Cudza żona i mąż pod łóżkiem
??
I
- Przepraszam, łaskawy panie, pozwól pan zapytać...
Przechodzień drgnął i nieco przestraszony spojrzał na jegomościa w jonatach, który podszedł do niego tak obcesowo o godzinie ósmej
wieczorem na ulicy. Wiadomo bowiem, że w Petersburgu, jeśli jeden
jegomość nagle zagadnie na ulicy drugiego, zupełnie mu nieznajomego, to
ten drugi niechybnie się przestraszy.
A więc i przechodzień nasz drgnął i nieco się przestraszył.
- Proszę wybaczyć, że przestraszyłem pana - mówił pan w jonatach -
ale... ja, istotnie, nie wiem... pan, prawdopodobnie, wybaczy pan...
widzi pan, jestem trochę zdenerwowany...
Teraz dopiero zauważył młody człowiek w płaszczu, że pan w jonatach
rzeczywiście był zdenerwowany. Zmarszczona twarz jego dość była blada,
głos drżał, myśli, oczywiście, plątały mu się, słowa zaczepiały się o język i widoczne było, że mówiący je musi podjąć straszliwy wysiłek, by
ostatecznie wykrztusić swą pokorną prośbę do może niższego stopniem lub
stanem rozmówcy swego, w koniecznej potrzebie zwrócenia się do
kogokolwiek ze swą prośbą. W końcu zresztą, prośba ta w każdym razie
była nieprzyzwoita, niesolidna, dziwna ze strony właściciela tak
solidnego futra, tak szanownego, wspaniałego wprost fraka barwy
ciemnozielonej i tylu wcale znamiennych ozdób, pstrzących się na nim.
Widać było, że wszystko to razem bardzo mieszało samego jegomościa w jonatach, tak, że ostatecznie zdenerwowany do żywego, nie wytrzymał,
postanowił stłumić swe wzburzenie i grzecznie zatrzeć nieprzyjemne
zajście, które sam wywołał.
- Wybaczy pan, że straciłem panowanie nad sobą: ale, prawda, pan mnie
nie zna... Proszę wybaczyć, że przestraszyłem pana; rozmyśliłem się.
W tym miejscu z szacunkiem uchylił czapki i pobiegł dalej.
- Ależ pozwól pan, panie!
Lecz pan niskiego wzrostu skrył się już w ciemnościach, zostawiając
młodego człowieka w płaszczu, w zupełnym osłupieniu.
"Co za dziwak!" - pomyślał pan w płaszczu. Następnie, gdy już, jak się
patrzy, dość się nadziwił i w końcu wyszedł z osłupienia, przypomniał
sobie własne swe sprawy i znowu zaczął przechadzać się tam i z powrotem,
uporczywie patrząc na bramę pewnego domu o nieskończonej ilości pięter.
Mgła poczęła zapadać, młody człowiek był z tego zadowolony, bo
przechadzanie się jego podczas mgły nie wpadało tak w oczy, choć zresztą
tylko jaki-taki dorożkarz, który beznadziejnie dzień cały tkwił na
miejscu, czekając chętnego gościa, mógł był nań zwrócić uwagę.
- Przepraszam pana!
Przechadzający się znowu drgnął i oto znowu ten sam pan w jonatach stał
przed nim.
- Przepraszam, że ja znowu... - przemówił tenże - ale pan... jest na
pewno człowiekiem szlachetnym! Proszę nie zwracać na mnie uwagi, jako na
jednostkę w znaczeniu towarzyskim: zresztą, ja nie to chciałem
powiedzieć; proszę wniknąć z ludzkiego stanowiska... przed panem,
szanowny panie, stoi człowiek, mający wielką, a uniżoną prośbę...
- Proszę bardzo... jeśli tylko będzie w mojej mocy... czego pan sobie
życzy?
- Pan pomyślał może, że ja potrzebuję pożyczki! - rzekł zagadkowy
jegomość, wykrzywiając usta i zbladł, śmiejąc się histerycznie.
- Ależ proszę pana.
- Nie, widzę jednak, że jestem zbyt natrętny! Przepraszam pana bardzo,
ja sam siebie znieść nie mogę; proszę mieć na względzie, że, jak pan
widzi, jestem mocno rozdrażniony, obłąkany prawie, proszę jednak nie
sądzić...
- Do rzeczy jednak, do rzeczy! - odpowiedział młody człowiek zachęcająco
i niecierpliwie kiwnął głową.
- A, to tak! Pan, taki młody człowiek, wzywa mnie, abym mówił do rzeczy,
jak gdybym był nieporadnym malcem! Stanowczo, jam zmysły postradał...!
Jakże ja się panu teraz przedstawiam w mym poniżeniu, proszę mi szczerze
powiedzieć.
Młody człowiek zmieszał się i milczał.
- Pozwoli pan, że zapytam otwarcie: czy nie widział pan pewnej pani? Oto
i cała moja prośba! - Wypalił w końcu pan w jonatach...
- Pani?
- Tak, pewnej pani.
- Owszem, widziałem... ale wie pan, tyle ich tędy przeszło...
- Tak, istotnie - odparł zagadkowy mężczyzna z gorzkim uśmiechem. -
Bredzę, właściwie nie o to chciałem zapytać, pan wybaczy: chciałem
powiedzieć, czy pan nie widział pewnej pani w lisim futerku, w ciemnoaksamitnej kapuzie z czarną woalką?
- Nie, takiej nie zauważyłem... niestety nie.
- A, w takim razie przepraszam!
Młody człowiek chciał jeszcze o coś zapytać, lecz pan w jonatach zniknął
znowu, i znowu zostawił swego cierpliwego słuchacza w osłupieniu. "A niech go diabli...!" - pomyślał młody człowiek w płaszczu, widocznie
zdenerwowany.
Ze złością podniósł do góry swój kołnierz bobrowy i znowu począł się
przechadzać, zachowując wszelkie ostrożności, przed bramą wielopiętrowej
kamienicy. Wściekał się.
"Czemuż to ona nie wychodzi? - myślał. - Wnet już ósma wybije!".
Na wieży wybiła ósma godzina.
- Ach, do diabła!
- Przepraszam!
- Proszę wybaczyć, że ja tak pana... Ale pan tak jakoś podtoczył mi się
wprost pod nogi, że przestraszył mnie pan zupełnie - przemówił
przechadzający się, marszcząc brwi i przepraszając.
- Ja znowu zwracam się do pana. Na pewno muszę się panu wydawać dziwnym,
może nawet natrętnym.
- Bądź pan łaskaw, bez pustych słów, jasno się wyrazić; wszak nie wiem
dotychczas, czego pan sobie życzy...?
- Pan się śpieszy? Otóż widzi pan, opowiem panu wszystko otwarcie, bez
zbytecznych rozwlekłości. Cóż robić! Warunki nieraz zbliżają ku sobie
ludzi, najzupełniej różniących się charakterami... Ale, widzę, że pan
się niecierpliwi, młody człowieku... A więc... zresztą, nie wiem
doprawdy, jak mam powiedzieć: ja szukam pewnej pani (skorom już
postanowił wszystko powiedzieć). A mianowicie, muszę koniecznie
dowiedzieć się, dokąd poszła ta pani? Kto ona, sądzę, że nie potrzebuje
pan znać jej nazwiska, młody człowieku.
- No, no, dalej!
- Dalej! Ton, ton, w jakim pan przemawia! Pan wybaczy, może ja pana
obraziłem, nazywając go młodym człowiekiem, wcale jednak nie miałem
zamiaru... słowem, jeśli pan chce mi wyświadczyć wielką przysługę, to,
jak już powiedziałem: pewna pani, jest to, powiedzmy, pewna przyzwoita
pani, z bardzo dobrej, znanej mi rodziny... Proszono mnie... bo widzi
pan, ja sam nie mam rodziny...
- No, więc?
- Proszę wejść w moje położenie, młody człowieku (ach, znowu!
przepraszam; ciągle nazywam pana młodym człowiekiem). Tu każda minuta
jest droga... Wyobraź pan sobie, ta pani... ale, czy nie mógłby mi pan
powiedzieć, kto w tym domu mieszka?
- Owszem... mieszka tu dużo ludzi.
- Tak, pan masz zupełną rację - odpowiedział pan w jonatach, i uśmiechnął się lekko z grzeczności. - Ja sam to czuję, że trochę
bredzę... ale po cóż ten ton z pańskiej strony? Wszak widzi pan chyba,
że ja otwarcie z serca się przyznaję do tego, że bredzę, i jeśli pan
należy do typu ludzi dumnych, to dość już chyba ma pan mego poniżenia...
Powiadam, pewna pani, szlachetna ze sposobu ujmowania życia, to jest
lekka z treści, przepraszam, pomieszałem. Jak gdybym mówił o literaturze; utarł się komunał, że romanse Paula de Cocka są lekkiej
treści, i oto cała bieda... z powodu Paula de Cocka... właśnie...
Młody człowiek ze współczuciem popatrzył na pana w jonatach, który,
widocznie do ostateczności zmieszany, zamilkł, patrzył na niego,
bezmyślnie się uśmiechając, i drżącą ręką bez żadnego słusznego powodu,
ujął go za wyłogi płaszcza.
- Pan zapytywał, kto tu mieszka? - rzekł młody człowiek, trochę się
cofając.
- No tak, tu mieszka dużo ludzi, jak pan powiedział.
- Tu... wiadomo, że tu mieszka także Zofia Asta-fjewna - przemówił młody
człowiek szeptem i jakby z pewnym ubolewaniem.
- No, widzi pan, widzi pan! Więc pan wie coś jednak, młody człowieku?
- Zapewniam pana, że nic, nic nie wiem... Sądziłem, tylko ze
zdenerwowania na pańskiej twarzy.
- Przed chwilą właśnie dowiedziałem się od służącej, że ona tu
uczęszcza; pan jednak omyliłeś się w swych przypuszczeniach, to jest,
ona wcale nie do Zofii Astafjewny... ona wcale jej nie zna...
- Nie? No, to przepraszam.
- Widzę, że pana wszystko to nie obchodzi, młody panie - rzekł dziwny
jegomość z gorzką ironią.
- Słuchaj pan - rzekł młody człowiek, ociągając się. - Co do mnie,
istotnie nie znam powodów pańskiego stanu, ale jeśli się nie mylę, to
pana zdradzono, niechże pan powie po prostu?
Młody człowiek życzliwie się uśmiechnął, dodając ducha.
- Wszak ostatecznie można się wzajem zrozumieć - dodał, i cała jego
postać wielkodusznie okazała zamiar ukłonienia się z lekka.
- Zabiłeś mnie pan swoją otwartością! Lecz szczerze się panu przyznaję -
tak jest rzeczywiście... Komuż to się jednak nie przytrafiało!... Do
głębi wzruszony jestem pańskim współczuciem. Zgodzi się pan ze mną, że
między młodymi ludźmi... I choć ja nie jestem już młody, ale, wie pan,
przyzwyczajenie, kawalerskie życie, między kawalerami, wiadomo...
- No, to się wie, to się wie! Ale w czymże ja mogę być panu pomocnym?
- Zaraz; zgodzi się pan ze mną, że odwiedzać Zofię Astafjewnę...
Zresztą, ja nie wiem jeszcze na pewno, dokąd ta pani poszła; wiem tylko,
że ona jest tu, w tym domu; widząc zaś, że pan chodzi tam i z powrotem -
a ja sam przechadzałem się tędy - myślę sobie... widzi pan, ja czekam na
tę panią... o, wiem na pewno, że ona jest tu - chciałbym bardzo spotkać
ją i wyłuszczyć jej, jak bardzo nieprzyzwoitą, wprost haniebną jest
rzeczą... słowem, pan mnie rozumie...
- Hm! No?
- Ja nie dla siebie to czynię; niech pan nie myśli, to jest cudza żona!
Mąż czeka tam, na Wozniesieńskim moście; chce ją złapać, ale jeszcze się
namyśla, jeszcze nie wierzy, jak każdy mąż zresztą... (tu pan w jonatach
chciał się uśmiechnąć), ja zaś jestem jego przyjacielem; przyzna pan
sam, że ja, człowiek cieszący się powszechnym szacunkiem, nie mogę być
tym, za kogo pan mnie ma.
- Naturalnie. No? No?
- Tak więc ja ją łapię, mnie proszono o to (biedny mąż!); ale ja wiem,
że to bardzo chytre stworzenie ta młoda kobieta (zawsze śpi z Paulem de
Cockiem pod poduszką); pewny jestem, że ona wyśliźnie mi się znowu
niepostrzeżenie... Służąca, przyznam się panu, mówiła mi, że ona tu
bywa; ja, jak wariat, zaraz poleciałem, dostawszy tę wiadomość; chcę ją
złapać; dawno już podejrzewałem ją, i dlatego chciałem pana prosić,
skoro pan już tu chodzi... pan - panie - nie wiem...
- No, więc, ostatecznie czegoż pan sobie życzy?
- Tak... Nie miałem dotychczas zaszczytu poznać pana; nie śmiem narzucać
się z ciekawością, z kim mam przyjemność... W każdym razie, pozwoli pan,
że się zaznajomimy; bardzo mi przyjemnie...! co za szczęśliwy traf...!
Drżący jegomość uścisnął gorąco rękę młodego człowieka.
- Powinienem był to uczynić na samym początku - dodał. - Lecz
zapomniałem o tym nakazie przyzwoitości!
Mówiąc to, pan w jonatach nie mógł ustać na miejscu, rozglądał się z niepokojem na wszystkie strony, przestępował z nogi na nogę i co chwila,
jak tonący, chwytał się ręką wyłogów płaszcza młodego człowieka.
- Widzi pan - ciągnął dalej - chciałem zwrócić się do pana po
przyjacielsku... proszę mi wybaczyć swobodę w moim zachowaniu...
chciałem pana poprosić, by pan był łaskaw przechadzać się zarówno po tej
stronie, jak i po stronie drugiej tego domu przez przecznicę, to jest
niejako opisując krokami podkowę, ponieważ z tamtej strony znajduje się
druga brama tej kamienicy. Ja ze swej strony będę się także przechadzał
tam i z powrotem obok bramy głównej, tak że ona się nam nie wymknie; a ja sam zawsze się obawiałem, że jej nie dostrzegę. Gdy ją pan zobaczy,
proszę ją zatrzymać i zawołać mnie... Ale co też ja mówię! Zwariowałem
chyba! Teraz dopiero widzę całą głupotę i nieprzyzwoitość swojej
propozycji.
- Ależ to drobnostka! doprawdy!
- Niech mnie pan nie usprawiedliwia; jestem rozdrażniony, naprawdę,
tracę panowanie nad sobą, jak nigdy! Jak gdybym stał przed trybunałem!
Przyznam się panu nawet - będę uczciwy i szczery wobec pana, młody
człowieku; ja nawet pana samego miałem z początku za kochanka!
- To jest, po prostu chce pan wiedzieć, co ja tu robię?
- Zacny człowiecze, łaskawco szanowny, daleki jestem od myśli, że pan
jesteś nim; nie splugawię pana tą myślą, lecz... czy daje mi pan słowo
honoru, że pan nie jesteś kochankiem...?
- No, dobrze, ma pan słowo honoru, że jestem kochankiem, ale nie
pańskiej żony; w przeciwnym razie nie byłbym teraz na ulicy, tylko z nią
razem!
- Żony? Kto panu powiedział, że ja mam żonę, młody człowieku? Jestem
kawalerem, to jest, ja sam jestem także kochankiem...
- Opowiadał mi pan, że mąż... czeka na Wozniesieńskim moście...
- Prawda, prawda, wymknęło mi się; ale zachodzą tu jeszcze pewne
komplikacje! Przyzna pan, młody człowieku, że pewna wrodzona
lekkomyślność charakterów, chciałem powiedzieć...
- No, no! Dobrze już, dobrze! Zaręczam panu, że nie jestem mężem...
- Przypuśćmy. Powiadam panu otwarcie, że pocieszając pana teraz, pragnę
tym samem siebie uspokoić i dlatego w gruncie rzeczy jestem z panem
otwarty; zdenerwowałeś mnie pan i przeszkadzasz mi. Przyrzekam panu, że
zawołam, jak pan sobie życzył. Proszę pana jednak bardzo, bądź pan
łaskaw teraz ustąpić mi miejsca i oddalić się. Ja także oczekuję kogoś.
- Proszę, proszę pana bardzo; już odchodzę, szanuję namiętną
niecierpliwość serca pańskiego. Ja to rozumiem, młody człowieku. O, jak
ja teraz rozumiem pana!
- Dobrze, dobrze...
- Do widzenia...! Zresztą, niech pan daruje, młody człowieku, że ja
znowu... Nie wiem, jak się mam wyrazić... Proszę mi dać jeszcze raz
uroczyste słowo honoru, że pan nie jesteś kochankiem!
- Ach, Boże!
- Jeszcze tylko jedno, ostatnie pytanie; zna pan nazwisko męża
pańskiej... to jest tej, która przedstawia przedmiot pańskiej...
- Ma się rozumieć, że znam; nie jest to pańskie nazwisko i basta!
- A skąd pan wie, jak ja się nazywam?
- Słuchaj pan, idźże już; traci pan czas: ona wymknie się panu tysiąc
razy... No, czegoż pan stoi? Wszak pańska chodzi w lisim futerku i w kapuzie, a moja w płaszczyku w kratkę i w niebieskiej aksamitnej
czapeczce... No, czegoż pan chce jeszcze więcej?
- W niebieskiej aksamitnej czapeczce! Ona ma także i płaszcz w kratki i niebieską czapeczkę - zawołał uprzykrzony człowiek, w mig zawróciwszy z drogi.
- Ach, diabli nadali! No, i to się może zdarzyć. Zresztą, co też ja
mówię? Przecie moja nie bywa tutaj!
- A gdzież ona bywa, pańska?
- Chciałby pan wszystko wiedzieć; po cóż to panu?
- Przyznam się, że ja ciągle...
- Tfu, Boże! Ależ pan wstydu nie masz żadnego. No, moja ma tu znajomych,
na trzecim piętrze, od frontu. No, czegoż pan chce jeszcze, żebym nazwał
tych ludzi po imieniu, czy co?
- Boże! I ja tu mam znajomych na trzecim piętrze, od frontu...
Jenerał...
- Jenerał?!
- Jenerał. Powiem panu zaraz, który jenerał: no, jenerał Pałowicyn.
- Masz tu teraz! Nie, to nie ci znajomi moi! (Ach, niech to wszyscy
diabli...!).
- Nie ci?
- Nie ci.
Milczeli obaj i, nie rozumiejąc, patrzyli wzajem na siebie.
- No czegoż pan tak na mnie patrzy?! - zawołał młody człowiek, ze
złością otrząsając się z odrętwy i zamyślenia.
Drugi pan poruszył się niespokojnie.
- Ja, ja, przyznam się...
- Nie, pozwól pan, pozwólże pan, teraz będziemy ze sobą mówili
rozumniej. Sprawa obu nas zarówno obchodzi. Proszę mi wyjaśnić... Kogo
pan tam ma?
- To jest, znajomego?
- Tak, znajomego...
- A więc widzi pan! Po oczach pańskich poznaję, że zgadłem!
- Do diaska! Ależ nie, nie u diaska! Ślepy pan jesteś, czy co takiego?
Przecie stoję przed panem, przecież nie z nią jestem teraz! Nuże więc!
Nuże! Zresztą, obojętne mi to, czy powie pan, czy nie!
Młody człowiek wściekły wykręcił się dwa razy na obcasie i machnął ręką.
- Ależ ja nic, ja tak sobie. Proszę mnie wysłuchać, gotów jestem wobec
pana, jako wobec człowieka szlachetnego, wszyściuteńko wyznać: Zrazu
żona uczęszczała tu sama. Spokrewniona jest z nimi; niczego więc nie
podejrzewałem; wczoraj spotykam jego ekscelencję: powiada, że od trzech
tygodni zajmuje mieszkanie gdzie indziej, a ona... to jest nie żona,
tylko cudza żona (na Wozniesieńskim moście), otóż pani ta mówiła, że
mieszkanie po jego ekscelencji zajął młody człowiek, nazwiskiem
Bobynicyn.
- A niech to wszyscy diabli porwą...!
- Łaskawy panie, zrozumie pan, w jakim jestem strachu!
- E, do diabła! Co mnie to obchodzi, że pan jesteś w strachu? Ach! Oto
tam przesunął się czyjś cień, tam oto...
- Gdzie? Gdzie? Nie zapomnij tylko zawołać: Iwanie Andrzejowiczu, a zaraz przylecę...
- Dobrze, dobrze. Tam do diabła! To Iwan Andrzejowicz!!
- Jestem - zawołał Iwan Andrzejowicz, zawróciwszy zupełnie zdyszany. -
No co? Co? Gdzie?
- Nic, nic. Ja tylko tak... chciałbym tylko wiedzieć, jak na imię tej
pani?
- Głaf...
- Głafira?
- Nie, nie wiem na pewno, czy Głafira... przepraszam, nie mogę panu
zdradzić jej imienia.
Mówiąc to, czcigodny pan blady był jak płótno.
- Tak, tak, oczywiście, nie Głafira, i ta się nie nazywa Głafira:
zresztą, z kimże to ona idzie?
- Gdzie?
- Tam! Niech to wszyscy diabli...!
(Młody człowiek nie mógł ustać na miejscu z wściekłości).
- A widzi pan! Skąd pan wiedział, że jej na imię Głafira?
- Ostatecznie, niech to wszyscy diabli porwą! Jeszcze i pan mi tu tkwi
na karku! A przecież, mówił pan, że pańska nie nazywa się Głafira?
- Łaskawy panie, cóż to za ton!
- Do stu tysięcy diabłów z tonem teraz! Żona to pańska, czy?
- Nie, to jest, ja nie jestem żonaty... W każdym jednak razie nie posyła
się do stu tysięcy diabłów w nieszczęściu człowieka szanowanego,
powiedzmy godnego szacunku, a w każdym razie dobrze wychowanego. Pan
ciągle wzywa wszystkie diabły!
- No tak, diabeł pana bierz! Rozumie pan?
- Gniew pana zaślepia, więc milczę. Boże, któż to?
- Gdzie?
Rozległ się gwar i śmiech; dwie dziewki wyszły z kamienicy; ci obydwaj
rzucili się ku nim.
- A to dopiero! Co pan wyrabia?
- A pan co?
- To nie oni!
- Aha, to do innej! Dorożka!
- Dokąd panienki?
- W Pokrowską dzielnicę; siadaj, Haniu, podwiozę cię.
- Siądę z tej strony; wio-o! Ale prędko!
Dorożka odjechała.
- Skąd one wyszły?
- Boże! Boże! Czy nie pójść by nam na górę!
- Do kogo?
- No, do Bobynicyna...
- E, nie, nie trzeba...
- Dlaczego?
- Ja bym poszedł, ale ona wtedy się... wykręci; ja ją znam! Powie, że
umyślnie przyszła po to, by mnie z kimś złapać, i wszystko na mnie
zwali!
- I wiedzieć, że ona może jest tam! Słuchaj pan - nie wiem doprawdy,
dlaczego by pan nie miał pójść do mieszkania jenerała...
- Ależ on się wyprowadził!
- Wszystko jedno, pojmuje pan? Przecież ona do nich poszła; no, więc pan
także - pojmuje pan? Zrobi pan taką minę, jakby pan nie wiedział o tym,
że jenerał się wyprowadził, niby to przychodzi pan do niego po żonę, no,
i tak dalej.
- A potem?
- No, a potem przyłapujże pan, kto się nawinie, u Bobynicyna. Tfu, do
diabła, co to za głu...
- A cóż panu do tego, że ja kogoś przyłapię? Widać...
- Cóż i cóż! Łaskawco! Cóż? Pan znowu swoje tak jak przedtem? Ach, Boże!
Boże! Wstydź się pan, śmieszny człowiecze, głupi człowiecze!
- Że też to pana tak zajmuje, to dziwne? Chce się pan dowiedzieć...
- Co! Dowiedzieć? Czegoż? Idźże pan do diabła, nic teraz po panu! Ja sam
pójdę, ustąp się pan, idź precz, pilnuj pan, lataj pan tam, no!
- Panie łaskawy, pan się zapomina! - W rozpaczy zawołał jegomość w jonatach.
- No i cóż? No i cóż, że się zapominam? - odparł młody człowiek,
zacisnąwszy zęby i wściekły podszedł ku panu w jonatach. - No i cóż?
Przed kim to ja się zapominam?! - wrzasnął, ściskając pięści.
- Ależ panie łaskawy, za pozwoleniem...
- No, kim pan jesteś, wobec kogo to ja się zapominam? Jaka jest pańska
godność?
- Nie wiem doprawdy, co to takiego, młody człowieku; na co panu mego
nazwiska...! Nie mogę go wyjawić... Raczej już pójdę tam razem z panem.
Chodźmy, ja się nie cofnę, że zasługuję na trochę grzeczniejsze
traktowanie! Nigdy nie należy tracić równowagi ducha, i jeśli pan jesteś
czymś podenerwowany, domyślam się czym, to w każdym, razie nie trzeba
się zapominać... Pan jesteś jeszcze bardzo, bardzo młodym
człowiekiem...!
- Co mi tam do tego, żeś pan stary! Nie widział nikt! Ustąp się pan
precz, czego pan tu lata?
- Ja stary! Dlaczego, jaki ja stary? Chyba co się tyczy stanowiska... Ja
nie latam...
- Widać, widać, Idźże pan już precz...
- Nie, już razem będziemy; pan mi nie może zakazać; ja także jestem
wmieszany; ja będę z panem razem...
- No, to ciszej się pan zachowuj, cicho, milczeć...!
Obaj weszli do sieni i stąpali po schodach na trzecie piętro; było
całkiem ciemno.
- Zatrzymaj się pan! Ma pan zapałki?
- Zapałki? Jakie zapałki?
- Cygara pan pali?
- A, zapałki, zapałki! Mam, rozumie się, zaraz, czekajże pan...
Pan w jonatach począł szukać po kieszeniach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki