Cudze życie. Nowy początek - Paweł Nowak

Kup ebooka

39.90 zł
33.38 zł (33,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Kim jestem? A może kim byłam? Zadaję sobie to pyta­nie od wielu dni, a może nawet wielu mie­sięcy. Tkwię w jakimś zawie­sze­niu pomię­dzy sobą z prze­szło­ści, kobietą, która zde­rzyła się z teraź­niej­szo­ścią, a wła­snymi ocze­ki­wa­niami wobec mojej przy­szło­ści.

Nic już nie będzie takie samo... bo nie może być. Czy ludzie potra­fią się zmie­nić? Czy rze­czy­wi­ście, jeśli od zawsze masz pewne prze­ko­na­nia, wie­rzysz w jakieś prawdy, jedna roz­mowa, nawet taka jak moja z Grze­go­rzem, może zmie­nić życie, i to o sto osiem­dzie­siąt stopni?

A jed­nak... jeśli śmierć dziecka nie jest w sta­nie odmie­nić czło­wieka... to co może? Zadaję sobie to pyta­nie każ­dego dnia. Chcę być innym czło­wie­kiem, ale się boję. Chcę współ­czuć, wspie­rać, ale nie wiem, czy potra­fię. Więc kim jestem?! Pro­szę, powiedz mi!

Byłam już wcze­śniej w kościele... nie w cza­sie mszy... ostat­nio rzadko przy­cho­dzę tutaj pod­czas nabo­żeń­stwa. Nie potra­fię się sku­pić, nie potra­fię wów­czas zadać tych pytań, na które cią­gle ocze­kuję odpo­wie­dzi. Mil­czysz, Boże! Nie chcesz ze mną roz­ma­wiać... a może nie masz już nic wię­cej do powie­dze­nia, a jakaś mała część mnie chcia­łaby zane­go­wać to, co, jak mi się wydaje, zro­zu­mia­łam z roz­mowy z Grze­go­rzem. Bo jego spo­wiedź zmie­niła wszystko i to jedno wiem na pewno, ni­gdy nie będę mogła być dawną sobą.

Tak bar­dzo, Boże, boję się... boję się znów zawieść. Zawsze chcia­łam być w cie­niu, uni­kać kon­fron­ta­cji, uni­kać pokusy zmiany swo­jego życia. Ale moje życie stale się zmie­nia. Zmie­niło się, kiedy wypro­wa­dził się Antek, zmie­niło, kiedy umarł... i zmie­niło, kiedy pozna­łam Grze­go­rza. Więc kim mam być teraz? Czego ode mnie, Boże, ocze­ku­jesz?

Dorota patrzyła wprost w twarz drew­nia­nej figury Chry­stusa. Tak jakby na­dal nie była w sta­nie samo­dziel­nie pod­jąć decy­zji. Tak jakby wycze­ki­wała kolej­nego bodźca do zmiany. Bała się, że zawo­dzi, że choć sta­rała się zro­zu­mieć, to na­dal jakaś jej cząstka mówiła nie. Liczyła, że w kościele wyda­rzy się coś, co będzie tym bra­ku­ją­cym ele­men­tem, który pozwoli jej pójść dalej.

Ostat­nio źle sypiała. Co noc wra­cał do niej w snach Antek. Nic nie mówił, tylko patrzył na nią z oddali. A ona bała się do niego podejść. Chciała, ale nie była w sta­nie ruszyć się z miej­sca. Wie­działa, że cze­goś od niej ocze­kuje, że coś nie pozwala mu odejść i jest to zwią­zane z nią.

Dorota spu­ściła głowę, przy­my­ka­jąc oczy, łzy spły­wały jej po policzku. Naprawdę nie chciała nikogo zawieść, ani Magdy, ani Grze­go­rza, ani Antka... nawet samej sie­bie.

Obok niej usiadł ksiądz Artur. Po chwili ciszy chwy­cił ją za ramię, ta zlęk­niona jego nagłą obec­no­ścią odru­chowo wyrwała łokieć.

- Nie chcia­łem cię prze­stra­szyć - powie­dział, uśmie­cha­jąc się blado.

- Ksiądz Artur! - rzu­ciła zasko­czona. - Prze­pra­szam, nie zauwa­ży­łam księ­dza.

- Nic nie szko­dzi. Nie widuję cię ostat­nio zbyt czę­sto.

Dorota zaczer­wie­niła się, znała się z księ­dzem od dawna, wie­działa, że jej nie­obec­ność pod­czas nie­dziel­nej mszy zosta­nie zauwa­żona.

- To nie tak, jestem tu bar­dzo czę­sto... po pro­stu... po pro­stu potrze­buję chwili ciszy. Sku­pie­nia... muszę poroz­ma­wiać...

- Możesz ze mną - zare­ago­wał szybko. - Kie­dyś dużo roz­ma­wia­li­śmy.

- Tak, wiem... - Myślami wró­ciła na Złotą. Przy­po­mniała sobie roz­mowę z Grze­go­rzem i to, jak trudno było jej się na nią zdo­być. Dziś, patrząc w oczy księ­dza Artura, pomy­ślała, że wcale nie chce z nim roz­ma­wiać. Nie na ten temat.

- Coś cię trapi - oznaj­mił, widząc jej nie­pew­ność.

- Pro­szę księ­dza, po pro­stu... być może... czuję... wiem, że żyłam w kłam­stwie. Że wcale nie byłam dobrym czło­wie­kiem. Że okła­my­wa­łam Boga, Antka, samą sie­bie. To, że Antek był gejem, nie było niczym złym i ja jestem winna jego śmierci. Bo nie umia­łam go poko­chać takiego, jakim stwo­rzył go Bóg. Że mogłam temu zapo­biec... przy­naj­mniej pró­bo­wać.

- Pro­szę nie mie­szaj do tego Boga! - prze­rwał sta­now­czo jej wywód.

- Słu­cham?

- Nie mie­szaj Boga do wyna­tu­rzeń two­jego syna! Nie obwi­niaj Boga o jego błędy! Antek mógł wybrać wła­ściwą drogę, nie chciał jej, uległ poku­sie. Bo był słaby... nie udźwi­gnął krzyża, który...

- Zamilcz! - prze­rwała mu ostro. Zde­cy­do­wa­nie za gło­śno jak na miej­sce, w któ­rym się znaj­do­wała. W jej żyłach się goto­wało. Serce zaczęło bić znacz­nie szyb­ciej, a oddech dra­stycz­nie przy­spie­szył... Czuła, że musi zare­ago­wać, powie­dzieć "nie" tym kłam­stwom, w które nie chciała już wie­rzyć. Znów przy­po­mniała sobie słowa Grze­go­rza. Słowa, w któ­rych nie było oskar­żeń, nie było fał­szu. A za to żal, wyrzuty sumie­nia i poczu­cie winy.

- Co się z tobą dzieje? Wiesz, że zawsze chcia­łem pomóc.

- Nie­prawda! - zaprze­czyła sta­now­czo. - Nikt z nas nie pró­bo­wał mu pomoc. Nikt z nas nie pró­bo­wał go zro­zu­mieć. Każdy chciał go zmie­nić, zmie­nić jego życie. Chcie­li­śmy zmie­nić cudze życie, aby nasze stało się prost­sze!

- Doroto, naprawdę nie możesz się obwi­niać. Pomogę...

- NIE! Ksiądz nie jest w sta­nie mi pomóc... ani niczego zaofe­ro­wać. Zrobi to tylko ktoś, kto powie mi coś nowego...

Rozdział I

Roz­dział I

Nie mam do cie­bie siły - powie­dział zre­zy­gno­wany Tomasz, odkła­da­jąc ste­to­skop na biurko i sia­da­jąc na obro­to­wym skó­rza­nym fotelu. - Nie mia­łem gor­szego pacjenta. - Chwy­cił się za swoje dłu­gie brą­zowe włosy, zacze­su­jąc je do tyłu. Spoj­rzał wod­ni­stymi nie­bie­skimi oczami na Grze­go­rza, który wyglą­dał znów jak małe dziecko, zupeł­nie tak samo jak przy pierw­szej wizy­cie. - Dla­czego jesteś taki nie­od­po­wie­dzialny! To do cie­bie zupeł­nie nie­po­dobne, wał­ko­wa­li­śmy to setki razy, nie możesz prze­rwać tera­pii nawet na jeden dzień. Wirus momen­tal­nie się...

- ...namnoży - dokoń­czył za niego Grze­gorz, zapi­na­jąc man­kiet bia­łej koszuli.

Świa­tło sło­neczne odbi­ja­jące się od zło­tych spi­nek nakie­ro­wało się wprost na czoło Tomka niczym żółta smuga lasera namie­rza­jąca go sobie na cel. Ten jed­nak nie zwra­cał zupeł­nie na to uwagi. Patrzył na Grze­go­rza z mie­szanką bez­sil­no­ści, wście­kło­ści i wiel­kiego zawodu, a jego krza­cza­ste brwi złą­czyły się rap­tem w jedną gładką linię.

- Tak, wiem - potwier­dził Grze­gorz zre­zy­gno­wa­nym tonem. - Powta­rzasz mi to od bli­sko dzie­się­ciu lat, prak­tycz­nie co trzy mie­siące. Znam twoje słowa na pamięć: "Jeśli prze­sta­niesz brać leki, poziom two­jej wire­mii momen­tal­nie wysko­czy w górę..." - prze­drzeź­niał zachryp­nięty głos leka­rza.

- Skoro wiesz to wszystko, to dla­czego się do tego nie sto­su­jesz?! Było już tak dobrze, wyda­wało mi się, że wypra­co­wa­li­śmy jakieś zasady, na które się zgo­dzi­łeś.

- Mia­łem po co - stwier­dził cicho, nie patrząc na Toma­sza. - Mia­łem dla kogo...

- Grze­siek! Masz dopiero pięć­dzie­siąt lat. Do tego pierw­szy raz w całej mojej wie­lo­let­niej prak­tyce lecze­nia HIV widzę kogoś, kto ma tak silny orga­nizm! Dla­czego tego nie sza­nu­jesz!? Czy nie rozu­miesz, że możesz przez to umrzeć?!

Grze­gorz tylko wzru­szył ramio­nami.

Na ten gest Tomasz wstał, oparł ręce na bla­cie i przy­bli­żył twarz do twa­rzy Grze­go­rza i na niego krzyk­nął:

- Rozu­miesz! Kurwa!

- A może nie chcia­łem żyć? - odpo­wie­dział zre­zy­gno­wa­nym tonem, licząc, że w ten spo­sób skoń­czą ten temat.

- Jeśli tak, to w tej chwili dzwo­nię na oddział psy­chia­tryczny i każę cię tam zamknąć!

- Prze­stań - popro­sił.

Grze­gorz zaczął cho­dzić po gabi­ne­cie. Zatrzy­mał się przy sze­ro­kich oknach wycho­dzą­cych na Wisłę. Rzeka jak zawsze pły­nęła sta­łym spo­koj­nym nur­tem, igno­ru­jąc zupeł­nie pro­blemy miesz­kań­ców mia­sta, dla któ­rych sta­no­wiła źró­dło życia. Miała swój cel, była potrzebna. Się­gnął wzro­kiem dalej i dostrzegł most Świę­to­krzy­ski... uko­chany most Antka, most, na któ­rym się poznali, o któ­rym nie­raz roz­ma­wiali, na któ­rym Antek umarł. W gło­wie ryso­wały mu się szyb­kie obrazy: zgu­biona smycz, uśmiech, tele­fon, nie­ru­choma postać, kałuża krwi, kartka z tym prze­klę­tym napi­sem... Odwró­cił wzrok i potrzą­snął głową, by jak naj­szyb­ciej wyrzu­cić je z pamięci.

- Od kiedy nie bie­rzesz leków? - zapy­tał krótko Tomek, prze­glą­da­jąc jego wyniki badań.

- Nie pamię­tam - odrzekł zgod­nie z prawdą Grze­gorz. - Trzy, może cztery tygo­dnie, ale od pię­ciu dni znów biorę je regu­lar­nie.

- Boże!

- Jest aż tak źle? - zapy­tał cicho.

- Twoje wyniki są nie­przy­zwo­icie dobre - stwier­dził lekarz z wyraź­nym zasko­cze­niem, ale i z ulgą. - Masz wyraź­nie za mało czer­wo­nych krwi­nek, ale wygląda mi to tylko na początki ane­mii. Pew­nie nie jadasz ostat­nio nor­mal­nie, zwa­żyw­szy na spa­dek two­jej wagi. Ule­czalne - dodał z uśmie­chem. - Widać kostu­cha nie za bar­dzo chce się z tobą zaprzy­jaź­nić.

- Wredna suka - odburk­nął pod nosem Grze­gorz.

- Że co? - Tomasz po raz pierw­szy uśmiech­nął się nie­śmiało.

- Wredna suka - powtó­rzył. - Pew­nie tylko czeka, aby zgar­nąć kogoś, kto mógłby stać mi się choć odro­binę bliż­szy.

- Och, Grze­go­rzu. - Lekarz wyjął receptę z dru­karki i zło­żył na niej koślawy pod­pis, po czym podał mu ją ze sło­wami: - Masz brać jedną tabletkę dzien­nie, naj­le­piej do śnia­da­nia, które też masz jeść! - Pogro­ził mu pal­cem, jakby kar­cił małego chłopca. - Możesz brać je razem z tablet­kami na two­jego wirusa. Będę tego pil­no­wać. Ostrze­gam cię! Kolejna wizyta za mie­siąc, a nie za trzy! Zro­zu­mia­łeś!?

- Nie groź mi, gów­nia­rzu - odpo­wie­dział z uśmie­chem. - Cho­ciaż to tylko trzy lata, ale na­dal jestem od cie­bie star­szy.

- Stary i głupi - pod­su­mo­wał krótko Tomasz. - A tak poważ­nie, trzy­masz się jakoś? - W jego gło­sie teraz naprawdę sły­chać było tro­skę, która nie miała nic wspól­nego z rela­cją lekarz-pacjent.

- Jest lepiej, dużo lepiej niż kilka tygo­dni temu. Naprawdę! - zapew­nił go, widząc nie­prze­ko­naną minę Toma­sza.

- Mar­twię się o cie­bie i to nie dla­tego, że jestem twoim leka­rzem. Mar­twię się o cie­bie jak o przy­ja­ciela. Nie powi­nie­neś być sam.

- Nie­po­trzeb­nie - zapew­nił go, nie patrząc mu w oczy, tylko zło­żył receptę wpół i scho­wał ją do kie­szeni gar­ni­tu­ro­wych spodni.

- Może chciał­byś z kimś poga­dać... Nie, pocze­kaj, wiem, że jesteś silny, ale nawet silni ludzie potrze­bują cza­sem wspar­cia psy­cho­loga. Mam kole­żankę, która spe­cja­li­zuje się...

- Tomek - prze­rwał mu kolejny raz - nie trzeba, mia­łem z kim poga­dać, wła­śnie to mi pomo­gło. Taka roz­mowa utwier­dziła mnie w prze­ko­na­niu, że mogę jesz­cze komuś pomóc, że z jakie­goś powodu muszę dalej wałę­sać się po tym prze­klę­tym świe­cie.

- Mam nadzieję, że mówisz prawdę, wiesz, że zawsze możesz też do mnie zadzwo­nić. - Wycią­gnął ku niemu ręce, chcąc się z nim poże­gnać uści­skiem.

- Wiem, Tomek. - Odwza­jem­nił gest. - Dzię­kuję... za wszystko.

Już miał wycho­dzić, kiedy usły­szał żar­to­bliwe zawo­ła­nie Toma­sza:

- Powi­nie­neś umó­wić się z kimś na seks!

Grze­gorz cof­nął dłoń znad klamki, odwra­ca­jąc się w jego stronę. Był prze­ko­nany, że ujrzy przy­ja­ciela z uśmie­chem na twa­rzy, spra­wia­ją­cego wra­że­nie, jakby wła­śnie rzu­cił tani żart dla roz­luź­nie­nia atmos­fery, a tym­cza­sem Tomek stał na bacz­ność z nie­zwy­kle poważną miną, w bia­łym kitlu, jako dok­tor prze­ka­zu­jący zale­ce­nia lekar­skie, a nie przy­ja­ciel udzie­la­jący "porad" sta­remu gejowi.

- Tomek, robisz sobie ze mnie jaja? - zapy­tał gło­sem peł­nym nie­do­wie­rza­nia.

- By­naj­mniej, daję ci przy­ja­ciel­ską radę.

- Kilka mie­sięcy temu stra­ci­łem uko­chaną osobę.

- Nie każę ci się uma­wiać na randkę czy brać ślub. Zale­cam zaspo­ko­je­nie pod­sta­wo­wej potrzeby każ­dego czło­wieka - powie­dział z tą samą lekar­ską powagą.

- Mam HIV. - Grze­gorz nie dawał za wygraną.

- I rekor­dowo niski poziom wirusa we krwi, bie­rzesz leki, a tak na mar­gi­ne­sie, pamię­taj o obo­wiąz­ko­wym uży­wa­niu kon­do­mów.

- Jestem gejem! - zare­ago­wał na to Grze­gorz zre­zy­gno­wa­nym tonem.

- No to aku­rat słaby argu­ment. - Uśmiech­nął się. - Grze­siek, mówiąc teraz poważ­nie, naprawdę uwa­żam, że musisz poczuć się znów face­tem, musisz się dowar­to­ścio­wać. Może to ego­istyczne, ale nie jestem tylko leka­rzem, ale i twoim przy­ja­cie­lem. Nie musisz być całe życie ide­alny, odku­pi­łeś już swoje winy, powi­nie­neś znów poczuć się pożą­dany, pod­nieść swoją samo­ocenę. Chcę, żebyś spo­tkał się z kimś na seks.

Grze­gorz patrzył na swo­jego leka­rza, jakby zoba­czył go pierw­szy raz w życiu. Ni­gdy przez te wszyst­kie lata nie otrzy­mał od niego tak, jak mu się wyda­wało, kurio­zal­nej rady, że nawet nie wie­dział, jak na nią zare­ago­wać.

- Prze­my­ślę to - powie­dział w końcu i nie pozwa­la­jąc już na odpo­wiedź, wyszedł z gabi­netu i zamknął za sobą drzwi.

Sta­nął przed lustrem w szpi­tal­nym kory­ta­rzu. Z odbi­cia w srebr­nej tafli patrzył na niego doj­rzały męż­czy­zna. "Doj­rzały czy stary". Przyj­rzał się swo­jej zadba­nej bro­dzie, która spo­so­bem strzy­że­nia pod­kre­ślała wyra­zi­ste, męskie rysy jego szczęki. Spoj­rzał na na­dal gęste włosy i prze­cze­sał je dło­nią. Na opusz­kach pal­ców zatrzy­mało się kilka poje­dyn­czych wło­sów. "To tylko ane­mia, zacznę brać te tabletki". Spró­bo­wał się uśmiech­nąć i zauwa­żył, że na­dal ma śnież­no­białe zęby. "Nie jest tak źle", pomy­ślał, mimo tego, że jego oczy pozo­stały nad wyraz smutne i zga­szone. Przyj­rzał się swemu odbi­ciu uważ­niej i dostrzegł siwe kępki na wypie­lę­gno­wa­nym zaro­ście, któ­rych, miał wra­że­nie, jest znacz­nie wię­cej niż jesz­cze pół roku temu. Sta­nął bli­żej lustra i dostrzegł, że pomię­dzy gęstymi wło­sami wyraź­nie odzna­czają się srebrne nici. Pró­bo­wał się uśmiech­nąć, potem zro­bić zasko­czoną, smutną i prze­ra­żoną minę. Zmarszczki na czole, policz­kach i kurze łapki nie chciały się wygła­dzać, uświa­da­mia­jąc mu o nie­uchron­nym upły­wie czasu.

- Jesteś stary! - powie­dział do lustra, a w gło­wie ponow­nie zabrzmiały mu słowa Tomka: "Powi­nie­neś spo­tkać się z kimś na seks". - Czy kto­kol­wiek chciałby upra­wiać seks z tak sta­rym face­tem jak ja?

Poczuł się nie­atrak­cyjny, wręcz brzydki. Pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio dostał erek­cji... Czy to zna­czy, że wraz ze stratą Antka prze­stał być face­tem? Wcze­śniej o tym nie myślał, nie miało to dla niego zna­cze­nia, teraz poczuł się jed­nak tak, jakby kolejny raz ktoś coś mu zabrał.

Ruszył swoim bia­łym jagu­arem w drogę, myślami był jed­nak zupeł­nie gdzie indziej. Prze­mie­rzał zatło­czone ulice sto­licy znacz­nie wol­niej, niż robił to zazwy­czaj. Gdyby ktoś obser­wo­wał go z boku, uznałby go za fatal­nego kie­rowcę lub tury­stę, który nie zna mia­sta.

Doje­chał wła­śnie do skrzy­żo­wa­nia Alei Jero­zo­lim­skich z Emi­lii Pla­ter, która pro­wa­dziła do wjazdu do Żagla przy Zło­tej 44, gdy zasko­czyło go czer­wone świa­tło. Zatrzy­mał się tak gwał­tow­nie, że pasy bez­pie­czeń­stwa szarp­nęły go do tyłu. Auto­ma­tyka zatrza­snęła się, unie­moż­li­wia­jąc ruch.

"Cho­lerna kostu­cha" - pomy­ślał - "nawet w samo­cho­dzie nie chce się do mnie dobrać". Spoj­rzał w lusterko nad swoją głową. Cią­gnął się za nim sznur samo­cho­dów do skrętu. Jego uwagę przy­kuła jed­nak cienka linia pod okiem. Głę­boka nowa zmarszczka ryso­wała się na jego twa­rzy. Zmarszczka, któ­rej, był pewny, jesz­cze godzinę temu nie miał.

Nagle dobie­gło go gło­śne wycie klak­so­nów, ale zanim się zorien­to­wał, skąd dobiega dźwięk, wyprze­dziło go szare audi. W środku sie­dział młody chło­pak, który uchy­lił szybę i zaczął na niego wrzesz­czeć:

- Kurwa, dziadku, nie widzisz, że masz zie­lone!?

"Dziadku" - to jedyne słowo, które zare­je­stro­wał.

- Ja pier­dolę, nie dość, że ślepy, to jesz­cze głu­chy! - wrzesz­czał dalej mło­dziak. - Jak stać cię na taki samo­chód, to powinno cię być stać także na porząd­nego kie­rowcę! - I nie cze­ka­jąc na jego odpo­wiedź, pognał dalej z piskiem opon. Za nim sły­chać było już kolejne popę­dza­jące klak­sony. Grze­gorz szybko więc wrzu­cił bieg i skrę­cił w ulicę pro­wa­dzącą do jego apar­ta­mentu. W gło­wie jed­nak na­dal sły­szał niczym echo: "Dziadku".

*

Sie­dział na pod­wie­szo­nym do sufitu fotelu w swoim miesz­ka­niu. W ręku miał kie­li­szek bia­łego wina, obser­wo­wał zachód słońca nad sto­licą. Robił to co wie­czór od dnia ich spo­tka­nia z Dorotą. Wyobra­żał sobie, że z każ­dym zacho­dem żegna się z Ant­kiem. Tego dnia było jed­nak ina­czej niż zwy­kle. Poza tęsk­notą, która stała się nie­od­łącz­nym ele­men­tem jego codzien­no­ści, ana­li­zo­wał rów­nież wszystko to, co wyda­rzyło się tego dnia. Czuł się stary...

Wcze­śniej nie zasta­na­wiał się nad swoim wie­kiem, ni­gdy nie miało to dla niego zna­cze­nia. Ryszard, firma, tera­pia, Magda, Antek... zawsze było coś do zro­bie­nia, nie obcho­dził go upływ czasu. Teraz, kiedy pozwo­lił wresz­cie odejść Ant­kowi i zro­zu­miał, że z jakie­goś nie­po­ję­tego powodu powi­nien dalej żyć, poczuł się dziw­nie samotny.

Obo­wiązki służ­bowe roz­dzie­lił pomię­dzy zaufane osoby, wie­dział, że zosta­wił je w dobrych rękach. Dorota, któ­rej chciał pomóc, już wyje­chała... W jego życiu nie było kolej­nego celu. Celu, który zawsze miał.

Pomy­ślał o Mag­dzie, ale czuł, że nie chce jej teraz widzieć, że to nie jest osoba, która będzie w sta­nie go zro­zu­mieć. Nie mógł znieść jej bia­do­le­nia i narzu­ca­nia się z pomocą.

Pomy­ślał o swo­ich sta­rych przy­ja­cio­łach, a raczej o tym, co po nich zostało, momen­tal­nie poża­ło­wał, że gdy był jesz­cze z Ryszar­dem, ogra­ni­czył zna­jo­mo­ści gejow­skie.

Kiedy zresztą zmarł Boguś, towa­rzy­stwo powoli się wykru­szało. Jędrzej, reali­zu­jąc zgod­nie z zamia­rem karierę drag queen, jakimś cudem poznał pew­nego mło­dzieńca, który oka­zał się synem oli­gar­chy z Rosji. Przy pierw­szej nada­rza­ją­cej się oka­zji wyemi­gro­wał z kraju, pod­kre­śla­jąc w ten spo­sób swoją tęsk­notę za PRL-em. Jacek, po odwiecz­nej nie­rów­nej walce ze swoją sek­su­al­no­ścią, osta­tecz­nie zwią­zał się z kobietą, zry­wa­jąc tym samym wszyst­kie kon­takty gejow­skie, gdyż "nie chciał wodzić się na poku­sze­nie".

Grze­gorz z Ryszar­dem uni­kali nowych kon­tak­tów z branży, poświę­cili czas na roz­wój swo­jego związku, podró­żo­wali po świe­cie, trzy­mali się bli­sko Magdy oraz przy­ja­ciół z hete­ryc­kiego świata, któ­rzy gdy docze­kali się dzieci, prze­szli w stan "wiecz­nego braku czasu".

Czy rze­czy­wi­ście czeka go samotna przy­szłość, w tym pięk­nym miesz­ka­niu, z każ­dym kolej­nym zacho­dem słońca. Sta­rość, któ­rej ni­gdy się nie bał, a która teraz stała się dziw­nie nama­calna.

Spoj­rzał na swój tele­fon, docho­dziła dwu­dzie­sta pierw­sza. Przy­po­mniał sobie ponow­nie słowa Tomka: "Powi­nie­neś umó­wić się z kimś na seks". Czy naprawdę tego chciał? Czy to mogło spra­wić, że samot­ność będzie mniej bole­sna, niż zakła­dał?

Wykrę­cił pierw­szy z brzegu numer sek­ste­le­fonu, który zna­lazł w inter­ne­cie. Długi sygnał ocze­ki­wa­nia, a potem infan­tylny dźwięk przy­po­mi­na­jący lolitkę z tanich por­no­sów nagrany na auto­ma­tyczną sekre­tarkę.

- Witaj w gniazdku roz­ko­szy, co możemy dla cie­bie zro­bić? Powiedz nam, czego pra­gniesz, a speł­nimy twoje wszyst­kie ocze­ki­wa­nia.

"To żało­sne" - pomy­ślał i wstyd mu było, że nie roz­łą­cza tego połą­cze­nia.

- Jestem gejem - zwró­cił się do auto­matu.

- Nie sły­szę cię, kotku, powtórz swoje żąda­nie - ode­zwał się ten sam intymny głos auto­ma­tycz­nej sekre­tarki. Naj­wi­docz­niej jego odpo­wiedź nie była uwzględ­niona w jej nagra­niach.

- Chcę poga­dać z chło­pa­kiem! - krzyk­nął, czu­jąc wstyd i zaże­no­wa­nie.

- Pocze­kaj na mnie, zaraz połą­czę cię z wła­ściwą osobą, roz­grzej już swego ogiera.

"Boże, ratuj!!!" - krzyk­nął w duchu. Bał się spoj­rzeć w lustro, był pewien, że jego twarz spur­pu­ro­wiała.

Chwila ciszy, a potem, zamiast dźwięku połą­cze­nia roz­le­gło się Dla Elizy Beetho­vena. Grze­gorz nie wie­rzył wła­snym uszom, muzyka kla­syczna w ocze­ki­wa­niu na sek­ste­le­fon. Roze­śmiał się na cały głos. Dono­śny rechot, nie­obecny tutaj od dłuż­szego czasu, wypeł­nił cały apar­ta­ment. Po chwili jed­nak muzyczka uci­chła, a po dru­giej stro­nie roz­legł się niski basowy głos sty­li­zo­wany na męż­czy­znę, ale mimo wszystko kobiecy.

- Co jest, maleńki? Widzę, że lubisz się zaba­wić...

Grze­gorz wybuch­nął jesz­cze więk­szym śmie­chem. Nie był w sta­nie się opa­no­wać. Ten pokaz eufo­rii chyba znie­chę­cił jego roz­mów­czy­nię, bo osta­tecz­nie sama prze­rwała połą­cze­nie.

Śmiał się jesz­cze długo po skoń­cze­niu tej roz­mowy. Osta­tecz­nie stwier­dził, że był to świetny pomysł, gdyż dawno nic nie spra­wiło mu tyle rado­ści, jak to quasi-sek­su­alne doświad­cze­nie. Kiedy się opa­no­wał, wes­tchnął jed­nak głę­boko, uświa­da­mia­jąc sobie, jak jego życie musi być smutne, skoro zde­cy­do­wał się na taki krok.

Chwy­cił ponow­nie swój tele­fon, prze­glą­da­jąc apli­ka­cje do pobra­nia, i wów­czas mignęła mu przed oczami złota ikonka z pod­pi­sem Grindr.

Ni­gdy wcze­śniej jej nie uży­wał. Wie­dział jed­nak dosko­nale, do czego służy. "Powi­nie­neś umó­wić się z kimś na seks". Czy wła­śnie nie tego potrze­bo­wał teraz? Czy los sam mu nie pod­po­wia­dał, co powi­nien teraz zro­bić?

Nie zasta­na­wiał się dłu­żej, zain­sta­lo­wał apli­ka­cję. Witamy w apli­ka­cji Grindr, naj­lep­szej apli­ka­cji rand­ko­wej dla gejów w twoim mie­ście. Podaj swoje hasło. Wpi­sał ciąg naj­czę­ściej zapa­mię­ty­wa­nych cyfr. Podaj swój login: Daddy189. "Żenu­jące" - pomy­ślał. Podaj swoje mia­sto. War­szawa. Podaj swój wiek. Tutaj chwilę się zasta­no­wił, osta­tecz­nie wpi­su­jąc 39. Twoje konto zostało zak­tu­ali­zo­wane, dodaj swoje zdję­cie i ciesz się rand­kami z innymi gejami w two­jej oko­licy.

Spoj­rzał na ekran, który zaświe­cił się licz­nymi pro­fi­lami prze­róż­nych face­tów. Chłop­ców, zapewne w czę­ści nie­peł­no­let­nich, ale też umię­śnio­nych bycz­ków, fety­szy­stów, gru­bych misiów, chu­der­la­wych skej­tów, a nawet face­tów, któ­rzy na pewno bar­dziej przy­po­mi­nali dziad­ków niż on sam.

Z jakie­goś powodu bał się dodać zdję­cie. Czuł, że obec­ność tutaj jest formą zdrady. Kolejne pół godziny spę­dził zatem, prze­glą­da­jąc zdję­cia, czy­ta­jąc szcząt­kowe opisy. Ni­gdy wcze­śniej nie korzy­stał z tej apli­ka­cji, bo żył w mono­ga­micz­nym związku. Teraz był z jed­nej strony prze­ra­żony, z dru­giej zachwy­cony tym, jak świat i tech­nika poszły do przodu.

Więk­szość infor­ma­cji o czło­wieku, które nor­mal­nie poznałby na pierw­szym czy dru­gim spo­tka­niu, tu została zawarta w krót­kim opi­sie, łącz­nie z pre­fe­ren­cjami i fan­ta­zjami sek­su­al­nymi poten­cjal­nego part­nera. W tym świe­cie już o nic nie musisz zabie­gać. Po pro­stu to dosta­jesz.

Prze­glą­dał dalej pro­file, aż zatrzy­mał się przy jed­nym nicku, który zwró­cił jego uwagę. Młody chło­pak na swoim zdję­ciu pro­fi­lo­wym nie poka­zy­wał całej twa­rzy. Fotka została ucięta gdzieś na wyso­ko­ści oczu, nie dało się jed­nak ukryć deli­kat­nej, bla­do­ró­żo­wej skóry, ostrych, wysta­ją­cych kości policz­ko­wych i peł­nych, bar­dzo cału­śnych ust. Chło­pak był w samych sli­pach, które zsu­wał nie­śmiało z jed­nej strony, odsła­nia­jąc kawa­łek gład­kiego pośladka. Miał bar­dzo szczu­płą, nie­mal chło­pięcą klatkę pier­siową, ale mimo to z wyraź­nie zazna­czoną linią mię­śni, także na brzu­chu. Jego nick był zapi­sany dużymi lite­rami: DAMZAHAJS18.

Grze­gorz nie wie­dział, czemu go to prze­ra­ziło. Wszedł w jego pro­fil i napi­sał krótką wia­do­mość:

Cześć.

Po chwili przy­szła odpo­wiedź:

cześć.

Zasko­czony szybką reak­cją wysłał kolejną wia­do­mość:

Ładne ciało, lubię szczu­płych chło­pa­ków.

Chwila prze­rwy, a potem szybka reak­cja:

nie szu­kam tu ran­dek, jestem escor­tem - chcesz się spo­tkać?

Znów go zasko­czył i rów­no­cze­śnie zain­try­go­wał. To spra­wiło, że kon­ty­nu­ował roz­mowę:

Szybko prze­cho­dzisz do kon­kre­tów.

Mogę cię zoba­czyć?

Znów chwila ciszy, a następ­nie szyb­kie komu­ni­katy:

Tak jest lepiej. Jesteś kon­kretny? Biorę 100 i jestem do two­jej dys­po­zy­cji.

Ta wia­do­mość go prze­ra­ziła: "Ten chło­pak sprze­da­wał się za 100 zł!". Nie wie­dział dla­czego, ale zaczął mu współ­czuć. Z jakie­goś powodu zapra­gnął się z nim spo­tkać, choć wcale nie na seks.

Chcę cię zoba­czyć. Masz czas i chęć dziś się ze mną spo­tkać?

Nie minęła minuta, jak chło­pak wysłał kilka swo­ich zdjęć z twa­rzą i wia­do­mość:

mogę być za jakąś godzinę, podaj adres i co lubisz?

Grze­gorz spoj­rzał na prze­słane zdję­cia, było tam mię­dzy innymi to samo główne zdję­cie, tylko tym razem w cało­ści.

Chło­pak miał krę­cone w spi­ralki brą­zowe włosy. Był jed­nak ostrzy­żony w taki spo­sób, że krót­kie boki odsła­niały jego małe uszy. Ta fry­zura bar­dzo mu paso­wała. Był po pro­stu śliczny.

Grze­gorz przej­rzał dal­sze zdję­cia. Chło­pak wysłał także swoje nagie fotki w róż­nych pozach, w tym wypi­na­ją­cego się do kamery, na żad­nej wię­cej jed­nak nie było widać jego twa­rzy. Ten mło­dzik wzbu­dzał w Grze­gorzu raczej coraz więk­sze współ­czu­cie niż pożą­da­nie. Musiał jed­nak przy­znać, że chło­pak miał nie­zwy­kle sek­sowne ciało, jędrne i bar­dzo deli­katne.

Po chwili otrzy­mał jesz­cze od niego kilka sel­fie, na któ­rych Grze­gorz dostrzegł coś, co spra­wiło, że zapra­gnął go zoba­czyć jesz­cze bar­dziej. Duże błę­kitne oczy z nie­na­tu­ral­nie dłu­gimi rzę­sami. Znał te oczy, tęsk­nił za nimi... to były oczy Antka.

Gdzie jesteś, mogę po cie­bie przy­je­chać?

Nie, ja przy­jadę sam, podaj tylko adres.

Mam HIV.

Tym razem cisza trwała dłu­żej, znacz­nie dłu­żej niż poprzed­nio. Grze­gorz uznał już, że chło­pak chce się wyco­fać. I poczuł dziwny ucisk żalu.

OK - poja­wiła się wia­do­mość. To tylko w gumie.

To jedno zda­nie go prze­ra­ziło. Czy gdyby mu nie powie­dział, mogliby upra­wiać seks bez zabez­pie­cze­nia? Zro­biło mu się gorąco, chciał jak naj­szyb­ciej go zoba­czyć i dowie­dzieć się, kim jest ten chło­pak. Dla­czego sam robi sobie taką krzywdę?

To podasz adres? - pona­glił go mło­dziak.

Nie chcesz mnie wcze­śniej zoba­czyć? - zapy­tał zasko­czony.

Jak chcesz, to wyślij foty. Tak jak ci mówi­łem, nie szu­kam tu ran­dek, to tylko praca, którą mam do wyko­na­nia, ty pła­cisz i ocze­ku­jesz. Podaj adres.

Grze­gorz czuł, że jest mokry, że zaczy­nają się w nim mie­szać złość, prze­ra­że­nie, zde­ner­wo­wa­nie i współ­czu­cie dla tego chło­paka. Podał mu adres, zale­cił też, aby w recep­cji przed­sta­wił się jako Domi­nik Ostrow­ski, poda­jąc się za kogoś z rodziny.

Wziął prysz­nic, nie wie­dział, czy ma się do cze­goś przy­go­to­wać, czy po pro­stu ochło­nąć. Usiadł na kana­pie, wpa­tru­jąc się w tar­czę zegarka, któ­rej wska­zówki prze­su­wały się wyjąt­kowo wolno. "Nie przy­je­chał" - pomy­ślał. Był zły, że nie wysłał swo­ich zdjęć. Miał ochotę wejść w apli­ka­cję i napi­sać do niego ponow­nie. Chciał, żeby do niego przy­je­chał, pra­gnął kolejny raz zoba­czyć te uko­chane oczy.

Nagle roz­legł się sygnał domo­fonu. Grze­gorz pod­sko­czył jak opa­rzony. Dobiegł do apa­ratu i zoba­czył na ekra­nie kon­sjerża, a przy nim mło­dego chło­paka w czapce bejs­bo­lo­wej.

- Panie Grze­go­rzu, w lobby czeka na pana gość, pan Domi­nik Ostrow­ski. Mówi, że jest z rodziny.

- Tak, tak - potwier­dził. - Cze­kam na niego, pro­szę go wysłać do mnie na górę.

Tych kilka minut dłu­żyło się w nie­skoń­czo­ność. Ogar­nęło go zde­ner­wo­wa­nie. Przez chwilę zasta­na­wiał się, czy nie wypić szyb­kiego drinka. Było już jed­nak za późno, usły­szał bowiem dzwo­nek do drzwi. Drżącą dło­nią naci­snął klamkę.

Za drzwiami stał nie­wy­soki chło­pak, miał może nie­całe sto sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu. Był bar­dzo szczu­pły, ale pod opię­tym T-shir­tem dało się dostrzec, że ciało, które widział na zdję­ciach, należy do niego. Na gło­wie miał czapkę z dasz­kiem bez żad­nego logo, spod któ­rej wysta­wały krę­cone brą­zowe włosy dokład­nie w kolo­rze doj­rza­łych liści klonu.

Miał piękne usta. Wyglą­dały jak ide­al­nie wyrzeź­bione, pełna górna i dolna warga niczym stwo­rzone do poca­łun­ków. Wąską podłużną twarz wyostrzały wysta­jące kości policz­kowe.

A do tego te duże, okrą­głe, nie­bie­skie oczy. Grze­gorz zaczął głę­boko oddy­chać, miały w sobie tę samą głę­bię, tę samą nie­win­ność, które widział u Antka. Tak inny chło­pak, a tak podobne oczy. Było to wręcz nie­praw­do­po­dobne.

Wszedł do miesz­ka­nia, rzu­ca­jąc krót­kie:

- Cześć.

Grze­gorz nie wie­dział, jak zare­ago­wać, po pro­stu podał mu rękę, uśmie­cha­jąc się do niego.

- WOW! Ale masz chatę - zachwy­cił się chło­pak i nie pyta­jąc o zgodę, usiadł szyb­kim sko­kiem na kana­pie.

- Napi­jesz się cze­goś? - zapy­tał Grze­gorz, chcąc wró­cić do nor­mal­no­ści.

- Może być piwo - odparł gość, na­dal zachwy­ca­jąc się miesz­ka­niem i krę­cąc głową w koło.

- Nie mam piwa. Może być wino, whi­sky, mar­tini...

- No pro­szę, cały barek! - Zaśmiał się rado­śnie. - Nie przy­wy­kłem - dodał, wysta­wia­jąc język - ale jeśli mogę wybie­rać, to chcę whi­sky.

Grze­gorz pod­szedł do barku, się­gnął po dwie krysz­ta­łowe szklanki i nie­zdar­nie nalał alko­hol. Nie umknęło to uwa­dze chło­paka, który zwró­cił się do niego:

- Dener­wu­jesz się - bar­dziej stwier­dził, niż zapy­tał.

- Nie­czę­sto mam takich gości - przy­znał.

Chło­pak zmarsz­czył brwi.

- Jesteś bar­dzo przy­stojny. Czemu szu­kasz chło­paka na seks, mógł­byś mieć takich i bez pła­ce­nia.

Jego bez­po­śred­niość go zasko­czyła, nie spo­dzie­wał się takiej otwar­to­ści.

- Ty też jesteś bar­dzo ładny - powie­dział, sta­wia­jąc przed nim szklankę i sia­da­jąc naprze­ciwko niego w fotelu. - Mógł­byś zna­leźć sobie faceta i nie musiał­byś tego robić.

Chło­pak nic nie odpo­wie­dział, chwy­cił tylko whi­sky i upił tro­chę.

- Nie roz­ma­wiajmy o tym. Co lubisz? - zapy­tał kolejny raz nad wyraz bez­po­śred­nio.

- Ile masz lat? - zapy­tał, nie dawało mu to spo­koju od chwili, kiedy zaczął z nim pisać.

- Dzie... dwa­dzie­ścia - popra­wił się szybko.

- Masz wpi­sane osiem­na­ście.

- To mi pomaga - powie­dział krótko. - Faceci wolą młod­szych. - Nie patrzył na Grze­go­rza. Ewi­dent­nie był to temat, któ­rego nie chciał poru­szać.

- To ile masz lat? - zapy­tał sta­now­czo, jasno dając znać, że ocze­kuje szcze­rej odpo­wie­dzi.

- Nie­długo skoń­czę dwa... Jakie to ma zna­cze­nie?! - odpo­wie­dział ostro. - Wiesz, jak wyglą­dam, wiesz, po co tu przy­sze­dłem. Możemy zaczy­nać. - Po czym pod­szedł do Grze­go­rza, klęk­nął przy nim i oparł dło­nie na jego kola­nach.

Grze­gorz znie­ru­cho­miał, jego męskość bez­wied­nie się obu­dziła, a prze­cież wcale tego teraz nie ocze­ki­wał, wręcz prze­ciw­nie, był zły, że daje o sobie znać. Wstał, chwy­ta­jąc chło­paka za ręce.

- Jak ci na imię? - powie­dział, patrząc mu w oczy.

- Czemu chcesz to wie­dzieć? - W jego oczach poja­wiło się prze­ra­że­nie.

- Powiedz mi! - naci­skał Grze­gorz.

- Mam na imię Hubert. - Chło­pak zaczął drżeć. Wyrwał swoje dło­nie, po czym usiadł na kana­pie, szybko dopi­ja­jąc drinka.

Grze­gorz usiadł obok. Doty­ka­jąc przez koszulkę jego zgar­bio­nych ple­ców, wyczuł wysta­jące kręgi krę­go­słupa, które przy­po­mi­nały mu coś... przy­po­mi­nały mu sie­bie.

- Dla­czego to robisz? - zapy­tał cicho.

Chło­pak zerwał się i odszedł na kilka kro­ków.

- Kim ty, kurwa, jesteś i czego chcesz?

Zasko­czony tą gwał­towną reak­cją Grze­gorz rów­nież wstał, pró­bu­jąc go uspo­koić.

- Spo­koj­nie, nie chcę ci zro­bić krzywdy. Po pro­stu przy­po­mi­nasz mi kogoś bar­dzo mi bli­skiego. - Czuł, że oczy zacho­dzą mu łzami, a nie chciał przy nim pła­kać. W bez­sil­no­ści chwy­cił się za twarz i opa­da­jąc na kanapę, pró­bo­wał ukryć tę chwilę zała­ma­nia.

Mło­dzie­niec patrzył na niego wystra­szo­nym wzro­kiem. Nie wie­dział, co powi­nien zro­bić. Chwy­cił już swój ple­cak i już miał wybiec z miesz­ka­nia, ale osta­tecz­nie cof­nął się i usiadł obok Grze­go­rza.

- Kocha­łeś go? - zapy­tał nie­śmiało.

Grze­gorz spoj­rzał na niego i nie ukry­wał już łez.

- Bar­dzo! Masz jego oczy!

Hubert wpa­try­wał się w niego dłuż­szą chwilę, po czym chwy­cił jego twarz w dło­nie i zbli­żył się do jego warg. Zaczął deli­kat­nie muskać jego usta, powoli zwięk­sza­jąc inten­syw­ność. Grze­gorz poczuł ich smak. Pełne wargi oka­zy­wały to, za czym naj­bar­dziej tęsk­nił. Chwy­cił go w obję­cia, zanu­rza­jąc swój język w jego ustach, wpla­ta­jąc go głę­boko, dając ponieść się namięt­no­ści i pod­nie­ce­niu, które poczuł. Jego penis przy­po­mi­nał mu, że jest męż­czy­zną, nabrzmie­wa­jąc w pełni. Chło­pak chwy­cił go za kro­cze tak mocno, że Grze­gorz aż syk­nął, nie prze­stał go jed­nak cało­wać, chło­nąc te gorące usta. W tym samym cza­sie Hubert drugą ręką zaczął roz­pi­nać jego koszulę, odsła­nia­jąc jego męski sze­roki tors. Po chwili chło­pak ode­rwał się od jego warg i zaczął pie­ścić jego bro­dawki, które pęcz­niały na znak pod­nie­ce­nia. Grze­gorz nagle otwo­rzył oczy. "Most, tele­fon, krew, kartka...".

- Prze­stań! - krzyk­nął, odry­wa­jąc się od chło­paka.

Hubert wpa­try­wał się w niego zasko­czony, nie prze­wi­dział takiej reak­cji.

- Prze­pra­szam - powie­dział Grze­gorz, dysząc gło­śno. - Nie mogę, to nie twoja wina, jest za wcze­śnie. - Na­dal oddy­chał głę­boko, trzy­ma­jąc się za serce.

- Chcesz, żebym sobie poszedł? - zapy­tał nie­śmiało.

- Nie! - krzyk­nął. - Chcę, żebyś ze mną został. Ale nie chcę upra­wiać seksu.

- To co mam robić? - zapy­tał zupeł­nie zasko­czony.

- Zostań ze mną! - Sam zdzi­wił się, jak roz­ka­zu­jąco zabrzmiał jego głos. - Zostań ze mną i zaśnij obok. Chcę, żebyś tylko był, chcę poczuć cie­pło dru­giej osoby. Pomóż mi! - To wyzna­nie zabrzmiało pra­wie jak bła­galna prośba.

- Ale... - zaczął kom­plet­nie zmie­szany - jestem escor­tem, biorę kasę za seks. - Na jego twa­rzy poja­wiły się szkar­łatne czer­wone plamy.

- Zapłacę ci! - wykrzy­czał Grze­gorz. - Tyle, ile będziesz chciał.

Nie miał poję­cia, czemu było to dla niego tak bar­dzo ważne, nie wie­dział nawet, dla­czego chło­pak się zgo­dził. Ale zro­bił to. Wziął prysz­nic i w samych sli­pach poło­żył się obok niego. Grze­gorz nie był pewien, czy powi­nien, czy mu wolno, ale obró­cił go na bok, zbli­ża­jąc jego kości­ste plecy do swo­jej owło­sio­nej klaty, drugą ręką chwy­cił go w pasie, trzy­ma­jąc dłoń na jego sercu. Wie­dział, że chło­pak nie śpi, czuł, jak szybko bije mu serce. Wie­dział, że Hubert się boi, bo robi coś, czego wcze­śniej ni­gdy nie robił z żad­nym ze swo­ich klien­tów.

Ale Grze­gorz dostał to, czego teraz pra­gnął naj­bar­dziej: bli­skość. Było to jak opa­tru­nek dla jego duszy. Ni­gdy nie czuł się tak lekko, ni­gdy nie spał tak dobrze, ni­gdy wcze­śniej nie był tak spo­kojny...

*

Obu­dził się około dzie­wią­tej. Hubert był już ubrany i sie­dział na łóżku, wpa­tru­jąc się w niego.

- Długo spa­łeś, nie chcia­łem cię budzić.

- Dzień dobry - odpo­wie­dział mu z uśmie­chem, ten miał jed­nak zupeł­nie kamienną twarz. - Wyspa­łeś się?

- Tak, to bar­dzo wygodne łóżko. - Nie patrząc mu w oczy, odpo­wie­dział nie­mal szep­tem. - Jesteś naprawdę miły, ale muszę już iść.

- Może zjemy razem śnia­da­nie, mogę coś...

- Nie! - zaprze­czył sta­now­czo. - Muszę już iść, a więc zapłać mi i będę leciał.

Smu­tek, który na jedną noc znikł z jego serca, teraz wró­cił ze zdwo­joną siłą. Ten chło­pak miał rację, nie był Ant­kiem, musiał iść. Dla niego to tylko trans­ak­cja, zle­ce­nie.

Grze­gorz wyszedł do gar­de­roby, po czym wró­cił ze swoim port­fe­lem.

- Ile mam ci zapła­cić?

- Nic nie zro­bi­łem - odpo­wie­dział cichym gło­sem, nie patrząc na niego. - Wystar­czy, jak dasz mi pięć dych.

Grze­gorz znów zaczął się trząść i ner­wowo prze­li­czać bank­noty. "Dla­czego ni­gdy nie noszę ze sobą gotówki? Czemu zawsze płacę tymi cho­ler­nymi kar­tami!?" - pomy­ślał.

- Ilu face­tów musisz spo­tkać, aby żyć przez mie­siąc?

- Czemu o to pytasz!? - zapy­tał bli­ski pła­czu.

- Ilu!? - krzyk­nął.

- Nie wiem, pięt­na­stu, może dwu­dzie­stu... to zależy. - Był total­nie zmie­szany.

Grze­gorz widział wstyd na jego twa­rzy. Chwy­cił wszyst­kie bank­noty, które miał w port­felu, rzu­ca­jąc je na łóżko.

- Tu jest dwa i pół tysiąca zło­tych. Nie mam przy sobie wię­cej. To dla cie­bie, ale masz mi obie­cać, że przez naj­bliż­szy mie­siąc nie spo­tkasz się z żad­nym face­tem! Jasne?!

- Ale ja... - zaczął zasko­czony, po raz pierw­szy zmu­sza­jąc się, aby na niego spoj­rzeć.

- Kurwa, zro­zu­mia­łeś?! - krzyk­nął, wwier­ca­jąc w niego wzrok. - Masz mi to obie­cać!

Chło­pak szybko chwy­cił pie­nią­dze, cho­wa­jąc je do kie­szeni, znów zmu­sił się do spoj­rze­nia mu w oczy i powie­dział gło­śno i wyraź­nie:

- Obie­cuję... dzię­kuję ci.

- Zjeż­dżaj stąd! - rzu­cił twardo, otwie­ra­jąc drzwi sypialni.

- Dzię­kuję... ja...

- Powie­dzia­łem zjeż­dżaj! - wark­nął ponow­nie.

Chciał, aby ten chło­pak znik­nął, aby zosta­wił go samego. Szybko, zanim znów straci nad sobą pano­wa­nie.

Hubert chwy­cił swój ple­cak. Śmi­gnął pod ręką Grześka i po chwili sły­chać było tylko trzask zamy­ka­nych drzwi wej­ścio­wych.

Ledwo to się stało, Grze­gorz osu­nął się na kolana na miękką wykła­dzinę sypialni i zaczął ślepo ude­rzać głową w pod­łogę. Nie wie­dział nawet, czemu to robi. Ból, który czuł, ból któ­rego zawsze się bał, przy­no­sił teraz uko­je­nie dla łez, któ­rych nie był w sta­nie powstrzy­mać.

Ten ból był sil­niej­szy niż to, co czuł wewnątrz, to, z czym znów musiał się mie­rzyć.

Usły­szał nagle dźwięk domo­fonu.

"Wró­cił?" - pomy­ślał z nie­do­wie­rza­niem. Domo­fon na­dal dzwo­nił, ktoś ewi­dent­nie chciał się znów do niego dostać.

Szybko wstał, otarł łzy i chwy­cił za słu­chawkę. Przy recep­cji znów ktoś stał, ale Grze­gorz nie mógł roz­po­znać gościa.

- Panie Grze­go­rzu - usły­szał głos kon­sjerża - w recep­cji czeka na pana posła­niec z firmy. Mam prze­ka­zać, że przy­niósł doku­menty od pani Mag­da­leny Adam­skiej. Podobno miał je pan pod­pi­sać już ponad tydzień temu i nie­stety nie mogą cze­kać.

"Cho­lera, dla­czego teraz, dla­czego nie mogła mi o tym powie­dzieć dwa dni temu, kiedy roz­ma­wia­li­śmy, tylko wysyła jakie­goś gońca w chwili, kiedy nie chcę nikogo widzieć!"

- Wpuść go! - znów pra­wie krzyk­nął do domo­fonu, z trza­skiem odkła­da­jąc słu­chawkę.

Pobiegł szybko do gar­de­roby, zdą­żył wcią­gnąć stare dżinsy i pierw­szą z brzegu koszulę, kiedy już usły­szał dzwo­nek do drzwi.

Wście­kły na Magdę już ukła­dał w gło­wie całą listę epi­te­tów, któ­rymi ją obrzuci, gdy tylko się z nią skon­tak­tuje, kiedy uchy­lił drzwi i jego źre­nice roz­sze­rzyły się z zasko­cze­nia.

W drzwiach stał dwu­dzie­sto­trzy­letni chło­pak o oliw­ko­wej cerze i pla­ty­no­wych wło­sach, w któ­rych gdzie­nie­gdzie prze­bły­ski­wały jesz­cze jaśniej­sze pasemka. Jego bystre, nie­bie­skie oczy współ­grały z sze­ro­kim uśmie­chem oznaj­mu­ją­cym radość na widok tego, kogo widzi. Znał tego chło­paka, bar­dzo dobrze go znał, choć nie widział go bli­sko dwa lata.

- Wik­tor! - krzyk­nął. - Co ty tu robisz!?

Rozdział II / Wiktor

Roz­dział II

Wik­tor

Wwięk­szo­ści tra­gicz­nych rodzin­nych histo­rii to facet jest tym złym. Zazwy­czaj to on bije swoje dzieci, jest pija­kiem, zdra­dza i odcho­dzi od kobiety, zosta­wia­jąc ją samą, zmu­sza­jąc ją tym samym do odna­le­zie­nia się w nowej, prze­ra­ża­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści.

W mojej histo­rii było zgoła ina­czej. Zresztą jak wszystko w moim życiu. Sam byłem inny niż pozo­stali, choć chcia­łem żyć jak oni.

Ni­gdy nie pozna­łem wła­snej matki, nie wie­dzia­łem, jak wygląda ani co moty­wo­wało ją do tego, że wybrała innych, nie mnie, nie mojego ojca, ale kogoś, kogo uwa­żała za lep­szego od nas.

Być może gdy­bym był star­szy, prze­ży­wał­bym to znacz­nie bar­dziej, mając żal o to, że nie wybrała mnie. Dora­sta­jąc ze świa­do­mo­ścią, że "mamy nie ma", było mi łatwiej zaak­cep­to­wać fakt, że tak po pro­stu jest. Wie­dzia­łem, że ma inną rodzinę, że pew­nie ma innego syna, któ­rego kocha bar­dziej niż mnie. Para­dok­sal­nie to do niego mia­łem naj­wię­cej żalu. Nie do niej, tylko do tych wszyst­kich, któ­rzy coś mi ode­brali, zaszcze­pia­jąc mi prze­świad­cze­nie, że jestem "gor­szy". TAK! To wła­śnie do nich mia­łem żal, do nich i do mojego ojca.

Dla­czego ojciec nie cho­dzi? Nie pamię­tam, byłem gów­nia­rzem, kiedy to się stało. Od zawsze mówiono mi, że to był wypa­dek. Wypa­dek, który zawa­żył nie tylko na jego, ale i na całym moim życiu.

To tylko szyb­kie urywki wspo­mnień, bez kon­kret­nego połą­cze­nia zda­rzeń. Śro­dek nocy, tele­fon, pobudka babci: "Wik­tor! Wsta­waj, musimy jechać do szpi­tala, tata miał wypa­dek".

"Wypa­dek?" Chcia­łem spać, nie rozu­mia­łem, dla­czego całe dzie­ciń­stwo ktoś mnie do cze­goś zmu­szał: "Musisz jechać do babci", "Zosta­niesz z cio­cią", "Nie wolno ci", "Nie możesz", "Musisz wstać". To wszyst­kie zda­nia, które pamię­tam z tego okresu.

A potem tata już ni­gdy nie wyglą­dał jak kie­dyś. Od tej pory poru­szał się tylko na wózku. Powie­dział do mnie wtedy:

- Mały, teraz ty będziesz musiał się opie­ko­wać mną.

Nie chcia­łem tego, chcia­łem, aby robił to ktoś inny, abym mógł się bawić z resztą rówie­śni­ków, aby wró­ciła mama, która się nim zaj­mie, abym miał czas na wła­sne dzie­ciń­stwo. Mój żal prze­niósł się na niego. Uwa­ża­łem, że to przez jego nie­peł­no­spraw­ność mama ni­gdy do nas nie wróci, nie będzie chciała takiego faceta, a przy tym też i mnie. To nie była moja wina! Dla­czego musia­łem pono­sić tego kon­se­kwen­cje?

Tata był woj­sko­wym. Zawsze bar­dzo silny i zaradny, to spra­wiało, że mi impo­no­wał. Przed wypad­kiem stale powta­rzał:

- Damy sobie radę.

- Chciał­bym, aby wró­ciła mamu­sia, nie umiem zawią­zać tych sznu­ró­wek - mazga­iłem się nad dzie­cin­nymi buci­kami pierw­szego dnia szkoły.

Tata schy­lił się przy mnie, chwy­cił sznu­rówki i zamiast na kokardkę, jak mają inne dzieci, zawią­zał je na sztywny supeł, który dyn­dał przy każ­dym ruchu nogą.

- Musisz być silny - powie­dział, trzy­ma­jąc mnie za wątłe ramiona. - Nie potrze­bu­jemy jej! Pora­dzimy sobie bez mamy!

Nawet jeśli po wypadku na­dal w to wie­rzył, on sam prze­stał być silny. Stał się słaby i apa­tyczny. Prze­stał żar­to­wać, prze­stał powta­rzać, że damy sobie radę. Zosta­wił mnie! Tak samo jak mama.

Ojciec otrzy­mał rentę inwa­lidzką, która ledwo wystar­czała na jego reha­bi­li­ta­cję i lecze­nie. W efek­cie zawsze na wszystko bra­ko­wało pie­nię­dzy, a w rze­czy­wi­sto­ści bra­ko­wało ich dla mnie. Kiedy inne dzieci jeź­dziły na szkolne wycieczki, ja musia­łem zosta­wać w rów­no­le­głych kla­sach, ucząc się i nad­ra­bia­jąc zale­gło­ści. Pocie­szały mnie słowa nauczy­cieli, któ­rzy mówili:

- Wik­tor, jesteś taki zdolny. Zoba­czysz, dzięki temu dużo osią­gniesz w życiu!

- Dzię­kuję pani pro­fe­sor, robię to dla taty, żeby był ze mnie dumny. Kie­dyś będę bar­dzo bogaty!

- To ucz się pil­nie, żeby udało ci się to osią­gnąć, a na pewno będziesz.

Ale nikt ni­gdy nie był ze mnie dumny, nikt nie miał na to czasu. Zawsze był ktoś ode mnie lep­szy, waż­niej­szy lub bogat­szy.

Kiedy inne dzieci miały tele­fony komór­kowe, ja na­dal bła­ga­łem wie­czo­rami ojca, aby mi go kupił. Bła­ga­łem go tak długo, aż zazwy­czaj przy­cho­dziła bab­cia, krzy­cząc na mnie, że nie powi­nie­nem pro­sić go o takie rze­czy, kiedy wiem, że są waż­niej­sze sprawy i tyle istot­nych wydat­ków.

Ale ja nie chcia­łem być gor­szy od innych! Chcia­łem udo­wod­nić, że też należę do ich świata, że jestem nawet lep­szy, że mogę mieć wię­cej niż oni!

Pew­nego dnia zgło­si­łem się na dyżur­nego w kla­sie i zosta­łem po lek­cji, żeby wytrzeć tablicę i przy­go­to­wać ją do następ­nych zajęć.

- Zosta­niesz chwilę sam. Muszę przy­nieść mate­riały, które zosta­wi­łam w pokoju nauczy­ciel­skim - zwró­ciła się do mnie wycho­waw­czyni, grze­biąc jed­no­cze­śnie w swo­jej torebce i wrzu­ca­jąc do niej swój tele­fon.

- Jasne, pani pro­fe­sor - potwier­dzi­łem z entu­zja­zmem, reje­stru­jąc każdy jej ruch. - Pro­szę się nie mar­twić. - Puści­łem jej naj­szczer­szy uśmiech, na jaki mogłem się zdo­być.

- Dzię­kuję ci. - Odpo­wie­działa z uśmie­chem. - Wrócę za chwilę. - I wybie­gła.

To była tylko chwila, parę minut, wręcz sekunda, kiedy mogłem zdo­być to, na czym tak bar­dzo mi zale­żało. Wie­dzia­łem, że będę głów­nym podej­rza­nym. Liczy­łem jed­nak na to, że się nie zorien­tuje, że nie zauważy. W tym cza­sie zdążę poka­zać wszyst­kim, że go mam. Lep­szy niż inni. Naj­lep­szy! A potem go oddam.

Roz­legł się dzwo­nek. Ucznio­wie zaczęli się zbie­rać. Nauczy­cielka wbie­gła spóź­niona. Zamknęła torebkę. Nie spraw­dziła, czy tele­fon jest w środku. Mia­łem jesz­cze szansę.

Liczy­łem, że godzinę póź­niej zwrócę go jej, może powiem, że go zna­la­złem. Może nie będzie pamię­tać.

Nim jed­nak lek­cja się skoń­czyła, widzia­łem już, jak jej ręka nur­kuje w torebce, widzia­łem, jak marsz­czy brwi, nie wyczu­wa­jąc tele­fonu pod dło­nią, jak ner­wowo zaczyna potrzą­sać torebką.

- Prze­pra­szam was, na chwilę będę musiała wy... - Jej wzrok zatrzy­mał się na mnie. Chcia­łem uciec, wybiec, tak, aby mnie nie zna­la­zła. Czu­łem, że płonę, czu­łem, jakby setki par oczu zwró­ciły się na mnie, pod­czas gdy to były tylko jej oczy.

Widzia­łem, jak wstaje ze swego fotela, bałem się jej, myśla­łem, że mnie ude­rzy, że zostanę uka­rany. Chcia­łem jej skła­mać, prze­ko­ny­wać, że to nie ja, obwi­nić kogoś innego. Byle mi nie ode­brała tego, co udało mi się zdo­być. Ona jed­nak pochy­liła się tylko nad moją ławką, zwra­ca­jąc się do mnie bar­dzo cicho, tak aby nikt inny tego nie usły­szał:

- Zda­jesz sobie sprawę, co zro­bi­łeś, prawda?

Patrzy­łem na nią prze­ra­żony, wie­dzia­łem, że mój wzrok, nie­za­leż­nie ode mnie, przy­znaje się do winy.

- Zosta­niesz ze mną po lek­cjach i poroz­ma­wiamy - dodała, odcho­dząc od ławki.

Ten dzień skoń­czył się wizytą u dyrek­tora. Ktoś wezwał mojego ojca, ale on nie przy­jeż­dżał, a ja sta­łem przed dwoj­giem ludzi, któ­rzy nawet na mnie nie krzy­czeli. Pomię­dzy nami leżał skra­dziony tele­fon. Popro­szono mnie o odpo­wiedź tylko na jedno pyta­nie: "Dla­czego to zro­bi­łeś?".

A ja nie chcia­łem na nie odpo­wia­dać, pła­ka­łem. Tak strasz­nie pła­ka­łem, byłem wręcz wście­kły, że nikt mnie nie broni, wszak to nie była moja wina, że nie mogę być taki jak wszy­scy.

- Wik­tor - powta­rzała spo­koj­nie nauczy­cielka - wiem, że nie zamie­rza­łeś zro­bić niczego złego, ale to jest kra­dzież, chcę, żebyś mi powie­dział, czy zda­rzyło ci się to wcze­śniej.

- Chcę, żeby był tu tata! - wybuch­ną­łem, prze­krzy­ku­jąc swój płacz. - Dla­czego go tu nie ma?!

Drzwi gabi­netu otwo­rzył się z hukiem i wle­ciała zabie­gana bab­cia.

- Prze­pra­szam, nie mogłam wcze­śniej dotrzeć - powta­rzała z wypie­kami na twa­rzy. - Coś ty, gów­nia­rzu, znów prze­skro­bał!? - krzy­czała od wej­ścia. - Czemu to robisz swo­jemu ojcu?!

- Gdzie jest tata!? - krzy­cza­łem. - Dla­czego ty tu przy­szłaś, to on ma tu być, dla­czego ni­gdy go nie ma?! Dla­czego ni­gdy nie jestem dla niego naj­waż­niej­szy?!

Ni­gdy wię­cej podobna sytu­acja się nie powtó­rzyła. Na drugi dzień prze­pro­si­łem nauczy­cielkę, przy­no­sząc jej kwiaty. Obie­ca­łem, że udo­wod­nię, że jestem godzien być jej naj­lep­szym uczniem.

I byłem! Tak bar­dzo łak­ną­łem pochwał, tego, aby ktoś doce­nił mój wysi­łek. Jed­no­cze­śnie obie­ca­łem sobie, że dojdę do cze­goś waż­nego w życiu, że przyj­dzie w końcu mój czas chwały.

Nie­stety, byłem coraz star­szy, a pie­nię­dzy nie przy­by­wało. Musia­łem szu­kać dodat­ko­wych zajęć, cza­sem poma­ga­łem przy sprzą­ta­niu, cza­sem dora­bia­łem w jakiejś knaj­pie. Kiedy skoń­czy­łem pięt­na­ście lat, zda­łem sobie sprawę, że znam spo­sób na to, aby zaro­bić dodat­kowe pie­nią­dze. Potra­fi­łem być prze­ko­nu­jący i od zawsze mia­łem dar zjed­ny­wa­nia sobie ludzi, któ­rzy darzyli mnie zaufa­niem.

Moja ciotka pra­co­wała jako kon­sul­tantka kosme­ty­ków, wci­ska­jąc kata­logi wszyst­kim swoim kole­żan­kom. Jed­nakże nie odno­siła żad­nych suk­ce­sów. Któ­re­goś dnia popro­si­łem ją, aby dała mi jeden z tych kata­lo­gów i pozwo­liła poszu­kać dla niej klien­tów.

Wresz­cie byłem w czymś jedyny. Byłem jedy­nym chło­pa­kiem, który zaj­mo­wał się takim biz­ne­sem. Na tym też zbu­do­wa­łem swój począt­kowy kapi­tał. Dziew­czyny mnie uwiel­biały, wie­rzyły w każdą bajeczkę, którą im sprze­da­wa­łem, a ja dzięki temu mogłem pod­re­pe­ro­wać swoje dochody. Nie musia­łem pro­sić już o pie­nią­dze. Mia­łem coś wła­snego. Wie­dzia­łem, że nie potrwa to wiecz­nie, ale przy­naj­mniej mogłem być w czymś naj­lep­szy.

Kiedy zda­łem sobie sprawę, że jestem gejem? Myślę, że mia­łem jakieś szes­na­ście lub sie­dem­na­ście lat. Męż­czyźni zawsze bar­dziej mnie inte­re­so­wali. Chcia­łem, aby kobiety mnie lubiły, darzyły zaufa­niem i chciały ze mną prze­by­wać, ale to faceci mnie zachwy­cali. Pra­gną­łem wyglą­dać jak oni, zachwy­ca­łem się ich cia­łem, ruchami, gestami. O ile kobiety fascy­no­wały mnie inte­lek­tu­al­nie, o tyle męż­czyźni pobu­dzali moje dozna­nia wizu­alne.

To nie byli jed­nak zwy­czajni chłopcy, któ­rych mijasz na ulicy. Lubi­łem sil­nych face­tów, dobrze zbu­do­wa­nych lub tych, któ­rzy mieli wła­dzę. Chcia­łem, aby facet wzbu­dzał mój podziw, był tak inny niż mój ojciec.

Adama pozna­łem na stu­diach. Był przy­stojny, naj­wyż­szy z chło­pa­ków, świet­nie zbu­do­wany. Zawsze w oto­cze­niu innych face­tów i pięk­nych kobiet. Wie­dział, że ma je w gar­ści. Uwiel­biał to. Był naj­lep­szy i miał tego pełną świa­do­mość. W całej swo­jej wspa­nia­ło­ści Adam nie był zbyt bystry. Miał pro­blemy na stu­diach, raczej słabo się uczył, ledwo zali­czał więk­szość przed­mio­tów. W tym to ja byłem lep­szy od niego.

Któ­re­goś dnia wrzu­cił na face­bo­oko­wej gru­pie ogło­sze­nie, w któ­rym oznaj­mił, że jeśli chcemy, aby zali­czył rok, to ktoś musi mu pomóc zdać sta­tystkę. Wie­dzia­łem, że wia­nu­szek kobiet rzuci się, chcąc rato­wać swo­jego herosa. Wie­dzia­łem też, że nikt nie jest w sta­ty­styce tak dobry jak ja. Musiał wybrać mnie. Nie miał innego wyj­ścia.

Pomogę ci, ale nie ma nic za darmo. Napi­sa­łem do niego wia­do­mość w inter­na­to­wym komu­ni­ka­to­rze.

Wiki, wiesz, ile dosta­łem takich wia­do­mo­ści jak twoja? Mam w kim wybie­rać. Odpo­wie­dział momen­tal­nie.

Być może. Ale nikt nie jest tak dobry jak ja!

Wie­dzia­łem, że mogę sobie na to pozwo­lić. Wie­dzia­łem, że będzie musiał przy­znać mi rację.

OK! Czego chcesz?

Dzięki mnie zali­czysz sta­ty­stykę, ale w zamian umó­wisz się ze mną na randkę.

Wyśmiał mnie. Nie jestem pedziem, Wik­to­ria. Szu­kaj innych fra­je­rów.

Nie dałem za wygraną. Wie­dzia­łem, że mnie potrze­buje, wystar­czyło tylko pocze­kać.

Może jesz­cze o tym nie wiesz, pocze­kam!

Nie musia­łem wcale cze­kać długo. Wie­dzia­łem, że potrze­buje mnie bar­dziej, niż mu się wyda­wało. Czas ucie­kał, rok się koń­czył, a wyniki Adama były coraz gor­sze. Z dziką satys­fak­cją obser­wo­wa­łem, jak jego obec­ność na stu­diach staje się coraz bar­dziej zagro­żona i jak w końcu będzie zmu­szony popro­sić mnie o pomoc.

Spo­ty­ka­li­śmy się trzy razy w tygo­dniu. Zawsze u niego. Adam pocho­dził z boga­tej rodziny, miał wyna­jęte miesz­ka­nie, które słu­żyło mu prak­tycz­nie do dwóch rze­czy: impre­zo­wa­nia i spa­nia. Do wszyst­kiego pod­cho­dził bar­dzo lekko, nawet do kwe­stii mojego homo­sek­su­ali­zmu. Pod­czas wspól­nych zajęć zwra­cał się do mnie: "ty zboczku". Wcale mi to nie prze­szka­dzało, wręcz czu­łem pod­nie­ce­nie, kiedy nachy­lał się nade mną. Obej­mo­wał mnie ramie­niem, oka­zu­jąc radość, kiedy coś zro­zu­miał, lub gła­dził po gło­wie, mówiąc: "Ty naprawdę jesteś bar­dzo bystry, to jest cał­kiem sexy".

Byłem jed­nak cier­pliwy. Wie­dzia­łem, że muszę z nim postę­po­wać ostroż­nie. Im bar­dziej mnie potrze­bo­wał, tym czę­ściej chciał się ze mną widzieć. Nie było mi łatwo przy nim pano­wać nad sobą.

Każ­dego dnia po naszym spo­tka­niu wra­ca­łem do domu, zamy­ka­łem się w łazience i zaci­ska­jąc zębami ręcz­nik, mastur­bo­wa­łem się, myśląc o nim, ale tak, aby nikt tego nie usły­szał. To była moja tajem­nica. Tajem­nica, o któ­rej nikt nie mógł wie­dzieć, ani ojciec, ani bab­cia, ani nikt inny. Pra­gną­łem go, a im dłu­żej trwał ten stan, tym pod­nie­ce­nie sta­wało się sil­niej­sze.

- OK, rozu­miem! - krzyk­nął któ­re­goś dnia zado­wo­lony. - Mediana to war­tość środ­kowa. A zatem mediana musi być równa licz­bie cztery! - Pod­niósł rękę w geście zwy­cię­stwa, ewi­dent­nie zro­zu­miaw­szy zagad­nie­nie, nad któ­rym pra­co­wa­li­śmy przez ostatni tydzień.

- Brawo. Zga­dza się! - krzyk­ną­łem, odwza­jem­nia­jąc jego radość.

- Świet­nie, ty mały zboczku - powie­dział, mierz­wiąc mi włosy. - Co ja bym zro­bił bez cie­bie? - dodał z uśmie­chem.

Zro­biło mi się gorąco. Poczu­łem przy­pływ pod­nie­ce­nia. A że byłem w samych dre­sach, na moich spodniach poja­wił się namiot, na któ­rego czubku zaczęła się poja­wiać mała mokra plama. Zaczą­łem drżeć, zauwa­żył to. Pró­bo­wa­łem ści­snąć nogi, ale nie pozwo­lił mi, chwy­ta­jąc mnie za kolano.

- Prze­stań - powie­dział, przy­trzy­mu­jąc je i patrząc na moje kro­cze. - Pod­nie­cam cię? - zwró­cił się do mnie, patrząc mi w oczy.

Nie odpo­wie­dzia­łem, nie chcia­łem odpo­wia­dać na to pyta­nie. Było za wcze­śnie. Potrze­bo­wał mnie jesz­cze, ten jeden ruch mógł prze­kre­ślić wszystko, nad czym pra­co­wa­łem przez ostat­nie tygo­dnie.

- Strasz­nie tu dziś gorąco, nie uwa­żasz? - I nie cze­ka­jąc na moją odpo­wiedź, ścią­gnął przez głowę swój pod­ko­szu­lek, zosta­jąc w samych dżin­sach.

Miał piękne atle­tyczne ciało, jego bicepsy na ramio­nach pod­kre­ślone były gru­bymi od ćwi­czeń na siłowni żyłami, pięk­nie wyrzeź­biona zbita klatka, którą celowo naprę­żał, odzna­czała się wyraź­nie w bla­dym świe­tle żarówki, które padało na pła­ski brzuch z rów­nymi kost­kami sze­ścio­paku. Pro­wo­ko­wał mnie, zaczął wycią­gać swoje dło­nie ku górze, prze­cią­ga­jąc się niby to dla roz­luź­nie­nia, zaro­śnięte pachy pod­kre­ślały jego męski powab, któ­rym znie­wa­lał mnie od dnia, kiedy zoba­czy­łem go po raz pierw­szy.

- Ubierz się - pole­ci­łem, odry­wa­jąc od niego wzrok, zaprze­cza­jąc tym samym wszyst­kiemu, co sygna­li­zo­wało moje ciało.

- Dla­czego - zapy­tał ero­tycz­nym szep­tem. Jego dłoń powę­dro­wała w kie­runku mojego karku, wyko­nu­jąc przy tym jakiś dziwny masaż pod­kre­śla­jący siłę, którą miał w swo­ich dło­niach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki