze. Skoro się upie­rasz.

Jenny mu­siała się za­do­wo­lić tymi sło­wami. Za­koń­czyła roz­mowę z po­czu­ciem cał­ko­wi­tej klę­ski. Na­stęp­nie wy­słała matce SMS-em ad­res knajpki oraz go­dzinę spo­tka­nia i za­zna­czyła, że je­śli bę­dzie miała dużo pracy w ka­wiarni, może się nieco spóź­nić i nie bę­dzie mo­gła wtedy od­bie­rać te­le­fonu.

Gdy bę­dziesz cze­kać, mo­żesz so­bie za­mó­wić kie­li­szek wina - na­pi­sała w wia­do­mo­ści, choć do­sko­nale wie­działa, że jej matka za­pewne nie sko­rzy­sta z tej pro­po­zy­cji.

Oczy­wi­ście Jenny spóź­niła się w so­botę. W skle­piku mieli mnó­stwo klien­tów, a kiedy po­ja­wił się Emil, aby pod­li­czyć utarg, dziew­czyna roz­ma­wiała jesz­cze z nie­za­do­wo­loną klientką, która przy­szła tuż przed za­mknię­ciem lo­kalu.

- Bar­dzo mi przy­kro - prze­pra­szała Jenny. - Nie mogę zna­leźć pani za­mó­wie­nia, a zo­stał mi tylko je­den tort. Jest wpraw­dzie więk­szy od tego, który pani za­ma­wiała, ale sprze­dam go pani za taką samą cenę. Je­śli ze­chce pani za­cze­kać, mogę jesz­cze wy­ko­nać na­pis "Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji ósmych uro­dzin".

- To miał być tort dla mo­jej wnuczki! - de­ner­wo­wała się ko­bieta. - Wczo­raj do pań­stwa dzwo­ni­łam i skła­da­łam za­mó­wie­nie. Obie­cali pań­stwo, że bę­dzie go­towy.

- Ro­zu­miem pa­nią - uspo­ka­jała Jenny.

- A co niby mam zro­bić z do­dat­ko­wym ka­wał­kiem tortu? W przy­ję­ciu uczest­ni­czy prze­cież dzie­sięć, a nie dwa­na­ście osób.

- Za­wsze można go zjeść - pod­su­nęła roz­wią­za­nie ko­bieta.

O dziwo, klientce nie spodo­bało się ta pro­po­zy­cja. Na­dal była roz­draż­niona. Jenny przy­po­mniała so­bie, jak je­den z pa­cjen­tów Ma­gnusa na­zwał ją kie­dyś py­skatą. Jak są­dziła, ta klientka za­pewne my­ślała po­dob­nie. Naj­pew­niej uwa­żała, że za­wsze ma ra­cję, a eks­pe­dienci po­winni znać swoje miej­sce.

- Za­sta­na­wiam się. - Emil po­śpie­szył ko­le­żance z po­mocą. - Czy na pewno dzwo­niła pani do nas? Tu nie­opo­dal jest inna ka­wiar­nia. Zda­rza się, że otrzy­mu­jemy ich za­mó­wie­nia, a oni na­sze.

Klientka ob­da­rzyła go spoj­rze­niem, które ja­sno mó­wiło, że uważa się za nie­omylną.

- Prze­cież wiem, do kogo dzwo­ni­łam! - oświad­czyła. - Za­pi­sa­łam na­wet imię eks­pe­dientki, z którą roz­ma­wia­łam. Na­zy­wała się Carro.

Jenny wi­działa, że Emil się na­my­śla. W końcu się uśmiech­nął i po­wie­dział:

- Jenny, mo­żesz już iść, zajmę się tym.

- Jak to może już iść, skoro ja mam taki kło­pot? - zrzę­dziła nie­za­do­wo­lona klientka.

- Nor­mo­wany czas pracy - od­rzekł Emil.

Jenny po­śpie­szyła do po­miesz­cze­nia so­cjal­nego, zmie­niła ubra­nie i buty. Wy­mknęła się tyl­nymi drzwiami i wy­bie­gła na ulicę. Mi­ja­jąc znaj­du­jącą się nie­opo­dal ka­wiar­nię Gren­berga, po­ma­chała Carro. Roz­wa­żała, czy nie wejść do środka i nie po­wie­dzieć ko­le­żance o tym, co się stało z za­mó­wio­nym u niej tor­tem, ale zre­zy­gno­wała. Ta­kie hi­sto­rie zda­rzały się każ­dego ty­go­dnia. Mó­wili, że w ogól­nym ra­chunku wszystko ra­czej się wy­rów­nuje. Za­miast tego prze­cięła ulicę i otwo­rzyła drzwi re­stau­ra­cji.

Britt-Ma­rie sie­działa przy oknie, ma­jąc oko na drzwi i ulicę przed re­stau­ra­cją.

- A więc je­steś w końcu! - po­wie­działa, kiedy Jenny po­chy­liła się, aby ją ob­jąć.

- Prze­pra­szam. Za­trzy­mała mnie klientka. Nie­po­ro­zu­mie­nie w związku z tor­tem.

Jenny przez chwilę prze­mknęło przez myśl, czy nie by­łaby to miła aneg­do­tka, którą mo­głaby opo­wie­dzieć, ale szybko do­szła do wnio­sku, że Britt-Ma­rie nie jest za­in­te­re­so­wana cu­dzymi tor­tami.

- Cze­kam już od pół go­dziny - oznaj­miła matka.

- Ro­zu­miem, ale nie mo­głam wyjść wcze­śniej. By­łam sama z tą klientką od tortu.

- Za dużo pra­cu­jesz. Przed­szkole po­winno wy­star­czyć. Je­śli po­trze­bu­jesz wię­cej pie­nię­dzy, po­win­naś moim zda­niem sko­rzy­stać z pro­po­zy­cji Bjar­nego. Uważa, że by­ła­byś świetną han­dlow­czy­nią. Sama mo­gła­byś de­cy­do­wać, ile chcesz pra­co­wać. No i te im­prezy. To na pewno o wiele faj­niej­sze niż sta­nie ca­łymi dniami za ladą.

- Lu­bię piec i sprze­da­wać ciastka do kawy. Nie uwa­żam, żeby ko­sme­tyki czy zdrowa żyw­ność były rów­nie fajne.

- Ale masz sztywny czas pracy, to cię ogra­ni­cza.

- Za­mó­wi­łaś już? - spy­tała Jenny i się­gnęła po menu.

- Nie. Prze­cież nie wie­dzia­łam, czy przyj­dziesz.

Jenny spoj­rzała za sie­bie, sta­ra­jąc się przy­wo­łać kel­nera.

Britt-Ma­rie po­pro­siła o tartę i szklankę wody. Jenny zde­cy­do­wała się na inny ro­dzaj tarty i kie­li­szek bia­łego wina.

- Chyba mo­żesz so­bie po­zwo­lić na kie­li­szek wina - za­chę­cała Jenny. - No wiesz, ja sta­wiam.

- Za dużo pi­jesz - od­parła Britt-Ma­rie.

- Tak są­dzisz? - Jenny się spło­szyła i po­czuła skar­cona.

- Tak. Wino do obiadu. A w ze­szłą so­botę za­równo Bjarne, jak i ja za­uwa­ży­li­śmy, że nie by­łaś cał­kiem trzeźwa. Że pi­łaś, za­nim przy­szli­śmy.

- Tylko kie­li­szek cien­kiego wina, któ­rego uży­wam do go­to­wa­nia. Mamo, prze­cież też tak ro­bisz, kiedy u nas je­steś. Sie­dzisz wtedy, roz­ma­wiasz, a ja go­tuję.

- Moż­liwe. Ale w twoim wieku to ry­zy­kowny na­wyk.

Jenny zro­zu­miała, że w oczach matki jest nie­mal al­ko­ho­liczką. Kiedy przy­nie­siono wino, po­czuła, jak z taką samą siłą na­ra­stają w niej skru­cha i złość. To spra­wiło, że na­tych­miast po­cią­gnęła łyk trunku. Ja­dły, a po chwili dość cięż­kiej ci­szy Britt-Ma­rie prze­chy­liła się nad sto­łem ku córce.

- Wi­dzisz coś szcze­gól­nego? - za­py­tała kon­spi­ra­cyj­nym to­nem.

Jenny przyj­rzała się uważ­nie matce. Może miała nowe oku­lary? Nie, były stare, nie przed­po­to­powe, ale stare. Nowe kol­czyki? Nie, zwy­kłe, małe pe­rełki. Dys­kretne, ina­czej nie dało się ich okre­ślić.

- Nie, nie wi­dzę nic szcze­gól­nego.

- Moja cera. - Britt-Ma­rie z za­do­wo­le­niem mu­snęła po­li­czek.

- Twoja cera? - Jenny za­mru­gała.

Britt-Ma­rie wie­rzyła w na­tu­ral­ność. Myła twarz my­dłem i wodą, ni­gdy się nie ma­lo­wała. Miała wa­chla­rze we­so­łych zmarsz­czek na skro­niach, zmarszczki nad górną wargą i kilka bruzd na czole oraz po­licz­kach. Krótko mó­wiąc, wy­glą­dała tak, jak zwy­kle wy­gląda ko­bieta po sześć­dzie­siątce, która nie pali pa­pie­ro­sów i stale się od­chu­dza.

Jenny za­częła jesz­cze wni­kli­wiej stu­dio­wać twarz matki. Co po­winna była do­strzec? Czer­niaka zło­śli­wego? Kró­ciutko prze­mknęła jej przez myśl Tammy i jej li­fting twa­rzy.

- Nie wi­dzisz róż­nicy?

Jenny po­krę­ciła prze­cząco głową.

- Nie. A co mia­ła­bym zo­ba­czyć?

- Moje zmarszczki. Stały się płyt­sze. Nie znik­nęły cał­ko­wi­cie, ale są zde­cy­do­wa­nie mniej­sze. Bjarne je zmie­rzył.

- Zmie­rzył je? - spy­tała z nie­do­wie­rza­niem Jenny. - A jak to się robi? Suw­miarką? Czy może zgłęb­ni­kiem?

- Zgłęb­ni­kiem? - po­wtó­rzyła Britt-Ma­rie, a na jej twa­rzy ma­lo­wało się zmie­sza­nie.

- Ma­gnus ma taki zgłęb­nik. Taki pa­ty­czek z mi­li­me­trową po­działką. Do mie­rze­nia głę­bo­ko­ści kie­szo­nek zę­bo­wych u cho­rych na pa­ra­don­tozę, nie wy­obra­żaj so­bie ni­czego in­nego.

Britt-Ma­rie ro­ze­śmiała się po­błaż­li­wie z tych sta­ro­mod­nych me­tod.

- Nie. Bjarne ma la­ser, ro­zu­miesz? Zmie­rzył moje zmarszczki sześć ty­go­dni temu.

- Kiedy do­piero co się po­zna­li­ście?

- Wła­śnie tak.

Jenny po­my­ślała, że wpraw­dzie lu­dzie są różni, ale aku­rat mie­rze­nie głę­bo­ko­ści zmarsz­czek na pierw­szej randce to dość oso­bliwy po­mysł.

- Aha - po­wie­działa, po­nie­waż to za­wsze można po­wie­dzieć, kiedy uważa się coś za głu­pie.

- Te­raz, kiedy za­czę­łam uży­wać jego pro­duk­tów, zmarszczki stały się płyt­sze o sie­dem­na­ście do trzy­dzie­stu pię­ciu pro­cent.

Jenny wzięła łyk wina. Czuła, że tego po­trze­buje.

- Czy to nie fan­ta­styczne? - Wy­gła­dzoną twarz Britt-Ma­rie roz­pro­mie­nił uśmiech.

- Ależ oczy­wi­ście! - po­twier­dziła Jenny z na­ci­skiem, mimo że choćby w naj­mniej­szym stop­niu nie wie­rzyła w prze­ciw­zmarszcz­kowe dzia­ła­nie pro­duk­tów Bjar­nego.

- On jest taki mą­dry. Ko­ja­rzysz te bro­szury, któ­rych używa? Sam je na­pi­sał!

Jenny wy­dała z sie­bie dźwięk, który miał wy­ra­żać po­dziw.

- Cy­tuje w nich na­wet Hil­de­gardę z Bin­gen. Wiesz, kto to?

- Nie, ni­gdy się nie spo­tka­ły­śmy.

Matka ro­ze­śmiała się uprzej­mie.

- Była za­kon­nicą ży­jącą w śre­dnio­wie­czu. Wie­działa wszystko o ro­śli­nach. Wie­działa, które mają wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze, które są tru­jące i tak da­lej. Była wszech­stron­nie uzdol­niona. Kom­po­no­wała utwory mu­zyczne i na­wet za­ło­żyła za­kon. - Britt-Ma­rie po­piła tro­chę wody.

Jenny wy­piła łyk wina.

- Bjarne prze­tłu­ma­czył księgi, które na­pi­sała. Z ła­ciny na szwedzki. Ko­rzy­sta z jej prze­pi­sów, two­rząc swoje kremy i smo­othies.

- Na­prawdę w śre­dnio­wie­czu pito smo­othies?

Tym ra­zem Britt-Ma­rie się nie ro­ze­śmiała. Wy­glą­dała na nie­mal ura­żoną i zja­dła ostatni ka­wa­łek swo­jej tarty w ci­szy. Jenny opróż­niła za­równo kie­li­szek, jak ta­lerz.

- Na­prawdę nie po­win­naś jeść tak łap­czy­wie - za­uwa­żyła mści­wie matka.

- Zja­dłam śnia­da­nie już o siód­mej i... - Ko­bieta umil­kła. Dla­czego bro­niła się w taki spo­sób? Po­sta­no­wiła być miła. - Czyli śre­dnio­wieczne smo­othies Bjar­nego roz­pra­wiły się z twoim zmarszcz­kami - pod­su­mo­wała po­jed­naw­czo.

Za­nim Britt-Ma­rie zdą­żyła od­po­wie­dzieć, córka spy­tała:

- A może masz jesz­cze na coś ochotę? Kawa? De­ser? Mają tu zna­ko­mitą szar­lotkę.

- Ko­fe­ina to tru­ci­zna. Tak samo sło­dy­cze. Nie są do­bre dla żad­nej z nas.

Jenny zdu­siła w so­bie pra­gnie­nie za­mó­wie­nia irish cof­fee - al­ko­hol, kawa i de­ser w jed­nym. Wie­działa, że po­tem trudno by­łoby jej się do­stać tram­wa­jem do domu. Po­nadto matka na­dal z za­pa­łem cią­gnęła te­mat swo­ich zmarsz­czek. Za­le­żało jej na tym tak jak świeżo upie­czo­nej babci, która od­czuwa nie­od­partą chęć cią­głego po­ka­zy­wa­nia wszyst­kim zdjęć swo­ich wnu­ków. Tak samo za­bój­czo nudny te­mat, chyba że na­leży się do garstki wta­jem­ni­czo­nych.

- Sto­suję kremy Bjarnego do­piero od sze­ściu ty­go­dni, a już wi­dać róż­nicę.

- Kiedy się ją zmie­rzy la­se­rem - sko­men­to­wała Jenny.

Britt-Ma­rie prych­nęła.

- Na­ocz­nie też można to stwier­dzić. Ja to wi­dzę. Bjarne to wi­dzi.

W taki sam spo­sób, w jaki wszyst­kie bab­cie wi­dzą piękno tłu­stych sze­ścio­mie­sięcz­nych bo­ba­sów. Jenny naj­bar­dziej za­sta­na­wiał krótki okres ku­ra­cji.

- Roz­ma­wia­li­ście o kre­mach prze­ciw­zmarszcz­ko­wych pod­czas pierw­szego spo­tka­nia?

Matka uśmiech­nęła się za­wsty­dzona.

- Tak i nie. Za­py­ta­łam, czym się zaj­muje. Wtedy po­wie­dział, że jest eme­ry­tem, ale działa w branży ko­sme­tycz­nej.

- Ależ, mamo, ni­gdy wcze­śniej nie przej­mo­wa­łaś się ta­kimi rze­czami!

- Za­wsze dba­łam o swój wy­gląd! Tyle że wcze­śniej nie sto­so­wa­łam spe­cja­li­stycz­nych ko­sme­ty­ków, to prawda. Ale Bjarne jest taki... prze­ko­nu­jący.

Jenny się nie ode­zwała. Pod­nio­sła swoją kartę kre­dy­tową na znak, że chcia­łaby ure­gu­lo­wać ra­chu­nek.

- No do­brze, za­tem chyba już pójdę - stwier­dziła matka i wstała.

Jenny zro­biła to samo, uści­skały się. Britt-Ma­rie po­ło­żyła dłoń na po­liczku córki.

- Na­prawdę wy­glą­dasz na zmę­czoną. Nie mo­gła­byś skoń­czyć z tą pie­kar­nią? Za­jąć się za­miast tego tro­chę bar­dziej Ma­gnu­sem i Clarą? I sobą? Po­pro­szę Bjar­nego o od­po­wiedni krem do two­jej znisz­czo­nej cery. Taki mały upo­mi­nek - obie­cała matka i ode­szła w swoją stronę.

Jenny spo­glą­dała za nią przez okno. Pod­nio­sła dłoń, aby po­ma­chać na po­że­gna­nie, ale Britt-Ma­rie już prze­cho­dziła na drugą stronę ulicy, od­da­la­jąc się od re­stau­ra­cji i swo­jej córki.

Roz­dział 7

Środa, 11 wrze­śnia

So­fia była znu­dzona. I zmę­czona. Spę­dzała dni, przy­sy­pia­jąc na ka­na­pie i zmie­nia­jąc ka­nały w te­le­wi­zji. Po­gry­zała owoce i her­bat­niki, po­nie­waż cały czas miała ochotę coś zjeść, ale nie była głodna. W re­gu­lar­nych od­stę­pach czasu - krót­kich od­stę­pach - z tru­dem wsta­wała, po­sa­pu­jąc, i ko­ły­szą­cym się kro­kiem zmie­rzała do to­a­lety. Si­kała i to­czyła się z po­wro­tem do po­koju dzien­nego, cza­sami za­ha­cza­jąc po dro­dze o kuch­nię, aby wziąć so­bie coś do je­dze­nia albo pi­cia. Póź­niej opa­dała na ka­napę, je­śli dla od­miany nie mu­siała so­bie zro­bić krót­kiej prze­rwy na to­a­letę w dro­dze z kuchni do po­koju. Co naj­mniej raz dzien­nie za­sy­piała na ka­na­pie i bu­dziła się po go­dzi­nie, z su­cho­ścią w ustach i ze sztyw­nym kar­kiem.

Miała dużo czasu, aby za­sta­no­wić się nad sobą, nad ży­ciem, które wio­dła, oraz nad tym, jak spraw­dziła się jako żona i matka.

So­fia ni­gdy nie czy­tała spe­cjal­nie wiele ksią­żek. Wy­bie­rała ra­czej ma­ga­zyny dla ko­biet - "Świat Pań" i "Elle". Chęt­nie oglą­dała też pro­gramy po­pu­lar­no­nau­kowe i do­ku­men­talne na ka­nale te­le­wi­zyj­nym Wie­dza, co dzi­wiło wiele osób, które nie znały jej bli­żej. Stu­dio­wała ro­ma­ni­stykę na uni­wer­sy­te­cie dla przy­jem­no­ści i eko­no­mię ze wzglę­dów prag­ma­tycz­nych. W szcze­gól­no­ści dla dziew­czyny z wła­snym ma­jąt­kiem i bar­dzo nie­okre­ślo­nymi ma­rze­niami do­ty­czą­cymi przy­szło­ści za­wo­do­wej. So­fia wcze­śnie stwier­dziła, że nie jest ob­da­rzona żad­nymi wy­jąt­ko­wymi ta­len­tami. Nie po­tra­fiła śpie­wać, za każ­dym ra­zem kiedy sta­wała przed pu­blicz­no­ścią, głos wiązł jej w gar­dle i cała sztyw­niała z prze­ra­że­nia. Była zbyt ni­ska i za gruba, aby zo­stać fo­to­mo­delką. Cho­ciaż "gruba" to za mocne słowo, była ra­czej nie­wy­chu­dzona. Po­nadto uwa­żała się za zbyt le­niwą i głu­pią, by stu­dio­wać na Uni­wer­sy­te­cie Tech­nicz­nym Chal­mersa, za bar­dzo bała się krwi, aby zo­stać le­karką czy pie­lę­gniarką. W za­wo­dzie na­uczy­cielki do­strze­gała je­dyną ko­rzyść - na­uczy­ciele mieli wa­ka­cje let­nie.

Oj­ciec So­fii od­był wiele po­waż­nych roz­mów z córką. Oświad­czył ja­sno, że czasy, kiedy dziew­czyna stu­dio­wała przez rok na uni­wer­sy­te­cie, aby zdo­być ogólne wy­kształ­ce­nie i stać się od­po­wied­nim ma­te­ria­łem na żonę, mi­nęły. So­fia po­dzie­lała jego sta­no­wi­sko, ale w dniu, kiedy zdała ma­turę, po­czuła się cu­dow­nie wolna.

- Je­stem stwo­rzona, aby być opły­wa­jącą w luk­susy żoną - wy­ja­śniła. - Jak mama.

- To bar­dzo moż­liwe - od­parł na to jej oj­ciec. - Ale nie uzy­skasz do­stępu do swo­ich fun­du­szy, za­nim nie skoń­czysz dwu­dzie­stu pię­ciu lat, i wszy­scy, z tobą włącz­nie, po­win­ni­śmy się z tego cie­szyć. I mo­żesz miesz­kać w domu, do­póki nie bę­dziesz w sta­nie się sama utrzy­mać. Ale! - Tu oj­ciec zro­bił prze­rwę. - Nie za­mie­rzam utrzy­my­wać żad­nego obi­boka. Albo po­dej­miesz stu­dia, albo pój­dziesz do pracy. Wtedy bę­dziesz mo­gła miesz­kać w domu za darmo.

- Tu­taj w domu? - spy­tała So­fia.

My­ślała ra­czej o wła­snym dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu. Opła­co­nym przez tatę. Nie­chęt­nie do­ga­dała się z Jes­siką, która także mo­gła da­lej miesz­kać w domu, jed­nak nie za darmo. Obie stu­dio­wały ro­ma­ni­stykę, póź­niej Jes­sika zde­cy­do­wała się na hi­sto­rię, a So­fia na eko­no­mię. Po czte­rech se­me­strach So­fia płyn­nie mó­wiła i czy­tała po fran­cu­sku, ale nie za­li­czyła ani jed­nego ko­lo­kwium na eko­no­mii. Wtedy jej oj­ciec znów po­śpie­szył jej z po­mocą.

- Na­sza re­cep­cjo­nistka idzie na urlop ma­cie­rzyń­ski - oznaj­mił. - Mo­żesz wziąć za nią za­stęp­stwo. Ale wy­le­cisz stąd na­tych­miast, je­śli nie dasz so­bie rady z pracą.

So­fię na te słowa prze­biegł zimny dreszcz. Pod­jęła pracę jako re­cep­cjo­nistka w kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kiej swo­jego ojca. Za­ję­cie nie­zwy­kle jej od­po­wia­dało. Za­cho­wy­wała się bar­dzo tak­tow­nie, miała piękny uśmiech, była punk­tu­alna i upo­rząd­ko­wana. W trzy ty­go­dnie opa­no­wała sta­wiane przed nią za­da­nia. Póź­niej nie zda­rzały jej się zdu­blo­wane ter­miny, klienci nie mu­sieli nie­po­trzeb­nie ocze­ki­wać na swoją ko­lej, w sali kon­fe­ren­cyj­nej była woda mi­ne­ralna, a na sto­li­kach przy ka­na­pach chu­s­teczki hi­gie­niczne. So­fia po­da­wała kawę, prze­pi­sy­wała na czy­sto no­tatki i li­sty i za­wsze miała w dłu­go­pis w kie­szeni.

Pra­co­wała dla swo­jego ojca oraz trzech star­szych dżen­tel­me­nów przez po­nad rok. Wtedy w kan­ce­la­rii za­trud­niono mło­dego ad­wo­kata z do­sko­na­łymi re­fe­ren­cjami, na­zy­wał się Hen­rik Hal­l­gren. Póź­niej sprawy po­to­czyły się szybko, z ob­rączką i Chloe jako punk­tami kul­mi­na­cyj­nymi.

So­fia wie­działa, że Hen­rik jest za­do­wo­lony ze swo­jej żony. Nie ocze­ki­wał ni­czego wię­cej po­nadto, aby na­dal była jego re­cep­cjo­nistką. Trosz­czyła się o wszystko jako jego "per­so­nel na­ziemny", a do tego naj­czę­ściej wy­glą­dała atrak­cyj­nie i była w po­god­nym na­stroju.

No więc tego dnia w stycz­niu we­szła do jego biura w szpil­kach i kra­wa­cie. Poza tym nie miała na so­bie nic wię­cej. Za­in­spi­ro­wała się Pretty Wo­man, swoim ulu­bio­nym fil­mem. So­fia była prze­ko­nana, że wła­śnie wtedy za­szła w ciążę. Te­raz, nie­mal osiem mie­sięcy póź­niej, za­sta­na­wiała się, jak so­bie da ze wszyst­kim radę. By­wały ta­kie chwile, gdy my­ślała, że jest złą matką. Zwy­kle za złą matkę uważa się ko­bietę, która bije dzieci, pije al­ko­hol albo zo­sta­wia je bez opieki w domu, a sama idzie do knajpy. So­fia po­stę­po­wała od­wrot­nie. Czu­wała nad Chloe, na­wet aż za bar­dzo, da­wała córce wszystko, czego ta tylko za­pra­gnęła, a po­nadto wiele rze­czy, o któ­rych dziew­czyna na­wet nie zdą­żyła po­my­śleć. Hen­rik nie wtrą­cał się w dzia­ła­nia So­fii, miał za­ufa­nie do żony.

So­fia wie­działa już, że po­nio­sła po­rażkę. Wy­cho­wała ego­istkę, ma­te­ria­listkę. Na­sto­latkę, która wszystko od­mie­rza pie­niędzmi i rze­czami, która war­to­ściuje swo­ich przy­ja­ciół we­dług ceny ich ubrań. Chloe ma­rzyła się ka­riera żony Hol­ly­wo­odu, bez ja­kiej­kol­wiek re­flek­sji, że plan może nie wy­pa­lić. Ta myśl prze­ra­żała So­fię. Łzy żalu nad sobą spły­wały jej po po­licz­kach.

- No nie, So­fia - po­wie­działa so­bie. - Mu­sisz wziąć się w garść. To wszystko bie­rze się stąd, że je­steś w ciąży z bliź­nia­kami.

Wy­cią­gnęła te­le­fon i spoj­rzała na ekran. Roz­ma­wiała już dzi­siaj raz z Hen­ri­kiem, był uprzejmy, ale zo­rien­to­wała się, że mu prze­szka­dza. Dzwo­niła też do swo­jej matki, De­si­rée z domu von H., która była bar­dzo miła i wspie­ra­jąca, lecz wła­śnie znaj­do­wała się w dro­dze na lunch z przy­ja­ciół­kami.

Jenny i Jes­sika miały prace, praw­dziwe prace, do któ­rych cho­dziły. Kie­dyś też były go­spo­dy­niami do­mo­wymi, ale te­raz zo­sta­wiły to ży­cie za sobą. So­fia czuła, że wy­lą­do­wała w tyle. Coś mu­siała zro­bić. Wie­działa, że musi pod­jąć ja­kieś dzia­ła­nie, w prze­ciw­nym ra­zie zwa­riuje.

Zde­cy­do­wa­nie wstała z ka­napy i we­szła na schody. W daw­nym po­koju go­ścin­nym stały kar­tony i torby. W tor­bach spa­ko­wane były nie­mow­lęce ubranka, ma­lut­kie ciuszki. W kar­to­nach le­żały me­ble. Dwa łó­żeczka i ko­moda. Z tru­dem wdra­pała się po scho­dach i usia­dła ciężko. Na­stęp­nie przy­stą­piła do roz­pa­ko­wy­wa­nia kar­to­nów i skrę­ca­nia me­bli. So­fia pa­mię­tała, co mó­wiła jej po­łożna - za­le­cała cał­ko­wity spo­kój i od­po­czy­nek - ale nie miała już siły dłu­żej od­po­czy­wać.

Roz­dział 8

So­fia wstała i z za­do­wo­le­niem przy­glą­dała się wy­ni­kowi swo­jej pracy. Oparła się o ścianę i spo­koj­nie, po­woli od­dy­chała, kiedy do­stała skur­czu prze­po­wia­da­ją­cego.

- Tak, te­raz mo­że­cie się już po­ja­wić - po­wie­działa So­fia. - Je­żeli tylko nie bę­dzie wam prze­szka­dzało dzie­le­nie łó­żeczka na po­czą­tek, choć prze­cież te­raz też to ro­bi­cie. Ale obec­nie ma­cie tam za­pewne dość mo­kro. Nie jest to by­naj­mniej luk­su­sowe łóżko Hästens. Ra­czej ma­te­rac ze śred­niej półki.

Wtedy do jej uszu do­biegł trzask za­my­ka­nych drzwi wej­ścio­wych z dołu. Dźwięk zdra­dzał, że mu­siała to być Chloe i że z pew­no­ścią hu­mor nie do­pi­sy­wał jej tak jak w tej chwili matce. Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że dziew­czy­nie nie udało się zmon­to­wać nie­mow­lę­cego łó­żeczka i ko­mody w mniej niż trzy go­dziny.

So­fia usły­szała głos do­cho­dzący z dołu i ko­ły­szą­cym kro­kiem we­szła do przed­po­koju.

- Je­stem na gó­rze! - za­wo­łała.

- Zejdź!

So­fia się za­wa­hała. Prze­bie­gła wzro­kiem prze­strzeń od po­koju dzie­cię­cego do scho­dów. Ko­lejny skurcz prze­po­wia­da­jący po­mógł jej pod­jąć de­cy­zję.

- Idę! - od­po­wie­działa. Wzięła jesz­cze jedną z to­reb z ubran­kami.

Stwier­dziła, że można je bę­dzie od razu uprać. Prze­czy­tała gdzieś, że po­winno się tak zro­bić. Ostroż­nie scho­dziła po scho­dach, trzy­ma­jąc dłoń na po­rę­czy. Chloe pod­grze­wała w kuchni pizzę.

- Za dwie go­dziny bę­dzie obiad - oznaj­miła So­fia, zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie. - Spa­ghetti z so­sem bo­loń­skim. Tak jak lu­bisz.

Dziew­czyna wy­mam­ro­tała coś nie­sły­szal­nie i wy­jęła puszkę coca-coli z lo­dówki. So­fia za­sta­na­wiała się, czy warto po­wie­dzieć, że coca-cola jest nie­zdrowa, ale mil­czała. Prawda była taka, że sama mia­łaby ochotę na­pić się te­raz tego na­poju. Po­my­ślała jed­nak o swo­jej prze­klę­tej zga­dze i za­miast coli wy­jęła bu­telkę wody.

- Jak było dzi­siaj w szkole? - za­py­tała, mimo że miała świa­do­mość, że to naj­głup­sza rzecz, jaką mo­gła po­wie­dzieć.

- Nuda!

- Mo­żesz mi dać strój na WF, wrzucę go do pra­nia.

Chloe spoj­rzała na matkę.

- Ola­łam WF. Baba jest cho­lerną sa­dys­tką.

So­fia przy­po­mniała so­bie, że kie­dyś sama miała po­do­bną opi­nię o swo­jej na­uczy­cielce WF-u. Mimo to wcie­liła się w rolę matki tak zgrab­nie i szybko jak Su­per­man prze­obra­ża­jący się w budce te­le­fo­nicz­nej.

- Po­win­naś się ru­szać. Prze­cież wiesz.

- Chcia­ła­bym mieć kar­net na si­łow­nię - oznaj­miła Chloe. - Mi­chelle i Ma­de­le­ine mają. - Za­chi­cho­tała kon­spi­ra­cyj­nie. - Mają je­den, ale się nim dzielą.

So­fia za­my­śliła się na chwilę. Na­stęp­nie jed­nak we­wnętrzna matka ka­zała jej wy­pro­sto­wać się na po­ste­runku i oświad­czyć:

- To prze­cież oszu­stwo.

- Ale, mamo, one są do sie­bie ta­kie po­do­bne. A kar­nety są kosz­mar­nie dro­gie.

- Tak, i dla­tego nie do­sta­niesz kar­netu - od­rze­kła So­fia, umiesz­cza­jąc zgrab­nie piłkę w bramce, którą jej córka nie­opatrz­nie zo­sta­wiła sze­roko otwartą.

So­fia wstała, chwy­ciła torbę z nie­mow­lę­cymi ubran­kami i po­szła do pralni, która na szczę­ście znaj­do­wała się na par­te­rze. Od­cięła wszyst­kie metki, przej­rzała ubranka, wło­żyła je do pralki i usta­wiła pro­gram do tka­nin de­li­kat­nych na czter­dzie­ści stopni. Na­stęp­nie ko­ły­sząc się, wró­ciła do kuchni. Chloe już zja­dła pizzę i stała te­raz znów przed mi­kro­fa­lówką.

- Po­my­śla­łam so­bie - po­wie­działa pół­gło­sem So­fia - że jedno z łó­że­czek mo­gli­by­śmy mieć na dole.

- Na dole! Gdzie kon­kret­nie? I dla­czego?

- Że­bym nie mu­siała bie­gać po scho­dach ani no­sić dzieci na górę i na dół. Na po­czątku mogą mieć wspólne łó­żeczko.

Chloe na­ci­snęła włącz­nik i się od­wró­ciła.

- Mamo - po­wie­działa pra­wie ugo­dowo. - Ku­pi­łam nie­mow­la­kom pre­zent.

- Tak?! - So­fia była mile za­sko­czona. Chwy­ciła się kra­wę­dzi stołu i opa­dła na naj­bliż­sze krze­sło.

Dziew­czyna znik­nęła w przed­po­koju i wró­ciła z torbą z Vic­to­ria's Se­cret. Wło­żyła rękę do torby i wy­cią­gnęła bu­telkę z kre­mem pod prysz­nic.

- Ku­pi­łam to dla sie­bie - wy­ja­śniła.

W tor­bie znaj­do­wały się po­gnie­cione bi­bułki do pa­ko­wa­nia. Chloe je wy­jęła i wy­do­była pa­czuszkę za­wi­niętą w taki sam bi­buł­kowy pa­pier.

- Masz - po­wie­działa bez­ce­re­mo­nial­nie.

So­fia wy­jęła z za­wi­niątka dwie pary ma­łych śpiosz­ków w roz­mia­rze pięć­dzie­siąt. Jedne były białe, a dru­gie zie­lone.

- O, ja­kie śliczne - po­chwa­liła. - Są prze­słod­kie - do­dała, po­nie­waż zda­wała so­bie sprawę, że brzmi bar­dziej ostroż­nie niż ra­do­śnie. Tro­chę ją uwie­rało, że śpioszki nie były wcale opa­ko­wane oraz że córka scho­wała je w tor­bie z Vic­to­ria's Se­cret, mimo że nie zo­stały tam ku­pione.

Chloe otwo­rzyła drzwiczki mi­kro­fa­lówki i wy­sy­pała po­pcorn do mi­ski. Po­so­liła go i usia­dła na­prze­ciwko matki.

- To na­prawdę strasz­nie miło z two­jej strony - stwier­dziła So­fia. Wy­cią­gnęła rękę, chwy­ciła kilka zia­ren po­pcornu i za­częła je jeść po­woli, z na­my­słem.

Chloe jak zwy­kle była ubrana w nie­przy­zwo­icie dro­gie dżinsy z wiel­kimi dziu­rami na ko­la­nach. Do tego na­ło­żyła nie­bie­ski kasz­mi­rowy swe­ter, po­dej­rza­nie przy­po­mi­na­jący je­den ze swe­trów So­fii. Praw­do­po­dob­nie był to swe­ter So­fii, ale to i tak nie miało te­raz zna­cze­nia, po­nie­waż nie mia­łaby szansy się w niego wci­snąć z dwójką dzieci na po­kła­dzie.

- Je­steś taka śliczna - oznaj­miła im­pul­syw­nie So­fia i po­gła­skała córkę po ręce.

Dziew­czynka drgnęła, za­sko­czona.

- Na­prawdę?

- Tak. Taka świeża, taka de­li­katna. Piękna.

Chloe się skrzy­wiła. Chwy­ciła te­le­fon, włą­czyła ka­merę i za­częła się wni­kli­wie przy­glą­dać wła­snej twa­rzy. Wy­dęła usta, roz­cią­gnęła wargi w sztyw­nym uśmie­chu i spoj­rzała na matkę.

- Mamo, mogę so­bie po­więk­szyć usta?

So­fia upu­ściła po­pcorn, który trzy­mała w dłoni. Prych­nęła, ale za­raz się zre­flek­to­wała.

- Żar­tu­jesz. Prawda? Po­wiedz, że to był tylko żart.

- Nie!

Wi­dok córki utwier­dził So­fię w prze­ko­na­niu, że dziew­czyna mó­wiła po­waż­nie.

- No zo­bacz, prze­cież ja mam strasz­nie wą­skie usta!

- Nie, Chloe. Je­steś ładna taka, jaka je­steś.

W pa­mięci So­fii prze­wi­nęły się wspo­mnie­nia z cza­sów, kiedy sama była na­sto­latką, kiedy ma­rzyła o więk­szych pier­siach i w ta­jem­nicy prze­kła­dała do biu­sto­no­sza z za du­żymi mi­secz­kami po­duszki słu­żące zwy­kle jako wy­peł­nie­nie na ra­miona. Pa­mię­tała go­dziny spę­dzone przed lu­strem, kiedy wszystko wy­da­wało jej się nie ta­kie, jak być po­winno: brwi były za ja­sne, rzęsy za krót­kie, a nos krótki i okrą­gły, a nie pro­sty i zgrabny jak u Ni­cole Kid­man.

Za­czerp­nęła po­wie­trza, aby po­wie­dzieć coś mi­łego, oka­zać zro­zu­mie­nie, ale nie zdą­żyła, po­nie­waż Chloe wy­bu­chła:

- Mi­chelle po­więk­szy usta. Jej mama też so­bie po­więk­szyła i są su­per­ładne.

So­fii sta­nęła na­gle przed oczyma Anna-Belle i za­wo­łała:

- O Boże, prze­cież ona wy­gląda jak Ro­sjanka z ka­ta­logu szu­ka­jąca na Za­cho­dzie męża! Czy to jest ładne? - Uświa­do­miła so­bie swój błąd, jesz­cze za­nim wy­rzu­ciła z sie­bie ostat­nie słowo. - Och, prze­pra­szam. To było nie­mą­dre - przy­znała, a rów­no­cze­śnie była zła na sie­bie, że cof­nęła to, co fak­tycz­nie my­ślała. - Nie mia­łam tego na my­śli - do­dała nie­zbyt prze­ko­nu­jąco.

- Oczy­wi­ście, że tak my­śla­łaś - oznaj­miła córka ze zro­zu­mie­niem, któ­rego zwy­kle trudno się było po niej spo­dzie­wać. - Ale mó­wisz tak tylko z za­zdro­ści - kon­ty­nu­owała z nie­za­chwia­nym prze­ko­na­niem ce­chu­ją­cym szes­na­sto­latki. - Po pro­stu nie je­steś tak ładna, taka jest prawda.

So­fia prze­łknęła ślinę.

- Aha - od­parła sła­bym gło­sem.

- A oprócz tego je­steś taka nudna. Już wcale nie cho­dzimy ra­zem na za­kupy. Tylko sie­dzisz na ka­na­pie i nic nie ro­bisz. I śpisz. Tylko śpisz. Tak, tak, wiem - cią­gnęła Chloe. - To przez bliź­niaki. Bliź­niaki to, bliź­niaki tamto, to je­dyne, o czym z tatą roz­ma­wia­cie, je­dyne, o czym my­śli­cie. Trak­tu­je­cie mnie jak po­wie­trze.

- To nie­prawda - za­pro­te­sto­wała So­fia. - Bar­dzo dużo o to­bie my­ślę. Boję się. - Za­wa­hała się, po czym rzu­ciła się na głę­boką wodę. - Wiem, że prze­ży­wasz różne emo­cje w związku z po­ja­wie­niem się młod­szego ro­dzeń­stwa? Czy mogę coś dla cie­bie zro­bić? Może chcesz mi po­móc skrę­cić łó­żeczko? To, które bę­dzie stało na dole.

- Ni­gdy w ży­ciu!!!

- To może coś in­nego? - spy­tała So­fia, mocno zde­ter­mi­no­wana, żeby trzy­mać się tego wą­skiego stru­myczka cie­pła mię­dzy nimi.

- Nie! Nic! - od­parła Chloe i wstała. - Cho­ciaż... - rze­kła po kilku kro­kach.

So­fia przy­glą­dała się córce. Spo­dzie­wała się kło­po­tów.

- Nie mia­łam pie­nię­dzy - oznaj­miła non­sza­lancko na­sto­latka. Wzięła ziarno po­pcornu i przy­glą­dała się mu za­nim od­gry­zła ka­wa­łek.

- To co zro­bi­łaś, je­śli mogę za­py­tać?

- Po­ży­czy­łam od Mi­chelle.

- Po­ży­czy­łaś od Mi­chelle? - So­fia spoj­rzała na śpioszki. Część jej chciała po pro­stu prze­su­nąć je na drugą stronę stołu i po­wie­dzieć córce, aby je od­dała. Uzmy­sło­wiła so­bie jed­nak, jakby to zo­stało ode­brane. W za­sa­dzie to był pierw­szy raz, kiedy Chloe wy­da­wała się przy­jaź­nie na­sta­wiona do swo­jego młod­szego ro­dzeń­stwa.

- Więc mu­sisz mi dać tro­chę pie­nię­dzy, że­bym mo­gła je od­dać.

- Ile? - spy­tała So­fia, która już za­uwa­żyła, że metki zo­stały od­cięte.

Chloe za­wa­hała się przez uła­mek se­kundy i ucie­kła wzro­kiem.

- Sześć­set - od­rze­kła chwilę póź­niej. Po czym wło­żyła do ust ko­lejne ziarno po­pcornu.

So­fia my­ślała.

- Sześć­set - po­wtó­rzyła, aby zy­skać na cza­sie. Na­stęp­nie kiw­nęła głową i po­wie­działa: - W ta­kim ra­zie mu­sisz po­pro­sić Mi­chelle, żeby po­cze­kała. Nie mo­żesz po pro­stu ku­po­wać cze­goś, na­zy­wać tego pre­zen­tem, a po­tem żą­dać, że­bym ja za to za­pła­ciła.

So­fii wy­da­wało się, że za­brzmiała ła­god­nie i uprzej­mie, ale Chloe wy­krzyk­nęła:

- O Boże, ale ty je­steś wredna! Po­ży­czy­łam te pie­nią­dze.

- No cóż. Mi­chelle pod­jęła ry­zyko - od­parła matka.

- Już ni­gdy nie bę­dzie chciała ze mną roz­ma­wiać!

So­fia nie wie­działa, co mia­łaby po­wie­dzieć, więc mil­czała.

Chloe cze­kała. W kuchni za­le­gła gę­sta ci­sza. Na­stęp­nie dziew­czyna zła­pała mi­skę z po­pcor­nem oraz pra­wie pu­stą puszkę coli i wy­ma­sze­ro­wała z po­miesz­cze­nia. So­fia sie­działa, przy­glą­da­jąc się le­żą­cym przed nią śpiosz­kom. Póź­niej zro­biła coś, o czym wie­działa, że musi to zro­bić. Wy­do­była z kie­szeni te­le­fon i wy­szu­kała w in­ter­ne­cie sklep, któ­rego na­zwę umiesz­czono na metce ubra­nek. Po krót­kiej chwili od­na­la­zła śpioszki i ich cenę. Dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć ko­ron za sztukę. Wpa­try­wała się w nie i na­raz po­czuła wielki za­wód oraz nie­po­kój.

Roz­dział 9

Pią­tek, 13 wrze­śnia

Pią­tek trzy­na­stego wrze­śnia za­czął się do­brze, po czym prze­ro­dził się w małą ka­ta­strofę, tak jak na­le­żało się tego spo­dzie­wać po piątku trzy­na­stego. Jedno z dzieci w przed­szkolu Jenny się ude­rzyło. Oskar był cał­ko­wi­cie zwy­czaj­nym czte­ro­lat­kiem z gi­gan­tyczną wiarą we wła­sne siły. Był jakby dzie­cię­cym od­po­wied­ni­kiem Ar­nolda Schwa­rze­neg­gera skrzy­żo­wa­nego ze Ste­ve­nem Se­aga­lem z nie­wiel­kim do­dat­kiem Geo­rge'a Clo­oneya.

W ten wła­śnie pią­tek po­sta­no­wił wspiąć się na górkę. Był to pa­gó­rek przy­sto­so­wany do po­trzeb przed­szko­la­ków, bez­pieczny, ry­zyko upadku wy­dało się mi­ni­malne. Ale Oska­rowi, po­dob­nie jak wielu in­nym chłop­com, udało się spaść z góry i ude­rzyć się w głowę w je­dyny ka­mień, który znaj­do­wał się u pod­nóża górki. Głowa krwa­wiła, ma­luch wy­mio­to­wał i pła­kał. Nowa prak­ty­kantka cał­ko­wi­cie stra­ciła pa­no­wa­nie nad sobą i po­bie­gła po Jenny, która już wy­cho­dziła do domu. W ra­mio­nach trzy­mała wrzesz­czą­cego, krwa­wią­cego Oskara, a za nią drep­tało pię­cioro dzieci w wieku od czte­rech do pię­ciu lat.

- To nie ja. Ja nic nie zro­bi­łem! - krzy­czały chó­rem.

- Wiem, wiem - uspo­ka­jała Jenny, która znała Oskara. Po­le­ciła prak­ty­kantce usiąść na pod­ło­dze. - Je­śli zrobi ci się słabo, po­łóż się i oprzyj nogi na tym krze­śle - na­ka­zała to­nem, któ­rego nie po­wsty­dziłby się puł­kow­nik.

Póź­niej za­częła po­cie­szać Oskara i małą dziew­czynkę, która ze współ­czu­cia za­wsze pła­kała so­li­dar­nie z in­nymi, je­śli nie miała wła­snego po­wodu. Jenny ob­myła ran­nego chłopca, dała mu wody do po­pi­cia i za­dzwo­niła po jego matkę, która obie­cała przy­je­chać naj­szyb­ciej, jak bę­dzie mo­gła.

- Znowu - jęk­nęła mama czte­ro­latka, co tylko utwier­dziło Jenny w prze­ko­na­niu, że Oskar był i za­wsze bę­dzie dziec­kiem, które wdra­puje się na górę i spada.

Jenny do­pil­no­wała na­stęp­nie, aby prak­ty­kantka po­mo­gła dzie­ciom zdjąć kurtki, przy­pro­wa­dziła te, które zo­stały na dwo­rze, i zmu­siła wszyst­kich do wy­słu­cha­nia bajki. Po­tem za­dzwo­niła do swo­jej córki i po­in­for­mo­wała, że się spóźni.

- W ta­kim ra­zie idę do babci - za­po­wie­działa Clara, która nie lu­biła być sama w domu.

- Od­biorę cię stam­tąd - obie­cała Jenny.

Kiedy jed­nak mama ode­brała już Oskara i wszystko się uspo­ko­iło, Jenny spo­strze­gła, że do­stała SMS-a od swo­jej matki.

Je­ste­śmy u Bjar­nego - na­pi­sała Britt-Ma­rie i do­łą­czyła do wia­do­mo­ści ad­res swo­jego part­nera.

Ko­bieta wes­tchnęła, gdy to prze­czy­tała. Myśl o tym, że trzeba bę­dzie naj­pierw po­je­chać au­to­bu­sem w jedną stronę, ode­brać Clarę, a na­stęp­nie wró­cić i je­chać tram­wa­jem aż do domu, nie była za­chę­ca­jąca. Uwa­żała, że Britt-Ma­rie mo­głaby po­cze­kać, ale wie­działa, że gdyby miała ja­kie­kol­wiek uwagi, jej matka na­tych­miast pod­kre­śli­łaby, że jest uprzejma i robi córce przy­sługę. Wsia­dła za­tem do au­to­busu, który je­chał w od­po­wied­nią stronę.

Bjarne miesz­kał na par­te­rze bu­dynku, w któ­rym mie­ściły się cztery miesz­ka­nia. Dzięki temu miał mały ogró­dek. Jenny do­strze­gła go z ulicy i po­ma­chała na po­wi­ta­nie, za­nim otwo­rzyła furtkę i we­szła na po­dwórko.

- Cześć. Ładna po­goda - po­wie­działa, bo coś prze­cież na­le­żało po­wie­dzieć.

- Cześć! - od­parł Bjarne i zło­żył ga­ze­tkę, którą czy­tał. Pi­semko trak­to­wało oczy­wi­ście o od­ży­wia­niu i spo­rcie. - Twoja mama po­szła ku­pić coś do je­dze­nia - oznaj­mił. - Clara jej to­wa­rzy­szy.

- Aha - od­rze­kła nieco za­kło­po­tana Jenny. Po czym wy­cią­gnęła naj­bliż­sze krze­sło i usia­dła na nim z lek­kim wes­tchnie­niem.

- Zmę­czona? - spy­tał Bjarne.

Jenny przy­tak­nęła.

- Ka­ta­strofa z roz­le­wem krwi w pracy - przy­znała.

Bjarne spoj­rzał na jej stopy.

- Nie po­win­naś cho­dzić w czymś ta­kim - za­uwa­żył i wska­zał na jej mo­ka­syny.

- Mam buty na zmianę w pracy - od­po­wie­działa ko­bieta, a za­raz po­tem spy­tała: - Kiedy po­je­chały?

- Twoja mama i Clara? - Bjarne do­py­ty­wał, jakby dom był pe­łen lu­dzi. - Kwa­drans temu.

- Ale prze­cież wie­działa, że przy­jadę - Jenny zdała so­bie sprawę, że za­brzmiało to zrzę­dli­wie.

- Masz ochotę na coś orzeź­wia­ją­cego? - spy­tał Bjarne i do­dał: - Wy­glą­dasz na­prawdę na zmę­czoną.

- Tak, po­pro­szę - od­po­wie­działa Jenny. I wię­cej w tym było grzecz­no­ści niż en­tu­zja­zmu.

Ocze­ki­wała, że Bjarne za­pyta, czego chcia­łaby się na­pić, ale on po pro­stu wstał i wy­szedł. Dla za­bi­cia czasu się­gnęła po ga­ze­tkę i za­częła ją prze­glą­dać. Za­kła­dała, że go­spo­darz przy­nie­sie jej po pro­stu szklankę wody. Jenny uni­kała cza­so­pism o ży­wie­niu, spo­rcie, jo­dze i wy­jaz­dach zdro­wot­nych. Wo­lała ra­czej ko­lo­rowe ma­ga­zyny o ko­sme­ty­kach i ubra­niach, naj­chęt­niej z prze­działu ce­no­wego zde­cy­do­wa­nie prze­kra­cza­ją­cego jej moż­li­wo­ści.

Zdą­żyła już przej­rzeć całe pi­semko i za­częła się za­sta­na­wiać, czy Bjarne po­szedł do są­siada, albo może za­czerp­nąć wody z fon­tanny w parku po dru­giej stro­nie ulicy. Je­śli tak, to nie za­mie­rzała jej wy­pić.

Wró­ciw­szy, Bjarne po­sta­wił przed nią szklankę. Jenny wy­trzesz­czyła oczy.

- Co to? - spy­tała, a w jej gło­sie nie było ani krzty ra­do­snego ocze­ki­wa­nia.

- Smo­othie - wy­ja­śnił we­soło Bjarne.

- Smo­othie?

Jenny wie­działa, co to smo­othie. Były ró­żowe lub zło­ci­ste i pach­niały owo­cami. To na­to­miast wy­glą­dało, jakby Bjarne za­nu­rzył szklankę w błot­ni­stej ka­łuży. Ko­bie­cie przy­szły na myśl oglą­dane filmy o kra­jach roz­wi­ja­ją­cych się, gdzie matki kar­miły swoje dzieci brudną wodą z bu­telki. Go­spo­darz usiadł na krze­śle obok.

- Spró­buj! - za­chę­cał.

Jenny wpa­try­wała się w szklankę. Na­stęp­nie przyj­rzała się Bjar­nemu. Roz­wa­żała, czy fak­tycz­nie miał za­miar ją otruć. Od­rzu­ciła jed­nak tę myśl. Prze­cież wie­dział, że Clara i Britt-Ma­rie wkrótce wrócą. Na­gle przy­szło jej do głowy coś prze­ra­ża­ją­cego. A je­żeli był se­ryj­nym mor­dercą? Może matka i córka Jenny le­żały już mar­twe albo cier­piały ka­tu­sze na pię­trze? Po­trójne mor­der­stwo. Trzy po­ko­le­nia. W ga­ze­tach będą go na­zy­wać rzeź­ni­kiem po­ko­leń.

Wie­działa, że jest nie­po­ważna, ale mimo to za­py­tała:

- Co w nim jest?

- Ziem­niaki, zie­lona ka­pu­sta i tro­chę in­nych rze­czy.

Sfor­mu­ło­wa­nie "tro­chę in­nych rze­czy" nie bu­dziło za­ufa­nia. Ziem­niaki i ka­pu­sta w za­sa­dzie też nie.

- Nie je­stem głodna - od­po­wie­działa Jenny. - Chce mi się tylko pić.

- Wy­pij. Gasi pra­gnie­nie, ma mało ka­lo­rii, a dużo war­to­ści od­żyw­czych.

Ko­bieta czuła wy­raź­nie, że chcia­łaby sie­dzieć na wła­snym ta­ra­sie i pić coś, co ma znacz­nie wię­cej ka­lo­rii i mniej war­to­ści od­żyw­czych. Umo­czyła usta w na­poju. Sma­ko­wał tak, jak wy­glą­dał. Jak woda z bło­tem. Za­sta­na­wiała się, czy Bjarne prze­pu­ścił przez so­ko­wi­rówkę nie­ob­rane, su­rowe ziem­niaki z ło­dy­gami i całą resztą. Wes­tchnęła i od­sta­wiła szklankę.

- Dzię­kuję - po­wie­działa, a po chwili za­py­tała: - Masz może tro­chę wody? Je­stem tylko spra­gniona. To tu­taj jest tro­chę za mocne.

- To tylko na­tu­ralne pro­dukty - od­parł Bjarne. Naj­wy­raź­niej wy­czuł kry­tykę.

- Aha.

- Mogę dać ci prze­pis. Po­cze­kaj. Mam bro­szurkę.

Znik­nął w głębi domu. Jenny od­pro­wa­dziła go wzro­kiem i stwier­dziła, że nie wszy­scy męż­czyźni wy­glą­dają do­brze w dżin­so­wych szor­tach. Przy­glą­dała się swo­jemu tak zwa­nemu smo­othie i za­sta­na­wiała się, czy mo­głaby je wy­lać, ale za­raz po­rzu­ciła ten po­mysł. Ist­niało ry­zyko, że wtedy Bjarne zrobi jej nowy na­pój, a to prze­cież by­łoby roz­rzut­no­ścią i mar­no­wa­niem cen­nych ziem­nia­cza­nych ło­dyg. Znowu za­częła prze­glą­dać ga­ze­tkę i tra­fiła na stronę z in­for­ma­cją o wy­jeź­dzie zdro­wot­nym. Wszystko wy­glą­dało bar­dzo pięk­nie, tak jak to zwy­kle bywa. Biały pia­sek, błę­kitna woda, atrak­cyjni lu­dzie w spor­to­wych stro­jach.

- Taka po­dróż to by było coś dla cie­bie i two­jej mamy - usły­szała Jenny zza ple­ców i aż pod­sko­czyła.

- Dość drogo - za­uwa­żyła.

- Ma­gnus pew­nie nie­źle za­ra­bia. Jako sto­ma­to­log z pry­wat­nym ga­bi­ne­tem.

Jenny nie za­mie­rzała się od­no­sić do uwagi Bjar­nego. Zło­żyła ga­ze­tkę i wy­krzyk­nęła ra­do­śnie:

- Tam idą.

- Mama! - za­wo­łała Clara.

- Jenny. - Britt-Ma­rie ob­jęła swoją córkę. - Jak to do­brze, że Bjarne się tobą za­jął - ucie­szyła się.

- Wła­śnie po­wie­dzia­łem, że to by­łaby miła po­dróż dla was obu - rzekł Bjarne, wska­zu­jąc swoje pi­semko.

- Już mi­nął ter­min - za­uwa­żyła Jenny. - To stara ga­zeta.

Bjarne spoj­rzał na nią nie­za­do­wo­lony, jakby w mię­dzy­cza­sie na wła­sna rękę parę razy ob­ró­ciła zie­mię do­okoła. Uśmiech­nął się w końcu i znów usiadł.

- Mam tu kilka pro­duk­tów... - za­gaił.

- Mamo... - za­częła Clara.

- Po­win­nam już iść - oznaj­miła Jenny.

- Chyba mo­żesz po­słu­chać Bjar­nego, on tyle wie - na­le­gała Britt-Ma­rie.

- I nie wy­pi­łaś jesz­cze swo­jego smo­othie - za­uwa­żył part­ner matki to­nem waż­niaka.

- Sma­kuje ohyd­nie - po­wie­działa bez ogró­dek Clara. - Mamo, idę po swoją torbę.

- Claro, tak się nie mówi - po­uczyła dziew­czynkę bab­cia.

- Mu­szę już iść - po­wtó­rzyła Jenny, a po­tem zwró­cił się do córki: - Świet­nie, idź, pro­szę, po swoją torbę.

- No wiesz, ja po­tra­fię bez­błęd­nie okre­ślić, czego lu­dzie po­trze­bują albo czego im brak - kon­ty­nu­ował Bjarne, uparty jak osioł.

- Je­stem zdrowa - za­pew­niła Jenny.

- Tu­taj mam to­nik, który na­leży pić rano. I trzy ro­dzaje her­bat zio­ło­wych.

- Nie prze­pa­dam za her­ba­tami zio­ło­wymi.

- Po­nadto krem oczysz­cza­jący, który po­ra­dzi so­bie z za­nie­czysz­czo­nymi par­tiami cery wo­kół nosa, i ko­jący krem na dzień. - Pro­szę! - po­wie­dział Bjarne to­nem ty­po­wym dla lu­dzi, któ­rzy uwa­żają, że po­ko­nali prze­ciw­nika w dys­ku­sji. - Wkła­dam wszystko do tej tu ma­łej to­rebki. Bro­szurka jest na spo­dzie.

Jenny chciała po pro­stu stam­tąd wyjść. Chwy­ciła to­rebkę, która była nieco cięż­sza, niż po­cząt­kowo są­dziła.

- Nie wy­pi­jesz swo­jego smo­othie? - za­wo­łał Bjarne, ale Jenny za­ma­chała od­mow­nie i w po­śpie­chu ru­szyła przed sie­bie, okrą­żyła dom i wy­szła na ulicę, z Clarą dep­czącą jej po pię­tach.