Cudzoziemskie żony i matki władców Polski - Iwona Kienzler

Kup ebooka

33.00 zł
27.39 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Wstęp

W ostat­nich latach cały świat z zapar­tym tchem śle­dził pery­pe­tie uczu­ciowe dwóch synów następcy tronu Wiel­kiej Bry­ta­nii, któ­rym udało się iść za gło­sem serca i pojąć za żony kobiety nie­wy­wo­dzące się z kró­lew­skich, a nawet ary­sto­kra­tycz­nych rodów. Wiel­kie emo­cje wzbu­dza zwłasz­cza zwią­zek młod­szego z nich, księ­cia Harry'ego, zaj­mu­ją­cego wpraw­dzie dopiero szó­ste miej­sce w kolejce do tronu, ale jako wnuka kró­lo­wej pod­le­ga­ją­cego zasa­dom, któ­rymi od wie­ków muszą się kie­ro­wać człon­ko­wie rodu panu­ją­cego. A tym­cza­sem sym­pa­tyczny książę poślu­bił Ame­ry­kankę, w dodatku aktorkę i co gor­sza roz­wódkę, Meghan Mar­kle. Jest to nie­wąt­pli­wie znak czasu, w prze­szło­ści bowiem mariaże w rodach kró­lew­skich pod­po­rząd­ko­wane były wyłącz­nie inte­re­som dyna­stii i kraju. Tym samym regu­łom pod­le­gały mał­żeń­stwa wład­ców Pol­ski, choć i w naszej histo­rii zda­rzały się związki zawie­rane z miło­ści, wbrew woli pod­da­nych. Na taki czyn powa­żył się cho­ciażby Wła­dy­sław Jagiełło, poślu­bia­jąc Elż­bietę Gra­now­ską, a po latach rów­nież jego pra­wnuk Zyg­munt August, który pojął za żonę Bar­barę Radzi­wił­łównę. Co cie­kawe, druga z wymie­nio­nych kró­lo­wych była po kądzieli potom­ki­nią pierw­szej. Takie kró­lew­skie wybryki były jed­nak rzad­ko­ścią, nasi władcy zwy­kle sta­rali się wybie­rać mał­żonki, kie­ru­jąc się dobrem dyna­stii, mając w per­spek­ty­wie soju­sze korzystne dla pań­stwa, któ­rym przy­szło im wła­dać.

Ustrój monar­chiczny w naszym pań­stwie trwał 773 lata, naj­dłu­żej wła­dzę dzier­żyła dyna­stia pia­stow­ska (od X wieku do 1370 roku) , choć, jak wia­domo, nie wszy­scy władcy tej dyna­stii zwień­czyli swe skro­nie kró­lew­ską koroną. Na dru­gim miej­scu pod wzglę­dem dłu­go­ści pano­wa­nia znaj­dują się Jagiel­lo­no­wie, panu­jący 185 lat, a na trze­cim spo­krew­nieni z nimi Wazo­wie, któ­rzy wła­dali Rzecz­po­spo­litą przez 81 lat. Dalej pla­sują się kolejno: Sasi, któ­rych pano­wa­nie trwało 66 lat (wyjąw­szy trzy­letni okres kró­lo­wa­nia Sta­ni­sława Lesz­czyń­skiego), Ande­ga­we­no­wie, rzą­dzący w Pol­sce około 17 lat oraz Prze­my­śli­dzi, zasia­da­jący na tro­nie jedy­nie 4 lata. Pozo­stały okres to czas monar­chów obie­ra­nych na dro­dze wol­nej elek­cji.

Pia­sto­wie, począw­szy od Bole­sława Chro­brego, brali sobie za żony księż­niczki i mar­gra­bianki Rze­szy, co zmie­niło się za cza­sów Kazi­mie­rza Odno­wi­ciela - odtąd pol­scy władcy życz­liw­szym okiem spo­glą­dali na Wschód. Zgod­nie z usta­le­niami współ­cze­snych histo­ry­ków wśród mał­żo­nek póź­niej­szych wład­ców, do cza­sów roz­bi­cia dziel­ni­co­wego, więk­szość sta­no­wiły wła­śnie miesz­kanki Rusi. W póź­niej­szych wie­kach znowu narze­czone czę­ściej pocho­dziły z Zachodu. Wiel­kim powo­dze­niem cie­szyły się Habs­bur­żanki, które w całej Euro­pie ucho­dziły za ide­alne mał­żonki: były ciche, posłuszne, pokorne i płodne. Także i nasi kró­lo­wie chęt­nie żenili się z człon­ki­niami owej dyna­stii, choć nie zawsze speł­niały pokła­dane w nich nadzieje: nie­ko­niecz­nie były tak pokorne i ciche, jak ocze­ki­wano, róż­nie też bywało z ich płod­no­ścią. Oprócz arcy­księż­ni­czek (taki tytuł przy­słu­gi­wał cór­kom habs­bur­skiego rodu) czy księż­ni­czek z sąsia­du­ją­cej z Pol­ską Rusi nasi władcy poślu­biali też kobiety z innych kra­jów, w tym Litwinki, Fran­cuzki czy Węgierki, w gro­nie pol­skich kró­lo­wych zna­la­zła się także Włoszka.

Jak wia­domo, mał­żeń­stwa kró­lew­skie pod­le­gały regu­łom usta­lo­nym w kontr­ak­cie mał­żeń­skim, zawie­ra­nym czę­sto po dłu­gich nego­cja­cjach. Okre­ślał on mię­dzy innymi dochody przy­szłej kró­lo­wej. Mał­żonka wno­siła posag, który król zabez­pie­czał na czę­ści swo­jego majątku sumą sta­no­wiącą jego rów­no­war­tość, zwaną przy­wian­kiem, a po śmierci męża kró­lowa otrzy­my­wała tak zwaną oprawę wdo­wią. Za cza­sów Pia­stów i Jagiel­lo­nów to monar­cha wyzna­czał oprawę, ale wraz z nasta­niem wol­nej elek­cji sprawa się nieco skom­pli­ko­wała. Zgod­nie bowiem z obo­wią­zu­ją­cym pra­wem obie­rany gło­sami szlachty król nie mógł mieć wła­snego majątku, dla­tego obo­wią­zek zabez­pie­cze­nia posagu wno­szo­nego przez kró­lową Rzecz­po­spo­lita brała na sie­bie, a oprawa kolej­nych kró­lo­wych była zabez­pie­czona na majątku pań­stwa. Za życia monar­chy jego żona była prak­tycz­nie pozba­wiona wszel­kich docho­dów, prawo do korzy­sta­nia z dóbr opraw­nych uzy­ski­wała dopiero po śmierci mał­żonka, a ponie­waż musiała utrzy­mać sie­bie oraz swój dwór, król na sej­mach podej­mo­wał sta­ra­nia o uzy­ska­nie docho­dów dla mał­żonki z innych źró­deł, zazwy­czaj zakoń­czone suk­ce­sem. Wśród żon naszych wład­ców nie bra­ko­wało też bar­dzo przed­się­bior­czych kobiet, które po śmierci mężów same dbały o swój mają­tek, znacz­nie pomna­ża­jąc nadane im dobra.

Wszyst­kie cudzo­ziem­skie księż­niczki przy­by­wa­jące do naszego kraju były na zie­miach swo­jego przy­szłego męża bar­dzo uro­czy­ście witane, ale po raz pierw­szy wjazd godny przy­szłej kró­lo­wej zgo­to­wano Bonie Sfo­rzy, która w 1518 roku przy­była do Kra­kowa, by poślu­bić króla Zyg­munta Sta­rego. Na jej cześć wszyst­kie kra­kow­skie kamie­nice, które mijała, jadąc z towa­rzy­szą­cym jej monar­chą na Wawel, zostały ude­ko­ro­wane kwia­tami i dro­go­cen­nymi tka­ni­nami. W póź­niej­szych latach to wła­śnie ten pełen prze­py­chu wjazd wło­skiej księż­niczki do sto­licy pań­stwa, któ­rego kró­lową miała wkrótce zostać, stał się wzo­rem dla kolej­nych cere­mo­nii powi­ta­nia przy­szłych mał­żo­nek pol­skich wład­ców. Bodaj naj­hucz­niej witano żony kró­lów z dyna­stii Wazów: Cecy­lię Renatę i Fran­cuzkę Marię Ludwikę Gon­zagę. Dla tej ostat­niej w Gdań­sku, dokąd przy­była 11 lutego 1646 roku, zgo­to­wano nie­za­po­mniane przy­ję­cie: jej wjazd uświet­nił paradny orszak stroj­nych cho­rą­gwi i wystrzały armat­nie. Naj­więk­sze wra­że­nie musiała jed­nak wywrzeć na przy­szłej kró­lo­wej zbu­do­wana w poło­wie ulicy Dłu­giej brama trium­falna, w któ­rej na postu­men­tach usta­wiono figury Atlasa, sym­bo­li­zu­ją­cego talent i rozum, oraz Her­ku­lesa, mają­cego uosa­biać pra­co­wi­tość. Oba posągi pod­trzy­my­wały pano­ramę Gdań­ska, uka­zaną pod łukiem tęczy, a także dzięki mecha­ni­zmom i ukry­tym w środku ludziom poru­szały się, a nawet... mówiły. I to w dwóch języ­kach: po fran­cu­sku i po łaci­nie.

Jed­nak nawet naj­wspa­nial­sze cere­mo­nie powi­talne cudzo­ziem­skich księż­ni­czek ani entu­zjazm przy­szłych pod­da­nych nie gwa­ran­to­wał im szczę­śli­wego poży­cia. Choć wiele z nich zna­la­zło miłość i szczę­ście w zaaran­żo­wa­nym bez ich udziału związku, to jed­nak nie­które musiały tole­ro­wać obec­ność kocha­nek u boku swego kró­lew­skiego mał­żonka. Bywało też, że cudzo­ziem­skie księż­niczki już po ślu­bie sta­wały wobec nie­ła­twego dyle­matu, którą ze stron kon­fliktu zbroj­nego wspie­rać, w sytu­acji gdy pań­stwo rzą­dzone przez męża zaan­ga­żo­wało się w wojnę z ich ojczy­stym kra­jem. Musiały wów­czas wybie­rać, czy sta­nąć po stro­nie męż­czy­zny, któ­remu przed ołta­rzem ślu­bo­wały miłość i wier­ność, czy opo­wie­dzieć się po stro­nie ojczy­zny i rodziny. Takiego wyboru musiały doko­nać dwie żony monar­chów, któ­rych losy opi­sane są w niniej­szej publi­ka­cji: Rycheza, żona Mieszka II, oraz Helena, mał­żonka Alek­san­dra Jagiel­loń­czyka.

Nie­miłą nie­spo­dzianką dla kobiet mają­cych poślu­bić wład­ców elek­cyj­nych było to, że ich przy­szły mąż nie cie­szył się w Rzecz­po­spo­li­tej tak wielką wła­dzą jak inni euro­pej­scy monar­cho­wie i jako król wybrany przez szlachtę musiał się liczyć ze zda­niem pod­da­nych. Co gor­sza, cho­ciaż od żony monar­chy ocze­ki­wano wyda­nia na świat syna, to nikt nie mógł zagwa­ran­to­wać, że kró­le­wicz w przy­szło­ści obej­mie tron, miał jed­nak na to spore szanse. Dla­tego zagra­niczni władcy nie kwa­pili się do wyda­wa­nia swo­ich córek za synów pol­skich monar­chów, o czym prze­ko­nała się jedna z boha­te­rek tej książki, Maria Kazi­miera Sobie­ska, marząca o ręce księż­niczki fran­cu­skiej dla swego naj­star­szego syna Jakuba.

Wśród cudzo­ziem­skich żon wład­ców Pol­ski nie bra­ko­wało sil­nych indy­wi­du­al­no­ści i wiele z nich zasłu­guje na osobną publi­ka­cję. Tu przed­sta­wiono syl­wetki kobiet, które po wyj­ściu za mąż zostały koro­no­wane i przy­słu­gi­wał im tytuł kró­lo­wej, stąd nie­obec­ność Dobrawy, któ­rej nie dane było tego dostą­pić, czy żon Bole­sława Chro­brego. Czy­tel­ni­ków może dzi­wić brak Jadwigi Ande­ga­weń­skiej, jed­nak nie jest to prze­ocze­nie: Jadwiga ni­gdy nie była kró­lową, ale kró­lem, poza tym w jej żyłach pły­nęło sporo pol­skiej i to pia­stow­skiej krwi, odzie­dzi­czo­nej zarówno po babce ze strony ojca, Elż­bie­cie Łokiet­ków­nie, jak i babce ze strony matki - Elż­bie­cie, córce księ­cia gniew­kow­skiego Kazi­mie­rza.

Przed­sta­wione w książce kró­lowe albo ode­grały ważną rolę w naszych dzie­jach, albo doro­biły się czar­nej legendy, jak Rycheza, Bona i Ludwika Maria, albo pomimo swo­ich zasług są dzi­siaj zupeł­nie zapo­mniane. Wła­śnie taki los spo­tkał dwie kró­lowe: Helenę Moskiew­ską, mał­żonkę Alek­san­dra Jagiel­loń­czyka, i Ele­onorę Habs­burg, żonę Michała Kory­buta Wiśnio­wiec­kiego. Gale­rię cudzo­ziem­skich kró­lo­wych zamyka Maria Józefa, poślu­biona Augu­stowi II z dyna­stii Wet­ti­nów, która wpraw­dzie nie odzna­czyła się niczym szcze­gól­nym, była, mówiąc kolo­kwial­nie, tylko żoną przy mężu, ale w histo­rii zapi­sała się jako ostat­nia koro­no­wana kró­lowa wol­nej Pol­ski. Poza tym na mocy Kon­sty­tu­cji 3 maja po śmierci króla Sta­ni­sława Ponia­tow­skiego tron Pol­ski miał przy­paść jej wnu­kowi, Fry­de­ry­kowi Augu­stowi, szlachta bowiem była do dyna­stii saskiej bar­dzo przy­wią­zana. Stąd też obec­ność Marii Józefy w niniej­szej publi­ka­cji.

Poznajmy zatem losy cudzo­ziem­skich kró­lo­wych, któ­rym dane było dzie­lić życie z wład­cami naszego pań­stwa i prze­ko­najmy się, ile prawdy jest w twier­dze­niu doty­czą­cym nie­któ­rych z nich, jakoby stały się złymi duchami swo­ich mężów.

Sio­strze­nica cesa­rza

Boha­terka tego roz­działu, Rycheza Lota­ryń­ska, jest pierw­szą żoną pol­skiego władcy, co do któ­rej mamy pew­ność, że została uko­ro­no­wana. Wpraw­dzie Dłu­gosz mia­nem pierw­szej kró­lo­wej naszego pań­stwa okre­śla Odę Miśnień­ską, czwartą żonę Bole­sława Chro­brego, która miała być koro­no­wana wraz z mężem w 1025 roku, ale histo­rycy nie­mal zgod­nie uznają to za wymysł śre­dnio­wiecz­nego kro­ni­ka­rza. Zwłasz­cza że z wcze­śniej­szych rela­cji wynika, iż mówiąc oględ­nie, Chro­bry nie darzył Ody zbyt moc­nym uczu­ciem. Nie dość, że ją zdra­dzał, to jesz­cze miał nie­mal ofi­cjalną nałoż­nicę i to nie byle jaką, bo wywo­dzącą się ze zna­mie­ni­tego rodu księż­niczkę Przed­sławę (według nie­któ­rych źró­deł - Prze­cławę), córkę władcy Rusi, Wło­dzi­mie­rza Wiel­kiego, i sio­strę poko­na­nego przez Chro­brego Jaro­sława Mądrego. Uczy­nie­nie z niej kró­lew­skiej kochanki było dla pol­skiego władcy nie tylko aktem zemsty za wcze­śniej­szą odmowę jej ręki, ale przede wszyst­kim żywym sym­bo­lem poko­na­nia Rusi Kijow­skiej. Chro­bry wpraw­dzie nie trzy­mał nałoż­nicy na dwo­rze w Pozna­niu czy Gnieź­nie, ale umie­ścił ją w Ostro­wie Led­nic­kim, miej­scu zda­niem bada­czy peł­nią­cym wów­czas funk­cję rezy­den­cji wypo­czyn­ko­wej władcy, gdzie czę­sto ją odwie­dzał. Co wię­cej, Bole­sław miał się docze­kać z ruską księż­niczką syna, który zmarł w dzie­ciń­stwie. Zda­niem pro­fe­sora Labudy to wła­śnie jego grób odkryto w cza­sie badań arche­olo­gicz­nych na Ostro­wie prze­pro­wa­dzo­nych przez nie­miec­kich arche­olo­gów w 1944 roku.

Poślu­bie­nie Ody dawało gwa­ran­cję pokoju mię­dzy Chro­brym a nie­miec­kim cesa­rzem Hen­ry­kiem II. Układ poko­jowy został pod­pi­sany 30 stycz­nia 1018 roku w Budzi­szy­nie i zakoń­czył trwa­jącą od 1015 roku wojnę mię­dzy pań­stwem Bole­sława a Niem­cami. Nie­mniej Oda była "tylko" córką mar­gra­biego Miśni, Chro­bry nie miał więc żad­nego poli­tycz­nego inte­resu, aby dopro­wa­dzić do jej koro­na­cji, wystar­czyło, że kró­lew­ska korona zwień­czyła jego skro­nie. Może byłoby ina­czej, gdyby władca kochał Odę, ale wydaje się, że miłość pierw­szego króla Pol­ski zdo­była tylko jedna kobieta - Emnilda Sło­wiań­ska, jego trze­cia żona, poprzed­niczka Ody. Ona też obda­rzyła Chro­brego synem i następcą - Miesz­kiem Lam­ber­tem, któ­rego naro­dziny usu­nęły w cień pier­wo­rod­nego potomka władcy, Bez­pryma, pozba­wia­jąc go praw do tronu. I fak­tycz­nie książę, owoc związku Bole­sława z Emnildą, był oczkiem w gło­wie ojca, który zapew­nił mu wykształ­ce­nie, jakiego nie powsty­dziłby się żaden inny władca ówcze­snej Europy. A ponie­waż Chro­bry marzył o kró­lew­skiej koro­nie nie tylko dla sie­bie, ale także dla uko­cha­nego syna, musiał sta­ran­nie wybrać kan­dy­datkę na synową. Naj­le­piej żeby wywo­dziła się z jakie­goś kró­lew­skiego, a jesz­cze lepiej - cesar­skiego rodu. I los mu pod tym wzglę­dem sprzy­jał, jego syn poślu­bił bowiem sio­strze­nicę samego cesa­rza Ottona III, na co, obok Opatrz­no­ści, wpływ miała oczy­wi­ście rów­nież poli­tyka.

Kró­lew­skie ambi­cje Bole­sława jesz­cze bar­dziej umoc­nił sam Otton III w 1000 roku, pod­czas słyn­nego zjazdu w Gnieź­nie. Udał się wów­czas do grobu swego nie­gdy­siej­szego przy­ja­ciela, świę­tego Woj­cie­cha, który poniósł męczeń­ską śmierć, krze­wiąc chrze­ści­jań­stwo wśród Pru­sów. W cza­sie wizyty w Gnieź­nie, będąc pod wra­że­niem przy­ję­cia, jakie urzą­dził ku jego czci pol­ski książę, Otton III, jak pisze Gall Ano­nim: "Za radą swych magna­tów dodał wobec wszyst­kich: "Nie godzi się takiego i tak wiel­kiego męża, jakby jed­nego spo­śród dostoj­ni­ków, księ­ciem nazy­wać lub hra­bią, lecz [wypada] chlub­nie wynieść go na tron kró­lew­ski i uwień­czyć koroną". A zdjąw­szy z głowy swej dia­dem cesar­ski, wło­żył go na głowę Bole­sława na [zada­tek] przy­mie­rza i przy­jaźni, i za cho­rą­giew try­um­falną dał mu w darze gwóźdź z Krzyża Pań­skiego wraz z włócz­nią świę­tego Mau­ry­cego, w zamian za co Bole­sław ofia­ro­wał mu ramię świę­tego Woj­cie­cha. I tak wielką owego dnia złą­czyli się miło­ścią, że cesarz mia­no­wał go bra­tem i współ­pra­cow­ni­kiem cesar­stwa i nazwał go przy­ja­cie­lem i sprzy­mie­rzeń­cem narodu rzym­skiego"1. Wów­czas też Otton III przy­rzekł Bole­sła­wowi, że jego syn w przy­szło­ści poślubi cesar­ską sio­strze­nicę, co byłoby bar­dzo waż­nym wyda­rze­niem dla całej przy­szłej dyna­stii. Ślub z krewną samego cesa­rza umoż­li­wiłby bowiem Pia­stom wej­ście do rodziny cesar­skiej, co było olbrzy­mim awan­sem i zaszczy­tem, zwa­żyw­szy na fakt, że ojciec pol­skiego księ­cia, Mieszko I, nawet nie śmiał sie­dzieć w obec­no­ści nie­miec­kiego mar­grafa2.

Co prawda, Otton III, któ­rego ambi­cją było zbu­do­wa­nie sil­nego, uni­wer­sa­li­stycz­nego chrze­ści­jań­skiego cesar­stwa, zmarł w 1002 roku, a więc zale­d­wie dwa lata po zjeź­dzie gnieź­nień­skim, pod­czas któ­rego sym­bo­licz­nie uko­ro­no­wał gosz­czą­cego go Pia­sta, ale Chro­bry by­naj­mniej nie zre­zy­gno­wał z ambi­cji, nawet kiedy wdał się w kon­flikt zbrojny z następcą Ottona III, Hen­ry­kiem II Świę­tym. Wojnę zakoń­czyło zawar­cie wspo­mnia­nego pokoju w Budzi­szy­nie w 1018 roku. Zanim doszło do wojny, w 1013 roku zawarto poro­zu­mie­nie w Mer­se­burgu, któ­rego gwa­ran­tem był ślub syna Chro­brego, Mieszka, z Rychezą Lota­ryń­ską, sio­strze­nicą zmar­łego Ottona, a także krewną jego następcy. Spory udział w sfi­na­li­zo­wa­niu owych mał­żeń­skich nego­cja­cji miała nie­za­stą­piona Emnilda, matka Mieszka, która oso­bi­ście jeź­dziła w tej spra­wie do Nie­miec. Następca Ottona III na cesar­skim tro­nie nie podzie­lał bowiem sym­pa­tii poprzed­nika do Chro­brego...

Rycheza, zapa­mię­tana jako pierw­sza kró­lowa Pol­ski, była owo­cem mał­żeń­stwa sio­stry cesa­rza Matyldy i pala­tyna3 reń­skiego Eren­frieda Ezzona. Zwią­zek tych dwojga był zupeł­nym ewe­ne­men­tem w cza­sach, kiedy o mał­żeń­stwie decy­do­wała wyłącz­nie racja stanu, jak rów­nież inte­resy rodowe, gdyż Ezzon i Matylda pobrali się z miło­ści. Co wię­cej, cesar­ska sio­stra, kobieta o nie­tu­zin­ko­wej oso­bo­wo­ści, wyka­zała się nie­małą odwagą, idąc za gło­sem serca i wbrew woli swego cesar­skiego brata poślu­bia­jąc pala­tyna reń­skiego, a więc czło­wieka pla­su­ją­cego się znacz­nie niżej na szcze­blach dra­biny feu­dal­nej niż ona. Naj­wi­docz­niej Otton III darzył Matyldę bra­ter­ską miło­ścią, a może zwy­czaj­nie nie miał siły, by prze­ciw­sta­wić się tak wiel­kiej indy­wi­du­al­no­ści, gdyż zacho­wał się zupeł­nie nie­sza­blo­nowo jak na władcę, któ­rego krewna popeł­niła meza­lians. Nie tylko nie oka­zał sio­strze nie­ła­ski, ale prze­łknąw­szy gorzką pigułkę, obda­rzył jej męża ogrom­nymi wło­ściami, przy­czy­nia­jąc się tym samym do wzro­stu pozy­cji Ezzona. Z cza­sem szwa­gier Ottona stał się bar­dzo ważną posta­cią w cesar­stwie.

Ezzon i Matylda docze­kali się trzech synów i sied­miu córek, w tym Rychezy. Aż sześć córek, z wyjąt­kiem naszej boha­terki, zapewne z woli rodzi­ców przy­brało habity i wszystko wska­zuje na to, że cał­kiem dobrze radziły sobie za klasz­torną furtą, ponie­waż wszyst­kie pia­sto­wały funk­cje prze­ło­żo­nych. Trudno dzi­siaj usta­lić, dla­czego to wła­śnie Rycheza jako jedyna z córek Ezzona i Matyldy nie została prze­zna­czona do zakon­nego życia. Z reguły do klasz­toru tra­fiały naj­młod­sze córki, dla któ­rych nie star­czyło środ­ków na wiano, cho­ciaż przy­szłe zakon­nice także musiały być wypo­sa­żone w sowity posag i sto­sowną wyprawę. Jeżeli z wyro­ków losu któ­raś z córek była w jakimś stop­niu upo­śle­dzona, co unie­moż­li­wiało jej zamąż­pój­ście, rów­nież tra­fiała za klasz­torną furtę. Tym­cza­sem mnisz­kami zostały jedna star­sza i pięć młod­szych sióstr Rychezy, która uro­dziła się jako czwarte dziecko Matyldy i Ezzona. Być może była naj­ład­niej­sza ze wszyst­kich dziew­cząt, ale nie­wy­klu­czone, że o jej losie zade­cy­do­wał wuj, cesarz Otton III, który sam wycho­wany przez matkę i babkę, dwie nie­za­leżne, inte­li­gentne i ambitne kobiety, wła­śnie takie cechy cenił u płci pięk­nej. A jego sio­strze­nicy inte­li­gen­cji, nie­za­leż­no­ści i ambi­cji odmó­wić nie było można. Rycheza ode­brała rów­nie sta­ranne wykształ­ce­nie, jak jej sio­stry, wiemy z pew­no­ścią, że posia­dła sztukę czy­ta­nia i pisa­nia, znała też kilka języ­ków, mię­dzy innymi łacinę. Nie­stety, ni­gdy nie nauczyła się języka pol­skiego, mowy swego mał­żonka, co nie zjed­nało jej sym­pa­tii w Pol­sce.

Daty przyj­ścia na świat Rychezy nie jeste­śmy w sta­nie usta­lić, ale przyj­muje się, że uro­dziła się około 993 roku. Co prawda, histo­ryk Pala­ty­natu Tol­ner twier­dził, że w 1000 roku, kiedy odby­wał się zjazd gnieź­nień­ski, Rycheza miała dwa­na­ście lat, ale nie mamy pod­staw, by w tej kwe­stii ufać kro­ni­ka­rzowi żyją­cemu sześć wie­ków póź­niej. Córka Matyldy mło­dość zapewne prze­żyła w klasz­to­rze, w któ­rym podob­nie jak inne dobrze uro­dzone śre­dnio­wieczne panny pobie­rała nauki. Ponie­waż jej ciotka Ade­lajda, sio­stra jej matki i Ottona III, była prze­ło­żoną klasz­toru w Kwe­dlin­burgu, histo­rycy podej­rze­wają, że rodzice Rychezy umie­ścili ją wła­śnie tam, powie­rza­jąc opiece tro­skli­wej krew­nej.

Wytworny syn bar­ba­rzyń­skiego władcy

Nie wia­domo, jak Rycheza zapa­try­wała się na plany wyda­nia jej za syna Bole­sława, możemy jed­nak podej­rze­wać, że nie była tą per­spek­tywą zachwy­cona. Przy­szły teść nie cie­szył się bowiem w jej kraju zbyt dobrą opi­nią, a wuj Rychezy, Otton III, w zachwy­tach nad jego osobą był odosob­niony. Księ­cia wła­da­ją­cego pań­stwem, które nie­dawno dołą­czyło do euro­pej­skiego grona kra­jów chrze­ści­jań­skich, uwa­żano w Niem­czech za bar­ba­rzyńcę, czło­wieka krwio­żer­czego, nie­ustę­pli­wego i chci­wego. Żyjący w cza­sach Chro­brego nie­miecki kro­ni­karz Thiet­mar opi­sy­wał go prze­cież jako władcę, który "z lisią chy­tro­ścią" połą­czył schedę po Mieszku, zgod­nie z wolą ojca podzie­loną mię­dzy synów wywo­dzą­cych się z dwóch jego mał­żeństw, w jeden orga­nizm pań­stwowy. Następ­nie, "wypę­dziw­szy maco­chę i braci oraz ośle­piw­szy swo­ich zaufa­nych Ody­lena i Przy­by­woja. Onże Bole­sław, aby tylko samemu pano­wać, pode­ptał wszel­kie prawo i spra­wie­dli­wość"4.

Fak­tem jest, że przyj­mu­jąc dzi­siej­sze kry­te­ria, Chro­bry był władcą okrut­nym, żeby nie powie­dzieć: tyra­nem, nie­stro­nią­cym od prze­mocy i gwał­tów, mają­cym na swoim kon­cie wiele grze­chów, z gwał­tem na Przed­sła­wie i ośle­pie­niem krew­nego, bra­tanka matki, Bole­sława Rudego, na czele. Także jego metody krze­wie­nia chrze­ści­jań­stwa wśród pod­da­nych budzą dzi­siaj praw­dziwą grozę, ale teść Rychezy nie był wyjąt­kiem wśród euro­pej­skich wład­ców. Wielu z nich miało na sumie­niu rów­nie krwawe zbrod­nie, nawet jeżeli póź­niej Kościół, doce­nia­jąc ich zasługi w szczyt­nym dziele nawra­ca­nia pogan na wiarę chrze­ści­jań­ską, wyniósł ich na ołta­rze. Trzeba jed­nak przy­znać, że Chro­bry, nie bez udziału Emnildy, doło­żył wszel­kich sta­rań, aby wycho­wać swo­jego syna na władcę euro­pej­skiego, co mu się zresztą udało.

Mieszko posiadł nie­ła­twą sztukę czy­ta­nia, czego nie zdo­łał ni­gdy osią­gnąć jego ojciec, nie wspo­mi­na­jąc o dziadku, po któ­rym odzie­dzi­czył imię. Pisać zapewne nie umiał, ale pamię­tajmy, że w owych cza­sach na dzie­sięć osób potra­fią­cych czy­tać tylko jedna umiała samo­dziel­nie sta­wiać litery, a przy tym pisa­nie było uzna­wane nie tyle za umie­jęt­ność przy­datną, ile za rze­mio­sło. A żaden sza­nu­jący się władca śre­dnio­wieczny nie parał się prze­cież rze­mio­słem, bo było to zaję­cie nie­godne. Śmiało za to możemy uznać Mieszka za poli­glotę, gdyż wiemy, że wła­dał kil­koma języ­kami, oprócz pol­skiego i zapewne nie­miec­kiego posłu­gi­wał się także łaciną i greką. Wpraw­dzie zna­jo­mość greki nie była ówcze­snym ludziom do niczego potrzebna, ale posłu­gi­wa­nie się języ­kiem Homera każ­demu przy­da­wało pre­stiżu. Tak się bowiem zło­żyło, że za sprawą Teo­fano, matki Ottona III, z pocho­dze­nia księż­niczki bizan­tyj­skiej, która po śmierci swo­jego męża, cesa­rza Ottona II, przez ponad dzie­sięć lat spra­wo­wała regen­cję w imie­niu swego mało­let­niego syna, w całej zachod­niej Euro­pie zapa­no­wała moda na grekę. Umoc­nił ją jesz­cze Otton III, bie­gle posłu­gu­jący się tym języ­kiem, jak rów­nież zakła­dane za regen­cji jego matki wpły­wowe klasz­tory pro­mu­jące kul­turę Bizan­cjum, które funk­cjo­no­wały mię­dzy innymi w Reiche­nau, Kolo­nii, Leodium, Dijon, Gone i Toul. Dla Mieszka nauka greki nie była fana­be­rią, ale koniecz­no­ścią - młody książę, syn władcy pań­stwa, które dopiero nie­dawno przy­łą­czyło się do chrze­ści­jań­skiej Europy, udo­wad­niał w ten spo­sób, że Pia­sto­wie nie są bar­ba­rzyń­cami, lecz peł­no­praw­nymi człon­kami euro­pej­skiej elity. Nie­obce mu były także mean­dry wiel­kiej poli­tyki, pierw­sze szlify w dyplo­ma­cji zdo­by­wał jako poseł wysy­łany przez ojca za gra­nicę, a Chro­bry zadbał też, aby uko­chany syn zapo­znał się rów­nież z rze­mio­słem woj­sko­wym i trudną sztuką dowo­dze­nia armią.

Nie wiemy, jak wyglą­dał przy­szły mąż Rychezy, ale można domnie­my­wać, że Mieszko Lam­bert odzie­dzi­czył po ojcu syl­wetkę, był więc wysoki i bar­czy­sty, ale w prze­ci­wień­stwie do Chro­brego, który w dru­giej poło­wie życia miał taką nad­wagę, że musiano mu poma­gać przy wsia­da­niu na konia, był szczu­pły. Zapewne wyglą­dał tak, jak spor­tre­to­wano go na minia­tu­rze zamiesz­czo­nej w Kodek­sie Matyldy, przy­sła­nym mu przez księżnę Matyldę Szwab­ską, żonę Hen­ryka II z Lota­ryn­gii. Wspo­mniana minia­tura jest naj­star­szym wize­run­kiem pol­skiego władcy i choć karta z por­tre­tem Mieszka zagi­nęła, to zacho­wała się jej dokładna kopia. Piast przed­sta­wiony jest tu jako szczu­pły męż­czy­zna o dość przy­jem­nej twa­rzy, uwagę zwraca sta­ran­nie przy­strzy­żona bródka. Co cie­kawe, zda­niem bada­czy to wła­śnie owa bródka wska­zuje, że jest to rze­czy­wi­ście por­tret Bole­sła­wo­wica. W cza­sach gdy roz­gry­wały się opi­sy­wane tu wyda­rze­nia, Niemcy sta­ran­nie golili twa­rze, nato­miast brody, mniej lub bar­dziej przy­strzy­żone, były cha­rak­te­ry­styczną cechą ówcze­snych Sło­wian. Na pod­sta­wie powyż­szych prze­sła­nek można sądzić, że Mieszko Lam­bert pre­zen­to­wał się bar­dzo dobrze, zapewne prze­wyż­sza­jąc pod tym wzglę­dem nie­jed­nego mło­dzieńca na cesar­skim dwo­rze. Rycheza musiała być zado­wo­lona z doko­na­nego za nią wyboru kan­dy­data na męża.

A jak wyglą­dała narze­czona Pia­sta? Nie zacho­wał się żaden por­tret pierw­szej kró­lo­wej Pol­ski poza sche­ma­tycz­nym wize­run­kiem na jej pie­częci. Jed­nak na pod­sta­wie oglę­dzin jej szkie­letu doko­na­nych przez nie­miec­kich uczo­nych w 1959 roku można stwier­dzić, że była nie­wy­soka i drob­nej budowy. W trak­cie tych oglę­dzin stwier­dzono, że musiała być zapa­loną ama­zonką, gdyż odkryto ślad po zła­ma­niu oboj­czyka, co było bar­dzo czę­stą kon­tu­zją pod­czas jazdy kon­nej. A w owych cza­sach jazda konna nie była popu­larna wśród kobiet, które wolały podró­żo­wać w wygod­nych karo­cach, w pozy­cji pół­le­żą­cej wsparte na mięk­kich jedwab­nych podusz­kach. Jed­nak pełna ener­gii Rycheza naj­wi­docz­niej lubiła galo­po­wać na koniu.

Jak już wspo­mniano, Mieszko Lam­bert nie był pier­wo­rod­nym synem Bole­sława. Naj­star­szym męskim potom­kiem był Bez­prym, owoc dru­giego mał­żeń­stwa Bole­sława z nie­znaną z imie­nia węgier­ską księż­niczką. Być może była nią Karolda, córka księ­cia Sied­mio­grodu Gyuli, lub, co jest znacz­nie mniej praw­do­po­dobne, Judyta Gej­zówna, córka władcy węgier­skiego z dyna­stii Arpa­dów. Księż­niczka owa nie zaznała szczę­ścia u boku pol­skiego księ­cia, skoro ten z nie­zna­nych przy­czyn odpra­wił ją zale­d­wie po roku wspól­nego poży­cia i to mimo że obda­rzyła go synem, który oczy­wi­ście wycho­wy­wał się na dwo­rze ojca. Zda­niem współ­cze­snych bada­czy przy­czyną odpra­wie­nia księż­niczki był wła­śnie Bez­prym, który... nie był synem Bole­sława! Ist­nieje hipo­teza, wpraw­dzie dość kar­ko­łomna, ale zara­zem intry­gu­jąca, jakoby Bez­prym był owo­cem przed­mał­żeń­skiego romansu przy­szłej żony Chro­brego, a ona, wycho­dząc za mąż za pol­skiego władcę, była już w ciąży. Nawet jeżeli tak było i w żyłach uro­dzo­nego pomię­dzy 986 a 987 rokiem chłopca nie pły­nęła pia­stow­ska krew, a on był pasier­bem, a nie synem Bole­sława, to nie prze­kre­ślało to jego praw do schedy po Bole­sła­wie. Bez­prym ucho­dził za bio­lo­gicz­nego syna władcy i nikt nie był w sta­nie udo­wod­nić, że nim nie jest. Nawia­sem mówiąc, ode­sła­nie jego matki nie­malże w połogu, na krótko po uro­dze­niu przez nią następcy tronu, było bez­pre­ce­den­so­wym zda­rze­niem na euro­pej­skich dwo­rach, więc może rze­czy­wi­ście Bez­prym nie był synem Chro­brego, ale jedy­nie oso­bli­wym "posa­giem" wnie­sio­nym przez drugą żonę władcy. Wszystko wska­zuje jed­nak, że Bole­sław liczył się z tym, iż jego pier­wo­rodny przej­mie po nim wła­dzę. Nie dość, że nie ode­słał go razem z matką na Węgry, to jesz­cze trzy­mał przy sobie aż do dnia, gdy na świe­cie poja­wił się jego następny syn, Mieszko. Dopiero wów­czas, uznaw­szy, że jego suk­ce­sja jest zabez­pie­czona, Chro­bry ode­słał Bez­pryma do odle­głego klasz­toru Świę­tego Romu­alda w pobliżu Rawenny. Pamię­ta­jąc o woj­nie, jaką sto­czył ze swymi przy­rod­nimi braćmi, wolał zawczasu zapo­biec bra­to­bój­czej walce swo­ich dwóch synów.

A może było jesz­cze ina­czej? Ostat­nio poja­wiła się hipo­teza, zgod­nie z którą Bez­prym nie­jako na wła­sne życze­nie stra­cił prawo do tronu, bo pier­wot­nie to wła­śnie on, a nie Mieszko, miał prze­jąć schedę po Bole­sła­wie, on też miał poślu­bić cesar­ską sio­strze­nicę. Tym­cza­sem mło­dzie­niec, mający w dniu zjazdu gnieź­nień­skiego zale­d­wie trzy­na­ście lub czter­na­ście lat, uległ fascy­na­cji dwu­dzie­sto­let­nim cesa­rzem, który zara­ził go swoją skłon­no­ścią do misty­cy­zmu. Jest bar­dzo praw­do­po­dobne, że i Otton obda­rzył Bez­pryma sym­pa­tią i popro­sił Chro­brego, aby jego naj­star­szy syn towa­rzy­szył mu w dro­dze do Rzymu, na co pol­ski książę nie­chęt­nie udzie­lił zgody. W Ita­lii Bez­prym zetknął się z cie­szą­cym się wów­czas wiel­kim powa­ża­niem Romu­al­dem z Camal­doli, krze­wią­cym ide­ały pustel­ni­czego życia, któ­rego w 1481 roku Kościół wyniósł na ołta­rze. I to wła­śnie on namó­wił księ­cia do rezy­gna­cji z dóbr docze­snych i obra­nia życia zakon­nego. Z per­spek­tywy współ­cze­snego czło­wieka takie postę­po­wa­nie wydaje się nie­do­rzeczne. Bez­prym miał bowiem dobro­wol­nie dać się zamknąć w klasz­to­rze, któ­rego klau­zura naka­zy­wała bez­względne mil­cze­nie i usta­wiczne posty, a tym­cza­sem w domu cze­kało na niego dostat­nie życie, wła­dza i bogac­two. W dodatku, postę­pu­jąc w ten spo­sób, nara­ził się na gniew ojca, który nie sły­nął z łagod­no­ści. Pamię­tajmy jed­nak, że Bez­prym był wów­czas nasto­lat­kiem, był więc w wieku, w któ­rym czło­wiek jest wyjąt­kowo podatny na mani­pu­la­cje, zwłasz­cza ze strony osób w jego oczach cie­szą­cych się auto­ry­te­tem. A Romu­ald był auto­ry­te­tem nawet dla samego Ottona III. Poza tym był wła­śnie rok 1000, w któ­rym zda­niem wielu miał nastą­pić koniec świata i w każ­dym nie­szczę­ściu, które doty­kało ówcze­snych ludzi, dopa­try­wano się zna­ków rychłego przyj­ścia Chry­stusa i sądu nad ludz­ko­ścią. Po co zatem mar­twić się o wła­dzę i dobra docze­sne, skoro świat wła­śnie się koń­czy? I co zna­czy gniew ojca, nawet naj­po­tęż­niej­szego ziem­skiego księ­cia, wobec gniewu samego Boga?

Zda­niem pro­fe­sora Bła­żeja Śli­wiń­skiego to jed­nak nie decy­zja Bez­pryma o pozo­sta­niu w klasz­to­rze prze­kre­śliła jego szansę na prze­ję­cie tronu, ale póź­niej­sze, znacz­nie dra­ma­tycz­niej­sze wypadki. Młody książę z cza­sem zmie­nił zda­nie i uległ wresz­cie woli ojca, a ponie­waż nie zdą­żył jesz­cze zło­żyć ślu­bów, mógł wró­cić do kraju. Wpraw­dzie namy­ślał się dość długo, bo w drogę powrotną wyru­szył dopiero w 1004 roku, ale osta­tecz­nie postą­pił po myśli Chro­brego. Wra­ca­jąc, prze­jeż­dżał przez Cze­chy, gdzie jak twier­dzi pro­fe­sor Śli­wiń­ski, spo­tkała go tra­giczna w skut­kach przy­goda, która osta­tecz­nie wyklu­czyła Bez­pryma z walki o tron. W owym cza­sie Cze­chami wła­dał Prze­my­ślida, książę Jaro­mir, mający na pieńku z Chro­brym. W nie­zna­nych oko­licz­no­ściach cze­ski władca poj­mał Bez­pryma i kazał go wyka­stro­wać. W ten spo­sób Jaro­mir miał się odpła­cić Chro­bremu za to, że nie­gdyś tak samo postą­pił wobec niego jego wła­sny star­szy syn, Bole­sław Rudy, będący wier­nym sojusz­ni­kiem Chro­brego. Tylko że w tym wypadku zemsta nie miała sensu, nie­gdy­siej­szy prze­śla­dowca Jaro­mira został bowiem przez pol­skiego władcę, swego nie­gdy­siej­szego sprzy­mie­rzeńca, w 1003 roku ośle­piony i pozba­wiony tronu, by resztę swo­jego mar­nego żywota spę­dzić w Kra­ko­wie. Można więc uznać, że spra­wie­dli­wość doko­nała się sama i szu­ka­nie zemsty na nie­win­nym Bez­pry­mie było bez­sen­sowne. Jeżeli jed­nak Jaro­mir rze­czy­wi­ście kazał wyka­stro­wać pol­skiego następcę tronu, to nie­szczę­sny Bole­sławowic jako trze­bie­niec nie miał szans na schedę po ojcu i prawo dzie­dzi­cze­nia auto­ma­tycz­nie prze­szło na dru­giego pod wzglę­dem star­szeń­stwa Mieszka.

W tym miej­scu należy dodać, iż kastra­cja była dość sku­tecz­nym spo­so­bem na usu­nię­cie poli­tycz­nych kon­ku­ren­tów. W śre­dnio­wie­czu pozba­wie­nie władcy męsko­ści było rów­no­znaczne z jego śmier­cią cywilną. Monar­cha ośle­piony, pozba­wiony języka lub innych człon­ków pozo­sta­wał w oczach pod­da­nych na­dal osobą godną sza­cunku, ale władca wyka­stro­wany tra­cił wszelką szansę na wła­da­nie. Nie możemy wyklu­czyć, że sprawy nie przy­brały aż tak dra­ma­tycz­nego biegu i za pozba­wie­niem Bez­pryma praw do tronu stała Emnilda, uko­chana żona Chro­brego, która swo­imi intry­gami spra­wiła, że naj­star­szy syn jej męża został prze­zna­czony do stanu duchow­nego.

Tak czy ina­czej, kiedy Rycheza została żoną Mieszka Lam­berta, jej mąż był następcą tronu i dumna cesar­ska krewna mogła z opty­mi­zmem patrzeć w przy­szłość. Mał­żo­nek, a w per­spek­ty­wie czasu także jej syn, któ­rego spo­dzie­wała się docze­kać z Miesz­kiem, miał być władcą potęż­nego pań­stwa. Wszystko wska­zy­wało też, że ich mał­żeń­stwo będzie uda­nym związ­kiem, skoro paso­wali do sie­bie niczym dłoń do ręka­wiczki. Oboje byli bowiem mło­dzi, zapewne uro­dziwi, inte­li­gentni, wykształ­ceni, jak rów­nież lubo­wali się w księ­gach i uczo­nych dys­pu­tach. Nie­stety, los szy­ko­wał Ryche­zie bar­dzo nie­miłą nie­spo­dziankę.

Rycheza, Mieszko i "ta trze­cia"

Ze względu na to, że nie­miec­kie źró­dła nie wspo­mi­nają o cere­mo­nii zaślu­bin Rychezy z pol­skim księ­ciem, histo­rycy przy­pusz­czają, iż ślub pary odbył się w Pol­sce. Nie­wąt­pli­wie Chro­brego roz­pie­rała duma i miał ku temu uza­sad­nione powody: dzięki mał­żeń­stwu jego syna i sio­strze­nicy Ottona III Pia­sto­wie wcho­dzili do kręgu naj­waż­niej­szych dyna­stii ówcze­snej Europy. W żyłach Rychezy pły­nęła bowiem nie tylko krew panu­ją­cych wów­czas Ludol­fin­gów, ale i samego Karola Wiel­kiego, o cesa­rzach bizan­tyj­skich nie wspo­mi­nając. Za jej sprawą wnuki Chro­brego dzie­dzi­czy­łyby zatem tra­dy­cję Cesar­stwa Rzym­skiego, zarówno zachod­niego, jak i wschod­niego.

Rycheza do kraju swo­jego mał­żonka przy­wio­zła nie tylko cenne przed­mioty codzien­nego użytku, ale także spi­sany na tablicy pas­chal­nej5 tak zwany Rocz­nik Rychezy, sta­no­wiący kon­ty­nu­ację Rocz­nika koloń­skiego. Po jej przy­jeź­dzie pro­wa­dzono go na­dal, naj­pierw w Gnieź­nie, a potem w Kra­ko­wie, doku­men­tu­jąc dzieje rodu Pia­stów. Zda­niem wielu współ­cze­snych histo­ry­ków to wła­śnie z tego doku­mentu, oprócz legend i opo­wie­ści zacho­wa­nych w for­mie ust­nej, korzy­stał Gall Ano­nim, jak rów­nież auto­rzy Rocz­nika świę­to­krzy­skiego daw­nego oraz Rocz­nika kapi­tuły kra­kow­skiej. Nie­stety, przy­wie­ziony przez Rychezę ory­gi­nał nie zacho­wał się do naszych cza­sów. Co cie­kawe, to wła­śnie żonie Mieszka II zawdzię­czamy rów­nież znaną wszyst­kim pol­skim dzie­ciom legendę o Popielu zje­dzo­nym przez myszy. Ta sama legenda od dawna była znana w ojczyź­nie Rychezy, acz­kol­wiek jej boha­te­rem nie był Popiel, ale zupeł­nie ktoś inny. Jak to zwy­kle bywa z tego typu histo­riami, z cza­sem w nieco zmo­dy­fi­ko­wa­nej wer­sji przy­jęła się w naszej rodzi­mej tra­dy­cji jako przy­po­wieść o karze, jaka słusz­nie spo­tkała nie­go­dzi­wego władcę. Nie­miecka księż­niczka zapo­cząt­ko­wała w naszym kraju także kult Świę­tego Miko­łaja.

Po przy­jeź­dzie do Pol­ski cesar­ska krewna, przy­zwy­cza­jona do stan­dar­dów obo­wią­zu­ją­cych na zachod­nich dwo­rach, musiała prze­żyć roz­cza­ro­wa­nie. Wpraw­dzie jej mąż wykształ­ce­niem i manie­rami nie odbie­gał od zachod­nio­eu­ro­pej­skich ksią­żąt, ale dwór, na któ­rym przy­szło jej żyć, nie przy­po­mi­nał tego, do czego była przy­zwy­cza­jona. Dla poboż­nej, wycho­wa­nej w klasz­to­rze Rychezy szo­kiem musiała być też świa­do­mość, że w kraju jej męża wciąż domi­nuje pogań­stwo i więk­szość pod­da­nych Chro­brego wrogo odnosi się do kościo­łów budo­wa­nych w miej­scach kultu daw­nych bóstw. Zapewne na nie­chęć do chrze­ści­jań­stwa miał wpływ spo­sób, w jaki Bole­sław sta­rał się utrwa­lić tę wiarę u swo­ich pod­da­nych. Efekty jego okrut­nych poczy­nań były chyba dość mizerne, skoro Rycheza szybko zorien­to­wała się, że nową wiarę wyzna­wał tylko dwór i sto­sun­kowo nie­wielka grupa moż­nych. Przy­naj­mniej ofi­cjal­nie ją wyzna­wali, nie można bowiem wyklu­czyć, że wielu z nich pota­jem­nie wciąż odda­wało cześć pogań­skim bóstwom. Z całą pew­no­ścią nato­miast niż­sze war­stwy spo­łe­czeń­stwa były wierne wie­rze­niom przod­ków, czego dowo­dem były pogań­skie rewolty, raz po raz wybu­cha­jące w róż­nych czę­ściach roz­le­głego pań­stwa Chro­brego, a naj­po­waż­niej­szy bunt zwo­len­ni­ków przy­wró­ce­nia kultu bogów przod­ków wybuchł pod koniec pano­wa­nia władcy, kiedy ten pla­no­wał swoją koro­na­cję. Bez wąt­pie­nia taki stan rze­czy bolał Rychezę, która posta­no­wiła wzbo­ga­cić swoją nową ojczy­znę o kilka kościo­łów i klasz­to­rów.

Chyba naj­więk­szego roz­cza­ro­wa­nia przy­spo­rzyło mło­dej wład­czyni odkry­cie, że jej poślu­biony przed Bogiem i ludźmi mąż kocha inną kobietę. Co gor­sza, owa kobieta była... jego żoną, tak przy­naj­mniej uważa część histo­ry­ków. Wbrew pozo­rom, Mieszko nie był biga­mi­stą, a przy­naj­mniej nie w rozu­mie­niu prawa obo­wią­zu­ją­cego wów­czas w pań­stwie Chro­brego. Jego pierw­szy zwią­zek nie był bowiem sakra­men­tal­nym mał­żeń­stwem pobło­go­sła­wio­nym przez kapłana, ale mał­żeń­stwem zawar­tym według oby­czaju sło­wiań­skiego. Książę nie był w tej kwe­stii wyjąt­kiem: sło­wiań­skie śluby były powszech­nie prak­ty­ko­wane w ówcze­snej Pol­sce, zwłasz­cza że pol­ski Kościół nie dys­po­no­wał ani odpo­wied­nią liczbą świą­tyń, ani duchow­nych mogą­cych udzie­lać wszyst­kim chęt­nym ślu­bów. Z tego względu ist­niało przy­zwo­le­nie na takie de facto pogań­skie śluby. Wyjąt­kiem byli władcy, któ­rzy jako poma­zańcy Boży musieli zawie­rać mał­żeń­stwa przed ołta­rzem. Jeżeli Mieszko Lam­bert rze­czy­wi­ście wziął ślub w obrządku sło­wiań­skim, potwier­dza­łoby to teo­rię, że to nie on, ale Bez­prym pier­wot­nie miał być następcą Chro­brego. Kiedy jed­nak utra­cił to prawo, z przy­czyn opi­sa­nych wcze­śniej, Chro­bry sta­now­czo zażą­dał od Mieszka, by ten odpra­wił uko­chaną i pojął za żonę krewną cesa­rza. Młody książę, który zapewne szcze­rze kochał sło­wiań­ską mał­żonkę, postą­pił zgod­nie z wolą ojca, ale ku zdzi­wie­niu Bole­sława, choć zgo­dził się pojąć za żonę Rychezę, to jed­nak sta­now­czo odmó­wił odpra­wie­nia sło­wiań­skiej żony. Był to pierw­szy przy­pa­dek w jego życiu, kiedy powa­żył się prze­ciw­sta­wić woli potęż­nego ojca. A Bole­sław osta­tecz­nie ustą­pił, naj­wy­raź­niej uzna­jąc, że syn będzie dzie­lił łoże zarówno z poślu­bioną przed Bogiem mał­żonką, jak i kochaną "sło­wiań­ską żoną". Zda­nie syno­wej w tej kwe­stii zupeł­nie go nie obcho­dziło, zresztą on sam, dopóki w jego życiu nie poja­wiła się Emnilda, trak­to­wał kobiety dość instru­men­tal­nie. Rycheza jed­nak była dumną cesar­ską krewną, nie­odrodną wnuczką Teo­fano, i nie mogła ścier­pieć innej kobiety u boku mał­żonka, zwłasz­cza że Mieszko docze­kał się z tą kobietą syna, któ­remu nawet miał czel­ność dać imię Bole­sław, po swoim ojcu. A prze­cież zgod­nie z tra­dy­cją powi­nien je nosić syn Rychezy jako pra­wo­wity następca tronu.

Nie wiemy, jak nazy­wała się uko­chana Bole­sła­wo­wica, być może miała na imię Dobrawa lub Dąbrówka. Co wię­cej, nie mamy pew­no­ści, czy... rze­czy­wi­ście ist­niała, gdyż histo­ria o pierw­szej sło­wiań­skiej mał­żonce Mieszka Lam­berta jest wyłącz­nie hipo­tezą. I wbrew uty­ski­wa­niom prze­ciw­ni­ków tezy o jej ist­nie­niu jest to hipo­teza dość praw­do­po­dobna. Jak wspo­mniano, po ślu­bie ksią­żęca kon­ku­bina na­dal miesz­kała na dwo­rze, ale Mieszko, zapewne nie chcąc draż­nić żony, doko­nał zmyśl­nego manewru, wyda­jąc swoją uko­chaną za mąż za pew­nego dwo­rza­nina imie­niem Embrich, który do Pol­ski przy­był razem z Rychezą. Oczy­wi­ście wcze­śniej zjed­nał dwo­rza­nina boga­tymi darami.

Rycheza po ślu­bie z Miesz­kiem zamiesz­kała z nim na Wawelu, Chro­bry bowiem wydzie­lił swo­jemu synowi osobną dziel­nicę i wszystko wska­zuje na to, że była to wła­śnie zie­mia kra­kow­ska. Wraz z mał­żon­kami na Wawel udała się także Dobrawa z mężem. Nie wiemy, czy ta misty­fi­ka­cja z prze­my­ce­niem kochanki do Kra­kowa udała się Miesz­kowi, choć moż­liwe, że Rycheza począt­kowo żyła w nie­świa­do­mo­ści, zwłasz­cza że mał­żo­nek, posłuszny woli sro­giego ojca, wiele czasu spę­dzał z nią w łoż­nicy, sta­ra­jąc się o męskiego potomka, choć począt­kowo bez rezul­tatu, co zapewne mar­twiło księżną. W owych cza­sach winą za brak potom­stwa obar­czano bowiem wyłącz­nie kobiety. W 1014 roku Ryche­zie przy­był kolejny powód do zmar­twień: z woli Chro­brego Mieszko wyje­chał do sąsied­nich Czech, by pozy­skać przy­chyl­ność władcy tego pań­stwa, księ­cia Udal­ryka, dla soju­szu prze­ciwko cesar­stwu. Nie­spo­dzie­wa­nie Mieszko został pod­stęp­nie poj­many i uwię­ziony. Na cze­ka­jącą na niego w wawel­skim zamku Rychezę padł strach, mąż mógł bowiem zgi­nąć, być ośle­piony albo, co jesz­cze gor­sze, wyka­stro­wany. Per­spek­tywa życia z kastra­tem, bez nadziei na potom­stwo, z pew­no­ścią mar­twiła Rychezę. Jej prze­czu­cia na szczę­ście się nie spraw­dziły - książę wró­cił zdrów i cały, zacho­wu­jąc wzrok oraz męskość, w czym nie­małą rolę ode­grał Hen­ryk II, spo­krew­niony z Rychezą.

W lipcu 1016 roku Rycheza i Mieszko docze­kali się pierw­szego dziecka, syna, któ­remu nadano nie­spo­ty­kane wcze­śniej w pia­stow­skiej dyna­stii typowo sło­wiań­skie imię Kazi­mierz. Trudno wyobra­zić sobie, by wła­śnie takie imię wybrała dla pier­wo­rod­nego potom­kini cesa­rzy, zwłasz­cza że chło­piec otrzy­mał na dru­gie znacz­nie god­niej­sze imię - Karol. Zapewne była to decy­zja męża, który być może nie ucie­szył się z przyj­ścia na świat męskiego potomka, miał już bowiem syna Bole­sława, który był znacz­nie bliż­szy jego sercu. To jego w przy­szło­ści chciał uczy­nić swoim następcą. Póki żył ojciec, miał zwią­zane ręce, ale posta­no­wił powziąć kon­kretne kroki, kiedy tylko Chro­bry umrze. Zda­niem wielu bada­czy dowo­dem dyna­stycz­nych pla­nów Mieszka miało być wła­śnie imię nadane synowi Rychezy - Kazi­mierz, ozna­cza bowiem czło­wieka sza­nu­ją­cego roz­kazy. Książę wyraź­nie dawał do zro­zu­mie­nia, że syn jego i Rychezy miałby być powolny roz­ka­zom ojca. Histo­rycy, odrzu­ca­jący hipo­tezę o ist­nie­niu Dobrawy, a tym bar­dziej syna będą­cego owo­cem jej związku z pia­stow­skim księ­ciem, podają inne zna­cze­nie imie­nia nada­nego na chrzcie pier­wo­rod­nemu Rychezy. Ich zda­niem Kazi­mierz ozna­cza czło­wieka, który "kazi mir", a więc mąci pokój, a nadano je chłopcu na cześć wiel­kiego dziada po mie­czu. Wła­śnie w ten spo­sób zakli­nano rze­czy­wi­stość, mając nadzieję, że malec, kiedy osią­gnie wiek męski, pój­dzie w ślady Chro­brego, pro­wa­dząc zwy­cię­skie boje i przy­spa­rza­jąc Pol­sce nowych ziem i chwały. Tylko dla­czego, chcąc uho­no­ro­wać dziada, nie dano wnu­kowi na imię Bole­sław? A może na dwo­rze rósł już inny chło­piec o tym imie­niu, będący owo­cem związku Mieszka z jego kochanką, a raczej sło­wiań­ską żoną?

Oprócz Kazi­mie­rza Rycheza i Mieszko docze­kali się jesz­cze dwóch córek, ale znamy tylko imię młod­szej z nich, póź­niej­szej żony księ­cia kijow­skiego Izja­sława I - Ger­trudy. Trzeba przy­znać, że w kwe­stii potom­stwa Mieszko i jego mał­żonka mieli dość skromny doro­bek, przy­naj­mniej w porów­na­niu z rodzi­cami Rychezy, któ­rzy docze­kali się co naj­mniej dzie­się­ciorga dzieci. Zda­niem wielu histo­ry­ków świad­czy to o dość chłod­nych rela­cjach łączą­cych tę parę, bo prze­cież dba­łość o cią­głość dyna­stii była nad­rzęd­nym obo­wiąz­kiem każ­dego władcy, zwłasz­cza jeśli weź­mie się pod uwagę wysoką śmier­tel­ność wśród dzieci w owych cza­sach. Naj­wi­docz­niej Mieszko odwie­dzał łoże żony tylko z obo­wiązku, sta­ra­jąc się obco­wać z nią jak naj­rza­dziej.

Rycheza miała ambi­cje poli­tyczne i nie była tylko mał­żonką następcy tronu. Ist­nieją dowody, że reali­zo­wała się jako wład­czyni w dziel­nicy poda­ro­wa­nej mężowi przez Chro­brego, dopro­wa­dza­jąc Kra­ków do roz­kwitu. Zda­niem Romana Micha­łow­skiego księż­nej marzyło się prze­isto­cze­nie grodu w ośro­dek dorów­nu­jący Akwi­zgra­nowi, który był jed­nym z naj­waż­niej­szych miast wcze­sno­śre­dnio­wiecz­nego Zachodu. Wska­zuje na to wręcz ude­rza­jące podo­bień­stwo mię­dzy Kra­ko­wem z cza­sów Mieszka II i Rychezy a ówcze­snym Akwi­zgra­nem. Za sprawą księż­nej na Wawelu powstały kościoły pod wezwa­niem świę­tego Gere­ona oraz świę­tych Feliksa i Adaukta, któ­rych kult wcze­śniej na zie­miach pol­skich był prak­tycz­nie nie­znany. Jak na wnuczkę Teo­fano przy­stało, Rycheza zaan­ga­żo­wała się w poli­tykę, wspo­ma­ga­jąc swego teścia w jego sta­ra­niach o koronę. Nie ma wpraw­dzie na to dowo­dów, ale można przy­pusz­czać, że to wła­śnie synowa Chro­brego pro­wa­dziła nie­ła­twe roko­wa­nia w tej kwe­stii, przy czym nego­cjo­wała zapewne nie tyle z samym Kon­ra­dem II Salic­kim, który zastą­pił nie­chęt­nego Chro­bremu Hen­ryka II, ile z jego żoną Gizelą. Tak się bowiem zło­żyło, że mał­żonka Kon­rada II znacz­nie prze­wyż­szała męża pod wzglę­dem inte­lek­tu­al­nym i Rycheza mogła łatwiej zna­leźć wspólny język z nią niż z Kon­ra­dem. W efek­cie sta­rań Rychezy nie­miecki władca wpraw­dzie nie dał ofi­cjal­nej zgody na koro­na­cję Pia­sta, ale się jej gło­śno nie sprze­ci­wił, a to już bar­dzo uła­twiało pod­ję­cie dal­szych kro­ków. Nale­żało się spie­szyć, bo wpraw­dzie Chro­bry nie był sędzi­wym star­cem, miał nie­spełna sześć­dzie­siąt lat, ale bar­dzo nie­do­ma­gał. Na szczę­ście wszystko udało się zała­twić na czas i naj­praw­do­po­dob­niej w Wiel­ka­noc 1025 roku pol­ski władca speł­nił marze­nie swo­jego życia, nakła­da­jąc na swe skro­nie kró­lew­ską koronę. Nie cie­szył się długo kró­lew­skim tytu­łem, gdyż 17 czerwca tego samego roku zmarł.

Nie mamy pew­no­ści, kiedy jego następca został kró­lem: według nie­któ­rych Mieszko i Rycheza zostali koro­no­wani tego samego dnia co Bole­sław, zda­niem innych doszło do tego już po zgo­nie Chro­brego. W każ­dym razie wkrótce po śmierci ojca Mieszko wraz żoną prze­nie­śli się do Gnie­zna. Rycheza została kró­lową i nie zamie­rzała być tylko bierną żoną, ale zabrała się do poli­tyki, co nie zna­la­zło uzna­nia w oczach mał­żonka. A prze­cież Mieszko dora­stał w domu, w któ­rym pierw­sze skrzypce grała jego matka. Nie stro­niła wpraw­dzie od poli­tyki, ale w prze­ci­wień­stwie do wielu aktyw­nych kobiet swo­ich cza­sów Emnilda ni­gdy otwar­cie nie wtrą­cała się w sprawy pań­stwa, będąc raczej przy­sło­wiową szyją krę­cącą głową, czyli mężem. Poza tym Mieszko wystar­cza­jąco długo był powolny roz­ka­zom ojca, by teraz słu­chać kogo­kol­wiek, a zwłasz­cza wła­snej żony. Uwol­niony od obec­no­ści Chro­brego mógł wresz­cie być samo­dziel­nym władcą, jed­nak w dąże­niach do nie­za­leż­no­ści nie dostrze­gał, że Rycheza mogłaby mu sku­tecz­nie pomóc. A prze­cież już na początku swego pano­wa­nia musiał bory­kać się z braćmi, mają­cymi spory ape­tyt na schedę po ojcu. Jego żona mogła też dostrze­gać rysy na tej potęż­nej budowli o nie­sta­bil­nych fun­da­men­tach, jaką nie­wąt­pli­wie była Pol­ska pozo­sta­wiona Miesz­kowi w spadku przez Chro­brego. Ale i ona nie umiała postę­po­wać z mężem ani scho­wać dumy i ambi­cji do kie­szeni. Wypada zgo­dzić się z Kami­lem Janic­kim piszą­cym, że mał­żeń­stwo Mieszka i Rychezy "było jak wielki kocioł. Pły­wały w nim ura­żona duma, cho­ro­bliwa nie­uf­ność i zra­niona ambi­cja. Wśród gęstego, ohyd­nego płynu wiro­wały wza­jemne pre­ten­sje i nie­speł­nione ocze­ki­wa­nia"6. W tym sta­dle zabra­kło też spo­iwa, jakim jest miłość. Rycheza była w sta­nie wiele prze­łknąć, ale kiedy mąż zaczął afi­szo­wać się z kochanką, ura­żona duma księż­nej kazała jej spa­ko­wać manatki i wynieść się do Kra­kowa, w któ­rym zresztą czuła się znacz­nie lepiej niż w Gnieź­nie.

Gall Ano­nim, Kro­nika pol­ska, http://www.sp86krakow.pl/doku­menty/gall.pdf [wróć]

Mar­graf (ina­czej: mar­gra­bia) - zwierzch­nik mar­chii w śre­dnio­wie­czu. [wróć]

Pala­tyn, ina­czej komes pała­cowy (łac. comes pala­ti­nus) - zarządca dworu kró­lew­skiego, zastę­pu­jący władcę przy wyda­wa­niu sądów. Tytuł ten nosili począt­kowo naj­wyżsi sądowi przed­sta­wi­ciele nie­miec­kich kró­lów, póź­niej stał się tytu­łem nie­miec­kich ksią­żąt feu­dal­nych. [wróć]

Kro­nika Thiet­mara, przekł. M.Z. Jedlicki, Kra­ków 2012, s. 84. [wróć]

Tablica pas­chalna - zesta­wie­nie świąt wiel­ka­noc­nych, będące pod­stawą do obli­cza­nia ter­mi­nów kościel­nych świąt rucho­mych w kolej­nych latach. [wróć]

K. Janicki, Damy ze skazą. Kobiety, które dały Pol­sce koronę, Kra­ków 2016, s. 237. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki