Rozdział 1
Annabelle Worthington kochała książki, były jej pasją, a biblioteka ojca stała się miejscem magicznym. Zaglądała tu najczęściej jak mogła, a dziś, czternastego kwietnia 1912 roku, poświęciła na lekturę cały ranek. Zamknęła książkę i podeszła do okna, które wychodziło na wielki ogród. W połowie kwietnia pachniało już wiosną, ogrodnicy posadzili kwiaty i wszystko wyglądało pięknie. Na pewno będą tym zachwyceni, pomyślała o rodzicach; spodziewała się ich powrotu za kilka dni.
Dom, a właściwie pałac, w którym Annabelle mieszkała z nimi i ze starszym bratem Robertem, znajdował się na północnym krańcu Piątej Alei w Nowym Jorku. Worthingtonów, jak i Sinclairów - rodzinę matki - łączyło bliskie pokrewieństwo z Vanderbiltami i Astorami, a także większością liczących się nowojorskich familii. Ojciec Annabelle, Arthur, był właścicielem i dyrektorem najbardziej renomowanego banku w mieście. Pochodził z bankierskiej rodziny; Worthingtonowie, podobnie jak rodzina matki z Bostonu, od pokoleń stanowili elitę nowojorskiej finansjery. Robert, choć miał dopiero dwadzieścia cztery lata, trzeci rok pracował u ojca i naturalną koleją rzeczy zastąpi go kiedyś na stanowisku dyrektora. Przeszłość, tak przewidywalna i spokojna, dawała poczucie bezpieczeństwa na przyszłość. Annabelle potrafiła docenić cieplarnianą atmosferę domu rodzinnego, w której mogła dorastać.
Małżeństwo rodziców było udane, a ona i Robert dobrze się rozumieli. Ich życia nigdy nie zakłócał żaden niepokój. Jeśli napotykali jakieś problemy, zawsze umieli szybko je rozwiązać. Annabelle wychowała się pod złotym kloszem - szczęśliwe dziecko, otoczone czułą opieką najbliższych.
Ostatnie miesiące były dla niej pełne wrażeń. W grudniu, tuż przed Bożym Narodzeniem, po raz pierwszy zaprezentowała się w towarzystwie podczas wspaniałego balu, jaki wydali dla niej rodzice. Debiut Annabelle, jak wszyscy zgodnie twierdzili, był nad wyraz udany, a o jego oprawie mówiono z podziwem w całym mieście. Jej matka, Consuela, uwielbiała wydawać przyjęcia. Goście mogli spacerować po bajkowo urządzonym ogrodzie, pokrytym dachem i ogrzanym. Sala balowa w domu olśniewała wystrojem. Grał zespół najlepszych muzyków. Na bal przyszło czterysta osób, a bohaterka wieczoru wyglądała w swojej sukni zjawiskowo jak księżniczka.
Po matce Annabelle odziedziczyła szczupłą sylwetkę, jedwabiste, jasne włosy i wielkie błękitne oczy. Miała regularne rysy, małe dłonie i stopy. Gdy była dzieckiem, ojciec mawiał często, że wygląda jak porcelanowa laleczka. W wieku osiemnastu lat wiele panien mogłoby jej pozazdrościć idealnej figury i naturalnego wdzięku. Uroda i sposób bycia Annabelle potwierdzały, że płynie w jej żyłach najczystsza błękitna krew.
Po balu rodzina spędziła w domu miłe święta, będąc ciągle pod wrażeniem udanego debiutu. Nie brakowało zaproszeń na spotkania towarzyskie, rauty czy tańce. Przez całe to zamieszanie, te przyjęcia i wieczorne wyjścia w zwiewnych sukniach w środku zimy, w pierwszym tygodniu stycznia Annabelle zapadła na ciężką grypę i lekarz obawiał się, że może dojść do zapalenia płuc. Na szczęście młody i silny organizm zwalczył chorobę, ale jeszcze długo była osłabiona i gorączkowała. Worthingtonowie od dawna planowali wizytę u przyjaciół w Europie, jednak lekarz rodzinny zdecydował, że Annabelle ze względu na stan zdrowia nie powinna jechać. Tak więc w połowie lutego tylko rodzice i brat popłynęli "Mauretanią". Consuela chciała zostać, ale Annabelle przekonała ją w końcu, że nie ma powodu do obaw. Nie chciała, by mama rezygnowała z podróży, na którą tak się cieszyła. Wszystkim było przykro, Annabelle musiała jednak przyznać, że choć czuje się dużo lepiej, to nie na tyle, by wybierać się w dwumiesięczną zagraniczną podróż. Wyjechali więc, mając jej zapewnienie, że zajmie się domem i ze wszystkim sobie poradzi. Ufali jej całkowicie. Nie musieli się martwić, że zachowa się nieodpowiedzialnie pod ich nieobecność.
Gdy odprowadzała ich do doku Cunarda, nadrabiała miną, starając się zachować pogodny nastrój, ale w domu doskwierała jej samotność. Wypełniała sobie czas czytaniem i praktycznymi zajęciami, które, jak wiedziała, sprawią przyjemność mamie. Dziergała na szydełku serwetki i sama zadbała o idealny stan najładniejszej bielizny pościelowej i obrusów. Nie czuła się dość dobrze, by wybierać się na wizyty, ale często odwiedzała ją najlepsza przyjaciółka, Hortensja. Przyjaźniły się od dziecka i obie debiutowały w tym samym roku. Hortie miała już kawalera. Annabelle założyła się z nią, że James oświadczy się jeszcze przed Wielkanocą. Jak się okazało, miała rację - przed tygodniem Hortie i James ogłosili oficjalnie swoje zaręczyny. Annabelle nie mogła się już doczekać, by powiedzieć o tym mamie; wrócą siedemnastego kwietnia, po czterodniowej podróży nowym transatlantykiem, który wypływał z Southampton.
Dwa samotne, wypełnione tęsknotą miesiące dłużyły jej się nieznośnie, ale pozwoliły też całkowicie odzyskać zdrowie i czytać do woli. Każdą wolną chwilę spędzała w bibliotece ojca. Najbardziej lubiła biografie sławnych ludzi i rozprawy naukowe. Nie interesowały jej romantyczne powieści, którymi zaczytywały się matka i Hortensja - Annabelle podawała w wątpliwość wartość takiej literatury. Była ciekawa świata, który wciąż się zmieniał wraz z postępem cywilizacyjnym. Zawsze miała mnóstwo tematów do dyskusji z bratem i nawet on przyznawał, że często zaskakuje go, gdy mówi o czymś z imponującą znajomością rzeczy. Robert miał głowę do interesów i wielkie poczucie odpowiedzialności, uwielbiał towarzystwo, przyjęcia i spotkania z przyjaciółmi; Annabelle, która na pierwszy rzut oka zdawała się płochym podlotkiem, była nad wiek poważna. Czuła wciąż głód wiedzy, jej pasją były książki i nauki ścisłe. Biblioteka ojca, gdzie spędzała mnóstwo czasu, stała się jej ulubionym pokojem w domu.
Wieczorem czternastego kwietnia czytała do późna w łóżku, a następnego ranka spała wyjątkowo długo. Gdy wstała, umyła zęby i wyszczotkowała włosy, włożyła szlafrok i powoli zeszła na śniadanie. Dom wydał jej się dziwnie cichy; nie widziała nikogo ze służby. Zaszła do pokoju kredensowego i zobaczyła kilka osób pochylonych nad gazetą, którą szybko złożyli. Blanche, długoletnia gospodyni, płakała. Poczciwa kobieta miała miękkie serce i każda smutna historia o cierpiącym zwierzęciu czy dziecku doprowadzała ją do łez. Teraz też przeczytała coś, co ją wzruszyło. Annabelle uśmiechnęła się i przywitała ze wszystkimi, a wtedy William, kamerdyner, rozpłakał się i wyszedł z pokoju.
- Na Boga, co się stało? - Spojrzała zdumiona na Blanche i pokojówki. One też miały łzy w oczach. - Co się dzieje? - Głos jej drżał. - Blanche, daj mi gazetę. - Gospodyni wahała się, ale młoda pani już chwyciła dziennik.
Parowiec transatlantycki, najbardziej luksusowy statek pasażerski świata, cud techniki "Titanic" zatonął, krzyczał tytuł na pierwszej stronie. Czytała bardziej ze zdumieniem niż z przerażeniem. Podano niewiele szczegółów, tyle tylko, że "Titanic" zatonął w nocy; gdy zaczął nabierać wody, pasażerów rozmieszczono w szalupach, a na miejsce katastrofy pospieszyła "Carpathia", statek linii Cunarda. Nie napisano nic o liczbie ofiar czy ocalałych, ale wydawało się oczywiste, że w przypadku nowoczesnej jednostki, o najwyższym stopniu bezpieczeństwa, pasażerów ewakuowano w porę i wszyscy się uratowali. Ogromny statek uderzył w górę lodową i choć był uważany za niezatapialny, poszedł na dno kilka godzin później. Niemożliwe stało się faktem.
Annabelle natychmiast zaczęła działać. Poleciła Blanche, żeby szofer podjechał pod dom. Chciała jechać do biura linii White Star, żeby dowiedzieć się czegoś o rodzinie. Nie przyszło jej nawet do głowy, że setki innych osób zrobią to samo.
Popędziła na górę, na chybił trafił wyciągnęła z szafy prostą sukienkę z szarej wełny, włożyła pończochy i buty, złapała płaszcz, torebkę i zbiegła na dół, nie tracąc czasu na upinanie fryzury. Z rozwianymi włosami, trzaskając drzwiami, wypadła na podjazd. W domu panowała grobowa cisza, jakby wszyscy już obchodzili żałobę. Gdy Thomas, szofer ojca, wiózł ją do siedziby White Star na Broadwayu, Annabelle zmagała się w milczeniu z ogarniającym ją przerażeniem. Kiedy zobaczyła gazeciarza, który wykrzykiwał najnowsze wiadomości, wymachując dziennikiem, kazała Thomasowi zatrzymać się i kupić gazetę.
Pisano, że liczba ofiar jest nieznana, a "Carpathia" podaje przez radio listę ocalałych. Annabelle czytała ze łzami w oczach. Jak to się mogło stać? Największy, najbardziej nowoczesny transatlantyk. To był jego dziewiczy rejs. Jak to możliwe, że taki statek zatonął? I co się stało z jej rodzicami, bratem i setkami innych ludzi, którzy nim płynęli?
Przed biurem White Star kłębił się tłum. Jak zdoła przepchnąć się do wejścia? Barczysty szofer torował jej drogę, ale i tak dostała się do środka dopiero po godzinie. Powiedziała urzędnikowi, że jej brat i rodzice byli pasażerami pierwszej klasy. Roztrzęsiony młody kancelista zapisał jej nazwisko, inni pracownicy biura wyszli na zewnątrz, by wywiesić listy z nazwiskami uratowanych. Rozdawali też kopie list. Przesyłał je na bieżąco radiooperator "Carpathii", któremu asystował operator z "Titanica", ocalały z katastrofy. Na górze list wypisano grubymi literami, że spis wciąż jest niekompletny, by dać nadzieję tym, którzy nie mogli odnaleźć nazwisk swoich bliskich.
Annabelle trzymała listę w drżących dłoniach, ledwie mogła czytać przez łzy. W końcu, prawie na samym dole, dostrzegła pojedyncze nazwisko. Consuela Worthington, pasażerka pierwszej klasy. Ojca i brata nie było. Żeby się uspokoić, powtarzała sobie, że lista jest niekompletna. W ogóle zdumiewająco krótka.
- Kiedy będziecie coś wiedzieć o pozostałych? - zapytała urzędnika.
- Mamy nadzieję, że najdalej w ciągu kilku godzin - mówił głośno, by usłyszała go przez krzyki ludzi za jej plecami. Tłum gęstniał, zapełniał cały plac i cisnął się do drzwi biura. Wokół panowały chaos i panika, przerażenie i rozpacz.
- Przecież wciąż jeszcze przypływają szalupy z ludźmi. - Annabelle pokrzepiała się nadzieją. Matka żyje, choć Bóg jeden wie, w jakim jest stanie. Ojciec i Robert też na pewno przeżyli.
- Ostatnich wzięto na pokład o wpół do dziewiątej rano. - Urzędnik spuścił wzrok. Mówiono mu o ciałach unoszących się w wodzie, o pasażerach błagających o ratunek przed śmiercią, ale nie do niego należało przekazywanie takich koszmarnych wieści i nie miał odwagi powiedzieć ludziom wprost, że ofiary liczone są w setkach. Na razie lista rozbitków zawierała sześćset nazwisk, ale z "Carpathii" nadeszła informacja, że na pokładzie znajduje się ponad siedemset osób, tyle że niektóre pozostają wciąż anonimowe. Jeśli rzeczywiście tak było, znaczy to, że ponad tysiąc pasażerów i członków załogi straciło życie. On sam nie chciał w to uwierzyć. - Powinniśmy znać resztę nazwisk za kilka godzin - powiedział ze współczuciem.
- Dawaj, muszę sprawdzić! - wrzasnął jakiś zdesperowany mężczyzna; zagroził, że go uderzy, jeśli nie dostanie listy.
Urzędnik podał mu ją natychmiast. Ludzie byli rozgorączkowani, wystraszeni, emocje wymykały się spod kontroli, nie wytrzymywali napięcia w oczekiwaniu na informacje i słowa otuchy. W końcu Annabelle za namową Thomasa wróciła do samochodu. Szofer zaproponował, że zawiezie ją do domu, ale wolała zostać na miejscu i sprawdzić spis, gdy tylko zostanie uzupełniony.
Siedziała z zamkniętymi oczami, myśląc o ojcu i bracie; zaklinała ich, by żyli, i dziękowała Bogu, że na liście znalazło się chociaż nazwisko matki. Od rana nic nie jadła i nie piła. Co godzinę udawała się z Thomasem do biura, żeby spytać, czy wiadomo już coś więcej. O piątej po południu powiedziano im, że lista ocalałych jest kompletna, tylko kilkorga dzieci nie udało się jeszcze zidentyfikować. Wszyscy wzięci na pokład przez "Carpathię" znajdowali się na liście.
- Czy żaden inny statek nie ratował rozbitków? - zapytał ktoś.
Urzędnik w milczeniu pokręcił głową. Choć na miejscu były inne jednostki, tylko na pokładzie "Carpathii" znalazły się żywe osoby, w większości z łodzi ratunkowych i te, które udało się wyciągnąć z wody. Zanim nadeszła pomoc, jedynie nieliczni zdołali przeżyć w lodowatym Atlantyku.
Annabelle jeszcze raz sprawdziła listę. Na "Titanicu" było tysiąc trzysta szesnastu pasażerów i osiemset dziewięćdziesięciu jeden członków załogi. Uratowano siedemset jedenaście osób. Znów dostrzegła nazwisko matki, ale żadnych innych Worthingtonów - ani Arthura, ani Roberta; mogła się tylko modlić, żeby to okazało się pomyłką. Może ich przeoczono albo stracili przytomność i nie byli w stanie podać nazwisk. Poinformowano, że "Carpathia" ma zawinąć do Nowego Jorku za trzy dni, osiemnastego kwietnia. Annabelle nie chciała wierzyć, że jej brat i ojciec nie żyją. To po prostu niemożliwe.
Kiedy wróciła do domu, Hortie już na nią czekała. Jej matka też przyszła pocieszyć Annabelle i zaproponowała, by Hortie została na całe trzy dni, aż do powrotu pani Worthington. Pierwszej nocy Annabelle nie zmrużyła oka. Przyjaciółki niewiele rozmawiały; trzymały się za ręce i płakały. Hortie próbowała dodawać jej otuchy, ale żadne słowa nie mogły złagodzić bólu. Cały świat był wstrząśnięty informacją o zatonięciu "Titanica". Ogrom tragedii nie mieścił się ludziom w głowach.
- Dzięki Bogu, że nie wybrałaś się w tę podróż - szepnęła Hortie, gdy wieczorem leżały w łóżku. Annabelle tylko skinęła głową. Dręczyło ją poczucie winy, że została w domu, że namawiała rodzinę do wyjazdu. Zastanawiała się, czy będąc z nimi, mogłaby w czymkolwiek pomóc. Może zdołałaby uratować chociaż jedną z osób jej najbliższych albo kogoś innego.
Przez kolejne trzy dni dziewczęta snuły się niczym duchy po domu, w którym życie zamarło; panował żałobny nastrój, wszyscy płakali. Annabelle nie mogła jeść ani spać. Hortie była jedyną osobą, którą chciała widzieć i z którą chciała rozmawiać. Uległa jej namowom i wybrały się na spacer, żeby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Towarzyszył im James, narzeczony Hortie; był wstrząśnięty tym, co się stało i szczerze współczuł Annabelle. Całe miasto i cały świat nie mówiły o niczym innym, jak tylko o "Titanicu".
Z "Carpathii" docierało niewiele informacji; przysłano potwierdzenie, że "Titanic" rzeczywiście zatonął i że lista ocalałych jest kompletna i ostateczna. Nie wpisano na nią tylko kilkorga małych dzieci; te miały zostać zidentyfikowane przez krewnych w porcie, jeśli pochodziły z Ameryki. Jeśli nie, miały być przewiezione do Cherbourga i Southampton, gdzie zapewne czekały ich zrozpaczone rodziny. Na pokładzie "Carpathii" była szóstka malców, do których nie przyzna wał się nikt z ocalałych. Obcy ludzie opiekowali się nimi w zastępstwie rodziców. Ale, jak zapewniano, wszyscy chorzy czy ranni znaleźli się na liście. Annabelle nie wierzyła w to, na pewno zaszła jakaś pomyłka, myślała sobie, gdy wieczorem osiemnastego kwietnia Thomas wiózł ją do doku linii Cunarda. Hortie nie towarzyszyła przyjaciółce, spotkanie matki i córki to była tylko ich chwila, nie chciała się narzucać. Annabelle poszła więc sama na pirs 54.
"Carpathia" wpłynęła do portu za pomocą holowników po dziewiątej wieczorem. Annabelle, stojąc w tłumie, wpatrywała się w statek, a serce łomotało jej jak oszalałe. Ludzie byli zdezorientowani - jednostka, zamiast do wyznaczonego pirsu, kierowała się w stronę doku White Star i pirsów 59 i 60. Tam powoli opuszczono szalupy z "Titanica" - tylko tyle po nim pozostało - by zwrócić je liniom White Star. Fotografowie i reporterzy stłoczeni we flotylli łódek usiłowali robić zdjęcia szalup i pasażerów "Titanica", stojących przy relingu, wrzeszczeli na siebie, bili się o najlepsze miejsca i ujęcia, podczas gdy krewni rozbitków czekali w pełnym napięcia milczeniu na tych pierwszych, którzy zejdą z pokładu. Wszystko to nadawało pełnej dramatyzmu scenie groteskowy charakter.
Statek przypłynął powoli do swojego doku i pirsu 54, dokerzy Cunarda szybko uwiązali cumy. I wreszcie opuszczono trap. W rozdzierającej serce, pełnej szacunku ciszy rozbitkowie z "Titanica" jako pierwsi wyszli na brzeg. Pasażerowie "Carpathii" obejmowali ich i ściskali im ręce. Był płacz, padało niewiele słów, gdy jeden po drugim ocaleni schodzili ze statku - z twarzami mokrymi od łez, niektórzy wciąż w szoku po tym, co przeżyli tamtej strasznej nocy. Nieprędko zapomną rozpaczliwe krzyki i jęki ludzi skazanych na straszną śmierć, daremne błagania umierających o ratunek. Ci, którzy siedzieli w szalupach, bali się wyciągać nieszczęśników w obawie, że przewrócą łodzie i zginie jeszcze więcej osób. Patrzyli bezradnie, jak martwe ciała unoszące się na falach pochłania morze.
Z pokładu "Carpathii" schodziły matki z małymi dziećmi, kobiety w sukniach balowych, które miały na sobie tragicznego wieczoru. Nawet nie pomyślały, by się przebrać; przez ostatnie trzy dni na statku siedziały skulone w salonach i jadalniach, udostępnionych rozbitkom. Pasażerowie i załoga "Carpathii" robili co w ich mocy, żeby dać ofiarom katastrofy poczucie bezpieczeństwa, lecz rozbitkowie nie potrafili wyjść z szoku.
Annabelle wstrzymywała oddech, póki nie ujrzała matki wchodzącej na trap. Consuela miała kamienną twarz i szła z podniesioną głową - pełna godności w swojej żałobie. Annabelle wyczytała prawdę z jej oczu. Mamie nikt nie towarzyszył. Wypatrywała znajomych postaci za plecami matki, ale Consuela była sama w tym tłumie cudem ocalałych, głównie kobiet i nielicznych mężczyzn, którzy sprawiali wrażenie jakby zawstydzonych, gdy schodzili na brzeg. Flesze błyskały bez ustanku, reporterzy starali się uwiecznić tyle powitań, ile zdołali. I nagle matka stanęła tuż przed nią, a Annabelle wzięła ją w ramiona i uściskała tak mocno, że przez chwilę nie mogły oddychać. Obie szlochały, tuląc się do siebie. Objęła matkę ramieniem i ruszyły powoli do samochodu. Padał deszcz, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Consuela była ubrana w za dużą suknię z szorstkiej wełny, wizytowe pantofle i wciąż nosiła brylantowy naszyjnik i kolczyki - z balu, który odbywał się w noc katastrofy. Nie miała płaszcza, Thomas pobiegł więc do auta po koc, żeby ją okryć.
Ledwie oddaliły się od trapu, Annabelle zadała pytanie, które musiała zadać. Właściwie znała już odpowiedź, ale nie mogła znieść niepewności.
- Robert i papa...? - szepnęła. Consuela pokręciła tylko głową i rozpłakała się. Annabelle objęła ją i poprowadziła do auta. Matka nagle wydała jej się taka krucha, o wiele starsza. W wieku czterdziestu trzech lat została wdową i wyglądała jak staruszka, gdy Thomas pomagał jej wsiąść do samochodu i otulał puszystym kocem. Consuela spojrzała na niego i podziękowała cicho przez łzy. W drodze powrotnej matka i córka tuliły się do siebie w milczeniu. Consuela nie odezwała się więcej, dopóki nie dojechali do domu.
Cała służba czekała we frontowym holu, żeby powitać panią. Każdy chciał ją uściskać, pocieszyć, wyrazić swój żal. Po godzinie na drzwiach zawisł czarny wieniec. Tej nocy pojawiło się wiele takich w Nowym Jorku, gdy było już wiadomo, kto nie powrócił z tej podróży.
Annabelle pomogła Blanche wykąpać matkę i ubrać w koszulę nocną. Gospodyni opiekowała się panią jak małym dzieckiem. Zajmowała się nią, kiedy Consuela była panienką, potem gdy wyszła za mąż, asystowała przy narodzinach Roberta i Annabelle. A teraz przy szło do tego. Co chwila ocierając oczy, Blanche poprawiła poduszki za plecami pani, gdy położyły ją już do łóżka. Przyniosła tacę z herbatą, owsianką, grzanką, rosołem i ulubionymi ciastkami Consueli, ale ta nie wzięła nic do ust. Siedziała tylko, patrząc na gospodynię i córkę, niezdolna wypowiedzieć słowa.
Tej nocy Annabelle spała w jej łóżku i w końcu Consuela, drżąc, opowiedziała jej, co się stało. Była w szalupie numer cztery, ze swoją kuzynką Madeleine Astor, której mąż też zginął. Łódź, zapełniona tylko w połowie, mogła zabrać jeszcze parę osób, ale Arthur i Robert nie chcieli wsiąść. Zostali na pokładzie, żeby ratować innych, przede wszystkim kobiety i dzieci.
- Zapłacili za to życiem - powiedziała Consuela z rozpaczą. Do szalupy wsiadło wielu znajomych: Widenersowie, Thayerowie i Lucille Carter. Ale Robert i Arthur uparli się pomagać w ewakuacji. Consuela opowiadała też o Thomasie Andrewsie, jednym z bohaterów tej strasznej nocy, i zapewniła Annabelle, że jej ojciec i brat zachowali się równie dzielnie. Teraz jednak marna to była pociecha.
Rozmawiały wiele godzin. Consuela przeżywała na nowo ostatnie chwile na statku, a jej córka słuchała, trzymając ją w ramionach i płacząc. Dopiero gdy świt zaczął zaglądać do okien, matka zasnęła.